- Opowiadanie: Algir - Imię bestii

Imię bestii

Był taki czas, gdy strasznie fascynowała mnie strefa zamknięta Czarnobyla i pośrednio – co chyba naturalne – świat Stalkera i braci Strugackich. Napisałem opowiadanie, potem całą powieść. Taki tam fanfik, jedno opko z powieści, ma już jedenaście lat.

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

Imię bestii

Osiemnaście kilogramów rubli. Dokładnie taki ciężar, odliczony w używanych banknotach i zapakowany w nieprzemakalną folię, Ołeh niesie w plecaku. Dokładnie tyle jest obecnie warte jego życie dla zleceniodawcy i bandytów, którzy od południa idą jego śladem.

Przed brzaskiem Ołeh odebrał pieniądze. Dwadzieścia cztery pliki banknotów pakowanych po dziesięć tysięcy rubli. Szczelnie ofoliowany pakunek ledwie zmieścił się w plecaku. Szelki wrzynały się boleśnie w ramiona. Dostał trochę rubli na wydatki i obietnicę śmierci, w przypadku gdy coś pójdzie niezgodnie z planem.

Jeszcze przed świtem opuścili Korohod. Za ich plecami, w oparach porannej mgły, majaczyły zapadnięte dachy wioski i przekrzywione, drewniane słupy dawnej linii elektrycznej.

Prowadził ich Rinat Asdajew, doświadczony tropiciel z bielmem na lewym oku, który przeszedł już całą ziemię niczyją wzdłuż i wszerz, przy niejednym zasypiał ognisku i widział rzeczy, o których inni mogli tylko pomarzyć. Tuż za nim, jak cień, podążał jego syn o imieniu Tiepa. Miał zaledwie siedemnaście lat i w drżących rękach ściskał strzelbę bajkał z obciętą lufą. Ojciec po raz pierwszy zabrał go na wyprawę w głąb ziemi niczyjej.

Na końcu idzie Ołeh z niepokojem oglądając się przez ramię. Jego oczy połyskują białkami na tle poczernionej popiołem twarzy. Przez gwieździstą, zabliźnioną ranę na jego policzku widać zaciśnięte zęby. Buty ma schodzone, jeden przewiązany drutem, żeby się nie rozpadł. Przez rozdarcie w bojówkach widać kościste kolano. Ciężki pistolet w kaburze przy pasie boleśnie obija biodro. Zbielałe dłonie zaciśnięte na szelkach plecaka. Twarz zacięta. Dziecko wojny o złych oczach. Wczoraj skończył dziewiętnaście lat. Świętował nocą przy ognisku, pod rozgwieżdżonym niebem, z włóczęgami podobnymi do siebie. Nie pamięta nocy. Gdy obudził się rano, obok gorących popiołów leżał martwy człowiek. Ktoś pchnął go nożem, ktoś inny zabrał buty i broń. Ołeh zdarł z trupa znoszony maskałat, wciągnął na grzbiet, okrył stygnące ciało własną kurtką i poczłapał na spotkanie ze zleceniodawcą.

Tibor Sionko, człowiek, od którego miał odebrać pieniądze, czekał przy ognisku na skraju wsi. W ciemności za jego plecami stało dwóch ludzi. Sionko spojrzał na Ołeha ze złością i wskazał dłonią rozświetlone pierwszym brzaskiem niebo.

– Spóźniłeś się! – powiedział. – Miałeś być o czwartej.

– Nie mam zegarka.

– O, matko – żachnął się Sionko. – Co ten Omelianiuk w tobie zobaczył?

Obrócił się i podniósł z trawy ciężką kamizelkę kuloodporną. Wręczył ja Ołehowi.

– Zakładaj!

– To konieczne?

– Tak. To moja inwestycja. W ciebie

– Strasznie ciężka.

– Ano. Ma wkłady balistyczne, więc swoje waży. Zakładaj.

Ołeh podszedł do ogniska i stanął w rozkroku. Założył przez głowę kamizelkę kuloodporną, spiął boki zatrzaskami i klepnął się w pierś.

– Gotowe.

– Dobrze. – Handlarz ponownie się odwrócił plecami do chłopca. Odszedł kilka kroków w ciemność, a gdy wrócił, niósł w rękach zafoliowaną paczkę z pieniędzmi. – To jest jeszcze cięższe. Dokładnie osiemnaście kilogramów rubli. Na miejscu sprawdzą plomby i zważą kasę.

Paczka nie mieściła się w plecaku. Ołeh, po krótkim zastanowieniu, wygrzebał z plecaka dwie konserwy, zważył w dłoniach i odłożył na trawę, wyciągnął śpiwór i ręcznik, również odłożył, wyjął jeszcze zapasową manierkę z wodą i dopiero wtedy wcisnął do środka paczkę i dopchnął kolanem.

– Uważaj – zastrzegł Sionko.

– Uważam.

– Mam nadzieję. Zainwestowałem w ciebie sporo pieniędzy.

Handlarz zebrał z ziemi rzeczy pozostawione przez Ołeha, zawinął je w śpiwór i wcisnął pod pachę.

– Wezmę to, skoro ci nie potrzebne. Pieniądze za kamizelkę kuloodporną i amunicję odliczę z tego, co być może zarobisz. Mam nadzieję, że nie dołożę do tego interesu.

Ołeh przewiesił przez ramię torbę z maską przeciwgazową, po czym z wysiłkiem założył plecak. Podciągnął szelki. Tibor Sionko leniwie uniósł rękę, a stojący za jego plecami ludzie podeszli do ogniska. Ołeh przyjrzał im się uważnie. Starszy mężczyzna przyklęknął i wsparty o kałasznikowa, zapalił papierosa. Smuga dymu przewinęła się po jego twarzy o niespokojnych oczach, z których jedno było ciemne, błyszczące a drugie matowe, powleczone szarym nalotem, podobnym do popiołu osiadającego na wystygłych węglach. Trzymana przez niego broń była pomalowana matową farbą i owinięta paskami materiału. Wszystkie metalowe części oporządzenia również były zamalowane i oklejone taśmą. Drugi mężczyzna stanął za jego plecami. Ołeh widział w ciemności tylko zarys jego wiotkiej sylwetki i smukłe dłonie zaciśnięte na kolbie i osadzie strzelby.

– To Rinat Asdajew – powiedział Sionko. – Twój przewodnik. I jego syn. Zaprowadzą cię bezpiecznie do Czarnobyla.

Sionko odwrócił się i odszedł w ciemność. Zatrzymał się kilka kroków od ogniska, poza granicą światła.

– Ołeh – powiedział – jeżeli chcesz żyć, to nie spieprz tego.

Potem odszedł. Ołeh spojrzał uważnie na Asdajewa i jego syna. Przewodnik zgasił i odrzucił papierosa w ciemność, zaczerpnął z ogniska garść zimnego popiołu, poczekał, aż nadmiar przesypie się między palcami, zalał odrobiną wody z manierki, zagniótł i dwoma placami drugiej ręki poczernił twarz. Starannie rozprowadził czarne smugi wzdłuż wystających kości policzkowych poprzez brwi aż do przerzedzonych włosów nad czołem, potem natarł uszy, szyję i wierzch dłoni. Wyciągnął rękę do tyłu i Ołeh dostrzegł, jak jego syn odkłada strzelbę i kolistymi ruchami nakłada popiół na twarz.

– Zbliż się – powiedział Asdajew, wyciągając w stronę Ołeha otwartą dłoń. – Zrób to samo.

Ołeh przykucnął przy ognisku, nabrał trochę popiołu i poczernił twarz, starając się nie dotknąć rany na policzku. Asdajew obserwował go uważnie.

– Jeszcze kark i ręce – powiedział. – Zrób to dokładnie, albo wcale.

Ołeh spojrzał z irytacją na Asdajewa, potem obmył dłonie popiołem i strząsnął nadmiar jak wodę. Gdy skończył, przewodnik zapytał:

– Chodziłeś już jako tragarz?

– Nie. To będzie pierwszy raz.

– Posłuchaj… – Asdajew przysunął się do Ołeha. – Od tej chwili robisz, co ja nakażę.

Ołeh skinął głową.

– Niech i tak będzie – powiedział.

– Dobrze. Z Korohodu do Czarnobyla jest około piętnastu kilometrów. My pójdziemy na około, więc trochę nadrobimy. Musimy iść szybko, by zdążyć przed nocą.

– Dlaczego nie pójdziemy asfaltem? Będzie szybciej.

– Nie będzie. – Asdajew splunął w ognisko i dodał: – Pełno tam włóczęgów, przy których mutanty to grzeczne dzieciaczki. – Spojrzał uważnie na Ołeha i powiedział: – O nic nie pytaj. Po prostu rób, co ci każę. – Zmrużył oczy. – Musisz mi zaufać. Spójrz na Tiepę. On nie zadaje głupich pytań. Robi to, co do niego należy. Słucha poleceń.

– Nie jestem twoim synem.

– Do Czarnobyla jesteś. – Asdajew wstał i spojrzał z góry na Ołeha. – Przed nocą będziemy na miejscu. Potem zrobisz, co zechcesz.

Przed odejściem zagasili ognisko a Asdajew dodatkowo przysypał ziemią dymiące węgle. W pomarańczowym świetle brzasku dotarli do asfaltowej drogi. Na poboczu natknęli się na przegniłe truchło ślepego psa. Asdajew odchylił jego wyszczerzony pysk, rozpruł bagnetem podbrzusze i wywlekł śmierdzące wnętrzności. Rozdeptał je starannie, a napuchnięte trzewia pękały z głośnym skrzekiem, chlapiąc jego buty.

– Teraz ty. – Asdajew wskazał bagnetem Ołeha. – Potem Tiepa.

– To konieczne?

Asdajew przechylił głowę i rozkołysanym krokiem podszedł do Ołeha. W podniesionej ręce trzymał bagnet. Stojący za jego plecami Tiepa rozejrzał się niepewnie.

– Posłuchaj… – Asdajew stuknął ostrzem bagnetu o guzik maskałatu na piersi Ołeha. – Już zapomniałeś, co mówiłem?

– To dziecinada…

– Nie! – Asdajew spojrzał przez ramię na rozprute truchło psa, wskazał je bagnetem i odwrócił wykrzywioną wściekłością twarz w stronę Ołeha. – Rób, co ci każę! – warknął. Jego twarz złagodniała. – Inaczej zdechniesz. A my razem z tobą.

 

 

Asfaltowa droga biegła na wschód, wprost w promienie wschodzącego słońca, a idący z tyłu Ołeh obserwował uważnie swoich towarzyszy. Obaj podobnego wzrostu i budowy, szczupli, w poprzecieranych maskałatach, z niewielkimi plecakami, szli bezdźwięcznie w nagrzanym powietrzu, lekko kołysząc się na pałąkowatych nogach i nawet ich płytkie ślady, odciśnięcie w żwirze pobocza, wyglądały podobnie, gdyż nosili wojskowe buty o tym samym wzorze bieżnika.

Poruszali się ostrożnie, wręcz leniwie stawiając stopy, a gdy odwracali głowy, by rozejrzeć się czujnie na boki, Ołeh dostrzegał uderzające podobieństwo w ich poczernionych twarzach, w ostrych profilach na tle pomarańczowego brzasku, objawiające się identyczną linią kości policzkowych i brwi, zaciśniętych ustach, odrobinę wysuniętych szczękach pokrytych ciemnym zarostem i chmurnym spojrzeniu spod półprzymkniętych powiek. A potem wchłonął ich jaskrawy blask słońca, oślepiając Ołeha, i nawet gdy przysłonił dłonią oczy, widział tylko ich rozmyte sylwetki i cienie znikąd, dygoczące na spękanym asfalcie.

Gdy ruiny budynków Korohodu zostały daleko za nimi, Asdajew dał znak ręką i zeszli z asfaltu przez dławione chwastami pobocze na łąkę rosnącą wzdłuż drogi. Słońce jeszcze nie zdążyło osuszyć traw, więc brnęli w porannej rosie w kierunku lasu, uszargani do kolan, rwąc pajęczą sieć babiego lata. Zagłębili się w pachnący żywicą zagajnik modrzewi i w cieniu ich postrzępionych liści przeszli na łąkę pełną mleczy i włochatych traw. Brodzili w mdłym puchu, który przelewał się pod ich stopami jak morska piana, oblepiał ubrania i twarze.

Gdy dotarli na skraj łąki, Asdajew ponownie uniósł rękę i wskazał miejsce, gdzie usadowiła się anomalia grawitacyjna. Widzieli ją wyraźnie, gdyż toczona wiatrem fala puchu i plew wpadała na jej drżącą powierzchnię niczym na skałę i wyrzucana w górę, rozpalona do czerwoności, rozsypywała się dokoła jak wulkaniczna lawa, tworząc szeroki nasyp żużlu wokół anomalii. Wyminęli ją ostrożnie i zagłębili się w las, by po dłuższym marszu ponownie wejść na asfaltową drogę.

Przed południem podniósł się wiatr i rozkołysał przydrożne drzewa. Niebo zaciągnęły smugi ciemnych chmur, ale nie spadł deszcz. Wypalona słońcem trawa, płożąca się na spękanym asfalcie, szeleściła pod ciężkimi butami. Zatrzymali się na poboczu drogi, w cieniu rozgrzanych blach zniszczonego przystanku autobusowego. Asdajew wyciągnął z plecaka konserwę, otworzył i nożem podzielił mięso na trzy części. Nabił na ostrze jeden kawałek i podsunął synowi.

– Masz – powiedział.

Tiepa skinął głową i sięgnął po mięso. Włożył je do ust i przeżuwał w milczeniu, wciąż wpatrzony w ojca, wyczekując jakiegokolwiek gestu, gotowy wykonać każde polecenie. Jego wielkie czarne oczy połyskiwały jak rzeczne kamienie. Asdajew przesunął otwartą konserwę w stronę Ołeha.

– Ten twój chłopak… – Ołeh popatrzył na trzymany w ręku kawałek mięsa i wskazał głową Tiepę. – On w ogóle coś mówi?

– Słabo gada. – Asdajew przerwał jedzenie i spojrzał na Ołeha. Postukał nożem o brzeg puszki. – Ale wszystko słyszy.

– Dlaczego ciągasz niemowę ze sobą?

– A gdzie mam go zostawić? – Przewodnik uśmiechnął się dobrotliwie. Wyciągnął rękę i potargał synowi włosy. Tiepa odchylił głowę z wyrazem zawstydzenia na twarzy. – Włóczył się już ze mną po okolicy a dziś pierwszy raz zabrałem go na robotę. Zresztą, jest tylko trochę młodszy od ciebie. Kiedyś musi zacząć się uczyć.

– Akurat dziś?

– To dzień jak każdy inny. – Asdajew popatrzył uważnie na Ołeha. – Nie wyglądasz najlepiej.

Ołeh nie odpowiedział. Oblizał zaschnięte wargi i upił łyk wody z manierki.

– Nie musisz nic mówić. – Asdajew pokręcił głową i dodał: – Od razu widać, żeś popił wczoraj przy ognisku. – Popatrzył z wyrzutem. – Wiedziałeś przecież, że dziś masz kurs z przesyłką.

– Jego pouczaj. – Ołeh wskazał palcem Tiepę – Nie mnie.

Asdajew zamknął puszkę, schował do plecaka i ocierając usta dłonią, powiedział:

– Młody i głupi. – Splunął w piach pod stopy Ołeha. Wstał i wyciągnął otwartą dłoń w jego stronę. – Daj manierkę.

– Po co?

– Daj. Zobaczysz.

Potem wyprostował się z manierką Ołeha w rękach.

– Wypiłeś już połowę wody? – Potrząsnął pojemnikiem i zmarszczył brwi. Wyjął z kieszeni kilka tabletek, rozkruszył i dodał do wody. Znów potrząsnął. – To ci pomoże. I nie będziesz śmierdział na kilometr samogonem.

Woda nabrała metalicznego, lekko kwaśnego smaku. Ołeh upił trochę i powiedział:

– Dzięki.

– Nie dziękuj. – Asdajew odwrócił się do niego tyłem i założył plecak. Spojrzał przez ramię na Ołeha. – Robię to dla siebie. I dla syna. Jeżeli będzie taka konieczność, po prostu cię zostawię.

W popołudniowym skwarze zagłębili się w rzadki sosnowy las i szli powoli, mrużąc oczy przed słońcem prześwitującym pomiędzy drzewami. Ołeh słabł z każdym krokiem, zwalniał marsz, w końcu zatrzymał się zupełnie i usiadł wyczerpany pod drzewem. Zdjął plecak i oparł o niego ramiona. Dłonie miał lepkie od żywicy. Oddychał ciężko. Wypił resztę wody z manierki i siedział z łokciami wspartymi o kolana. Asdajew kucnął obok Ołeha, przechylił głowę i patrzył na niego uważnie. Tiepa stanął za jego plecami. Ołeh podniósł głowę i zapytał:

– Daleko jeszcze?

– Przecież mówiłem – odpowiedział Asdajew nie patrząc na chłopca. – Piętnaście kilometrów. Idziemy na około, więc wyjdzie dwa razy tyle. – Rozejrzał się i dodał: – Opóźniasz nas.

– Wiem. Ale ten jebany plecak jest bardzo ciężki. Chcę odpocząć.

– Posłuchaj… Musimy iść. Nie chcę nocować w lesie.

– Jasne. – Ołeh kiwnął głową i podniósł się z trudem. Założył plecak. – Idziemy.

Szli w milczeniu. Słońce przeszło już na zachodnią stronę nieba, gdy wyłonili się z lasu i weszli między rozkołysane trawy, porastające otwartą przestrzeń. Już nie chroniły ich cienie wysokich drzew; gorące powietrze zabierało oddech, a promienie słońca sklejały powieki. Czerń odległej linii lasu, okalającego aż po horyzont równinę i żółć wyschniętych traw zlewały się w jeden kolor poprzecinany miodowymi pręgami światła.

Ponad ziemią unosił się mdły obłok targanych wiatrem plew i spory. Brnęli w nagrzanym powietrzu przez gęstą trawę poprzerastaną dzikim miskantem, prosem i jęczmieniem grzywiastym, przemieszaną z innymi gatunkami roślin, istną wylęgarnię antropofitów przygnanych wiatrem po pierwszej awarii.

Z niepokojem zerkali na północ, gdzie ponad linią widnokręgu majaczył zarys stalowej konstrukcji radaru Duga 3. Gigantyczny szkielet, wyrastający wprost spomiędzy drzew, rzucał długie cienie kratownic na las rosnący na ich drodze. Stado kruków, skryte dotąd wśród dźwigarów instalacji, poderwało się do lotu i przemknęło ponad ich głowami w przeciągłym trzepocie skrzydeł, ścigając własne cienie pełznące po nagrzanej ziemi.

Idący na przedzie Asdajew zatrzymał się gwałtownie. Stanął wpatrzony w odległą linię horyzontu. Przechylił głowę i błądził palcami po ładownicach przy pasku, w końcu odnalazł zapięcie bakelitowego pojemnika lornetki i otworzył je z cichym trzaskiem. Otarł spieczone usta wierzchem dłoni. Wciąż wpatrzony w przestrzeń wyjął ciężką wojskową lornetkę, staranie rozwinął i przewiesił na szyi pasek, którym była owinięta, następnie przyłożył szkła do oczu i przez chwilę regulował pokrętłami ostrość obrazu. Ołeh i Tiepa stanęli za jego plecami. Asdajew opuścił lornetkę i spojrzał z wyrzutem na Ołeha.

– Idą po nas… – wyszeptał, głośno przełykając ślinę. – Ile masz tych rubli w plecaku?

– O czym ty mówisz? – zapytał Ołeh.

Stary przewodnik zwrócił twarz w jego stronę.

– Bandyci – odpowiedział beznamiętnie. Znów podniósł lornetkę do oczu i wyszeptał: – Mają kałasznikowy i trochę broni ręcznej. Żadnej optyki.

Asdajew opuścił lornetkę na wysokość piersi i bezgłośnie poruszał ustami, obliczając w myślach odległość.

– Tysiąc siedemset metrów… – mruknął. 

Potem opuścił lornetkę, pozwalając jej swobodnie zawisnąć na pasku i w zamyśleniu potarł dłonią czoło. Spojrzał na Ołeha.

– Omelianiuk obiecał dobrze zapłacić… – powiedział. – Czas zarobić swoje pieniądze.

Ponad ramieniem podał Ołehowi lornetkę. Wskazał dłonią kierunek.

– Zobacz sam…

Ołeh ostrożnie podniósł ciężką lornetkę, przycisnął łokcie do piersi, by nie drżała mu w dłoniach i spojrzał przez szkła na rozkołysane trawy w oddali. Gdy już jego wzrok przyzwyczaił się do ciepłej żółci obrazu pociętego znacznikami podziałki dioptrycznej, dostrzegł ciemne sylwetki bandytów idących w ich stronę.

Z początku nie widział ich wyraźnie, rozdygotany obraz nakładał się na siebie, dublując postaci mężczyzn i pozbawiając je ludzkich cech i kształtów, wypalał pod powiekami Ołeha migoczący powidok, na którym w zapadającym zmierzchu odbarwiającym świat na czerwono płynęła zwielokrotniona armia cieni, już nie żywych istot, tylko milczących duchów zwiastujących przyszłość, która wkrótce objawi się w swądzie dymu prochowego, urywanych krzykach i twarzach wykrzywionych cierpieniem.

Dłonie Ołeha, zaciśnięte na lornetce, zbielały z wysiłku. Kurz i pył, osiadły na jego ustach, sprawiał wrażenie zaschniętej krwi. Oderwał lornetkę od oczu i spojrzał na znużoną twarz Asdajewa. Dostrzegł w jego pełnym zrezygnowania spojrzeniu i zwieszonych bezradnie rękach potwierdzenie własnych myśli. Stary przewodnik odgadł już dawno, że każdy krok zbliżających się ludzi pieczętuje ich los a przyszłość nadchodzi nieubłaganie, i chociaż odległa, to już w pełni znajoma, oswojona myślą i doświadczeniem, by przebrzmieć w huku wystrzałów i rozdzierającym krzyku. Ołeh stał przez chwilę zapatrzony w dal, potem otrząsnął się jak mokry pies, i już spokojny podniósł lornetkę do oczu. Starannie wyregulował pokrętłem dioptrycznym soczewki, przez chwilę błądził spojrzeniem po linii horyzontu, aż ponownie odnalazł niewyraźne sylwetki ludzi idących wśród rozkołysanych traw.

Nadchodzili w blasku zachodzącego słońca, ostrożni jak ślepe psy, depcząc swoje ledwie widoczne, poszarpane cienie. Szli rozproszeni, zachowując kilkunastometrowe odstępy, a idący z przodu tropiciel wskazywał im drogę. Ubrani w znoszone maskałaty cerowane brezentem, w wojskowych butach i pełnym oporządzeniu, w kamizelkach kuloodpornych, z dopiętymi na pasach taktycznych ładownicami, granatami i maskami przeciwgazowymi, niektórzy okryci pałatkami, inni tarpami, jeden siatką maskowniczą upstrzoną suchymi gałązkami, spod której wystawał smukły kształt AK-74 przyciśnięty do piersi dłońmi w rękawiczkach bez palców. Wszyscy uzbrojeni, większość w kałasznikowy owinięte taśmami maskującymi, dwóch ze strzelbami, każdy z pistoletem w skórzanej kaburze przy pasku. Poruszali się marszowym krokiem, kołysząc trzymaną w rękach bronią, a ich poczernione twarze, zacienione nasuniętymi na głowy kapturami, wydawały się podobne do ohydnych masek barwy popiołu. Tropiciel zatrzymał się i przyklęknął, a gdy reszta oddziału powtórzyła jego ruchy, uniósł do oczu lornetkę i zlustrował teren przed nimi. Potem szybko podniósł zgiętą w łokciu rękę, zacisnął dłoń w pięść i poruszył kilkukrotnie w górę i w dół. Poderwali się jednocześnie i ruszyli szybkim, marszowym krokiem.

Ołeh oderwał lornetkę od oczu i spojrzał w stronę nadchodzących bandytów. Teraz już wyraźnie dostrzegał ich sylwetki i mógł ich dokładnie policzyć.

– Pięciu ludzi – wyszeptał.

– Zgadza się.  

Przewodnik schował owiniętą paskiem lornetkę do pojemnika, zmrużył oko patrząc wprost w czerwony blask zmierzchu, potem wyciągnął przed siebie ręce, zgiął w nadgarstkach, oparł otwarte dłonie jedną nad drugą, przełożył nad sobą i znów popatrzył na słońce.

– Za dwie godziny zrobi się ciemno – powiedział. Spojrzał z nadzieją na Tiepę, potem ze złością na Ołeha i dodał: – Przed świtem będziemy martwi.

– Boisz się?

– Nie o siebie. – Asdajew rozejrzał się uważnie i powiedział: – Musimy utrzymać dystans. I jak najszybciej dotrzeć do lasu.

– Idziemy na Czarnobyl? – zapytał Ołeh.

Asdajew zapatrzył się w przestrzeń. Za plecami mieli bandytów, przed sobą ciągnący się przez wiele kilometrów otwarty teren porośnięty gęstą, skłębioną trawą. Żadnych drzew, w których cieniu można się skryć. Żadnych zarośli.

– Za daleko. – powiedział. – W tych trawach dopadną nas nim dotrzemy do wioski. – Wskazał dłonią odległy las po ich prawej stronie. – Skręcimy na południe, miniemy Zalesie i pójdziemy brzegiem wężowej rzeki do Prypeci. Spróbujemy ich zgubić między trzcinami w starym dorzeczu.

Ruszyli w stronę lasu. Stopniowo przyśpieszali, wzbijając tumany plew z deptanej turzycy i wciąż oglądając się za siebie, wpatrzeni w ciemne sylwetki na odległym horyzoncie, szybkim, marszowym krokiem przecięli pagórkowate łąki i zagłębili się w młodnik porastający skraj lasu. Dysząc ze zmęczenia legli między krzakami jałowca, a Asdajew ponownie wyjął lornetkę i poparzył w kierunku nadchodzących bandytów.

– Stanęli tam, gdzie byliśmy przedtem – wysapał, ocierając pot z czoła. – To wciąż ponad tysiąc pięćset metrów od nas.

– Dlaczego nie idą?

Asdajew w milczeniu ujął kałasznikowa za łoże i uniósł przed twarz Ołeha. Chłopiec cofnął głowę, czując kwaśny zapach smaru i prochu strzeleckiego.

– Dlatego. – Asdajew triumfalnie potrząsnął karabinem. – Z tych zarośli możemy ich wyciąć do nogi.

– Będziemy tak czekać? – zapytał Ołeh.

Twarz Asdajewa, prawie niewidoczna w zapadającym zmierzchu, nie wyrażała żadnych uczuć. Przewodnik wykrzywił usta i powiedział:

– Musimy iść dalej. Oni nie podejdą bliżej niż na tysiąc metrów. W nocy pewnie się rozdzielą, przetną nam drogę, potem okrążą. – Spojrzał przelotnie na syna i dodał: – Tak jak mówiłem: do świtu będziemy martwi.

Ołeh nerwowo przełknął ślinę.

– Znasz ich? – zapytał. – Dlaczego idą za nami?

– Muszą wiedzieć o pieniądzach. I nie odpuszczą, bo jesteśmy dla nich łatwym łupem. Stary człowiek z kałasznikowem i dwójka dzieci.

Ołeh wyciągnął przed siebie rękę i dotknął ramienia Asdajewa. Spojrzał mu w oczy i wycedził przez zaciśnięte zęby:

– Ty już wiesz, co się stanie.

– Posłuchaj… – Asdajew wstał i spojrzał z góry na Ołeha. – To już się stało. Możemy to tylko odwlec w czasie. – Zamilkł na chwilę, po czym dodał: – I tak nas w końcu dopadną.

 

 

Całą noc brnęli przez podmokły las, gdzie pod sklepieniem gałęzi czarnych olch, posępnie chylących się ponad kępami kosmatych torfowców i mchu, brodzili po uda w gęstej, zawiesistej wodzie, prawie niewidocznej spod kożucha pła. Zatrzymywali się co kilkadziesiąt kroków, z niepokojem wpatrzeni w ciemność zarośli, wyczuleni na każdy ruch i dźwięk, a Asdajew zerkał na kompas, nanosił ołówkiem na mapę kolejne punkty przemarszu, potem wskazywał nowy kierunek i ruszali w dalszą wędrówkę. W białej, księżycowej poświacie błądzili między kikutami omszałych drzew, szukali bezpiecznej drogi w oparach zgnilizny unoszącej się ponad ziemią, aż dotarli do wyżej położonych terenów, gdzie warstwa humusu stała się sucha i gorąca, zasnuta dymem z płonących od lat torfowisk, więc musieli zasłonić usta i z trudem walczyli o każdy oddech, idąc przez martwy, na wpół wypalony las.

Po drodze natknęli się na watahę ślepych psów, snujących się leniwie przez zadymione torfowiska. Wygłodniałe zwierzęta znikały w smugach szarego dymu i wyłaniały się jak cienie, kłapiąc oślinionymi pyskami i ostrożnie stawiając łapy na gorącej ściółce. Wyminęli je w ciemnościach wypełnionych złowrogim warczeniem i z uczuciem ulgi, okopceni śmierdzącym dymem, wpółżywi ze zmęczenia, ponownie weszli na grzęzawiska.

W mdłych oparach świtu wyłonili się spomiędzy ostatnich, karłowatych drzew i stanęli zdyszani, z rękoma opartymi o uda, zerkając niepewnie w stronę zarośli za ich plecami. Przed sobą mieli bezmiar zbielałych trzcin, ciągnący się aż po horyzont i niknący w słońcu, a z oddali dobiegał szum rzeki i wody przelewającej się między rozkołysanymi łodygami. Przepłukali usta wodą z manierek, otarli z potu poczernione popiołem twarze i milczeli, oddychając ciężko w oparach przemoczonych ubrań. Ołeh pierwszy się wyprostował i zapytał:

– Jak daleko mogą być?

Nikt mu nie odpowiedział. Tiepa wbił wzrok w ziemię, a Asdajew tylko pokręcił głową i głośno przełknął ślinę. Potem rozejrzał się niepewnie.

– Cholera wie – wysapał. – Jakiś kilometr lub dwa. Zależy, jak dobrego mają szperacza.

– Może sobie odpuścili…

Po twarzy Asdajewa przemknął grymas zniecierpliwienia. Stary przewodnik w milczeniu wyminął Ołeha i po przejściu kilku kroków, zatrzymał się wpatrzony w ciągające się aż po horyzont trzciny. Ich powierzchnia falowała niespokojnie. Pod błękitnym niebem, naznaczonym ukośnymi zadrapaniami smug kondensacyjnych, kołowały ptaki. Asdajew zastygł z lornetką w rękach.

– Niedobrze – powiedział. – Znów musimy wyjść na otwartą przestrzeń.

Spojrzał przez ramię na las za ich plecami.

– Słyszycie?

Zza drzew dobiegało odległe ujadanie ślepych psów. Po chwili do wściekłego jazgotu dołączył huk wystrzałów. Asdajew zmarszczył brwi.

– Jak ja lubię ten dźwięk… – powiedział z rozmarzeniem. Odruchowo dotknął dłonią kałasznikowa. – Walą do ślepaków. – Spojrzał w kierunku odległego horyzontu. – Nie ma czasu! Musimy odejść jak najdalej, zanim tu dotrą.

W milczeniu zagłębili się między trzciny o liściach ostrych jak brzytwy i ostrożnie rozchylając podgniłe łodygi, ruszyli na wschód. Z trudem stawiali kroki, lgnąc w gęstym ile, a zawiesista woda przelewała się z głośnym chlupotem po ich przejściu, zacierając ślady. Szli przez gęstwinę traw i trzcin, których kosmate wiechy przewieszały się wysoko ponad ich głowami i szumiały, targane wiatrem znad rzeki, omijali kępy rozłożystej turzycy i psianki o pięknych, fioletowych kwiatach, brodzili w śmierdzącej wodzie, rozrywając pokrywający ją kożuch gęstej piany, aż dotarli do pustej łachy błota, gdzie nic nie rosło, i Asdajew polecił się zatrzymać. Przykucnęli w śmierdzącym szlamie, zjedli resztę suchego prowiantu i popili wodą z manierek. Ołeh popatrzył na ich ubłocone twarze i zapytał:

– Myślisz, że widać nas z lasu?

– Raczej nie – wysapał Asdajew. Dyszał ciężko, nie mogąc złapać oddechu. – Ale i tak musimy iść dalej.

Znów weszli między trawy. Zbielałe pręty trzcin połyskiwały w słońcu jak kości. Długie liście o chropowatej powierzchni lizały ich twarze. Ostre brzegi kaleczyły dłonie, próbujące je odgarniać. Gdy poziom wody zaczął się niebezpiecznie podnosić, unieśli nad głowy broń oraz zapasowe magazynki i brnęli zanurzeni po piersi, z wysiłkiem pokonując każdy metr wśród rozkołysanych trzcin i traw.

W końcu poziom wody zaczął się obniżać i brodząc po kolana w lepkim błocie, dotarli do miejsca, gdzie w gęstwinie oczeretu tkwił na wpół zatopiony kuter rybacki. Zatrzymali się i patrzyli ze zdziwieniem na jego przekrzywiony kadłub z ukośnie sterczącym ostrym dziobem i nadbudówką wystającą lekko ponad kosmatymi trzcinami. Rufa była zatopiona w błocie a przez całą długość poszycia biegł ciemny ślad znaczący dawny poziom wody. Zatrzymali się w cieniu nadbudówki kutra a Ołeh zadarł głowę i zapytał:

– Skąd to się tu wzięło?

Asdajew wzruszył ramionami. Oparł się plecami o pordzewiały kadłub.

– Cholera wie – mruknął. – Mało to się dziwnych rzeczy spotyka? Może jakaś emisja zepchnęła go na bagna. Nie wiadomo. – Ponownie wzruszył ramionami i wyjął z pojemnika lornetkę. – Trzeba wejść na górę i rozejrzeć się po okolicy.

Tiepa posłusznie skinął głową i ruszył w stronę kutra. Asdajew złapał go za ramię.

– Nie ty! – warknął i wskazał palcem Ołeha. – On.

– Dlaczego ja?

– Bo tobie powinno bardziej zależeć.

Ołeh spojrzał na niego ze złością, potem oparł dłonie o pordzewiały kadłub i powoli ruszył w kierunku rufy. Niebieska farba, którą pomalowano poszycie, złuszczyła się i odłaziła płatami, odsłaniając głębokie wżery rdzy. Po kilku niepewnych krokach Ołeh zatrzymał się i zajrzał na pokład. Pozbawiona szyb nadbudówka była pusta. Wyważone drzwi wisiały na resztkach zawiasów. Zbutwiałe sieci na rufie rozłaziły się w dłoni jak pajęczyna. Do pokładu przylgnęły wysuszone kawałki gazet i pojedyncze strony dokumentów. Potężny bęben windy sieciowej wraz z poplątaną stalową liną i mocowaniem, wyrwanym z pokładu, leżał w poprzek kutra. Przekrzywiony kikut masztu sterczał ponad trzcinami. Kawałki lin o wystrzępionych brzegach. Plastikowe baniaki i kanistry po benzynie. Rozdarta butla gazowa. Otwarte wejście do ładowni.

– Widzisz coś? – zapytał Asdajew.

– Nic. Pusto.

Ołeh wsparł się o reling i ostrożnie wszedł na pokład. Zachwiał się, próbując utrzymać równowagę na przechylonym kutrze. Zdjął plecak i położył obok kłębów zbutwiałych sieci. Przykucnął w cieniu kabiny, a woda i błoto z jego ubrania spływała wzdłuż szpar w przegniłych deskach pokładu. Zajrzał do ładowni i omiótł spojrzeniem puste grodzie oraz otwarte wejście do maszynowni. Odwrócił głowę, czując obrzydliwy odór wypełniającej wnętrze kadłuba i ruszył w kierunku nadbudówki. Zajrzał do środka, potem wychylił się ostrożnie i ponad kołem sterowym zerknął na okolicę. Wysokie trawy zasłaniały widok.

– Widzisz coś? – ponaglił z dołu Asdajew. – Mów!

– Na razie nic.

Zachlupotała woda i Asdajew odszedł kilka kroków od kadłuba. Odchylił się i spojrzał z dołu na Ołeha.

– Wejdź na dach kabiny – polecił. – Może stamtąd coś zobaczysz.

Ołeh kiwnął głową i stanął wyprostowany. Znów się rozejrzał. Potem oparł stopę o futrynę okna, złapał krawędź nadbudówki i podźwignął się z wysiłkiem na dach. Znalazł się ponad poziomem traw. Ułożył się płasko na przekrzywionym dachu i rozejrzał uważnie. Poza odległą linią lasu nie widział innych punktów orientacyjnych. Chłopiec wychylił się ponad krawędź nadbudówki, oparł na łokciach, przyłożył do oczu lornetkę i przez chwilę ustawiał ostrość.

– Daleko jesteśmy? – zapytał Asdajew. – Mów! Nie ma czasu.

– Nie więcej niż kilometr od lasu.

– Mało! Widać ich?

– Nie.

Rozkołysane trawy błyszczały w słońcu. Ołeh opuścił lornetkę, patrzył przez chwilę w stronę lasu, potem znów przyłożył szkła do oczu. Dostroił ostrość i gdy przesuwał wzrok wzdłuż linii drzew, dostrzegł samotnego człowieka stojącego w zaroślach na skraju lasu. Ołeh przełknął głośno ślinę. Nie mógł dostrzec twarzy mężczyzny skrytej pod kapturem maskałatu. Widział natomiast wyraźnie znajomy kształt kałasznikowa przewieszonego przez jego pierś na trzypunktowym pasku. Ołeh opuścił lornetkę i spojrzał w dół na Asdajewa.

– Widzę jednego z nich – powiedział. – Gapi się w naszą stronę.

– Jaka broń?

– Kałasznikow.

– Dobrze. Ma kolimator?

– Nie wiem.

– To zobacz.

Ołeh skinął głową, ponownie wychylił się znad nadbudówki i podniósł do oczu lornetkę. Dostroił ostrość, przez chwilę błądził wzrokiem wzdłuż linii drzew, a gdy ponownie dostrzegł mężczyznę z bronią, mimowolnie otworzył usta do krzyku.

Stojący w zaroślach człowiek mierzył do niego z kałasznikowa. Ołeh dostrzegł krótki błysk światła i w tej samej chwili rozległ się huk wystrzału.

– O, kurwa! – Chłopiec przylgnął płasko do dachu nadbudówki. – Strzelił do mnie!

– Słyszę! – Asdajew skrył się w cieniu kadłuba. Wychylił głowę i spokojnie zapytał: – Skąd kropnął?

– Z lasu.

– Idiota. Miał kolimator?

– Nie wiem.

– Miałeś zobaczyć!

– Jak?

– Przez lornetkę. Spokojnie, z tej odległości nie doniesie.

Ołeh ostrożnie wychylił się ponad dach nadbudówki i ponownie spojrzał w kierunku lasu. Człowiek, który do niego strzelał, wciąż stał na linii zarośli. Z lufy opuszczonego na pasku kałasznikowa unosiła się wąska smuga dymu. Mężczyzna stał na szeroko rozstawionych nogach, wyprostowany, a na szkłach lornetki, którą trzymał w rękach, połyskiwały jasne refleksy słońca. Po chwili za jego plecami pojawili się kolejni bandyci. Żaden z nich nie miał broni z optyką.

– Schodź – zarządził Asdajew. – Ruszamy dalej.

Znowu brnęli przez mokradła wśród wysokich trzcin. Asdajew zerknął na kompas i polecił odbić w prawo. Skręcili i szli kilkadziesiąt metrów, po czym wrócili do poprzedniego kierunku marszu. Poziom wody stał się niższy i poruszali się szybciej. W południowym słońcu błoto i szlam na ich ubraniach zasychał i odpadał płatami. Milczeli. Asdajew szedł pierwszy, z pochyloną głową i opuszczonym kałasznikowem, a gdy dotarli do odkrytej połaci błota wśród traw, zatrzymał się i przykucnął z rozwartą dłonią nad ziemią. Ołeh stanął za jego plecami i spojrzał ponad ramieniem Asdajewa na widoczne w błocie tropy.

Dłoń przewodnika przesunęła się wzdłuż śladów a potem zacisnęła w pięść. Asdajew wyprostował się powoli z wzrokiem wbitym w zarośla. Ze zrezygnowaniem uniósł kałasznikowa, przycisnął stopkę kolby do ramienia, lewą rękę przełożył pod karabinem, oparł palec wskazujący na łapce suwadła i jednym szybkim ruchem przeładował broń. Krótkie, złowieszcze szczęknięcie zamka nie zdążyło rozbrzmieć w ciszy, gdy Asdajew powiedział:

– Idziecie za mną. – Nie odwrócił głowy. – Osłaniacie boki. Pilnujcie się, dzieci…

W gorącym, duszącym powietrzu Ołeh poczuł, jak kropla potu spada na jego powiekę, przez chwilę dygocze na rzęsie i spływa po policzku długą, zimną linią do brody. Otarł ją wierzchem dłoni. Tiepa z chrzęstem odwiódł kurki strzelby i wpatrzony w ojca stanął po jego prawej stronie. Gdy przesuwał się na tle traw, Ołeh dostrzegł jego jasną, ufną twarz. Ciemne oczy patrzyły ze spokojem na ojca. Długie, smukłe palce zaciskał na strzelbie. 

Ołeh machinalnie sięgnął do kabury przy pasie, wyjął pistolet, odbezpieczył i trzymając go lufą do ziemi, powoli odciągnął suwadło. Przymknął oczy a pistolet zadrżał mu w ręku, gdy nabój znalazł się w komorze zamkowej. Ołeh poczuł dziwny spokój. Stanął po lewej stronie Asdajewa.

Stary przewodnik ruszył przodem, z pochyloną głową i przyciśniętą do ramienia stopką kolby kałasznikowa. Ostrożnie rozchylał lufą zarośla. Czasem przechylał głowę i zerkał ponad celownikiem na trawy przed nimi. Przerzedzone trzciny kołysały się na wietrze, a ich kosmate wiechy kwiatostanu i ostre liście chlastały po twarzach i rękach. Grube pałki rogoży przechylały się leniwie pod własnym ciężarem. Mdły puch snujący się pomiędzy łodygami przywierał do ubłoconych twarzy. Ponownie znaleźli się na odkrytym skrawku błota, otoczeni wysokimi trzcinami i kępami przegniłej trawy. Asdajew uniósł do góry otwartą dłoń.

– Stać – wyszeptał zdławionym głosem.

Przechylił głowę ponad kałasznikowem, wpatrując się w zryte błoto przed nimi. Powiódł wzrokiem wzdłuż głębokich śladów biegnących między trzciny.

Asdajew zrobił jeszcze krok do przodu, zatrzymał się skupiony i nagle odwrócił głowę, krzycząc:

– Chimera!

W wysokich trzcinach przed nimi rozległ się przeciągły ryk mutanta i ciężkie dudnienie jego łap. Powierzchnia wody zebranej w bruzdach błota zadrżała niespokojnie. Zaszeleściły tratowane zarośla. Ryk narastał i zbliżał się w ich stronę. Asdajew mocno przycisnął kałasznikowa do ramienia. Żyły nabrzmiały na jego szyi. Dłonie zbielały z wysiłku. Palec wskazujący drżał na spuście.

W rozpryskach błota, w eksplozji porwanych trzcin i liści, z upiornym rykiem chimera wyłoniła się z zarośli. Potężny, szary kształt atakujący jak taran. Olbrzymi łeb z dwoma pyskami tuż nad ziemią, potężne racice tratujące trzciny w gejzerach chlapiącego błota. Przeraźliwy smród wytarzanej w szlamie i padlinie sierści. Błyski ognia z lufy kałasznikowa. Huk wystrzałów. Pociski żłobiące bruzdy w masywnym cielsku. Wycie rannego mutanta. Opary dymu prochowego. 

Krótka seria z kałasznikowa osadziła chimerę w miejscu. Kule rozorały jeden z pysków. Chimera szarpnęła łbem i Asdajew runął w błoto. Mutant wyminął go, kilkoma susami przebył całą błotną polanę i nawrócił tuż przed zaroślami. Zatrzymał się z opuszczonym łbem, błyskając kłami w mdłych oparach oddechu. Jeden z pysków zwisał jak roztopiona woskowa maska z otwartymi szeroko ślepiami i posiniałym jęzorem sterczącym między szczękami.

Chimera szybko obróciła łeb, orząc w błocie głęboką bruzdę zwisającym bezwładnie pyskiem, dostrzegła Ołeha i ruszyła na niego z impetem.

Chłopiec rzucił się do ucieczki. Poślizgnął się w błotnistej kałuży, upadł, przeturlał z rozpędu i znieruchomiał skulony w trzcinach. Nogi podkurczył do brzucha, twarz zasłonił rękami i otworzył usta do krzyku. Nie widział, jak Tiepa przyklęka, podnosi strzelbę do ramienia i jednocześnie naciska oba spusty. Dwa pociski breneka wbiły się w bok chimery i zrykoszetowały w odłamkach krwi i skóry. Mutant zawył rozpaczliwie i przysiadł na zadzie. Obrócił pysk i powoli ruszył w stronę Tiepy. Przyśpieszył. Tiepa zdążył przeładować, odskoczył i z bliska, prawie z przyłożenia, wystrzelił w masywny kark mutanta. Niesiona rozpędem chimera wpadła między trzciny i zarzucając bokami, ryjąc łapami w błocie, zawróciła i zaszarżowała na Tiepę. Wtedy ponownie rozszczekał się kałasznikow.  

Asdajew wygrzebał się z błota i wymierzył starannie. Długa seria podcięła mutantowi łapy. Runął w błoto wierzgając kończynami zwisającymi na kawałach skóry, przetoczył i zastygł w kałuży błota. Asdajew podniósł się na nogi i stanął wyprostowany w gęstym obłoku dymu prochowego. Twarz miał bladą, wykrzywioną bólem.

Leżąca w błocie chimera zaskowytała przeciągle. Naprężyła kark, próbując wstać na zakrwawionych kikutach. Przestrzelone łapy nie mogły udźwignąć masywnego cielska, załamały się pod ciężarem i chimera legła w odłamkach kości i skóry. Krew wypływała z ran na jej ciele w rytmie nierównego oddechu. Chimera potrząsnęła łbem, kolebiąc martwym pyskiem o zamglonych ślepiach, a potem ciszę rozdarło jej przejmujące wycie.

Stanęli wokół niej z opuszczonymi głowami. Oddychali równie ciężko. Asdajew przyciskał dłonie do żeber i pluł krwią.

– Suka… – wychrypiał. Błądził dłonią po kieszeniach munduru, w końcu odnalazł iniektor z lekarstwem. – Ale mnie urządziła… – Machinalnie wbił igłę w udo i znieruchomiał. – Suka…

Ołeh zbliżył się do leżącej chimery i chwilę później musiał odskoczyć przed kłapnięciem wielkich szczęk. Mutant zakolebał się w błocie i znieruchomiał z opuszczonym łbem, łypiąc na niego wielkimi ślepiami. Ołeh uniósł pistolet.

– Zostaw – wychrypiał Asdajew. Pociągnął Ołeha za nadgarstek. – Może tamci się na nią natkną. – Rozejrzał się dokoła. – Tu już jest sucho, więc i tak znajdą nasze ślady.

Asdajew odwrócił się i powlókł w kierunku zarośli, ciągnąc przez błoto trzymany za pasek karabin. Zatrzymał się między trzcinami, zachwiał i nie mogąc znaleźć oparcia w suchych łodygach, usiadł w błocie. Rozejrzał się mętnym wzrokiem. Przyciągnął za pasek karabin i oparł na kolanach. Wyciągnął pusty magazynek, ostukał i schował do ładownicy na piersiach. Odciągnął suwadło, przez chwilę patrzył w komorę nabojową, kilkukrotnie przeładował na pusto i pociągnął za spust, nasłuchując dźwięków sprężyny powrotnej i uderzeń iglicy. Nie patrzył na broń, jego dłonie poruszały się płynnie, powtarzając wyuczone czynności. Odwrócił kałasznikowa lufą w dół, wytrząsnął błoto, potem wyjął pełny magazynek, przez chwilę błądził palcami nie mogą znaleźć zaczepu, w końcu podpiął z głośnym trzaskiem. Przestawił kałasznikowa na ogień pojedynczy i z zadowoleniem popatrzył na broń. Pokiwał głową, oparł stopkę kolby w błocie i powoli dźwignął na równe nogi. Stanął w prześwicie między trzcinami, dziwnie przekrzywiony, z odchyloną głową i lewą dłonią przyciśniętą do boku. Twarz miał bladą, wykrzywioną grymasem bólu.

– Masz szczęście – wyszeptał, patrząc na Ołeha. – Nawet nie wiesz jak dużo.

– No. Blisko było.

– Nie o tym mówię. – Asdajew pokręcił głową w zamyśleniu. – Idziemy.

 

 

Nadchodził już zmierzch, gdy przedarli się przez ostatnie trawy i zagłębili w rzadki, łęgowy las, gdzie rosły przechylone topole i olsze o miękkiej, nadgniłej korze odchodzącej płatami pod dotykiem rąk. Szli powoli, uszargani i brudni, ociekający wodą i lepkim, śmierdzącym błotem, a ich twarze, opuchnięte z wysiłku i braku snu, o przekrwionych oczach i zapadniętych policzkach, połyskiwały bielą skóry na tle zgniłozielonych zarośli. Przemoczone ubrania przylgnęły do ciał, ciężkie, nasiąknięte wodą buty utrudniały marsz, a szelki plecaków boleśnie wrzynały w skórę.

Brnęli z wysiłkiem po rozmiękczonej ziemi, prawie niewidocznej spod zielonego kobierca geofitów, poprzerastanej torfowcami, perzem i pszonką o długich, mięsistych liściach, aż dotarli do wąskiego strumyka, wypływającego wprost z niewielkiego wzniesienia, i rozpływającego się gwieździście między trzcinami. Gdy przechodzili płytkim korytem strumienia na drugi brzeg, zmącony czerwony ił wzbijał się z dna i rozpływał jak mgła wokół ich stóp, nadając wodzie barwę krwi. Ruszyli w górę leniwego nurtu, zdzierając ciężkimi butami mech z kamieni leżących na brzegu, strącając czerwone, drżące pałeczki sporofitu i wciąż szukając oparcia w niskich gałęziach drzew, lawirując między ich omszałymi pniami, z dłońmi lepkimi od żywicy, potwornie zmęczeni weszli na szczyt wzniesienia. Tam zatrzymali się wyczerpani i patrzyli z niepokojem na już ledwie widoczne między drzewami trawy.

Asdajew usiadł na kamieniu przy brzegu strumyka, oparł kałasznikowa o drzewo i spojrzał bezradnie na Ołeha. Potem zwiesił głowę i zapytał:

– Widzisz coś?

Ołeh nie odpowiedział. Podszedł do Asdajewa, spojrzał na niego z góry i wyciągnął przed siebie otwartą dłoń. Stary przewodnik otworzył bakelitowy pojemnik i wciąż z opuszczoną głową, podał mu lornetkę. Ołeh stanął w rozkroku między kamieniami, podniósł szkła do oczu i przez chwilę patrzył w dal, jednocześnie regulując pokrętłami ostrość. Na chwilę opuścił lornetkę, otarł pot z twarzy i ponownie zlustrował teren poniżej wzniesienia. Pomiędzy trzcinami dostrzegł kształt kutra i miejsce, gdzie walczyli z chimerą. Widział wyraźny ślady, które pozostawili brnąc przez szuwary. Dalej dostrzegł podobne, poplątane wilcze tropy pośród traw. Kilka wiło się aż do skraju trzęsawiska, a gdy przybliżył obraz, dostrzegł niewyraźny zarys postaci czających się w trzcinach. 

– Widzę ich! – powiedział ze złością i opuścił lornetkę. – Kilku już dotarło na koniec mokradła.

– Jak daleko są od nas?

– Nie więcej niż czterysta metrów.

– Niedobrze. – Asdajew dźwignął się na nogi. Zachwiał się i ponownie usiadł. Skrył twarz w dłoniach. – Musimy zwiększyć dystans. Oni już wyczuli, że idziemy wolniej. Zamęczą nas.

Siedział przez chwilę z opuszczoną głową, potem rozejrzał się błędnym wzrokiem dokoła i powiedział:

– Trzeba ich odgonić. – Z wysiłkiem przełożył pasek kałasznikowa nad głową i podał broń Ołehowi. – Strzelałeś już kiedyś?

– Tak.

– Do mutantów?

– Również.

– Dobrze. – Asdajew zamknął oczy i odchylił do tyłu głowę. Zacisnął powieki i z wysiłkiem powiedział: – Zejdź niżej, schowaj się za drzewem i wygarnij do nich. Nie musisz celować. To ich zatrzyma na trochę. – Spojrzał na syna. – Pomóż mi wstać…

Ołeh stał z ciężkim karabinem w rękach i przyglądał się, jak Tiepa obejmuje Asdajewa i podnosi go na równe nogi. Stali przez chwile objęci.

– Będziemy powoli schodzić ze wzgórza – powiedział Asdajew i wskazał kierunek marszu. – Dogonisz nas. Pamiętaj: masz ich tylko postraszyć.

Ołeh ruszył wzdłuż strumienia żłobiącego wzgórze, ostrożnie stąpając po omszałych kamieniach, a po przejściu kilkunastu metrów zatrzymał się pod jednym z drzew. Przyklęknął w jego cieniu, owinął lewe przedramię paskiem kałasznikowa i wychylił się zza pnia z kolbą przyciśniętą do ramienia. Przez chwilę patrzył ponad celownikiem na odległe trawy, a gdy dostrzegł cień człowieka sunącego brzegiem torfowiska, przycisnął kolbę do policzka, zmrużył lewe oko i pociągnął za spust.

Kałasznikow plunął ogniem, a nim przebrzmiał huk wystrzału, Ołeh już biegł w kierunku szczytu wzniesienia, minął je bez zatrzymywania i ruszył w dół zbocza po drugiej stronie. Ciężki plecak obijał mu żebra a on biegł bez wytchnienia z szeroko rozłożonymi rękoma, z trudem utrzymując równowagę na śliskiej trawie. U podnóża wzgórza przedarł się przez gęste jałowce i dotarł na niewielką polanę otoczoną świerkami i rozłożystymi krzewami tarniny. Pod jednym z drzew dostrzegł Asdajewa. Stary przewodnik klęczał wpatrzony w mapę a Tiepa stał za jego plecami i zaglądał przez ramię. Ołeh podbiegł do nich zdyszany i stanął nachylony z rękoma opartymi o uda.

– Dobrześ się spisał – powiedział Asdajew nie podnosząc głowy. – Trafiłeś kogoś?

– Nie. Chyba nie.

– To nic. Powinni stanąć na trochę. Oddaj karabin.

Ołeh stanął nad nim na szeroko postawionych nogach i milczał, zaciskając palce na łożu i rękojeści kałasznikowa. Jego cień padał na mapę trzymaną przez Asdajewa. Przewodnik uniósł głowę i spojrzał Ołehowi w oczy.

– Już! – warknął, potrząsając dłonią wyciągniętą ponad głową. – Oddaj.

Ołeh zamrugał i leniwym, powolnym ruchem podał Asdajewowi broń. Przewodnik oparł kolbę kałasznikowa o ziemię i wspierając się o lufę, wstał na równe nogi. Wskazał palcem miejsce na mapie.

– To stare dorzecze Użu – powiedział. – Snorki mają tam swoje nory. – Pokiwał głową z przejęciem. – Jeżeli ci ludzie pójdą za nami na ziemię snorków, to znaczy, że będą nas ścigać do piekła.

Asdajew spojrzał posępnie w stronę wzgórza z którego przyszli, dał znak ręką i ruszyli ospale w przeciwnym kierunku, przecięli niewielką polanę i weszli między krzewy tarniny. Szli gęstym lasem przez wiele kilometrów, aż dotarli do sosnowego młodnika porastającego jego skraj, i wyszli na jałową, pagórkowatą ziemię porośniętą wyschniętą trawą. Przemykali pomiędzy rosnącymi tam nielicznymi wierzbami, znikali pod osłoną ich rozłożystych gałęzi i wyłaniali się z przestrachem patrząc za siebie, idąc od jednego bezpiecznego cienia do kolejnego, aż dotarli na środek tej pustej krainy i zagarnął ich zmierzch.

Zatrzymali się na szczycie jednego ze wzniesień, skąd mieli doskonały widok na las i leżeli wtuleni w skłębione trawy, prawie niewidoczni w niebieskawej poświacie księżyca. Asdajew wyjął lornetkę, popatrzył i westchnął ciężko.

– Idą… – mruknął. Ponownie spojrzał przez lornetkę. – Tysiąc pięćset metrów. Wyszli już z lasu.

Bez słowa podnieśli się z ziemi i ruszyli na północ. Szli w milczeniu pod nocnym niebem zasnutym ciemnymi chmurami. Mrok wchłonął gwiazdy i księżyc. Powietrze niosło woń ozonu. Asdajew wyjął z kieszeni latarkę, włączył i zmniejszył moc światła do minimum. Odtąd blady krąg światła ślizgał się pod ich stopami zapewniając minimalną widoczność. Przez pagórkowate łąki dotarli do gęstych czyżni, ostrożnie zagłębili się pomiędzy rosnące tam krzewy tarniny i głogu, przebrnęli przez gąszcz dzikich pigw i wysokiej kłokoczki, której sercowate owoce grzechotały przy każdym poruszeniu łodyg, minęli pachnący żywicą zagajnik karłowatych sosen i ponownie znaleźli się na otwartej przestrzeni. Gdy księżyc wyłonił się zza chmur, oświetlając bladym światłem ich twarze o zaropiałych oczach, Asdajew zgasił latarkę.

Zmierzali w stronę samotnego wzgórza na którego szczycie majaczyły w ciemnościach ruiny ceglanego domu, otoczone zaroślami i resztkami płotu z żerdzi owiniętych drutem kolczastym. Zatrzymali się  przed wzniesieniem i patrzyli z przejęciem w stronę gruzowiska, gdzie wśród pokruszonych ścian otoczonych kaskadą cegieł, kawałków eternitu, przegniłych krokwi i desek, dostrzegli ciemny, pochylony kształt, dziwnie znajomy, podobny do nich samych, a jednak różny i zrozumieli, że na ich oczach właśnie objawiło się najstraszniejsze dziecko ziemi niczyjej, samotny leszij z legend szeptanych przy ognisku. Podeszli jeszcze kilka kroków i wtedy ciemny kształt wychynął z ciemności, przybrał ludzką postać i zastygł, przyczajony z rękoma wspartymi o ziemię, gotowy do skoku, potem spojrzał na księżyc, długimi susami przeciął garb wzgórza, a jego wiotka chłopięca sylwetka mignęła w ciemności i znikła.

– Snork… – wyszeptał Asdajew i splunął w trawę. Obejrzał się w stronę zarośli, skąd nadchodzili ścigający ich ludzie, potem spojrzał na wzgórze i powiedział: – Idziemy.

W miejscu, gdzie kiedyś była brama, wciąż stała wysoka konstrukcja z bali, a gdy podeszli bliżej, dostrzegli przybitą na jej poziomej belce niewielką, zamazaną ikonę z wyobrażeniem Chrystusa. Asdajew przeżegnał się znakiem krzyża a Tiepa powtórzył jego ruchy z nabożnym przejęciem. Weszli ostrożnie pomiędzy ruiny domu i owionęła ich zatęchła woń starzyzny zmieszana z zapachem mokrego popiołu. Okopcone ściany przypominały o dawnym pożarze, który strawił dom. Pokruszone od żaru dachówki chrzęściły pod stopami i rozsypywały się w mleczny pył. Obeszli dokładnie dom, ostrożnie stąpając wśród wypalonych zgliszczy, zajrzeli do wszystkich pomieszczeń i wybrali jedno, gdzie dach zawalił się zupełnie, odsłaniając niebo, a na podłodze leżała sterta krowi i desek, zmieszana z resztkami mebli i kafli kuchennych. Asdajew usiadł pod ścianą i wyjrzał przez okno.

– Tu będzie dobrze. – wyszeptał. – Tu odpoczniemy. – Wskazał dłonią odległe zarośla. – Tu będziemy się bronić.

Długo spoglądał przez okno, a gdy w ciemnościach na skraju odległego lasu zadrgały nikłe światła latarek, stary przewodnik opuścił głowę. Podniósł z podłogi odprysk ceglanego tłucznia i cisnął ze złością w ciemność.

– Co to za ludzie… – powiedział, wykrzywiając usta. – Od lat nikt tu się nie zapuszcza. A oni idą bez wytchnienia. – Odchylił głowę i oparł się o ścianę. Oddychał z trudem. – Dzieli nas jakieś pięćset metrów. – Asdajew zmrużył oczy, próbując dostrzec podziałkę celownika w kałasznikowie. Przesunął suwak na pozycję pierwszą. – Można się strzelać.

– Co robimy? – zapytał Ołeh.

– Odpoczniemy chwilę.

– Jak długo?

– Nie wiem. Poczekamy

– Może lepiej iść dalej.

– Dalej już nic nie ma.

Ołeh zamknął oczy, a gdy otworzył je ponownie, przewodnik wciąż siedział pod ścianą z wyciągniętymi nogami i rękoma bezwładnie opartymi na udach. W niebieskawej poświacie księżyca połyskiwała jego umęczona twarz i otwarte dłonie o drżących, niespokojnie palcach.

– Mamy jeszcze wodę? – zapytał Asdajew.

– Nie. – Ołeh dotknął jego ramienia. – Musimy iść.

Przewodnik pokiwał głową i rozejrzał się mętnym wzrokiem. Oparł kałasznikowa na kolanach, westchnął i sięgnął dłonią do ładownic na piersiach. Wyjął z nich dwie świece dymne i ułożył na podłodze, po namyśle dołożył jeszcze granat. Potem przestawił kałasznikowa na ogień ciągły.

Ołeh nachylił się nad nim i dotknął jego ramienia. Asdajew uniósł głowę, spojrzał mu w oczy i Ołeh zrozumiał, że stary przewodnik już nie opuści tego miejsca. Tu stoczy swój ostatni bój na ziemi niczyjej.

– Posłuchaj ty mnie… – Asdajew zwrócił twarz w stronę Ołeha. – Weźmiesz mojego chłopaka i pójdziecie w kierunku rzeki. Wzdłuż jej brzegu dotrzecie do Czarnobyla. To jakieś pięć kilometrów stąd.

– A ty?

– Ja już nie mam siły iść dalej.

– Nie. – Ołeh pokręcił głową. – Musisz iść z nami.

– Posłuchaj… Mnie już nie ma. Oni już dawno powinni to skończyć. To cud, że zaszliśmy tak daleko. A teraz odsuń się. Chcę porozmawiać z synem.

Ołeh cofnął się w ciemność pod ścianą i patrzył, jak Asdajew przywołuje do siebie Tiepę. Przemawiał do niego przez chwilę szeptem, przytulił, na koniec potrząsnął ze złością. Tiepa otarł dłonią załzawione oczy. Ołeh znów przysunął się do Asdajewa.

– Chodź z nami – wyszeptał. – Damy radę…

– Nie – powiedział Asdajew. – I skończ pieprzyć. – Wskazał palcem Tiepę. – Patrz na mojego syna. I ucz się, jak powinien zachowywać się mężczyzna. Ale jak chcesz, to trochę ci to ułatwię… – wyszeptał. – Gdyby nie chimera, już byś nie żył. Tam, na bagnie, chciałem strzelić ci w łeb. Zostawić pieniądze i uciekać. Syna chciałem ratować. Potem wszystko się zmieniło. Już wiedziałem, że stąd nie wyjdę. – Złapał Ołeha za nadgarstek. – Nie tak miało być! Jesteś głupi. I słaby. Nie zasługujesz na to, by żyć.

Ołeh próbował wyswobodzić rękę, ale stary przewodnik miał silny uścisk dłoni. Szamotali się przez chwilę z wykrzywionymi twarzami, a w ciemności słychać było tylko ich zduszone oddechy. Asdajew złapał chłopca drugą ręką za kark i przyciągnął do siebie.

– Mam nadzieję, że zdechniesz – wyszeptał Ołehowi do ucha. Skrzywił się, widząc z bliska zabliźnioną ranę na twarzy chłopca. – Za mnie. I za mojego syna.

Pchnął Ołeha na podłogę i wyczerpany oparł się plecami o ścianę. Oddychał ciężko. Pod matowym nalotem jego lewego oka pojawiła się krew i rozcieńczona, niczym woda przelewała się wokół martwej źrenicy. Ołeh siedział na ziemi masując nadgarstek. Spojrzał z wściekłością na Asdajewa.

– Nic o mnie nie wiesz – wyszeptał, podnosząc głowę. W blasku księżycu jego twarz wyglądała jak blada, niesymetryczna maska. – I kurewsko się mylisz. Bo ja zniosę wszystko. I nigdy się nie zatrzymam. Możesz mówić, że jestem słaby. Ale dotrwam do dnia, gdy będę już silny. – Ołeh pokiwał głową, po czym dodał: – Jesteście tylko tłem dla mojej historii. Bo ja przetrwam. I na długo po tym, jak ślepe psy rozniosą wasze kości, ja wciąż będę chodził po ziemi niczyjej.

Na kolanach przysunął się do Asdajewa. Stary przewodnik odwrócił głowę.

– Twój syn też jest słaby – powiedział Ołeh. Zerknął przelotnie na Tiepę a potem przechylił głowę i spojrzał Asdajewowi w oczy. – Dobrze wiesz, że ktoś musi go prowadzić za rękę. A gdy ciebie zabraknie, on również zginie.

Asdajew zwiesił głowę na piersi. Trwał tak przez dłuższą chwilę, po czym powiedział:

– Idźcie już.

Podnieśli się w ciszy, popatrzyli jeszcze na Asdajewa, Tiepa z żalem, Ołeh beznamiętnie, i odeszli, klucząc między zawalonymi ścianami, potem wyszli przed dom, minęli przewrócony płot i ruszyli w dół wzniesienia, w kierunku rzeki, która gdzieś tam płynęła, w miejscu, do którego pragnęli dotrzeć za wszelką cenę. Byli już daleko i nie mogli usłyszeć głosu, który rozległ się w ciemnościach:

– Stary! Szykuj się. Idziemy po ciebie.

 

 

Blask księżyca rozświetlał do białości powierzchnię rzeki, lśniąc jasnym, rwanym światłem w jej drżącym nurcie i tylko nad brzegiem, w cieniu wysokich urwisk, panowała nieprzenikniona ciemność. Postrzępiona linia zarośli po drugiej stronie Prypeci odcinała się wyraźnym konturem na tle zachmurzonego nieba. Tuż przy brzegu, na piaszczystym dnie, usadowiła się anomalia grawitacyjna, a nurt rzeki załamywał się na jej obłym kształcie i rozświetlony niebieskawym światłem, obmywał ją niczym powietrze w tunelu aerodynamicznym. Tuż nad powierzchnią wody unosiła się mgła pary, a w powietrzu wisiała zatęchła woń rzeki. 

Stanęli na nadbrzeżnej skarpie i patrzyli w milczeniu, jak spieniona woda przetacza się między stromymi brzegami rzeki. Ich twarze, w upiornym blasku księżyca podobne do woskowych masek, nie wyrażały żadnych uczuć, poza bezgranicznym zmęczeniem. Stali z opuszczonymi głowami, wpatrzeni w drżącą powierzchnię wody. Oddychali ciężko.

Gdzieś daleko, za ich plecami, rozszczekał się kałasznikow. Tiepa opadł na kolana i skrył twarz w dłoniach. Ołeh położył rękę na jego ramieniu, potem odwrócił głowę i spojrzał w stronę odległych wzgórz. Po chwili do pojedynczych wystrzałów dołączyły salwy kolejnych, przeszły w gwałtowną kanonadę niesioną echem w stronę rzeki, a nad odległymi zaroślami uniosła się smuga białego dymu. Targana wiatrem rozciągnęła się wysoko do nieba, a w jej kłębach błyskały pomarańczowe ognie wystrzałów niczym zapowiedź odległej burzy. Potem wszystko ucichło i Tiepa zaczął płakać.

– Idziemy – powiedział Ołeh. – Musimy uciekać.

W przejmującej ciszy ruszyli skrajem urwistego brzegu. Wlekli się powoli, zgarbieni, ociężale stawiając kroki. Na wzgórzu za ich plecami zamajaczyły ciemne sylwetki, a chwilę później ciemność rozdarły światła latarek. Ołeh zatrzymał się i zrezygnowany wyciągnął pistolet z kabury przy pasku. Tiepa również stanął. Patrzył na Ołeha z wyczekiwaniem w oczach.

– Teraz już nie muszą się kryć – powiedział Ołeh. Położył lewą dłoń na suwadle pistoletu i odciągnął je z głośnym szczęknięciem. Zwolnił bezpiecznik. – Za chwile będzie po wszystkim.

Tiepa odciągnął kurki strzelby. Znów popatrzył na Ołeha.

– Co się tak gapisz? – Ołeh ze złością potarł skroń lufą pistoletu. – Posłuchaj… – powiedział i skrzywił się, widząc jak na twarzy chłopca pojawia się delikatny uśmiech. – Nic więcej nie da się zrobić. – Wskazał dłonią zarośla. – Może zdążymy tam dotrzeć. A może nie.

Tiepa skinął głową.

– Posłuchaj… – Ołeh westchnął ciężko. – Będziesz szedł za mną, dobrze?

Tiepa ponownie kiwnął głową.

– Rób to samo, co przedtem. Tylko teraz patrz na mnie.

Znów wlekli się wzdłuż brzegu rzeki. Daleko za ich plecami snopy latarek przecinały ciemność. Słyszeli wyraźne głosy ścigających ich ludzi, lecz nie oglądali się za siebie. Uparcie brnęli w kierunku zarośli z trudem łapiąc każdy oddech.

Nagle Ołeh usłyszał za plecami dziwny gardłowy dźwięk, podobny do krzyku dziecka i odwrócił się z przerażeniem w oczach. Z początku nie mógł zrozumieć, co się stało, potem dostrzegł Tiepę, który zapadł się po pas w ziemię i teraz szarpał się rozpaczliwie jak tonący człowiek. Jego twarz wykrzywiało przerażenie a usta krzyczały bezgłośnie. Próbował się wyswobodzić, lecz tylko zapadł się głębiej. Ołeh podbiegł do niego i natychmiast odskoczył, czując że ziemia pod jego stopami również się zapada. Spróbował ponownie. Złapał za szelki plecaka i maskałat na jego piersi, szarpnął, próbując wyciągnąć, lecz Tiepa wciąż miotał się jak oszalały, w końcu przywarł do Ołeha, wczepił palcami w jego ramiona, a gdy otworzył usta, chlusnęła z ich krew.

Oczy Tiepy rozszerzyły się z bólu. Coś szarpnęło nim potężnie i zapadł się po piersi w ziemię. Zadygotał plując krwią. Ziemia wokół niego zabulgotała, opadła i uniosła ponownie, a wtedy Ołeh dostrzegł wystające z niej zakrwawione pazury owinięte wnętrznościami. Krew i ziemia ochlapały jego twarz. Tiepa trząsł się i patrzył błagalnie na Ołeha.

Nad brzegiem rzeki zamajaczyły latarki. Ołeh dostrzegł ponad rozdygotaną głową Tiepy biegnących ludzi. Byli jeszcze daleko, gdy jeden z bandytów zatrzymał się, przyłożył kolbę kałasznikowa do ramienia, wystrzelił krótką serię, ruszył biegiem, przeciął obłok dymu prochowego i skrył się za drzewem. Ołeh przetoczył się w zarośla i z rozpaczą spojrzał na Tiepę. Chłopiec leżał z otwartymi ustami i rękoma uniesionymi ponad głową. Ziemia wokół niego znów poruszyła się niespokojnie i szarpnięty, zniknął pod powierzchnią. I tylko te jego wiotkie, długie jak u porcelanowej baletnicy ręce sterczały ponad trawą. Po chwili one również znikły.

Ołeh poderwał się do biegu. Za jego plecami wciąż rozlegały się strzały a ciężkie pociski siekły liście. Pryskała kora. Ołeh biegł już wzdłuż nadrzecznych wydm, potknął się na korzeniach drzew i wywrócił, poderwał się z wysiłkiem i skoczył w dół. Sturlał się z piaszczystego zbocza, otrząsnął i znów był w biegu. Gdzieś wysoko rozległ się donośny głos:

– Czekaj! Skończymy to szybko. Nawet nie poczujesz.

 

 

Zatrzymał się w niewielkiej niecce u podnóża trawiastego pagórka i w plątaninie wyschniętych korzeni, pod nawisem krzaczastej turzycy, dostrzegł czerniejące na tle piasku owalne wejście do ziemnej nory. Podpełznął bliżej, zajrzał do środka i natychmiast cofnął głowę z obrzydzeniem, czując wydobywający się z wnętrza obrzydliwy smród, podobny do woni bijącej z rozkopanego grobu. Ponownie zajrzał do środka. Ostrożnie wsunął dłoń do jamy i obmacał jej brzegi. Biegnący od wejścia tunel miał niewielką średnicę, ziemia we wnętrzu była lepka w dotyku. Ołeh wzdrygnął się, potem spojrzał w kierunku, skąd zbliżał się pościg. Promienie latarek podrygiwały i krzyżowały się na tle ciemnego nieba. I chociaż nie widział jeszcze sylwetek bandytów, słyszał wyraźnie ich ciche nawoływania. Światła były coraz bliżej. Ołeh spoglądał przez krótką chwilę w ciemność, próbując dostrzec ścigających go ludzi, potem ze zrezygnowaniem odwrócił głowę w stronę jamy.

Obrzydliwy, słodkomdły zapach unoszący się wejściem do nory odbierał mu oddech. Spojrzał jeszcze raz w kierunku świateł latarek, majaczących w ciemnościach, a potem jednym, zdecydowanym ruchem ściągnął z ramion szelki plecaka, wepchnął go do jamy, następnie zdjął torbę z pochłaniaczem i wyjął maskę przeciwgazową. Zerknął w kierunku migoczących świateł, potem włożył do komór policzkowych maski wkładki filtrosorpcyjne, jedna mu wypadła i przez chwilę szukał jej w piasku, znalazł, przedmuchał i wcisnął w zatrzask, domknął nakładkami zaworów wdechowych, potem jeszcze raz spojrzał w kierunku świateł, szybko rozchylił palcami kadłub maski, zamknął oczy i nabrał powietrza w płuca. Jednym, dość nieporadnym ruchem założył maskę przeciwgazową. Otworzył oczy i zamrugał powiekami. Wypuścił powietrze, zakrył dłońmi zawory wdechowe i szybko odsłonił, gdy poczuł dziwny szum w uszach, a ścianki maski przylgnęły do jego twarzy.

Światła latarek, zniekształcone w okularach maski, przecięły ciemność tuż nad jego głową, osiadły na ziemi i drżąc, sunęły w jego stronę. Ołeh szarpnął się rozpaczliwie, wyciągnął pistolet, odbezpieczył i trzymając go w ręce wyciągniętej ponad plecakiem, wczołgał się ostrożnie do jamy. Gdzieś w górze rozległ się ostrzegawczy krzyk, ciemność zakotłowała się w dźwięku kroków i zgrzycie odbezpieczanej broni, a promienie latarek oświetliły wejście jamy w chwili, gdy Ołeh odwrócił głowę i dostrzegł przeraźliwy, jaskrawy blask oświetlający jego stopy. Szarpnął i podkurczył nogi, światło zabłysło na sprzączkach jego wojskowych butów, a z ciemności rozległ się krzyk:

– Mamy go! Mamy!

Ołeh nie słuchał. Wyciągnął latarkę i w jej mętnym świetle przesuwał się ostrożnie w głąb tunelu, popychając przed sobą plecak, wpatrzony w ciemność ponad szczerbinką pistoletu. Wiotkie korzenie drzew, pełznące wrzecionowatą spiralą wzdłuż ścianek tunelu, zwieszały się jak nitki, ślizgały po ubraniu i przywierały do okularów maski. Odgarniał je ze złością, a przy każdym poruszeniu ziemia obsypywała się na niego szeroką kaskadą. Drobinki piasku przylegały do skóry pod kołnierzem i rękawami maskałatu. Oddychał z wysiłkiem. Czuł pulsowanie w skroniach, a wszystkie dźwięki, zniekształcone przez membrany maski, były przytłumione i niewyraźne. Refleksy światła, tańczące na okularach maski, oślepiały go, a pot zalewał oczy.

Tunel obniżał się łagodnym łukiem w głąb ziemi i zwężał, utrudniając poruszanie. Światło latarki lizało ścianki tunelu, wydobywając z ciemności pręgowane wnętrze, podobne do kanału rodnego, przez który przeciskał się Ołeh, a strach dławił jego oddech i odbierał siły.

Ołeh nie słyszał okrzyków dobiegających z powierzchni, nie słyszał nawoływań ścigających go ludzi, nie słyszał nic poza własnym oddechem i szumem krwi pulsującej w skroniach. Brnął w lepką ciemność z przeświadczeniem, że cokolwiek spotka na końcu swej drogi, nie będzie to dla niego straszniejsze i bardziej okrutne od ludzi, których cienie w tym momencie krzyżowały się w świetle latarek na piasku przed wejściem do tunelu.

Latarka podskoczyła mu w dłoni, światło zabłysło na szkłach okularów, oślepiając, a Ołeh poczuł dziwne szarpnięcie, pęd powietrza a potem runął w mrok. Plecak zamortyzował upadek. Przetoczył się po ziemi i wylądował na kolanach. Latarka wypadła mu z rąk, potoczyła się po ziemi, oświetlając wirującym światłem miejsce, w którym nagle się znalazł. Odruchowo rzucił się w kierunku latarki, złapał ją drżącą ręką – mignęła i zgasła, potrząsnął i krzyknął z radości, gdy jasny promień rozciął ciemność.

Głos zamarł mu w gardle. Zamrugał powiekami, próbując odgonić obraz, który wytrawiał mu oczy. Tuż przed nim, na wyciągnięcie ręki, leżała sterta ludzkich ciał. Wykrzywione, otwarte usta chłonące światło. Puste oczodoły. Szponiaste dłonie, wykrzywione w przedśmiertnym skurczu. Plątanina rąk. Rozprute korpusy. Puste skorupy o woskowej skórze, ułożone w zapadnięty stos, na którego szczycie, w plątaninie wyciągniętych bezwładnie rąk, pod dzwoniastym sklepieniem nory, siedział snork.

Głośne warczenie mutanta przenikało membrany maski i zapładniało umysł Ołeha strachem, już nie wyobrażeniem, tylko zupełnie namacalną, nieoswojoną trwogą, która ścina krew w żyłach i odbiera zdolność myślenia. Ołeh patrzył z przejęciem na snorka, który w blasku latarki bardziej przypominał wydłużony cień człowieka niż żywą istotę. Promień latarki przemknął nad martwymi twarzami wtłoczonymi w plątaninę ciał przez ciężkie, wojskowe buty snorka, omiótł jego długie i silne nogi, wąski tors, który poruszał się w rytm szybkiego oddechu rozsadzającego wrośnięty w skórę mundur wojskowy, i popłynął w górę, wzdłuż szczupłych rąk zakończonych szponiastymi palcami, aż do odrażającego pyska, obleczonego maską gazową z oderwanym pochłaniaczem.

 Światło latarki zamigotało i zgasło. Ołeh spojrzał z przerażeniem na gasnące włókno żarówki, potem potrząsnął latarką i uderzył nią o udo. Znów rozjarzyła się słabym światłem.

Ołeh szybko uniósł latarkę i zaświecił wprost w pysk snorka. Koliste refleksy zalśniły na szkłach maski przeciwgazowej, za którymi żarzyły się przekrwione ślepia. Snork wyprężył się z przeciągłym warknięciem i zasłonił dłonią pysk, a ukośny cień ręki położył się wąskim pasmem w poprzek jego głowy. Spod rozdarcia maski przeciwgazowej błysnęły oślinione kły.

Snork opuścił rękę i stał nieruchomo, chwiejąc się w blasku latarki. Samotny mim, gotowy odegrać przedstawienie w białym kręgu światła.

Ołeh już wiedział, co stanie się za krótką chwilę. Już oswoił ciemność. Podniósł broń i wycelował ponad latarką, a gdy snork naprężył mięśnia i skoczył – smukły kształt przecinający krąg światła w wirujących drobinkach piasku – Ołeh szarpnął się do tyłu, podkulił kolana do piersi i pociągnął za spust pistoletu.

Promień latarki zawirował w powietrzu, zatoczył ostry łuk i zgasł. W blasku ognia, w oparach dymu prochowego, dwie postaci splecione na ziemi. Krótkie uderzenia pazurów tnących rozbłyski światła. Przeciągły ryk snorka. Krzyk człowieka. W stroboskopowych błyskach wystrzałów objawia się wykrzywiona twarz pod maską przeciwgazową i znika, w następnym widać szpony przecinające smugę dymu, w kolejnym mgłę krwi, w innym strzępy ciała eksplodujące w odłamkach szkła z rozbitej maski, a w ostatnim, po którym słychać już tylko suchy trzask iglicy, widać człowieka klęczącego nad ciałem zabitego wroga.

Pistolet wysunął się z dłoni Ołeha i z głośnym mlaśnięciem upadł na ziemię. Chłopiec klęczał z opuszczoną głową i rękoma zwieszonymi na udach. Lewy okular maski znaczyła pajęczyna pęknięć, a wewnętrzna powierzchnia szkieł zaszła delikatną mgiełką pary. Ołeh musiał zmrużyć oczy, by cokolwiek zobaczyć w ciemności. Przypomniał sobie miejsce, gdzie upadła latarka i odnalazł ją, błądząc palcami po lepkiej glinie.

Potrząsnął latarką. Na chwilę rozbłysła nikłym światłem i zgasła. Drżącymi rękoma otworzył obudowę, wyjął baterie, sprawdził, czy blaszki styków są na miejscu, potem ponownie włożył baterie zamieniając je miejscami. Przesunął włącznik latarki i szybko odchylił głowę, gdy promień zaświecił mu wprost w oczy. Odnalazł pistolet i trzymając latarkę pod pachą, zmienił magazynek. Omiótł snopem światła podziurawione pociskami ciało snorka, ponad którym unosiła się mgła parującej krwi zmieszana z szarą smugą dymu prochowego. Przyklęknął i patrzył przez chwilę na stygnącego trupa. Potem odwrócił wzrok i przesunął światło latarki w stronę niewyraźnego, przeciągłego dźwięku, dobiegającego z głębi jamy, gdzie leżała sterta ciał. Ołeh wzdrygnął się z obrzydzenia. Strzelając do snorka, trafił kilka napuchniętych ciał i teraz zapadały się w głośnym syku gazów uchodzących przez otwory po kulach. Snująca się się nad nimi smuga dymu prochowego podrygiwała w nierównym rytmie. Ołeh odruchowo dotknął dłonią maski przeciwgazowej i przesunął opuszkami wzdłuż jej gumowych krawędzi, sprawdzając, czy dobrze przylegają do skóry.

Wstał i rozejrzał się uważnie. Na wysokości jego twarzy, po prawej stronie, znajdowało się wejście do tunelu, przez który wpadł do jamy. Ołeh podszedł bliżej i zajrzał do środka. Na końcu biegnącego ukośnie w górę tunelu dostrzegł rozgwieżdżone niebo. Cofnął głowę i rozejrzał się po wnętrzu. Nora była dość duża, pod jej gliniastą kopułą mógł stanąć wyprostowany i przejść swobodnie kilka kroków. Na półkolistym sklepieniu jamy wiły się splątane korzenie drzew, podobne do pajęczej sieci pęknięć w stropie dawnej katedry, tworzyły nawisy, opuszczały się niczym stalaktyty, cienkie jak nici, kosmate i powykręcane, zwielokrotnione przez pełzające cienie, przyjmowały przeróżne kształty, przez co zdawały się być w ciągłym, pulsującym ruchu, podobne do szpon wyciągniętych w stronę ciał leżących pod nimi. Woda sącząca się ze ścian połyskiwała w nikłym świetle latarki, a dźwięk spadających kropel przenikał przez membrany maski przeciwgazowej i zwielokrotniony, pulsował nierównym rytmem w skroniach Ołeha.

Wlot tunelu rozświetlił mocny snop światła, wydobywając z ciemności wnętrze jamy. Drobinki kurzu zatańczyły w jego blasku. Ołeh cofnął się pod ścianę i zgasił własną latarkę. W kręgu światła na dnie jamy pojawił się wydłużony cień człowieka. Ołeh wychylił głowę i zobaczył na końcu tunelu kolano i rękę mężczyzny niedbale opartego o wejście. Po chwili usłyszał jego głos:

– Żyjesz?

Nie odpowiedział. Mężczyzna przysunął głowę do brzegu tunelu i wykrzyknął:

– Ołeh! Żyjesz?

Potem zapalił papierosa i czekał, nasłuchując. Ołeh poczuł, że maska przeciwgazowa zaczyna uwierać go w twarz. Przełknął ślinę.

– Znasz moje imię? – zapytał ostrożnie.

– A znam.

– Skąd?

– A po co ci to wiedzieć? Wyłaź, to ci powiem.

– Nie wyjdę.

– Głupiś. Słyszeliśmy strzały. Natknąłeś się na snorka?

– Tak. Leży ubity.

– Ładnie, Ołeh. Nie co dzień zdarza się zabić mutanta.

– Skąd znasz moje imię?

– Sam mi powiedziałeś.

– Ja?

– Ty. A weź poproś, to ci wszystko po kolei opowiem.

– Spierdalaj.

– Takiś hardy? Zobaczymy! – Głos zamilkł na krótką chwilę. – Zabiłeś snorka… – Mężczyzna pokręcił głową a jego cień zadygotał na dnie jamy. – Ołeh, a powiedz ty mnie: ubiłeś kiedy człowieka?

– Nie.

– Ty ubił, a nawet nie wiesz kiedy. I nie jednego, a dwóch. A nawet trzech jak liczyć tego przy ognisku. Widzisz, jak to dziwnie się w życiu układa.

– O czym ty mówisz?

– Nie wiesz? Sam przy ognisku wygadałeś, że z paczką dla Omelianiuka idziesz. Co żeś zamilkł? Ciężko na sercu?

– Ciężko.

– Wystarczyło ci samogonu podlać i wygadałeś wszystko jak na spowiedzi. I pytać za wiele nie trzeba było. Sam żeś powiedział. Że Omelianiuk cię wybrał, żeby ruble do Czarnobyla zanieść. Takiś ważny! Już przy ognisku chcieli cię ubić, aż musiałem jednego ze swoich usadzić. Potem skrzyknąłem paru ludzi i oto jesteśmy. – Mężczyzna zakasłał, przegonił dłonią obłok dymu tytoniowego i kontynuował: – A wiesz, najbardziej to mnie Asdajewa szkoda. Dobry był chłop! Za jednego takiego wolałbym pięciu Ołehów do piachu posłać. Się obsadzał! Jego szczeniaka też szkoda, bo nie miał lekkiej śmierci. A biedny Asdajew zdechł i nawet nie wiedział, że przez ciebie. Tak tu bywa, że czasami się obrywa i nawet nie wiadomo od kogo. Śmierć nie ma twarzy. A właśnie! Ty mnie widzisz z tej jamy?

– Nie.

– A nie mówiłem? Śmierć nie ma twarzy. – Mężczyzna złożył ręce i niczym gorliwy apologeta nieznanej religii, w uniesieniu wykrzyknął: – Ołeh, dogadajmy się! Ja dobry dowódca! Ja pięciu ludzi na ziemię snorków poprowadził i tylu ze mną wróci. A może więcej, jak się przyłączysz. Pomyśl.

– Nie.

– Dobra, nawet taki głupek jak ty swój rozum ma. Nie będę kłamał. Głowy stąd nie wyniesiesz. Ale obiecuję, że jak wyjdziesz z pieniędzmi, to skończymy to szybko. Nawet nie poczujesz. – Zamilkł. Ołeh usłyszał pstryknięcie palcami i niedopałek papierosa wpadł do tunelu, przeciął snop światła i upadł w ciemności. Żarzył się jeszcze przez chwilę, po czym zgasł. – Wiesz, dam ci chwilę… – odezwał się ponownie mężczyzna. – Przemyśl sprawę. Nie będę ci przeszkadzał. Wrócę za kilka minut.

Cień mężczyzny zniknął. Ktoś na górze wyłączył również latarkę i jamę zalała ciemność. Ołeh rozejrzał się bezradnie. Przez chwilę stał ze zwieszoną głową, a potem podszedł do sterty ciał leżących na ziemi. Wyciągnął rękę, dotknął zimnej skóry jednego z trupów. Zadrżał.

– Zimno nie promieniuje – wyszeptał.

Przełamując obrzydzenie przeciągał woskowe ciała pod jedną ze ścian nory. Kruszyły się w dłoniach, a ciągnięte po ziemi obierały ze skóry aż do poczerniałych kości. Ułożył je niczym worki z piaskiem w wojskowej barykadzie, na koniec przeciągnął martwego snorka i rzucił na wierzch. Wcisnął się między trupy i wymierzył z pistoletu w kierunku wlotu tunelu.

– Dasz pieniądze? – Ponownie rozległ się znajomy głos. – Noc już późna a my jeszcze musimy wrócić. Zlituj się w końcu, ludzi mam zmęczonych. Chcą iść spać. Dasz?

– Dam.

– To daj i wyłaź. Obiecuję: nic nie poczujesz.

– Nie wyjdę. Wpuść linkę, przywiążę kasę i idźcie w cholerę.

– Jak wolisz. W końcu stamtąd masz bliżej…

Długi kawałek liny pacnął o ścianki tunelu obsypując ziemię. Ołeh sięgnął po jej postrzępioną końcówkę, zawiązał supeł na szelkach plecaka i pociągnął. Linka naprężyła się i powędrowała w górę. Usłyszał ich radosne śmiechy, gdy wyciągali paczkę. Szeptali między sobą.

A potem nastała cisza. Ołeh przysunął się bliżej tunelu i nachylił głowę, by dosłyszeć złowrogie słowa płynące z ciemności:

– No, chłopaku… Czas na ciebie.

Krótkiego szczęknięcia odskakującej łapki granatu już nie usłyszał. Szarpnął się gwałtownie i wturlał między ciała leżące pod ścianą. Zaległ między galaretowatymi kształtami, nakrył jednym z rozprutych trupów i ponad jego ohydnie wyszczerzoną twarzą dostrzegł granat, który leniwie wturlał się przez otwór tunelu. Ołeh objął rękoma to zimne ciało, przytulił do siebie jak brata i zamknął oczy. W oślepiającym błysku wybuchu uniosła się ziemia nad jego głową i zapadła z głuchym sapnięciem, grzebiąc wszystko w swych trzewiach.

 

 

Ciemność był zimna i lepka. Przez długi czas leżał bez ruchu, a gdy już przebrzmiał huk wybuchu i Ołeh odważył się poruszyć dłońmi, poczuł pod palcami galaretowatą maź, zmieszaną z grudkami ziemi, kości i materiału. Otaczała go szczelną warstwą, przylegała do ciała, wdzierała pod maskałat, a gdy próbował przetrzeć okulary maski przeciwgazowej, opuszki palców przylgnęły do szkła. Przesunął ostrożnie dłońmi wzdłuż ciała, aż natrafił na głowę trupa spoczywającego na jego piersi. Wsunął palce w jego otwarte usta i odepchnął od siebie. Potem błądził na czworakach po dnie jamy i ostrożnie, jak ślepiec, badał ziemię przed sobą. W końcu usiadł skulony pod ścianą, wyjął latarkę i włączył ją ostrożnie.

W mdłym, chybotliwym świetle dostrzegł, że wskutek wybuchu część nory zapadła się do środka a jej druga strona wybrzuszyła, odsłaniając fragment kolejnego tunelu. Chłopiec doczołgał się do tego miejsca, odgarnął rękoma obsypaną ziemię i wpełzł do środka. Oświetlając drogę latarką, brnął ciasnym tunelem, aż dotarł do rozwidlenia, skręcił w jego odnogę biegnącą w prawo i pełzł dalej, zapierając się kolanami i łokciami w grząskiej ziemi. Zagłębiał się w ciemność rozjaśnioną światłem latarki, w ciszy przerywanej tylko szumem opadających grudek ziemi i nierównym oddechem, zduszonym przez maskę przeciwgazową. Pot zalewał mu oczy.

Ołeh nie pamiętał, ile czasu minęło, nim dotarł do miejsca, gdzie wśród splątanych korzeni nad jego głową poczuł ciepło płynące z góry przez warstwy ziemi i gliny. Dotknął dłonią sklepienia tunelu i nasłuchiwał. Ponad nim, gdzieś na ziemi płonęło ognisko, i słyszał chodzących wokół niego ludzi, a ciężkie dudnienie ich butów, niesione echem przez tunel, upodabniało je do kroków stawianych przez pradawnych olbrzymów z legend. Ołeh przycisnął dłoń do gorącej gliny i nasłuchiwał, próbując wyobrazić sobie ludzi, którzy teraz siadali przy ognisku i wyciągali ręce do ognia, luzowali opinacze i pasy, rozpinali sprzączki i zdejmowali ciężkie oporządzenie, odkładali broń, by spokojnie rozwinąć śpiwory, wyciągali jedzenie i posilali się blasku ognia, a potem zasypiali pod rozgwieżdżonym niebem. Pomyślał jeszcze o zimnych ciałach leżących wśród traw i zalała go złość na tych ludzi, którzy sprowadzili śmierć na jego towarzyszy i ścigali ich jak stado bestii. Zaklął i ze zdwojoną siłą ruszył w dalszą drogę.

W pewnej chwili dostrzegł, że jakiś dziwny, obły kształt zasłania prześwit tunelu. Gdy blade światło latarki padło na podeszwy wojskowych butów i nogawki poszarzałego maskałatu, zrozumiał, że ma przed sobą ciało żołnierza. Podpełznął ostrożnie, poświecił latarką a potem wcisnął się między ściankę tunelu i wysuszone ciało, delikatnie ujął za wychudzone piszczele i odsunął je na bok, przeczołgał się dalej, obok zapadniętej piersi i twarzy wyszczerzonej w przedśmiertnym grymasie, ostrożnie położył dłoń na głowie martwego i przesunął ją na bok, i już chciał czołgać się dalej, gdy pod palcami poczuł zimny, doskonale znany kształt kolby kałasznikowa.

Zatrzymał się i przyświecił latarką. Dostrzegł rozlatujący się w rękach, parciany pasek przewieszony przez szyję żołnierza i wystającą spod jego głowy lufę karabinu. Była chropowata w dotyku i powleczona rdzawym nalotem. Ołeh wcisnął dłonie pod plecy martwego żołnierza i wyciągnął kałasznikowa.

W świetle latarki broń mieniła się czerwoną barwą. Gdy poruszył suwadłem, rdzawy nalot pękł jak spieczona glina i w czerwonawym obłoku kurzu dostrzegł nabój wchodzący do komory zamkowej. Potrząsnął bronią, potem odpiął magazynek, sprawdził liczbę naboi i podpiął ponownie. Kolbę i łoże kałasznikowa pokrywały głębokie wżery, ale zakonserwowane drewno zachowało się dobrze. Spojrzał na wykrzywioną twarz żołnierza, a potem przejrzał jego ładownice na piersiach. Znalazł jeszcze dwa magazynki i zestaw do czyszczenia broni. Trzymając kałasznikowa przed sobą ruszył w dalszą drogę przez tunel.

A potem poczuł powiew zimnego powietrza na odsłoniętych dłoniach i dojrzał odległe światła gwiazd.

 

Błądził w niebieskawej poświacie księżyca, czasami przystawał i spoglądał w kierunku odległego ogniska, potem szedł dalej ze zwieszoną głową i kałasznikowem przewieszonym na pasku przez ramię. Rozmyta smuga dymu unosiła się chybotliwie ponad trawami. Między trawiastymi pagórkami nad brzegiem rzeki natknął się na niewielką kotlinę, okoloną dokoła skarlałymi wierzbami, na dnie której zebrała się woda. Usiadł na brzegu, zdjął torbę od maski przeciwgazowej i bluzę od maskałatu, sprawdził odczyt dozymetru, a potem ostrożnie, trzymając nad głową kałasznikowa, zanurzył się zimnej wodzie. Usiadł na dnie niecki z podkurczonymi nogami, karabin położył na kolanach i rozglądał się wokół z zaciekawieniem jak dziecko. Cienie poskręcanych drzew krzyżowały się na powierzchni wody, ponad którą wystawał tylko jego głowa.

Wyszedł na brzeg dygocząc z zimna i stanął w ociekającym wodą ubraniu. Oparł kałasznikowa o drzewo i rozebrał się do naga. Pozbierał niedbale ciśnięte na piasek ubrania, wrzucił do wody i wyszorował piaskiem. Potem wycisnął je dokładnie i założył, a zimny materiał natychmiast przylgnął do jego ciała. Wylał wodę z butów i również wzuł na gołe stopy.

Następnie wziął do ręki ociekający wodą karabin i ułożył na rozpostartej bluzie od maskałatu. Przez długą chwilę przyglądał się broni, następnie przyklęknął i dotknął jej palcami. Była zimna i szorstka w dotyku. Z nabożnym niemal szacunkiem powiódł ręką wzdłuż tłoczonej z blachy komory zamkowej, starł pokrywający ją nalot smaru i rdzy, musnął suwadło i układ celowniczy, a potem spojrzał na swoje otwarte dłonie i zadrżał, gdyż wydało mu się, że ma krew na rękach.

Nachylił się i ostrożnie podniósł kałasznikowa, przytrzymał go lewą ręką za łoże a prawą oparł na magazynku. Błądził kciukiem w poszukiwaniu zatrzasku, w końcu znalazł, wcisnął i niewprawnym ruchem odłączył magazynek. Przez chwilę ważył go w dłoni, potem odłożył na bok. Znów popatrzył na karabin, opuścił bezpiecznik, odciągnął suwadło i zajrzał do komory nabojowej. Była pusta. Zwolnione suwadło odskoczyło z głośnym trzaskiem.

Powoli rozbierał kałasznikowa na części. Na początku odłączył pokrywę komory zamkowej, potem wyjął mechanizm powrotny, na końcu odłączył suwadło i zamek. Dokładnie wytarł poszczególne elementy i naoliwił, oczyścił lufę i zamek z nagaru, a gdy ponownie złożył kałasznikowa, długo jeszcze trzymał go w rękach, odciągał suwadło, zwalniał, wciskał spust i nasłuchiwał uderzeń kurka o iglicę. Na koniec wyłuskał naboje z magazynków, policzył, wytarł z osadu i ponownie załadował. Miał trzy magazynki i osiemdziesiąt pięć sztuk amunicji. Jeden z magazynków zapiął do kałasznikowa, pozostałe dwa schował do ładownic na piersi.

W popielatym świcie wyruszył w stronę odległej smugi dymu kłębiącej się ponad horyzontem. Samotny jurodiwy przemierzający martwe pustkowia w porwanym maskałacie i cuchnących butach, z rękoma kurczowo zaciśniętymi na karabinie, prawie niewidoczny w mdłym obłoku pary z przemoczonych ubrań. Już nie przestraszony chłopiec, zagubiony na ziemi niczyjej, tylko mężczyzna, gotowy nieść śmierć swoim wrogom. Szedł nieśpiesznym krokiem w upiornej ciszy nieruchomych traw a pierwsze promienie wschodzącego słońca przeganiały ciemność sprzed jego stóp.  

Gdy był już tak blisko ogniska, że poczuł woń dymu snującego się między trawami, zwolnił i ostatnie kilkadziesiąt metrów pokonał idąc nisko pochylony tuż nad ziemią. Wczołgał się na niewielkie wzniesienie i wyjrzał ostrożnie z zarośli.

Poniżej, w odległości nie większej niż sto metrów, paliło się niewielkie ognisko, przy którym w śpiworach spało dwóch ludzi. Jeden siedział przy ogniu, a kolejny stał na granicy światła. Ołeh policzył ich w myślach. Rozejrzał się uważnie.

Po upływie godziny dostrzegł mężczyznę zmierzającego w stronę ogniska. Szedł powoli, trzymając niedbale kałasznikowa wspartego na ramieniu. Podniósł się wiatr i targał rogami jego wojskowej peleryny.

Przy ognisku siedział już tylko jeden człowiek. Pozostali spali. Spojrzał na nadchodzącego mężczyznę i zaśmiał się. Ołeh odciągnął rączkę suwadła kałasznikowa. Pocisk wskoczył do komory. Nadchodzący z ciemności bandyta stanął odwrócony plecami do Ołeha. Pochylił się nad siedzącym mężczyzną.

– Mieliście mnie zmienić! – powiedział. – Zmarzłem na…

Ołeh zacisnął spierzchnięte wargi, wstrzymując oddech. Przycisnął kolbę do ramienia, wymierzył starannie i powoli wypuścił powietrze z płuc, jednocześnie ściągając spust. Kałasznikow zadrżał mu rękach i plunął ogniem w oparach dymu prochowego. Jeszcze nie przebrzmiał huk pierwszego wystrzału, gdy Ołeh ponownie nacisnął spust. I po raz kolejny. I znów. A po dwudziestym ósmym wystrzale oparł palec wskazujący o kabłąk spustu, uniósł broń i czekał cierpliwie, aż rozwieje się dym, unoszony z wiatrem w głąb ziemi niczyjej. Zamknął oczy i sycił się obrazem utrwalonym pod powiekami. Widział mężczyzn zrywających się z ciepłych posłań i padających w gradzie kul, ich otwarte do krzyku usta i dłonie wyciągnięte w stronę leżącej broni, przestraszone twarze o zaspanych oczach i ciała żłobione ciężkimi pociskami we mgle krwi i dymu z rozrzuconych węgli. 

Wokół ogniska leżeli martwi bandyci z otwartymi ustami i oczami sklejonymi popiołem. Rozgrzane do czerwoności węgle, rozrzucone po całym obozie, gasły z sykiem w piasku. Jeden z bandytów, z odstrzeloną ręką i połową twarzy, leżał w żarze i płonął jak pochodnia. Ciemne kłęby dymu zakryły go zupełnie. Kolejny, niemal przecięty wpół, leżał zawinięty we własne wnętrzności. Inny darł rękoma ziemię, a krew z uszkodzonych tętnic opadała wysokim łukiem na piach. Ołeh odpiął magazynek, syknął z bólu, gdy sparzył się o rozgrzaną lufę i założył kolejny, pełny. Dostrzegł, że jeden z bandytów porusza się niespokojnie i próbuje wstać, pomimo, że nie ma dolnej szczęki i lewej stopy, więc przymierzył i strzelił, trafiając go w poniżej ucha, a mózg z pozbawionej czerepu głowy wypłynął na ziemię jak rozlane mleko.

Czekał cierpliwie, aż opadnie kurz nad obozowiskiem i zgasną ostatnie, rozrzucone węgle. Potem zszedł w dolinę i snuł się między okrwawionymi ciałami, przy niektórych przyklękał i patrzył na wykrzywione twarze, dotykał ich dłońmi i obracał ku światłu, chcąc przyjrzeć się dokładnie i zapamiętać, przy jednym znalazł pełną manierkę z wodą, więc odkręcił korek i pił łapczywie, a zimna woda o metalicznym smaku spływała mu po brodzie i kapała na zakrwawioną ziemię. W jednym z plecaków znalazł tuszonkę, otworzył ją nożem i ogrzał w gorącym popiele. Potem przykucnął pomiędzy ciałami i jadł gorące mięso, wybierając je palcami wprost z puszki ustawionej na ziemi.

Gdy już najadł się do syta, znów błądził między ciałami w ciszy rozdzieranej jedynie skrzypieniem jego butów na piasku. Ze znalezionych lekarstw wybrał dwie tabletki jodku potasu, każda po sto miligramów, połknął i popił wodą, resztę schował do kieszeni maskałatu, konserwy wyjęte z plecaków ułożył w stos, dorzucił wojskowy tarp, pas z oporządzeniem, bagnet, maskę przeciwgazową z pochłaniaczem i parę butów zdartych z jednego z trupów, wysokiego mężczyzny o zaskakująco małych stopach.

Przy ognisku leżało kilka sztuk kałasznikowów, wcześniej ustawionych w stos, teraz przewróconych niedbale. Większość pod warstwą smaru miała chińskie oznaczenia, ale znalazł jeden produkcji rosyjskiej, podniósł go i obejrzał dokładnie, porównał z tym starym, przewieszonym przez ramię, a po zastanowieniu odłożył, przepinając tylko nowy trójpunktowy pasek. Wymienił stare magazynki na nowe i schował do ładownic, przejrzał portfele zabitych bandytów, znalezione pieniądze schował do kieszeni, a kilka zdjęć, które wypadły ze środka, rzucił na rozżarzone węgle w ognisku. Patrzył, jak podnosi się jasny płomień, liże zmięte fotografie o postrzępionych brzegach, wytrawia uśmiechnięte twarze kobiet i dzieci, i zamienia je w popiół.

W jasnych promieniach wschodzącego słońca odnalazł w jednym z plecaków rozdartą paczkę z pieniędzmi. Wyciągnął ją i wtedy okazało się, że cała jest okrwawiona, poznaczona kolistymi śladami pocisków, części pieniędzy brakuje, a kilka plików rubli jest okopconych. Ołeh rozerwał folię, wodą zgasił żar tlący się na banknotach i wrzucił je do plecaka. Długo jeszcze chodził między ciałami, przeglądał kieszenie, wybierał zmięte banknoty i przekładał do plecaka. Na koniec zasznurował dokładnie zapięcie.

Po raz ostatni wyruszył w wędrówkę między ciałami, odpinał manierki wiszące przy paskach martwych bandytów, już posiniałych i sztywniejących w porannym słońcu, kolejno podnosił i przelewał wodę do własnej, jak upiorny cyrulik błądzący między ciałami, i pilnował przy tym, by nawet kropla nie spadła na ziemię. Potem zgarnął konserwy z ułożonego wcześniej stosu, schował w kieszeniach plecaka, przypiął bagnet, zmienił buty na nowe, pasek torby maski przeciwgazowej przewiesił na ramieniu, założył plecak i ruszył w kierunku wzgórz.

Zatrzymał się szczycie jednego ze wzniesień, spojrzał w kierunku obozu, a gdy dostrzegł między leżącymi ciałami sylwetki przemykających snorków, pokiwał głową ze zrozumieniem, poprawił wiszący na pasku kałasznikow i zniknął w słońcu.

 

Koniec
Nowa Fantastyka