Po kimś innym Damian spodziewałby się przeraźliwego krzyku, ewentualnie wybuchu gniewu okraszonego sążnistymi przekleństwami. Zamiast tego usłyszał ciche „Och”. Widząc na twarzy Marysi strach, początkowo uznał, że musiała zobaczyć wielkiego pająka lub inne leśne obrzydlistwo.
– Och, jejku – zajęczała.
Okazało się, że weszła w zastawione na zwierzynę wnyki, które owinęły się wokół jej uda niczym pęd wokół drzewa. Miały ostre zęby przypominające brzytwy. Marysia oparła się o stary dąb, wielkimi oczami oglądając swoją nogę. Damian zrzucił z ramion plecak, uklęknął i przyjrzał się rozciętej spódnicy, szkarłatnej od krwi sączącej się z rany. Kiedy wyjaśnił, co się stało, Marysia, będąca w szoku, zaczęła rozglądać się po lesie.
– Poczekaj – powiedział i zaczął grzebać w plecaku, z którego wyjął koszulkę na zmianę. Podarł ją, z troską zerkając na Marysię. Las zdawał się ich obserwować ślepiami ukrytymi w krzakach, przyczajonymi wysoko w koronach. Podsycał napięcie skrzypnięciem drzewa, dźwiękami runicznego języka, na granicy świadomości, bo obydwoje skupieni byli na nodze Marysi. Dziewczyna usiadła i, drżąc, oparła się o drzewo. Damian pomyślał, że nie pozwoli więcej nikomu jej skrzywdzić. Nie po to uciekali z N-arc.
– Marzy mi się miękki materac – powiedziała cicho Marysia.
Przyjrzawszy się dokładniej ostremu drutowi, Damian uznał, że brzytewki weszły w ciało głęboko, ale na szczęście nie w okolicy tętnicy. Nie powiedział jej, że to zrobi, nie chciał Marysi dodatkowo stresować – po prostu wyszarpnął wnyki z nogi. Dziewczyna stęknęła, osunęła się na bok. Szybko wyjął zza pazuchy saszetkę z proszkiem kauteryzującym, podwinął spódnicę i posypał ranę. Marysia pisnęła, wpiła się palcami w mech, rozorała nimi zieloną tkankę. Po bladych policzkach spłynęły łzy. Damian owinął udo koszulą, ścisnął i zawiązał. Następnie dał jej napić się wody, pomógł założyć swoją, zbyt luźną, bluzę, i pozwolił odpocząć. Kiedy zrobiło się zimniej, dostrzegł, że dziewczyna ma dreszcze. Przytulił ją, pocałował w czoło, po czym założył plecak, a Marysię dźwignął i przerzucił sobie przez ramię.
– Co robisz? – zdziwiła się.
– Nie możemy tu zostać. Słyszałem w nocy jakieś głosy. Wiesz, że Instytut nigdy nie da nam spokoju.
– Dokąd idziemy?
– Nie wiem. Musimy przedostać się przez las.
Pod nogami pękały gałązki, chrzęściła leśna tkanka.
Marysia ważyła niewiele, ale niesienie takiego ciężaru dłużej okazało się wyczerpujące.
– Mogę iść sama – powiedziała, widząc zmęczenie Damiana.
W końcu zgodził się na to. Ostrożnie odstawił ją na ziemię. Oplotła ramieniem jego barki i ruszyli dalej.
– To straszne – powiedziała, kuśtykając. Co jakiś czas szczękała zębami.
– Wyjdziesz z tego. – Mocniej ścisnął ją dłonią w talii. I dodał, próbując uspokoić bardziej siebie niż ją: – To mała rana.
Nie wyobrażał sobie, co by zrobił, gdyby ją stracił. Wiedział tylko, że istnienie straciłoby dla niego sens. Zwłaszcza po tym wszystkim, co dla niego zrobiła. Choć byli w lesie, przez korony drzew, widział Instytut Traum. Znajdował się wiele kilometrów stąd, dlatego widok ten uświadomił Damianowi jeszcze bardziej, jak potężny musi być ten wieżowiec. Górował nad N-arc niczym Palec Boży.
– Ci ludzie, których zostawiłam. – Marysia pokręciła głową w niedowierzaniu. – Nie powinnam była ich zostawiać. Jak sobie beze mnie poradzą?
Damian udał, że nie usłyszał pytania. Miał nadzieję, że dziewczyna jest zbyt zmęczona na dyskusję. Pragnął, aby temat rozpłynął się w rześkim powietrzu.
– Hej, mówię do ciebie.
– Tak?
– Co noc śni mi się ktoś z moich pacjentów – powiedziała. – Codziennie pomagałam im…
– Poradzą sobie – przerwał jej trochę ostrzej niż zamierzał. – Robiłaś to swoim kosztem. Poza tym…
Poza tym to banda egoistycznych skurwysynów, pomyślał. Wiedział, że na brutalną prawdę jest zbyt wcześnie.
– Naprawdę myślisz, że sobie radzą?
Damian zazgrzytał zębami.
– Zajmie się nimi ktoś inny. Nie jesteś niezastąpiona. – Ktoś inny spłonąłby ze wstydu, wypowiadając takie słowa. Empaci byli w mieście świętością. Ich pracę otaczano niemalże czcią. Damian nie poczuł na twarzy nawet leciutkiego ciepełka. – No, nie przejmuj się już. Najważniejsze, żeby udało się nam stąd wydostać.
Chlupnęło i but zginął pod powierzchnią brudnej wody. Żyjące na jej powierzchni robactwo rozpierzchło się. W oddali rozbrzmiewał rechot ropuch. Damian zatrzymał się, dając Marysi znak dłonią, żeby poczekała. Dotarli do bagnistego terenu.
– Będziemy musieli to obejść – powiedział, opędzając się od komarów.
Ruszyli wzdłuż szlamowatej wody, aż dotarli do drewnianej kładki, która biegła tuż nad poziomem grzęzawiska, dalej ginąc pośród szuwarów. Deski delikatnie się chybotały, gdzieniegdzie jednej lub dwóch brakowało, więc czasami musieli robić większe kroki. Marysia stękała z bólu, ale nie poprosiła Damiana o pomoc, jak zwykle dumna, lecz przede wszystkim zła na niego, że zafundował jej tę okropną podróż. Nie zdecydowałby się iść tą drogą, gdyby nie słaba łuna kilkadziesiąt metrów przed nimi.
– Podobno mieliśmy unikać ludzi – mruknęła Marysia.
– Ktoś musi cię obejrzeć – odparł Damian, poprawiając kapelusz. – Poza tym powinnaś odpocząć i przespać się w bezpiecznym miejscu.
– Zabierasz mnie w kolejne? Podróż marzeń.
– Daj spokój…
Marysia stanęła na spróchniałej desce.
– Może jeszcze klękniesz?
Spojrzał na nią, ściągając gęste brwi…
– Idealne miejsce na oświadczyny – zadrwiła.
…i zaraz się rozpogodził, zadowolony, że Marysia dochodzi do siebie.
W bagnie, wśród opadłych z drzew liści, patyków i rzęsy wodnej pomykały topiki oraz inne stworzenia; a może słabnące światło dnia, z trudem przedzierające się przez korony drzew i w tym lepkim mikroklimacie jakby rzednące, robiło zmysłom psikusa? Z drzew zwisały liany przypominające węże. W powietrzu, ociężale, na wątłych skrzydłach unosiły się pękate owady. Trzęsawisko żyło własnym życiem – bzyczało, bulgotało, skrzypiało, szumiało. Nieopodal ujrzeli niewyraźnie stado gdaczących flamingów.
– Ładnie tu – powiedział Damian, przechodząc obok wielkiego drzewa, po którym pełzły tłuste larwy. – Osobliwie, ale ładnie.
– Romantyk.
Marysia szła wolniej, zbladła. Na szczęście kładka zrobiła się stabilniejsza i mogli na chwilę usiąść, żeby odpocząć.
– Tam jest jakaś chata – powiedział Damian. – Zamieszkana.
– Wiem, widzę.
– Powiem, żeby ci pomogli.
– Aha – Marysia obserwowała wielką ropuchę, która właśnie wskoczyła na kładkę.
– Prześpimy się jedną noc.
– Yhym.
Damian popatrzył uważnie na kobietę. Wiedział, że musi zachować spokój. Był kapitanem i nie mógł wypuścić z rąk steru, na którym jeszcze mocniej zacisnął dłonie; kontroluj sytuację, powtarzał sobie w myślach, panuj nad emocjami.
– Nie powiemy, że uciekłaś.
– Masz mnie za głupią?
Damian uśmiechnął się blado, poprawił kapelusz i ruszyli dalej.
Przytuloną do potężnego dębu chatę o spadzistym dachu porastał mech. Przed wejściem stał bujany fotel, obok leżał cebrzyk i miotła. Na stoliku znajdował się wypełniony czymś do połowy kubek z cynową łyżeczką. Obrazek z poprzedniej epoki, pomyślał Damian.
Drzwi gwałtownie otworzyły się i stanęła w nich niezwykle wysoka – musiała przygarbić się pod futryną – wyższa nawet od Damiana kobieta. Nosiła za małe, sięgające łydek lniane spodnie, szarą koszulkę i czarną, przykrótką kamizelkę. Zrobiła dwa kroki na zewnątrz, by wyprostować się niczym węsząca zdobycz modliszka. Siwe włosy, niechlujnie upięte w kok, nagle rozpuściła i zaczęła nerwowo przeczesywać smukłymi palcami.
– Macie coś dla mnie? Coście przynieśli?
Nie miała oczu ani nosa. Zamiast twarzy posiadała wielki staromodny zegar. Na białej tarczy wskazówki odmierzał czas. Sekundnik zdawał się nie tyle tykać, co wybijać skompresowaną uwerturę jakiejś zapomnianej melodii. Pod zegarem na ustach igrał uśmiech.
Marysia zrobiła krok do przodu, wyciągnęła rękę. Damian położył dłoń na strzelbie. Wiedział, że Zegarnicy zostali uznani za niebezpieczny gatunek. Wiele lat temu zakazano korzystania z ich usług. Tylko że teraz potrzebowali pomocy innego rodzaju.
– Zgubiliśmy się w lesie – powiedział, nie odrywając spojrzenia od górującej nad nimi istoty. Wskazał ręką na Marysię. – Wpadła we wnyki, które poszarpały jej nogę.
Właścicielka chaty na bagnach przestała zajmować się włosami. Zegar zacykał szybciej.
– Wchodźże! – ofuknęła go, ignorując wciąż uniesioną do przywitania dłoń Marysi. – Trzeba było mówić od razu, że to moja wina. – Stanęła bokiem do wejścia i zrobiła gest, jakby rozwijała czerwony dywan.
Damian zaprowadził Marysię do salonu, gdzie z westchnieniem ulgi usiadła na jasnozielonej kanapie. Miała nadzieję, że wbrew słowom Damiana, zostaną tu dłużej niż na jedną noc, marzyła jej się gorąca kąpiel, miękkie łóżko oraz posiłek. Potrzebowała odpoczynku, zarówno fizycznego, jak i psychicznego. Podczas drogi przez las myślała głównie, że to niezwykłe szczęście, iż nie zostali jeszcze schwytani przez służby miasta. Miała wrażenie, że w chacie będzie mogła wreszcie odsapnąć. Że czas się na chwilę zatrzyma.
Siwowłosa istota tymczasem zamknęła drzwi, weszła za nimi. Włączyła gazowy palnik na kuchence i postawiła na nim garnek z wodą. Miała energiczne i precyzyjne ruchy, przez co jeszcze bardziej przypominała modliszkę.
– Muszę wreszcie załatwić ten cholerny czajnik – mruknęła pod nosem.
Marysia, wzdychając, legła na lewym boku, tak żeby widzieć salon i aneks kuchenny. Damian podłożył jej pod głowę śmierdzącą starością poduszkę, usiadł na krześle obok, uprzednio odkładając pod okno plecak. Strzelbę trzymał na kolanach. Pomyślał, że może to wzbudzić podejrzenia starszej kobiety, lecz nie czuł się tu bezpiecznie. Maskując podejrzliwość pod płaszczykiem szczerej, niewinnej ciekawości, rozejrzał się po pomieszczeniu. Wyglądało na to, że wiedźma – tak ją nazwał na własny użytek – mieszkała sama. Postanowił, że najpóźniej jutro z samego rana ruszą w dalszą drogę.
– Mówią na mnie Betty – odezwała się, krusząc nad garnkiem jakieś liście. Kiedy żadne z nich się nie odezwało, zapytała: – Skąd się tu wzięliście?
Damian poprawił strzelbę na kolanach, zerknął na Marysię. Już nie była tak bardzo blada, ale miała lekko przymknięte oczy. Zastanowił się, czy wiedźma rozpozna w niej empatkę.
– Pojazd nam się zepsuł, komunikatory nawaliły, a potem się zgubiliśmy – wyjaśnił. – Łatwo się zgubić w tutejszych okolicach. Las jest ogromny.
– A mimo to otacza go miasto.
Betty dorzuciła do garnka coś jeszcze i wymieszała całość.
– Lasy, pola, bagna, bez odpowiedniej mapy i orientacji w terenie nie wrócicie do cywilizacji – powiedziała. – Najbliższe schronisko znajduje się daleko stąd. Bliżej nic nie znajdziecie. Najwyżej wpadniecie w więcej moich pułapek. Tak, robaczki, ja je rozstawiłam. Goście nie są u mnie mile widziani.
Marysia poruszyła się niespokojnie.
– Schronisko? – zapytała, podpierając głowę dłonią. – Daleko stąd?
– Parę kilometrów. Jak wyzdrowiejesz, zajdziecie tam bez większego trudu. Tylko nie sądzę, żeby osadnicy byli zadowoleni, widząc was.
– Dlaczego? – zapytał Damian.
Betty parsknęła.
– Dziewczyna z daleka śmierdzi empatką.
– Nie będziemy nikogo niepokoić – powiedział Damian. – Poradzimy sobie.
– Nie lubią obcych? – zapytała Marysia, która położyła się na plecach, nie odrywając spojrzenia od Betty.
– Naiwne dziecko… Może w N-arc was czczą, ale mieszkańcy lasu mają o was, delikatnie mówiąc, niepochlebną opinię. Zresztą, ja także wolałabym was tu nie gościć.
Damian spróbował się nie skrzywić.
– Zostaniemy dzień i ruszymy w dalszą drogę. Nie potrzebujemy żadnej łaski.
Betty zachichotała. Odruchowo podrapała się po umieszczonych na czubku głowy czerwonych czujnikach stanowiących oczy.
– Potrzebujecie czy nie, mogliby pomóc wam dostać się do miasta. Zastanówcie się.
Napar o intensywnym zapachu imbiru rozlała z garnka do dwóch czarek, postawiła je na stoliku, po czym podeszła do drzwi.
– Jestem samotniczką. Mam was dość.
To powiedziawszy, zamknęła się w pokoju obok, trzaskając drzwiami. Marysia i Damian zostali sami, co wcale im nie przeszkadzało, gdyż Betty wzbudzała w nich podskórny niepokój, coś w niej wywoływało napięcie na granicy świadomości niczym nie do końca zauważany komar bzyczący tuż nad głową. W końcu była Zegarnicą.
Noc spędzili w milczeniu, Marysia na kanapie, Damian na fotelu ze strzelbą pod nogami, aż zasnęli, ona w okamgnieniu, on poddawszy się ciążącym powiekom po północy. W nocy kilka razy się przebudzała. Wydawało jej się, że Zegarnica siedzi na brzegu kanapy i ją obserwuje. Zegar cichutko, bardzo powoli cykał.
O brzasku, zanim Betty bezceremonialnie wpadła do salonu, pochłonęły ich przeszywane perlistym śmiechem imbirowe sny.
***
Radio szumiało na nietrafionej częstotliwości, czasami niby w irytacji wypluwając urwane słowa z jakiejś audycji czy piosenki. Umysł Bonny działał teraz na podobnej zasadzie. Niezbornie, w słodko-gorzkiej dezintegracji, przywołując obrazy z wczorajszej imprezy, podczas której wraz z Jerrym tańczyli, pili drinki, zaczynając od dającej kopa blood and sand, by później rozdzielić się i poznać nowe, spocone towarzystwo. Pląsające ciała, głośne śmiechy, krzyki, szklanki uderzające w kontuar. Uściski, pocałunki, usta śmierdzące tytoniem i przesiąknięta drzewnymi perfumami kurtka; musiała się wczepić w ukrytre pod nią silne ramiona, żeby nie upaść, gdy wychodzili z baru. Plątały się nogi, mieszały się myśli i słowa.
Bonny zamrugała, skrzywiła się, ponieważ głowa pulsowała tępym bólem. Leżała w pojeździe na kanapie z tyłu, razem z paczkami cygar, pękniętym zegarem ściennym, poczuciem winy oraz pustym opakowaniem po soczewkach nocnych, które kupili z Jerrym w drodze do suburbiów.
Gdzie on się podział?
Podniosła się, przetarła twarz, rozejrzała po kabinie auta. Przez okna wpadał słoneczny blask. Mdłości delikatnie falowały gdzieś pod gardłem. Była tu sama. Dopiero po chwili zauważyła Jerrego. Stał na zewnątrz pod drzewem i oddawał mocz, pogwizdując pod nosem.
– Gdzie jesteśmy? – zapytała, na miękkich nogach wychodząc z auta.
Jerry podskoczył, gwałtownie pociągnął rozporek, krzyknął coś.
– Jezu, mała, chcesz, żebym go sobie uciął? – zapytał rozdrażniony.
Bonny westchnęła z irytacją.
– To twój interes – powiedziała kąśliwie.
– O, cho, cho, ktoś tu wstał lewą nogą. – Poprawił spodnie i ruszył w jej kierunku. Pod butami pękały suche gałązki. – Nie podobało ci się wczoraj?
Zignorowała jego zjadliwy uśmieszek i zaczęła wygładzać czarną sukienkę, jakby nie chciała dopuścić do siebie myśli, że mogłaby mu pozwolić się do siebie zbliżyć.
Podniosła przedramię i skupiła się na holograficznej mapie, która rozbłysła w powietrzu. Najwidoczniej po wczorajszym wykonaniu zadania była tak bardzo zadowolona, że za bardzo sobie pofolgowała. Innymi słowy, odjebało jej. Znajdowali się pół dnia pieszej wędrówki od kolejnej destynacji.
– Pojazd nie działa – powiedział Jerry, wkładając do ust elektryczne cygaro. – Możemy wezwać pomoc. Będą za dwadzieścia minut.
Bonny rozejrzała się po okolicy. Przesłaniające słońce sekwoje, dęby, brzozy, krzewiny, biegnąca między nimi wydeptana ścieżka, ginąca tu i ówdzie pod dywanem z mchu, liści i płożących się po ziemi pędów.
Do sukni miała przytroczony pasek z fiolkami wielkości kciuka. Brakowało tej na kaca. Jerry otaksował ją spojrzeniem.
– Pójdziemy pieszo – powiedziała, wracając do pojazdu. – Potrzebuję świeżego powietrza.
Otworzyła bagażnik i zaczęła się przebierać. Jerry posłusznie odwrócił się tyłem. Na wspomnienie poprzedniej nocy uśmiechnął się pod nosem. Marzeniem Bonny była wysoka pozycja w mieście. On pragnął być jak najbliżej niej. Imponowała mu. Wczoraj miał ją w ramionach, czuł na twarzy słodki oddech, a w zielonych oczach widział iskierki, które rozpaliły jego umysł. Musiał odganiać innych mężczyzn, pijanych, lgnących do Bonny jak pszczoły do miodu. Wszyscy wiedzieli, kim jest dziewczyna. I kim w niedalekiej przyszłości zostanie.
Suknię zmieniła na szary kombinezon. Od razu poczuła się lepiej. Wracając do towarzysza, jeszcze rzuciła okiem na leżący z tyłu pojazdu zegar. Upadł na ziemię z chrzęstem, kiedy wczoraj strzeliła w szyję tej żyjącej na przedmieściach pokraki. Zegarnica nawet nie zdążyła się odezwać. Prawdopodobnie ostatnim, co zarejestrowała, był perlisty śmiech Bonny, która z rozkoszą pociągnęła za spust.
Ruszyli ścieżką w głąb lasu, zostawiając za sobą śpiące jeszcze miasto. Bonny zauważyła, że Jerry utyka na lewą nogę. Przypomniała sobie, że zaatakował go pies, wierny towarzysz Zegarnicy. Skrzywiła się i wysforowała naprzód. Mijając go, poczuła drzewne perfumy.
– Jesteś pewna, że właśnie tam ich znajdziemy? – zapytał.
– Nie wiem. Las jest niebezpieczny. Zakładam, że będą szukać schronienia.
Jerry wyjął z ust cygaro, zagwizdał z podziwem.
– Musieli całkiem oszaleć – powiedział. – Co ona sobie myślała, planując ucieczkę?
Bonny wzruszyła ramionami, odgarnęła ręką pajęczynę.
– Ten Damian musiał ją przekonać, że zostawienie pacjentów jest świetnym pomysłem. Sam jest N-osobą. Nie wiem, może był zazdrosny?
Jerry zaśmiał się.
– Powykańczacie się wzajemnie tam na górze.
– Wiesz przecież, że po to są ludzie tacy jak Marysia. Żeby łagodzić tarcia. – I dokończyła z irytacją. – Zrobiła niedopuszczalną rzecz i teraz muszę ją ścigać. Kiedy ją złapię, czeka mnie mnóstwo pracy. Ale wiesz co? Nic mnie nie powstrzyma, ponieważ wiem, że dzięki temu Instytut wreszcie awansuje mnie na N-osobę.
Jerry, podświadomie, zwolnił na moment, zwiększając dystans do Bonny. Nie mógł wejść w otwarty konflikt z dziewczyną, jego rolą była służba. Mimo to co jakiś czas nie potrafił powstrzymać się przed komentarzem przypominającym strzał w kolano. Dlaczego tak ryzykował, nie wiedział, być może testował jej granice, ale właśnie teraz usta zadrżały od powstrzymywanego nietaktu. Nie wytrzymał, musiał to powiedzieć:
– Chciałabyś, żebym łagodził tarcia między tobą a innymi Enkami? Żebym był blisko?
Bonny wyłączyła mapę, na której sprawdzała lokalizację, i obejrzała się na niego. W tej czarnej skórze, w zawadiacko ułożonych blond włosach średniej długości, z lekko przechyloną głową i dołeczkiem na policzku, kiedy się uśmiechał…
– Wiesz, że to niestosowne pytanie – powiedziała oschle. – Nie ty o tym decydujesz.
– Dlatego pytam ciebie.
– Znasz opowieść o granicach?
Jerremu zrzedła mina. N-osoba w kontakcie z przeciętnym obywatelem mogła przekraczać, deptać je do woli. Natomiast sama miała je bardzo wyraźne i sztywne. Wczorajszego wieczoru, w barze, modlił się, aby Bonny nie kazała mu odstrzelić jakiegoś pijanego natręta.
– Zbliżamy się – wyrwała go z rozmyślań.
Przed nimi rozciągało się zbudowane z aluminiowych płyt, ściętych drzew, mchu, liści i zaschniętego błota usztywniającego ściany schronisko. Poza autochtonami znajdowali się tu ludzie, którzy zabłądzili w lesie, albo bogacze, w poszukiwaniu wrażeń zapuszczający się w odmęty leśnej tkanki.
Kiedy przeszli przez ułożony z gałęzi portal, głośne rozmowy ucichły, rozległ się szmer szeptów; ludzie od razu rozpoznali Bonny. Niekótrzy patrzyli na nią spode łba, inni odwracali spojrzenia, spuszczali głowy, wchodzili w tryb zamrożenia.
Ze stojącego pośrodku schroniska dwupiętrowego budynku wyszedł stary, wysoki człowiek. Cerę i skórę miał tak pomarszczone, że przypominał żywe drzewo. Najpierw stanął jak wryty, by po chwili ostrożnym krokiem podejść do Bonny i Jerrego, którzy zatrzymali się na klepisku.
– Jak mogę pomóc? – zapytał.
Bonny zaśmiała się perliście.
***
Dwa dni później las oddychał już inaczej. Marysia czuła to w wilgotnym chłodzie, który nieprzyjemnie osiadał na skórze. Mimo to odzyskała fizyczne siły. Noga bolała tylko przy gwałtowniejszym ruchu.
Podczas przygotowywania się do podróży nie musiała długo namawiać Betty, żeby ta poszła z nimi do bramy miasta. Zegarnica zgodziła się i teraz prowadziła ich leśnym ostępem, omijając zastawione na zwierzynę i ludzi liczne pułapki. Po drzewie przebiegła wiewiórka, gdzieś wysoko rozległ się ptasi trel.
– Powinniśmy dotrzeć do miasta jutro – powiedział zamykający pochód Damian, jednocześnie przechodząc wystające korzenie i oglądając holograficzną mapę. – Najlepiej, jeśli nie będziemy się zatrzymywać tu na noc.
– Masz rację, kochaniutki – powiedziała Betty.
Damian skrzywił się. Nie ufał Zegarnicy, ale obawiał się, że gdyby jej ze sobą nie zabrali, wpadliby w jedną z pułapek.
– Jak wielki jest las? – zapytała Marysia, dotykając mijanej sekwoi.
– Ma wiele kilometrów wzdłuż i wszerz – odpowiedziała Betty. – Jak mówiłam, nic dziwnego, że zabłądziliście. Nie rozumiem, po co się do niego zapuściliście.
– Las znajduje się w centrum miasta. – Damian przewiesił strzelbę przez plecy. – Uznałem, że bezpieczniej będzie przez niego przejść, niż całą drogę iść zabudowaniami.
– Ironia losu, że natknęliście się na mnie. – Betty zaśmiała się metalicznie. – Na starą zakazaną maszynę.
– Nie jesteś maszyną – powiedział Damian.
– No dobrze, jestem po prostu bardzo zmodyfikowana.
Marysia zrównała się z Betty, przechyliła głowę, przyglądając się zegarowi.
– Nie chcę być niemiła, ale czy to jakaś dawna moda? – zapytała. – Podobno dawno temu ludzie kolorowali sobie skórę. To się nazywało, chyba, tatuażami. Później pojawiły się te wszystkie modyfikacje ciała, osobowości, temperamentu…
Zegarnica odgięła przed sobą grubą gałąź, która z trzaskiem pękła.
– Jeśli pytasz o ten zegar na mojej głowie, cóż, są różne historie na ten temat. Według jednej zostaliśmy oznaczenia w ten sposób, żeby ludzie mogli nas z daleka rozpoznać. Według innej była to fanaberia N-osób. Osobiście uważam, że obydwa powody są prawdziwe.
– N-osoby to moi pacjenci – wtrąciła Marysia.
Mechanizm w głowie Betty cichutko zazgrzytał.
– Och, ja z kolei byłam ich… zewnętrzną modyfikacją. Potrafię wpływać na percepcję czasu. Wydłużać go lub skracać, niczym gumę. To jest związane z zegarem neuronalnym człowieka. Krótko mówiąc, wpływam na chronocepcję, odpowiedzialną za subiektywne odczuwanie upływu czasu. Mój pan… Wiele razy wpływałam na jego czas oczekiwania. Na przykład kiedy czekał na ważne pismo. Stałam przy nim, gdy był na rajskich wakacjach, żeby dłużej mógł napawać się widokiem lazurowej wody. Tkwiłam sztywno pod kotarą, kiedy osiągał orgazm, dzięki mnie trwający pół godziny.
– Jak u świni – skomentował Damian. – Perwersyjne.
– Dlaczego N-osoby po prostu same nie mogły mieć takiej funkcji? – dopytywała Marysia.
Zegar Betty zaciął się, odzyskał rytm.
– Ponieważ to niebezpieczne. Szybko zużywa… posiadacza.
Marysia przypomniała sobie, jak Betty siedziała na kanapie nad nią. Godzina zastygła, minuta wydłużyła niczym leczniczy tasiemiec, zmysły pomieszały się i sekundy stały się rozpuszczającymi się pod podniebieniem słodkimi krówkami. Czas rekonwalescencji rozciągnął się po nieuchwytny horyzont poranka. Zegarnica wpłynęła najwidoczniej także na Damiana – mimo krótkiego snu zdawało się, że wyspał się jak nigdy.
Przypomniała sobie sesje z pacjentami. Przychodzili do niej do beżowego gabinetu, gdzie miękkim głosem, czułym spojrzeniem i miarowym oddechem regulowała ich poziom napięcia. Czasami łączyła się na kamerze, jednak bez względu na formę spotkania, była do ich dyspozycji – N-osób, nienasyconych, zafiksowanych na swoim punkcie czarnych dziur pochłaniających energię.
– Czekajcie! – Damian zdjął strzelbę z pleców i drugą ręką dał znak, żeby się zatrzymały.
Schronisko wtapiało się w las i dopiero po chwili ludzkie oko wyłuskiwało z przestrzeni liczne zabudowania. Niebo zasnuły ciemne chmury. Zerwał się wiatr, porwał kapelusz Damiana.
Marysia rozejrzała się po okolicy i zanim jeszcze zrozumiała, że cisza jest zbyt głęboka, jej ciało zareagowało – policzkami spłynęły łzy.
Powoli wkroczyli do schroniska. Ciała na klepisku, w wejściach do domów, pod drzewami, wszyscy byli martwi. Marysia padła na kolana, wstrząsnął nią szloch. Lunął deszcz, sążniste krople wraz ze łzami spłynęły z twarzy dziewczyny, wsiąkły w ziemię, mieszając się z krwią z poderżniętych gardeł.
***
Jerry ostrożnie wszedł przodem, nisko trzymając broń.
Nikogo w niej nie zastali, ale chata nie sprawiała wrażenia opuszczonej. Zmięty koc na jasnozielonej kanapie, węgielki żarzące się w kominku. Bonny rozglądała się, szukając czegoś, dzięki czemu mogliby dowiedzieć się, dokąd udała się Marysia. Podniosła z ziemi poszarpany kawałek sukienki. Powąchała, skrzywiła się.
– Uciekli – powiedział głośniej Jerry, trącając butem wiadro na werandzie.
Bonny dotknęła cynowego kubka stojącego na stole. Był jeszcze letni. Uśmiechnęła się, bardzo lekko.
– Nie. – Pokręciła głową. – Oni o nas nie wiedzą.
Jerry wrócił do chaty, usiadł na fotelu, głęboko odetchnął.
– Możemy tu trochę odpocząć – wymamrotał.
Bonny spojrzała na niego. Podczas masakry w schronisku przez nieuwagę dał się uderzyć w głowę jakiemuś rosłemu prostakowi. Od tamtej pory był blady.
– Nie mamy na to czasu – powiedziała głosem wypranym z emocji. – Nie możemy pozwolić, żeby nam uciekli. Za Marysię jest ogromna nagroda. Podzielimy się nią. Jesteś twardym skurwysynem, Jerry. Dasz radę. Wstawaj.
Mężczyzna podniósł się z pozycji półleżącej do siedzącej. Skinął głową i obrzygał sobie spodnie.
– Ja pierdole. – Bonny wyszła na werandę, z której przyniosła i rzuciła mu wiadro. – Następnym razem haftuj do tego. – Zmarszczyła nos. – I przemyj sobie te stylowe jeansy.
Jerry przetarł z czoła pot, splunął do wiadra, wziął je ze sobą i podszedł do kuchni.
Gdy doprowadził się do porządku, Bonny ruchem głowy wskazała kubek na stole.
– Napij się tego. To na gorączkę.
Chwilę później na zewnątrz odszukała ślady butów i zawołała go. Ruszyli przed siebie. Bonny czuła rosnącą ekscytację. Adrenalina wyostrzała zmysły, widziała ślady na ziemi, w powietrzu wyczuwała zapach ciał, w tym jakiś dziwny metaliczny akcent. Oblizała usta, zadowolona z siebie. Mam was na widelcu.
– Mogłem zostać – powiedział z tyłu Jerry. – W chacie.
– Potrzebuję cię – ucięła Bonny. – Jesteś dla mnie ważny.
Jerry czuł się słabo, lecz słowa kobiety pokrzepiły go. Mógł jej teraz udowodnić swą wartość. Albo jej nie zawieść. Co za różnica? Myśli mieszały się, wzbierały mdłości. Po drodze wyrzucił wiadro, uznawszy, że w lesie nie będzie potrzebne. Trzy razy zwymiotował na leśną ściółkę, uważając na spodnie i kurtkę, zerkając na idącą przed nim Bonny.
Dobiegające z wysoka bzyczenie pszczół przywołało wspomnienie brudnej kuchni, w której właśnie pozmywał naczynia i przygotowywał kanapki z miodem i cynamonem. Mama je uwielbiała, a on, ośmioletni chłopiec, mógł choć na chwilkę wkraść się w jej łaski. Dziękując za posiłek, mama obdarowywała go przelotnym uśmiechem. Raz czy dwa zdarzyło się, że wzięła Jerrego na kolana i pogłaskała po głowie. Co z tego, że mechanicznie? Co z tego, że później musiał umyć jeszcze ten jeden talerz?
Bonny zatrzymała się pod drzewem. Patrzyła na niego z rozczarowaniem.
– Może teraz ty mnie poniesiesz? – powiedział Jerry, uśmiechając się blado. – Bo na moje silne ramię chwilowo nie masz co liczyć.
Obcas kobiety wbił się w liście, gdy bez słowa okręciła się na pięcie i ruszyła dalej.
Jerry wziął łyk wody i podążył za Bonny. Nie raz zastanawiał się, jak na nią wpłynie status N-osoby. Będzie bardzo wysoko w hierarchii społecznej. Kim zostanie on? N-osoby preferują relacje z sobie podobnymi lub empatami, lecz zawsze mogą mieć u swego boku pomocnika. Jerry na to liczył. Bo sam nigdy nie zostanie N-osobą. Nie wywodził się z wystarczająco wpływowej rodziny, poza tym zwyczajnie nie miał predyspozycji – wyniki badania na psychopatię nie były wystarczające.
Bonny zgubiła trop, więc przerwała marsz. Jerry mógł złapać oddech. Usiadł i oparł się o wiatrołom. Poczuł na plecach dreszcze. Dłonie, w których schował twarz, miał zimne i słabe. Niebo zaczęły przesłaniać burzowe chmury. Pod powiekami pojawiły się obrazy zamordowanych ludzi w schronisku. Siedem osób straciło życie, ponieważ schroniska uważane były za nielegalne, a N-arc sowicie wynagradzało tych, którzy, bez względu na środki, pozbywali się problemu.
– Idziemy – powiedziała Bonny.
Jerry nikomu nie odebrał życia. Powalił czterech mężczyzn, a potem poszedł się wysikać, sądząc, że Bonny wyśle koordynaty służbom miasta, żeby te osadników aresztowały. Kiedy wrócił, zobaczył, jak Bonny podchodzi do nieprzytomnych i podrzyna im gardła. Zrealizowała jedno zlecenie, ale nie chciała puszczać poprzedniego. Spieszyła się.
Wstał i chwiejnym krokiem ruszył za nią.
Wydawało mu się, że dostał gorączki.
– P-poczekaj – wyjąkał, widząc Bonnę przeskakującą przez strumyk.
Znowu zwymiotował, krwią. Jęknął, oparł się o gałąź.
Bonny westchnęła, cofnęła się do niego.
– Niedługo wyjdziemy z lasu – powiedziała. – Musimy się spieszyć.
– Odpocznijmy. Nie u-uciekną.
– Mazgaisz się.
Jerry poczuł napływające do oczu łzy.
– Nie dam rady – wyszeptał.
Bonny przechyliła głowę. Piękne oblicze stężało od wzgardy. Nie mogła się już w Jerrym przejrzeć. Złapała go dłonią za twarz i mocno pchnęła na ziemię. Upadając na kamienie obmywane strumykiem, widział odrzucające spojrzenie matki. Usłyszał oddalające się kroki Bonny. Ostatnia myśl – czy to serce mi pękło, czy coś w głowie? – zgasła i nie pozostało już nic.
***
Las kończył się nagle, jakby ktoś uciął go nożem. Damian wyszedł pierwszy, instynktownie zasłaniając Marysię ramieniem. Powietrze, dotąd chłodne i lepkie, stało się duszne, ciepłe, pachnące ozonem i smogiem. Miasto wznosiło się warstwami, jakby rosło samo z siebie, wszechobecne, przytłaczające nawet teraz, gdy stali na skraju lasu, przed długim na kilkaset metrów lawendowym wrzosowiskiem.
Betty zatrzymała się za nimi. Zegar na jej twarzy niemalże stanął.
– Gdzieś tam, na obrzeżach, znajduje się brama – powiedział Damian. – Kiedy do niej dotrzemy, będziemy wolni.
Ruszyli powoli, zmęczeni przedzieraniem się przez leśne ostępy. Marysia odchyliła głowę, wpatrując się w wieżowce, nad którymi górował Instytut Traum. Rzucał wielki cień na wschodnią część metropolii. Z zamyślenia wyrwało ją pytanie Zegarnicy.
– Dlaczego uciekłaś z miasta?
– Chcieli mnie wyregulować za błąd w sztuce – odpowiedziała otwarcie.
– Chodzi o twoją pracę?
Przytaknęła.
– Pacjent, z którym pracowałam, stał się zbyt empatyczny. A N-osoby nie mogą takie być. No chyba że empatyczne poznawczo. Empatia jako taka jest zasobem empatów.
– Bez was to cholerne miasto by upadło – wtrącił z niesmakiem Damian.
– Empaci są potrzebni, żeby osłabiać tarcia między N-osobami. Ci z kolei napędzają rozwój.
Betty westchnęła. Zegar wpadł w synkopę.
– Naprawdę sądzisz, dziecko, że Enki to robią? Z mojej wiedzy wynika, że częściej są powodem stagnacji N-arc. Dbają jedynie o własny interes. Nie są skłonni do żadnych poświęceń. Wszystko ma pomagać im zaspokajać egoistyczne pobudki. – Nakręcała się jak sprężyna, mówiła coraz głośniej. – Są ślepi na cierpienie innych ludzi. Każdą cudzą krzywdę potrafią wygiąć tak, by dalej myśleć wyłącznie o sobie. Wszyscy muszą się podporządkować. A jeśli tak nie jest, jeśli ktoś przeciwko nim wystąpi, czeka go albo ich furia, albo zniszczenie życia w białych rękawiczkach.
Marysia nie rozumiała tego wylewu Zegarnicy. Połowa słów brzmiała obco, z połową się nie zgadzała. Enki, czyli N-osoby, rządziły, odkąd pamiętała. Urodziła się w świecie, w którym dwadzieścia procent społeczeństwa decydowało o losie wszystkich. Nie widziała w tym nic złego. Osobiście znała niejedną Enkę, współdzieliła z nimi emocjonalny ból, rozumiała złość i kruche ja, zamknięte głęboko, żeby nie rozpadło się niby zamek z piasku. Z tego punktu widzenia byli niezwykle wrażliwi, mimo że na powierzchni niejednokrotnie sprawiali wrażenie nieobecnych i zimnych.
Nie mogła słuchać przykrych słów Betty, zwłaszcza że Damian był tą N-osobą, przez którą chcieli Marysię wyregulować.
– Co jest za bramą? – zapytała.
Betty rozłożyła długie ramiona w geście bezradności.
– Nie znam nikogo, kto był po drugiej stronie.
Ciało Zegarnicy zadrżało. Wspomnienie wysokiego na dwieście metrów portalu, niezmiennie od lat, rozstrajało ją emocjonalnie.
– Dlatego z nami poszłaś – zrozumiała Marysia. – Chcesz zobaczyć drugą stronę.
Betty uśmiechnęła się smutno. Nie odpowiedziała.
Łąka wrzosów kończyła się zżółkniętą trawą, a dalej betonowym, odkrytym kanałem burzowym, ciągnącym się na wschód i zachód aż po horyzont. Języczki wody lśniły w słońcu jak szkło. Było stromo. Damian pomógł Marysi zejść, trzymając ją za rękę. Betty straciła równowagę, klapnęła na tyłek i zjechała na sam dół. Marysia podbiegła i pomogła jej wstać, dopytując, czy jest cała. Zegarnica otrzepała się i pierwsza spróbowała wejść na drugą stronę. Bezskutecznie. Damian wziął rozbieg i na górze w ostatniej chwili złapał krawędź kanału. Potem klęknął, wyciągnął rękę i pomógł Marysi oraz Betty.
– Masz krzepę – wyduszała Zegarnica, kładąc się obok nich na żółtej trawie.
Zamilkła, widząc, że Marysia przytula się do Damiana. Zanim oczy mężczyzny zdążyły się zeszklić, pocałował ją w głowę i wstał.
– Mamy stąd dobry widok – powiedział. – Proponuję odpoczynek.
Betty wyjęła z plecaka trzy pomidory, plastry suszonej kiełbasy i trzy jabłka. Damian zerknął na tabletki spożywcze, które wziął w dłoń, po czym je schował z powrotem do kieszeni. Wspólny, przedłużony posiłek wydał mu się niezwykle atrakcyjny.
Jedli w milczeniu, zerkając na siebie, rozglądając się po jałowej, syntetycznej okolicy. Ciała rozluźniły się, na moment wyszły z trybu przetrwania. Zegar Betty zwolnił, rozciągnął jedną minutę na dwie. Chciałą dać im trochę wytchnienia.
A potem, kiedy wznowili wędrówkę, miasto ich pochłonęło. Powykręcane, niskie budynki, patchworkowe dzieła inżynierów-artystów – aluminiowe blachy, wielkie cegły, żeliwne fasady, karykaturalne witraże, wszystko złączone w nieforemne bryły, duszące się w gęstym, niefiltrowanym powietrzu. Kręte, ciasne, wznoszące się uliczki zaprowadziły ich między coraz wyższe budynki, w cień, bród i zatykający nos smród nieznanej dotąd dekadencji. W matowych oczach mijanych osób widzieli różne rzeczy – absolutną beznadzieję albo manię, która zaprowadziła ich na skraj życia.
***
Bonny poruszała się pewnie jak ktoś, kto zna zakończenie historii i pozwala sobie na luksus powolnego czytania środka dramatycznej powieści. Napawała się ciężkim syntetycznym powietrzem, rzęsistymi oddechami bezdomnych. Ludzkimi masami rozpraszającymi się w niezliczonych uliczkach dzielnicy wszczepów i mikrozabiegów. Syciła spojrzenie miastem tętniącym nocnym życiem, rozświetlonym neonami i światłami pojazdów poruszających się na wielu poziomach.
Wychodząc z lasu, dostrzegła trzy postacie za łąką wrzosów. Zrobiła z dłoni daszek i zmrużyła oczy. Pomagały sobie, a potem odpoczywały. Widząc, jak wstają i ruszają dalej, stłumiła myśl o Jerrym i rzuciła się biegiem, lekko przygięta do ziemi, co kilka uderzeń serca zatrzymując się na sekundę-dwie niczym tygrys polujący na zwierzynę.
Betty zatrzymała się pierwsza. Zegar na jej twarzy zwariował. Sekundnik drgał, skakał, cofał się o ułamek uderzenia. Marysia poczuła, że coś ciągnie ją w dół, w brzuchu, pod sercem; empatyczny odruch każący odczuwać cudzy strach.
– Idźcie – powiedziała Zegarnica zmęczonym głosem. – Uciekajcie, dzieciaki.
Damian zasłonił sobą Marysię. W dłoniach ścisnął kolbę strzelby.
Bonny wyszła z cienia, jakby stanowiła jego naturalne przedłużenie.
– Ach, jakież to, kurwa, wzruszające – powiedziała.
Zatrzymała się kilka kroków od Betty. Przekrzywiła głowę, ściągnęła brwi.
– Sądziłam, że lepiej liczysz.
Zegarnica wyprostowała się, z jej barków spłynęła rezygnacja, zastąpiona czymś twardszym.
– Chcę tylko tę wrażliwą duszyczkę. – Bonny wskazała ręką Marysię. – Wy dwoje możecie sobie iść.
Znajdowali się w zaułku, między wysokimi budynkami. Ktoś nad nimi zamknął okno. Po ziemi przebiegł szczur.
Bonny stanęła na chwilę na palcach, wyciągneła szyję.
– No, nie kryj się, kochana – powiedziała przymilnym głosem. – Musisz wrócić do swojej pracy. Czeka na ciebie świetlana przyszłość. Każdy popełnia błędy. Wyregulują cię i znów będziesz czczona w N-arc.
– Nagadasz się – rzuciła Betty, robiąc krok w jej stronę. – A gadanie nie jet twoją mocną stroną. Jedynym atutem, jakim możesz się pochwalić, jest ładna buźka. – Wykonała drugi krok. – Ale nad charakterem można popracować. Nie musisz do końca życia pozostać narcystyczną suką.
Bonny uśmiechnęła się cynicznie. Wiedziała, że celem Zegarnicy jest odwrócić jej uwagę. Wiedziała, że chce zbliżyć się na tyle, by móc wpłynąć na jej percepcję czasu.
Uniosła broń i strzeliła.
Zegar roztrzaskał się, na ziemię spadły i rozsypały się wskazówki. Betty padła na kolana, z głowy polała się krew.
Sekundę wcześniej Damian chwycił Marysię i rzucili się do ucieczki. Wpasowali się w czas dany im przez Betty. Nie mieli innego wyboru.
Za zakrętem znaleźli latający dysk. Damian włączył zsynchronizowaną z siatkówką aplikację i opłacił przelot. Stanął na talerzu, Marysia oplotła go ramionami i pomknęli ciasną uliczką.
Lecąc kilkanaście metrów nad ziemią, między wieżowcami, Marysia czuła ścisk w gardle. Kiedy uciekali, nie słyszała ścigającej ich Bonny. Nie było strzałów, uderzających o ziemię butów ani żadnych słów. Bonny ich nie goniła.
Jakby wiedziała, że nie musi.
***
Energia talerza wyczerpała się, musieli wylądować na dachu szklarni. Szkło pękło, spadli na warzywa, Damian plecami na ziemię, Marysia na niego, a talerz, szczęśliwie, kawałek dalej. Dziewczyna zaczęła Damiana wszędzie dotykać i zasypywać pytaniami, czy nic mu się nie stało. Kiedy zaprzeczył, rzuciła się w kierunku pomidorów. Powąchała jednego, nazbierała kilka i przyniosła mu.
– Masz, musisz jeść – powiedziała. – Żeby mieć siłę.
Damian zrozumiał, że próbowała sobie jakoś poradzić z przytłaczającymi emocjami.
Sama zjadła chyba z pięć, beknęła, wytarła wierzchem dłoni usta. Do szklarni wpadało słabe światło księżyca.
Damiana dopadły wyrzuty sumienia związane z niespodziewanym przeświadczeniem, że powinien był zostawić ją w pracy. Zostałaby wyregulowana, ale z pewnością nie było to gorsze od podróży, którą jej zafundował.
– Ale to jest pyszne – mówiła nie wiadomo do kogo, coraz bardziej bezbarwnym głosem. Ściskała pomidora na tyle mocno, że pękł i sok spływał po jej drobnej dłoni – Dlaczego ludzie już prawie takich nie robią?
Podszedł do niej, kucnął i mocno przytulił. W ramionach Marysia pękła niczym słaba szklanka zalana wrzątkiem. Trzęsła się jak w febrze, a on ją trzymał, obawiając się, że gdyby puścił to drobne ciało, rozsypałoby się na milion kawałków. Wreszcie trochę uspokoiła się, a raczej osłabła – zadygotała i zwiotczała, choć oczy miała szeroko otwarte.
Damian delikatnie ją podniósł i przerzucił sobie przez ramię. Szklarnia znajdowała się na dachu niewysokiego budynku. Zjechali windą na dół. Musieli udać się w stronę wielkiej bramy, którą opuszczą N-arc. Prowadząca w tamtą stronę droga chrzęściła pod nogami i świeciła drobnymi odbiciami w świetle księżyca. Zrozumiawszy, że idzie morzem potłuczonego szkła, Damian poczuł ulgę, iż ma buty o grubej podeszwie. Chrzęściło, chrupotało, trzeszczało. Marysia z tyłu coś bełkotała, mamrotała, aż w końcu zasnęła, wyobrażając sobie, że zajada się suchymi płatkami śniadaniowymi.
Szli ulicą „niewystarczająco bogatych” obywateli, którzy wychodzili na miasto przez dach, skąd śmigali w przestwór na talerzach. Szkło na dole miało zabezpieczać ich przed degeneratami społecznymi; nawet po zaplombowaniu wejść na klatki schodowe byli w stanie dostać się do mieszkania, wdrapując się po ścianie. Poza tym w pełnym słońcu miriady ostrych kawałków z pewnością tworzyły widok przyjemniejszy niż te ludzkie larwy na dole.
Warstwa szkła zrobiła się najwidoczniej grubsza, gdyż nogi Damiana zapadały się aż po łydki. Wiedział, że nie może się zatrzymać – gdzie położyłby Marysię? Absurd. Zacisnął zęby, zignorował ból kąsający nogi i skupił się na każdym kolejnym kroku. Mimowolnie pomyślał o Betty. Mimo początkowej nieufności ostatecznie polubił starą Zegarnicę. Podobnie zresztą jak polubił Marysię, swoją terapeutkę, empatkę, która dotarła w procesie zbyt głęboko i coś w nim zmieniła… Nie, on żywił do niej znacznie silniejsze uczucia.
– Narcystyczna suka – wymamrotwała Marysia.
Damian uśmiechnął się gorzko. Gdyby nie jego ciekawość, która kazała mu grzebać w historii, nigdy nie dowiedziałby się, kim tak naprawdę są N-osoby. Teraz, myśląc o tym, nie miał pojęcia, czy pot na czole jest wynikiem wysiłku, czy bolesnej świadomości na temat własnego pochodzenia.
Marysia podniosła głowę, spróbowała zejść z niego, ale prędko opadła z sił. Załkała.
Zaczął jej coś nucić. Z pamięci, z siły improwizacji, z czystej potrzeby uśmierzenia cudzego bólu. Nogi mu drżały z wysiłku i nie wiedział, ile jeszcze wytrzyma. Raz upadł na kolano, ale prędko się podniósł.
Zastanawiał się, czy mądrze zrobił. Mógłby przecież zostać z Marysią na dachu i poczekać, aż dziewczyna się obudzi i dojdzie do siebie. Problem w tym, że pompujące adrenalinę serce kazało pozostać w ruchu. Na samo wspomnienie Bonny robiło mu się sucho w ustach.
But uderzył o równą powierzchnię. Przestało chrzęścić. Damian szedł teraz po szklanej tafli. Padł na kolana i legł z Marysią na zimnej ziemi.
Gdy się obudził, miał wrażenie, że jest na łódce na rzece – zmyliły go skrzące odłamki szkła. Przez chwilę rozglądał się po okolicy. Droga rozwidlała się niby macki ośmiornicy. Kawałek dalej miasto architektonicznie puchło, ruch gęstniał, uliczny szum wypełniał czaszkę.
Spojrzał na własne zabandażowane nogi. Marysia zaopiekowała się nim, kiedy jeszcze spał.
Kucnęła przy nim, przemyła czoło czymś mokrym.
– Musimy iść – powiedział. – Skrótem. Nie będzie przyjemnie, ale będziemy bezpieczni.
Pół godziny później stali na brzegu wielkiego wysypiska, kształtem przypominającego krater. Pomysł Damiana polegał na tym, że wyjdą po drugiej stronie, skąd będzie już blisko do bramy.
– Nie powinniśmy jej stąd widzieć? – zapytała Marysia. – Podobno jest ogromna.
– Ludzie mają wielką wyobraźnię.
Damian ścisnął mocniej jej dłoń i ruszyli łagodnym zejściem. Utykał, ale nie chciał, żeby dała mu swoje ramię. Cmentarz porzuconych przedmiotów pochłonął ich, odciął od szumu miasta. Będące znakiem rozpoznawczym przebrzmiałej epoki androidy leżały w powykręcanych, upiornych, czasem zabawnych pozycjach.
Zrobiło się chłodniej. Słońce zanurzyło się jak torebka herbaty, plamiąc niebo rozmytym brązem. N-arc przygotowywało się do nocnego życia, nakładając makijaż kolorowych neonów.
Zrobili postój przy wbitym na sztorc w ziemię wielkim budowlanym kompozycie. Usiedli, oparli się o materiał z włókna węglowego.
Zostali dłużej, niż zamierzali. Potrzebowali odpoczynku. Damian przyjął taką pozycję, żeby Marysia nie zauważyła jego bandaży na nogach – przesiąkniętych, zaczynających śmierdzieć. Rozmawiali o wszystkim i o niczym. Świadomie pomijali temat Betty. Kiedy milkli, Marysia wspominała beżowy gabinet, w którym przez cztery lata przyjmowała Damiana. Pamiętała jego chłodne spojrzenie, nieszczery uśmiech. Damian miał konflikt z inną N-osobą. Ona pomagała animozje wygładzać, sprawiać, że złość wybrzmiewała w bardziej… obłej formie.
Damian zapatrzył się w gwiazdy. Objął Marysię ramieniem, przysunął do siebie. Zapragnął, żeby była tu Betty i użyczyła im szczyptę swej niezwykłej mocy.
Później pokonali kilka kilometrów i powoli zbliżali się do szczytu krateru.
– Nie wierzę, że się nam udało – wysapała Marysia. – To mówisz, że co jest po drugiej stronie?
Damian uśmiechnął się lekko.
– Słyszałem, że prawa N-arc tam nie sięgają. I że można żyć w absolutnym pokoju.
– Świetnie. Kupimy mieszkanie. Mam jeszcze sporo kredytów. A potem…
Wyszli z krateru i Marysi zaparło dech w piersi. Brama znajdowała się około pięciuset metrów przed nimi, lecz to nie ona stanowiła powód głębokiego szoku malującego się na twarzy dziewczyny. Damian zaklął pod nosem, zasłonił ją własnym ciałem.
Bonny uśmiechnęła się szeroko. Była najjaśniejszą gwiazdą.
***
Przestronna cela była biała, zbyt biała, bez kątów, bez cienia. Czas nie płynął, zdawał się pulsować, kurczyć i rozszerzać razem z oddechem Marysi. Leżała na miękkim białym materacu, nie mając pojęcia, gdzie jest, ani kiedy się tu znalazła. Przez chwilę nie wiedziała, czy ma ciało. Poruszyła ręką, poczuła ciężar kończyny, ból mięśni, sztywność ścięgien. Świadomość wracała szybciej niż czucie.
– Damian? – Usiadła, rozejrzała się.
Nagle rozległ się donośny, obcy głos. Zdawał się dobiegać zewsząd:
– CIESZYMY SIĘ, ŻE JESTEŚ Z NAMI. ZNAJDUJESZ SIĘ W INSTYTUCIE TRANSGENERACYJNYCH TRAUM. DBAMY O TO, ABY KAŻDY MIESZKANIEC N-ARC BYŁ KIMŚ KONKRETNYM. TRAUMY SŁUŻĄ KALIBRACJI JEDNOSTEK. PROCES TWOJEJ KALIBRACJI NIEBAWEM SIĘ ROZPOCZNIE.
Marysia zamrugała.
– ŻYWIMY NADZIEJĘ, ŻE BĘDZIESZ ZADOWOLONA.
– Poczekaj! Co się ze mną stanie?
Zaległa długa cisza.
– NAPRAWIMY CIĘ. WIĘCEJ NIE ZNISZCZYSZ N-OSOBY.
Marysia coś sobie przypomniała. Wstała z materacu. Miała bose stopy.
– Co oznacza określenie narcystyczny?
Ale nic więcej nie usłyszała. Podeszła do ściany, dotknęła zimnej powierzchni. Szukała wyjścia, lecz nie znalazła nic, co mogłoby nim być.
Środek ściany otworzył się jak oko i do celi weszła jakaś postać. Bonny nonszalancko oparła się o ścianę.
– No, no, wyspana i od razu lepiej wyglądasz.
– Ty jesteś chora – wyszeptała Marysia, cofając się na drugi koniec celi.
Bonny pokręciła głową.
– Zabawne. Wiesz, że empatia to taka flora bakteryjna? Nadmiernie rozrośnięta jest szkodliwa. Wywołuje choroby. Dlatego to bardzo ważne, żeby pilnować jej poziomu.
Marysia przypomniała sobie Damiana staczającego się w dół wysypiska. Powstrzymała łzy.
Bonny podeszła do niej, stanęła w odległości metra. Spojrzała głęboko w przestraszone oczy Marysi.
– Widzę, jak bardzo się boisz. Nienawidzisz mnie, ale jestem dla ciebie ważna. Mam wpływ na twoje życie.
Odwróciła się i podeszła do białego fotela, który wysunął się z ziemi.
– Moje zadanie jeszcze nie dobiegło końca. Muszę przeprowadzić z tobą wywiad. Mam nadzieję, że tym razem będziesz współpracować. – Nie doczekując się reakcji Marysi, usiadła na fotelu, otworzyła holograficzny notatnik i wczytała się w jego treść. Po trwającej wieczność minucie bardzo powoli uniosła spojrzenie zielonych oczu na dziewczynę. – Dobrze. Będę zadawała pytania. Twoim zadaniem jest na nie odpowiadać. Pytanie numer jeden. Kiedy w Damianie zaszła nieodwracalna zmiana?
Marysia osunęła się pod ścianą, podkurczyła nogi, oplotła je ramionami, chowając w nich twarz.
– Pytanie jest nieprecyzyjne – odparła.
Bonny westchnęła.
– Dobrze, doprecyzuję. Kiedy zaczął czuć za bardzo?
– Nie rozumiem pyt…
– Którego dnia terapii zauważyłaś, że Damian ze zbyt wielką empatią opowiada o bliskich osobach?
Marysia otarła twarz z łez.
– Trzeci rok, dwudziesty piąty dzień terapii – odpowiedziała. – Dwieście dziewięćdziesiąta trzecia sesja.
– Dlaczego nie poinformowałaś o tym Instytutu?
– Chciałam zobaczyć, co będzie dalej. Nasza relacja stała się wyjątkowa. Z nikim takiej nie miałam.
– Kiedy Damian zaczął przejawiać zainteresowania twoją osobą?
– Na trzysta dwunastej sesji.
– Po czym to poznałaś?
– Zapytał, jak się czuję.
– Skąd wiesz, że nie zrobił tego, żeby móc tobą manipulować?
Marysia prychnęła.
– Wyczuwam takie rzeczy.
Bonny zakręciła się na fotelu.
– Tu jestem – powiedziała. – Spójrz na mnie.
Marysia podniosła głowę, a Bonny kontynuowała wywiad:
– Czy żałujesz tego, co zrobiłaś?
– Śmierć Damiana nie jest moją odpowiedzialnością.
Bonny zrobiła zatroskaną minę.
– Czy wiesz, na czym polega twoja praca?
– Doskonale wiem.
– Hej, bądź obecna duchem, jak do mnie mówisz – pouczyła ją Bonny. W głosie tej okrutnej istoty Marysia wyczuła rysę urazy.
Pytania, dziesiątki, setki pytań wypełniło białą celę. Ich rzeka zdawała się nie mieć końca, ale co ważniejsze, Marysia zaczęła zauważać pewne prawidłowości. Schematy te wyzwoliły w niej nieoczekiwaną nadzieję. Bonny siedziała na wygodnym fotelu. Kiedy Marysia nie odpowiadała natychmiast, Bonny kręciła się na nim. Gdy Marysia włóczyła spojrzeniem po całej celi, omijając Bonny, ta wstawała i robiła dwa szybkie kółka, jakby przejściem się coś w sobie rozładowywała. Monotonny, niemalże wyprany z emocji głos Marysi sprawiał, że Bonny wyłamywała sobie palce.
– Możesz być bardziej zaangażowana?
Minął dzień, drugi, potem miesiąc i rok bezustannych pytań. Według zegara wyświetlającego się na ścianie, Bonny przychodziła zawsze o tej samej godzinie i opuszczała celę po północy. Czas w białej celi zlał się w coś boleśnie nudnego. Przestrzeń zdawała się kurczyć niczym skórka odgryziona z okolicy paznokcia; Marysia skubała palce, ale kiedy Bonny przychodziła, chowała dłonie, aby ta się o tym nie dowiedziała.
Pewnego dnia, widocznie poirytowana Bonny, włączyła przeźroczystość jednej ze ścian. Widok rozpościerający się za oknem zaparł Marysi dech w piersi.
– Osiemdziesiąte piętro – powiedziała Bonny. – Ładny widok, prawda?
Marysia podeszła, przyłożyła do szyby dłoń. Dostrzegła bramę miasta. Za nią znajdowała się pustynia. Prześladowca chce, żebym okazała emocje, pomyślała. Wróciła na materac, usiadła na nim i zamknęła oczy.
Bonny poczuła dziwny niepokój. Narastał w niej niczym jakiś osad już od miesięcy. Marysia stała się dla niej ważna. Najważniejsza. Spędzała z nią niemalże cały swój czas.
– To co, jedziemy dalej – przerwała ciszę. – Szkoda, że nie ma z nami Damiana.
Marysia nie zareagowała na prowokację. Nauczyła się ignorować gorzkie słowa, ciosy poniżej pasa, te okrutne noże wbijane w serce, które stawało się coraz mniej czułe. Bonny próbowała uzyskać coś więcej niż suche odpowiedzi. Potrzebowała jej reakcji jak paliwa. Zamiast tego otrzymywała bierność, apatię, znudzenie. Czuła się lekceważona, niezauważana. Nieistotna. Wracając do siebie, wiedziała, że znów nie będzie mogła zebrać myśli, na niczym się skupić, ani normalnie zasnąć; koszmary rozwijały się w niej niczym origami z malowidłami różnych postaci. Zatęskniła za Jerrym. On by mi pomógł, pomyślała, przewracając się w łóżku z boku na bok.
Pewnego dnia podeszła do Marysi i siłą otworzyła jej oczy. Przypominały stare, zaśniedziałe lustra, w których nie widziała nic ponad słaby zarys własnej osoby. Żałosny szkic.
Podeszła do ściany, rozjaśniła ją, zastygła w bezruchu. Do środka wpadł podmuch kwaśnego powietrza. Bonny utkwiła w jałowej relacji. Nie mogła dłużej unikać wstydu, nie była w stanie dalej utrzymywać fałszywego obrazu własnej osoby. Stanęła na palcach, zachwiała się, runęła w przepaść. Natychmiast pojawiła się biała ściana.
Marysia osunęła się na materac.
– REGULACJA DOBIEGŁA KOŃCA.
Witaj. :)
Co do spraw językowych, podczas czytania zatrzymały mnie następujące fragmenty (zawsze – tylko do przemyślenia):
Nie wyobrażał sobie, co by zrobił, gdyby ją stracił. Wiedział tylko, że istnienie straciłoby dla niego sens. – powtórzenie?
Choć byli w lesie, przez korony drzew, widział Instytut Traum. – zbędny ostatni przecinek?
– Aha – Marysia obserwowała wielką ropuchę, która właśnie wskoczyła na kładkę. – brak kropki lub części wypowiedzi przy zapisie dialogu?
Na białej tarczy wskazówki odmierzał czas. – literówka?
Miała nadzieję, że (albo tu też przecinek, albo kolejny usunąć?) wbrew słowom Damiana, zostaną tu dłużej niż na jedną noc, marzyła jej się gorąca kąpiel, miękkie łóżko oraz posiłek.
Pomyślał, że może to wzbudzić podejrzenia starszej kobiety, lecz nie czuł się tu bezpiecznie. Maskując podejrzliwość pod płaszczykiem szczerej, niewinnej ciekawości, rozejrzał się po pomieszczeniu. – powtórzenie?
– O, cho, cho, ktoś tu wstał lewą nogą. – nie powinno być przez „h”?
Niekótrzy patrzyli na nią spode łba, inni odwracali spojrzenia, spuszczali głowy, wchodzili w tryb zamrożenia. – omyłkowe przestawienie liter?
Na razie tyle, jeszcze wrócę, opowieść wciąga szybko i zapowiada się arcyciekawie. :)
Pozdrawiam serdecznie. ;)
Pecunia non olet
Witam serdecznie. ;)
Kolejna część sugestii oraz wątpliwości (do przemyślenia):
Na starą (przecinek?) zakazaną maszynę.
– Nie chcę być niemiła, ale czy to jakaś dawna moda? – zapytała. – Podobno dawno temu ludzie kolorowali sobie skórę. – powtórzenie?
– Jeśli pytasz o ten zegar na mojej głowie, cóż, są różne historie na ten temat. Według jednej zostaliśmy oznaczenia w ten sposób, żeby ludzie mogli nas z daleka rozpoznać. – powtórzenia?; literówka?
Na przykład (przecinek?) kiedy czekał na ważne pismo.
Godzina zastygła, minuta wydłużyła (czy tu nie brakuje „się”?) niczym leczniczy tasiemiec, zmysły pomieszały się i sekundy stały się rozpuszczającymi się pod podniebieniem słodkimi krówkami. – powtórzenia? – najpierw brakuje „się”, a potem jest go stanowczo za dużo?
Bonny rozglądała się, szukając czegoś, dzięki czemu mogliby dowiedzieć się, dokąd udała się Marysia. – tu też jest ich nazbyt wiele?
Jerry przetarł z czoła pot, splunął do wiadra, wziął je ze sobą i podszedł do kuchni. – tu dopytam: czy nie miało, być: „poszedł”?
Adrenalina wyostrzała zmysły, widziała ślady na ziemi, w powietrzu wyczuwała zapach ciał, w tym jakiś dziwny (przecinek?) metaliczny akcent.
Mógł jej teraz udowodnić swą wartość. Albo jej nie zawieść. – powtórzenie?
Nie raz zastanawiał się, jak na nią wpłynie status N-osoby. – razem?
– P-poczekaj – wyjąkał, widząc Bonnę przeskakującą przez strumyk. – czemu taka dziwna odmiana nieodmiennego (chyba?) imienia? – to niestety powiela dodatkowe błędy rzeczowe w ilości, w jakiej występuje w tekście imię dziewczyny (ok. 60 razy!), bo czytelnik nie wie, czy brzmi ono w Mianowniku: „Bonna”, czy: „Bonny”…
No (przecinek?) chyba że empatyczne poznawczo.
Osobiście znała niejedną Enkę, współdzieliła z nimi emocjonalny ból, rozumiała złość i kruche ja, zamknięte głęboko, żeby nie rozpadło się niby zamek z piasku. – może kursywa lub dać w cudzysłów?
– Masz krzepę – wyduszała Zegarnica, kładąc się obok nich na żółtej trawie. – literówka?
Bonny poruszała się pewnie (przecinek?) jak ktoś, kto zna zakończenie historii i pozwala sobie na luksus powolnego czytania środka dramatycznej powieści.
Napawała się ciężkim (i tu?) syntetycznym powietrzem, rzęsistymi oddechami bezdomnych.
Wiedziała, że celem Zegarnicy jest odwrócić jej uwagę. Wiedziała, że chce zbliżyć się na tyle, by móc wpłynąć na jej percepcję czasu. – powtórzenie?
– Ale to jest pyszne – mówiła nie wiadomo do kogo, coraz bardziej bezbarwnym głosem. Ściskała pomidora na tyle mocno, że pękł i sok spływał po jej drobnej dłoni – Dlaczego ludzie już prawie takich nie robią? – tu ponownie błędny zapis dialogu – brak kropki w środku?
Poza tym (przecinek?) w pełnym słońcu miriady ostrych kawałków z pewnością tworzyły widok przyjemniejszy niż te ludzkie larwy na dole.
Mimowolnie pomyślał o Betty. Mimo początkowej nieufności ostatecznie polubił starą Zegarnicę. – powtórzenie/styl?
– Narcystyczna suka – wymamrotwała Marysia. – literówka?
Gdy się obudził, miał wrażenie, że jest na łódce na rzece – zmyliły go skrzące odłamki szkła. – dzięki – także poprawnemu – „w” można uniknąć powtórzenia?
Marysia zaopiekowała się nim, kiedy jeszcze spał.
Kucnęła przy nim, przemyła czoło czymś mokrym. – powtórzenie?
Nie będzie przyjemnie, ale będziemy bezpieczni. – i tu?
Zrobili postój przy wbitym na sztorc w ziemię wielkim (przecinek?) budowlanym kompozycie.
Zapragnął, żeby była tu Betty i użyczyła im szczyptę swej niezwykłej mocy. – czy „użyczyć” nie wymaga Dopełniacza? (kogo?, czego?)
Była najjaśniejszą gwiazdą. Przestronna cela była biała, zbyt biała, bez kątów, bez cienia. – powtórzenie?
Leżała na miękkim (przecinek?) białym materacu, nie mając pojęcia, gdzie jest, ani kiedy się tu znalazła.
Wstała z materacu. – składniowy? – czemu taka forma?
Pomysł na fantastykę jest znakomity, podobnie jak malownicze, plastyczne opisy krajobrazu, widoków i natury. Zakończenie więcej niż zaskakujące. ;) Stworzony świat z rządzącymi nim prawami wprawia w niemały zachwyt, jest makabryczny, a zarazem – ekscytujący. :)
Klikam podwójnie, powodzenia przy nominacjach piórkowych, pozdrawiam serdecznie. ;)
Pecunia non olet