Ząbkowice – Stolec – Ząbkowice, sierpień 2025
Wyszedłem z domu bladym świtem, kiedy asfalt jeszcze trzymał w sobie nocny chłód. Najpierw niebieski szlak, kolejno czarny, a potem już tylko las, gęsty i cichy, jakby od lat nikogo tu nie wpuszczał. Pod nogami coś zabłysnęło. Dwudziestogroszówka, stara, peerelowska, z orłem tak wytartym, że ledwo przypominał ptaka. Podniosłem ją. Nie wiem czemu, ale od razu zrobiło mi się lżej na duszy, jakby ktoś z przeszłości mrugnął do mnie okiem.
Czarny szlak zszedł się z czerwonym i nagle skończył się las. Została asfaltówka: spękana, poorana, z kępami trawy wyrastającymi z pęknięć jak wąsy starego pijaka. Piękna w swojej ruinie. Kiedyś pewnie położą tu nową, gładką, czarną jak smoła i cichą jak grzech. Wtedy umrze. Bo tylko zniszczenie potrafi opowiadać. Nowa nawierzchnia będzie milczeć. Ta stara jeszcze szepcze, jeszcze dialoguje.
Minąłem Skałki Stoleckie. Ktoś kiedyś spojrzał na ten niepozorny garb i nazwał go Stolniczką. Do dziś nie wiem, czy od stolca, czy od tej drewnianej deski, na której babki wałkują ciasto. Może jedno i drugie. W każdym razie szczyt wygląda jak żart, który ktoś zapomniał dokończyć.
Potem skręciłem w las między Stolcem, Niedźwiednikiem, Rososznicą, Czerńczycami i Sieroszowem. Wielki, ciemny, pachnący żywicą i grzybami. Uderzyła mnie cisza taka, że słyszałem własne serce. Żadnych pił, żadnych traktorów, żadnego ryku spalinowych maszyn i ludzi, którzy we wtorek rano muszą zarabiać na chleb. Tylko ja, drzewa i coś, co można by nazwać dobrą energią, gdyby ktoś jeszcze wierzył w takie rzeczy.
Przez chwilę pomyślałem: a może jestem tu jedyny? Może te ścieżki istnieją tylko po to, żeby raz na kilka lat ktoś taki jak ja przeszedł i potwierdził, że nadal są? Może znaki ktoś maluje dla samego malowania, a ja jestem tu przypadkiem, jak ta dwudziestogroszówka w trawie? I właśnie kiedy to pomyślałem, wyobraziłem sobie dwie rzeczy naraz: dzieci kolonijne i znakarzy podczas znakowania tego szlaku. Skąd zestawienie dzieci-znakarze, nie wiem, nie mam pojęcia.
Wróciłem tą samą drogą. Znów Stolec, kupa Stolca – wieś długa jak żal; znów spękany asfalt, znów te same pęknięcia, te same kępy trawy. I znów, dokładnie w tym samym miejscu, leżała dwudziestogroszówka. Ta sama czy inna? Podniosłem ją. Drugi raz. Ważyła dokładnie tyle samo co pierwsza. Tyle, co nic. A znaczyła tak wiele, wypełniając moją uwagę, cały mój umysł.
W kieszeni mam teraz dwie. Jedna z drogi tam, druga z drogi powrotnej. Razem czterdzieści groszy. Na piwo nie starczy. Ważą tyle co nic, a jednak obciążają myśl bardziej niż plecak po całym dniu marszu. Bo w tej pętli – tam i z powrotem po tych samych ścieżkach, po tym samym spękanym asfalcie, po tych samych pytaniach bez odpowiedzi – kryje się cała ludzka kondycja. Idziemy naprzód, przekonani, że odkrywamy coś nowego, a w rzeczywistości tylko zataczamy koło, zbierając po drodze drobne okruchy przeszłości: wytarte monety, zapomniane znaki, ciszę lasu, która trwa niezależnie od nas. I może właśnie o to chodzi – nie o dotarcie gdzieś dalej, lecz o to, by w końcu zauważyć, że droga nigdy się nie kończy, bo zawsze wraca do tego samego miejsca: do nas samych, trochę starszych, trochę lżejszych, z kieszenią pełną bezwartościowych skarbów, które nagle znaczą wszystko.
Wzgórza Szklarskie, czerwiec 2020
Pandemia, rok drugi albo trzeci – już nikt nie liczył. Busik marki Lublin, w kolorze wyblakłego błękitu, podskakiwał na dziurach jak pijany zając. W środku: ja, trzy starsze panie w maseczkach z apteki i kierowca, który wyglądał, jakby urodził się za kierownicą.
– Radzę kiedyś przejść się tędy, tą drugą stroną radzę się przejść – rzucił przez ramię, nie odrywając wzroku od drogi. – U nas wiele jest nieczynnych sztolni, ruin, poniemieckich budynków. To zupełnie wyjątkowe. Tylko u nas tak jest, nigdzie indziej. Nie Beskidy, nie Tatry, nie Bieszczady – tylko wzgórza Dolnego Śląska.
Panie obok nie słuchały. Jedna opowiadała drugiej, jak w uzdrowisku podają naleśniki z serem tak delikatne, że „aż się płacze”, a druga kiwała głową i dorzucała, że pierogi z jagodami „to już w ogóle poezja smaku”. Trzecia tylko westchnęła głęboko pod maseczką, jakby sama czuła ten smak na języku.
Świat się walił, a one trzymały się talerza.
Miałem wysiąść w Hucie-Szklary i pójść czarnym szlakiem ku wsi Szklary. Wysiadłem – owszem – ale zaraz rozsiadłem się na ławeczce pod sklepem Ma-Ja i już gawędziłem z trzema miejscowymi chłopami przy piwie z Browaru Rebelia.
Jeden, w czapce z daszkiem „John Deere”, opowiadał, jak to był w Turcji, w Grecji, a nawet w Egipcie. Pokazywał zdjęcia w telefonie: on i wielbłąd, on i Morze Czerwone, on i jakaś blondynka w Alanyi.
– Wszędzie byłeś – przerwał mu drugi, w koszulce reprezentacji Polski z dwa tysiące dwunastego roku – a nie wiesz, że mamy pałac w Piotrówku?
Światowiec zamilkł. Wzruszył ramionami, jakby pałac w Piotrówku był czymś oczywistym – tylko on akurat go przegapił.
Piwo się skończyło, słońce zeszło niżej. Wstałem, żeby wreszcie ruszyć w te Wzgórza Szklarskie, ale nogi same skręciły ku przystankowi powrotnemu. W głowie kołatała mi jedna myśl: że facet z Egiptem i wielbłądem nigdy nie widział pałacu oddalonego o dwadzieścia kilometrów od własnego domu, a ja nigdy nie zobaczę tych sztolni – bo ważniejsze okazało się piwo pod Ma-Ją i to, jak jeden drugiemu przypomniał, gdzie naprawdę jest środek świata.
W busie powrotnym panie nadal rozprawiały o naleśnikach – tym razem już tylko w mojej głowie. Patrzyłem przez zakurzone okno na mijające ruiny i myślałem, że może kierowca miał rację: tylko tutaj tak jest. Nigdzie indziej.