Wielce monotonne parcie kompanii Duxa wręcz do mdłości nużącym gościńcem ~ w zasadzie to błotnistą i zrytą kołami wozów breją ~, czasem tylko urozmaicane było skalistym duktem tudzież leśną serpentyną, ale i pięknymi górskimi widokami jak majaczące na dalekich wzgórzach złomkami potężnych niegdyś twierdzach. Jednak wszystko to, czy dobre, czy złe, właśnie miała się ku końcowi, wszak nagle, zza dość ostrego zakrętu, a tym samym, za którymś już z rzędu większym wzniesieniem, wyrosło przed oczyma kompanii, rzadko od jakiegoś czasu widywane rozdroże, które to z ich perspektywy bezsprzecznie prowadziło w dwóch przeciwnych sobie kierunkach. Niestety, na miejscu spodziewanego tam znaku mającego wskazywać właściwy kierunek, ku zdziwieniu będącego na szpicy kawalkady Aleksandra ~ właśnie tam chcącego go widzieć ~ nijak takowego w miejscu tym nie było. Zamiast tego, pędził tam narowisty strumień, z hukiem spadający stromym skalistym zboczem gęstego lasu, który to strumień ~ niczym nóż ~ ciął na wskroś jedną z dublujących się tam dróg. Syknął on na to pozłości, potrząsnął głową w niezadowoleniu, po czym kątem oka rozejrzał się po obu gościńcach, po czym zatkał jedno ze swych nozdrzy, by prędkim fuknięciem pozbyć się tego, co mu weń niefortunnie utkwiło, a co już od czasu jakiegoś zbytnio go drażniło.
Zaciągnął nosem jeszcze kilka razy, ledwo powstrzymując się od kichniecie, by w końcu wysyczeć, do czekających na jego zdanie, kamratów:
– Mist… Niech to szlag… – Z szemrania, przeszedł w gardłowanie. – Trzeba się będzie ludzi pytać! – zakończył nieco wyraźniej.
Wnet, rozbrzmiało kolejne głośne fukniecie nosem ~ tym razem nie jego ~, zaraz też poniosło głębokim i wyraźnie podszyty irytacją głos:
– Jak się, który prędzej nie zesra, to może zdąży ci, co powiedzieć. – Był to niezadowolony z całej tej psiej pogody, staruszek Bolesta, przecierając swe zbrukane zimnymi strugami, zawinięte w ślimak wąsiska.
– Albo znowu któryś minie się z prawdą i będziemy kluczyć po lasach! – dorzucił konfrater jego, Leon Sulima.
– Dux! Alle diese fotze laufen weg, wenn sie uns sehen! To ratten są, ganichts mechr! –, przekrzykiwał srogo dudniący o wszystko deszcz ~ znacznie szczuplejszy i wyższy od reszty ~ Markus Müller, który to, jak można się spodziewać, niemniej był rozdrażniony obecnym stanem rzeczy od reszty swych przedmówców.
Zasadniczo w momencie tym, jedynie to, ich ze sobą łączyło, a i sam Müller, od dłuższego czasu niemający szansy na odezwanie się, gdyż za karę trzymany był w ryzach przez samego herszta, przy nadarzonej się ku temu sposobności niemal z ulgą wyrzucił z siebie to, co od dawna leżało mu na sercu.
Jednak nie zatrzymał się na tym, bo dorzucił jeszcze, zaopatrując ~ koniecznie i tradycyjnie ~ swój wywód nieodzowną jego osobie arogancją oraz wulgarnością:
– One są scheisse! Verdammte, gefickte scheisse. Kein Mensch! Wszeskia!
Aleksander, któryś już raz z rzędu pobłażający mu nieposłuszeństwo, a nawet grubiaństwo, również i tym razem przymknął na to oko, maskując swe poirytowanie nowym rozporządzeniem:
– Od teraz, jak tylko się kto pokaże, sam go o drogę zapytam! Wy zostaniecie na tyłach!
Natychmiast przełożono to Viktorowi Zassowi, który jako jedyny ~ poza paroma bluźnierstwami słowami, często słyszanymi wśród polskich kamratów ~ mowy polskiej nie pojmował za grosz, a wszystko to zwykł mu tłumaczyć Müller, rzecz jasna na spół z obytym w niemiecczyźnie Sulimą, którego to Zass znacznie bardziej cenił jako tłumacza, gdyż był on o wiele milszy w obyciu, niżeli jego własny krajan. Co prawda, Aleksander jako przedstawiciel oby nacji sam i bez większego trudu mógł to czynić, i często czynił, lecz tym razem, najwidoczniej nie miał na to ani ochoty, ani czasu.
Tymczasem, po całym tym zwięzłym tłumaczeniu, zwykle milczący i będący na tyłach artylerzysta, nagle wykrzyknął w stronę czoła formacji, czymś à propos, co właśnie przyszło mu do głowy:
– Vielleicht Sie alle denken, wir sind verdammte Raubrittern?! – Zarechotał nieco się miarkując, w czym naturalnie wtórował mu Müller, nie miarkując się wcale.
– Vielleicht? – odbił Aleksander, co widać wszyscy pojęli bez trudu, wszak nikomu nie musiano już nic łuszczyć.
Nagle, zblazowany nieco kondotier, trysnął czarnym humorem, przy czym jak to u niego bywało, zbytnio się w tym nie rozwlekał:
– Albo myślą, żeśmy Inkwizycja?!
Tym jednak razem nikt się nie zaśmiał, za to każdy ~ jak jeden mąż ~ splunęli z wielką pogardą, jakoby z potrzeby samego splunięcia, choć w towarzystwie ich, gdzie to wszyscy znali się jak łyse konie, jasnym było, skąd na słowo “Inkwizycja” gorzała w wśród ich braci taka, nie inna reakcja.
– Na gut! – rzucił pod to Aleksander, nie kryjąc swej satysfakcji z jakże poprawnej reakcji swych kamratów, ostatecznie, niespodziewająca się po nich niczego innego.
Po chwilowym rozważaniu nad dalszą drogą, uniósł on lewą dłoń, głosząc tak, by w dziejącym się wokół rabanie ~ powodowanym deszczem i gwiżdżącym wśród drzew wichru ~ wszyscy w oddziale na pewno go usłyszeli i rozumieli:
– Jedziemy lewym gościńcem! Fachren wie nach links! – Co też wielce opieszale się stało.
Wkrótce, orszak ich wstąpił na nieco utwardzony drobnym łupkiem, a i wartko obmywany ulewą gościniec ~ czego wówczas wiedzieć nie mogli ~ prowadzący do Schonaw (Świerzawy).Wtedy też, choć nieznacznie, trasa ich na zmianę poczęła bardziej niż zwykle piąć się pod górę i na powrót opadać, zaczęła też wić się niby żmija, pomiędzy tu i tam usadzanymi skałkami oraz wąwozami, by łamać się na przemian, na licznych ~ obrośniętych szczerbatymi lasami ~ wzgórzach i dolinach. Szlak ten, choć był kluczowym w okolicy, to jednak w najdalszych i najbardziej odludnych momentach z trudem dawał się odnaleźć, co nie było niczym nadzwyczajny, wszak bywało tak wszędzie, tak więc każdy podróżnik musiał miał to na uwadze. Naturalnie wymienione trudności sprawiały, iż ciężko krocząca kompania, a w zasadzie jej konie, znacznie głośniej parskały i dyszały z wysiłku, czego również można było się spodziewać po tej stronie Śląska ~ tak górzystego, jak i zwykle deszczowego ~, przy czym zwierzęta trapione były lodowatą i sięgającą ich pęcin kaskadą deszczówki, jaka to spadała po pochyłym, akurat pokonywanym trakcie ~, jakich było przed nimi jeszcze wiele.
– Z koni! Geht wie auf fuss! – rozległy się głośny rozkaz, opanowaną przez im przewodzącego do perfekcji, dwójką mową.
Wszyscy z trzaskiem blach i pluskiem pędzącej pod nimi ~ pokalanej igliwiem oraz skalnym osadem ~ toni, niemal jednocześnie zeskoczyli ze swych kulbak, by poczuć to, co czuły niosące ich konie, nic innego jak szczerze lodowaty w swych obyciu zdrój, nieskrępowanie obmywający ich żołdackie botforty i baczmagi. Dokładnie w tej też chwili, zza niedalekiego zakrętu, na samym szczycie tego samego pagórka, ukazała się ich oczom niejasna szara sylwetka, która, jak i oni, prowadziła za sobą sznur jucznych koni, a dokładnie mówiąc, trójkę przysadzistych, ponad miarę objuczonych ~ zapewne wyszłych od leśnego tarpana ~ mieszańców, tak zwanych hucułów, niemalże przypominających sobą kuce. Ich właściciel z kolei, na odległy widok obcej mu kawalkady zamarł w miejscu, najwyraźniej usilnie, próbując rozeznać się w sytuacji, czego nie ułatwiały mu rzęsiste opady oraz gęsta mgiełka, leniwie unosząca się z pobliskich zarośli. Dane było mu jedynie dojrzeć, jak zbita w sobie grupa stanęła mniej więcej w połowie wzniesienia, po czym jeden z jej członków, prędkim susem wskoczył na grzbiet swego potężnego ~ wyraźnie górującego nad całą resztą ~ rumaka, by pospiesznym kłusem ruszyć w jego kierunku. Widząc nieubłaganie zbliżającego się jeźdźca, stał on jedynie w miejscu, jak wryty, nerwowo rozglądając się na wszystkie strony, zapewne, szukając jakiejkolwiek drogi ucieczki ~ wszak w chwili tej, jedynym, czego człowiek ów chciał, było wyparować bez śladu.
Po dudniącym w samych trzewiach biciu kopyt, a i nagłym hamowaniu na śliskim od wilgoci skalnym gościńcu, w kierunku napotkanego mężczyzny padło wyraźne, choć nieopatrzone w groźny ton, pytanie, jakiego to tonu można by się spodziewać od kogoś z czarnym, imperialnym ptaszyskiem na piersi:
– Polak żeście? Deutscher?
Szczelnie skryty pod kapturem człek, natychmiast odparł, bojaźliwie przy tym spoglądając na rzucający się w oczy, jakby specjalnie ~ ale też niekonsekwentnie ~ zatarty herb.
– Jasem obchodník… Kupec, pane. A sem ubohy, oj ubohy! – Po tym, błagalnie złożył dłonie, jak gdyby na modły.
– Czech! – pewnie stwierdził Aleksander.
– Ano z… Čech… – pokornie wydusił z siebie, zdjęty strachem mężczyzna.
– Jak was zwą, kupcze z Czech? – prędko padło kolejne pytanie cesarskiego, nie mającego ochoty na wysłuchiwanie dalszych wywodów, o biedzie i trudach owego osobnika.
– Jsem, Valek Pospíchal, pane! – niepewnie odbił kupiec.
Jak i wcześniej, natychmiast spadło na napotkanemu kolejne pytanie:
– Powiedzcie no, panie Valek, na Bolkoburg droga to dobra?
Usłyszawszy o co się rozchodzi, dosłownie jak za odjęciem ręką, Czech odetchnął pełną piersią, natychmiast też ~ najdokładniej, jak to tylko możliwe ~ począł instruować nieznanego mu rycerza, starając się zbytnio mu nie przyglądać:
– Mluvíte o Bolkowě?! Ano, dobre jedes, pane! Bude to méně než den, ale nejprve dostanete se do Swierzawy, a později na zachod! – Mężczyzna odsłonił nieco swą kościstą twarz, podpierając dłonią kaptur. – Vim co mluvím, protože tam jsem často. – Zaraz też spojrzał za siebie, zastanawiając się nad czymś przez krótką chwilę, by pilnie przestrzec. – Ale tam pozor, pane! Bute opatrní, bo tam jsou loupeżník! Lepsí se na ne nenarazit!
– Bóg zapłać, dobrodzieju! – wyraził swą wdzięczność Aleksander, przy czym niemal niezauważalnie mu się pokłonił.
I gdy miał już dołączyć do reszty swej kawalkady, nagle zagadnął ponownie, chcąc ~ w pewnej sprawie ~ nieco bardziej się rozeznać:
– A nie wiecie, panie Valek, czy w tym Bolkowě zbrojnych trzeba?
– Ano, se to urychlene, že…
– Nie bardzo rozumie? – przerwał mu, do tej pory względnie pojmujący jego słowa, kondotier.
– Ano potrebují, pane, potrebují! Ale tam je to takhle, že kto si na zamek pro najmę, to z nej leti… Ano, tak to je kletba! – rozochocił się nieco Czech, lecz, idąc po rozum do głowy, szybko spoważniał przed górującym nad nim, nadal dość posępnym wojem, o nader straszliwym orężu.
Ten natomiast, spojrzawszy zza końskiego łba, raz na kupca, raz na drogę wijącą się w dół zalesionego pagórka, na powrót zwrócił swój wzrok w stronę niepewnie rozglądającego się Czecha, który najwyraźniej chcący coś jeszcze dodać, kontynuował, naprzód się tłumacząc:
– Odpuste me, pane rytíř… Jsem nervozní…
– Niczego ci nie poczynię, żaden z moich też nie! – uspokajał Aleksander.
– To je velmi dobré, pane. – Pokornie pokłonił mu się kupiec i ciągnął swoje dalej. – Jsem řekl, že oni potřebují lidi, ale dobrovolníku je nedostatek. Nikdo tam jako na lek, protoże se lide bojí smrti! – Machnął z wyraźnym niezadowoleniem i bezsilnością.
Po chwili zastanowienia się nad tym, co też ten powiedział ~ krzepiąc ~, Aleksander zwięźle i pewnie oznajmił, rzuciwszy prosto z siodła:
– Już niedługo się to zmieni! – Szybko nadgonił kolejne pytanie, nie dając swemu rozmówcy czasu na reakcje. – A macie może jakie jadło? Zapłacę… – Potrząsnął dość pękatą, a zatem i pięknie dźwięczną, sakiewką.
Oczy Czecha, aż rozbłysły, po czym ten prędko zamieszał w jednym z wiklinowych koszy, przytroczonych do boków jednego z jego huców. Za chwilę wyjął zeń zawinięte w kawałek lnu dwa kołacze, z ciasno upchanymi między nimi kilkoma pętami ~ pachnącej na odległość ~ wyraźnie zanoszącej się czosnkiem, wędzonej kiełbasy.
Nie czekając, dość drobny mężczyzna wręczył swemu tajemniczemu rozmówcy owo zawiniątko, przy czym dodał:
– Ja nechci vase peníze, pane, jen honite toto zlodejske semeno, bude to pro me lepsí… Jsem se wysral na ne! Tfuu… – tak to honorowy Czech odmówił zapłaty, wszak i on skorzysta na końcu występku, którego to kres zapowiadało mu przybycie nowych najemnych.
Jednak Aleksander nie chciał niczego za darmo, zatem ostatecznie zapłacił za to, co otrzymał, a zapłacił tyle, ile ~ w przybliżeniu ~ za cztery mendle jajek zwykło się płacić, by za chwilę odjechał do swoich kamratów. Kupiec Valek, również ruszył przed siebie, jednak, mijając straszną mu świtę, której to w głębi duszy i wbrew zapewnieniom jej dowódcy wciąż się obawiał, minął ją płocho, robiąc przy tym wszystko, by ~ choćby nawet i przypadkiem ~ na któremukolwiek z jej braci nie spojrzeć. Co prawda, co niektórym z nich się to nie spodobało, z drugiej zaś strony zdążyli już przywyknąć do tego, że jak, tylko kto ich na swej drodze dojrzy, ten najpierw ma ich za szajkę grasantów, bo i też nie wyglądali oni jak regularny oddział wojska, czy nawet patrol milicji, a bardziej, jak renegaci czy mniej lub bardziej szemrani najemnicy ~ którymi przecież w istocie byli. Tych z kolei, zwykle trudno było odróżnić od chętnych do napaści, pospolitych rzezimieszków, a i w samym fachu najemnym różni bywali osobnicy, często okrutni, niestroniący od rozbojów, mordu, łupienia i gwałtu. Nie dziwi zatem paniczna reakcja owego czeskiego kupca, wszak na kompletnym odludziu, mógł on mieć z takowymi rozbójnikami do czynienia, o czym też pierwej święcie był przekonany ~ cichcem, żegnając się ze swym dobytkiem i ze swym życiem. Po kolejnych długich godzinach mozolnego parcia naprzód, pokonawszy dziesiątki ogołoconych z drzew pagórków, podtopionych dolin, rozlanych rzeczułek i stromych jarów, kompania Duxa, przywitana została przez szarówkę późnego już popołudnia, zwiastującego nieubłagany zmierzchem, po nim zaś bardzo prędką ~ mroźna i czarna jak dziegieć ~ noc.
I choć początkowo nie zapowiadało to niczego złego, a nawet okazało się być omenem dobrym, gdy ku uldze wszystkich, dotąd nieugięta ulewa, postanowiła nieco im odpuścić, niestety, niedługo po tym, jak na skaranie boskie, zjawił się kolejny dręczyciel, lodowaty ~ ponownie, przyprawiając ich o niemałe troski ~, porywisty wicher.
Aleksander, doskonale znający możliwości swego oddziału, prędko rozporządził:
– Nie rozbijać obozu, nie zabawimy tu długo! Byle tylko odsapnąć! – Zjechał na niewielką leśną łysinę.
Była nią dość spora poręba, zewsząd obłożone przyciętymi na miarę i poukładanymi w równe rzędy świerkowymi balami, grubo usłana miękkimi całunem wiórów oraz ciosanych gałązek, gdzie też zalegało kilku wygasłych paleniskach i poustawianych wokół nich pieńków, co świadczyło o tym, iż miejsce to, było również obozowiskiem miejscowych drwali ~ zapewne z pobliskiego Schonaw (Świerzawy). Nadawało się ono idealnie na tymczasowe schronienie, wszak opału było tam co niemiara, a i ściany drwa doskonale osłaniały przed dmącym wiatrem, a co najważniejsze ~ przynajmniej w pewnej mierze ~ kryły przed niechcianą uwagą wrogich oczu, co też sprawiało, że wybrany przez Aleksandra punkt, nie był przypadkowy, lecz podyktowane bezpieczeństwem.
Nie wszyscy jednak podzielali jego zdanie na temat chwilowości postoju, zatem gdy zsiadł już ze swego Blitza, szybko zrównał się z nim Sambor Bolesta, najwyraźniej mający przeciw temu obiekcję, czego też nie zamierzał w sobie trzymać:
– Wybacz, Dux, ale jedziemy już cały dzień… Cały dzień bez stajań. Ludzie to zrozumieją, ale konie? Konie nie…
Przechodząc obok niego, jakby, nie zwracając nań uwagi, zaczepiony herszt wydawał dalsze polecenia:
– Wykopcie dwa doły na łokieć! Dziś ogień rozpalamy nisko! – Zaraz też rozejrzał się po okalających ich, osnutych niemal mistyczną mgiełką, jak i oblanych mrokiem, strzelistych drzewach, by na powrót zwrócił się do przybocznego. – Te lasy mają oczu… Lepiej nie kusić losu. Ostatnie, czego nam trzeba, to ataku po ciemnicy. – Postąpił naprzód.
Bolesta dogonił go i ponownie zagrodził drogę, nalegając:
– Pojmuje, ale ludzie i zwierzęta muszą odsapnąć, ogrzać się i oschnąć, dlatego zostańmy do świtu…
Wadzony tym Aleksander, w końcu spojrzał w jego umęczoną czasem twarz, podczas gdy ten, z racji na swój wiek oraz stopień w kompanii jako jedyny mający prawo zaprotestować, protestował dalej:
– Z całym szacunkiem… – Zerknął na zmarnowany oddział. – Zwykłem się z tobą zgadzać, ale teraz zgodzić się nie mogę! – Stanowczo splótł swe mocarne ramiona na piersi, sygnalizując tym, że nie odpuści swej racji.
Cała brać nagle oderwali się od swoich zajęć, by w pełnym milczeniu obserwować bacznie, to, co najprawdopodobniej za chwilę się wydarzy, a było to dlań nie lada ciekawostką ~ rzec by można rzadkością wielką ~, ponieważ lider ich oraz jego prawa ręka, nieczęsto stawali-naprzeciwko siebie w niezgodzie, gdyż niezmiernie rzadko ~ jeśli nie wcale ~ mieli oni odmienne od siebie zdanie.
Aleksander jednak, ponownie przeszedł obok starego wiarusa, kompletnie ignorując całą sytuację, by jedynie rzucić mu przez ramie:
– Ustaw warte! – Po czym wskazał na linie drzew, jaka to odcinała gościniec od wyrębu, na którym przyszło im akurat gościć. – Pierwszego, wystaw Markusa! Zmiana, co cztery klepsydry…! – Gdy zdawało się, że to koniec, nieoczekiwanie dorzucił z przekąsem to, co każdy w oddziale chciał usłyszeć. – Zostajemy do rana!
Gdy skończył przekrzykiwać się z dzikim wichrem, ponuro gwiżdżącym między koronami ~ trzeszczących pod jego naporem ~ świerków, odszedł na bok, by uwiązać swego rumaka, po drodze jednak, dodał jeszcze, nie mniej kąśliwie:
– Liczę, Samborze, że jesteś zadowolony?!
Czego też adresat tych słów, w całej zawierusze albo nie usłyszał, albo udawał, że nie słyszy, gdyż po prostu udał się do swoich obowiązków, jakimi na ten moment było instruowanie resztę kompanii, o tym, co i jak dalej będzie. Szybko też rozpalono skromne, ale jakże kojące ciało oraz ducha ogniska, które to, jak chciał tego sam dowódca, zagłębione były w dwóch niewielkich dołkach. I choć zagłębienia te, ognia ich palenisk całkowicie nie skrywały, to jednak blask pulsujących i potencjalnie widocznych z daleka płomieni, był w nich o wiele mniej widoczne ~ miały one również jeszcze jeden plus, wszak mniej podatne były na dziko hulający wokół wicher. Nie było jednak podpiekanego chleba ani smażenia kiełbasek od kupca Valka, jakie to od godzin wielu kusiła ich wyczulone głodem nozdrza przyjemnie słodkawym, czosnkowym aromatem, wszak zapach pieczystego jadła, mógłby ściągnąć na nich nieprzyjaciela, możliwe, że nawet prędzej niż sam blask ognia. Z kolei dołki pod paleniska, wykopano, a właściwie wyrąbano toporem należącym do Viktora Zassa, który to topór, prócz do oczywistej walki, zwykła też służyć jako narzędzie do tego właśnie rodzaju zadań ~ jakże wątpliwych i niegodnych takiego oręża.
Było tak, bowiem w kompanii Duxa, wedle niego samego daremnym było dźwiganie na tak długie dystanse zbędnych utensyliów, pokroju łopat, młotków, pił czy siekier, skoro broń przez nich noszona, w zupełności mogła je wszystkie zastąpić. Nawet jego własny grossmesser o ząbkowanym tylcu ~ gdy zachodziła taka potrzeba ~ z powodzeniem służył do piłowania gałęzi oraz desek, choć zwykle ten akurat element jego oręża, miał za zadanie rozrywać kolczugi i gambesony wrogów, a w rezultacie otwierać ich na śmiertelne sztych czy cięcie. Innowacje tą z kolei, zaraz po otrzymaniu ojcowskiego miecza, Aleksander wprowadził, zlecając jej wykonanie bliżej nieznanemu kowalowi z Gras, miasta najznamienitszych rzemieślników, leżącego na południowym wschodzie Austrii.
Kowal natomiast, wywiązał się ze swojego zadania na medal ~ za co też wziął niemało ~, jednak sprawił, iż ząbkowanie przezeń wykonane, nie wyglądała jak fuszerka domowej roboty, ale, jak misternie i umiejętnie sprawione rzemiosło. Konkludując, powiedzmy, że Aleksander stawiał na minimalizm, co dla większości jego kamratów bywało dość dokuczliwe i kłopotliwe, jednak nie o wygódki w wojaczce chodziło, a o jak największą skuteczność. Nie da się bowiem ukryć, że oddział ich, będąc tak właśnie oporządzonym, w istocie iść mogła dłużej i bez zbędnego odpoczynku, a było to kluczowe, zwłaszcza, gdyż każdy postój więcej, oznaczał większe ryzyko ściągnięcia na siebie niepotrzebnych kłopotów. Po dłużącej się pierwszej warcie, w końcu nadszedł czas, gdy to przesypał się pierwsze cztery klepsydry ~ ponad 60 minut ~, sygnalizując tym samym upływ niemal pełnej zimowej godziny nocnej, zatem tkwiący w krzakach, zziębnięty na kość Markus Müller, zmieniony został przez Leona Sulimę, podczas gdy reszta grupy pozostawała w zwartym kręgu, niemal tuląc się do siebie, jak i bijących ze skromnego paleniska płomyków, usilnie próbując ~ choćby trochę ~ ogrzać swe zziębnięte dłonie i twarze, ale też osuszyć przesiąknięte płaszcze oraz przeszłe wilgocią buty.
Przy drugim zaś ognisku, nieco oddalonym od pierwszego, siedział sam ich kondotier, w towarzystwie swego głównego kooperanta Sambora Bolesty, który to z racji ostatniego spięcia, nie mogąc dać sobie spokoju, zatem jakiś czas się wąchając, ostatecznie nie wytrzymał:
– To do ciebie niepodobne, Dux… Od samego początku ciągle chodzisz zamyślony, co gorsza wściekły… Co się dzieje?
Aleksander wrzucił kilka szczap do ognia, odpowiadając przy tym zdawkowo, jak i z widocznym na twarzy utrapieniem:
– Nic, nic takiego… Wszystko jest w porządku.
– Znam cię już trochę i widzę, że coś jest na rzeczy. Już we Wiedniu to widziałem, jak na dłoni. Wiesz, że cokolwiek by to nie było, to mi możesz powiedzieć – niemal szeptał, uświadomił go stary wojak.
Słusznie też prawił, wszak to właśnie jemu zwykł ów zdradzać znacznie więcej niżeli reszcie swego swego orszaku, gdyż Bolesta ~ nie jak reszta ~ potrafił trzymać język za zębami, zwłaszcza, że od wielu lat już nie upijał. Co pod tym względem, czyniło go osobą pewną i stabilną, idealną do miana powiernika tajemnic, które w ich przypadku nie tyczyły się jedynie rzeczy prozaicznych, a spraw, od których zależał dobrostan wielu, a nawet ich własna ~ bądź co bądź, dalsza ~ egzystencja.
Po krótkiej, choć nader dłużącej się chwili wpatrywania w miotane wiatrem ~ głucho łopoczące ~ płomienie oraz unoszące się z nich rozbiegane iskierki, Aleksander, w końcu zaczął mówić o tym, co najwidoczniej już od dawna leżało mu na duszy:
– To jest zesłanie, Samborze… Pozbyli się mnie. Usunęli z Wiednia…
– Co ty mówisz, Dux?! – uniósł się, choć nadal szeptem Bolesta.
– Taka prawda… Wiadomość o tym podesłał mi ojciec, niemal przeddzień nadejścia cesarskich rozkazów. A już on dobrze wie, co mówi – bronił swego, smętny herszt.
– Skoro Henryk tak mówi, to coś w tym jest… – stwierdził wiarus, łapiąc się za osiwiałą już i nieco przydługą brodę.
– Pewnie liczą na to, że tu zdechnę. A wszystko po to, żeby zrobić na złość ojcu, by za wszelką cenę go zgnębić, a i z syna mi sierotą zrobić – nerwowo szemrając, niekryjący swej złości, Aleksander.
– Tyle lat byłeś zaufanym człowiekiem Rudolfa, nawet odznaczyli cię w bitwie i pasowali, a teraz mieliby się ciebie pozbywać, i wszystko przez poglądy Henryka? – drążył dalej, wiele starszy odeń towarzysz.
Nie mógł on do końca w to uwierzyć, choć, tak naprawdę wiedział doskonale, że to, co właśnie słyszy ~ bodajby z racji samego źródła ~ jest najprawdziwszą prawdą, a zatem i niepodważalnym faktem.
Aleksander, tymczasem, dostrzegając w jego głosie notkę niepewności, łuszczył dalej, jak sprawy się mają, tym jednak razem dokładniej:
– Verdammt… – zawarczał. – Myślisz, że czym była posada w cesarskich? Słali mnie jako kuriera, i na przeszpiegi słali, tam, gdzie inni nie chcieli albo byli szczędzeni. A to na piekielną Ruś, na Morawy, na Moskwę, a nawet na te przeklęte Inflanty, skąd tylko dzięki wam żywy wrócił… – Splunął jadowicie. – Jak na złość ani razu do Rzeczypospolitej mnie nie posłali, bym się czasem z rodzicami nie widział. – W złości cisnął kolejną szczapą w ogień, krzesząc tym chmurę iskier. – Ile razy ledwo uchodziłem cało? No ile?
– Nie ty jeden, życie nad obowiązek kładłeś. Ale taka służba… Pewnie cesarz byłby zdolny do tak szczurzej zagrywki, ino trudno mi uwierzyć, by akurat w twoim przypadku, tak mogło być… – snuł Bolesta, starając się załagodzić sytuację, jak i pocieszyć zatroskanego dowódcę i przyjaciela.
Aleksander jednak, wiedząc swoje, wyrzucał dalej:
– Wiedeń nadal ma mu za złe, że związał się z kimś spoza ich kręgu. A najbardziej boli ich to, że matka moja jest nie tylko spoza przychylnej Rudolfowi szlachty, ale też spoza Austrii.
– Miłość nie wybiera i nic tu władzy ani jej rozporządzeniom… – dorzucił pod to słusznie, doświadczony w życiu, wiarus.
– Normalerweise… – herszt zaszumiał pod nosem sam do siebie i kwitował. – Normalnie, to może i tak, ale nie na dworze. A już na pewno nie u Habsburgów. – Skończywszy, zagryzł gorycz swych zmartwień ~ bardziej słodkim niżeli kwaśnym ~ jabłkiem.
To z kolei, zawieruszone gdzieś w zakamarkach juków, nieoczekiwanie wpadło Aleksandrowi w ręce, w trakcie poszukiwań żelaznego palika, do którego zwykł on uwiązywać swego wojennego destriera ~ Blitza ~, co postój stawianego możliwie jak najbliżej swego pana, by w razie potrzeby był mu on pod ręką.
Biorąc kolejnego gryza, pochmurny kondotier skinął na Bolestę, aby ten przysunął się doń nieco bardziej, tym samym, dając znać, że to, co właśnie miało być mu przekazane, powinno pozostać ich najtajniejszą tajemnicą, tak też, przełknąwszy to, co ugryzł, zaczął:
– Prawda jest tak, że ani myślałem tu jechać, ale w liście z rozkazami grożono mi, że w razie odmowy nie tylko stracę tytułu rycerskiego, ale też w Austrii jak ojciec, nogi nie postawię. – Zagryzł ponownie jabłko, wypluwając przypadkiem zagarnięte pestki. – Stało tam… Pfu… Pisali, że jak podejmę się zadania, to w zamian, cesarz przychylniej spojrzy na amnestię Henryka, a nawet na jego ożenek. A za to… – Zawahał się przez chwilę. – Za to, zrobię wszystko.
Bolesta zadumał się przez chwilę, dzióbiąc kijem w palenisku, zaraz jednak, wyszedł ku skwaszonemu towarzyszowi z cenną myślą jak zawsze zaczerpniętą ze swych dawno nabytych doświadczeń:
– Nie do końca znam Rudolfa. Tylko tyle, co z opowiadań… Kto go tam wie, może dotrzyma słowa, a może nie? Ale pewne jest jedno, nie on jedyny u Habsburgów rządzi. Pamiętaj, że jest też jego rodzina i szlachta, no i kościół. A twój ojciec? On wszystkim im na odcisk nadepnął…
Aleksander cisnął ogryzkiem w syczące płomienie, by równie co one, wybuchnąć:
– Mam go w rzyci! Resztę tych gwałcicieli własnych kuzynek, też…! Ale cesarzowi się nie odmawia, chyba że chce się skończyć w lochu albo… – przełknął ślinę, jakby najgorszą z goryczy – albo w ziemi.
Niestety, wszystko to, było najprawdziwszą prawdą, gdyż nie był on zbyt lubiany we Wiedniu, gdzie to jedynie z obowiązku potwierdzono jego ~ nadaną mu w zasługi ~ hiszpańską nominację na rycerza, a gdzie rzeczywiście powodem jego niepopularności była niechęć jego ojca do grabieżczej i kolonialnej polityki Habsburskiego hegemona. Jednak tym, co ostatecznie przepełniło czarę goryczy na cesarskim dworze, był jego sprzeciw rzucony cesarzowi oraz okalającej go szlachcie, w kwestii ~ wspomnianego już ~ niedopuszczalnego w ich oczach ożenku z Polką, Jagną Miarską, terminującą wówczas w Brasław przędzarką z Niesse (Nysy). Henryk zakochał się w niej do tego stopnia, że w krótkim czasie zostało z tego poczęte dziecko, które to było nikim innym jak Aleksandrem właśnie. Oczywiście, rodzice jego ukrywali swą miłość przed bacznym okiem cesarza, co trwało niesłychanie długo, bo aż 30 lat, podczas których to sam Henryk, bojąc się utraty tytułu oraz całego rodzinnego majątku, lawirował między tymi groźbami, pilnując się tak skrupulatnie jak to tylko możliwe. Przez to też, dosłownie rok po narodzinach syna, ożenił się ~ od niechcenia, bo i z nakazu ~ z wyznaczoną mu niższą szlachcianką, bardzo porządną i rezolutną kobietą, Elke Koch.
A wszystko to po to, by w oczach innych dać synowi matkę, która ~ niemogąca mieć własnych dzieci ~ mimo oschłości swego naprędce zdobytego męża, bardzo szybko pokochała chłopca. Henryk jednak, mimo tej pozornej żeniaczki, od początku ~ czyli od chwili poczęcia pierwszego i jedynego potomka ~ potajemnie spotykał się z Jagną, co czynił za pośrednictwem swego przyjaciela Bernarda, nikogo innego jak ojca Markusa Müllera, który to ~ w zupełnym sekrecie ~ przez cały ten czas wynajmował dla niej izb pod Wiedniem, co naturalnie czynił na własne Nazwisko. Tak to, przez niemal trzy dekady, ich zakazany związek rozwijał się podczas owych tajemnych schadzek, gdzie ~ co oczywiste ~ często bywał i sam Aleksander. O dziwo, po jakimś czasie, zaczęła mu, w tym sprzyjać nad wyraz kochająca go macocha, która po prośbach małego jeszcze pasierba, nie doniosła o wszystkim władzom, a wręcz przeciwnie, bo nie mogąc znieść jego smutku, w końcu ~ zapominając o goryczy zdrady ~ dała się ku temu ubłagać. A jeśli o zdradzie mowa, to trapiony jej niechęcią i wyrzutami Henryk, ostatecznie porzucił Elke, co wypadło dokładnie w trzydzieste urodziny Aleksandra. To wtedy wręczył on synowi swój własny miecz, po czym, w tajemnicy przed wszystkimi, wyjechał ze swą prawdziwą miłością do Krakowa, by tam, zawrzeć z nią, z dawno upragniony związek małżeński ~ tym samym, wypowiadając cesarzowi jawne nieposłuszeństwo. Jedynym zaś, co wcześniej powstrzymywało go od tego, była chęć upewnienia się, że syn jego, gdy już cała ta burza na dobre rozgorzeje, będzie na tyle ustatkowany i dorosły, by móc podejmować własne i niezależne od innych decyzje. Jednak nie tylko powyższe powody były ością niezgody między Henrykiem a Habsburgami, bo też ~ jako zapiekły Katolik ~ grzechem on widział ich kazirodcze praktyki nagminnego i ad verbum bezwstydnego pokładania się między własnymi krewnymi, czego też nie omieszkał wyrzucić samemu Rudolfowi w swym ostatnim doń liście, posłanym na praski dwór, tuż przed jego nagłym zniknięciem ~ przy czym dodatkowo Henryk był też za reformacją ogarniętego ogólnym rozkładem kościoła, w spaczeniu którego Habsburgowie nigdy nie widzieli najmniejszego nawet problemu.
Tak zwanym rykoszetem, w tym wszystkim, dostało się również Aleksandrowi, który mimo swych wojskowych zasług oraz wiernej posługi kościołowi i cesarzowi, w zauważalny sposób i ponad miarę ~ co z czasem też sam zauważył ~, znacznie częściej niż inni kierowany był do jak najodleglejszych rubieży imperium, a nawet daleko poza jego granice. Miałoby to sens, gdyż wedle listu od Henryka, pozbyć go się miano poprzez posłanie właśnie na ziemię śląskie, gdzie, choć co prawda chodziło o tajną misję i kuszącą obietnicą za jej wypełnienie, to jednak miało to być jedynie pretekstem, by zwabić go w to miejsce, co poczynić miano z myślą taką, iż najpierw będzie on musiał rozprawić się z tamtejszym wyjątkowo aktywnym występkiem ~ z którym, już od dawna nie potrafiono się rozprawić ~, najpewniej licząc złośliwie na jego niepowodzenie, a zatem i śmierć. Ponadto z treści ojcowskiej wiadomości wynikało też, że tak właśnie twierdził nie tylko on sam, ale i nadal wierni mu austriaccy znajomi, którzy to, przebywając między szlachtą wiedeńskiego i praskiego dworu, pilnie donosili mu o krążących tam słuchach czy nowinkach. Dzięki temu Aleksander był zupełnie pewny, jak sprawy się mają, definitywnie, nie będąc już synonimem cesarskiego labanca, a raczej niechętnego cesarzowi kuruca ~ tylko z przymusu i groźby, musząc mu służyć.
Jednak mimo wszystkich tych pewności, zastanawiał się też Aleksander, czy powodem jego zsyłki na Śląsk, nie było aby to, że będąc jeszcze we Wiedniu, zwykł on folgować z niewłaściwymi pannami, pochodzącymi z wielce nieprzychylnych mu rodów. Bądź co bądź, mając wśród niewiast tamtejszych względne powodzenie, Aleksander spłodził jednej z nich dziecko, co spotkał się z niezadowoleniem jej rodziny, niechcącej, by ktoś taki ~ naznaczony jako odszczepieniec ~ chyłkiem wżenił im się w ich dworki i salony. Napomknąć też należy, iż za namowami bliskich tejże szlachcianki, noworodek został przez nią odrzucony i pozostawionym ojcu, który przez jakiś czas opiekował się nim samodzielnie, jednak tryb życia najemnika ~ pełny niebezpieczeństw, długich wędrówek i wojaczki ~ nie pozwalał na nieprzerwane ojcostwo zatem niedługo przed wyruszeniem na Śląsk, w zamian za znamienną przysługę, oddał on syna pod opiekę Bernarda i Grety Müllerów.
Jeśli zaś mowa o stronie cesarza, to cokolwiek, by nim nie powodowało, choćby nawet najczystsza i najbardziej jadowita nienawiść, to wbrew temu, Aleksander wypełniał stawiane mu przezeń cesarski dwór zadania, co prawda od niechcenia Habsburgom, usługując, co głównie działo się za namowami ojca jego Henryka, który to, będąc na wygnaniu, kazał mu nadal służyć sprawie Rudolfa, aby ten nie marnował sobie życia, niepotrzebnie, popadając w prywatę między nimi. Tak też ~ ufając ojcowskiej mądrości. ~ Aleksander czynił, pomimo tego, że jako cesarskiemu emisariuszowi, a czasem i szpiegowi, w tajnych eskapadach na obczyznę, nazbyt często przychodziło życia bronić, czy to na traktach nieustannie napadanym będąc, czy jako obcy przez miejscowych gwałtowników do bójki podrywanym. Naturalnie, już wcześniej podejrzewał on swoje, mimo że nikt nie potwierdził mu dobitnie tego, czego z momentem otrzymania poufnego listu od ojca, w sposób bezsprzeczny był już pewien, a co przed tym pozostawało jedynie w sferze jego rojeń oraz twierdzeń mniej lub bardziej godnych zaufania osób. Mało tego, bo prócz ojcowskich wici, we wszystkim tym utwierdził Aleksandra, również list od samego cesarza, z którego jasno dawało się wyczytać, kim dla wiedeńskiego dworu zawsze był, kim nadal jest, a przede wszystkim, gdzie tak naprawdę jest jego miejsce.
• • •
O takich właśnie sprawach, podczas każdego stajania dumał Aleksander, a i tym razem na zamysłach jego przesypało się kolejnych osiem klepsydry, co znaczyło nic innego jak cztery kolejne kwadranse ~ naturalnie w dość umownym przybliżeniu.
Wówczas to, zmarzniętego na kość Leona Sulimy, zmienił zarumieniony od niewielkich, choć przyjemnych płomieni, Viktor Zass, który niezbyt był zadowolony z faktu opuszczania tak dogodnego mu miejsca, na rzecz ślęczenia w ciemnych i mokrych krzaczyskach. Jedynym pozytywem całej tej sytuacji, było to, iż ~ ku pokrzepieniu całej kompanii ~ od tego właśnie czasu, doskwierająca wszystkim, jak gdyby na złość lodowata wichura, nieco już zelżała. Nad to, mimo swej uciążliwej natury, koniec końców poczyniła się ona do czegoś dobrego, wszak rozwiała sobą ciemne ołowiane chmury, by odsłaniać oczom wszystkich srebrzysty, wręcz mamiący swą surowością ~ ale i pokrzepiającym blaskiem ~ księżyc. Owy nocny kolos, przywodził sobą na myśl ogromną srebrny imperiał, co trochę mijany przez nieliczne i prędkie obłoki, jawiące się w ludzkiej wyobraźni jako sunące po niebie zbłąkane dusze albo i całkowicie wyzute z życia, smętne widma.
Przełamawszy ich przydługie już milczenie, głównie spędzone na zaciąganiu się cybuchem oraz rozglądaniu po gwieździstym niebie ~ a i baczeniu na ciemny las ~, jako pierwszy odezwał się Bolesta, między innymi z pytaniem, na które doskonale znał on odpowiedź:
– Niedługo wjedziemy na zamek, to i warto by omówić co i jak… To, jak to będzie? – Upił nieco wody ze skórnej ~ pięknie zdobionej w słowiańskie wzory ~ łagwi, dawno temu zdobytej na podeszłym mu pod klingę Zaporożcu.
– Zrobimy, co będzie trzeba. A, co będzie dalej, to się zobaczy… – oznajmił wyrwany ze swych zamysłów kondotier, pieczętując to nieznacznym drgnięciem ramion, jak gdyby na znak mu nieznanego.
Jak i jego kooperant, ćmił on gliniany i dość smukły cybuch, który to, w trakcie ich wysiadywania przed skromnym palenisku, nie wiedzieć, kiedy, wpadł mu w ręce, żarząc się na końcu utkanym zwitkiem oschłych liści, będących niebitym dowodem ówczesnego postępu ludzkości w poszerzaniu swych horyzontów, jak i jej potęgi, poprzez nawracanie nowo poznanych pogańskich ludów ~ przynajmniej tak właśnie widział to nieomylny w swym zamyśle Watykanu ~, co niekoniecznie wyglądało aż tak sielsko, jak to, co prosto z ambon głosił po wsiach i miastach kler, a głosił on o dobrotliwych Indianach, jak i o równie dobrotliwych względem nich europejskich pielgrzymach, którzy to obopólnie godzili się ze sobą w górującym nad nimi miłosierdziu kościoła, a co ważniejsze, wspólnie koegzystujących skąpani w miłości samego Jezusa Chrystusa. Nagle, jak gdyby do żywego tknięty spadłym z cybucha żarem, Aleksander zerwał się z pieńka, zaraz też splunął w ogień zawieruszoną między zębami ~ niechcącą się usunąć po dobroci ~ skórką jabłka, po czym przeciągnął się po całości niby wyleniały kocur, by za chwilę zdjął z zadu Blitza, zwinięty w rulonik ~ wraz z ciepłym kożuchem ~ skórkowy kilim. Energicznym trzepnięciem nim, rozścielając posłanie po względnie miękkiej warstwie zrębku i igliwia, naturalnie jak najbliżej bijącego ciepłem paleniska, by z nieukrywaną ulgą wygodnie nań się wyłożyć, zewsząd, skrywając pod puchatym runem.
Srogo przy tym, ziewając, dorzucił:
– Czas się zdrzemnąć, Samborze… – zaraz tez odwrócił się w stronę pobłyskujących płomieni, by po niedługim czasie zmrużyć umęczone oczy, a tym samym uśpić swój niemniej strapiony umysł.
– W moim wieku śpi się o dziwnych godzinach, to samo z chodzeniem do ustępu… – dworował start Polonus, po czym wstał i zniknął za potrzebę między ogarniętymi ciemnością drzewami, skąd nie omieszkał dorzucić. – Ja tu nie zasnę…!
Gdy to mówił, Aleksander zapadał już w krainie snów. I choć w większości przypadków rzadko kiedy miał on jakiekolwiek treściwszy sny, a prędzej, mało które dane było mu popamiętać, to jednak bywało i tak ~ co rzadkością było, jak spadająca gwiazda ~, że niektóre z sennych majaków utkwiły w jego pamięci, a po przebudzeniu nie rozpłynęły się jak poranna mgiełka. Niestety, nie było to dlań powodem do szczęścia, bo najczęściej nachodziły go istne koszmary ~ ponad miarę mroczne, jak i makabryczne. Te zaś bywały różne, zwykle mało przyjemne, bo naprzód związane z przeżyciami, jakie towarzyszyć mogły każdemu wojakowi, zwłaszcza w momencie odbierania komuś żywota. Aleksandrem przykładowo, długo i uporczywie dręczonym był ponurymi wizję oraz wspomnienia takimi jak, choćby niejednokrotnie zatapiany przezeń w ciele wroga sztyletu, czy miecza albo też niezapomniane widoki pobitewnego pobojowiska, między innymi poszarpanych kartaczami zwłok, roztrzaskanych armatnimi kulami czerepów, urwanych rąk i nóg, nad to wydłubywanych przez ptactwo trupich oczodołów i języków, a i wyjadanych przez sfory dzikich psów, jak i nieskończone chmary szczurów, robaczywe wnętrzności poległych.
Widywał on też, pomordowanych przez przemarsze wojsk cywilów, nie inaczej, jak obwieszonych na gałęziach chłopów, rozprute ciężarne matki, a nawet potopione w studniach dzieci ~ często całymi gromadami. Jednak tak naprawdę nie to było dlań najgorsze, i mimo całej makabry być nie mogły, wszak komuś, kto od najmłodszych wręcz lat parał się brutalną wojaczką, widoki śmierci i okrucieństwa ~ nawet w najgorszej postaci ~ z czasem stawały się mniej dotkliwy, co nie znaczy, że całkiem obojętny, wszak niezależnie od tego jak bardzo by się takowych wspomnień wypierać, to jednak straszliwe obrazy wojny potrafiły bezpowrotnie wypalić się w głowie każdego tego, kto miał nieprzyjemność ich doświadczyć, stając się jątrząca i nigdy niezabliźniona rana ~ przez jednych znoszą lepiej, przez innych znacznie gorzej.