Opowiadanie zostało stworzone na potrzeby gry RPG, aczkolwiek chciałem je udostępnić w celu publicznej krytyki. Nie jest to część większego świata lub fabuły, a próba poddania kunsztu literackiego, by móc go rozwinąć w przyszłych dziełach.
Opowiadanie zostało stworzone na potrzeby gry RPG, aczkolwiek chciałem je udostępnić w celu publicznej krytyki. Nie jest to część większego świata lub fabuły, a próba poddania kunsztu literackiego, by móc go rozwinąć w przyszłych dziełach.
Wszędobylskie odgłosy świerszczy, kumkanie żab, pluskanie wody i okazjonalne bzyczenie bąków. Dla tego młodego jaszczura odgłosy domu, odgłosy spokoju.
Jaszczuroludzie z tych okolicach charakteryzowali się ciemną karnacją, zazwyczaj czarną, bądź ciemno-niebieską z wyjątkami. Nie inaczej było z młodym, 10 letnim, Luesem. Łuski czarne jak smoła, szarawe podbrzusze, a oczy i pióropusz połyskiwały zielenią, lecz nie taką jaką uświadczysz w trawie lub liściach. Jaśniejszy niż najmłodsze pędy czy sadzonki, jego oczy promieniowały czymś nienaturalnym, czymś przez niektórych nazywanym “złowrogim”. Reszta klanu nie przykładała do tego większej uwagi. Ocenianie innym poprzez ich nietypowy wygląd było poniżej ich godności.
Klan Sumpfarów, jako starszyzna orzekła lata temu od leżącego tu bagna, był stosunkowo pokojowo nastawionym klanem nastawionym na współegzystencję z tutejszą naturą. Dewizą było wykorzystywanie dobrodziejstw natury jedynie w niezbędnej ilości oraz ochrona bagna i puszczy przed nieproszonymi gośćmi. Jak nakazuje tradycja wszystkich jaszczurzych klanów, narzędzia i broń były wykonywane z kości, aby nie nadużywać dobrodziejstwa lasu. Zdarzały się sytuację, gdzie klan musiał chwycić za broń i bronić puszczy przed zagrożeniem z zewnątrz, ale nigdy nie było to zagrożenie egzystencjalne, więc życie w puszczy było swoiście spokojne, do czasu…
Typowy dzień Lues spędzał na połowie ryb lub zbieractwie żywności. Mimo, że był bardzo rozbrykanym dzieckiem to ideały klanu zostały mu wbite przez starszyznę, co skutkowało tym, że dzieckiem stawał się dopiero po obowiązkach. Połowy ryb skracały się do zarzucania sieci, albo sprawdzaniem poprzednich, czasem trzeba było uzbierać drwa lub zapolować na jakąś zwierzynę. Jedno było jednak pewne, klan Sumpfarów nigdy nie brał od puszczy więcej niż było im potrzebne. Po dziennych obowiązkach, był czas na zabawę. Lues spędzał wiele czasu ze swoimi rówieśnikami, aczkolwiek kiedy tylko mógł to wymykał się z wioski do samotnie żyjącego lokalnego druida mieszkającego poza wioską.
==================================================================
Druid Schratan żył w czymś w rodzaju domku na drzewie, ale na skalę faktycznego zamieszkania, a nie dziecinnej zabawy. Wokół tego miejsca flora i fauna były zgoła inne od reszty puszczy. Zazwyczaj zielone kolory zmieniały się w odcienie szarości, kwiaty wyglądały na ledwo żywe, a istoty premierzające te miejsce były porośnięte grzybnią, a niektóre nawet zaczęły przypominać chodzące grzyby. Miejsce wyglądało jak martwe, ale Schratan zapewniał, że okolice jego domu są tak samo żywe i dorodne jak reszta puszczy. “Nie wszystko co żywe jest jednocześnie piękne” – miał w zwyczaju mawiać. Poza tym nikt nie chciał podważać słów starego druida. Sam Schratan był Firbolgiem pokaźnej postury jak to jego rasa ma w zwyczaju. Podobnie jak jego “podopieczni” był miejscami pokryty grzybami, ale wyglądał dużo “żywiej” od reszty. Po jednym spojrzeniu na jego muskularne poszarzałe ciało było jasne, że nie stronił od aktywności fizycznej. “By być jednością z naturą, najpierw trzeba zajrzeć wewnątrz i na zewnątrz siebie” – mawiał.
Schratan był, swojego rodzaju, nauczycielem Luesa. Pokazywał mu każdy element kręgu życia puszczy. Zaczynając od najmniejszych gryzonii zamieszkujących jamy na dnie runa leśnego poprzez wielkie drapieżniki, na rozkładających zwłoki bakteriach kończąc. Lues uważnie słuchał swojego nauczyciela i dbał o losy puszczy razem ze swoim mentorem. Jednakże, ku zaskoczeniu Schratana, chłopak dużo bardziej interesował się losami flory niż fauny. Pewnego dnia:
– Mistrzu…lessszczyny narzekają na brak światła – zaczął Lues
– Pewnie przez lokalne dęby, za mocno się rozrosły na górze, trzeba będzie je trochę przyciąć – podrapał się po brodzie Schratan – to będzie niezła wspinaczka.
– A może najpierw porozmawiamy z dębami? – zapytał młody jaszczur
– Poro… tutejsze dęby są drzewcami i ja o tym nie wiem? – zdziwił się druid
– Drzewcami? Nie ssspotkałem żadnego w tej okolicy – zaciekawił się Lues – chciałem po prostu zapytać się dębów czemu tak się rozrosły.
– Chłopcze, tylko potężni druidzi potrafią komunikować się z roślinami, a nawet jeśli to potrzebują potężnej energii – zaczął wyjaśniać Schratan.
– Niemożliwe…dopiero co rozmawiałem z lessszczynami – argumentował Lues
Schratan chwilę podrapał się po brodzie, po czym otworzył oczy szeroko patrząć na niewinnie wyglądającego ucznia.
– Od…od kiedy jesteś w stanie rozmawiać z roślinami? – zająkał się druid
– Od niedawna…może z rok temu pierwszy raz ussłyszałem jak brzoza narzeka na bobry z rzeki – zastanowił się jaszczur
– To…niesamowite Lues, chyba masz dar! – zachwycił się Schratan – Idź, porozmawiaj z dębami.
Po tym zdarzeniu okazało się, że młody Lues miał już wiele przyjaciół w lesie. Potrafił wyczuwać emocje roślin, a także komunikować się z nimi na elementarnym poziomie. Dzięki temu mógł lepiej dbać o dobrobyt wszelkiej flory puszczy.
==================================================================
Rosa jeszcze wisiała na źdźbłach trawy, promienie słoneczne przebijały się przez korony drzew, a ptaki dopiero budziły się by zacząć nowy dzień ze śpiewem na dziobach. Supfarzy powoli wychodzili ze swoich namiotów i rozpoczynali kolejny produktywny dzień.
najstarszy z nich obserwował krzątaninę swojego klanu z zadowoleniem. Zauważył biegnącego w jego stronę jaszczura z włócznią w ręku, którego szybko rozpoznał jako północnego strażnika.
– Wodzu…mamy nowoprzybyłych w puszczy – próbował złapać oddech strażnik
– Kto taki? – zapytał się podając mu bukłak z wodą.
– Ludzie, ale jacyś tacy wysocy i ze spiczastymi uszami – zaczął strażnik – byli uzbrojeni w łuki i metalowe miecze.
– Elfy zawitały do naszej puszczy? – zamyślił się wódź – No cóż, jeżeli będą się zachowywać zgodnie z porządkiem natury to nie powinniśmy wchodzić im w drogę. Chyba będziemy mieli okazję porozmawiać.
Jak na zawołanie linii drzew pojawiło się kilka sylwetek. Wódź niezwłocznie skierował się w ich stronę, by wyjść im naprzeciw. Pierwszy szedł wysoki i umięśniony elf o lekko zielonkawej cerze, czarnych włosach i opaską na oku. Na plecach widać był długi łuk, a na piersi nosił rząd noży myśliwskich.
– Witajcie w puszczy przybysze – rozpoczął rozmowę wódź.
Za wodzem powoli zaczął zbierać się mały tłumek Sumpfarów.
– Kim jesteście i co tu robicie? – rozbrzmiał donośny głos postawnego elfa.
– Jesteśmy klanem Sumfarów, zamieszkujemy tutejszą puszcz. Czerpiemy z niej wszystko co potrzebne nam do życia i w zamian opiekujemy się jej dobrobytem – odpowiedział wódź – co was sprowadza w nasze progi?
– Hah…wasze progi? – zaśmiał się elf – dam wam jedną szansę by się stąd wynieść. Ten las będzie od teraz należał do konklawy leśnych elfów w tępie natychmiastowym.
Strażnicy Sumpfarów mocniej zacisnęli ręce na swoich broniach. Widząc to elfy otaczające swojego lidera naciągnęły cięciwy łuków. Wódź odezwał się spokojnym głosem.
– Ugościmy was w naszym domu jak tylko będziemy mogli, nie musi dochodzić do przelewu krwi. Jesteście tak samo częścią natury jak my lub drzewa wokół.
– Chyba się nie zrozumieliśmy starcze… – odpowiedział groźnym tonem elf – ten teren należy do konklawy, a wy jesteście na nim nieproszonymi gośćmi.
– Nasz klan żyję tutaj od zarania dziejów, nie odejdziemy z miejsca gdzie zaczynali nasi przodkowie!
– A więc nie pozostawiacie mi wyboru…
Po czym elf wykonał ruch ręką, a cięciwy łuków jego podwładnych zostały zwolnione.
==================================================================
Schratan przechadzał się po puszczy wykonując swoją poranną rutynę. Kątem oka dostrzegł niecodzienny widok. Między drzewami leżał martwy dzik. Nie byłoby to nic dziwnego, gdyby nie był to dzik z jego okolicy, poszarzały i pokryty grzybami, a przede wszystkim nie był nawet trochę nadgryziony, zabity i pozostawiony. Schratan zmarszczył brwi i podszedł do dzika. Przekręcił go na drugą stronę. Z drugiego boku wystawała drewniana strzała.
– To nie może być robota Sumpfarów, oni zabraliby zwłoki, a tym bardziej nie zostawiliby z wbitą strzałą – rozważał opcję Schratan – czyżbyśmy mieli nieproszonych gości w puszczy?
Druid dotknął truchła, a na nim pojawiły się nowe grzyby i runo leśne powoli oplatało zwłoki. Firbolg wstał i skierował się w stronę wioski Sumpfarów.
– Powinienem ostrzec Luesa i jaszczury, mam złe przeczucia.
– Powolnym krokiem Schratan kierował się w stronę wioski. Poczuł zapach spalenizny a na horyzoncie zobaczył czerwono-żółte światła. Przyspieszył kroku, który po chwili zmienił się w bieg.
Wioska była kompletnie spowita płomieniami, na ziemi leżało wiele zwłok, większość z nim to były tutejsze jaszczury. Zauważył też nieliczne ciała elfów. Początkowo był lekko zdziwiony, ale po chwili przez dym zauważył dwie elfickie sylwetki. Gdy elfy zauważyły jego obecność, rzuciły się na niego z mieczami w rękach. Ciało druida pokryło się bezkształtną masą, z którem miejscami wyrastały różnokolorowe grzyby. Gdy pierwszy z elfów był już w zasięgu 3 metrów, Schratan wyciągnął w jego stronę rękę. Skóra elfa momentalnie zaczęła gnić i po chwili upadł na ziemię martwy. Drugi elf zatrzymał się próbując przetworzyć, co się właśnie stało z jego towarzyszem, a Schratan wykonał pionowy ruch ręką ku górze, po czym zwłoki elfa podniosły się. Elf wyglądał jak chodzące truchło pokryte grzybami i ociekające szarawą cieczą. W zgrozie, drugi elf nie zesztywniał i w próbie odsunięcia się od chodzących zwłok potknął się o kamień za nim. Na komendę druida, umarlak rzucił się na pozostałego elfa.
Schratan szybko zlustrował okolicę szukając ocalałych. Jego uwagę przykuła znana sylwetka. Lues leżał pod płonącą drewnianą belką, która uprzednio podtrzymywała konstrukcję większego namiotu wodza. Szybko doskoczył do młodego jaszczura i odrzucił belkę na bok, lekko parząc sobie dłonie. Po czym powitał go straszny widok. Tam gdzie leżała belka chłopiec był doszczętnie zmiażdżony. Nie posiadał już prawej ręki i nogi, pół twarzy było oderwane, a końcówki nadpalone. Coś jednak przywróciło minimalną nadzieję druida, serce jaszczura było odkryte nie osłonięte przez ciało, ale…dalej biło. Chwycił on ledwo żyjącego jaszczura i ruszył pędem do swojej chaty.
Położył Luesa na łóżku i zaczął przygotowywać jakiś specyfik. Nagle, gałęzie zaczęły wyrastać ze ścian chaty Schratana. Rozrastały się w stronę jaszczura. W momencie kiedy Schratan odwrócił się w stronę łóżka, gałęzie dotarły już do serca Luesa i zaczęły je oplatać. Druid przestał mieszać i zaczął obserwować rozwój wydarzeń. Gałęzie stworzyły coś na wygląd klatki wokół bijącego serca Luesa, które zaczęło zmieniać kolor z krwisto-czerwonego na jasnozielony i zaczęło lekko połyskiwać. Gałęzie cofnęły się. Z każdym kolejny uderzeniem serca zaczęły z niego wyrastać kolejne gałęzie tworząc coś co wyglądem przypominało ciało. Brakująca ręką i noga zaczęły się formować, na twarzy pojawiło się jasno zielone oko. Po chwili ciało było gotowe w połowie złożone z tkanki mięśniowej jaszczura, a w połowie złożone z drzew połączone jasnozielonym światłem serca na środku klatki piersiowej. Lues wziął oddech swoimi nowymi płucami i otworzył oczy.
==================================================================
Pomieszczenie było oświetlone przez otwarty balkon naprzeciwko. Świeże powietrze wypełniało płuca i zachwycało nozdrza. Śpiew ptaków odbijał się echem po ścianach pomieszczenia. Krzesła zrobione w pełni z drewna pierwotnie wyglądające na bardzo proste okazały się zaskakująco wygodne. Na tle koron drzew w jesiennych odcieniach czerwonego, złotego i pomarańczowego widniała sylwetka postawnego mężczyzny zwróconego w stronę balkonu.
Z– wielkim wstydem muszę przyznać, że moje siły nie są w stanie poradzić sobie z tym problemem. Wydaje mi się, że nasze metody mogą być zbyt…humanitarne – zaczął tłumaczyć mężczyzna.
– Jeżeli legendarni wojownicy konklawe nie poradzili sobie z tym czyms to co mogą zrobić mierni najemnicy? – szydził siedzący mężczyzna.
Na jednym z krzeseł siedział postawny mężczyzna. Jego pancerz prezentował się w kolorach brązu i morskiego błękitu z przebiciami khaki. Części ciała najbardziej narażone na rany były zakryte metalowymi płytami pozostawiając większość ciała okryte jedynie nabijaną skórą, by nie ograniczać ruchu. Plecy były ukryte za szkarłatnym płaszczem, a przy prawym boku połyskiwał zakrzywiony nóż.
– Skoro nasze taktyki nie działają to naturalnym jest zmienić strategię. Tutaj pojawia się wasza drużyna…kapitanie – zignorował szyderstwo mężczyzna przy balkonie.
Stojący mężczyzna odwrócił się odsłaniając spiczaste uszy i twarz pokrytą bliznami oraz opaską na oko. Usiadł przy biurku przed kapitanem.
– Z czym dokładnie mamy do czynienia – zapytała kobieta siedząca na drugim krześle.
Obok kapitana siedziała blondwłosa kobieta w czarnym kaftanie. Przy boku wystawała srebrno połyskująca rękojeść rapiera przykrytego przez długi płaszcz zakrywający całą lewą rękę postaci.
– Od kilku lat pewien stwór terroryzuje okoliczną puszczę. Nie wiemy czym jest, ani jak powstał. Wiemy tylko tyle, że wygląda jak jaszczuroczłek, ale większy i w większej części zrobiony z drewna – wytłumaczył elf.
– Jakiś drzewiec? – drążyła temat kobieta.
– Nie…do końca, ale blisko. Drzewce raczej spędzają większość czasu w hibernacji, natomiast nasza maszkara robi wszystko by utrudnić konklawe funkcjonowanie w puszczy.
– Wiadomo dlaczego to…coś…uwzięło się na konklawe? – dołączył do rozmowy kapitan.
– Niektórzy mówią, że reprezentuje on gniew puszczy, ale to niedorzeczne – prychnął elf – dlaczego las miałby sprzeciwiać się naszemu pokojowemu ludowi?
Kapitan lekko skrzywił wyraz twarzy, ale szybko opanowanie i nie dał po sobie poznać emocji.
– Jak go znajdziemy? – zapytał kapitan.
– Jeden z moich zaufanych tropicieli wam potowarzyszy i będzie wykonywał twoje polecenia – odparł elf – z jego pomocą z pewnością znajdziecie go w niedługim czasie.
– W porządku…porozmawiajmy o zapłacie.
==================================================================
Świeże jesienne powietrze sprawiało, że wędrówka przez puszczę była niemalże przyjemnością. Śpiew ptaków ciągle towarzyszył drużynie najemników przemierzających leśne ostępy. Pierwszy szedł młody elf w zielonym płaszczu, który dobrze kamuflował się w sąsiedztwie krzewów. Na przy boku miał przewieszony krótki łuk oraz dwa krótkie miecze. Następne było kompletne przeciwieństwo, ponad dwumetrowy, potężnie umięśniony czart w ciężkim pancerzu z mniejszą ilością blach zastąpionych futrem, by umożliwić lepszą mobilność. W ręku trzymał wielki topór, który opierał o prawie ramię. Długie zakręcony rogi oplatały włosy o podobny, foletowym kolorze co skóra czarta. Olbrzym uderzył się w policzek z głośnym plaskiem.
– Nie moglibyśmy kiedyś wziąć jakiegoś zlecenia na plaży? – narzekał rosły mężczyzna – mam już serdecznie dość tych komarów.
– Bądź ciszej, próbuję się skupić – odparła idąca za nim kobieta z kosturem w ręce.
Kobieta była ubrana w czarno-zieloną szatę, a głowę i szyję przykrywała jej burgundowa chusta. W ręku trzymała mocno powykręcany kostur. Kruczoczarne włosy wypadały spod kaptura przykrywając bladą cerę. Kobieta szła otoczona fioletową barierą i miała zamknięte oczy.
– Wyczuwam silniejsze stężenie magii niż wszystko wokół – oznajmiła czarodziejka i pokazała palcem – w tamtą stronę.
– Chyba mamy naszą zgubę – rzekł kapitan i kiwnął do prowadzącego elfa.
Elf spojrzał jeszcze raz na ziemię i tylko skinął na zrozumienie po czym skierował się we wskazaną stronę.
– Jaki jest plan? – zapytała kobieta w czarnym płaszczu.
– Okrążymy go, podpalimy i zabijemy – odparł szybko kapitan – spróbujecie go unieruchomić, żebyśmy mieli łatwiejszą robotę.
– Lubię proste plany – wtórował czart.
Drużyna dotarła do polany z pojedynczym niedużym drzewem w jej centrum i ukryli się na linii drzew. Przez środek polany przechodziło coś co wyglądało jak połączenie drzewa z jaszczurką, a w ręku trzymało coś na wzór włóczni. Wokół istoty trawa zmieniła kolor na szarawy, a krzewy rosły i wykształcały kolce.
– Dobra, rozdzielamy się, Morgo zaczynasz jak będziemy na miejscach.
Czarodziejka kiwnęła głową, po czym reszta drużyny rozeszła się na boki. Każdy zajął miejsce odpowiednio daleko od siebie dalej ukrywając się na linii drzew. Drzewiasta istota podeszła do drzewa na środku polany i położyła na nim dłoń.
– Nie obawiaj się, każdy musssi raz do roku zgubić liśśście – powiedziała istota.
Głos stwora brzmiał kojąco, ale jednocześnie niepokojąco. Przez niski ton przebijał się dźwięk na podobieństwo gałęzi drzew kołyszących się na wietrze. Nagle z linii drzew wystrzeliła, świecąca na żółto czerwona kula i momentalnie uderzyła w istotę, która od razu zajęła się ogniem. Stwór wydał z siebie gardłowy ryk, który był połączeniem syczenia węża z rykiem jelenia. W tym samym momencie z linii drzew wyskoczyła reszta drużyny najemników. Najszybciej do przeciwnika dotarła kobieta z rapierem i wbiła miecz prosto w bok potwora. Miecz zatrzymał się w drewnie i mimo starań kobieta nie mogła go wyciągnąć. Czart i kapitan gorzej radzili sobie z dotarciem do potwora, gdyż poszarzała ziemia była pokryta kolczastym bluszczem. Kobieta w czarnym płaszczu w ostatniej chwili uskoczyła włóczni stwora zostawiając swoją broń wbitą w jego ciało. Po nieudanym ciosie ugasił płomienie gadzią ręką.
– Kolejni obcy próbują zniszczyć puszczę – zakrzyknął stwór – nie pozwolę na to!
Wymawiając te słowa istota wbiła rękę w ziemię. Pnącza wystrzeliły w stronę nadchodzącego wsparcia ze strony kapitana i czarta i kompletnie oplotły dwójkę, skutecznie ich unieruchamiając.
– Staniecie się nawozem dla tego lasu! – jeszcze raz zakrzyknął potwór.
Z linii drzew wyszła kobieta z kosturem, zrobiła szybki ruch ręką i wypowiedziała krótkie zaklęcie. Wokół potwora zaczęły pojawiać się półprzezroczyste fioletowe łańcuchy i łapały go za kończyny. Widząc okazję zza drzewa na środku polany wyskoczył elficki tropiciel z dwoma mieczami w rękach i rzucił się na drzewca.
– Oparł się! – wykrzyczała kobieta z kosturem.
Potwór z rykiem zerwał łańcuchy i odwrócił się w stronę tropiciela zanim temu udało się doskoczyć. W oczach łowcy pojawiło się przerażenie, po czym został chwycony wielką gadzią ręką za gardło. Próbował ciąć potwora po ręce, ale wycieńczenie spowodowane podduszaniem nie pozwalało mu przebić się przez skórę. Ostrza odbijały się od jaszczurzych łusek, miotając się kaptur spadł z głowy tropiciela, a spod niego wypadły blond włosy i wyraźnie widoczne spiczaste uszy. W gadzim oku potwora, źrenica rozszerzyła się, gdy zobaczył uszy osoby, którą trzymał. Ręka zacisnęła się, głośny trzask można było usłyszeć po całej polanie, elf przestał się miotać, oczy straciły kolor. Stwór odrzucił zwłoki elfa i odwrócił się w stronę reszty. W tym momencie kobieta w płaszczu podcięła gadzią nogę noże co sprawiło, że musiał przyklęknąć na jedno kolano. Czart próbował uderzyć go toporem, ale on złapał topór drewnianą ręką. Kapitan wbił włócznię w drugą nogę, odwracając uwagę stwora. Czart puścił topór i robiąc zamach uderzył w świecący punkt na piersi stwora.
Uprzednio świecące jasno zielonym blaskiem oko drzewnej części istoty straciło kolor. Drzewiec osunął się na ziemię.
– Koniec? – intensywnie sapała kobieta z płaszczu.
– Jeszcze żyje, wyczuwam jego magię – oznajmiła postać z kosturem podchodząc do reszty.
– Nie na długo! – powiedział czart wyciągając topór z dłoni potwora.
– Poczekaj – zatrzymał go kapitan – więcej zarobimy jak zabierzemy go żywego.
Witaj. :)
Gratuluję tutejszego debiutu i to tak szybko po rejestracji. ;)
Zachęcam do zapoznania się z Poradnikami z działu Publicystyka: Drakainy – dla Nowicjuszy, językowymi, dialogowymi, myślowymi, interpunkcyjnymi itd.
Biorąc pod uwagę kwestie językowe, w tekście trzeba jeszcze sporo poprawić (sugestie i wątpliwości – jedynie do przemyślenia), np.:
Nie inaczej było z młodym, 10 letnim, Luesem. – błędny zapis; liczebniki zazwyczaj piszemy słownie.
Ocenianie innym poprzez ich nietypowy wygląd było poniżej ich godności. – powtórzenie
Klan Sumpfarów, jako starszyzna orzekła lata temu od leżącego tu bagna, był stosunkowo pokojowo nastawionym klanem nastawionym na współegzystencję z tutejszą naturą. – to zdanie jest niepoprawne stylistycznie, składniowo i logicznie.
Połowy ryb skracały się do zarzucania sieci, albo sprawdzaniem poprzednich, czasem trzeba było uzbierać drwa lub zapolować na jakąś zwierzynę. – to zdanie także i takich jest dużo więcej.
Po tym zdarzeniu okazało się, że młody Lues miał już wiele przyjaciół w lesie. – tu jest błędnie odmieniony wyraz, czyli błąd gramatyczny i składniowy.
W całym opowiadaniu jest ogromnie duża liczba rozmaitych form czasownika „być”, nieraz – w jednym zdaniu dwukrotnie, albo też – zdanie po zdaniu, np.:
Ocenianie innym poprzez ich nietypowy wygląd było poniżej ich godności.
Klan Sumpfarów, jako starszyzna orzekła lata temu od leżącego tu bagna, był stosunkowo pokojowo nastawionym klanem nastawionym na współegzystencję z tutejszą naturą. Dewizą było wykorzystywanie dobrodziejstw natury jedynie w niezbędnej ilości oraz ochrona bagna i puszczy przed nieproszonymi gośćmi. Jak nakazuje tradycja wszystkich jaszczurzych klanów, narzędzia i broń były wykonywane z kości, aby nie nadużywać dobrodziejstwa lasu. Zdarzały się sytuację, gdzie klan musiał chwycić za broń i bronić puszczy przed zagrożeniem z zewnątrz, ale nigdy nie było to zagrożenie egzystencjalne, więc życie w puszczy było swoiście spokojne, do czasu…
Dialogi są do generalnej poprawy wedle wskazanego poradnika, tu przykłady:
„– Pewnie przez lokalne dęby, za mocno się rozrosły na górze, trzeba będzie je trochę przyciąć – podrapał się po brodzie Schratan – to będzie niezła wspinaczka”.
„– Niemożliwe…dopiero co rozmawiałem z lessszczynami – argumentował Lues
Schratan chwilę podrapał się po brodzie, po czym otworzył oczy szeroko patrząć na niewinnie wyglądającego ucznia.
– Od…od kiedy jesteś w stanie rozmawiać z roślinami? – zająkał się druid
– Od niedawna…może z rok temu pierwszy raz ussłyszałem jak brzoza narzeka na bobry z rzeki – zastanowił się jaszczur ”.
„– Wodzu…mamy nowoprzybyłych w puszczy – próbował złapać oddech strażnik
– Kto taki? – zapytał się podając mu bukłak z wodą.
– Ludzie, ale jacyś tacy wysocy i ze spiczastymi uszami – zaczął strażnik – byli uzbrojeni w łuki i metalowe miecze.
– Elfy zawitały do naszej puszczy? – zamyślił się wódź – No cóż, jeżeli będą się zachowywać zgodnie z porządkiem natury to nie powinniśmy wchodzić im w drogę. Chyba będziemy mieli okazję porozmawiać.”
Czasem brak przecinka, np.:
Rosa jeszcze wisiała na źdźbłach trawy, promienie słoneczne przebijały się przez korony drzew, a ptaki dopiero budziły się by zacząć nowy dzień ze śpiewem na dziobach.
No cóż, jeżeli będą się zachowywać zgodnie z porządkiem natury to nie powinniśmy wchodzić im w drogę.
Zdarzają się zdania rozpoczęte małą literą, jakby brakowało ich początku (?), np.:
najstarszy z nich obserwował krzątaninę swojego klanu z zadowoleniem.
Pojawiają się literówki, np.:
– Witajcie w puszczy przybysze – rozpoczął rozmowę wódź. (pada kilka razy)
– Jesteśmy klanem Sumfarów, zamieszkujemy tutejszą puszcz.
– Nasz klan żyję tutaj od zarania dziejów, nie odejdziemy z miejsca gdzie zaczynali nasi przodkowie!
Są też niestety usterki rzeczowe – w opowiadaniu wprowadzasz nowe nazwy własne, czytelnik ich nie zna, a Ty sam podajesz je pisane różnorodnie, co niepotrzebnie mnoży błędy; jeżeli wymyśla się nowe pojęcia, trzeba bardzo dokładnie pilnować ich prawidłowego zapisu; np.:
Klan Sumpfarów, jako starszyzna orzekła lata temu od leżącego tu bagna, był stosunkowo pokojowo nastawionym klanem nastawionym na współegzystencję z tutejszą naturą.
– Jesteśmy klanem Sumfarów, zamieszkujemy tutejszą puszcz.
Mimo Twoich zapewnień z Przedmowy, odnoszę wrażenie, że to jednak jest fragment, a nie oddzielne opowiadanie, na co wskazuje cała fabuła, nierozwinięte liczne wątki oraz jego zakończenie:
Uprzednio świecące jasno zielonym blaskiem oko drzewnej części istoty straciło kolor. Drzewiec osunął się na ziemię.
– Koniec? – intensywnie sapała kobieta z płaszczu.
– Jeszcze żyje, wyczuwam jego magię – oznajmiła postać z kosturem podchodząc do reszty.
– Nie na długo! – powiedział czart wyciągając topór z dłoni potwora.
– Poczekaj – zatrzymał go kapitan – więcej zarobimy jak zabierzemy go żywego.
Przy okazji, co oznacza to zdanie?:
– Koniec? – intensywnie sapała kobieta z płaszczu. – chodzi o jej płaszcz, czy jej płacz?; czy ona była z niego stworzona? czemu?
Pozdrawiam serdecznie, powodzenia w dalszej twórczości. :)
Pecunia non olet
Hejka !
Gratuluję debiutu. :) Interesujący pomysł na świat i postacie – ogromny plus za to. Opisy otoczenia są szczegółowe i barwne, ale momentami trochę przesadnie, przez co spowalniają czytanie. Przeskoki między scenami są trochę mylące i ciężko śledzić kolejność zdarzeń. Jednak opowiadanie jest bardzo obiecujące i ma duży potencjał, co prawda jest do dopracowania, ale z pewnością pomoże Ci w tym komentarz bruce oraz kolejnych czytelników. :)
Pozdrawiam
Nie ma ucieczki od mroku, jeśli to on sam prowadzi twoje kroki.