Rekrut ostrożnie przesuwał cienkie ostrze. Ciął uważnie, w pionie, raz po raz odwracając się do swojego dowódcy, leniwie opartego o chłodną ścianę. Pozornie niezainteresowany obserwował go, przywodząc na myśl sępa przesiadującego na gałęzi. Gdy młody chłopak nie doszukał się u swojego mentora żadnych oznak złości, czy irytacji, ani nie usłyszał żadnych uwag, przystąpił do ostatniego cięcia.
Długie, cienkie ostrze nacięło skórę, momentalnie uwalniając małą strużkę krwi, która powolutku, niespiesznie, jakby szła na skazanie, spłynęła w dół białej, pomarszczonej kończyny, przyozdabiając ją na czerwono.
Po ostatnim nacięciu raz jeszcze obrócił się w stronę dowódcy i posłał mu długie, pytające spojrzenie, a jego pobladła twarz zdradzała niepokój.
– Dobrze, teraz pociągnij – rzucił serpent do rekruta, nie zmieniając nawet w najmniejszym stopniu swej zbyt zrelaksowanej, jak na okoliczności, pozycji.
Rekrut pokiwał dość nerwowo głową i oderwał dość długi pas białej skóry, pozwalając przeciętym naczyniom raz jeszcze zalać kończynę krwią. Długi, jasny płat rwał się bez wyraźnego dźwięku, odsłaniając czerwoną masę tuż pod spodem. Ciemna posoka, nienaturalnie powoli wypłynęła na zewnątrz, brudząc całe przedramię.
– Zalecam teraz nieco przetrzeć, jeśli chcesz dostrzec efekty waszych specyfików – odezwał się melodyjny, męski głos, mrożąc tym samym krew w żyłach młodzika.
Rekrut pobladł jeszcze bardziej, ale usłuchał głosu i sięgnął do swojej torby, po czym wyciągnął chustkę, którą następnie obtarł dokładnie ramię, które ku jego zdumieniu całkowicie przestało krwawić.
– Mordrewd, nie gadaj z rekrutami. – Westchnął serpent starszy stopniem.
– A jeśli nie przestanę. – Rzucił lekko potwór, błyskając zza kagańca białymi kłami.
– To tych dwóch panów wzbogaci twoje ciało o porządną dawkę srebra. – Westchnął poirytowany dowódca, wskazując na dwóch wolnych, celujących w szyję bestii z długich muszkietów.
Mordrewd lekko parsknął i spuścił głowę nieco w dół, czym spowodował paniczną reakcję u chłopaka, który gwałtownie odskoczył do tyłu, a raczej upadł w niezwykle teatralny, a zdaniem bladego czarta, także nad wyraz komiczny sposób.
– Już, już. Spokojnie Marik. Na razie jest bezpiecznie, ale pospiesz się, bo ta łapa mu się jeszcze zrośnie.
– W rzeczy samej, młodzieńcze. Pośpiech byłby dość zalecany – przemówił Mordrewd.
Dowódca nic nie powiedział, spojrzał jedynie w stronę przykutego do ściany stwora. Mimo iż nie widział jak Mordrewd spogląda w jego złote oczy, to czuł to, oj czuł. Całym sobą czuł, jak nagle ciężki wzrok drapieżnika przeszywa go na wskroś. Nie zmieniał pozycji, nie ruszał się, nic nie mówił, ale ogarnął go ogromny niepokój i w głębi duszy chciał stąd wyjść tak samo mocno jak młody Marik. W zasadzie to w całej formacji dało się policzyć wariatów, którzy lubili towarzystwo Mordrewda, a dowódca Zadrad w żadnym wypadku, do nich nie należał.
Rekrut w końcu przystąpił do działania i wyjął drugi mniejszy nóż, którego ostrze następnie dokładnie pokrył półprzezroczystym płynem z jednej z wielu fiolek, jakie ze sobą zabrał.
Drżącą ręką ujął nóż i naciął odsłonięty mięsień, który chwilę później wyraźnie nabrzękł, a następnie pociemniał. Cała ręka wyraźnie się napięła, a palce gwałtownie wyprostowały, jednak więzień nie wydał z siebie żadnego dźwięku.
Powoli odrastająca skóra, zaczęła się stykać z obrzękniętym mięśniem, a jej brzegi pokryły się ciemną cieczą wydobywającą się z nacięcia, które dodatkowo się jeszcze rozszerzyło.
Młody rekrut z uwagą i pewnym obrzydzeniem przyglądał się temu wydarzeniu, ale jak zauważył po reakcji swojego przełożonego, było ono pożądane.
– Tak zdecydowanie, żaden większy błąd nie miał miejsca, choć jeśli mógłbym dodać coś od siebie, to z całą pewnością nacięcie mogłoby być nieco głębsze, no i oczywiście można by to przeprowadzić prędzej, ale wprawa ma się rozumieć przyjdzie z czasem. Ogółem jednak rzekłbym brawo. Brawo dla pana. Jak na rekruta to praca wykonana nie gorzej niż fenomenalnie – Powiedział śpiewnym głosem, w którym dało się dosłyszeć usilnie ukrywaną nutkę bólu.
– Cholerny wampir – burknął cicho do siebie dowódca, odwracając nieco głowę. – Tak Mariku, dobrze poszło.
Marik bardziej zadowolony, że nie musi już grzebać w ramieniu dwustuletniego koszmaru, niż z pochwał, uśmiechnął się lekko i odsunął w bok. Zadrad natomiast z widoczną niechęcią wstał i podszedł do Mordrewda, do którego się następnie zwrócił.
– No dobra potworze, powiedz młodemu co poczułeś.
Potwór natomiast chwilę siedział cicho napawając się w swoim mniemaniu wiktorią. Po dłuższej chwili, która ewidentnie irytowała starszego serpenta, odezwał się jednak z naturalną mu wyższością i nieodzownym spokojem w melodyjnym, śpiewnym, wręcz nieludzkim głosie, którego nie powstydziliby się sanatscy śpiewacy.
– Młodzieńcze z pewnością użądlił cię kiedyś szerszeń tudzież osa. Mam rację?
Chłopak przez chwilę siedział w ciszy, sprawiając wrażenie, jakby nie zdawał sobie do końca sprawy, że pytanie to zarezerwowane jest dla niego, albo raczej że w ogóle ktoś coś mówi. Choć przykra prawda była taka, że zwyczajnie w świecie chciał, żeby to pytanie było skierowane do kogokolwiek innego. Finalnie jednak pokiwał energicznie głową, uważnie spoglądając na monstrum, jakby oczekując w każdej sekundzie, że rozerwie kajdany, wyrwie się z cugli, zedrze kaganiec i rozpruje mu szyję.
– Widzisz, to było uczucie podobne do użądlenia, przez sto szerszeni – powiedział głosem niezwykle pogodnym, nieprzejawiającym ani krzty niezadowolenia czy bólu.