- Opowiadanie: Mal B - One

One

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

One

 

Anna Słoncz „Kobieta z grzywką”

One

Dorota pierwsza wyłoniła się z bieli. Czarna grzywka, przymknięte oczy z długimi rzęsami, dziecięca cera, niedomknięte usta i te wielkie zęby, jak pierwsze stałe jedynki między mleczakami. Zamrugała i uśmiechnęła się bezmyślnie.

– Dzieci są?

– Tak Dorotko – odpowiedziałam – a gdzie miałyby pójść?

Rozejrzała się po sali. Dzieci spały niespokojnie, Pamela coś mamrotała, Kacper oddychał ciężko, chwilami pochrapywał.

Druga wyłoniła się Monika. Jej dzieci jak na komendę westchnęły przez sen. Spojrzała spod oka na Dorotę.

– Znowu włóczyłaś się za Mariuszem?

– Co cię to obchodzi? Będę robiła co mi się zachce!

Pochyliłam się nad Malwiną. Dziecko zaczęło wiercić cię niespokojnie i Monika cofnęła się pod ścianę, gdzie spały jej córki.

– Chodź Dorotko – powiedziałam – pozamykamy okna. Jak my tego nie zrobimy, to nikt tego nie zrobi. Kacper śpi w przeciągu.

– Znalazły to jego lekarstwo?

– Inhalator? Nawet nie szukały, głupie cipy. Przyniosłam mu nowy i położyłam na szafce, znajdzie rano.

– Skąd wzięłaś?

– Z apteki, a niby skąd?

– A, no tak – myślała już o czym innym. – Wiesz, że siostra Wanda była tu już wtedy…

– Jak ty tu mieszkałaś? Tak, wiem. Chodź, schowamy jej okulary.

– A jak znów uderzy Kacpra?

– To je stłuczemy.

Skoro możliwa jest reinkarnacja, to deinkarnacja też. Niby czemu nie? To znaczy ja nie weszłabym w ciało drugiego człowieka, ale zdecydowanie i ostatecznie wyszłabym ze swojego losu. Kim jestem, skoro im matkuję, a własnej córki nie umiałam obronić. Czasem dopiero po śmierci budzi się w nas miłość. Sylwia była inna, niż ja. Spokojna, pewna siebie. Nie rozumiałam jej, a ona nawet nie próbowała mi się z niczego tłumaczyć. Myślałam, że jej nie zależy, a ona po prostu nie panikowała. Z facetami radziła sobie lepiej, niż ja. W końcu zerwała z tym Mariuszkiem, Casanową za dychę, wyszła za policjanta, straciła dwie ciąże, w końcu urodziła mu zdrowego chłopca. Jedyne dobre co dla niej za życia zrobiłam, to że jakimś cudem udało mi się wziąć na siebie tego tętniaka. Nie przeżyłaby porodu, a ze mnie i tak żaden pożytek. Do tej pory nie wiem jak mi się to udało. I znów zaskoczenie. Ciągle przychodzi na mój grób, świeczki mi zapala i nawet słoneczniki wiosną przynosi. Jestem pewna, że nigdy jej nie mówiłam, że je lubię. Niewiele rozmawiałyśmy.

*

Mężczyzna prowadził pewnie, spokojnie. Chwilami czuł, jakby zrósł się z samochodem. Nabrał nawyku oceniania ludzi z poziomu fotela, zdarzało mu się potem zdziwić, że ktoś jest niski, albo wysoki. Była czwarta, w zachodzącym słońcu śnieg miał lekko różowy odcień, ten brudny na chodniku też. Z daleka zobaczył, że przed blokiem bawią się jego dzieci, Malwina, Pamela i Natalia. Natalia, tylko to imię mu się podobało. Miała sześć lat i niestety, była podobna do niego. Będzie miała powodzenie, powiedział do siebie bez przekonania. Wszystkie trzy urodziły się niemal rok po roku, Malwina, bo Monika myślała, że nie może mieć dzieci, Pamela, bo nie wzięła tabletki, a Natalia… bo miała się tacie urodzić. Siostry trzymały ją między sobą za ręce. Ucieszył się, że jego dzieci bawią się pod blokiem, jak za jego czasów. Wtedy wszystkie dzieci bawiły się na podwórku. Ale Monika nie pozwalała. Kiedy ona była mała, dzieci nie bawiły się już pod blokiem, chociaż było bezpieczniej niż dwadzieścia lat wcześniej.

Potem myślał, że musiał zapatrzeć się na dzieci i nie zauważył tej kobiety. Zahamował, a ona tylko lekko oparła się ręką o maskę. Opanował złość.

– Czy pani się bardzo śpieszy? – zawołał.

Kobieta spojrzała na niego zaskoczona. Nie ruszyła się.

– Jak się pani śpieszy, to może podwiozę? – gdyby wydarł się na nią, dzieci pewnie by go usłyszały. Kobieta nie drgnęła. Dopiero teraz zauważył, że była bez kurtki, miała na sobie sweter, luźną spódnicę i tenisówki. Co dziwniejsze, nie miała nawet torebki, czy plecaka. Śmieci wyszła wyrzucić? – Halo, mówię poważnie. Podwieźć panią?

Kobieta pokręciła głową. Jaka kobieta, pomyślał, dziewczyna. Nadal mu się przyglądała.

– Coś pani lekko ubrana. Do domu pani biegnie?

– Zawsze tak chodzę.

Dalej stała i przyglądała mu się trochę nieobecnym wzrokiem.

– Czy ja mam panią wyminąć, czy przejdzie pani w jedną, albo w drugą stronę? – znów się zezłościł. Łatwo tracił nad sobą panowanie, a ta mała wyjątkowo go irytowała. Kogoś mu przypominała. Była bardzo młoda, jej buzia nie nagrała jeszcze kobiecego wyrazu. Bardziej przypominała Malwinę, niż dorosłą kobietę. Nawet zęby miała jakieś dziecinnie nierówne.

Cofnęła się a on ruszył gwałtownie. Przez tych kilka minut zrobiło się szaro, śnieg nie miał już różowego odcienia, rozciągał się burymi hałdami po chodniku. Z niepokojem zerknął na córki. Właśnie, a co to się stało, że Monika nagle pozwoliła im samym wyjść samym przed blok?

*

Zdradzę wam sekret: życie jest śmiertelne. Przylatujemy znikąd przezroczyści bez zamiarów, wolnej woli, bez osobowości. Dopiero wasze ciała dają nam charakter, wiarę i pragnienia. Kiedyś zaplątałam się niechcący w kobietę w kawiarni. Siedziała tam, gdzie ja kiedy czekałam na pewnego faceta. Przeraziłam się, że będę musiała w niej zostać. Dziwnie pachniała, miała niewygodny biustonosz i jakieś takie miękkie ciało. Paliła papierosy, ale to mi akurat nie przeszkadzało. Spojrzenie zawiesiła w przestrzeni, szybko zorientowałam się, że faceci wpatrują się w nią. Może to przez ten dziwny stanik. Szybko z niej wypadłam. Otrząsnęła się lekko i zaciągnęła się papierosem. Uważaj na tego kurdupla w dresie – szepnęłam jej jeszcze – Zaraz pójdzie do łazienki, wtedy wyjdź. Połóż dwie dychy na stole, nie teraz, bo zauważy! Tak, masz je w portfelu, nie grzeb teraz. Gwałtownie wypuściła dym, wiedziałam, że usłyszała.

*

Kropla po kropli łączymy się w to co było i w to co będzie.

– A ty miałaś kiedyś dziecko? – odezwała się nagle Dorota.

– Nie – odpowiedziałam stanowczo. Musiała w końcu o to spytać.

– Tak, ale coś czujesz, mocno. Miałaś dziecko? Powiedz mi.

– Poroniłam – byłam przygotowania na to pytanie. Wszystkiego nie da się ukryć.

– A, to tak jak ja – powiedziała naiwnie. – Ale chyba późno, bo czujesz mocno.

– W piątym miesiącu. Dziewczynka – tego też by się domyśliła.

– Czuję, że córka… Tak. Strasznie dużo o niej… sobie wyobrażasz.

– Nie tylko o niej. Drugą ciążę usunęłam. Czuję, że to też byłaby córka, może nawet ta sama dusza… – Łyknie, musi łyknąć, łudziłam się.

– Dlatego jesteś tu z nami, w tym domu dziecka, prawda? – dobrze idzie.

– Tak – westchnęłam teatralnie.

– Ty jesteś taka, że jakbyś miała dziecko, to byś była przy nim, prawda? I nie dałabyś zrobić mu krzywdy?

– Nie dałabym.

– Tak wyglądasz.

*

Już wiedział skąd zna tę twarz. Tak wyglądała Dorotka, nawet to nieprzytomne spojrzenie sarnich oczu miała takie samo. Spotkał ją prawie dwadzieścia lat temu, sam był już po trzydziestce i pewnie dlatego tak się zakochał. Była głuptaskiem i widział to, kilka razy pytała go jak się powinno mówić: Iran czy Irak. Dla żartu za każdym razem odpowiadał jej inaczej. Takie właśnie miał wtedy poczucie humoru. Wynajęli razem mieszkanie, to znaczy on wynajął, nie jedno zresztą i nie tylko z nią. Nie uważał się za lepszego niż był, lubił potem mówić, że czuł rock’and’rolla. Ale w niej naprawdę się zakochał. Szybko zaczęła to wykorzystywać, igrała z nim, dzwoniła przy nim do kolegów, spóźniała się, obrażała. Zupełnie jak teraz Pamela, pomyślał. Takie grymasy u córki rozczulały go, ale wtedy szalał z zazdrości. Kiedyś wyrzucił jej telefon do sedesu, innym razem wyszedł i nie wrócił całą noc. Daleko nie poszedł, spędził nadliczbową noc u Sylwii… To wtedy postanowił zemścić się. Od następnego dnia przynosił Dorocie kwiaty, prawił komplementy, pewnego wieczoru ukląkł i oświadczył się. Rano ubrał się, powiedział, że mieszkanie jest opłacone do końca miesiąca, a on odchodzi i więcej się nie zobaczą.

*

– Ale dzieci zostawiłam w spokoju, Monika może być przy nich, może się nimi opiekować. A mama Kacpra żyje i w ogóle nic jej nie obchodzi.

– Cicho bądź.

– A dlaczego? Ja dzieci nie krzywdzę, nigdy się przy mnie nie denerwują, ani nie budzą.

To prawda. Moją wściekłość i mój strach doskonale czuły przez sen, ale przy niej były spokojne.

– Nie mów o tym. Daj już spokój.

– A mnie jest teraz lepiej, niż kiedy żyłam. Gdybym wiedziała, to bym dużo wcześniej…

– Może ty, ale nie Monika – warknęłam na nią. Miałam dość jej paplania. – Nie możesz pomagać komu chcesz, może niektóre wolą żyć!

– Po co się tak męczyć? Znasz kogoś, kto żałuje, że umarł? Ja tam się cieszę…

– Trzymaj się z daleka od jej dzieci.

– Bo co?

– Trzymaj się od nich z daleka, nie wiesz jeszcze wszystkiego, to nie koniec naszej drogi.

– A ty wiesz, co będzie z nami dalej?

– Trzymaj się z dala od jej córek, ostrzegam cię!

– To jej wina! Gdyby nie ona ja też bym żyła! Przez nią mnie zostawił! A wiesz, że on z nią sypiał jak był jeszcze ze mną? Wynajęli mieszkanie na tym samym osiedlu! – usta wykrzywiły jej się do płaczu.

Odczekałam chwilę. Dzieci czuły moje napięcie i mogły się pobudzić. Zuza zaszlochała przez sen. Dorota zbliżała się do niej i dziewczynka zaraz się uspokoiła.

– Tak, tak było – odpowiedziałam powoli. – To wszystko jego wina, miał romans z Moniką, ale ona… ona o tobie nie wiedziała. To tylko jego wina, nie jej – To ostatnie było prawdą. Tamtego dnia podszedł do Sylwii, do mojej córki. Monika miała wtedy trzynaście lat i mieszkała z rodzicami pod Londynem. Z Mariuszem zaczęła się spotykać trzy lata później, ale Dorota była już wtedy poza czasem i teraz nie mogła sobie tego poskładać.

Taką miałam nadzieję.

– Mamo! – krzyk był przeszywający, ale dzieci często wołały przez sen, wiec żadna z nas nie drgnęła – mamo, jesteś!

No tak. Teraz zauważyłam, że jeśli można tak powiedzieć, to Monika nie drgnęła jakoś inaczej. Malwina podbiegłą do niej i chwyciła ją w pasie. Ręce nie przeszły jej na wylot. Dzieci szybko przyzwyczajają się do nowych warunków, pomyślałam idiotycznie.

– Mamo, ciocia powiedziała, że umarłaś, Natalia czekała na tatę, ale ciocia powiedziała… O, ciocia Dorotka też tu jest!

Monika mechanicznym ruchem objęła dziecko. Ale ja nie wytrzymałam, podbiegłam do Doroty, złapałam ją za ucho. Trzasnęłam ją w twarz najpierw wnętrzem dłoni, potem wierzchem, potem jeszcze raz i jeszcze. Czułam w lewej ręce miękkie, dziecięce ucho, jak gęsta gąbka. Nigdy nie pomyślałam, że tak łatwo jest bić, za życia nigdy nikogo nie uderzyłam. Trzasnęłam ją jeszcze raz i jeszcze, a jej tylko oczy zachodziły łzami. Monika odwróciła się.

– Myślisz, że nie wiem po co poszłaś za nimi na basen? Będziesz teraz głupią udawać? A jak jutro przyjdzie tu Natalia, to co? Będziesz zdziwiona? A skąd ona się tu wzięła, biedactwo spytasz. Co za zbieg okoliczności! Wczoraj utonęła jedna siostra, dzisiaj druga!

Dorota zaniosła się płaczem.

– To przez nią ze mną zerwał! Dzwoniłam do niego, nie odbierał, nie odpisywał. Chciałam do niego iść, ale nie wiedziałam gdzie pracuje… ani gdzie mieszka. Do niej poszedł, ja wiem, do niej!

Zmartwiałam, ale Monika nie zaprzeczyła. Dalej obejmowała dziecko.

– Czynsz był opłacony do końca miesiąca. Miałam jeszcze dwa tygodnie, myślałam, że wróci, przecież nic nie zrobiłam… Czekałam do ostatniego dnia… – wyła.

– Ale skurwiel nie wrócił – odezwała się Monika głucho. – Do żadnej z nas nie wrócił. Ani… ani do żadnego dziecka.

Najchętniej odlecielibyśmy najszybciej jak się da, jak tylko zapomnimy, a zapominamy błyskawicznie. Nie wracamy, żeby zrzucić ze ściany zdjęcie z wakacji, albo postraszyć kota. Wiele trzeba, żeby nas tu zatrzymać. Rzadko, bardzo rzadko sami chcemy zostać, czasem musimy i prawie nigdy nie udaje nam się to, co zaplanowaliśmy. To wy jesteście sprawczy, my jesteśmy cieniami. Czułam, że długo tu nie zostanę, gdyby tylko Dorota odeszła szybciej. Wiedziałam, że Sylwia chce żyć, tego jednego byłam pewna.

– Dorotko!

Zwisała smętnie nad Zuzą, coś jej opowiadała po cichu. Pewnie znowu o czerwonym kapturku. To była jedyna bajka, jaką znała.

– Pora się urodzić – powiedziałam jej w końcu. – Słyszałaś, że za drugim razem boli mniej? – próbowałam żartować.

Spojrzała na mnie ponuro.

– Nigdzie się nie wybieram.

Najciszej jak się dało zasunęłam firankę. Komary dokuczały dzieciom.

– To nie zawsze od nas zależy – zaczęłam łagodnie. – Tak, czy inaczej żadna z nas nie zostanie tu na wieczność. A ty nic już tu nie masz do załatwienia.

Miałam nadzieję, że zabrzmiało to lekko. Dorota nie odpowiedziała.

– Myślisz, że Monice byłoby łatwiej, czy trudniej, jakby wszystkie dzieci były już tu z nią?

Mimo woli zerknęłam w stronę Pameli. Od śmierci Malwiny spała w jednym łóżku z Natalią.

– Nie wolno ci tego więcej robić. Nawet matkom nie wolno, to się zawsze źle kończy. Matki… na ogół wolą, żeby ich dzieci żyły. A może na ciebie też już jakaś czeka? Wybrała dla ciebie imię, śpioszki, wózek. Myk i mała Dorotka już otwiera czarne oczka.

– A ty? Co cię tu trzyma? Nigdy o sobie nie opowiadasz.

– Mój czas jeszcze się nie dopełnił – Ile razy nabierze się na ten elegijny ton?

Nie odpowiedziała.

– Pomyśl, że idziesz sobie jak motyl po neonie. Każdy krok, to więcej i więcej światła, a na końcu nowa ty. Trochę mokra i brudna, ale wszyscy wokół ciebie skaczą, mama, tata, babcia…

– Kiedy żyłam ciągle to sobie wyobrażałam. Nawet wiedziałam, jak moja mama wygląda. Szczupła szatynka… Grałaby w siatkówkę.

– W siatkówkę?

– No, bo koszykarka byłaby dla mnie za wysoka – wyjaśniła poważnie.

– Jasne. To może tak będzie.

Potrząsnęła głową.

– Po tym co zrobiłam Monice?

Zbliżyłam się do niej najbardziej, jak to możliwe.

– Narozrabiałaś, ale wiesz, że karą jest tylko czas. Potrzebujesz go więcej, ale… ale ja z tobą zostanę ile trzeba, tylko nie rób już tego. Wybacz im wszystkim.

– Mój czas też się jeszcze nie dopełnił.

*

Dzieci spały niespokojnie, Kacper oddychał równo, ale dla odmiany od czasu do czasu pociągał przez sen nosem. Miał okropny katar. Czekałam, aż z mlecznej poświaty wyłoni się jak zawsze pierwsza twarz Doroty, jej na wpół przymknięte sarnie oczy pod równo obciętą, czarną grzywką. Mgła gęstniała powoli, jakby przeciskała się twarz bez wprawy. Słyszałam wokół siebie ruch, głośne dyszenie, upiorny krzyk rodzącej kobiety, szarpanie i płacz i jęk. Rodziło się dziecko i to ja miałam w nim rozpocząć moją niepamięć, słabość i wolną wolę. Moje nowe ciałko zrobiło się już granatowe, nie mogłam dłużej zwlekać. Ale chciałam jeszcze upewnić się, że zostawiam wszystko jak jest. Wytrzymaj mamo, błagałam, ja chcę upewnić się, że mojego dziecka tu nie ma, że jest tam gdzie ty. Chcę upewnić się, że ta twarz w gęstniejącej mgle to Dorota, Monika, albo ktokolwiek inny, ale nie ona. Resztką gasnącej woli zanim odeszłam zdołałam jeszcze rozpoznać rysy twarzy Sylwii.

 

 

 

Koniec

Komentarze

Nie zapisuj tytułu w tekście, jest już w nagłówku.

 

Będę robiła co mi się zachcę!

 

Jak my tego nie zrobimy, to nikt tego nie zrobi. 

Raczej jeśli my tego nie zrobimy. 

Bo na pytanie jak odpowiadamy mocno, źle, uroczo.

 

– A, no tak – myślała już o czym innym. – Wiesz, że siostra Wanda była tu już wtedy…

Podrzucam poradnik odnośnie zapisu dialogu.

https://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/12794 

Kropka po tak i myślała z dużej. 

 

– Jak ty tu mieszkałaś? 

Kiedy.

 

Ucieszył się, że jego dzieci bawią się pod blokiem, jak za jego czasów.

Jegoza lekka. 

 

 

– Jak się pani śpieszy, to może podwiozę? – gdyby wydarł się na nią, dzieci pewnie by go usłyszały. Kobieta nie drgnęła. Dopiero teraz zauważył, że była bez kurtki, miała na sobie sweter, luźną spódnicę i tenisówki. Co dziwniejsze, nie miała nawet torebki, czy plecaka. Śmieci wyszła wyrzucić? – Halo, mówię poważnie. Podwieźć panią?

Jeśli się pani śpieszy. 

Gdyby z dużej.

 

 

Popraw sobie zapisy dialogów zgodnie z poradnikiem

Opisujesz dramatyczne sytuacje, ale natłok bohaterów dużych i małych sprawia, że nic nie poczułam. 

 

delulu managment

Hej 

 

ja dodam więcej, ilość bohaterów sprawia, że pogubiłem się całkowicie kto jest kto, już nie wspominając o tym, że nie wiadomo czyje są niektóre kwestie dialogowe. Ja bym dodał też jakieś didaskalia tu i tam. I może zmienił scenę otwierającą na taką, która bezboleśnie wprowadza czytelnika w historię.

 

Pozdrawiam :)

"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."

Nowa Fantastyka