- Opowiadanie: prosiaczek - N-arc: REGULACJA

N-arc: REGULACJA

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

N-arc: REGULACJA

Po kimś innym Da­mian spo­dzie­wał­by się prze­raź­li­we­go krzy­ku, ewen­tu­al­nie wy­bu­chu gnie­wu okra­szo­ne­go sąż­ni­sty­mi prze­kleń­stwa­mi. Za­miast tego usły­szał ciche „Och”. Wi­dząc na twa­rzy Ma­ry­si strach, po­cząt­ko­wo uznał, że mu­sia­ła zo­ba­czyć wiel­kie­go pa­ją­ka lub inne leśne obrzy­dli­stwo.

– Och, jejku – za­ję­cza­ła.

Oka­za­ło się, że we­szła w za­sta­wio­ne na zwie­rzy­nę wnyki, które owi­nę­ły się wokół jej uda ni­czym pęd wokół drze­wa. Miały ostre zęby przy­po­mi­na­ją­ce brzy­twy. Ma­ry­sia opar­ła się o stary dąb, wiel­ki­mi ocza­mi oglą­da­jąc swoją nogę. Da­mian zrzu­cił z ra­mion ple­cak, uklęk­nął i przyj­rzał się roz­cię­tej spód­ni­cy, szkar­łat­nej od krwi są­czą­cej się z rany. Kiedy wy­ja­śnił, co się stało, Ma­ry­sia, bę­dą­ca w szoku, za­czę­ła roz­glą­dać się po lesie.

– Po­cze­kaj – po­wie­dział i pogrzebał w ple­ca­ku, z któ­re­go wyjął ko­szul­kę na zmia­nę. Po­darł ją, z tro­ską zer­ka­jąc na Ma­ry­się. Las zda­wał się ich ob­ser­wo­wać śle­pia­mi ukry­ty­mi w krza­kach, przy­cza­jo­ny­mi wy­so­ko w ko­ro­nach. Pod­sy­cał na­pię­cie skrzyp­nię­ciem drze­wa, dźwię­ka­mi ru­nicz­ne­go ję­zy­ka, na gra­ni­cy świa­do­mo­ści, bo oby­dwo­je sku­pie­ni byli na nodze Ma­ry­si. Dziew­czy­na usia­dła i, drżąc, opar­ła się o drze­wo. Da­mian po­my­ślał, że nie po­zwo­li wię­cej ni­ko­mu jej skrzyw­dzić. Nie po to ucie­ka­li z N-arc.

– Marzy mi się mięk­ki ma­te­rac – po­wie­dzia­ła cicho Ma­ry­sia.

Przyj­rzaw­szy się do­kład­niej ostre­mu dru­to­wi, Da­mian uznał, że brzy­tew­ki we­szły w ciało głę­bo­ko, ale na szczę­ście nie w oko­li­cy tęt­ni­cy. Nie po­wie­dział jej, że to zrobi, nie chciał Ma­ry­si do­dat­ko­wo stre­so­wać – po pro­stu wy­szarp­nął wnyki z nogi. Dziew­czy­na stęk­nę­ła, osu­nę­ła się na bok. Szyb­ko wyjął zza pa­zu­chy sa­szet­kę z prosz­kiem kau­te­ry­zu­ją­cym, pod­wi­nął spód­ni­cę i po­sy­pał ranę. Ma­ry­sia pi­snę­ła, wpiła się pal­ca­mi w mech, roz­ora­ła nimi zie­lo­ną tkan­kę. Po bla­dych po­licz­kach spły­nę­ły łzy. Da­mian owi­nął udo ko­szu­lą, ści­snął i za­wią­zał. Na­stęp­nie dał jej napić się wody, po­mógł za­ło­żyć swoją, zbyt luźną, bluzę, i po­zwo­lił od­po­cząć. Kiedy zro­bi­ło się zim­niej, do­strzegł, że dziew­czy­na ma dresz­cze. Przy­tu­lił ją, po­ca­ło­wał w czoło, po czym za­ło­żył ple­cak, a Ma­ry­się dźwi­gnął i prze­rzu­cił sobie przez ramię.

– Co ro­bisz? – zdzi­wi­ła się.

– Nie mo­że­my tu zo­stać. Sły­sza­łem w nocy ja­kieś głosy. Wiesz, że In­sty­tut nigdy nie da nam spo­ko­ju.

– Dokąd idzie­my?

– Nie wiem. Mu­si­my prze­do­stać się przez las.

Pod no­ga­mi pę­ka­ły ga­łąz­ki, chrzę­ści­ła leśna tkan­ka.

Ma­ry­sia wa­ży­ła nie­wie­le, ale nie­sie­nie ta­kie­go cię­ża­ru dłu­żej oka­za­ło się wy­czer­pu­ją­ce.

– Mogę iść sama – po­wie­dzia­ła, wi­dząc zmę­cze­nie Da­mia­na.

W końcu zgo­dził się na to. Ostroż­nie po­sta­wił dziewczynę na ziemi. Oplo­tła ra­mie­niem jego barki i ru­szy­li dalej.

– To strasz­ne – po­wie­dzia­ła, kuś­ty­ka­jąc. Co jakiś czas szczę­ka­ła zę­ba­mi.

– Wyj­dziesz z tego. – Moc­niej ści­snął ją dło­nią w talii. I dodał, pró­bu­jąc uspo­ko­ić bar­dziej sie­bie niż ją: – To mała rana.

Nie wy­obra­żał sobie, co by zro­bił, gdyby ją stra­cił. Wie­dział tylko, że ist­nie­nie prze­sta­ło­by mieć sens. Zwłasz­cza po tym wszyst­kim, co dla niego zro­bi­ła. Choć byli w lesie, przez ko­ro­ny drzew wi­dział In­sty­tut Traum. Znaj­do­wał się wiele ki­lo­me­trów stąd, dla­te­go widok ten uświa­do­mił Da­mia­no­wi jesz­cze bar­dziej, jak po­tęż­ny musi być ten wie­żo­wiec. Gó­ro­wał nad N-arc ni­czym palec Boży.

– Ci lu­dzie, któ­rych opuściłam. – Ma­ry­sia po­krę­ci­ła głową z nie­do­wie­rza­niem. – Nie po­win­nam była ich zo­sta­wiać. Jak sobie beze mnie po­ra­dzą?

Da­mian udał, że nie usły­szał py­ta­nia. Miał na­dzie­ję, że dziew­czy­na jest zbyt zmę­czo­na na dys­ku­sję. Pra­gnął, aby temat roz­pły­nął się w rześ­kim po­wie­trzu.

– Hej, mówię do cie­bie.

– Tak?

– Co noc śni mi się ktoś z moich pa­cjen­tów – po­wie­dzia­ła. – Co­dzien­nie po­ma­ga­łam im…

– Po­ra­dzą sobie – prze­rwał jej tro­chę ostrzej niż za­mie­rzał. – Ro­bi­łaś to swoim kosz­tem. Poza tym…

Poza tym to banda ego­istycz­nych skur­wy­sy­nów, po­my­ślał. Wie­dział, że na bru­tal­ną praw­dę jest zbyt wcze­śnie.

– Na­praw­dę my­ślisz, że sobie radzą?

Da­mian za­zgrzy­tał zę­ba­mi.

– Zaj­mie się nimi ktoś inny. Nie je­steś nie­za­stą­pio­na. – Ktoś inny spło­nął­by ze wsty­du, wy­po­wia­da­jąc takie słowa. Em­pa­ci byli w mie­ście świę­to­ścią. Ich pracę ota­cza­no nie­mal­że czcią. Da­mian nie po­czuł na twa­rzy nawet le­ciut­kie­go cie­peł­ka. – No, nie przej­muj się już. Naj­waż­niej­sze, żeby udało się nam stąd wy­do­stać.

Chlup­nę­ło i but zgi­nął pod po­wierzch­nią brud­nej wody. Ży­ją­ce na jej po­wierzch­ni ro­bac­two roz­pierz­chło się. W od­da­li roz­brzmie­wał re­chot ro­puch. Da­mian za­trzy­mał się, dając Ma­ry­si znak dło­nią, żeby po­cze­ka­ła. Do­tar­li do ba­gni­ste­go te­re­nu.

– Bę­dzie­my mu­sie­li to obejść – po­wie­dział, opę­dza­jąc się od ko­ma­rów.

Ru­szy­li wzdłuż szla­mo­wa­tej wody, aż do­tar­li do drew­nia­nej kład­ki, która bie­gła tuż nad po­zio­mem grzę­za­wi­ska, dalej ginąc po­śród szu­wa­rów. Deski de­li­kat­nie się chy­bo­ta­ły, gdzie­nie­gdzie jed­nej lub dwóch bra­ko­wa­ło, więc cza­sa­mi mu­sie­li robić więk­sze kroki. Ma­ry­sia stę­ka­ła z bólu, ale nie po­pro­si­ła Da­mia­na o pomoc, jak zwy­kle dumna, lecz przede wszyst­kim zła na niego, że za­fun­do­wał jej tę okrop­ną po­dróż. Nie zde­cy­do­wał­by się iść tą drogą, gdyby nie słaba łuna kil­ka­dzie­siąt me­trów przed nimi.

– Po­dob­no mie­li­śmy uni­kać ludzi – mruk­nę­ła Ma­ry­sia.

– Ktoś musi cię obej­rzeć – od­parł Da­mian, po­pra­wia­jąc ka­pe­lusz. – Poza tym po­win­naś od­po­cząć i prze­spać się w bez­piecz­nym miej­scu.

– Za­bie­rasz mnie w ko­lej­ne? Po­dróż ma­rzeń.

– Daj spo­kój…

Ma­ry­sia sta­nę­ła na spróch­nia­łej desce.

– Może jesz­cze klęk­niesz?

Spoj­rzał na nią, ścią­ga­jąc gęste brwi…

– Ide­al­ne miej­sce na oświad­czy­ny – za­drwi­ła.

…i zaraz się roz­po­go­dził, za­do­wo­lo­ny, że Ma­ry­sia do­cho­dzi do sie­bie.

W ba­gnie, wśród opa­dłych z drzew liści, pa­ty­ków i rzęsy wod­nej po­my­ka­ły to­pi­ki oraz inne stwo­rze­nia; a może słab­ną­ce świa­tło dnia, z tru­dem prze­dzie­ra­ją­ce się przez ko­ro­ny drzew i w tym lep­kim mi­kro­kli­ma­cie jakby rzed­ną­ce, ro­bi­ło zmy­słom psi­ku­sa? Z drzew zwi­sa­ły liany przy­po­mi­na­ją­ce węże. W po­wie­trzu, ocię­ża­le, na wą­tłych skrzy­dłach uno­si­ły się pę­ka­te owady. Trzę­sa­wi­sko żyło wła­snym ży­ciem – bzy­cza­ło, bul­go­ta­ło, skrzy­pia­ło, szu­mia­ło. Nie­opo­dal uj­rze­li nie­wy­raź­nie stado gda­czą­cych fla­min­gów.

– Ład­nie tu – po­wie­dział Da­mian, prze­cho­dząc obok wiel­kie­go drze­wa, po któ­rym peł­zły tłu­ste larwy. – Oso­bli­wie, ale ład­nie.

– Ro­man­tyk.

Ma­ry­sia szła wol­niej, zbla­dła. Na szczę­ście kład­ka zro­bi­ła się sta­bil­niej­sza i mogli na chwi­lę usiąść, żeby od­po­cząć.

– Tam jest jakaś chata – po­wie­dział Da­mian. – Za­miesz­ka­na.

– Wiem, widzę.

– Po­wiem, żeby ci po­mo­gli.

– Aha. – Ma­ry­sia ob­ser­wo­wa­ła wiel­ką ro­pu­chę, która wła­śnie wsko­czy­ła na kład­kę.

– Prze­śpi­my się jedną noc.

– Yhym.

Da­mian po­pa­trzył uważ­nie na ko­bie­tę. Wie­dział, że musi za­cho­wać spo­kój. Był ka­pi­ta­nem i nie mógł wy­pu­ścić z rąk steru, na któ­rym jesz­cze moc­niej za­ci­snął dło­nie; kon­tro­luj sy­tu­ację, po­wta­rzał sobie w my­ślach, panuj nad emo­cja­mi.

– Nie po­wie­my, że ucie­kłaś.

– Masz mnie za głu­pią?

Da­mian uśmiech­nął się blado, po­pra­wił ka­pe­lusz i ru­szy­li dalej.

Przy­tu­lo­ną do po­tęż­ne­go dębu chatę o spa­dzi­stym dachu po­ra­stał mech. Przed wej­ściem stał bu­ja­ny fotel, obok leżał ce­brzyk i mio­tła. Na sto­li­ku znaj­do­wał się wy­peł­nio­ny czymś do po­ło­wy kubek z cy­no­wą ły­żecz­ką. Ob­ra­zek z po­przed­niej epoki, po­my­ślał Da­mian.

Drzwi gwał­tow­nie otwo­rzy­ły się i sta­nę­ła w nich nie­zwy­kle wy­so­ka – mu­sia­ła przy­gar­bić się pod fu­try­ną – wyż­sza nawet od Da­mia­na ko­bie­ta. No­si­ła za krót­kie, się­ga­ją­ce łydek lnia­ne spodnie, szarą ko­szul­kę i czar­ną, przy­krót­ką ka­mi­zel­kę. Zro­bi­ła dwa kroki na ze­wnątrz, by wy­pro­sto­wać się ni­czym wę­szą­ca zdo­bycz mo­dlisz­ka. Siwe włosy, nie­chluj­nie upię­te w kok, nagle roz­pu­ści­ła i za­czę­ła ner­wo­wo prze­cze­sy­wać smu­kły­mi pal­ca­mi.

– Macie coś dla mnie? Co­ście przy­nie­śli?

Nie miała oczu ani nosa. Za­miast twa­rzy po­sia­da­ła wiel­ki sta­ro­mod­ny zegar. Na bia­łej tar­czy wska­zów­ki od­mie­rza­ły czas. Se­kund­nik zda­wał się nie tyle tykać, co wy­bi­jać skom­pre­so­wa­ną uwer­tu­rę ja­kiejś za­po­mnia­nej me­lo­dii. Pod ze­ga­rem na ustach igrał uśmiech.

Ma­ry­sia zro­bi­ła krok do przo­du, wy­cią­gnę­ła rękę. Da­mian po­ło­żył dłoń na strzel­bie. Wie­dział, że Ze­gar­ni­cy zo­sta­li uzna­ni za nie­bez­piecz­ny ga­tu­nek. Wiele lat temu za­ka­za­no ko­rzy­sta­nia z ich usług. Tylko że teraz po­trze­bo­wa­li po­mo­cy in­ne­go ro­dza­ju.

– Zgu­bi­li­śmy się w lesie – po­wie­dział, nie od­ry­wa­jąc spoj­rze­nia od gó­ru­ją­cej nad nimi isto­ty. Wska­zał ręką Ma­ry­się. – Wpa­dła we wnyki, które po­szar­pa­ły jej nogę.

Wła­ści­ciel­ka chaty na ba­gnach prze­sta­ła zaj­mo­wać się wło­sa­mi. Zegar za­cy­kał szyb­ciej.

– Wchodź­że! – ofuk­nę­ła go, igno­ru­jąc wciąż unie­sio­ną do przy­wi­ta­nia dłoń Ma­ry­si. – Trze­ba było mówić od razu, że to moja wina. – Sta­nę­ła bo­kiem do wej­ścia i zro­bi­ła gest, jakby roz­wi­ja­ła czer­wo­ny dywan.

Da­mian za­pro­wa­dził Ma­ry­się do po­ko­ju, gdzie z wes­tchnie­niem ulgi usia­dła na ja­sno­zie­lo­nej ka­na­pie. Miała na­dzie­ję, że wbrew sło­wom Da­mia­na, zo­sta­ną tu dłu­żej niż na jedną noc, ma­rzy­ła jej się go­rą­ca ką­piel, mięk­kie łóżko oraz po­si­łek. Po­trze­bo­wa­ła od­po­czyn­ku, za­rów­no fi­zycz­ne­go, jak i psy­chicz­ne­go. Pod­czas drogi przez las my­śla­ła głów­nie, że to nie­zwy­kłe szczę­ście, iż nie zo­sta­li jesz­cze schwy­ta­ni przez służ­by mia­sta. Miała wra­że­nie, że w cha­cie bę­dzie mogła wresz­cie od­sap­nąć. Że czas się na chwi­lę za­trzy­ma.

Si­wo­wło­sa isto­ta tym­cza­sem za­mknę­ła drzwi, we­szła za nimi. Włą­czy­ła ga­zo­wy pal­nik na ku­chen­ce i po­sta­wi­ła na nim gar­nek z wodą. Miała ener­gicz­ne i pre­cy­zyj­ne ruchy, przez co jesz­cze bar­dziej przy­po­mi­na­ła mo­dlisz­kę.

– Muszę wresz­cie za­ła­twić ten cho­ler­ny czaj­nik – mruk­nę­ła pod nosem.

Ma­ry­sia, wzdy­cha­jąc, legła na lewym boku, tak żeby wi­dzieć pokój i aneks ku­chen­ny. Da­mian pod­ło­żył jej pod głowę śmier­dzą­cą sta­ro­ścią po­dusz­kę, usiadł na krze­śle obok, uprzed­nio od­kła­da­jąc pod okno ple­cak. Strzel­bę trzy­mał na ko­la­nach. Po­my­ślał, że może to wzbu­dzić po­dej­rze­nia star­szej ko­bie­ty, lecz nie czuł się tu bez­piecz­nie. Ma­sku­jąc po­dejrz­li­wość pod płasz­czy­kiem szcze­rej, nie­win­nej cie­ka­wo­ści, ro­zej­rzał się po po­miesz­cze­niu. Wy­glą­da­ło na to, że wiedź­ma – tak ją na­zwał na wła­sny uży­tek – miesz­ka­ła sama. Po­sta­no­wił, że naj­póź­niej jutro z sa­me­go rana ruszą w dal­szą drogę.

– Mówią na mnie Betty – ode­zwa­ła się, kru­sząc nad garn­kiem ja­kieś li­ście. Kiedy żadne z nich się nie ode­zwa­ło, za­py­ta­ła: – Skąd się tu wzię­li­ście?

Da­mian po­pra­wił strzel­bę na ko­la­nach, zer­k­nął na Ma­ry­się. Już nie była tak bar­dzo blada, ale miała lekko przy­mknię­te oczy. Za­sta­no­wił się, czy wiedź­ma roz­po­zna w niej em­pat­kę.

– Po­jazd nam się ze­psuł, ko­mu­ni­ka­to­ry na­wa­li­ły, a potem się zgu­bi­li­śmy – wy­ja­śnił. – Łatwo się zgu­bić w tu­tej­szych oko­li­cach. Las jest ogrom­ny.

– A mimo to ota­cza go mia­sto.

Betty do­rzu­ci­ła do garn­ka coś jesz­cze i wy­mie­sza­ła ca­łość.

– Lasy, pola, bagna, bez od­po­wied­niej mapy i orien­ta­cji w te­re­nie nie wró­ci­cie do cy­wi­li­za­cji – po­wie­dzia­ła. – Naj­bliż­sze schro­ni­sko znaj­du­je się da­le­ko stąd. Bli­żej nic nie znaj­dzie­cie. Naj­wy­żej wpad­nie­cie w wię­cej moich pu­ła­pek. Tak, ro­bacz­ki, ja je roz­sta­wi­łam. Go­ście nie są u mnie mile wi­dzia­ni.

Ma­ry­sia po­ru­szy­ła się nie­spo­koj­nie.

– Schro­ni­sko? – za­py­ta­ła, pod­pie­ra­jąc głowę dło­nią. – Da­le­ko stąd?

– Parę ki­lo­me­trów. Jak wy­zdro­wie­jesz, zaj­dzie­cie tam bez więk­sze­go trudu. Tylko nie sądzę, żeby osad­ni­cy byli za­do­wo­le­ni, wi­dząc was.

– Dla­cze­go? – za­py­tał Da­mian.

Betty par­sk­nę­ła.

– Dziew­czy­na z da­le­ka śmier­dzi em­pat­ką.

– Nie bę­dzie­my ni­ko­go nie­po­ko­ić – po­wie­dział Da­mian. – Po­ra­dzi­my sobie.

– Nie lubią ob­cych? – za­py­ta­ła Ma­ry­sia, która po­ło­ży­ła się na ple­cach, nie od­ry­wa­jąc spoj­rze­nia od Betty.

– Na­iw­ne dziec­ko… Może w N-arc was czczą, ale miesz­kań­cy lasu mają o was, de­li­kat­nie mó­wiąc, nie­po­chleb­ną opi­nię. Zresz­tą, ja także wo­la­ła­bym was tu nie go­ścić.

Da­mian spró­bo­wał się nie skrzy­wić.

– Zo­sta­nie­my dzień i ru­szy­my w dal­szą drogę. Nie po­trze­bu­je­my żad­nej łaski.

Betty za­chi­cho­ta­ła. Od­ru­cho­wo po­dra­pa­ła się po umiesz­czo­nych na czub­ku głowy czer­wo­nych czuj­ni­kach sta­no­wią­cych oczy.

– Po­trze­bu­je­cie czy nie, mo­gli­by pomóc wam do­stać się do mia­sta. Za­sta­nów­cie się.

Napar o in­ten­syw­nym za­pa­chu im­bi­ru roz­la­ła z garn­ka do dwóch cza­rek, po­sta­wi­ła je na sto­li­ku, po czym po­de­szła do drzwi.

– Je­stem sa­mot­nicz­ką. Mam was dość.

To po­wie­dziaw­szy, za­mknę­ła się w po­ko­ju obok, trza­ska­jąc drzwia­mi. Ma­ry­sia i Da­mian zo­sta­li sami, co wcale im nie prze­szka­dza­ło, gdyż Betty wzbu­dza­ła w nich pod­skór­ny nie­po­kój, coś w niej wy­wo­ły­wa­ło na­pię­cie na gra­ni­cy świa­do­mo­ści ni­czym nie do końca za­uwa­ża­ny komar bzy­czą­cy tuż nad głową. W końcu była Ze­gar­ni­cą.

Noc spę­dzi­li w mil­cze­niu, Ma­ry­sia na ka­na­pie, Da­mian na fo­te­lu ze strzel­bą pod no­ga­mi, aż za­snę­li, ona w oka­mgnie­niu, on pod­daw­szy się cią­żą­cym po­wie­kom po pół­no­cy. W nocy kilka razy się prze­bu­dza­ła. Wy­da­wa­ło jej się, że Ze­gar­ni­ca sie­dzi na brze­gu ka­na­py i ją ob­ser­wu­je. Zegar ci­chut­ko, bar­dzo po­wo­li cykał.

O brza­sku, zanim Betty bez­ce­re­mo­nial­nie wpa­dła do sa­lo­nu, po­chło­nę­ły ich prze­szy­wa­ne per­li­stym śmie­chem im­bi­ro­we sny.

 

 

***

 

Radio szu­mia­ło na nie­tra­fio­nej czę­sto­tli­wo­ści, cza­sa­mi niby w iry­ta­cji wy­plu­wa­jąc urwa­ne słowa z ja­kiejś au­dy­cji czy pio­sen­ki. Umysł Bonny dzia­łał teraz na po­dob­nej za­sa­dzie. Nie­zbor­nie, w słod­ko-gorz­kiej dez­in­te­gra­cji, przy­wo­łu­jąc ob­ra­zy z wczo­raj­szej im­pre­zy, pod­czas któ­rej wraz z Jer­rym tań­czy­li, pili drin­ki, za­czy­na­jąc od da­ją­cej kopa blood and sand, by póź­niej roz­dzie­lić się i po­znać nowe, spo­co­ne to­wa­rzy­stwo. Plą­sa­ją­ce ciała, gło­śne śmie­chy, krzy­ki, szklan­ki ude­rza­ją­ce w kon­tu­ar. Uści­ski, po­ca­łun­ki, usta śmier­dzą­ce ty­to­niem i prze­siąk­nię­ta drzew­ny­mi per­fu­ma­mi kurt­ka; mu­sia­ła się wcze­pić w ukry­te pod nią silne ra­mio­na, żeby nie upaść, gdy wy­cho­dzi­li z baru. Plą­ta­ły się nogi, mie­sza­ły się myśli i słowa.

Bonny za­mru­ga­ła, skrzy­wi­ła się, po­nie­waż głowa pul­so­wa­ła tępym bólem. Le­ża­ła w po­jeź­dzie na ka­na­pie z tyłu, razem z pacz­ka­mi cygar, pęk­nię­tym ze­ga­rem ścien­nym, po­czu­ciem winy oraz pu­stym opa­ko­wa­niem po so­czew­kach noc­nych, które ku­pi­li z Jer­rym w dro­dze do sub­ur­biów.

Gdzie on się po­dział?

Pod­nio­sła się, prze­tar­ła twarz, ro­zej­rza­ła po ka­bi­nie auta. Przez okna wpa­dał sło­necz­ny blask. Mdło­ści de­li­kat­nie fa­lo­wa­ły gdzieś pod gar­dłem. Była tu sama. Do­pie­ro po chwi­li za­uwa­ży­ła Jerry’ego. Stał pod drze­wem i od­da­wał mocz, po­gwiz­du­jąc pod nosem.

– Gdzie je­ste­śmy? – za­py­ta­ła, na mięk­kich no­gach wy­cho­dząc z auta.

Jerry pod­sko­czył, gwał­tow­nie po­cią­gnął roz­po­rek, krzyk­nął coś.

– Jezu, mała, chcesz, żebym go sobie uciął? – za­py­tał roz­draż­nio­ny.

Bonny wes­tchnę­ła z iry­ta­cją.

– To twój in­te­res – po­wie­dzia­ła ką­śli­wie.

– O, ho, ho, ktoś tu wstał lewą nogą. – Po­pra­wił spodnie i ru­szył w jej kie­run­ku. Pod bu­ta­mi pę­ka­ły suche ga­łąz­ki. – Nie po­do­ba­ło ci się wczo­raj?

Zi­gno­ro­wa­ła jego zja­dli­wy uśmie­szek i za­czę­ła wy­gła­dzać czar­ną su­kien­kę, jakby nie chcia­ła do­pu­ścić do sie­bie myśli, że mo­gła­by mu po­zwo­lić się do sie­bie zbli­żyć.

Pod­nio­sła przed­ra­mię i sku­pi­ła się na ho­lo­gra­ficz­nej mapie, która roz­bły­sła w po­wie­trzu. Naj­wi­docz­niej po wczo­raj­szym wy­ko­na­niu za­da­nia była tak bar­dzo za­do­wo­lo­na, że za bar­dzo sobie po­fol­go­wa­ła. In­ny­mi słowy, od­waliło jej. Znaj­do­wa­li się pół dnia pie­szej wę­drów­ki od ko­lej­nej de­sty­na­cji.

– Po­jazd nie dzia­ła – po­wie­dział Jerry, wkła­da­jąc do ust elek­trycz­ne cy­ga­ro. – Mo­że­my we­zwać pomoc. Będą za dwa­dzie­ścia minut.

Bonny ro­zej­rza­ła się po oko­li­cy. Prze­sła­nia­ją­ce słoń­ce se­kwo­je, dęby, brzo­zy, krze­wi­ny, bie­gną­ca mię­dzy nimi wy­dep­ta­na ścież­ka, gi­ną­ca tu i ów­dzie pod dy­wa­nem z mchu, liści i pło­żą­cych się po ziemi pędów.

Do sukni miała przy­tro­czo­ny pasek z fiol­ka­mi wiel­ko­ści kciu­ka. Bra­ko­wa­ło tej na kaca. Jerry otak­so­wał ją.

– Pój­dzie­my pie­szo – po­wie­dzia­ła, wra­ca­jąc do po­jaz­du. – Po­trze­bu­ję świe­że­go po­wie­trza.

Otwo­rzy­ła ba­gaż­nik i za­czę­ła się prze­bie­rać. Jerry po­słusz­nie od­wró­cił się tyłem. Na wspo­mnie­nie po­przed­niej nocy uśmiech­nął się pod nosem. Ma­rze­niem Bonny była wy­so­ka po­zy­cja w mie­ście. On pra­gnął być jak naj­bli­żej niej. Im­po­no­wa­ła mu. Wczo­raj miał ją w ra­mio­nach, czuł na twa­rzy słod­ki od­dech, a w zie­lo­nych oczach wi­dział iskier­ki, które roz­pa­li­ły jego umysł. Mu­siał od­ga­niać in­nych męż­czyzn, pi­ja­nych, lgną­cych do Bonny jak psz­czo­ły do miodu. Wszy­scy wie­dzie­li, kim jest dziew­czy­na. I kim w nie­da­le­kiej przy­szło­ści zo­sta­nie.

Suk­nię zmie­ni­ła na szary kom­bi­ne­zon. Od razu po­czu­ła się le­piej. Wra­ca­jąc do to­wa­rzy­sza, jesz­cze rzu­ci­ła okiem na le­żą­cy z tyłu po­jaz­du zegar. Upadł na zie­mię z chrzę­stem, kiedy wczo­raj strze­li­ła w szyję tej ży­ją­cej na przed­mie­ściach po­kra­ki. Ze­gar­ni­ca nawet nie zdą­ży­ła się ode­zwać. Praw­do­po­dob­nie ostat­nim, co za­re­je­stro­wa­ła, był per­li­sty śmiech Bonny, która z roz­ko­szą po­cią­gnę­ła za spust.

Ru­szy­li ścież­ką w głąb lasu, zo­sta­wia­jąc za sobą śpią­ce jesz­cze mia­sto. Bonny za­uwa­ży­ła, że Jerry utyka na lewą nogę. Przy­po­mnia­ła sobie, że za­ata­ko­wał go pies, wier­ny to­wa­rzysz Ze­gar­ni­cy. Skrzy­wi­ła się i wy­sfo­ro­wa­ła na­przód. Mi­ja­jąc go, po­czu­ła drzew­ne per­fu­my.

– Je­steś pewna, że wła­śnie tam ich znaj­dzie­my? – za­py­tał.

– Nie wiem. Las jest nie­bez­piecz­ny. Za­kła­dam, że będą szu­kać schro­nie­nia.

Jerry wyjął z ust cy­ga­ro, za­gwiz­dał z po­dzi­wem.

– Mu­sie­li cał­kiem osza­leć – po­wie­dział. – Co ona sobie my­śla­ła, pla­nu­jąc uciecz­kę?

Bonny wzru­szy­ła ra­mio­na­mi, od­gar­nę­ła ręką pa­ję­czy­nę.

– Ten Da­mian mu­siał ją prze­ko­nać, że zo­sta­wie­nie pa­cjen­tów jest świet­nym po­my­słem. Sam jest N-oso­bą. Nie wiem, może był za­zdro­sny?

Jerry za­śmiał się.

– Po­wy­kań­cza­cie się wza­jem­nie tam na górze.

– Wiesz prze­cież, że po to są lu­dzie tacy jak Ma­ry­sia. Żeby ła­go­dzić tar­cia. – I do­koń­czy­ła z iry­ta­cją. – Zro­bi­ła nie­do­pusz­czal­ną rzecz i teraz muszę ją ści­gać. Kiedy ją zła­pię, czeka mnie mnó­stwo pracy. Ale wiesz co? Nic mnie nie po­wstrzy­ma, po­nie­waż wiem, że dzię­ki temu In­sty­tut wresz­cie awan­su­je mnie na N-oso­bę.

Jerry, pod­świa­do­mie, zwol­nił na mo­ment, zwięk­sza­jąc dy­stans do Bonny. Nie mógł wejść w otwar­ty kon­flikt z dziew­czy­ną, jego rolą była służ­ba. Mimo to co jakiś czas nie po­tra­fił po­wstrzy­mać się przed ko­men­ta­rzem przy­po­mi­na­ją­cym strzał w ko­la­no. Dla­cze­go tak ry­zy­ko­wał, nie wie­dział, być może te­sto­wał jej gra­ni­ce, ale wła­śnie teraz usta za­drża­ły od po­wstrzy­my­wa­ne­go nie­tak­tu. Nie wy­trzy­mał, mu­siał to po­wie­dzieć:

– Chcia­ła­byś, żebym ła­go­dził tar­cia mię­dzy tobą a in­ny­mi En­ka­mi? Żebym był bli­sko?

Bonny wy­łą­czy­ła mapę, na któ­rej spraw­dza­ła lo­ka­li­za­cję, i obej­rza­ła się na niego. W tej czar­nej skó­rze, w za­wa­diac­ko uło­żo­nych blond wło­sach śred­niej dłu­go­ści, z lekko prze­chy­lo­ną głową i do­łecz­kiem na po­licz­ku, kiedy się uśmie­chał…

– Wiesz, że to nie­sto­sow­ne py­ta­nie – po­wie­dzia­ła oschle. – Nie ty o tym de­cy­du­jesz.

– Dla­te­go pytam cie­bie.

– Znasz opo­wieść o gra­ni­cach?

Jer­re­mu zrze­dła mina. N-oso­ba w kon­tak­cie z prze­cięt­nym oby­wa­te­lem mogła prze­kra­czać, dep­tać je do woli. Na­to­miast sama miała je bar­dzo wy­raź­ne i sztyw­ne. Wczo­raj­sze­go wie­czo­ru, w barze, mo­dlił się, aby Bonny nie ka­za­ła mu od­strze­lić ja­kie­goś pi­ja­ne­go na­trę­ta.

– Zbli­ża­my się – wy­rwa­ła go z roz­my­ślań.

Przed nimi roz­cią­ga­ło się zbu­do­wa­ne z alu­mi­nio­wych płyt, ścię­tych drzew, mchu, liści i za­schnię­te­go błota usztyw­nia­ją­ce­go ścia­ny schro­ni­sko. Poza au­to­chto­na­mi znaj­do­wa­li się tu lu­dzie, któ­rzy za­błą­dzi­li w lesie, albo bo­ga­cze, w po­szu­ki­wa­niu wra­żeń za­pusz­cza­ją­cy się w od­mę­ty le­śnej tkan­ki.

Kiedy prze­szli przez uło­żo­ny z ga­łę­zi por­tal, gło­śne roz­mo­wy uci­chły, roz­legł się szmer szep­tów; lu­dzie od razu roz­po­zna­li Bonny. Nie­któ­rzy pa­trzy­li na nią spode łba, inni od­wra­ca­li spoj­rze­nia, spusz­cza­li głowy, wcho­dzi­li w tryb za­mro­że­nia.

Ze sto­ją­ce­go po­środ­ku schro­ni­ska dwu­pię­tro­we­go bu­dyn­ku wy­szedł stary, wy­so­ki czło­wiek. Skórę miał tak po­marsz­czo­ną, że przy­po­mi­nał żywe drze­wo. Naj­pierw sta­nął jak wryty, by po chwi­li ostroż­nie po­dejść do Bonny i Jerry’ego, któ­rzy za­trzy­ma­li się na kle­pi­sku.

– Jak mogę pomóc? – za­py­tał.

Bonny za­śmia­ła się per­li­ście.

 

 

 

***

 

 

 

Dwa dni póź­niej las od­dy­chał już ina­czej. Ma­ry­sia czuła to w wil­got­nym chło­dzie, który nie­przy­jem­nie osia­dał na skó­rze. Mimo to od­zy­ska­ła fi­zycz­ne siły. Noga bo­la­ła tylko przy gwał­tow­niej­szym ruchu.

Pod­czas przy­go­to­wy­wa­nia się do po­dró­ży nie mu­sia­ła długo na­ma­wiać Betty, żeby ta po­szła z nimi do bramy mia­sta. Ze­gar­ni­ca zgo­dzi­ła się i teraz pro­wa­dzi­ła ich le­śnym ostę­pem, omi­ja­jąc za­sta­wio­ne na zwie­rzy­nę i ludzi licz­ne pu­łap­ki. Po drze­wie prze­bie­gła wie­wiór­ka, gdzieś wy­so­ko roz­legł się ptasi trel.

– Po­win­ni­śmy do­trzeć do mia­sta jutro – po­wie­dział za­my­ka­ją­cy po­chód Da­mian, jed­no­cze­śnie prze­kra­cza­jąc wy­sta­ją­ce ko­rze­nie i oglą­da­jąc ho­lo­gra­ficz­ną mapę. – Naj­le­piej, jeśli nie bę­dzie­my się za­trzy­my­wać tu na noc.

– Masz rację, ko­cha­niut­ki – po­wie­dzia­ła Betty.

Da­mian skrzy­wił się. Nie ufał Ze­gar­ni­cy, ale oba­wiał się, że gdyby jej ze sobą nie za­bra­li, wpa­dli­by w jedną z pu­ła­pek.

– Jak wiel­ki jest las? – za­py­ta­ła Ma­ry­sia, do­ty­ka­jąc mi­ja­nej se­kwoi.

– Ma wiele ki­lo­me­trów wzdłuż i wszerz – od­po­wie­dzia­ła Betty. – Jak mó­wi­łam, nic dziw­ne­go, że za­błą­dzi­li­ście. Nie ro­zu­miem, po co się do niego za­pu­ści­li­ście.

– Las znaj­du­je się w cen­trum mia­sta. – Da­mian prze­wie­sił strzel­bę przez plecy. – Uzna­łem, że bez­piecz­niej bę­dzie przez niego przejść, niż całą drogę iść za­bu­do­wa­nia­mi.

– Iro­nia losu, że na­tknę­li­ście się na mnie. – Betty za­śmia­ła się me­ta­licz­nie. – Na starą za­ka­za­ną ma­szy­nę.

– Nie je­steś ma­szy­ną – po­wie­dział Da­mian.

– No do­brze, je­stem po pro­stu bar­dzo zmo­dy­fi­ko­wa­na.

Ma­ry­sia zrów­na­ła się z Betty, prze­chy­li­ła głowę, przy­glą­da­jąc się ze­ga­ro­wi.

– Nie chcę być nie­mi­ła, ale czy to jakaś dawna moda? – za­py­ta­ła. – Po­dob­no dawno temu lu­dzie ko­lo­ro­wa­li sobie skórę. To się na­zy­wa­ło, chyba, ta­tu­aża­mi. Póź­niej po­ja­wi­ły się te wszyst­kie mo­dy­fi­ka­cje ciała, oso­bo­wo­ści, tem­pe­ra­men­tu…

Ze­gar­ni­ca od­gię­ła przed sobą grubą gałąź, która z trza­skiem pękła.

– Jeśli py­tasz o zegar na mojej gło­wie, cóż, są różne hi­sto­rie na ten temat. We­dług jed­nej zo­sta­li­śmy ozna­cze­ni w ten spo­sób, żeby lu­dzie mogli nas z da­le­ka roz­po­znać. We­dług innej była to fa­na­be­ria N-osób. Oso­bi­ście uwa­żam, że oby­dwa po­wo­dy są praw­dzi­we.

– N-oso­by to moi pa­cjen­ci – wtrą­ci­ła Ma­ry­sia.

Me­cha­nizm w gło­wie Betty ci­chut­ko za­zgrzy­tał.

– Och, ja z kolei byłam ich… ze­wnętrz­ną mo­dy­fi­ka­cją. Po­tra­fię wpły­wać na per­cep­cję czasu. Wy­dłu­żać go lub skra­cać, ni­czym gumę. To jest zwią­za­ne z ze­ga­rem neu­ro­nal­nym czło­wie­ka. Krót­ko mó­wiąc, wpły­wam na chro­no­cep­cję, od­po­wie­dzial­ną za su­biek­tyw­ne od­czu­wa­nie upły­wu czasu. Mój pan… Wiele razy wpły­wa­łam na jego czas ocze­ki­wa­nia. Na przy­kład, kiedy cze­kał na ważne pismo. Sta­łam przy nim, gdy był na raj­skich wa­ka­cjach, żeby dłu­żej mógł na­pa­wać się wi­do­kiem la­zu­ro­wej wody. Tkwi­łam sztyw­no pod ko­ta­rą, kiedy osią­gał or­gazm, dzię­ki mnie trwa­ją­cy pół go­dzi­ny.

– Jak u świni – sko­men­to­wał Da­mian. – Per­wer­syj­ne.

– Dla­cze­go N-oso­by po pro­stu same nie mogły mieć ta­kiej funk­cji? – do­py­ty­wa­ła Ma­ry­sia.

Zegar Betty za­ciął się, od­zy­skał rytm.

– Po­nie­waż to nie­bez­piecz­ne. Szyb­ko zu­ży­wa… po­sia­da­cza.

Ma­ry­sia przy­po­mnia­ła sobie, jak Betty sie­dzia­ła na ka­na­pie nad nią. Go­dzi­na za­sty­gła, mi­nu­ta wy­dłu­ży­ła się ni­czym lecz­ni­czy ta­sie­miec, zmy­sły po­mie­sza­ły się, a se­kun­dy za­czę­ły top­nieć na pod­nie­bie­niu ni­czym słod­kie krów­ki. Czas re­kon­wa­le­scen­cji roz­cią­gnął się po nie­uchwyt­ny ho­ry­zont po­ran­ka. Ze­gar­ni­ca wpły­nę­ła naj­wi­docz­niej także na Da­mia­na – mimo krót­kie­go snu zda­wa­ło się, że był wy­po­czę­ty jak nigdy.

Przy­po­mnia­ła sobie sesje z pa­cjen­ta­mi. Przy­cho­dzi­li do niej do be­żo­we­go ga­bi­ne­tu, gdzie mięk­kim gło­sem, czu­łym spoj­rze­niem i mia­ro­wym od­de­chem re­gu­lo­wa­ła ich po­ziom na­pię­cia. Cza­sa­mi łą­czy­ła się przez kamerę, jed­nak bez wzglę­du na formę spo­tka­nia, była do ich dys­po­zy­cji – N-osób, nie­na­sy­co­nych, za­fik­so­wa­nych na swoim punk­cie czar­nych dziur po­chła­nia­ją­cych ener­gię.

– Cze­kaj­cie! – Da­mian zdjął strzel­bę z ple­ców i drugą ręką dał znak, żeby się za­trzy­ma­ły.

Schro­ni­sko wta­pia­ło się w las i do­pie­ro po chwi­li ludz­kie oko wy­łu­ski­wa­ło z prze­strze­ni licz­ne za­bu­do­wa­nia. Niebo za­snu­ły ciem­ne chmu­ry. Ze­rwał się wiatr, po­rwał ka­pe­lusz Da­mia­na.

Ma­ry­sia ro­zej­rza­ła się po oko­li­cy i zanim jesz­cze zro­zu­mia­ła, że cisza jest zbyt głę­bo­ka, jej ciało za­re­ago­wa­ło – po­licz­ka­mi spły­nę­ły łzy.

Po­wo­li wkro­czy­li do schro­ni­ska. Ciała na kle­pi­sku, w wej­ściach do domów, pod drze­wa­mi, wszy­scy byli mar­twi. Ma­ry­sia padła na ko­la­na, wstrzą­snął nią szloch. Lunął deszcz, wiel­kie kro­ple wraz ze łzami spły­nę­ły z twa­rzy dziew­czy­ny, wsią­kły w zie­mię, mie­sza­jąc się z krwią z po­de­rżnię­tych gar­deł.

 

 

 

***

 

 

 

Jerry ostroż­nie wszedł przo­dem, nisko trzy­ma­jąc broń.

Ni­ko­go w niej nie za­sta­li, ale chata nie spra­wia­ła wra­że­nia opusz­czo­nej. Zmię­ty koc na ja­sno­zie­lo­nej ka­na­pie, wę­giel­ki ża­rzą­ce się w ko­min­ku. Bonny roz­glą­da­ła się, szu­ka­jąc cze­goś, dzię­ki czemu mo­gli­by do­wie­dzieć się, dokąd udała się Ma­ry­sia. Pod­nio­sła z ziemi po­szar­pa­ny ka­wa­łek su­kien­ki. Po­wą­cha­ła, skrzy­wi­ła się.

– Ucie­kli – po­wie­dział gło­śniej Jerry, trą­ca­jąc butem wia­dro na we­ran­dzie.

Bonny do­tknę­ła cy­no­we­go kubka sto­ją­ce­go na stole. Był jesz­cze letni. Uśmiech­nę­ła się, bar­dzo lekko.

– Nie. – Po­krę­ci­ła głową. – Oni o nas nie wie­dzą.

Jerry wró­cił do chaty, usiadł na fo­te­lu, głę­bo­ko ode­tchnął.

– Mo­że­my tu tro­chę od­po­cząć – wy­mam­ro­tał.

Bonny spoj­rza­ła na niego. Pod­czas ma­sa­kry w schro­ni­sku przez nie­uwa­gę dał się ude­rzyć w głowę ja­kie­muś ro­słe­mu pro­sta­ko­wi. Od tam­tej pory był blady.

– Nie mamy na to czasu – po­wie­dzia­ła gło­sem wy­pra­nym z emo­cji. – Nie mo­że­my po­zwo­lić, żeby nam ucie­kli. Za Ma­ry­się jest ogrom­na na­gro­da. Po­dzie­li­my się nią. Je­steś twar­dym skur­wy­sy­nem, Jerry. Dasz radę. Wsta­waj.

Męż­czy­zna pod­niósł się z po­zy­cji pół­le­żą­cej do sie­dzą­cej. Ski­nął głową i obrzy­gał sobie spodnie.

– Ja pier­do­lę. – Bonny wy­szła na we­ran­dę, z któ­rej przy­nio­sła i rzu­ci­ła mu wia­dro. – Na­stęp­nym razem ha­ftuj do tego. – Zmarsz­czy­ła nos. – I prze­płucz sobie te sty­lo­we je­an­sy.

Jerry prze­tarł z czoła pot, splu­nął do wia­dra, wziął je ze sobą i pod­szedł do kuch­ni.

Gdy do­pro­wa­dził się do po­rząd­ku, Bonny ru­chem głowy wska­za­ła kubek na stole.

– Napij się tego. To na go­rącz­kę.

Chwi­lę póź­niej na ze­wnątrz od­szu­ka­ła ślady butów i za­wo­ła­ła go. Ru­szy­li przed sie­bie. Bonny czuła ro­sną­cą eks­cy­ta­cję. Ad­re­na­li­na wy­ostrza­ła zmy­sły, wi­dzia­ła ślady na ziemi, w po­wie­trzu wy­czu­wa­ła za­pach ciał, w tym jakiś dziw­ny me­ta­licz­ny ak­cent. Ob­li­za­ła usta, za­do­wo­lo­na z sie­bie. Mam was na wi­del­cu.

– Mo­głem zo­stać – po­wie­dział z tyłu Jerry. – W cha­cie.

– Po­trze­bu­ję cię – ucię­ła Bonny. – Je­steś dla mnie ważny.

Jerry czuł się słabo, lecz słowa ko­bie­ty po­krze­pi­ły go. Mógł jej teraz udo­wod­nić swą war­tość. Albo nie za­wieść Bonny. Co za róż­ni­ca? Myśli mie­sza­ły się, wzbie­ra­ły mdło­ści. Po dro­dze wy­rzu­cił wia­dro, uznaw­szy, że w lesie nie bę­dzie po­trzeb­ne. Trzy razy zwy­mio­to­wał na leśną ściół­kę, uwa­ża­jąc na spodnie i kurt­kę, zer­ka­jąc na idącą przed nim Bonny.

Do­bie­ga­ją­ce z wy­so­ka bzy­cze­nie psz­czół przy­wo­ła­ło wspo­mnie­nie brud­nej kuch­ni, w któ­rej wła­śnie po­zmy­wał na­czy­nia i przy­go­to­wy­wał ka­nap­ki z mio­dem i cy­na­mo­nem. Mama je uwiel­bia­ła, a on, ośmio­let­ni chło­piec, mógł choć na chwil­kę wkraść się w jej łaski. Dzię­ku­jąc za po­si­łek, mama ob­da­ro­wy­wa­ła go prze­lot­nym uśmie­chem. Raz czy dwa zda­rzy­ło się, że wzię­ła Jerry’ego na ko­la­na i po­gła­ska­ła po gło­wie. Co z tego, że me­cha­nicz­nie? Co z tego, że póź­niej mu­siał umyć jesz­cze ten jeden ta­lerz?

Bonny za­trzy­ma­ła się pod drze­wem. Pa­trzy­ła na niego z roz­cza­ro­wa­niem.

– Może teraz ty mnie po­nie­siesz? – po­wie­dział Jerry, uśmie­cha­jąc się blado. – Bo na moje silne ramię chwi­lo­wo nie masz co li­czyć.

Obcas ko­bie­ty wbił się w li­ście, gdy bez słowa okrę­ci­ła się na pię­cie i ru­szy­ła dalej.

Jerry wziął łyk wody i po­dą­żył za Bonny. Nie­raz za­sta­na­wiał się, jak na nią wpły­nie sta­tus N-oso­by. Bę­dzie bar­dzo wy­so­ko w hie­rar­chii spo­łecz­nej. Kim zo­sta­nie on? N-oso­by pre­fe­ru­ją re­la­cje z sobie po­dob­ny­mi lub em­pa­ta­mi, lecz za­wsze mogą mieć u swego boku po­moc­ni­ka. Jerry na to li­czył. Bo sam nigdy nie zo­sta­nie N-oso­bą. Nie wy­wo­dził się z wy­star­cza­ją­co wpły­wo­wej ro­dzi­ny, poza tym zwy­czaj­nie nie miał pre­dys­po­zy­cji – wy­ni­ki ba­da­nia na psy­cho­pa­tię nie były wy­star­cza­ją­ce.

Bonny zgu­bi­ła trop, więc prze­rwa­ła marsz. Jerry mógł zła­pać od­dech. Usiadł i oparł się o wia­tro­łom. Po­czuł na ple­cach dresz­cze. Dło­nie, w któ­rych scho­wał twarz, miał zimne i słabe. Niebo za­czę­ły prze­sła­niać bu­rzo­we chmu­ry. Pod po­wie­ka­mi po­ja­wi­ły się ob­ra­zy za­mor­do­wa­nych ludzi w schro­ni­sku. Sie­dem osób stra­ci­ło życie, po­nie­waż schro­ni­ska uwa­ża­ne były za nie­le­gal­ne, a N-arc so­wi­cie wy­na­gra­dza­ło tych, któ­rzy, bez wzglę­du na środ­ki, po­zby­wa­li się pro­ble­mu.

– Idzie­my – po­wie­dzia­ła Bonny.

Jerry ni­ko­mu nie ode­brał życia. Po­wa­lił czte­rech męż­czyzn, a potem po­szedł się wy­si­kać, są­dząc, że Bonny wyśle ko­or­dy­na­ty służ­bom mia­sta, żeby te osad­ni­ków aresz­to­wa­ły. Kiedy wró­cił, zo­ba­czył, jak Bonny pod­cho­dzi do nie­przy­tom­nych i pod­rzy­na im gar­dła. Zre­ali­zo­wa­ła jedno zle­ce­nie, ale nie chcia­ła pusz­czać po­przed­nie­go. Spie­szy­ła się.

Wstał i chwiej­nym kro­kiem ru­szył za nią.

Wy­da­wa­ło mu się, że do­stał go­rącz­ki.

– P-po­cze­kaj – wy­ją­kał, wi­dząc Bonny prze­ska­ku­ją­cą przez stru­myk.

Znowu zwy­mio­to­wał, krwią. Jęk­nął, oparł się o gałąź.

Bonny wes­tchnę­ła, cof­nę­ła się do niego.

– Nie­dłu­go wyj­dzie­my z lasu – po­wie­dzia­ła. – Mu­si­my się spie­szyć.

– Od­pocz­nij­my. Nie u-uciek­ną.

– Ma­zga­isz się.

Jerry po­czuł na­pły­wa­ją­ce do oczu łzy.

– Nie dam rady – wy­szep­tał.

Bonny prze­chy­li­ła głowę. Pięk­ne ob­li­cze stę­ża­ło od wzgar­dy. Nie mogła się już w Jer­rym przej­rzeć. Zła­pa­ła go dło­nią za twarz i mocno pchnę­ła na zie­mię. Upa­da­jąc na ka­mie­nie ob­my­wa­ne stru­my­kiem, wi­dział od­rzu­ca­ją­ce spoj­rze­nie matki. Usły­szał od­da­la­ją­ce się kroki Bonny. Ostat­nia myśl – czy to serce mi pękło, czy coś w gło­wie? – zga­sła i nie po­zo­sta­ło już nic.

 

 

 

 

***

 

 

 

Las koń­czył się nagle, jakby ktoś uciął go nożem. Da­mian wy­szedł pierw­szy, in­stynk­tow­nie za­sła­nia­jąc Ma­ry­się ra­mie­niem. Po­wie­trze, dotąd chłod­ne i lep­kie, stało się dusz­ne, cie­płe, pach­ną­ce ozo­nem i smo­giem. Mia­sto wzno­si­ło się war­stwa­mi, jakby rosło samo z sie­bie, wszech­obec­ne, przy­tła­cza­ją­ce nawet teraz, gdy stali na skra­ju lasu, przed dłu­gim na kil­ka­set me­trów la­wen­do­wym wrzo­so­wi­skiem.

Betty za­trzy­ma­ła się za nimi. Zegar na jej twa­rzy nie­mal­że sta­nął.

– Gdzieś tam, na obrze­żach, znaj­du­je się brama – po­wie­dział Da­mian. – Kiedy do niej do­trze­my, bę­dzie­my wolni.

Ru­szy­li po­wo­li, zmę­cze­ni prze­dzie­ra­niem się przez leśne ostę­py. Ma­ry­sia od­chy­li­ła głowę, wpa­tru­jąc się w wie­żow­ce, nad któ­ry­mi gó­ro­wał In­sty­tut Traum. Rzu­cał wiel­ki cień na wschod­nią część me­tro­po­lii. Z za­my­śle­nia wy­rwa­ło ją py­ta­nie Ze­gar­ni­cy.

– Dla­cze­go ucie­kłaś z mia­sta?

– Chcie­li mnie wy­re­gu­lo­wać za błąd w sztu­ce – od­po­wie­dzia­ła otwar­cie.

– Cho­dzi o twoją pracę?

Przy­tak­nę­ła.

– Pa­cjent, z któ­rym pra­co­wa­łam, stał się zbyt em­pa­tycz­ny. A N-oso­by nie mogą takie być. No, chyba że em­pa­tycz­ne po­znaw­czo. Em­pa­tia jako taka jest za­so­bem em­pa­tów.

– Bez was to cho­ler­ne mia­sto by upa­dło – wtrą­cił z nie­sma­kiem Da­mian.

– Em­pa­ci są po­trzeb­ni, żeby osła­biać tar­cia mię­dzy N-oso­ba­mi. Ci z kolei na­pę­dza­ją roz­wój.

Betty wes­tchnę­ła. Zegar wpadł w syn­ko­pę.

– Na­praw­dę są­dzisz, dziec­ko, że Enki to robią? Z mojej wie­dzy wy­ni­ka, że czę­ściej są po­wo­dem sta­gna­cji N-arc. Dbają je­dy­nie o wła­sny in­te­res. Nie są skłon­ni do żad­nych po­świę­ceń. Wszyst­ko ma po­ma­gać im za­spo­ka­jać ego­istycz­ne po­bud­ki. – Na­krę­ca­ła się jak sprę­ży­na, mó­wi­ła coraz gło­śniej. – Są ślepi na cier­pie­nie in­nych ludzi. Każdą cudzą krzyw­dę po­tra­fią wy­giąć tak, by dalej my­śleć wy­łącz­nie o sobie. Wszy­scy muszą się pod­po­rząd­ko­wać. A jeśli tak nie jest, jeśli ktoś prze­ciw­ko nim wy­stą­pi, czeka go albo ich furia, albo znisz­cze­nie życia w bia­łych rę­ka­wicz­kach.

Ma­ry­sia nie ro­zu­mia­ła tego wy­le­wu Ze­gar­ni­cy. Po­ło­wa słów brzmia­ła obco, z po­ło­wą się nie zga­dza­ła. Enki, czyli N-oso­by, rzą­dzi­ły, odkąd pa­mię­ta­ła. Uro­dzi­ła się w świe­cie, w któ­rym dwa­dzie­ścia pro­cent spo­łe­czeń­stwa de­cy­do­wa­ło o losie wszyst­kich. Nie wi­dzia­ła w tym nic złego. Oso­bi­ście znała nie­jed­ną Enkę, współ­dzie­li­ła z nimi emo­cjo­nal­ny ból, ro­zu­mia­ła złość i kru­che ja, za­mknię­te głę­bo­ko, żeby nie roz­pa­dło się niby zamek z pia­sku. Z tego punk­tu wi­dze­nia byli nie­zwy­kle wraż­li­wi, mimo że na po­wierzch­ni nie­jed­no­krot­nie spra­wia­li wra­że­nie nie­obec­nych i zim­nych.

Nie mogła słu­chać przy­krych słów Betty, zwłasz­cza że Da­mian był tą N-oso­bą, przez którą chcie­li Ma­ry­się wy­re­gu­lo­wać.

– Co jest za bramą? – za­py­ta­ła.

Betty roz­ło­ży­ła dłu­gie ra­mio­na w ge­ście bez­rad­no­ści.

– Nie znam ni­ko­go, kto był po dru­giej stro­nie.

Ciało Ze­gar­ni­cy za­drża­ło. Wspo­mnie­nie wy­so­kie­go na dwie­ście me­trów por­ta­lu, nie­zmien­nie od lat, roz­stra­ja­ło ją emo­cjo­nal­nie.

– Dla­te­go z nami po­szłaś – zro­zu­mia­ła Ma­ry­sia. – Chcesz zo­ba­czyć drugą stro­nę.

Betty uśmiech­nę­ła się smut­no. Nie od­po­wie­dzia­ła.

Łąka wrzo­sów koń­czy­ła się zżółk­nię­tą trawą, a dalej be­to­no­wym, od­kry­tym ka­na­łem bu­rzo­wym, cią­gną­cym się na wschód i za­chód aż po ho­ry­zont. Ję­zycz­ki wody lśni­ły w słoń­cu jak szkło. Było stro­mo. Da­mian po­mógł Ma­ry­si zejść, trzy­ma­jąc ją za rękę. Betty stra­ci­ła rów­no­wa­gę, klap­nę­ła na tyłek i zje­cha­ła na sam dół. Ma­ry­sia pod­bie­gła i po­mo­gła jej wstać, do­py­tu­jąc, czy jest cała. Ze­gar­ni­ca otrze­pa­ła się i pierw­sza spró­bo­wa­ła wejść na drugą stro­nę. Bez­sku­tecz­nie. Da­mian wziął roz­bieg i na górze w ostat­niej chwi­li zła­pał kra­wędź ka­na­łu. Potem klęk­nął, wy­cią­gnął rękę i po­mógł Ma­ry­si oraz Betty.

– Masz krze­pę – wy­dy­sza­ła Ze­gar­ni­ca, kła­dąc się obok nich na żół­tej tra­wie.

Za­mil­kła, wi­dząc, że Ma­ry­sia przy­tu­la się do Da­mia­na. Zanim oczy męż­czy­zny zdą­ży­ły się za­szklić, po­ca­ło­wał ją w głowę i wstał.

– Mamy stąd dobry widok – po­wie­dział. – Pro­po­nu­ję od­po­czy­nek.

Betty wy­ję­ła z ple­ca­ka trzy po­mi­do­ry, pla­stry su­szo­nej kieł­ba­sy i trzy jabł­ka. Da­mian zer­k­nął na ta­blet­ki spo­żyw­cze, które wziął w dłoń, po czym je scho­wał z po­wro­tem do kie­sze­ni. Wspól­ny, prze­dłu­żo­ny po­si­łek wydał mu się nie­zwy­kle atrak­cyj­ny.

Jedli w mil­cze­niu, zer­ka­jąc na sie­bie, roz­glą­da­jąc się po ja­ło­wej, syn­te­tycz­nej oko­li­cy. Ciała roz­luź­ni­ły się, na mo­ment wy­szły z trybu prze­trwa­nia. Zegar Betty zwol­nił, roz­cią­gnął jedną mi­nu­tę na dwie. Chcia­ła dać im tro­chę wy­tchnie­nia.

A potem, kiedy wzno­wi­li wę­drów­kę, mia­sto ich po­chło­nę­ło. Po­wy­krę­ca­ne, ni­skie bu­dyn­ki, pat­chwor­ko­we dzie­ła in­ży­nie­rów-ar­ty­stów – alu­mi­nio­we bla­chy, wiel­kie cegły, że­liw­ne fa­sa­dy, ka­ry­ka­tu­ral­ne wi­tra­że, wszyst­ko złą­czo­ne w nie­fo­rem­ne bryły, du­szą­ce się w gę­stym, nie­fil­tro­wa­nym po­wie­trzu. Kręte, cia­sne, wzno­szą­ce się ulicz­ki za­pro­wa­dzi­ły ich mię­dzy coraz wyż­sze bu­dyn­ki, w cień, brud i za­ty­ka­ją­cy nos smród nie­zna­nej dotąd de­ka­den­cji. W ma­to­wych oczach mi­ja­nych osób wi­dzie­li różne rze­czy – ab­so­lut­ną bez­na­dzie­ję albo manię, która za­pro­wa­dzi­ła ich na skraj życia.

 

 

 

***

 

 

 

Bonny po­ru­sza­ła się pew­nie jak ktoś, kto zna za­koń­cze­nie hi­sto­rii i po­zwa­la sobie na luk­sus po­wol­ne­go czy­ta­nia środ­ka dra­ma­tycz­nej po­wie­ści. Na­pa­wa­ła się cięż­kim syn­te­tycz­nym po­wie­trzem, rzę­si­sty­mi od­de­cha­mi bez­dom­nych. Ludz­ki­mi ma­sa­mi roz­pra­sza­ją­cy­mi się w nie­zli­czo­nych ulicz­kach dziel­ni­cy wsz­cze­pów i mi­kro­za­bie­gów. Sy­ci­ła spoj­rze­nie mia­stem tęt­nią­cym noc­nym ży­ciem, roz­świe­tlo­nym neo­na­mi i świa­tła­mi po­jaz­dów po­ru­sza­ją­cych się na wielu po­zio­mach.

Wy­cho­dząc z lasu, do­strze­gła trzy po­sta­cie za łąką wrzo­sów. Zro­bi­ła z dłoni da­szek i zmru­ży­ła oczy. Po­ma­ga­ły sobie, a potem od­po­czy­wa­ły. Wi­dząc, jak wsta­ją i ru­sza­ją dalej, stłu­mi­ła myśl o Jer­rym i rzu­ci­ła się bie­giem, lekko przy­gię­ta do ziemi, co kilka ude­rzeń serca za­trzy­mu­jąc się na se­kun­dę-dwie ni­czym ty­grys po­lu­ją­cy na zwie­rzy­nę.

Betty za­trzy­ma­ła się pierw­sza. Zegar na jej twa­rzy zwa­rio­wał. Se­kund­nik drgał, ska­kał, cofał się o uła­mek ude­rze­nia. Ma­ry­sia po­czu­ła, że coś cią­gnie ją w dół, w brzu­chu, pod ser­cem; em­pa­tycz­ny od­ruch ka­żą­cy od­czu­wać cudzy strach.

– Idź­cie – po­wie­dzia­ła Ze­gar­ni­ca zmę­czo­nym gło­sem. – Ucie­kaj­cie, dzie­cia­ki.

Da­mian za­sło­nił sobą Ma­ry­się. W dło­niach ści­snął kolbę strzel­by.

Bonny wy­szła z cie­nia, jakby sta­no­wi­ła jego na­tu­ral­ne prze­dłu­że­nie.

– Ach, ja­kież to, kurwa, wzru­sza­ją­ce – po­wie­dzia­ła.

Za­trzy­ma­ła się kilka kro­ków od Betty. Prze­krzy­wi­ła głowę, ścią­gnę­ła brwi.

– Są­dzi­łam, że le­piej li­czysz.

Ze­gar­ni­ca wy­pro­sto­wa­ła się, z jej bar­ków spły­nę­ła re­zy­gna­cja, za­stą­pio­na czymś tward­szym.

– Chcę tylko tę wraż­li­wą du­szycz­kę. – Bonny wska­za­ła ręką Ma­ry­się. – Wy dwoje mo­że­cie sobie iść.

Znaj­do­wa­li się w za­uł­ku, mię­dzy wy­so­ki­mi bu­dyn­ka­mi. Ktoś nad nimi za­mknął okno. Po ziemi prze­biegł szczur.

Bonny sta­nę­ła na chwi­lę na pal­cach, wy­cią­gnę­ła szyję.

– No, nie kryj się, ko­cha­na – po­wie­dzia­ła przy­mil­nym gło­sem. – Mu­sisz wró­cić do swo­jej pracy. Czeka na cie­bie świe­tla­na przy­szłość. Każdy po­peł­nia błędy. Wy­re­gu­lu­ją cię i znów bę­dziesz czczo­na w N-arc.

– Na­ga­dasz się – rzu­ci­ła Betty, ro­biąc krok w jej stro­nę. – A ga­da­nie nie jest twoją mocną stro­ną. Je­dy­nym atu­tem, jakim mo­żesz się po­chwa­lić, jest ładna buźka. – Wy­ko­na­ła drugi krok. – Ale nad cha­rak­te­rem można po­pra­co­wać. Nie mu­sisz do końca życia po­zo­stawać nar­cy­stycz­ną suką.

Bonny uśmiech­nę­ła się cy­nicz­nie. Wie­dzia­ła, że celem Ze­gar­ni­cy jest od­wró­cić jej uwagę. Wie­dzia­ła, że chce zbli­żyć się na tyle, by móc wpły­nąć na jej per­cep­cję czasu.

Unio­sła broń i strze­li­ła.

Zegar roz­trza­skał się, na zie­mię spa­dły i roz­sy­pa­ły się wska­zów­ki. Betty padła na ko­la­na, z głowy po­la­ła się krew.

Se­kun­dę wcze­śniej Da­mian chwy­cił Ma­ry­się i rzu­ci­li się do uciecz­ki. Wpa­so­wa­li się w czas dany im przez Betty. Nie mieli in­ne­go wy­bo­ru.

Za za­krę­tem zna­leź­li la­ta­ją­cy dysk. Da­mian włą­czył zsyn­chro­ni­zo­wa­ną z siat­ków­ką apli­ka­cję i opła­cił prze­lot. Sta­nął na ta­le­rzu, Ma­ry­sia oplo­tła go ra­mio­na­mi i po­mknę­li cia­sną ulicz­ką.

Lecąc kil­ka­na­ście me­trów nad zie­mią, mię­dzy wie­żow­ca­mi, Ma­ry­sia czuła ścisk w gar­dle. Kiedy ucie­ka­li, nie sły­sza­ła ści­ga­ją­cej ich Bonny. Nie było strza­łów, ude­rza­ją­cych o zie­mię butów ani żad­nych słów. Bonny ich nie go­ni­ła.

Jakby wie­dzia­ła, że nie musi.

 

 

 

***

 

 

 

Ener­gia ta­le­rza wy­czer­pa­ła się, mu­sie­li wy­lą­do­wać na dachu szklar­ni. Szkło pękło, spa­dli na wa­rzy­wa, Da­mian ple­ca­mi na zie­mię, Ma­ry­sia na niego, a ta­lerz, szczę­śli­wie, ka­wa­łek dalej. Dziew­czy­na za­czę­ła Da­mia­na wszę­dzie do­ty­kać i za­sy­py­wać py­ta­nia­mi, czy nic mu się nie stało. Kiedy za­prze­czył, rzu­ci­ła się w kie­run­ku po­mi­do­rów. Po­wą­cha­ła jed­ne­go, na­zbie­ra­ła kilka i przy­nio­sła mu.

– Masz, mu­sisz jeść – po­wie­dzia­ła. – Żeby mieć siłę.

Da­mian zro­zu­miał, że pró­bo­wa­ła sobie jakoś po­ra­dzić z przy­tła­cza­ją­cy­mi emo­cja­mi.

Sama zja­dła chyba z pięć, bek­nę­ła, wy­tar­ła wierz­chem dłoni usta. Do szklar­ni wpa­da­ło słabe świa­tło księ­ży­ca.

Da­mia­na do­pa­dły wy­rzu­ty su­mie­nia zwią­za­ne z nie­spo­dzie­wa­nym prze­świad­cze­niem, że po­wi­nien był zo­sta­wić ją w pracy. Zo­sta­ła­by wy­re­gu­lo­wa­na, ale z pew­no­ścią nie było to gor­sze od po­dró­ży, którą jej za­fun­do­wał.

– Ale to jest pysz­ne – mó­wi­ła nie wia­do­mo do kogo, coraz bar­dziej bez­barw­nym gło­sem. Ści­ska­ła po­mi­do­ra na tyle mocno, że pękł i sok spły­wał po jej drob­nej dłoni. – Dla­cze­go lu­dzie już pra­wie ta­kich nie robią?

Pod­szedł do niej, kuc­nął i mocno przy­tu­lił. W ra­mio­nach Ma­ry­sia pękła ni­czym słaba szklan­ka za­la­na wrząt­kiem. Trzę­sła się jak w fe­brze, a on ją trzy­mał, oba­wia­jąc się, że gdyby pu­ścił to drob­ne ciało, roz­sy­pa­ło­by się na mi­lion ka­wał­ków. Wresz­cie tro­chę uspo­ko­iła się, a ra­czej osła­bła – za­dy­go­ta­ła i zwiot­cza­ła, choć oczy miała sze­ro­ko otwar­te.

Da­mian de­li­kat­nie ją pod­niósł i prze­rzu­cił sobie przez ramię. Szklar­nia znaj­do­wa­ła się na dachu nie­wy­so­kie­go bu­dyn­ku. Zje­cha­li windą na dół. Mu­sie­li udać się w stro­nę wiel­kiej bramy, którą opusz­czą N-arc. Pro­wa­dzą­ca w tamtą stro­nę droga chrzę­ści­ła pod no­ga­mi i świe­ci­ła drob­ny­mi od­bi­cia­mi w świe­tle księ­ży­ca. Zro­zu­miaw­szy, że idzie mo­rzem po­tłu­czo­ne­go szkła, Da­mian po­czuł ulgę, iż ma buty o gru­bej po­de­szwie. Chrzę­ści­ło, chru­po­ta­ło, trzesz­cza­ło. Ma­ry­sia z tyłu coś beł­ko­ta­ła, mam­ro­ta­ła, aż w końcu za­snę­ła, wy­obra­ża­jąc sobie, że za­ja­da się su­chy­mi płat­ka­mi śnia­da­nio­wy­mi.

Szli ulicą „nie­wy­star­cza­ją­co bo­ga­tych” oby­wa­te­li, któ­rzy wy­cho­dzi­li na mia­sto przez dach, skąd śmi­ga­li w prze­stwór na ta­ler­zach. Szkło na dole miało za­bez­pie­czać ich przed de­ge­ne­ra­ta­mi spo­łecz­ny­mi; nawet po za­plom­bo­wa­niu wejść na klat­ki scho­do­we byli w sta­nie do­stać się do miesz­ka­nia, wdra­pu­jąc się po ścia­nie. Poza tym w peł­nym słoń­cu mi­ria­dy ostrych ka­wał­ków z pew­no­ścią two­rzy­ły widok przy­jem­niej­szy niż te ludz­kie larwy na dole.

War­stwa szkła zro­bi­ła się naj­wi­docz­niej grub­sza, gdyż nogi Da­mia­na za­pa­da­ły się aż po łydki. Wie­dział, że nie może się za­trzy­mać – gdzie po­ło­żył­by Ma­ry­się? Ab­surd. Za­ci­snął zęby, zi­gno­ro­wał ból ką­sa­ją­cy nogi i sku­pił się na każ­dym ko­lej­nym kroku. Od­ru­cho­wo po­my­ślał o Betty. Mimo po­cząt­ko­wej nie­uf­no­ści osta­tecz­nie po­lu­bił starą Ze­gar­ni­cę. Po­dob­nie zresz­tą jak po­lu­bił Ma­ry­się, swoją te­ra­peut­kę, em­pat­kę, która do­tar­ła w pro­ce­sie zbyt głę­bo­ko i coś w nim zmie­ni­ła… Nie, on żywił do niej znacz­nie sil­niej­sze uczu­cia.

– Nar­cy­stycz­na suka – wy­mam­ro­ta­ła Ma­ry­sia.

Da­mian uśmiech­nął się gorz­ko. Gdyby nie jego cie­ka­wość, która ka­za­ła mu grze­bać w hi­sto­rii, nigdy nie do­wie­dział­by się, kim tak na­praw­dę są N-oso­by. Teraz, my­śląc o tym, nie miał po­ję­cia, czy pot na czole jest wy­ni­kiem wy­sił­ku, czy bo­le­snej świa­do­mo­ści na temat wła­sne­go po­cho­dze­nia.

Ma­ry­sia pod­nio­sła głowę, spró­bo­wa­ła zejść z niego, ale pręd­ko opa­dła z sił. Za­łka­ła.

Za­czął jej coś nucić. Z pa­mię­ci, z siły im­pro­wi­za­cji, z czy­stej po­trze­by uśmie­rze­nia cu­dze­go bólu. Nogi mu drża­ły z wy­sił­ku i nie wie­dział, ile jesz­cze wy­trzy­ma. Raz upadł na ko­la­no, ale pręd­ko się pod­niósł.

Za­sta­na­wiał się, czy mą­drze zro­bił. Mógł­by prze­cież zo­stać z Ma­ry­sią na dachu i po­cze­kać, aż dziew­czy­na się obu­dzi i doj­dzie do sie­bie. Pro­blem w tym, że pom­pu­ją­ce ad­re­na­li­nę serce ka­za­ło po­zo­stać w ruchu. Na samo wspo­mnie­nie Bonny ro­bi­ło mu się sucho w ustach.

But ude­rzył o równą po­wierzch­nię. Prze­sta­ło chrzę­ścić. Da­mian szedł teraz po szkla­nej tafli. Padł na ko­la­na i legł z Ma­ry­sią na zim­nej ziemi.

Gdy się obu­dził, miał wra­że­nie, że jest na łódce na rzece – zmy­li­ły go skrzą­ce odłam­ki szkła. Przez chwi­lę roz­glą­dał się po oko­li­cy. Droga roz­wi­dla­ła się niby macki ośmior­ni­cy. Ka­wa­łek dalej mia­sto ar­chi­tek­to­nicz­nie pu­chło, ruch gęst­niał, ulicz­ny szum wy­peł­niał czasz­kę.

Spoj­rzał na wła­sne za­ban­da­żo­wa­ne nogi. Ma­ry­sia za­opie­ko­wa­ła się nim, kiedy jesz­cze spał.

Kuc­nę­ła obok, prze­my­ła czoło czymś mo­krym.

– Mu­si­my iść – po­wie­dział. – Skró­tem. Nie bę­dzie przy­jem­nie, ale bę­dzie­my bez­piecz­ni.

Pół go­dzi­ny póź­niej stali na brze­gu wiel­kie­go wy­sy­pi­ska, kształ­tem przy­po­mi­na­ją­ce­go kra­ter. Po­mysł Da­mia­na po­le­gał na tym, że wyjdą po dru­giej stro­nie, skąd bę­dzie już bli­sko do bramy.

– Nie po­win­ni­śmy jej stąd wi­dzieć? – za­py­ta­ła Ma­ry­sia. – Po­dob­no jest ogrom­na.

– Lu­dzie mają wiel­ką wy­obraź­nię.

Da­mian ści­snął moc­niej jej dłoń i ru­szy­li ła­god­nym zej­ściem. Uty­kał, ale nie chciał, żeby dała mu swoje ramię. Cmen­tarz po­rzu­co­nych przed­mio­tów po­chło­nął ich, od­ciął od szumu mia­sta. Bę­dą­ce zna­kiem roz­po­znaw­czym prze­brzmia­łej epoki an­dro­idy le­ża­ły w po­wy­krę­ca­nych, upior­nych, cza­sem za­baw­nych po­zy­cjach.

Zro­bi­ło się chłod­niej. Słoń­ce za­nu­rzy­ło się jak to­reb­ka her­ba­ty, pla­miąc niebo roz­my­tym brą­zem. N-arc przy­go­to­wy­wa­ło się do noc­ne­go życia, na­kła­da­jąc ma­ki­jaż ko­lo­ro­wych neo­nów.

Zro­bi­li po­stój przy wbi­tym na sztorc w zie­mię wiel­kim bu­dow­la­nym kom­po­zy­cie. Usie­dli, opar­li się o ma­te­riał z włók­na wę­glo­we­go.

Zo­sta­li dłu­żej, niż za­mie­rza­li. Po­trze­bo­wa­li od­po­czyn­ku. Da­mian przy­jął taką po­zy­cję, żeby Ma­ry­sia nie za­uwa­ży­ła jego ban­da­ży na no­gach – prze­siąk­nię­tych, za­czy­na­ją­cych śmier­dzieć. Roz­ma­wia­li o wszyst­kim i o ni­czym. Świa­do­mie po­mi­ja­li temat Betty. Kiedy mil­kli, Ma­ry­sia wspo­mi­na­ła be­żo­wy ga­bi­net, w któ­rym przez czte­ry lata przyj­mo­wa­ła Da­mia­na. Pa­mię­ta­ła jego chłod­ne spoj­rze­nie, nie­szcze­ry uśmiech. Da­mian miał kon­flikt z inną N-oso­bą. Ona po­ma­ga­ła ani­mo­zje wy­gła­dzać, spra­wiać, że złość wy­brzmie­wa­ła w bar­dziej… obłej for­mie.

Da­mian za­pa­trzył się w gwiaz­dy. Objął Ma­ry­się ra­mie­niem, przy­su­nął do sie­bie. Za­pra­gnął, żeby była tu Betty i uży­czy­ła im szczyp­tę swej nie­zwy­kłej mocy.

Póź­niej po­ko­na­li kilka ki­lo­me­trów i po­wo­li zbli­ża­li się do szczy­tu kra­te­ru.

– Nie wie­rzę, że się nam udało – wy­sa­pa­ła Ma­ry­sia. – To mó­wisz, że co jest po dru­giej stro­nie?

Da­mian uśmiech­nął się lekko.

– Sły­sza­łem, że prawa N-arc tam nie się­ga­ją. I że można żyć w ab­so­lut­nym po­ko­ju.

– Świet­nie. Ku­pi­my miesz­ka­nie. Mam jesz­cze sporo kre­dy­tów. A potem…

Wy­szli z kra­te­ru i Ma­ry­si za­par­ło dech w pier­si. Brama znaj­do­wa­ła się około pię­ciu­set me­trów przed nimi, lecz to nie ona sta­no­wi­ła powód głę­bo­kie­go szoku ma­lu­ją­ce­go się na twa­rzy dziew­czy­ny. Da­mian za­klął pod nosem, za­sło­nił ją wła­snym cia­łem.

Bonny uśmiech­nę­ła się sze­ro­ko. Była naj­ja­śniej­szą gwiaz­dą.

 

 

 

***

 

 

 

Prze­stron­na cela była biała, zbyt biała, bez kątów, bez cie­nia. Czas nie pły­nął, zda­wał się pul­so­wać, kur­czyć i roz­sze­rzać razem z od­de­chem Ma­ry­si. Le­ża­ła na mięk­kim bia­łym ma­te­ra­cu, nie mając po­ję­cia, gdzie jest, ani kiedy się tu zna­la­zła. Przez chwi­lę nie wie­dzia­ła, czy ma ciało. Po­ru­szy­ła ręką, po­czu­ła cię­żar koń­czy­ny, ból mię­śni, sztyw­ność ścię­gien. Świa­do­mość wra­ca­ła szyb­ciej niż czu­cie.

– Da­mian? – Usia­dła, ro­zej­rza­ła się.

Nagle roz­legł się do­no­śny, obcy głos. Zda­wał się do­bie­gać ze­wsząd:

– CIE­SZY­MY SIĘ, ŻE JE­STEŚ Z NAMI. ZNAJ­DU­JESZ SIĘ W IN­STY­TU­CIE TRANS­GE­NE­RA­CYJ­NYCH TRAUM. DBAMY O TO, ABY KAŻDY MIESZ­KA­NIEC N-ARC BYŁ KIMŚ KON­KRET­NYM. TRAU­MY SŁUŻĄ KA­LI­BRA­CJI JED­NO­STEK. PRO­CES TWO­JEJ KA­LI­BRA­CJI NIE­BA­WEM SIĘ ROZ­POCZ­NIE.

Ma­ry­sia za­mru­ga­ła.

– ŻY­WI­MY NA­DZIE­JĘ, ŻE BĘ­DZIESZ ZA­DO­WO­LO­NA.

– Po­cze­kaj! Co się ze mną sta­nie?

Za­le­gła długa cisza.

– NA­PRA­WI­MY CIĘ. WIĘ­CEJ NIE ZNISZ­CZYSZ N-OSO­BY.

Ma­ry­sia coś sobie przy­po­mnia­ła. Wsta­ła z ma­te­ra­ca. Miała bose stopy.

– Co ozna­cza okre­śle­nie nar­cy­stycz­ny?

Ale nic wię­cej nie usły­sza­ła. Po­de­szła do ścia­ny, do­tknę­ła zim­nej po­wierzch­ni. Szu­ka­ła wyj­ścia, lecz nie zna­la­zła nic, co mo­gło­by nim być.

Śro­dek ścia­ny otwo­rzył się jak oko i do celi we­szła jakaś po­stać. Bonny non­sza­lanc­ko opar­ła się o ścia­nę.

– No, no, wy­spa­na i od razu le­piej wy­glą­dasz.

– Ty je­steś chora – wy­szep­ta­ła Ma­ry­sia, co­fa­jąc się na drugi ko­niec celi.

Bonny po­krę­ci­ła głową.

– Za­baw­ne. Wiesz, że em­pa­tia to taka flora bak­te­ryj­na? Nad­mier­nie roz­ro­śnię­ta jest szko­dli­wa. Wy­wo­łu­je cho­ro­by. Dla­te­go to bar­dzo ważne, żeby pil­no­wać jej po­zio­mu.

Ma­ry­sia przy­po­mnia­ła sobie Da­mia­na sta­cza­ją­ce­go się w dół wy­sy­pi­ska. Po­wstrzy­ma­ła łzy.

Bonny po­de­szła do niej, sta­nę­ła w od­le­gło­ści metra. Spoj­rza­ła głę­bo­ko w prze­stra­szo­ne oczy Ma­ry­si.

– Widzę, jak bar­dzo się boisz. Nie­na­wi­dzisz mnie, ale je­stem dla cie­bie ważna. Mam wpływ na twoje życie.

Od­wró­ci­ła się i po­de­szła do bia­łe­go fo­te­la, który wy­su­nął się z pod­ło­gi.

– Moje za­da­nie jesz­cze nie do­bie­gło końca. Muszę prze­pro­wa­dzić z tobą wy­wiad. Mam na­dzie­ję, że tym razem bę­dziesz współ­pra­co­wać. – Nie do­cze­ku­jąc się re­ak­cji Ma­ry­si, usia­dła na fo­te­lu, otwo­rzy­ła ho­lo­gra­ficz­ny no­tat­nik i wczy­ta­ła się w jego treść. Po trwa­ją­cej wiecz­ność mi­nu­cie bar­dzo po­wo­li unio­sła spoj­rze­nie zie­lo­nych oczu na dziew­czy­nę. – Do­brze. Będę za­da­wa­ła py­ta­nia. Twoim za­da­niem jest na nie od­po­wia­dać. Py­ta­nie numer jeden. Kiedy w Da­mia­nie za­szła nie­od­wra­cal­na zmia­na?

Ma­ry­sia osu­nę­ła się pod ścia­ną, pod­kur­czy­ła nogi, oplo­tła je ra­mio­na­mi, cho­wa­jąc w nich twarz.

– Py­ta­nie jest nie­pre­cy­zyj­ne – od­par­ła.

Bonny wes­tchnę­ła.

– Do­brze, do­pre­cy­zu­ję. Kiedy za­czął czuć za bar­dzo?

– Nie ro­zu­miem pyt…

– Któ­re­go dnia te­ra­pii za­uwa­ży­łaś, że Da­mian ze zbyt wiel­ką em­pa­tią opo­wia­da o bli­skich oso­bach?

Ma­ry­sia otar­ła twarz z łez.

– Trze­ci rok, dwu­dzie­sty piąty dzień te­ra­pii – od­po­wie­dzia­ła. – Dwie­ście dzie­więć­dzie­sią­ta trze­cia sesja.

– Dla­cze­go nie po­in­for­mo­wa­łaś o tym In­sty­tu­tu?

– Chcia­łam zo­ba­czyć, co bę­dzie dalej. Nasza re­la­cja stała się wy­jąt­ko­wa. Z nikim ta­kiej nie mia­łam.

– Kiedy Da­mian za­czął prze­ja­wiać za­in­te­re­so­wa­nia twoją osobą?

– Na trzy­sta dwu­na­stej sesji.

– Po czym to po­zna­łaś?

– Za­py­tał, jak się czuję.

– Skąd wiesz, że nie zro­bił tego, żeby móc tobą ma­ni­pu­lo­wać?

Ma­ry­sia prych­nę­ła.

– Wy­czu­wam takie rze­czy.

Bonny za­krę­ci­ła się na fo­te­lu.

– Tu je­stem – po­wie­dzia­ła. – Spójrz na mnie.

Ma­ry­sia pod­nio­sła głowę, a Bonny kon­ty­nu­owa­ła wy­wiad:

– Czy ża­łu­jesz tego, co zro­bi­łaś?

– Śmierć Da­mia­na nie jest moją od­po­wie­dzial­no­ścią.

Bonny zro­bi­ła za­tro­ska­ną minę.

– Czy wiesz, na czym po­le­ga twoja praca?

– Do­sko­na­le wiem.

– Hej, bądź obec­na du­chem, jak do mnie mó­wisz – po­uczy­ła ją Bonny. W gło­sie tej okrut­nej isto­ty Ma­ry­sia wy­czu­ła rysę urazy.

Py­ta­nia, dzie­siąt­ki, setki pytań wy­peł­ni­ło białą celę. Ich rzeka zda­wa­ła się nie mieć końca, ale co waż­niej­sze, Ma­ry­sia za­czę­ła za­uwa­żać pewne pra­wi­dło­wo­ści. Sche­ma­ty te wy­zwo­li­ły w niej nie­ocze­ki­wa­ną na­dzie­ję. Bonny sie­dzia­ła na wy­god­nym fo­te­lu. Kiedy Ma­ry­sia nie od­po­wia­da­ła na­tych­miast, Bonny krę­ci­ła się na nim. Gdy Ma­ry­sia włó­czy­ła spoj­rze­niem po całej celi, omi­ja­jąc Bonny, ta wsta­wa­ła i ro­bi­ła dwa szyb­kie kółka, jakby przej­ściem się coś w sobie roz­ła­do­wy­wa­ła. Mo­no­ton­ny, nie­mal­że wy­pra­ny z emo­cji głos Ma­ry­si spra­wiał, że Bonny wy­ła­my­wa­ła sobie palce.

– Mo­żesz być bar­dziej za­an­ga­żo­wa­na?

Minął dzień, drugi, potem mie­siąc i rok bez­u­stan­nych pytań. We­dług ze­ga­ra wy­świe­tla­ją­ce­go się na ścia­nie, Bonny przy­cho­dzi­ła za­wsze o tej samej go­dzi­nie i opusz­cza­ła celę po pół­no­cy. Czas w bia­łej celi zlał się w coś bo­le­śnie nud­ne­go. Prze­strzeń zda­wa­ła się kur­czyć ni­czym skór­ka od­gry­zio­na z oko­li­cy pa­znok­cia; Ma­ry­sia sku­ba­ła palce, ale kiedy Bonny przy­cho­dzi­ła, cho­wa­ła dło­nie, aby ta się o tym nie do­wie­dzia­ła.

Pew­ne­go dnia, wi­docz­nie po­iry­to­wa­na Bonny, włą­czy­ła prze­źro­czy­stość jed­nej ze ścian. Widok roz­po­ście­ra­ją­cy się za oknem za­parł Ma­ry­si dech w pier­si.

– Osiem­dzie­sią­te pię­tro – po­wie­dzia­ła Bonny. – Ładny widok, praw­da?

Ma­ry­sia po­de­szła, przy­ło­ży­ła do szyby dłoń. Do­strze­gła bramę mia­sta. Za nią znaj­do­wa­ła się pu­sty­nia. Prze­śla­dow­ca chce, żebym oka­za­ła emo­cje. Wró­ci­ła na ma­te­rac, usia­dła na nim i za­mknę­ła oczy.

Bonny po­czu­ła dziw­ny nie­po­kój. Na­ra­stał w niej ni­czym jakiś osad już od mie­się­cy. Ma­ry­sia stała się dla niej ważna. Naj­waż­niej­sza. Spę­dza­ła z nią nie­mal­że cały swój czas.

– To co, je­dzie­my dalej – prze­rwa­ła ciszę. – Szko­da, że nie ma z nami Da­mia­na.

Ma­ry­sia nie za­re­ago­wa­ła na pro­wo­ka­cję. Na­uczy­ła się igno­ro­wać gorz­kie słowa, ciosy po­ni­żej pasa, te okrut­ne noże wbi­ja­ne w serce, które sta­wa­ło się coraz mniej czułe. Bonny pró­bo­wa­ła uzy­skać coś wię­cej niż suche od­po­wie­dzi. Po­trze­bo­wa­ła jej re­ak­cji jak pa­li­wa. Za­miast tego otrzy­my­wa­ła bier­ność, apa­tię, znu­dze­nie. Czuła się lek­ce­wa­żo­na, nie­zau­wa­ża­na. Nie­istot­na. Wra­ca­jąc do sie­bie, wie­dzia­ła, że znów nie bę­dzie mogła ze­brać myśli, na ni­czym się sku­pić, ani nor­mal­nie za­snąć; kosz­ma­ry roz­wi­ja­ły się w niej ni­czym ori­ga­mi z ma­lo­wi­dła­mi róż­nych po­sta­ci. Za­tę­sk­ni­ła za Jer­rym. On by mi po­mógł, po­my­śla­ła, prze­wra­ca­jąc się w łóżku z boku na bok.

Pew­ne­go dnia po­de­szła do Ma­ry­si i siłą otwo­rzy­ła jej oczy. Przy­po­mi­na­ły stare, za­śnie­dzia­łe lu­stra, w któ­rych nie wi­dzia­ła nic ponad słaby zarys wła­snej osoby. Ża­ło­sny szkic.

Po­de­szła do ścia­ny, roz­ja­śni­ła ją, za­sty­gła w bez­ru­chu. Do środ­ka wpadł po­dmuch kwa­śne­go po­wie­trza. Bonny tkwi­ła w ja­ło­wej re­la­cji. Nie mogła dłu­żej uni­kać wsty­du, nie była w sta­nie dalej utrzy­my­wać fał­szy­we­go ob­ra­zu wła­snej osoby. Sta­nę­ła na pal­cach, za­chwia­ła się, ru­nę­ła w prze­paść. Na­tych­miast po­ja­wi­ła się biała ścia­na.

Ma­ry­sia osu­nę­ła się na ma­te­rac.

– RE­GU­LA­CJA DO­BIE­GŁA KOŃCA.

 

 

Koniec

Komentarze

Witaj. :)

Co do spraw językowych, podczas czytania zatrzymały mnie następujące fragmenty (zawsze – tylko do przemyślenia):

Nie wyobrażał sobie, co by zrobił, gdyby ją stracił. Wiedział tylko, że istnienie straciłoby dla niego sens. – powtórzenie?

Choć byli w lesie, przez korony drzew, widział Instytut Traum. – zbędny ostatni przecinek?

– Aha – Marysia obserwowała wielką ropuchę, która właśnie wskoczyła na kładkę. – brak kropki lub części wypowiedzi przy zapisie dialogu?

Na białej tarczy wskazówki odmierzał czas. – literówka?

Miała nadzieję, że (albo tu też przecinek, albo kolejny usunąć?) wbrew słowom Damiana, zostaną tu dłużej niż na jedną noc, marzyła jej się gorąca kąpiel, miękkie łóżko oraz posiłek.

Pomyślał, że może to wzbudzić podejrzenia starszej kobiety, lecz nie czuł się tu bezpiecznie. Maskując podejrzliwość pod płaszczykiem szczerej, niewinnej ciekawości, rozejrzał się po pomieszczeniu. – powtórzenie?

– O, cho, cho, ktoś tu wstał lewą nogą. – nie powinno być przez „h”?

Niekótrzy patrzyli na nią spode łba, inni odwracali spojrzenia, spuszczali głowy, wchodzili w tryb zamrożenia. – omyłkowe przestawienie liter?

 

Na razie tyle, jeszcze wrócę, opowieść wciąga szybko i zapowiada się arcyciekawie. :)

Pozdrawiam serdecznie. ;)

Pecunia non olet

Witam serdecznie. ;)

Kolejna część sugestii oraz wątpliwości (do przemyślenia):

Na starą (przecinek?) zakazaną maszynę.

– Nie chcę być niemiła, ale czy to jakaś dawna moda? – zapytała. – Podobno dawno temu ludzie kolorowali sobie skórę. – powtórzenie?

– Jeśli pytasz o ten zegar na mojej głowie, cóż, są różne historie na ten temat. Według jednej zostaliśmy oznaczeniaten sposób, żeby ludzie mogli nas z daleka rozpoznać. – powtórzenia?; literówka?

Na przykład (przecinek?) kiedy czekał na ważne pismo.

Godzina zastygła, minuta wydłużyła (czy tu nie brakuje „się”?) niczym leczniczy tasiemiec, zmysły pomieszały się i sekundy stały się rozpuszczającymi się pod podniebieniem słodkimi krówkami. – powtórzenia? – najpierw brakuje „się”, a potem jest go stanowczo za dużo?

Bonny rozglądała się, szukając czegoś, dzięki czemu mogliby dowiedzieć się, dokąd udała się Marysia. – tu też jest ich nazbyt wiele?

Jerry przetarł z czoła pot, splunął do wiadra, wziął je ze sobą i podszedł do kuchni. – tu dopytam: czy nie miało, być: „poszedł”?

Adrenalina wyostrzała zmysły, widziała ślady na ziemi, w powietrzu wyczuwała zapach ciał, w tym jakiś dziwny (przecinek?) metaliczny akcent.

Mógł jej teraz udowodnić swą wartość. Albo jej nie zawieść. – powtórzenie?

Nie raz zastanawiał się, jak na nią wpłynie status N-osoby. – razem?

– P-poczekaj – wyjąkał, widząc Bonnę przeskakującą przez strumyk. – czemu taka dziwna odmiana nieodmiennego (chyba?) imienia? – to niestety powiela dodatkowe błędy rzeczowe w ilości, w jakiej występuje w tekście imię dziewczyny (ok. 60 razy!), bo czytelnik nie wie, czy brzmi ono w Mianowniku: „Bonna”, czy: „Bonny”…

No (przecinek?) chyba że empatyczne poznawczo.

Osobiście znała niejedną Enkę, współdzieliła z nimi emocjonalny ból, rozumiała złość i kruche ja, zamknięte głęboko, żeby nie rozpadło się niby zamek z piasku. – może kursywa lub dać w cudzysłów?

– Masz krzepę – wyduszała Zegarnica, kładąc się obok nich na żółtej trawie. – literówka?

Bonny poruszała się pewnie (przecinek?) jak ktoś, kto zna zakończenie historii i pozwala sobie na luksus powolnego czytania środka dramatycznej powieści.

Napawała się ciężkim (i tu?) syntetycznym powietrzem, rzęsistymi oddechami bezdomnych.

Wiedziała, że celem Zegarnicy jest odwrócić jej uwagę. Wiedziała, że chce zbliżyć się na tyle, by móc wpłynąć na jej percepcję czasu. – powtórzenie?

– Ale to jest pyszne – mówiła nie wiadomo do kogo, coraz bardziej bezbarwnym głosem. Ściskała pomidora na tyle mocno, że pękł i sok spływał po jej drobnej dłoni – Dlaczego ludzie już prawie takich nie robią? – tu ponownie błędny zapis dialogu – brak kropki w środku?

Poza tym (przecinek?) w pełnym słońcu miriady ostrych kawałków z pewnością tworzyły widok przyjemniejszy niż te ludzkie larwy na dole.

Mimowolnie pomyślał o Betty. Mimo początkowej nieufności ostatecznie polubił starą Zegarnicę. – powtórzenie/styl?

– Narcystyczna suka – wymamrotwała Marysia. – literówka?

Gdy się obudził, miał wrażenie, że jest na łódce na rzece – zmyliły go skrzące odłamki szkła. – dzięki – także poprawnemu – „w” można uniknąć powtórzenia?

Marysia zaopiekowała się nim, kiedy jeszcze spał.

Kucnęła przy nim, przemyła czoło czymś mokrym. – powtórzenie?

Nie będzie przyjemnie, ale będziemy bezpieczni. – i tu?

Zrobili postój przy wbitym na sztorc w ziemię wielkim (przecinek?) budowlanym kompozycie.

Zapragnął, żeby była tu Betty i użyczyła im szczyptę swej niezwykłej mocy. – czy „użyczyć” nie wymaga Dopełniacza? (kogo?, czego?)

Była najjaśniejszą gwiazdą. Przestronna cela była biała, zbyt biała, bez kątów, bez cienia. – powtórzenie?

Leżała na miękkim (przecinek?) białym materacu, nie mając pojęcia, gdzie jest, ani kiedy się tu znalazła.

Wstała z materacu. – składniowy? – czemu taka forma?

 

 

Pomysł na fantastykę jest znakomity, podobnie jak malownicze, plastyczne opisy krajobrazu, widoków i natury. Zakończenie więcej niż zaskakujące. ;) Stworzony świat z rządzącymi nim zasadami wprawia w niemały zachwyt, jest makabryczny, a zarazem – ekscytujący. :)

Klikam podwójnie, powodzenia przy nominacjach piórkowych, pozdrawiam serdecznie. ;)

 

Pecunia non olet

Językowo jest trochę usterek, ale na razie wpadam z szybką wizytą, więc wrażenia ogólne:

 

– świat jest oryginalny, choć chwilami zadawałem sobie pytanie “dlaczego właśnie tak”. Skoro dla mieszkańców miasta las i jego mieszkańcy byli solą w oku, dlaczego wcześniej nie zrobili tam “porządków”? Dlaczego Bonny wybija wszystkich w schronisku akurat w trakcie pościgu za główną bohaterką?

– ciekawa koncepcja ludzi-zegarów, wpływających na postrzeganie czasu. Szkoda, że nie było więcej przykładów.

– N jak narcyz od początku intryguje. Choć dla naukowców opowiadanie ma drugie dno, na uczelni trzeba być zaliczonym do liczby N lub “wymiksować” się z tego szacownego grona. Za każdym razem uśmiechałem się przy tej dwuznaczności, przez co opowiadanie sprawiało mi podwójną radość.

– Marysia chwilami jest równie dziecinna, jak jej imię. Tak miało być? Czy empaci w tym świecie to zawsze takie dorosłe dzieci? Czy ma to symbolizować naiwność i czystość intencji?

– Bohater ma strzelbę, ale ani razu jej nie używa. To najbardziej dosłowne złamanie zasady Strzelby Czechowa, jakie przeczytałem laugh

 

– Nagadasz się – rzuciła Betty, robiąc krok w jej stronę. – A gadanie nie jest twoją mocną stroną.

Słońce zanurzyło się jak torebka herbaty, plamiąc niebo rozmytym brązem.

Bardzo ładne zdanie.

Interesujące opowiadanie, skłaniające do refleksji. I chociaż empaci też nie mają lekko, najbardziej mi się zrobiło żal Zegarnicy, nie wiem, czemu. I dlaczego pada tyle trupów?

Rozumiem, że Bonny zabiła ta obojętność Marysi, ale nie mogła sobie znaleźć innej osoby do wykorzystywania? Tylko jedna jest “przypisana” do każdego N?

Dobrze mi się czytało :)

Przynoszę radość

marzan, dzieki za odwiedziny. Hmm, mi się wydaje, że Marysia czaem jest w takim trybie, innym razem jest bardzo dojrzała i zdyscyplinowana :-)

 

Dzięki, Anet, miło mi :-)

 

Tylu padło, ponieważ było zlecenie na pozbycie się ich, a Bonny przy okazji mogła się tym zająć.

 

Tak, Bonny zabiła obojętność Marysi :-)

 

 

bruce, bardzo dziękuję za wyczerpujący komentarz. I za nominację. Nawet nie wiesz, jak się cieszę :-D Wybacz, napisałem wcześniej zbiorczo, ale mi sie początek poprzedniej wiadomości, nie wiem czemu, usunął :-/

 

Poprawki wprowadzę w wolnej chwili, czyli pewnie dziś wieczorem. 

 

Pozdrawiam serdecznie

 

 

heart

To ja dziękuję za TAKI tekst. yes

Powodzenia z nominacjami. :)

Pecunia non olet

blush

Dziękuję heart

Prosiaczku, znów pokazałeś nowy świat, jak zwykle intrygujący, ale też napawający lękiem a także niezrozumieniem. Postaci tu niewiele, ale każda z nich jest ważna i znakomicie odnajduje się w opowieści, każda została pokazana w należyty sposób, od pierwszego spotkania wzbudzająca we mnie akceptację lub sprzeciw. I tylko Zegarnica, najbardziej osobliwa, zyskiwała sympatię powoli.

Historię ucieczki Marysi i Damiana czytałam z wielką przyjemnością, ale pozostał żal, że im się nie udało.

Prosiaczku, mam nadzieję, że poprawisz usterki, bo chciałabym zgłosić opowiadanie do Biblioteki i odwiedzić nominowalnię.

 

Ostroż­nie od­sta­wił ją na zie­mię. → Ostroż­nie po­sta­wił ją na zie­mi.

 

Gó­ro­wał nad N-arc ni­czym Palec Boży. Gó­ro­wał nad N-arc ni­czym palec Boży.

https://wsjp.pl/haslo/podglad/16898/palec-bozy

 

Ma­ry­sia po­krę­ci­ła głową w nie­do­wie­rza­niu. → Ma­ry­sia po­krę­ci­ła głową z nie­do­wie­rza­niem.

 

No­si­ła za małe, się­ga­ją­ce łydek lnia­ne spodnie… → A może: No­si­ła za krótkie, się­ga­ją­ce łydek lnia­ne spodnie

 

Na bia­łej tar­czy wska­zów­ki od­mie­rzał czas. → Literówka.

 

Wska­zał ręką na Ma­ry­się. → Wska­zał ręką Ma­ry­się.

Wskazujemy kogoś, nie na kogoś.

 

Da­mian za­pro­wa­dził Ma­ry­się do sa­lo­nu, gdzie z wes­tchnie­niem ulgi usia­dła na ja­sno­zie­lo­nej ka­na­pie. → Nie bardzo umiem wyobrazić sobie salon w leśnej chatce.

 

legła na lewym boku, tak żeby wi­dzieć salon i aneks ku­chen­ny. → Nadal nie widzę salonu w leśnej chatce, że o aneksie kuchennym nie wspomnę.

 

mu­sia­ła się wcze­pić w ukry­tre pod nią silne ra­mio­na… → Literówka.

 

Jerremu zrzedła mina. -> Jerry’emu zrzedła mina.

 

Cerę i skórę miał tak po­marsz­czo­ne… → Cera to powierzchnia skóry twarzy. Obawiam się, że nie mógł mieć pomarszczonej cery i skóry.

Wystarczy: Skórę miał tak po­marsz­czo­ną

 

ostroż­nym kro­kiem po­dejść do Bonny i Jer­re­go… → A może zwyczajnie: …ostroż­nie po­dejść do Bonny i Jer­ry’e­go

 

jed­no­cze­śnie prze­cho­dząc wy­sta­ją­ce ko­rze­nie… → Raczej: …jed­no­cze­śnie przekraczając/ omijając wy­sta­ją­ce ko­rze­nie

 

mimo krót­kie­go snu zda­wa­ło się, że wy­spał się jak nigdy. → Nie brzmi to najlepiej.

Proponuję: …mimo krót­kie­go snu zda­wa­ło się, że był wypoczęty jak nigdy.

 

Lunął deszcz, sąż­ni­ste kro­ple wraz ze łzami… → Obawiam się, że krople nie były sążniste.

 

– Ja pier­do­le. ->Literówka.

 

– I prze­myj sobie te sty­lo­we je­an­sy. → – I przepłucz sobie te sty­lo­we dżinsy.

Ubrań się nie myje. Używamy pisowni spolszczonej.

 

że wzię­ła Jer­re­go na ko­la­na… → …że wzię­ła Jer­ry’e­go na ko­la­na

 

wy­ją­kał, wi­dząc Bonnę prze­ska­ku­ją­cą… → Literówka.

 

Zanim oczy męż­czy­zny zdą­ży­ły się ze­szklić, po­ca­ło­wał ją… → Zanim oczy męż­czy­zny zdą­ży­ły się za­szklić, po­ca­ło­wał ją

Sprawdź znaczenie słów zeszklićzaszklić.

 

Chcia­łą dać im tro­chę wy­tchnie­nia. → Literówka.

 

mię­dzy coraz wyż­sze bu­dyn­ki, w cień, bród i za­ty­ka­ją­cy nos smród… → …mię­dzy coraz wyż­sze bu­dyn­ki, w cień, brud i za­ty­ka­ją­cy nos smród

Sprawdź znaczenie słów bródbrud.

 

Bonny sta­nę­ła na chwi­lę na pal­cach, wy­cią­gne­ła szyję. → Literówka.

 

– A ga­da­nie nie jet twoją mocną stro­ną. → Literówka.

 

Wsta­ła z ma­te­ra­cu. → Wsta­ła z ma­te­ra­ca.

Tu znajdziesz odmianę rzeczownika materac.

 

po­de­szła do bia­łe­go fo­te­la, który wy­su­nął się z ziemi. → Raczej: …po­de­szła do bia­łe­go fo­te­la, który wy­su­nął się z podłogi.

 

Bonny utkwi­ła w ja­ło­wej re­la­cji. → Bonny tkwi­ła w ja­ło­wej re­la­cji. Lub: Bonny utknęła w ja­ło­wej re­la­cji.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dziękuję Reg za miłe słowa. Cieszę się bardzo, że Ci się opowiadanie spodobało :-) Dziękuję za poprawki – wprowadzone. Człowiek zawsze się czegoś może nauczyć :-)

 

Cóż, nie udało im się, to prawda. Chciałbym kiedyś napisać coś z happy endem.

Bardzo proszę, Prosiaczku. Pod dobrym opowiadaniem nie można napisać słów niemiłych. Cieszę się, że dokonałeś poprawek, bo teraz mogę spełnić obietnicę. :)

 

Chciałbym kiedyś napisać coś z happy endem.

Jeśli tylko będziesz bardzo chciał, na pewno napiszesz. Może już niedługo. :)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dziękuję, regulatorzy blush

Bardzo proszę, Prosiaczku. I życzę powodzenia w zdobywaniu kolejnych piórek. :)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Hej :). Znowu przedstawiasz abstrakcyjny świat. Tylko, że w poprzednim opowiadaniu wszystko było weird i to się broniło. Tu dostajemy coś na wzór skrzywionej wizji naszego świata. Ludzie zegary, empaci, którzy mają dbać o równowagę w świecie psychopatów. To chyba dlamnie za dużo. Czuję tu przerost formy nad treścią. Postacie są do bólu typowe. Psychopatka jest psychopatką, a empatka do bólu empatyczna. Mam też problem z wytłumaczeniem sobie jak świat toleruje te 20%, które swobodnie morduje wszystkich na swojej drodze. Może gdyby odwrócić proporcje to miało by sens. Dobra pomarudzilem ale sama ucieczka i pościg dają radę. Przyznam, że z zainteresowaniem śledziłem losy bohaterów. Bo choć ivh zachowania są przewidywalne to już interakcje między nimi wychodzą ciekawie :). Piórkowo będę na NIE – głównie z powodu wizji świata, która mnie nie przekonuje. Ale chętnie dam klika bo historia była wciągająca. Pozdrawiam :)

"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."

To i ja uzupełnię braki w klikach bibliotecznych. Po przeczytaniu wielu opowiadań to nadal pamiętam!

Bardziejaskrze, dzięki! Biorę uwagi do serca.

 

marzan, dziekuję, cieszę się, że opowiadanie może zapaść w pamięć :-)

 

Pozdrawiam!

Dopiero po chwili zauważyła Jerry’emu

Chyba nie ten przypadek.

Słońce zanurzyło się jak torebka herbaty, plamiąc niebo rozmytym brązem.

Piękne!

Prześladowca chce, żebym okazała emocje, pomyślała.

Nie ładniej myśli kursywą?

 

Miałem jakieś dziwne skojarzenie z Arcane, czytając. Jakby Zajdel pisał scenariusz Arcane laugh

O ile jestem wielkim zwolennikiem niedopowiedzeń, tak tutaj jest kilka kwestii i zasad świata, które chętnie bym głębiej poznał. Swoją drogą chyba coś mi umknęło, ale co spowodowało bezpośrednią śmierć Jerrego? Mam wrażenie, że coś istotnego pominąłem.

Ciekawie przedstawiasz kolejny świat, Zegarnica bardzo pomysłowa. Przeskoki między bohaterami bardzo udane, czytałem szczerze zaciekawiony! Potrafisz fantastycznie w światotwórstwo i klimat.

Miałem jednak wrażenie, że dziwna jest kolejność drogi bohaterów:

Bonnie – wychodzi → schronisko → chatka Zegarnicy → Damian i Marysia

Damian i Marysia – chatka Zegarnicy → schronisko → Bonnie

Tak jakby szli zupełnie odwrotnie, a jednak się spotkali. Coś pominąłem, czegoś nie zrozumiałem, czy coś tu nie gra? Fakt, że czytałem trochę zmęczony, więc mogłem coś pominąć przypadkiem, wybacz za pytania.

Postacie wiarygodne, każda ma swoje znaczenie, super napisani bohaterowie. Zegarnica zaintrygowała mnie najbardziej.

Końcówka genialna, bardzo mi się podobała. Zaserwowałeś naprawdę porządny świat, klimat, akcję i całkiem ciekawą symbolikę. Bardzo mi się podobało. Chętnie dołożę pół-TAKa do głosowania piórkowego.

No i oczywiście klikam, nie rozumiem czemu nie jest to jeszcze w bibliotece.

Pozdrawiam serdecznie!

You cannot petition the Lord with prayer!

Hej, wpadam z komentarzem! :)

 

Najpierw trochę marudzenia:

 

Damian zrzucił z ramion plecak, uklęknął i przyjrzał się rozciętej spódnicy, szkarłatnej od krwi sączącej się z rany. Kiedy wyjaśnił, co się stało, Marysia, będąca w szoku, zaczęła rozglądać się po lesie.

Te zdania są słabe. No, sam zobacz. Naprawdę Damian przyglądał się spódnicy? I co takiego wyjaśniał? Przecież Marysia sama weszła we wnyki, a on jej to wyjaśniał? No i on jej wyjaśnia a ona zaczyna się rozglądać. Coś tu, dla mnie, nie działa i denerwuje, jako czytelnika. 

 

Las zdawał się ich obserwować ślepiami ukrytymi w krzakach, przyczajonymi wysoko w koronach. Podsycał napięcie skrzypnięciem drzewa, dźwiękami runicznego języka, na granicy świadomości, bo obydwoje skupieni byli na nodze Marysi.

Tu podobnie. Czytam te zdania i one nie działają. Ślepia ukryte w krzakach ale przyczajone w koronach. To gdzie? Jeśli tu i tu to zabrakło jakiegoś “zarówno” albo czegoś w tym rodzaju. Drugie to przeredagowania, bo masz podmiot “las” i nagle na końcu liczba mnoga – jakby Damian i las byli skupieni. Ale generalnie źle. Te dźwięki runicznego języka tez trochę nie wiadomo skąd. Jaki runiczny język? 

 

Przyjrzawszy się dokładniej ostremu drutowi, Damian uznał, że brzytewki weszły w ciało głęboko, ale na szczęście nie w okolicy tętnicy. Nie powiedział jej, że to zrobi, nie chciał Marysi dodatkowo stresować – po prostu wyszarpnął wnyki z nogi.

Jeśli przyglądał się drutowi, na nie skórze, to skąd wiedział, jak głęboko wszedł? …ale na szczęście nie naruszyły tętnicy. Okolica tętnicy jest przecież spoko, póki nie rozerwie samej tętnicy. W drugim zdaniu zmieniłabym początek – Nie uprzedził Marysi – po prostu wyszarpnął…

 

 

Dopiero po chwili zauważyła Jerry’emu.

Jerrego – w ogóle wcześniej odmieniasz to imię po polsku, bez apostrofu, trzeba to ujednolicić. 

 

 

Skórę miał tak pomarszczone, że przypominał żywe drzewo.

pomarszczoną

 

 

Według jednej zostaliśmy oznaczenia w ten sposób, żeby ludzie mogli nas z daleka rozpoznać.

Yyyy

 

 

Czasami łączyła się na kamerze, jednak bez względu na formę spotkania, była do ich dyspozycji – N-osób, nienasyconych, zafiksowanych na swoim punkcie czarnych dziur pochłaniających energię.

łączyła się przez kamerę

 

Nie musisz do końca życia pozostać narcystyczną suką.

pozostawać

 

Mam ogólne wrażenie, że początek jest najgorzej (językowo) napisaną częścią tekstu, często mieszane są dokonane i niedokonane czasy a zdania toporne. I, jakbyś się rozkręcał, im dalej tym lepiej. 

Sama fabuła bardzo ciekawa, choć nie dało się uniknąć miejsc, gdzie logika czytelnika krzyczy: co?!

Podoba mi się pomysł na świat, interesujący porządek społeczny, ciekawe zegarnice, ucieczka bohaterów ładnie wpisana w problemy świata, udało Ci się uniknąć nudnego podawania informacji – są zgrabnie wplecione w myśli bohaterów. Postacie są jakieś, dobrze skonstruowane, przekonujące. 

Zupełnie nielogiczne dla mnie są ścieżki ucieczki i pogoni – odwrotne w kolejności, a przecież Bonny dosyć łatwo odszukuje ślady zbiegów. 

Końcówka jest interesująca, niesztampowa, jednak, według mnie, potrzebuje nieco wygładzenia, bo powody śmierci Bonny nie wybrzmiały dla mnie szczególnie przekonująco. Również zdziwiło mnie, że zajęła się przesłuchiwaniem Marysi – dla mnie była bardziej postacią akcji w terenie, okrutną i pnącą się wciąż wyżej, a nie kimś, kto miesiącami przesłuchuje bohaterkę. To taka rysa na kreacji tej postaci, która mi nie pasuje. 

Są to oczywiście bardzo subiektywne odczucia, inni czytelnicy mogą mieć inne, ale może przydadzą się na przyszłość. :) 

W głosowaniu będę tym razem na nie, ale uważam, że niewiele brakuje tu do piórka, jadnak na tyle, by go tym razem nie przyznawać. Czekam na następne Twoje, zawsze ciekawe, opka i pozdrawiam cieplutko! :)

 

 

Dziń dybry,

 

no i kolejna nominacja. Na co Ci kolejne Piórko? Przecież już masz poduszkę!

Żartuję oczywiście, jedziemy z tym koksem:

 

Kiedy wyjaśnił, co się stało, Marysia, będąca w szoku, zaczęła rozglądać się po lesie.

– Poczekaj – powiedział i zaczął grzebać w plecaku,

rozejrzała się po lesie

 

Ostrożnie postawił na ziemi. Oplotła ramieniem jego barki i ruszyli dalej.

Dużo zaimków. Może zastąpić ją – dziewczyną?

→ Ostrożnie postawił dziewczynę na ziemi. Oplotła ramieniem jego barki i ruszyli dalej.

 

Choć byli w lesie, przez korony drzew widział Instytut Traum. Znajdował się wiele kilometrów stąd, dlatego widok ten uświadomił Damianowi jeszcze bardziej, jak potężny musi być ten wieżowiec. Górował nad N-arc niczym palec Boży.

Hm, może to dziwne, ale bardzo spodobał mi się ten opis. Kiedyś miałam sen, że Ziemię otoczył ogromny ekran LED-owy i wyświetlały się na niebie różne obrazy. Wielokrotnie się zastanawiałam, czy nie przekuć tego w opowiadanie. Tutaj mamy coś podobnego, ogromny wieżowiec, którego widać mimo dalekich odległości. Jest w tym coś niepokojącego. Zastanawiałam się nieraz, czy nie mam fobii przed ogromnymi obiektami (megalofobia). Jest to intrygująca kwestia, bo ogromne rzeczy mnie niepokoją i fascynują jednocześnie.

 

– Ci ludzie, których zostawiłam. – Marysia pokręciła głową z niedowierzaniem. – Nie powinnam była ich zostawiać.

→ – Ci ludzie, których opuściłam.

 

– Zabierasz mnie w kolejne? Podróż marzeń.

Kolejne co?

 

Dopiero po chwili zauważyła Jerry’emu.

Jerry’ego.

 

Stał na zewnątrz pod drzewem i oddawał mocz

 

Najwidoczniej po wczorajszym wykonaniu zadania była tak bardzo zadowolona, że za bardzo sobie pofolgowała. Innymi słowy, odjebało jej

Jakoś mi nie pasuje tu wulgaryzm, kontekst nie wskazuje na to, by był on tu potrzebny.

 

Jerry otaksował ją spojrzeniem.

https://sjp.pwn.pl/slowniki/taksowa%C4%87.html

 

– Wiesz przecież, że po to są ludzie tacy jak Marysia. Żeby łagodzić tarcia. – I dokończyła z irytacją.

Jaką rolę pełni tutaj spójnik i?

 

Jerremu zrzedła mina. N-osoba w kontakcie z przeciętnym obywatelem mogła przekraczać, deptać je do woli. Natomiast sama miała je bardzo wyraźne i sztywne.

Sama dotyczy się kogo? Bonny czy N-osoby?

 

Skórę miał tak pomarszczone

pomarszczoną

 

zostaliśmy oznaczenia w ten sposób

oznaczeni

 

a sekundy zaczęły topnieć na podniebieniu niczym słodkie krówki.

?

 

Co z tego, że mechanicznie? Co z tego, że później musiał umyć jeszcze ten jeden talerz?

Nie rozumiem.

 

Zrobiła z dłoni daszek i zmrużyła oczy. Pomagały sobie, a potem odpoczywały.

Dłonie sobie pomagały?

 

Ściskała pomidora na tyle mocno, że pękł i sok spływał po jej drobnej dłoni – Dlaczego ludzie już prawie takich nie robią?

Zabrakło kropki na końcu didaskaliów.

 

 

 

Jesteś mistrzem kreowania świata. Dbasz o każdy szczegół: tu coś zabzyczy, tam coś zwisa, gdzie indziej jeszcze coś bulgocze, a podczas rozmowy bohaterów ropucha wskakuje na kładkę. To wszystko nie dość, że ułatwia stworzenie konkretnego obrazu w głowie, to jeszcze nadaje powieści naturalności i wiarygodności. Bardzo satysfakcjonujące.

 

Ciekawa historia, nieszablonowa. Chętnie poczytałabym coś więcej w tym uniwersum.

 

 

Mamy 8 TAKów, wychodzi czysty, pełny TAK.

 

Gratulacje :)

Bez sztuki można przeżyć, ale nie można żyć

Ciągłe wymienianie imion, jak w raporcie policyjnymangry

Idą przez ten las i idą i idą… 

Tekst kompletnie mnie nie wciągnął i szczerze mówiąc, musiałem na siłę szukać w nim jakiejkolwiek głębszej interpretacji, żeby dobrnąć do końca.

Czy to opowieść o czymś w rodzaju szpitala wariatów, gdzie N-arcyzi to uprzywilejowani pacjenci, Empaci są ich emocjonalnymi niewolnikami, a Zegarnice symbolizują traumatyczne postrzeganie czasu?

Ale psychologia to kompletnie nie jest mój konik.

MichaeluBullfinchu, dziękuję za wizytę i opinię. Poprawki wprowadzone. Co do kolejności, to kiedy Marysia i Damian z Zegarnicą szli w stronę schroniska, Bonny ze schroniska szła do chaty Bonny i po prostu się minęli. Ale to prawda, dorze byłoby to w tekście zaznaczyć, żeby nie było niejasności. :-) Cieszę się bardzo, że podobała Ci się końcówka, bo często miałem z nimi w opowiadaniach problem, tzn z tym, żeby były dobre.

 

Pozdrawiam serdecznie!

 

 

JolkaK, dzięki za obszerny komentarz! Super, że zwróciłaś na zdania, które mogłby brzmieć lepiej. Kolejna lekcja dla mnie. :-) W tym drugim przypadku skrzypnięcie drzewa jest jednym z dźwięków, kolejne, runiczne, są niedopowiedziane. Zgadzam się, że lepszy byłby spójnik między koronami i krzakami, bo tak tekst robi się mniej czytelny. Poza tym pod koniec rzeczywiście można zgubić sens, kiedy zdanie jest takie… nie wiem, impresjonistyczne?

 

Jerry’ego już ujednoliciłem, mam nadzieję.

 

Dzięki za resztę uwag i sugestii. Biorę je pod uwagę. Z tymi końcówkami to też jest sztuka napisania ich tak, żey nie były zbyt krótowe, ani rozwleczone, trudno znaleźć złoty środek, którego, nawiasem mówiąc, chyba nie ma – kwestia gustu. Miło mi, że było blisko, żebyś dała głos na tak.

 

Pozdrawiam serdecznie.

 

 

HollyHell91, no jak to, po co piórko? Bonny pewnie chciałaby z pobudek narcystycznych. Ja jestem tylko gołym prosiaczkiem, który chce się trochę ogrzać. :-P

Dziękuję za wyłapanie baboli, poprawki wprowadzone! Jestem pozytywnie zaskoczony zaaTAKowaną tabelką. Dzięki też za miłe słowa. Staram się, żeby pewne sceny można było pełniej poczuć. Fajnie, że to zauważasz. Może kiedyś napiszę coś w tym uniwersum. Ale na razie chyba wystrzelałem się twórczo i trochę minie, zanim spłodzę coś kolejnego.

 

Serdecznie pozdrawiam!

 

 

 

TheGuru, dzięki za wizytę! Szkoda, że Cię nie wciągnął tekst, ale rozumiem i nie spodziewam sie, że każdemu się spodoba. Co do interpretacji, to myślę, że to jest super w opowiadaniach, iż ma się swoją, która nawet jeśli odbiega od założeń autora, może wyżej wymienionego miło zaskoczyć.

 

Pozdrawiam serdecznie.

 

 

 

 

Nowa Fantastyka