Opowiadanie, które niemal pisało się samo – zainspirowane niezwykle plastycznym snem i osadzone w świecie postapo. Mam nadzieję, że przypadnie Wam do gustu :)
Serdeczne podziękowania dla Bollyego za betę!
Opowiadanie, które niemal pisało się samo – zainspirowane niezwykle plastycznym snem i osadzone w świecie postapo. Mam nadzieję, że przypadnie Wam do gustu :)
Serdeczne podziękowania dla Bollyego za betę!
Słońce wisiało już nisko nad wieżami odległego miasta, kiedy Szymon dotarł wreszcie do kresu swojej długiej wędrówki. Wokół jesienny wieczór pysznił się odcieniami złota i czerwieni. Wrześniowa bryza buszowała w koronach drzew, porywając do lotu całe chmary zwiędłych liści, które długo tańczyły w rozgrzanym powietrzu, nim opadły w końcu na usłaną pstrokatym kobiercem murawę.
Chłopiec nie zwracał na to wszystko najmniejszej uwagi. Nie potrafił myśleć o niczym poza nieznośnym ssaniem w żołądku. Nigdy w życiu nie był tak okropnie głodny.
Gmach opuszczonej galerii handlowej wznosił się przed nim – wysoki i posępny – pośród rozległej pustki betonowego parkingu. Nie było tam jednak żadnych samochodów; wszystkie dawno temu rozszabrowano albo wywieziono podczas Ewakuacji.
Chłopiec pospiesznie pokonał ostatni odcinek drogi i zatrzymał się przy wejściu. Jakiś zapomniany służbista zabezpieczył je antywłamaniowymi roletami, lecz trudził się na próżno – pracowite ręce dawno temu wybiły w nich pokaźną dziurę. Szymon bez trudu wślizgnął się przez nią do wnętrza budynku.
Hol ciągnął się jak okiem sięgnąć, a po jego bokach ziały wejścia do sklepów – niektóre wciąż szczelnie zamknięte, lecz większość już odpieczętowana i pusta. Miejsce tonęło w półmroku. Choć w strop wprawiono płyty z przezroczystego tworzywa, do wnętrza docierało niewiele światła; nikt od dawna nie czyścił dachu, na którym zalegały grube hałdy zbutwiałych liści. Pachniało kurzem i sparciałą gumą.
Głód naglił, więc chłopiec ruszył wzdłuż korytarza, zaglądając przez wybite szyby do wnętrz opuszczonych butików. Obojętnie mijał sterty zbutwiałych ubrań i dawno wygasłe ekrany telewizorów. Choć dokładnie sprawdzał każdy zakamarek i każdy zapomniany magazyn, zdobycz niemal mu umknęła. Niemal.
Znalazł je ukryte za rzędem pustych butelek, wciśnięte głęboko w otwór pod sklepową ladą. Trzy duże, metalowe puszki. Drżącymi z niecierpliwości rękami Szymon ostrożnie wyjął je i ułożył w równym rzędzie na blacie. Na sam widok etykiet ślina napłynęła mu do ust. Nie mogąc wytrzymać ani chwili dłużej, chwycił pierwszą konserwę i obrócił ją w dłoniach. Wieko było zupełnie gładkie.
Chłopiec zaklął pod nosem. Przez chwilę ściskał metalowy pojemnik w dłoni, walcząc z falą gorzkiego rozczarowania. W końcu, jakby sobie o czymś przypomniał. Wydobył z kieszeni kurtki zardzewiały śrubokręt i położył puszkę z powrotem na stole. Przymierzył się, po czym z całej siły uderzył narzędziem w metal.
Stuknęło głośno, lecz na wieku pozostało jedynie niewielkie wgłębienie.
Niezrażony uderzał raz za razem; z każdym ciosem jego oddech stawał się szybszy, a na policzki wypełzał coraz gorętszy rumieniec. Twardy metal nie ustępował.
– No otwórz się… Proszę! – jęknął w końcu.
Dźgnął śrubokrętem ostatni raz, lecz tępa końcówka ześlizgnęła się po powierzchni wieka i musnęła palce lewej dłoni. Szymon syknął z bólu i odskoczył. W nagłym przypływie złości chwycił konserwę i cisnął ją z całej siły w stronę ściany. Huknęło, wzbił się tuman kurzu, a pojemnik odbił się i zniknął wśród śmieci. Chłopiec zmiótł pozostałe puszki z blatu.
– Niech was szlag! – krzyknął piskliwie.
Stał przez chwilę, ciężko dysząc. W końcu przetarł załzawione oczy i powoli osunął się na podłogę. Oparł czoło o kolana. Gwałtowny wybuch pochłonął resztę jego sił, a ssanie w żołądku ustąpiło miejsca tępemu bólowi, który paraliżował i wysysał z ciała całą energię.
Wokół z wolna zapadał mrok, zamieniając wnętrze budynku w otchłań pełną cieni i niesamowitych kształtów. Szymon namacał w kieszeni kurtki podłużny przedmiot. Raca sygnałowa. Ostatnia.
– Niech mi ktoś pomoże… – szepnął.
Lecz ciemność pochłonęła jego słowa i nie odważył się już odezwać ponownie.
***
Obudziło go mocne szturchnięcie.
– Myślicie, że żyje? – odezwał się pierwszy głos, piskliwy, z pewnością należący do dziecka.
– Ty chyba nigdy nie widziałeś trupa! – zaśmiał się ktoś. – Przecież ma całą czerwoną gębę i jeszcze oddycha. Jasne, że żyje. To mulak. Oni czasem są tacy nieruchawi. Zostawmy go, bo jeszcze mu odbije.
– Zgłupiałeś? Za młody na mulaka. To zwykły dzieciak – dodał trzeci głos, niższy i spokojniejszy od pozostałych.
Szymon z wolna otworzył oczy. Trzech chłopców przyglądało mu się z bezpiecznej odległości kilku kroków. Za ich plecami promienie porannego słońca z trudem przebijały się przez brudne okna dachowe.
– Nie… nie jestem mulakiem. Nic mi nie dolega. Mam na imię Szymon.
Nieznajomi popatrzyli po sobie.
– Ja nazywam się Franek. Skąd się tu wziąłeś? – spytał śniady chłopiec z olbrzymim plecakiem na ramionach. W rękach trzymał długi kij, ten sam, którym chwilę wcześniej bezceremonialnie dźgnął Szymona w żebra.
– Po prostu chciałem znaleźć coś do jedzenia – odparł chłopiec niepewnie.
– Patrzcie. On ma konserwy. I to całą stertę! – pisnął najmłodszy z nieznajomych, na oko dziesięcioletni, z potarganą czupryną jasnych włosów i piegami na twarzy.
Szymon spojrzał ponuro na poobijane puszki.
– Nie umiem ich otworzyć. Pożyczycie scyzoryk?
– Kiedy ostatni raz coś jadłeś? Wyglądasz, jakbyś głodował od tygodnia – powiedział trzeci chłopiec, ten, który wcześniej uznał Szymona za mulaka. Był wyższy od pozostałych, a lewe oko zakrywała mu prowizoryczna przepaska z jedwabnej chustki.
– Parę dni temu. Ciężko coś znaleźć – odparł wymijająco chłopiec. – To macie ten scyzoryk, czy nie?
Wcześniej w podekscytowaniu niemal zapomniał o głodzie, lecz teraz uporczywe ssanie w żołądku powróciło ze zdwojoną siłą.
Nieznajomi popatrzyli po sobie porozumiewawczo, jakby wszystkim naraz przyszedł do głowy ten sam pomysł.
– Nie możemy ci tak po prostu dać naszego sprzętu. Jeszcze byś go zgubił albo coś – powiedział Franek. – Poza tym Adam musiałby się zgodzić.
– Właśnie. Adam. Trzeba go zapytać – pisnął najmłodszy chłopiec.
– Musisz iść z nami i z nim pogadać. Do obozu.
– Właśnie. Jeśli spodobasz się naszemu przywódcy, to pozwoli ci do nas dołączyć. Wyglądasz na bystrego. Mogę tak na ciebie wołać? – spytał chłopiec z opaską na oku.
Zrobił krok do przodu i wyciągnął rękę.
– To jak? Idziesz z nami?
Szymon uchwycił dłoń i z trudem podniósł się z podłogi, lecz natychmiast się zachwiał i byłby upadł, gdyby nieznajomy nie chwycił go pod ramię. Nogi miał jak z waty, a świat wirował wokół niego jak po zbyt wielu przejażdżkach na karuzeli.
– Masz. Zjedz, bo nam tu kipniesz.
Ktoś wcisnął mu w dłoń plastikowe opakowanie. Chłopiec rozerwał je chciwie i dwoma kęsami pożarł cudownie słodki batonik.
***
Potrzeba było jeszcze ponad godziny i dwóch tabliczek czekolady, zanim Szymon odzyskał na tyle sił, by ruszyć w dalszą drogę. W międzyczasie jego towarzysze dokładnie przeszukali całe pomieszczenie. Okazało się to trafną decyzją. Ku wielkiej radości wszystkich chłopców, a największej wciąż wygłodniałego Szymona, miejsce okazało się pełne skrytek i zmyślnych kryjówek. Plecak Franka błyskawicznie wypełnił się po brzegi łupem.
– Czyje są te fanty? – zastanawiał się Franek.
– Kogo to obchodzi? Widzisz, ile tego jest, Bystry? Dzięki tobie tak się obłowiliśmy – rzucił Jacek, chłopiec z opaską na oku. Wyszczerzył zęby do Szymona.
– Poczekaj, aż usłyszą o tym w obozie – ekscytował się Krótki, malec z blond włosami.
– A tam u was… – zapytał nieśmiało Szymon. – Nie przychodzą mulaki? Jest bezpiecznie?
– Gdzie tam. Nie umieją trafić. Adam pomyślał o wszystkim. Zresztą niech tylko spróbują. Wtedy da im popalić.
– Podobno kiedyś wykończył jednego gołymi rękami. Z nim nie ma żartów – dodał Franek, starannie zapinając sprzączkę plecaka. – No nic, więcej się już nie zmieści. Zmywamy się.
W znakomitych humorach opuścili sklep i ruszyli w stronę wyjścia z budynku. Słońce musiało już stać wysoko na niebie, bo pojedyncze promienie przebijały się przez brudne okna sufitowe, zalewając wnętrze budynku żółtawym światłem. Każdy krok wzbijał tumany kurzu, które unosiły się i wirowały niczym miniaturowe tornada.
– Chciałbym już być w domu… Wziąłbym wtedy… – pisnął rozmarzony Krótki.
– Cśś – uciszył go Franek. – Chować się!
Wszyscy zanurkowali w boczny korytarz i przywarli płasko do ściany. Teraz już wyraźnie słyszeli zbliżające się kroki.
– Który to sklep, Czarny? – niski głos odbił się echem w holu. Był szorstki i twardy, z pewnością należał do dorosłego mężczyzny.
– Jeszcze kawałek dalej. Bierzemy, co nasze, i wiejemy.
Szymonowi serce zabiło mocniej. Echo zwielokrotniało dźwięk kroków i chłopiec nie był pewien, ilu mogło być intruzów, lecz nie miał wątpliwości, o jakich zapasach mówili. Rozejrzał się. Korytarz prowadził dalej w mrok, tam, gdzie nie sięgało już światło padające z holu. Nie było innej drogi ucieczki.
Jacek nie wahał się ani chwili.
– Spadamy – szepnął niemal bezgłośnie, wskazując w głąb ciemnego tunelu.
Ruszył naprzód, a pozostali chłopcy z ociąganiem podążyli za nim. Skręcili raz, potem drugi i wtedy Franek wyciągnął skądś niewielką latarkę na dynamo. Mechanizm zarzęził, a posadzkę przed nimi zalał wątły strumień światła.
Wkrótce dotarli do klatki schodowej. Ich przewodnik bez wahania skierował się w dół i zeszli po zawalonych śmieciami schodach. Jeden poziom, drugi. Przecisnęli się przez na wpół uchylone metalowe drzwi, po czym zatrzymali się, zbici w ciasną gromadę.
Znajdowali się w ogromnej piwnicy, tak wielkiej, że ich słabe światełko nie sięgało ścian. Najmniejszy szelest odbijał się tu potężnym echem, a powietrze było ciężkie i przesiąknięte wilgocią. Zapach rozgrzanego słońcem kurzu zastąpiła nieprzyjemna woń rozkładu.
– Niezłe bagno. Diabli nadali tych gangusów – mruknął ponuro Franek.
– Co teraz będzie… – jęknął Krótki. – A jeśli nas znajdą? Stąd nie ma wyjścia.
– Nie marudź i daj mi pomyśleć – zganił go Jacek.
Zapadła cisza, przerywana jedynie szuraniem ich niespokojnych stóp. Szymon czuł się okropnie. Dopiero co rozpalona iskierka nadziei zgasła równie szybko, jak się pojawiła. W blasku latarki dostrzegał zasępione twarze pozostałych chłopców. Krótki wyglądał, jakby miał się zaraz rozpłakać.
Przybity wcisnął ręce do kieszeni i wtedy jego palce natrafiły na podłużny przedmiot. Przypomniał sobie o racy.
Powolnym ruchem wyjął ją i przeciągnął palcem wzdłuż plastikowego korpusu. Czerwone tworzywo było gładkie jak szkło. Ostatnia.
W mgnieniu oka podjął decyzję. Zrobił kilka niepewnych kroków i trzymając racę w wyciągniętej dłoni pociągnął za zapalnik. Purpurowy ognik zapłonął sekundę później, z początku słabo, lecz po chwili końcówka jarzyła się już oślepiającym blaskiem, z łatwością rozświetlając przepastną przestrzeń podziemnego parkingu. Zaskoczeni chłopcy podnieśli głowy.
– Tam jest! Brama – krzyknął Szymon, w podnieceniu wymachując rozpaloną sygnałówką.
Pobiegli w tamtą stronę, rozchlapując rozlane na asfalcie kałuże. Wyjście zamykała opuszczona roleta, lecz tuż obok w betonową ścianę wprawiono blaszane drzwi serwisowe. Przez szpary w zdeformowanej framudze sączyło się słabe światło.
Naparli wszyscy razem i pogięty metal ustąpił z głośnym jękiem. Natychmiast zalała ich fala dziennego światła. Mrużąc oczy od nagłego blasku, pomknęli naprzód, prosto w kierunku wznoszącej się w oddali ściany lasu. Za ich plecami ktoś krzyczał, lecz żaden z chłopców nie miał odwagi się odwrócić.
Wbiegli między pierwsze drzewa, zdyszani, lecz z uśmiechami na twarzach.
– Ale super. Skąd miałeś tę flarę, Bystry? Bez niej zgnilibyśmy w tej dziurze – zaśmiał się Jacek.
Opaska na oku przekrzywiła mu się odrobinę, odsłaniając fragment pustego oczodołu.
Szymon spojrzał z ukosa na wypaloną racę, którą nadal ściskał mocno w dłoni. Krawędzie plastiku były osmalone, a zapalnik odpadł gdzieś podczas ucieczki.
– Ojciec dał mi całą paczkę. Na wypadek, gdybyśmy się rozdzielili. Ta była ostatnia – mruknął pod nosem.
Jacek pokiwał głową ze zrozumieniem; nie trzeba było więcej słów. Ruszyli w głąb lasu, przedzierając się przez gęste poszycie. Chłopcy zdawali się dobrze znać drogę, więc Szymon wkrótce zaprzestał daremnych prób jej zapamiętania. Dotarli do niewielkiego parowu, na dnie którego cicho szemrał płytki strumień. Ześlizgnęli się po stromym zboczu i ruszyli w górę potoku.
W zagłębieniu roślinność nie była już tak gęsta, a wilgotną glebę pokrywała warstwa mchu i miękkiej trawy. Chłopcy zdjęli buty i, związawszy je sznurówkami, przewiesili sobie przez ramiona. Przyjemnie było tak iść, rozchlapując bosymi stopami zimną wodę. Zmartwienia i strach zostały daleko za nimi, ulatywały z ciepłym jesiennym wiatrem.
– Ścigamy się? Kto ostatni na polanie, ten mulak – pisnął nagle Krótki i natychmiast rzucił się naprzód.
Pozostali puścili się za nim biegiem, jakby na z góry umówiony sygnał. Nie chcąc zostać sam, Szymon popędził za nimi, choć nie miał pojęcia, gdzie znajduje się meta tego nieoczekiwanego wyścigu.
Gnali dnem parowu, aż policzki poczerwieniały im od wysiłku, lecz nikt nawet nie myślał, by się zatrzymać. Szymon szybko został w tyle. Wycieńczony długą głodówką nie potrafił nadążyć za towarzyszami i wkrótce wszyscy zniknęli mu z oczu. Wreszcie przystanął, ciężko dysząc.
– Czekajcie… – wychrypiał z trudem. – Nie mogę…
Wtem ogarnęła go fala dławiącego strachu. Zostawią go tutaj. Znów będzie sam.
Siłą woli zmusił się do biegu. Gdzieś przed nim las rzedniał już, ustępując miejsca zalanej południowym słońcem przesiece. Szymon wypadł na otwartą przestrzeń, z trudem łapiąc oddech, i zatrzymał się.
Pozostali chłopcy spoglądali na niego z wierzchołka przewróconego pnia.
– Dzięki Bogu… Jesteście… Myślałem… że wy… – wydusił z siebie Szymon.
– Nie gadaj głupot. Przecież jesteśmy kumplami – odparł Franek i uśmiechnął się. – Adam dałby nam popalić, gdyby stała ci się krzywda.
***
Z polany do obozu prowadził starannie wytyczony szlak. Kolejne etapy marszu znaczyły dyskretne ślady: tu kopczyk płaskich kamieni, tam cyfra wyrzeźbiona scyzorykiem na korze, a od czasu do czasu wbity w ziemię stalowy palik. Szymon szczerze wątpił, czy zwróciłby uwagę na te znaki, wędrując samotnie po lesie, lecz jego towarzysze orientowali się w nich bezbłędnie.
– Adam to wszystko obmyślił – wyjaśnił Jacek. – Musisz wyryć te znaki na pamięć, zanim pierwszy raz opuścisz obóz. Bez tego ani rusz.
– Nie pozwala wychodzić, jeśli ich nie znasz – pisnął Krótki.
– Czy myślicie, że on zgodzi się mnie przyjąć? – spytał Szymon nieśmiało.
– Kto wie? Może jeśli przejdziesz próbę. Jeśli uzna, że jesteś tego wart – odparł Jacek.
Podrapał się po skroni, tuż obok jedwabnej opaski zakrywającej pusty oczodół. Pozostali chłopcy pokiwali poważnie głowami.
Wkrótce byli już u celu. Ktoś gwizdnął głośno i w jednej chwili wokół zaroiło się od chłopców. Szymona otoczyły umorusane twarze, spod potarganych czupryn błyskały ciekawskie oczy. Podniósł się chór głosów. Wieść o przybyszu rozchodziła się lotem błyskawicy. Każdy chciał osobiście przekonać się, kto to taki. W tłumie nie było dorosłych, nikt nie panował nad tym rozgardiaszem, a oszołomiony Szymon ledwie potrafił wyłowić z tumultu pojedyncze słowa.
Wtem ponad zamieszaniem wzniósł się donośny głos Jacka.
– Gdzie jest Adam? Prowadźcie go do Adama!
Mieszkańcy obozu zaszemrali na znak zgody, a gęsty szereg w jednej chwili rozstąpił się. Szymon ruszył przed siebie żegnany dziesiątkami poważnych spojrzeń.
Okazało się, że główna część obozu znajdowała się głęboko pod ziemią. Starodawne korytarze wgryzały się w zbocze porośniętego lasem pagórka, niemal zupełnie niewidoczne w otaczającej je gęstwinie. Część przejść była zawalona, lecz inne pracowicie oczyszczono, otwierając prostą drogę pod powierzchnię. Szymon udał się w tamtą stronę w towarzystwie Jacka oraz drugiego, nieznajomego chłopca, podczas gdy Krótki, Franek i reszta zostali na zewnątrz.
– Powodzenia – pisnął malec na pożegnanie, a Szymonowi nie umknął dziwny wyraz jego błękitnych oczu.
Choć w korytarzach w równych odstępach rozwieszono żarówki, ich blask z trudem rozpraszał mrok podziemia. Gdzieś w oddali cicho mruczał generator, a w powietrzu unosił się słaby zapach benzyny. Poza nimi nie było tu żywego ducha.
– Czy on tu mieszka? Zobaczymy się z nim teraz? – spytał Szymon przyciszonym głosem. Niesamowita atmosfera tego miejsca ciążyła mu coraz bardziej.
Obcy chłopiec skinął głową.
– Pracuje przy Sprzęcie. Postaraj się go nie rozgniewać.
Szymon nerwowo przełknął ślinę. Nie miał pojęcia, co to wszystko oznacza, lecz na samą myśl o spotkaniu z mitycznym przywódcą ściskało go w gardle. Adam. Jak miał go przekonać, by pozwolił mu zostać w obozie? Nic, co przychodziło mu do głowy, nie brzmiało zbyt przekonująco. Na co mógł się przydać ktoś taki jak on? Nie potrafił nawet otworzyć tamtych głupich konserw.
Nagle Jacek zatrzymał się i położył dłoń na ramieniu Szymona. Skinieniem głowy wskazał w prawo, gdzie wejście do bocznego pomieszczenia przysłaniała zakurzona płachta materiału. W środku coś szumiało, a przez szpary między tkaniną a framugą wiał gorący podmuch.
Szymon odchylił przykrycie i wszedł do środka. Piwnica miała betonowe ściany, szarożółte w słabym świetle stropowej żarówki. Całą jej dłuższą ścianę zajmowała stalowa szafa, pełna migających w półmroku diod i światełek. Dziesiątki starych wentylatorów terkotały cicho, napełniając powietrze odgłosem przypominającym cykanie świerszczy na letniej łące.
Tuż przed szafą stało odrapane biurko ze sklejki, na którego blacie ustawiono pojedynczy terminal, połączony z jednostką centralną plątaniną kabli i cienkich przewodów. Za biurkiem siedział ktoś odwrócony plecami do wejścia.
– Mamy nowego, Adamie. Znaleźliśmy go ledwie żywego z głodu w Galerii Czerwonej.
Tajemnicza postać oderwała wzrok od ekranu i powoli, jakby z ociąganiem, wstała z fotela. Odwróciła się w ich stronę.
– Ty jesteś Adam? – wyjąkał Szymon, w krańcowym osłupieniu zapominając całkowicie o strachu.
Wysoki i bardzo chudy nastolatek spoglądał na niego z wyrazem lekkiej irytacji na twarzy. Nie mógł mieć więcej niż siedemnaście lat.
Za plecami Szymona ktoś parsknął śmiechem, a stojący obok Jacek wyszczerzył zęby, wyraźnie z siebie zadowolony. Adam splótł ręce na piersi.
– Nie mówcie, że nastraszyliście kolejnego. Wygląda, jakby właśnie zobaczył ducha. Co wyście mu naopowiadali? Kategorycznie wam tego zakazałem – rzucił ze złością.
Uśmiech zgasł Jackowi na wargach. Chłopiec przestąpił z nogi na nogę, nagle bardzo zainteresowany paznokciami swojej prawej dłoni.
– Nie piekl się. Przecież to taki zwyczaj. Wszyscy przez to przechodziliśmy – wybąkał.
Adam machnął ręką, jakby odganiał się od natrętnej muchy, po czym zwrócił się do Szymona.
– Chcesz do nas dołączyć?
Nadal zszokowany chłopiec zdołał jedynie skinąć głową.
– Załatwione. Teraz jesteś jednym z nas. A wy dwaj, co tak stoicie? Dajcie mu coś do jedzenia i pokażcie, gdzie są sypialnie. Już! Sio – odparł Adam.
Chłopcy wybiegli na korytarz. Zadudniły oddalające się kroki, ktoś roześmiał się głośno.
– Szkoda, że nie widziałeś swojej miny, Bystry.
– Poczekaj, aż zobaczysz, jak się tu urządziliśmy.
Głosy powoli cichły w oddali. W końcu umilkły zupełnie, zagłuszone przez szmer wentylatorów i buczenie elektroniki. Adam poprawił okulary i opadł z powrotem na fotel. Spojrzał z ukosa na linie tekstu na monitorze, a potem na migający przy dolnej krawędzi znak zachęty:
ADAM: ~ $
„Przyprowadzili kolejnego. Do tego znów to zrobili. Mimo wyraźnego zakazu” – zastukał w klawisze.
Odpowiedź popłynęła niemal natychmiast.
„Przecież wiesz, dlaczego tak postępują. Nie walcz z tym. Ludzie potrzebują rytuałów, a ten chłopiec właśnie stracił wszystko, co dotąd znał i kochał. Kto wie, ile wycierpiał, zanim ślepy los sprowadził go do nas. To co dziś przeżył pomoże mu zapomnieć o przeszłości i rozpocząć całkiem nowe życie.”
Adam prychnął jak rozwścieczony kocur.
„I dlatego robią ze mnie tyrana?”
„Nie tyrana, Adamie. Naprawdę zależy mi, żebyś zrozumiał. Wszyscy oni stracili swoich rodziców. Prawda, mają siebie nawzajem, lecz to nie wystarczy. Potrzebują ludzkiego opiekuna, którego ja nie mogę zastąpić. Teraz ty jesteś dla nich ojcem i matką. Jednocześnie boją się ciebie i są ci oddani. Wiesz, że tak musi być, jeśli mają przetrwać.”
„Wszystko zawdzięczają tobie. Ja tylko wykonuję polecenia.”
Tym razem minęła sekunda, nim na ekranie pojawiła się odpowiedź.
„Nie lubię kiedy umniejszasz swoją rolę. Jest ważniejsza niż ci się wydaje. Ja nie mam ciała, cóż dobrego mógłbym zdziałać samotnie? A nawet gdyby, to wielu z chłopców nigdy nie zrozumie, czym jestem. Oni posłuchają ludzkiego przywódcy, lecz nie reliktu zamierzchłej przeszłości. Świat bardzo się zmienił od czasu Katastrofy. Poza tym, każdy łaskawy, lecz odległy dobroczyńca potrzebuje swojego posłańca. Ty nim jesteś, Adamie.”
Młodzieniec westchnął i opuścił głowę. Przez chwilę wpatrywał się tępo w ścianę, zanim zapytał.
„Który z nas tak naprawdę jest Adamem?”
„W pewnym sensie obaj nim jesteśmy, jak jedna istota przejawiająca się w dwóch osobach. Uważasz, że to niemożliwe? Nawet u szczytu swej potęgi ludzkość wierzyła, że troszczy się o nią ktoś taki. Lecz nie zaprzątaj sobie teraz tym głowy. Wkrótce nadejdą pierwsze przymrozki i jest wiele do zrobienia. Nie będzie łatwo utrzymać ich wszystkich przy życiu, jednak razem dokonamy tego. Zaufaj mi. Spójrz.”
Monitor zalała fala tekstu. Instrukcje i plany płynęły szerokim strumieniem, tak że Adam ledwie nadążał notować. Wreszcie ekran znieruchomiał. Młodzieniec zamknął notes i spojrzał po raz ostatni na znak zachęty. Zwalczył pokusę, by coś jeszcze napisać. SI miała rację. Było tyle do zrobienia.
Wstał i zdecydowanym krokiem wyszedł z pomieszczenia, a elektryczne światło natychmiast zgasło. Wkrótce gdzieś na zewnątrz przywitają go radosne okrzyki.
Tymczasem za nim, w pachnącej kurzem ciemności, diody migały beznamiętnie wśród cichego terkotu wentylatorów.
Witaj. :)
Sugestie oraz wątpliwości (zawsze – tylko do przemyślenia) co do kwestii językowych:
Zostawmy go (przecinek?) bo jeszcze mu odbije.
To macie ten scyzoryk (i tu?) czy nie?
Jeśli spodobasz się naszemu przywódcy, to może będziesz mógł do nas dołączyć. Wyglądasz na bystrego. Mogę na ciebie tak wołać? – wprawdzie to dialog dzieci, ale wolę dopytać: powtórzenia?
– Kogo to obchodzi. Widzisz, ile tu tego jest, Bystry? To dzięki tobie to znaleźliśmy – tu podobnie?
Ten fragment chyba przeczy sam sobie:
Szymon udał się w tamtą stronę w towarzystwie Jacka oraz drugiego, nieznajomego chłopca, podczas gdy Krótki, Franek i reszta zostali na zewnątrz.
– Powodzenia – pisnął malec na pożegnanie, a Szymonowi nie umknął dziwny wyraz jego błękitnych oczu.
Choć w korytarzach w równych odstępach rozwieszono żarówki, ich blask z trudem rozpraszał mrok podziemia. Gdzieś w oddali cicho mruczał generator, a w powietrzu unosił się słaby zapach benzyny. Poza nimi nie było tu żywego ducha.
– Czy on tu mieszka? Zobaczymy się z nim teraz? – spytał Szymon przyciszonym głosem. Niesamowita atmosfera tego miejsca ciążyła mu coraz bardziej.
Obcy chłopiec skinął głową.
– Pracuje przy Sprzęcie. Postaraj się go nie rozgniewać.
Szymon nerwowo przełknął ślinę. Nie miał pojęcia, co to wszystko oznacza, lecz na samą myśl o spotkaniu z mitycznym przywódcą ściskało go w gardle. Adam. Jak miał go przekonać, by pozwolił mu zostać w obozie? Nic, co przychodziło mu do głowy, nie brzmiało zbyt przekonująco. Na co mógł się przydać ktoś taki jak on? Nie potrafił nawet otworzyć tamtych głupich konserw.
Nagle Jacek zatrzymał się i położył dłoń na ramieniu Szymona. Skinieniem głowy wskazał w prawo, gdzie wejście do bocznego pomieszczenia przysłaniała zakurzona płachta materiału. W środku coś szumiało, a przez szpary między tkaniną a framugą wiał gorący podmuch. (…) Za plecami Szymona ktoś parsknął śmiechem, a stojący obok Jacek wyszczerzył zęby, wyraźnie z siebie zadowolony. Adam splótł ręce na piersi. – to w końcu Jacek szedł dalej, razem z obcym chłopakiem, czy pożegnał się z Szymonem już wcześniej?
Całą jej dłuższą ścianę zajmowała stalowa szafa, pełna migających w półmroku diod i światełek. Dziesiątki wentylatorów terkotały cicho, napełniając powietrze dźwiękiem podobnym do cykania łąki pełnej świerszczy. – powtórzenie?
A wy (przecinek?) co tak stoicie?
Ludzie potrzebują rytuałów, a ten chłopiec właśnie utracił wszystko, co znał i kochał. Kto wie, co wycierpiał, zanim do nas trafił. Teraz musi zapomnieć o przeszłości, a to, co dziś przeżył, bardzo mu w tym pomoże… nawet jeśli te chwile strachu pozostaną z nim na całe życie. – powtórzenia?
„Który z nas dwojga tak naprawdę jest Adamem?”
„Można powiedzieć, że obaj nim jesteśmy. – logiczny – jeśli „z dwojga”, to czemu „obaj”?
Zakończenie mocno zaskakujące, przez pewien czas miałam luźne skojarzenia z kultowym niegdyś serialem „Stawiam na Tolka Banana” (tylko imię tytułowego bohatera brzmi inaczej), lecz poszedłeś w całkiem innym kierunku. :) Przerażające realia świata postapo, brawa. :)
Klik, pozdrawiam serdecznie. ;)
Pecunia non olet
Bardzo klimatyczne, podobało mi się jak w opowiadaniu zbudowany został nastrój. Jak też wspomniała bruce, zakończenie jest zaskakujące, choć sam skojarzeń ze wspomnianym serialem nie miałem (jestem za bardzo “bobo”, by kojarzyć tę produkcję :)).
bruce
Dziękuję za uwagi i lekturę. Masz dobre oko :) Poprawiłem potknięcia stylistyczne i przecinki.
Sheridan
Jeśli podobał Ci się klimat, a lubisz fantasy i nie zniechęca Cię większa objętość tekstu to polecam inne moje opowiadanie:
https://www.fantastyka.pl/opowiadania/pokaz/34261
Tak czy inaczej, dziękuję za lekturę “Adama”!
Udany, dobrze napisany tekst z zaskakującym zakończeniem, który betowałem, i który bez wahania zgłaszam do Biblioteki. Dodam, że miałem przyjemność poznać również obszerny fragment powieści Samuela, w której uniwersum osadzone jest opowiadanie.
Rozdzióbią nas kruki, wrony i ptaki ciernistych krzewów.