- Opowiadanie: StaryScislaka - Arcykrólowa: Rozdział I

Arcykrólowa: Rozdział I

Na ten moment prezentuję pierwszy rozdział tekstu nad którym pracuję od jakiegoś czasu.

Wydarzenia “Arcykrólowej” dzieją się w rzeczywistości odległego świata, do którego przed kilkoma tysiącleciami trafiła grupa zagubionych krzyżowców pod wodzą niejakiego Świętego Dariusha-Josepha.

Arcykrólowa opowiada o wydarzeniach po śmierci jednej z dalekich potomkiń świętego, które miały zmienić oblicze cesarstwa.

Oceny

Arcykrólowa: Rozdział I

I

1.

Pogrzeb nigdy nie jest powodem do zbytniej radości, w szczególności pogrzeb kogoś, kto na przestrzeni cykli zyskał taką pozycję jak arcykrólowa Enestera Z krwi Dariushowej domu Miecza i rzeczywiście, pogrzeb ów nie wzbudził w nikim zbyt pozytywnych emocji, a na pewno nie w rodzinie samej zainteresowanej. Potomkowie Dariusha-Josepha bowiem zebrani w oddalonym od wszelkiej cywilizacji majątku ziemskim Lebrin mieli wyjątkowo podły humor. Arcykrólowa kontrolowała dyskurs polityczny cesarstwa przez ostatnie trzydzieści cykli i jej nagła śmierć była dla jej rozleniwionych krewniaków wyjątkowo nie na rękę. Teraz przyszła pora by oni sami wzięli się w garść i spróbowali utrzymać, choć część z wyrobionych przez arcykrólową i jej – świeć panie nad jego duszą – męża wpływów na dworze cesarskim. 

 

Pałac w Lebrin był powszechnie uważany za miejsce wyjątkowo przeklęte, czemu również nie pomagał fakt, że w języku miejscowej ludności jego nazwa oznaczała "słabe plony". Dwór znajdował się na zarośniętych mchami wrzosowiskach usytuowanych w jednym z licznych meandrów wielkiej rzeki Gergowlii, kilka godzin drogi konno od największego miasta regionu i najważniejszej z siedzib rodu, prastarej pierwszej stolicy imperium – Titanii. Sam w sobie pałac nie był jakoś nadzwyczajnie brzydki, czy też zaniedbany, ot przedkiramackie dworzysko zachowane w późnokubolandzkiej stylistyce i zarośnięte wokoło ¾ bluszczem. Może i na ten region świata mało popularne zjawisko, ale nie odstające od normy na tyle, by przezwać go nawiedzonym z powodu tak trywialnego, jak rzadko spotykany wygląd. Pałac był uznawany za przeklęty z powodu takowego, iż wokół niego miejscowa ludność zdaje się, widziała przeróżne nadnaturalne zjawiska, jak również wzmożoną aktywność i nadzwyczajnie wysoką populację pomniejszych bóstw, demonów i duchów przyrody. Dlaczego też, skoro miejsce owo jest powszechnie uznawane za nieprzyjazne dla całej ludzkiej nacji i za aż rojące się od bezbożnych bytów nieczystych i tak zostało wybrane miejscem spotkania całości jednego z najwybitniejszych i najbardziej wpływowych rodów tej części świata? Odpowiedź jest skomplikowana, gdyż sam powód jest znany, ale jego motywacja już nie. Wybór owej lokalizacji nie był podyktowany żadną wspólną decyzją członków rodu, czy też, chociażby starszyzny, ani nawet tradycją wypracowywaną przez pokolenia, powód był taki, że sama nieboszczka arcykrólowa wskazała ponure dworzysko Lebrin jako miejsce, w którym życzy sobie być pochowaną i w którym ma być odczytana jej ostatnia wola. Nikt do końca nie wiedział, dlaczego najwyższa rządczyni cesarstwa postanowiła wybrać z dziesiątek należących do siebie pałaców ten o tak nieprzyjemnej reputacji, ale wedle relacji jej służby z bliżej nieznanego im powodu, to właśnie przeklęte Lebrin był jej ulubionym pałacem i nierzadko mawiała, że gdyby nie jej obowiązki, odwiedzałaby go przynajmniej tak często, jak pałac rodowy w Titanii, lub dwór cesarski w Czarnoróży. Jakkolwiek pierwszej z obu próśb potomkowie Dariusha-Josepha postanowili nie wypełniać i ciało pogrzebali zgodnie z przyjętym rytuałem i tradycjami pod pałacem arcykrólewskim w Titanii, tuż obok jej męża Leopolda tożsamej co Enestera krwi, ale domu Róży, tak druga prośba została ustalona na wykonanie w pełni według instrukcji. 

 

 

Dzień był to o wyjątkowej wilgotności i niespotykanym o tej porze cyklu zachmurzeniu. Przed pałacem po raz pierwszy zapewne w jego historii, ruch uliczny blokował dojazd, a dziesiątki bliżej, lub dalej spokrewnionych z denatką arystokratów wjeżdżało do Lebrin z mocno zróżnicowanym entuzjazmem. 

 

Gdy choroba dopadła i niestety wykończyła arcykróla Leopolda, jego małżonka, świeć panie nad jej duszą Enestera, wydawała się jedyną logiczną opcją. Świętej pamięci arcykról sam ją namaścił jako swojego następcę, a zgromadzenie potomków Dariusha-Josepha uczciwie i jednogłośnie osądziło, że to właśnie ona miała wielki wpływ na umocnienie pozycji rodu i będąc prawą ręką Leopolda, doprowadziła do zwiększenia potęgi całego cesarstwa, tak więc wybranie jej przez ród i samego cesarza zdawał się jedyną możliwością. Teraz niestety nie było tak prosto, nikt nie wiedział kogo i czy w ogóle Enestera wybrała dla siebie na następcę, do tego spośród możliwych kandydatów, żaden nie wydawał się absolutnym pewniakiem, tym bardziej po nagłej i niespodziewanej śmierci lorda Kordesa z domu Miecza, która do dzisiaj budziła kontrowersje, jako że to właśnie strażnik dworu arcykrólewskiego w Darpanie od kilku cykli zdawał się niekwestionowanym faworytem, w razie następnej przedwczesnej elekcji.

 

Hrabia Lemin z domu Wiertła wraz ze swoją małżonką – xiężną Laurą Wazglianką, notabene najstarszą córką Jego Świętej Miłości, aktualnie panującego na ziemi i przed Bogiem cesarza najświętszej Gugolandii – imperatora Walerego Wazgla, podjeżdżali akurat swoją schludną, acz niezbyt bogatą karetą pod wielkie, hebanowe, czarne wrota pałacu. 

 

Chorobliwie wręcz aspołeczna, wysoka, smukła i ubrana w zwiewne, czarne suknie xiężna patrzyła ze smutną nadzieją na swojego niskiego, łysawego męża. Hrabia Lemin znał swoją ukochaną małżonkę na tyle dobrze by wiedzieć, czego w tym momencie pragnie najbardziej, a było to oczywiście jak najszybsze odwołanie swojej obecności na owym spotkaniu rodzinnym i powrocie do odosobnionego od ludzi dworku w Hembonie, gdzie jedyny grożący jej bezpośredni kontakt z innymi organizmami żywymi to z ukochanym mężem, wyuczoną do perfekcji służbą i okazjonalnie muchą, która mimo usilnych starań i tak znalazłaby jakiś sposób, by zakłócić jej samotność. Lemin wiedział również że nie może przystać na milczące błaganie swojej cichej żony. Mariaż z członkinią rodu Wazgli umieścił go, wbrew jego woli, na świeczniku, był on bowiem z jego powodu najbliżej spowinowaconym z aktualnym cesarzem nosicielem krwi Dariusha-Josepha, a co za tym idzie, kluczową postacią w niekończących się zwadach o następstwo nieboszczki arcykrólowej, tym bardziej że od czasu koronacji Jego Świętej Miłości Cesarza Walerego wielu członków rodu widziało w Leminie szarą eminencję, która mimo mało przystojnej aparycji, tak naprawdę tylko powierzchownie była odcięta od salonowej rzeczywistości, pociągając po cichu sznurkami rodowej, imperialnej, a według niektórych nawet kontynentalnej polityki ze swojej hembońskiej rezydencji. Nie była to oczywiście prawda, bo każda dłuższa konwersacja z hrabią natychmiast uświadamiała rozmówcę, że rozbiegane oczy, niechęć do salonów i wycofanie z szerszej polityki nie były maską, tylko jego całkowicie szczerą naturą. Jak można się było spodziewać Lemin nie miał najmniejszej ochoty choćby myśleć o zostaniu drugim człowiekiem cesarstwa; ciągłe podróże, przebywanie na dworze imperialnym i podejmowanie trudnych decyzji było dla hrabiego czymś tak dalekim od przyjemnego, że przez całą drogę z Hembony ściskał, ku jej cichemu przyzwoleniu, dłoń swojej małżonki.

 

Sytuacja Lemina była o tyle tragiczna, że gdy poznał i oświadczył się Laurze (a w zasadzie to poprosił o jej rękę wtedy jeszcze xięcia Walerego, na co, ku zdziwieniu wszystkich, (włącznie z samą zainteresowaną) Laura zareagowała nader (jak na siebie) entuzjastycznie). Wydawała mu się ona wtedy (jak również teraz) idealną – sam niepozbawiony fobii społecznych hrabia, od pierwszego wejrzenia i niemrawej rozmowy przekonał się, że znalazł właśnie swoją drugą połówkę – cichą, wycofaną, nieskorą do uczestnictwa, a tym bardziej organizowania hucznych przyjęć i bankietów, a co dla niego w ów czas bardzo ważne, z mało znanego, choć szanowanego rodu, którego siedziba znajdowała się na tyle daleko, by z łatwością wykręcać się z wszelkich odwiedzin. 

 

Jakież było przerażenie młodego jeszcze wtedy małżeństwa, gdy po przedwczesnej śmierci Jego Świętej Miłości Cesarza Legry Amasa, Najwyższa Rada cesarstwa wraz z kolegium elektorskim na następnego Imperatora namaściła głowę rodu Wazglów. Niemal z dnia na dzień, po tym jakże świetnym wydarzeniu, dwór w Hembonie został bezprawnie najechany przez grupę aferzystów-dziennikarzy, oraz krewnych i dawno zapomnianych znajomych, którzy doszukiwali się w Leminie wytrawnego politykiera, który przewidział wynik elekcji i dlatego postawił na wżenienie się w przyszły cesarski ród i to z najstarszą córką, oczywiście podejrzewając przy tym, że w ciągu kilku cyklów, to nie kto inny, tylko Lemin właśnie spróbuje wywalczyć tiarę aryckrólewską, albo kto wie – tron cesarski. 

 

 

Im bliżej karoca hrabiego znajdowała się do wielkich, czarnych jak smoła wrót, tym bardziej podzielał on chęć swojej małżonki do zniknięcia gdzieś pod podłogą. Apogeum niechęci zostało osiągnięte, gdy kareta ostatecznie przed otwartymi, czarnymi drzwiami stanęła, a ubrany w granatową kurtkę i białą perukę sługa otworzył drzwiczki pojazdu, od razu rozkładając przy tym małe, przenośne schodki. Nastała chwila ciszy, w której hrabia patrzył się na swoją małżonkę, ona z łzami w oczach wpatrywała się w niego, a stojący na zewnątrz sługa trzymający drzwiczki powstrzymywał się od kichnięcia. 

 

Nagle, bezpardonowo do karety wszedł lord Louis Monterrier – powszechnie uważanego za prawą rękę cesarza, jeszcze z czasów przed objęciem tronu, a co poniektórzy nawet zarzucali mu bycie architektem zwycięstwa w elekcji. Lemin z żoną spojrzeli na intruza zdenerwowani; obecność cesarskiego przedstawiciela na odczytaniu woli nieboszczki arcykrólowej było czymś spodziewanym, ale nagłe wtargnięcie w strefę komfortu obu właścicieli pojazdu, było dla hrabiego i jego małżonki nadnaturalnie nie na miejscu. Monterrier nie czekał na nie mający nigdy nadejść komentarz na swoją obecność ze strony Lemina i Laury, lecz natychmiast przeszedł do interesów. Wyciągnął zza pazuchy zapieczętowany list z charakterystycznymi insygniami cesarskimi – czarną różą cesarstwa i wściekłym psem rodu Wazgl. Louis podał bez słowa list Leminowi i bez żadnych wyjaśnień dał znak, by hrabia złamał pieczęć. Lemin zawahał się, lecz po chwili kiwnął głową i począł odczytywać cicho treść wręczonego pisma. W miarę jak przekopywał się wzrokiem przez kolejne partie tekstu, wyraz jego twarzy zaczął przybierać formę czegoś na kształt wpierw zaskoczenia, a następnie, po chwili namysłu – ulgi. Gdy skończył, jeszcze raz spojrzał na Monterriera i dał sobie chwilę, by wszystko przemyśleć. List cesarski okazał się najmilszą częścią dnia, nie żeby zwiększyło hrabiowskie chęci udziału w spotkaniu rodzinnym, ale dało mu wielką dawkę nadziei, że rozmowy elekcyjne nie będą nawet w połowie tak długie, jak się wcześniej obawiał. Hrabia się nieznacznie rozluźnił, a Monterrierowi na twarzy pojawił się wielki uśmiech. 

 

Nie spieszyło im się nigdzie, siedzieli i czekali. Gdy tak czekali, zanim ktokolwiek zdążył cokolwiek powiedzieć, tuż obok nich czmychnęła wielka, złota lektyka niesiona przez sześciu rosłych, czarnych mężczyzn z głębokiego południa w różowych kubrakach i białych perukach. "Amnesty z domu Róży” pomyślał hrabia, po czym spojrzał jeszcze raz w błękitne, mokre od łez oczy swojej, o trzy głowy wyższej od siebie małżonki, po czym najdelikatniej jak mógł, powiedział „Kochanie, proszę, zostań w jednym z pokoi gościnnych, to raczej nie potrwa zbyt długo”, po czym poinstruował podchodzącą służbę pałacową, gdzie mają hrabinę zaprowadzić i wyszedł za lordem w stronę mrocznych wrót starego pałacu.

 

2.

W obszernej sali balowej był już niemały tłok. Wielkie suknie balowe uderzały o siebie, doprowadzając poszczególne szlachcianki do kłótni; pomimo zdawałoby się grobowej atmosfery wyniosłe damy i szlachetni panowie, popijając miód i wino, rozmawiali o interesach, możliwych następcach arcykrólowej i polityce w środkowym cesarstwie. Między głośno dyskutującymi potomkami Dariusha-Josepha przemykała służba niosąca na tacach przystawki i niekończące się kieliszki i butelki.

 Nawet niewprawione oko byłoby w stanie zauważyć, że rodzina niosąca w swych żyłach najświętszą krew Dariushową nie była bytem jednolitym; na wiele długości można było ujrzeć, że niby przypadkowo dobrani rozmówcy podzieleni byli nie tylko na owym bankiecie, ale również w życiu codziennym. Poszczególne grupy rozmówców wydawały się jakby hermetycznie zamknięte, a ich brak jakiegokolwiek, choćby momentalnego kontaktu z innymi uczestnikami bankietu, dużymi literami mówił "To był świadomy wybór, że was ignorujemy". Zresztą co się dziwić? Historia rodu jest długa na tysiąclecia i nawet podział na trzy domy nie oddaje już w pełni kompletnego rozwarstwienia wewnętrznego najwyśmienitszej z rodzin świętego imperium. Od czasów ostatniego wspólnego przodka wszystkich dziś żyjących członków rodu, prawnuka Najświętszego Dariusha-Josepha Henriego-Villefrancha rodzina zdążyła się dzielić, łączyć, bawić kupiectwem, administracją, sztuką, nauką i religią. Przejmować i tracić kontrolę nad Imperium. Jedyne co ich łączyło to krew, jedna wspólna kropla krwi, która bezpośrednio łączyła wszystkich członków rodu z założycielem Imperium i właśnie przez tę krew, tak ochoczo pilnowaną i badaną przez kronikarzy i genealogów teraz ci wszyscy tak dalecy od siebie ludzie, teraz muszą się spotkać, by wyłonić spośród siebie tego jednego, który przejmie brzemię po Enesterze.

 

Przy stole z przekąskami na małym krzesełku siedziała xiężna Barbara z domu Wiertła, kobieta o wieku nader sędziwym i zmysłach legendarnie wręcz stępiałych. Obok xiężnej stała jej bratanica Elisa, która co rusz podpowiadała półślepej ciotce kto i jak wchodzi, jak jest ubrany i przypominała co ciekawsze plotki na temat danego krewnego. Stara nie wiedziała do końca, co się dzieje, nie mniej jednak była swej młodej podopiecznej wdzięczna za przynajmniej częściowe nakreślenie dziejącej się na owym spotkaniu sytuacji. Elisa nie szczędziła ciotce szczegółów, opowiadając jak to Leanora z domu Miecza ubrała łososiową suknię, w której widać jej było kostki i szyję, czy też, że hrabia Yungton z domu Wiertła znowu przyprowadza inną partnerkę (zupełnie inną niż przy grzebaniu ciotki), albo o tym, że lady Rachela z domu Róży siedzi obrażona gdzieś z boku, bo znowu nikt nie traktuje jej poważnie jako kandydata na tron. Gdy tak opowiadała, nagle tuż przed drzwiami do sali stanęła wielka lektyka, z której powoli, po podstawionych przez sługi poduszkach wyszedł Amnesty z domu Róży. 

 

– Kto to znowu? – zapytała stara, ciągnąc Elisę za rękaw.

 

– Amnesty z Róży ciociu – powiedziała wpatrzona w ekstrawaganckiego mężczyznę dziewczyna – ten taki… – i tu Elisa nachyliła się nad uchem ciotki, by powiedzieć jej określenie, które uznawała za zbyt nieobyczajne, by wymówić na głos, a na które stara się zaśmiała. Po tych słowach dziewczyna jeszcze dodała głośno – ten, co arcykrólowa miała do niego słabość

 

– A, ten… znowu we tej lektyce przyjechał, eh?

 

– Tak ciociu, przyjechał. Ubrał się jak jakiś buffon – powiedziała z delikatnym uśmiechem dziewczyna – Na głowie wielka biała peruka ze wstążkami, a ubrany w szaty mieniące się wszystkimi barwami tęczy, u pasa zdaje się prawdziwe zmiennoostrze i jeszcze te trzewiki! Trawiaste!

 

Amnesty ruszył w stronę stolika z przekąskami, trzymając swą haftowaną chustkę przy ustach, co rusz wzdychając, w miarę przechodzenia obok kolejnych grup osób. Gdy doszedł do pełnego przekąsek stolika, sięgnął po jedną, po czym, nagle jakby dopiero teraz zwracając uwagę na stojącą obok dziewczynę i jej ciotkę, ukłonił się nieznacznie, a następnie szybkim ruchem zabrał przechodzącemu słudze kieliszek z tacy. 

 

– Xiężna Barbara z domu Wiertła i Elisa Wiertnica, moje uszanowanie drogie panie – powiedział z przesadną kurtuazją, po czym wlał w siebie zawartość pierwszego kieliszka.

 

– Cześć Amnesty. Widzę, że jesteś w bojowym humorze, będziesz krwią dowodzić swoich racji? – powiedziała Elisa, na co Amnesty prawie nie wypluł kolejnej, tym razem powoli upijanej dawki wina

 

– Pardon?

 

– Na sali pełno wytwornych panów z jeszcze wytworniejszymi rękojeściami, ale tylko u jednego jest ona przytwierdzona do prawdziwej broni. Masz zamiar z niej dzisiaj skorzystać?

 

– Nie będę ukrywał, że nie jestem zaskoczony – powiedział, ocierając usta chustką, dając znać kolejnemu kelnerowi, że pilnie potrzebuje dolewki – nie spodziewałem się, że ktoś na tej sali zwróci uwagę na to lekkie faux-pas z mojej strony

 

– Eh – wzruszyła ramionami – nic nadzwyczajnego, atrapy dyndają, jakby właściciel nigdy nie trzymał broni przy pasie, są źle wyważone i rękojeść zbyt bardzo wychyla się do przodu, do tego tylko u jednego ekscentryka leży tak by dało się do niej łatwo sięgnąć, do tego zmiennoostrze? Musiało kosztować krocie!

 

– Chylę czoła spostrzegawczości, ta broń rzeczywiście jest nader kosztowna, importowana spoza imperium z dalekich gór Rogowych i słynnych warsztatów Hutnogrodu, ale cóż mogę powiedzieć, ja toleruję jedynie najwyższą jakość, a jest to broń piękna i nader zabójcza.

 

– Na pewno robi wrażenie, pytanie tylko, czy właściciel potrafi z niej korzystać?

 

– Każdy, kto miał okazję się ze mną zetrzeć lub choćby zobaczyć mój kunszt, na ogół zdawał się pod wrażeniem, a przynajmniej nie słyszałem jeszcze, by ktoś narzekał…

 

– Nudzi mnie ten bankiet – powiedziała szczerze, wcinając się w rozmowę Barbara – nikt mnie jeszcze nawet kieliszka wódeczki ziołowej na smutki nie zaproponował, na taniec żałobny nikt nie zaprosił…

 

– Chamiszcza! – powiedział, kryjąc śmiech arystokrata – Nasz ukochany Michael nie pogonił jeszcze swojej służby?

 

– A żeby tylko! Pojawić się nawet nie raczył. Tak swoją szwagierkę opłakuje, że nawet na taniec żałobny grajków nie przygotował. I pomyśleć, że posłuchałam go, jak prosił o wsparcie przy przegłosowaniu pochówku na zamku, zamiast zgodnie z testamentem, jakiż był wtedy sympatyczny, jaki miły, a teraz nawet kieliszeczka mi nie dał…

 

– Oj ciociu! – powiedziała nerwowo Elisa – niezależnie od tego, jaka jest jakość tego spotkania, to nie atakowałabym samego xięcia, na pewno, razem z Luną są w takiej żałobie, że nie byli w stanie tego przypilnować. 

 

– Elisa z Wiertła, jak zawsze próbujesz wytłumaczyć innych, nawet gdy o nich plotkujesz – powiedział, patrząc na nią z politowaniem Amnesty – ja, moja droga krewniaczko, nie daję innym jednak aż takiej dozy dobrej woli, Michael jakkolwiek czarujący zewnętrznie by nie był, od śmierci mojej ukochanej ciotki jedynie łamie jej prośby i zdaje się, jest już przekonany, mimo plejady innych kandydatów, że to właśnie na jego przetłuszczonych włosach spocznie złoty diadem arcykrólewski

 

– No właśnie, kogo ty widzisz jako najlepszego kandydata, Lemina, kogoś z Miecza? Może Rachelę? – Zaśmiała się Elisa – A może myślisz, że ty się do tego nadajesz najlepiej?

 

– Skromnemu nie wypada mówić o sobie, czegokolwiek o moich predyspozycjach bym nie uważał. Kogo innego bym widział? – Amnesty zamyślił się w teatralny sposób, chwytając kolejny kieliszek musującego trunku – Skłamałbym, gdybym powiedział, że widzę aktualnie kogokolwiek mogącego choćby nawiązać do umiejętności i prezencji na salonach, jaką charakteryzowała się moja wybitna patronka. Dzisiejsze wybory są nadzwyczaj problematyczne, bo ciężko określić kogo sama świeć panie nad jej duszą Enestera mogła ostatecznie wybrać. Nawet mi, mimo długich cykli protekcji z jej strony i skromnej służby w jej gabinecie dyplomatycznym, ciężko jest określić, kto według niej najlepiej by się nadał.

 

– A kogo proponowała?

 

– Wiem tyle, iż spodziewała się tego, że niestety, ale tym razem Dom Miecza nie ma większych szans. Wraz ze śmiercią kuzyna Kordesa, opiekuna pałacu rodowego w Darpanie, cała ta gałąź rodu utraciła jakiekolwiek atuty i nadzieje i niestety dla nich, po tylu cyklach politycznych sukcesów, wyschło im źródło osób ponad przeciętnych, zostawiając jedynie, no cóż… osoby co najwyżej mierne. Wątpię by po śmierci arcykrólowej i Kordesa, który nie ukrywajmy, zdawał się pewniakiem w razie jej przedwczesnego odejścia, ta przecież od lat dominująca część rodu była w stanie zbyt szybko się odbić. A jeżeli chodzi o kandydatów na arcykróla? Jak pewnie wiecie na salonach często pada imię Lemina, jednakowoż jak dobrze wiemy, poza faktem, że przypadkowo ożenił się z córką przyszłego cesarza, nie ma on żadnych predyspozycji, czy też ochoty, by brać udział w całej tej szopce, nawet gdybyśmy go wybrali, nie byłbym zdziwiony, gdyby propozycję odrzucił. Kto dalej – mówiłaś o Racheli, ale sam fakt, że ktoś chce być arcykrólem, nie świadczy o tym, że się do tego nadaje. O mnie, mimo moich oczywistych atutów nie rozmawialiśmy i jak już wspomniałem, nie mam zamiaru rozmawiać i teraz. Jedyne co mogę powiedzieć, to to, że raczej wbrew obiegowej opinii nie byłem jej faworytem. Owszem, byłem przez wiele ostatnich cykli jej protegowanym, nie mniej jednak różniliśmy się wielce w naszych wizjach na przyszłość imperium. Ona wierzyła w utrzymanie kursu, ja wierzę w systemowe zmiany, ona spijała sobie z dzióbków ze starą arystokracją, ja jestem na to zbyt bezkompromisowy. Ona dokładnie wiedziała, jaki jest mój pogląd i dlaczego nie zgadzam się na dalsze ustępstwa wobec ludzi, dla których więcej znaczą tytuły i błękitność krwi niż umiejętności. Kelner! – Po tych słowach Amnesty wykonał do jednego ze swoich, stojących przy drzwiach do sali, ludzi znak ręką, równocześnie zabierając kolejnemu kelnerowi kieliszek z tacy. – Jestem jednak przekonany, że kto jak kto, ale ciotka miała oczy szeroko otwarte i, mimo że się tym nie chwaliła, to prawdopodobnie wypatrzyła wśród potomków naszego najświętszego przodka konkretną osobę, do której skroni arcykrólewski diadem będzie pasował najlepiej

 

– Czyli nawet nieboszczka arcykrólowa nie była pewna, kto powinien być po niej? Do czego ten świat zmierza… – kontynuowała nie zważając na nic xiężna Barbara

 

– To byłoby stwierdzenie bardzo daleko idące. Jak powiedziałem, moja ukochana ciotka, nawet jeżeli miała jakieś konkretne plany, to zapewne trzymała je tylko dla siebie. Dopóki kuzyn Kordes żył, był najważniejszym kandydatem, z czym się wszyscy możemy raczej zgodzić, teraz będziemy musieli jednak poczekać do wieczora, komu pragnęła powierzyć swój tytuł w ostatniej woli. Zresztą nie wiem, czy ma to większe znaczenie, Chyba wszyscy się pogodzili z tym, że cesarz postawi na Lemina, Ciotka Lemina nie chciała, a reszta rodu sama nie wie czego oczekuje

 

– A siostra Enestery Luna? – zapytała Elisa – Jest najbliższą krewną i xiężną Titanii…

 

– Luna się nie nadaje. – powiedzieli w jednym momencie Amnesty i Barbara, co spowodowało u całej trójki konsternację, a następnie szczery śmiech.

 

– No dobrze jak nie to nie… Więc uważasz, że elekcja będzie problematyczna? – powiedziała Elisa po chwili.

 

– Uważam, że ktokolwiek by z tej sali nie wyszedł jako arcykról-elekt i tak większość rodu pozostanie z tego faktu nie ucieszona, nawet jeżeli nie tuż po elekcji, to za kilka cykli, gdy się okaże, że interesy nowego rządcy nie będą się pokrywały z ichnimi

 

– Jesteś strasznym pesymistą.

 

– Realistą. Wiem. Humphrey, Gustaw ile można czekać?! – W tym momencie do rozmawiających podeszła gwardia przyboczna Amnestego, tym razem wyposażona w instrumenty muzyczne – Drogie panie – powiedział, uśmiechając się lekko, widząc, że skutecznie zmienił temat – chyba nie miałem wam okazji przedstawić moich bliskich towarzyszy broni, oto Humphrey, Gustaw, Lionel, Villefranche, Jojakim i ostatni, ale najpośledniejszy z nich Baltazar – mężczyźni ukłonili się, po czym pięciu z nich podeszło na podwyższenie i rozpoczęło odgrywanie pięknej, acz smutnej melodii. Gdy tylko muzyka zagrała jedyny przyboczny Amnestego, który nie złapał za instrument – Lionel ukłonił się przed lady Barbarą i powiedział:

 

– Czy mogę panią prosić do żałobianki? – xiężna najpierw przymrużyła swoje słabe oczy i spojrzała na wysokiego, ciemnoskórego mężczyznę ubranego w elegancki, ale dosyć prosty, różowy strój i białą perukę z niedowierzaniem, po czym się uśmiechnęła lekko unosząc brwi na znak “co mi tam”, wstała z wyuczoną gracją, ukłoniła się i chwytając amnestowego sługę za dłoń, rozpoczęła pierwszą część tradycyjnego imperialnego tańca żałobnego. Elisa widząc to spojrzała się na Amnestego i zwężając oczy, stwierdziła:

 

– Ty, ty wszystko zaplanowałeś!

 

W odpowiedzi na to Amnesty ujął ją za rękę i przyciągając do siebie, równocześnie postawił pierwszy taneczny krok i z uśmiechem powiedział:

 

– Jakże bym śmiał.

3.

W tym czasie Michael z domu Róży znajdował się na piętrze pałacu w jednej z licznych sypialni w prawym skrzydle pałacu. Sypialnia była pomieszczeniem ciasnym, całym wytapetowanym ciemnoniebieską tapetą, na której gdzieś na przestrzeni cykli wymalowano liczne ornamenty roślinne. Na środku pokoju stało szerokie łóżko z baldachimem, a obok niego biała, bogato zdobiona szafka nocna i pasująca do kompletu skrzynia. xsiąże Maklerunii siedział na wyłożonym jedwabnymi pościelami łóżku, tuż obok swojej młodszej siostry Bereiny. 

Szwagier świeżo nieżywej arcykrólowej był pogrążony w głębokim zamyśleniu, nie był pewny niczego. Czuł strach. Sam nie wiedział dlaczego, był przecież bardzo pewny swoich szans, tym bardziej że część rodu już zdążyła się wokół niego zebrać i traktować go jako głowę rodu, pomimo tego, iż jeszcze niedawno wszyscy traktowali go jako niedojrzałego emocjonalnie gbura i oportunistę. Na szczęście zawsze była przy nim Bereina. Młodsza o kilka cykli siostra od dawna oparła na swoim bracie swój “niecny plan” zakulisowego przejęcia kontroli nad rodem i w dalszej perspektywie cesarstwem. Wierzyła w niego, w jego szeroki uśmiech, lśniące loki i wyuczoną poprawność, która coraz lepiej ukrywała jego wrodzoną gburowatość i niekompetencję. Michael dokładnie sobie zdawał sprawę, że gdyby nie łut szczęścia, który wyeliminował jego najtrudniejszego rywala, to mimo wżenienia się w tytuł xięcia Titanii nie miałby, aż takiej pozycji i poparcia.

 

 Mariaż z xiężną Titanii i przyrodnią siostrą arcykrólowej był powszechnie uważany za akt zaskakujący, nie z powodów politycznych czy finansowych, te były oczywiste, ale ze względu na samą xiężną Lunę z domu Róży, która nie posiadała najlepszej opinii wśród członków rodu. Siostra arcykrólowej miała bowiem pewien okres w swoim młodzieńczym życiu, gdy zdarzyło jej się sporo mało eleganckich wypadków, których owocem była nieślubna córka Anna – białowłosa dziewczynka o ognistych ślepiach, której adopcja przez Michaela mimo doprowadzenia do licznych komentarzy, spotkała się ze sporą dozą sympatii u młodszych członków rodu. Od tamtego czasu Michael zaczął być postrzegany jako człowiek o wielkim sercu i wrażliwości, chociaż niektórzy uznali, że jest po prostu niemoralnym oportunistą, który skorzystał z okazji, by zamieszkać w Titanii. Teraz postać dobrego ojca, który przyjął pod swe skrzydła obcą dziewczynkę i to jeszcze bękarta zdawała się grać na jego korzyść, przecież, jaki może być większy gest, niż przyjęcie do siebie małego, pozbawionego ojca dziecka?

 

A jednak czuł niepokój. Dalej nikt nic nie wie, nikt nie jest pewny, jego poplecznicy nie są tak liczni, jak liczył, jego przeciwnicy są bardzo otwarcie przeciwni i pewnie teraz korzystają ze zwiększonej ilości słuchaczy i niosą swoją obrzydliwą propagandę.

 

Widząc niepokój brata Bereina dała mu kuksańca w ramię i spytała się co go trapi

 

– Myślę… – odpowiedział Michael, odgarniając swoje długie, blond włosy z twarzy – albo inaczej… czuję jakiś dziwny niepokój, jakby coś wisiało przeciwko nam, ale jakby, nie mogę tego uchwycić.

 

– Mhm – mruknęła patronizująco Bereina, patrząc się na brata z wymuszonym uśmiechem. Ostatnimi czasy strasznie ją denerwował, jakby próbując na siłę znaleźć dziurę w całym i afirmować porażkę. Tak, zdawała sobie sprawę, że istnieją szanse na przegranie elekcji, ale tak naprawdę jedyną realną przeszkodą był według niej Lemin i wybranie go przez Aryckrólową i Cesarza. Równocześnie uważała, że nie jest to zbyt możliwy scenariusz, Arcykrólowa uważała zięcia władcy za kompletnego leminga, a sama Bereina bardzo mocno pracowała nad umocnieniem w rodzie przekonania, że sam Lemin się nie zgodzi i głos na niego jest głosem straconym, w czym pomagał zresztą fakt kompletnego wycofania się hrabiego z życia publicznego niewiele po małżeństwie z Laurą.

 

– Czuję się z tym wszystkim jakoś tak nieswojo. Jestem prawie pewien, że wygram, ale to, jakby… A co jeżeli nie?

 

– Gadasz bzdury, afirmuj sobie wygraną. Dopóki czujesz i wyglądasz na zwycięzcę, ludzie widzą w tobie zwycięzcę, jeżeli będziesz jedyny pewny siebie wśród przegrywów to zwycięstwo masz w kieszeni

 

– Jesteś pewna, że nie powinienem jeszcze czegoś zrobić

 

– A co chcesz zrobić? Dzisiaj jeszcze tylko będziesz musiał wyjść tam i powitać wszystkich jakbyś był u siebie, powiesz grzecznie formułkę, jak to jesteś dumny z tak licznego przybycia i jak bardzo ważna była dla ciebie siostra twojej kochanej żony, mówisz wszystkim o tym, że jesteś dumnym tatą dziecka, którego nikt nie chciał, i tak samo będziesz świetnym nowym ojcem rodu, że masz bezpośrednie powiązania z każdym z domów i obiecujesz kontynuację działań Enestery. Jak dobrze pójdzie, najdalej pojutrze wyjeżdżasz do stolicy na koronację. To wszystko.

 

Michael się zachmurzył.

 

– Dalej coś nie jestem pewien, gdybym tylko wiedział, kto na kogo głosuje…

 

Bereina rozciągnęła się na łóżku i zaśmiała cicho. Wiedziała, dobrze kto może zagłosować na kogo, dobrze wiedziała i dlatego mogła sobie pozwolić na lekki uśmiech. Według jej obliczeń tylko w jednym na dziesięć przypadków jej brat nie dostanie szansy na wygranie w rodzinie i to po pierwszych paru turach. We wszystkich jej raportach wychodziło, że może kilkunastu posiadaczy krwi Dariusha-Josepha jest gotowych bezmyślnie zagłosować za potencjalnym kandydatem Enestery bądź cesarza, czyli efektywnie za zrzeknięciem się prawa do wewnętrznych wyborów, a cudowna jednomyślność Enestery i cesarza, która pozwalałaby im na wygranie, wydawała się czystą fikcją. Bereina śmiała się w duszy z brata, że tak się przejmuje jakimś durnym fatum. 

 

– Wiesz już, kochana siostro, kogo wysłał cesarz jako swojego przedstawiciela?

 

– Lorda Louisa Monterriera – odpowiedziała krótko, widząc jednak zakłopotanie na twarzy brata, pociągnęła – znasz go, ten ulubieniec miłościwie nam panującego, nazwał cię raz "kopią ojca i symbolem recesji w naszym rodzie"

 

– Ten, o którym mówiłem, że zapominam, jak wygląda, gdy tylko znika z pola widzenia?

 

– Tak, ten.

 

– Nie boimy się, że będzie problematyczny?

 

– Jest człowiekiem Wazgla, czyli pewnie zrobi nadzwyczaj długie przemówienie, wypełni wszystkie punkty regulaminu i pojedzie do najbliższej stacji teleportacji w Tytanii, by wylizać cesarzowi buty.

 

– A kto przewodniczy? Rada już się wystosowała z odpowiednimi pismami?

 

– Tutaj szczerze ci powiem, że nie wiem, aż dziwne, że trzymają to w takiej tajemnicy, ale dostaliśmy jedynie informację, że ich przedstawiciel jest w drodze.

 

Po tych słowach Bereina znowu zapadła w krótkie zamyślenie. Bawili ją urzędnicy państwowi, widziała w nich małe mrówki, strasznie ruchliwe, nieproporcjonalnie jak na swoją wielkość wpływowe, a przy tym samodzielnie bezużyteczne i aż nazbyt łatwe do zgniecenia, a dopóki nie wsadzi się kija w mrowisko, można spokojnie je niszczyć i łapać jedną po drugiej w swoją delikatnie splecioną pajęczą nić intryg.

 

– Czas już iść – raczej głośno pomyślała, niż powiedziała dziewczyna, dalej leżąc na łóżku – stare trepy się już pewnie niecierpliwią.

 

Michael kiwnął głową, wstał i jeszcze raz zerkając na rozciągającą się siostrę, opuścił komnatę.

 

Bereina westchnęła, plan był jasny i wszystko zależało od tego, czy Michael nie zrobi z siebie pajaca i od kroków nieobecnych – przeklęty cesarz, przeklęta Arcykrólowa i przeklęty jej durny brat!

 

4.

Xiężna Luna z domu Róży wpatrywała się w obraz swojego ojca Ermina, który wisiał na korytarzu drugiego piętra pałacu. Było w nim coś hipnotyzującego, co kompletnie przejmowało jej zmysły, Ermin de Titania z krwi Dariushowej domu Róży uwieczniony został na koniu, jego nieobecny wzrok idealnie oddawał odczucia, które wobec ojca czuła xiężna. Jego siwa, mocno przerzedzona czupryna tworzyła jakby aureolę dookoła jego głowy. Ubrany był w żółty płaszcz – symbol strażników, mający ukazać go jako człowieka zawsze gotowego do bronienia najsłabszych, co już w żadnym stopniu nie odzwierciedlało uczuć jedynej córki. 

Ojciec był dobrym człowiekiem, a może tylko dobrym xięciem… – myślała – dobrym, choć często nieczułym, zanurzonym w swoich myślach, zbyt przejętym odbudową domu Róży i dziedzictwa Dariushowego, by pamiętać o mnie. Gdzie ja jestem w tym wszystkim? 

 

Spojrzała na małą Anię, która cały czas była jeszcze jej malutkim skarbem, dziewczynka patrzyła z zainteresowaniem na otaczające ją twarze dawno zmarłych ludzi, mówiąc coś o długości ich wąsów. 

 

Rzeczywiście są długaśne – pomyślała Luna, teraz dopiero zwracając uwagę, że jej ojciec miał pod nosem potężne, sumiaste wąsy – Całe życie jest tak długie, chociaż przecież wszystko idzie tak szybko… Ależ to był śmieszny szatyn…

 

Ania biegała dookoła, odczytując kolejne imiona z tabliczek, przytwierdzonych do ram obrazów. Na tym korytarzu wisiało ich kilkanaście, wszystkie przedstawiające zasłużonych członków rodu, których starsza o dwadzieścia nierównych cyklów siostra Luny kazała upamiętnić jeszcze, gdy arcykrólem był jej mąż Leopold. 

 

Skąd ja się tu wzięłam – myślała dalej xiężna – po co to wszystko? Ten galop, który tak nieprzerwanie pozbawia nas nadziei na lepszą przyszłość… Chciałabym, by to wszystko potoczyło się inaczej – spojrzała na Annę – mój mały skarb… ile bym dała, żebyś się pojawiła w innych okolicznościach z prawdziwym ojcem, a nie tajemniczym szatynem i tym podłym blondynem, który ci robi za ojczyma. 

 

– Chciałabym uciec – pomyślała głośno, a dziewczynka, która jeszcze przed chwilą była kompletnie zatopiona w obserwacji rzeczywistości, spojrzała się na nią.

 

– Dokąd chcesz uciec mamo?

 

– Nie wiem – powiedziała Luna, jakby zapominając, że stoi przed nią dziecko – Przytłacza mnie to wszystko, ten dwór, ten diadem, ci ludzie… Chciałabym to wszystko zostawić i uciec, choćby dzisiaj…

 

– To, czemu tego nie zrobisz? – powiedziała dziewczyna, której uwaga w tym momencie skupiła się na wypchanej głowie jelenia – Pewnie jest głodny – pomyślała

 

Czemu bym nie mogła tego zrobić? – Luna zatrzymała się na tej myśli, dlaczego nie powinna uciec przed siebie, zostawić za sobą pałace, męża i dwór i te diademy i tytuły i uciec sama, albo z córką, przed siebie, do lasu, albo na południe, do Gergowlii, Kubolandii lub Państwa Morskiego. Może też uciec na Estę do Wardenu i Gerwany, zamieszkać w dzielnicy artystów, na Retorskim Basadorze na Długim Wzgórzu i przestać się przejmować nadętymi politykami, którzy dalej patrzą na nią jak na czarną owcę, nieszanującą się kurew, która nie potrafiła szybko się ustatkować, tylko korzystała z młodości i spotykała się z przyjaciółmi i organizowała przyjęcia. “Ależ to był piękny szatyn…”

 

5.

Gdy zaczęła się druga część Żałobianki, a wszyscy zebrani zdawali się bardziej zaaferowani egzotyczną kapelą niż ich zadziwiająco żwawą interpretacją Żałobianki Elvisa Tremmora, Lemin po cichu wyszedł z sali i udał się do swojej schowanej w jednej z bardziej oddalonych komnat żony. Bywał już kiedyś w Lebrin, jeszcze, gdy jego ojciec Mika żył i czyścił lokalne miejscowości z kalijskiego osadnictwa. Stary szlachcic postanowił pewnego razu, że musi uczynić ze swojego małego, płochliwego syna ze skłonnością do nadwagi prawdziwego mężczyznę, więc siłą sadzał go na konia i pokazywał mu z wielką pieczołowitością jak się gnębi kalijskich chłopów, jak zmusza do odmawiania pacierza i jak odcina języki, jeżeli robią to ze zbyt twardym akcentem. Podczas kilku z takich wycieczek ojciec zaciągnął przerażonego Lemina okolicznych dworów rodowych, w tym do tego jakże przeklętego Lebrin. 

Pałac dzisiaj nie różnił się wiele od tego, jakim go łysawy szlachcic zapamiętał za dzieciaka. Wielki, przerażający i zaniedbany moloch. Z zewnątrz obrośnięty dzikim bluszczem, w środku udekorowany w myśl maksymalizmu – ściany obwieszone przeróżnymi tapiseriami ukazującymi dzikie bestie, żywoty dawno zapomnianych bohaterów i jeszcze dawniej zapomnianych świętych. Obok arrasów (a często też bezpośrednio na nich) pozawieszane były portrety członków rodu, herby, poroża i pordzewiały rynsztunek. Drzwi do komnat zasłonięte były ciężkimi firanami. Gdy Lemin był mały, chował się za nimi, by nie patrzeć na wyprawianą przez ojca kaźń kalijskiej populacji, niestety bezskutecznie. Stary Mika nie chciał, żeby małego dziedzica hrabstwa Hembony ominęła – jak to nazywał – dezynsekcja. Chwytał więc uciekającego chłopca za kołnierz i trzymając go sztywno, pokazywał ze szczegółami, jak powinno się nacinać skórę, tak by, jak największa jej część mogła zostać zerwana, zanim kalijczyk się wykrwawi. Po kilku takich sesjach przyboczni hrabiego zaczęli się zakładać, kto pierwszy straci przytomność – robal czy chłopiec.

 

Komnata, w której schowała się lady Laura, była nazywana czarcią. Za czasów rozrywek hrabiego Miki w niej zamykano młode kalijki, golono i znakowano jak bydło. To właśnie czarcia komnata ostatecznie była też powodem utraty Lebrin przez hrabstwo Hembony oraz wprowadzeniu urzędowego zakazu rzezi kalijskiej na terenie całego xięstwa Titanii. Gdy cała sprawa wyszła na jaw urzędujący wówczas xiąże Titanii Ermin, ojciec xiężnej Luny i ojczym arcykrólowej doszedł do wniosku, że tak jak rozumie działania odwetowe przeciwko Kalii i ich agresywnemu osadnictwu, tak woli by ich nadmiarem na terenie xięstwa zajęła się śmiertelna jedynie wśród kalijczyków epidemia Scarozy, opcjonalnie usankcjonowane prawnie rugowanie i migracje, a nie grupa sadystów. 

 

Teraz czarcia komnata mimo ponurej historii i nieprzyjemnej aury była dla tych, którzy nie pamiętali, tylko kolejnym pokojem gościnnym z ciężkimi ciemnoczerwonymi zasłonami, pikowaną kanapą tego samego koloru i bogato zdobionym motywami geometrycznymi palisandrowym zestawem szafek i stolików. Na deskach przesiąkniętej niegdyś krwią drewnianej podłogi leżał butelkowo-zielony dywan. 

 

Gdy Lemin wszedł do komnaty, wstrząsnął nim dreszcz. Laura leżała skulona na kanapie, wpatrując się pusto w drzwi, w których stał jej mąż. Oddychała głośno, dopiero po kilku chwilach ciszy odetchnęła z lekką ulgą, widząc, kto wszedł do komnaty.

 

Lemin zrobił krok do przodu. Na stoliku obok kanapy stał kieliszek z czerwonym winem – intensywnie pachnącym wytrawnym trunkiem sprowadzanym z południa, najpewniej Iwalijskiej części Kubolandii gdzie klimat jest bardziej umiarkowany, a ludzie rozwieźli i nieokrzesani.

 

– Pamiętam tę komnatę – mruknął cicho Lemin – nie jest to najprzyjemniejsze miejsce.

 

– Służba mnie tu przyprowadziła – wyszeptała Laura – podobno nikt tu nie przychodzi, ale przyszli i… dali mi wino

 

Lemin przytaknął i usiadł na kanapie obok Laurowych stóp ubranych w czarne wiązane trzewiki. Chwycił ją za rękę. Uścisk jej dłoni był sztywny i twardy, ale powoli się rozluźniał i uspokajał. Laura uniosła się lekko i przytuliła do męża.

 

– Możemy tak zostać?

 

Lemin przytaknął, obok Laury zapomniał o tym, że jest czarciej komnacie, w jednym z Tych dworów gdzie musiał oglądać okrucieństwo swojego ojca i na wyborach na arcykróla gdzie jego szanse na zwycięstwo były wyższe od zera. 

 

Pocałował ją. Nie zdarzało mu się to nadzwyczaj często, a tym bardziej nie zdarzało się to spontanicznie, czułość między nimi była na ogół delikatna, symboliczna, często ograniczona. Pocałunek i przytulenie były nadprogramowe, a nawet czymś, co oboje traktowali jako niepotrzebne akty ekshibicjonizmu. Jednak teraz oboje czuli, że potrzebują swojej bliskości, a nie tylko obecności, bardziej niż od dawna.

 

Połączeni w tym miłosnym uścisku trwali przez kilka kolejnych chwil, do momentu, gdy wybudził ich dźwięk pukania i cichy głos służącego zerkającego przez uchylone lekko drzwi “Drodzy Państwo, za chwilę zacznie się ceremonia”

 

6.

Rozgrzani tańcem Amnesty i Elisa nie schodzili z parkietu przez całą część główną Żałobianki co rusz zadziwiając zebranych na sali arystokratów, że można mieć w sobie tyle energii, i płynności, oraz faktem, że nie dość, że Amnesty z Elisą nie są parą, to jeszcze do dzisiejszego wydarzenia znali się zaledwie z widzenia. Na parkiecie na ogół przesadnie teatralny Amnesty stawał się zwinny jak jaszczurka i nie odstawał na krok swojej młodszej partnerce. Elisa zdawała się fruwać nad deskami, jak gołębica latała w objęciach Amnestego. Nie było ważne czy mieli te same poglądy, takie same zainteresowania i czy Amnesty był buffonem, czy nie. W tańcu oboje zdawali się rozumieć bez jednego słówka, badając nawzajem swoje granice i wyczucie. W pewnym momencie Żałobianka przestała być żałobna, a stała się pełna pasji, emocji i gniewu, zgodnie z tradycją ostatnia część tańca miała być swoistą interpretacją życia zmarłego, a że życie Enestery było pełne energii, buntu i turbulencji, pasji i tajemniczości to sam utwór musiał odpowiedzieć na naturę Arcykrólowej taką ilością energii, by zebrani mogli poczuć w samym utworze obecność jej ekscelencji. 

Elisa patrzyła się na tańczącego z nią Amnestego coraz bardziej zaskoczona. Kompletnie nie pasowały jej do siebie kolejne elementy układanki, którą był. Arystokrata, który nie znosił arystokracji, ekstrawagancki modniś z lektyką, uwielbiający wielkie wejścia, który nie potrafił jednak rozstać się ze swoją bronią. Miał całą grupę egzotycznych służących, równocześnie traktując ich z zadziwiającą uprzejmością i wręcz po koleżeńsku, podczas tańca kilkukrotnie rzucając żarty do Lionela i orkiestry. Jak człowiek wychowany na dworze arcykrólewskim, z doświadczeniem w dyplomacji może zachowywać się w sposób tak nieokrzesany? Dobrze tańczył. Bardzo dobrze tańczył i mimo broni u pasa i bogato zdobionego ubrania zdawał się nimi kompletnie nieskrępowanym. To nie był taneczny krok kogoś, kto całymi dniami wożony jest lektyką, a broń nosi tylko dla estetyki, Amnesty tańczył, jakby walczył w pojedynku, jakby jej ciało stawało się w jego dłoni klingą – prowadził ją i pozwalał się prowadzić, na parkiecie starali się jednością. Był dobry i trzeba mu było przyznać, że przez taniec cała wcześniejsza paplanina o polityce kompletnie traciła na znaczeniu, tańcząc, posługiwał się zupełnie innym językiem, był zajadły i nonszalancki, robił to, jakby zależało od tego jego życie, ale równocześnie wydawał się przy tym wyluzowany jakby to była część jego natury, jakby to była jego natura, którą ukrywał pod warstwą makijażu, kolorowych strojów i wypracowanych pod publikę manier zapatrzonego w siebie ignoranta. 

 

Gdy taniec się skończył, każdy z pięciu ciemnoskórych muzykantów odegrał swoją solową improwizację, a Lionel, bo odprowadzeniu rozochoconej xiężnej na miejsce dołączył do nich śpiewając popularną w tym sezonie miłosną szansonę “W twych zło-czarnych oczach się rozpływam”. Przyjemny baryton Lionela w połączeniu z jego egzotycznym akcentem sprawiał, że wszystkie rozmowy na chwilę zamilkły.

 

“W twych zło-czarnych oczach się rozpływam, kiedy patrzę w nie, ja topię się…”

 

7.

Gdy wszyscy członkowie rodu stanęli w specjalnie przygotowanej do głosowania sali, Michael stanął na podwyższeniu, by wygłosić swoją mowę. 

“Wielce szanowni spadkobiercy Dariusha-Josepha, bracia i siostry w krwi, domy Miecza, Róży i Wiertła, najbliżsi. 

 

Świętej pamięci arcykrólowa Enestera była osobą wybitną i jako taką ją będziemy pamiętać – jako człowieka, który wyniósł nasz ród z powrotem do najwyższej chwały i sprawczości w Najświętszym Imperium, jako genialną polityczkę, administratorkę i najlepszą z nas. Niestety czas siostry mojej ukochanej żony nadszedł, a wiem, że wraz z nim w waszych sercach pojawił strach, że dobre czasy się skończyły. Nie lękajcie się jednak! Któż z was płacze, gdy słońce znika na nieskończonym Escie, zapominając, że Westa wydała na świat nowe? Nie pamiętacie li o tym, że nowe słońce również daje ciepło i światło? Nie lękajcie się nowego, gdyż może być równie dobre, jak stare!

 

Przyjmuję was tutaj, w Lebrin jako gospodarz ze względu na wątłe zdrowie mojej ukochanej xiężnej Luny, mej wybranki serca, którą przyjąłem i ukochałem jak święty Joseph Najświętszą i Błogosławioną Panienkę, mimo że już miała dziecko. Xiężna Titanii, jako najwyżej postawiona członkini rodu winna być gospodynią, jednak na jej prośbę to ja się podjąłem przygotowaniu tego przyjęcia i uroczystego wybrania nowego Arcykróla, gdyż wiedziała, że jestem gotowy podjąć wszelkie ryzyko dla świetności rodu.

 

Wybaczcie za wszelkie niedogodności. Po śmierci kochanej Enestery nie wiedziałem, tak jak wielu z was, co mam czynić dalej, jak żyć, gdy ktoś taki umiera, a była dla mnie jak Siostra…”

 

Amnesty słuchał Michaela z politowaniem “była dla mnie jak siostra”, jeżeli relację z siostrą ograniczymy do ciągłych kłótni i wyzywania się to pewnie, Michael był dla jej ekscelencji jak młodszy upierdliwy brat, którego nie potrafiła zdzierżyć. Jego oportunizm i brak wyczucia powodował u protegowanego arcykrólowej zgrzyt zębów. “Jak można porównywać się do świętego Josepha? Jak można po śmierci Enestery mówić, że jest się jeszcze lepszym od niej, gdy w swoim dorobku ma się tylko odziedziczenie xięstwa Maklerunii i ożenienie się z niestabilną xiężną Titianii, która na jego szczęście była dodatkowo siostrą Enestery?” 

 

Elisa miała o przemówieniu Michaela zgoła inne odczucia. Podobały jej się nawiązania do kultury i uważała za całkiem miłe z jego strony, że zajął się organizacją na prośbę swojej żony, do tego adoptowanie małej dziewczynki? Może według Amnestego i zmarłej arcykrólowej były to puste i oportunistyczne gesty, ale przecież który zły człowiek przygarnąłby matkę z córką z nieprawego łoża? 

 

Lemin nie miał zdania na temat wypowiedzi Michaela, chciał jedynie, by to wszystko było już za nim.

 

Po zakończeniu przemowy xiąże wpuścił na mównicę wybranego przez radę Najwyższego Zakonu Cesarstwa Gugolandzkiego bezstronnego urzędnika, który miał poprowadzić całe głosowanie. Urzędnikiem owym był nie kto inny jak sam lord Louis Monterrier, który był pierwszym człowiekiem od rządów Kiramatów, który został wybrany równocześnie przedstawicielem Najwyższej Rady, czyli mistrzem ceremonii i pełnomocnikiem cesarza, dzięki czemu mógł odczytać nie tylko standardowe formułki, ale też komu przypadnie czwarta część głosów. Stając na podwyższeniu Monterrier odchrząknął, spojrzał się na zebranych potomków Dariusha-Josepha i rozpoczął posiedzenie słowami “A oto niech nastanie dzień prawdy, gdy żaden niegodziwiec nie zostanie dosięgnięty przez życiodajny promień słońca…”

 

8.

Przemówienie Monterriera było dosyć długie, ale grzechem by było nazwać je nazbyt obszernym. Lord jasno nakreślił swoje stanowisko jako osoby całkowicie podporządkowanej organom państwowym, które reprezentował i jako człowieka przede wszystkim szanującego rytuał i prawo, czyli dwóch rzeczy, których od czasów Kiramackich praktycznie zabrakło w miotanej refluksami po Upadku Obyczajów Świętej Gugolandii. Monterrier wskazywał kilkukrotnie cesarza Wazgla jako uosobienie Dariushańskiego ideału władcy, który nie tylko wybitnie rządzi, ale też kocha i nade wszystko szanuje tradycje i rytuały i z tego też powodu pozwolił sobie na wykonanie co do joty wszystkich elementów składowych, na których opierał się wedle najstarszych tradycji wybór nowego arcykróla. 

Najpierw dał ogniste przemówienie, następnie przeszedł do przysięgi czystego sumienia, by dopiero wtedy przejść do fazy głosowania. Pierwsze odbyło się odczytanie woli cesarza. Monterrier otrzymał od swego pana dwa listy, jeden do rąk własnych hrabiego Lemina a drugi do odczytania w tym właśnie momencie. Lord zgodnie z rytuałem podniósł zamkniętą skrzynkę z pismem nad swą głowę, tak by była widoczna dla wszystkich obecnych, następnie uczynił to samo z kluczem, którym po chwili, na słowa “Niechaj przed Bogiem i wami, krwi Dariushowa znanym od dziś aż po wieki będzie, komu Jego Święta Miłość swój głos oddaje” szybkim ruchem otworzył pojemnik, w którym znajdowała się zapieczętowana koperta, Monterrier spojrzał się po sali, uniósł rytualnie kopertę, przedtem pokazując ją z bliska wybranym wcześniej przez ród trzem świadkom, którzy potwierdzili prawdziwość i integralność pieczęci, po czym zręcznym ruchem przełamał ją. 

 

Lord dał sobie chwilę na przejechanie oczami po zawartości, po czym rozpoczął odczytywanie pisma. “Ja, Walery Wazgl z łaski Boga i najświętszego Dariusha-Josepha cesarz Gugolandii…” odczytał Louis, odkaszlnął, po czym czytał dalej" …w imię Boga i wszystkiego, co święte ogłaszam, że w myśl ostatnich zdań wypowiedzianych do mnie przez nieodżałowaną świętej pamięci Arcykrólową Enesterę, w których wyraziła się jasno, że nadchodzące czasy wymagają jednomyślności wśród wielkich, by ci mali mogli żyć w pokoju, oddaję głos mój na tego samego kandydata, którego ona wytypowała. Niech będzie to z mojej strony wotum wdzięczności za cykle słoneczne owocnej współpracy i najwyższej próby doradztwa ze strony czcigodnej Enestery. Niech Bóg ma Jej duszę w opiece, a serca, w których płynie najświętsza krew przepełnione mądrością”. 

 

Gdy lord Monterrier podniósł wzrok znad kartki, na sali trwało poruszenie. Dotąd słabo angażujące się w rozmowy koło lojalistów nieboszczki nagle wybuchło entuzjazmem, przekrzykując się z grupą zebraną wokół Michaela i Bereiny, które to domagało się ponownego sprawdzenia legalności odczytanego dokumentu. Słysząc te niepewności, zebrane na sali koło niezależnych imperialnych legistów rzuciło się do podwyższenia, domagając się wydania im dokumentu. Lord Monterrier skinął głową i podał dokument, który następnie z taką prędkością padał z rąk do rąk, że w trzech miejscach zdołał się rozerwać, a trzech z legistów musiało zostać wyprowadzonych z sali z powodu ciężkich obrażeń, mimo ich poświęcenia, list został potwierdzony jako legalny, a obrady zostały wznowione. 

 

Wola arcykrólowej znajdowała się w kufrze zamkniętym na cztery klucze. Dwa z nich, z racji bycia przedstawicielem Zakonu i cesarza przypadły Monterrierowi, jeden otrzymała ze względu na najbliższe pokrewieństwo Luna i ostatni dostał się długoletniemu podopiecznemu i faworytowi rządczyni, czyli Amnestemu. Teraz, zgodnie z rytuałem każdy posiadacz klucza musiał wejść na podwyższenie, przed wszystkich i wkładając klucz w skrzynkę powiedzieć przypisaną danemu kluczowi sentencję z księgi Dariushowej. 

 

W tym momencie obecni na sali przedstawiciele rodu zdali sobie sprawę, że xiężna Luna nie pojawiła się na obradach, a co ciekawsze nikt jej również nie widział podczas przemówienia jej męża, gdyby się bardziej zastanowić to nikt jej nie widział odkąd, jeden ze służących przyuważył xiężną wyjeżdżającą razem ze swoją białowłosą córką ze stajni. Jak można się było spodziewać, był to ostatni dzień pracy tego służącego.

 

9.

Luna nie patrzyła za siebie. Czuła, że dotychczasowe życie było farsą, eksperymentem wykreowanym przez ojca, który dopiero po śmierci znalazł dla niej czas by ją nękać.

Wbiegła do sypialni. Spojrzała się na siebie w lustrze. Suknia balowa nie była optymalnym strojem, a zdjęcie jej bez służby do pomocy mogło zająć nawet godzinę, a nie było wiele czasu. Podbiegła do toaletki i zaczęła przeszukiwać szuflady. Znalazła nożyczki krawieckie. Szybkimi ruchami zaczęła rozcinać suknię na pół. Uwolniła się. Chwila oddechu. Zajrzała do garderoby, po kilku chwilach chwyciła prostą suknię jeździecką. Spojrzała się w lustro. Czy jest już stara? Chyba nie, nie widać jeszcze zmarszczek, włosy są zadbane, sylwetka cały czas wyprostowana i modna. Ubrała się w suknię. Była wygodna i cały czas dobrze się układała, chociaż Luna zwróciła uwagę, że gdy ubierała ją te kilka cykli temu, gdy przyjeżdżała do Lebrin, by spędzić z przyrodnią siostrą kilka spokojniejszych dni z dala od polityki i salonów, suknia wydawała się jej odrobinę za szeroka, teraz pasowała idealnie. 

 

Przytyłam – pomyślała – czy Gerwańscy artyści doceniają bardziej kształtne kobiety? Widziałam jakieś obrazy Retorskich grubasek, ale czy to były nowe, czy stare obrazy… i czy powstały, by uchwycić piękno, czy brzydotę?

 

Nie miało to już znaczenia. Zrzuciła ze stóp salonowe buciki i wygrzebała spod łóżka parę wygodnych, skórzanych trzewików.

 

Tyle cykli i dalej tutaj leżą! – pomyślała uradowana. Przetarła je rękawem i ubrała. Na szczęście pasowały.

 

Chwyciła płaszcz i sakwę.

 

Dwie sakwy – pomyślała po chwili i przepięła je sobie do pasa. Jeszcze raz spojrzała się w lustro. Poczuła się jak buntowniczka z popularnych novskich romansów – Brakuje jeszcze szabli i pistoletów… nawet nie wiem, jak się z nich korzysta…, kapelusz wystarczy – podeszła szybko do garderoby i zdjęła z górnej półki pudło z szerokim kapeluszem z pawim piórkiem, wyjęła go i obserwując się w zwierciadle, ułożyła go, tak by wyglądać, jak najbardziej zawadiacko. Teraz była gotowa.

 

Wybiegła na korytarz. Miała szczęście, że nikogo nie było, wszyscy byli już zebrani na sali, słuchając przemówienia, jej pożal się boże męża. Były powody, dlaczego mimo kolejnych cykli małżeństwa nie mieli ze sobą dzieci. W głębi duszy czuła, że się nią brzydzi, tym bardziej że ona sama brzydziła się nim. Podzielała opinię swojej starszej siostry, że Michael jest aroganckim oportunistą, który się do niej przykleił, by móc nosić tradycyjny tytuł Wielkiego Xięcia Titanii i Maklerunii. Sam Michael od wesela nie zwracał na nią większej uwagi, spali osobno, a więcej czasu spędzał z siostrą i służkami. Jedynie, gdy Luna postanawiała się trochę sama trochę zabawić i była nakryta na choćby rozmowie z innymi mężczyznami, Michael nagle stawał się strażnikiem integralności i obrońcą ogniska domowego.

 

Teraz koniec tego, Luna będzie robić, co zechce i z kim zechce, i nie jest ważne czy to wypada, czy nie wypada i jak może to wpłynąć na opinię publiczną. 

 

Jestem artystką do cholery – pomyślała głośno – a przynajmniej zawsze chciałam być! I mogłabym być, gdyby ojciec miał czas spłodzić syna… Mniejsza. Teraz już na pewno zostanę, wyjadę z tego przeklętego dworu i z dala od tych zatwardziałych imperialnych głów. Zamieszkam w Gerwanie, wśród artystów i będę malowała autoportrety i pisała poezję i pozowała innym artystą, którzy też będą o mnie pisali poezję… 

 

Z tymi myślami xiężna wbiegła na główny hol. Na sali było już słychać przemówienie Lorda Monterriera, jednak Luna, nawet gdyby chciała, to nie byłaby w stanie rozszyfrować jego słów przez liczne szumy generowane przez dziedziców Krwi.

 

Anna! – pomyślała – co z małą… muszę ją znaleźć! Chociaż… czy powinnam? – xiężna zatrzymała się – Mój białowłosy aniołek… 

 

Rozejrzała się po korytarzu. Dziewczynki nigdzie nie było widać – Gdzie ją ostatni raz widziałam? – pomyślała, po czym szybkim krokiem ruszyła w stronę korytarza z portretami ważnych przodków. 

 

Ku uciesze i zdziwieniu Luny Anna rzeczywiście dalej tam stała wpatrzona w wielki obraz Enestery.

 

To Enestera powiesiła swój obraz? – pomyślała zdziwiona Luna – jakim cudem nie zwróciłam na niego uwagi? 

 

Portret był największym z wszystkich i przedstawiał Enesterę w naturalnych proporcjach wpatrującą z dezaprobatą w (jak jej się zdawało) planującą ucieczkę xiężną. 

 

– Nie oceniaj mnie! – powiedziała stanowczo na głos Luna – Dobrze wiesz, że nigdy nie chciałam być w tej sytuacji. Wiem, że głupio to wygląda, że dopiero dzisiaj, gdy ciebie już nie ma i są te wszystkie salonowe bzdury, ale rozmawiałyśmy o tym!

 

– Do kogo mówisz mamo? – Zapytało się białowłose dziewczę.

 

Luna zdała sobie sprawę, że powiedziała swoje myśli na głos.

 

– A tak do siebie – mruknęła – musimy iść.

 

– Dokąd?

 

– Na wycieczkę, pojedziemy konno.

 

– Ale ja nie jestem ubrana, by jechać konno

 

– Ale ja jestem. Damy radę.

 

– Wybrudzę się cała a mam białą sukienkę, zawsze jesteś zła jak w niej się brudzę

 

– Nie szkodzi, tym razem nie będę zła, możesz być cała umorusana.

 

– Mogę? – Płomienie w oczach dziewczynki zatańczyły

 

– Możesz. Masz moje pełne zezwolenie. Koniec z przejmowaniem się co pomyślą sztywniaki salonowe.

 

Anna kiwnęła główką. Luna chwyciła ją za dłoń i obie pobiegły w stronę stajni.

 

10.

Po chwili głośnych okrzyków i przeszukaniu pałacu (kilkukrotnie doprowadzając Laurę Wazgliankę do szału) członkowie rodu wrócili do sali, by naradzić się, co w takiej sytuacji należy czynić dalej.

Bez powierzonego Lunie klucza nie można odczytać woli arcykrólowej, bez woli arcykrólowej nie można rozpisać wyborów, a bez wyborów, nie można wybrać nowego arcykróla.

 

Na sali zawrzało. Lord Monterrier bezskutecznie próbował uciszyć podenerwowanych członków rodu, domagających się kolejnych, coraz to bardziej ambitnych, czy nawet wręcz rewolucyjnych sposobów na rozwiązanie tej sytuacji. Niektórzy domagali się wezwania ślusarza, by otworzyć trzeci zamek, inni dochodzili do wniosku, że skoro Luny, a co za tym idzie, klucza nie ma, to jest to boska interwencja i wola Enestery powinna pozostać nieznana, najbardziej radykalni uznawali, że szkatułkę należy rozbić, a razem z nią imperium i jego nieuczciwe cła na południowe wina.

 

Sytuację opanował dopiero Michael, który po wejściu na podwyższenie i kilku minutach próby przekrzyczenia zebranego ziemiaństwa i najwybitniejszej arystokracji dał radę przekazać, wstydliwy i mało taktowny (nie ukrywajmy) fakt, że to jemu Luna powierzyła swój klucz, razem z organizacją całego wydarzenia i nie powiedział o tym wcześniej, mając nadzieję, że jego wybranka serca będzie miała możliwość by przed wszystkimi jeszcze raz, oficjalnie przekazać swój przywilej uczestnictwa w rytuale. 

 

– …czy to nie będzie problemem dla Mistrza Ceremonii?

 

Monterrier kiwnął głową, nie podobało mu się to całe zamieszanie, a jeszcze bardziej nie podobało mu się odstępstwo od ustalonych norm, prawo mówi, że klucz poza przedstawicielem Najwyższej Rady i Cesarza powinni mieć najbliższy krewny i jedna wyznaczona przez Arcykrólową osoba. Zdeponowane w skarbcu Banku Imperialnego w Czarnoróży klucze mogły zostać odebrane i potem pozostawać w posiadaniu tylko i wyłącznie tych konkretnych osób, oddanie jednego z nich małżonkowi było bezprecedensowe i zakrawało na bezczeszczenie rytuału. Z drugiej strony jednak zniknięcie Luny i organizowanie za nią pościgu w tym momencie zdawało się kontrproduktywne, jeżeli od samego początku nie chciała być powiernikiem klucza, to kim jest on, by ją ścigać?

 

– Niech będzie – mruknął, a ceremonia zaczęła się tam, gdzie została przerwana.

 

Po wyrecytowaniu fragmentów i Monterrier Amnesty i Michael włożyli swoje klucze do skrzyni i każdy z nich przekręcił swój. Skrzynka cicho kliknęła i przed oczyma rodu Dariushowego ujawniło się pismo zawierające ostatnią polityczną wolę jednej z najważniejszych postaci w cesarstwie na przełomie kilkudziesięciu ostatnich cykli. Monterrier przełknął ślinę i delikatnie uniósł pismo nad swą głowę, tak by wszyscy widzieli pieczęć arcykrólewską. Po sprawdzeniu jej prawdziwości przez legistów lord złamał ją i odczytał ostatnią wolę Enestery. 

 

Atmosfera w momencie odczytywania tekstu była gęsta jak kisiel. Michael, Bereina i ich poplecznicy wiedzieli już, że niezależnie od tego, kto zostanie wyczytany, będą musieli przeciągnąć na swoją stronę nie tylko większość rodu, ale wręcz wszystkich. Nie było to coś, na co byli gotowi, bo kim musiałby być kandydat, by nie znalazło się tych kilku, może kilkunastu członków rodu, którzy nie zagłosowaliby za nim, chociażby przez pomyłkę? 

 

Niech to będzie Michael albo Lemin – modliła się w myślach Bereina – niech to będzie mój brat debil lub ktoś, kto podda się na starcie, Boże, Święta Panienko i Dariushu-Josephie nie mam wieczności…

 

Monterrier spojrzał się na to, co zostało napisane, po czym odwrócił wzrok, a następnie ponownie przeczytał całość w myślach i raz jeszcze nie mógł uwierzyć w to, co widział. Na początku myślał, że może chodzi o kogoś innego, że Enestera znalazła jakąś piątą wodę po kisielu i dlatego wpisała te słowa na tym zwoju, bo przecież to nie miało najmniejszego sensu Te długie rozmowy z cesarzem, te dywagacje na temat tego, który kandydat miałby największy potencjał na wygranie, te wszystkie propozycje, które miały zachować nielubianego przez cesarza Michaela z dala od arcykrólewskiego tronu, te rozmyślania, które ostatecznie skończyły się na postawieniu wszystkiego na jednego kandydata z arcykrólową, teraz wydały mu się zmarnowanym czasem. Przed oczami Monterriera wyraźnie zostało napisane niespodziewane, ten więc wytrącił się na chwilę z postawy rytualnej i niby analfabeta próbował rozszyfrować czarno na białym napisany tekst. Patrząc na niego, rodzina zaczęła się coraz bardziej niecierpliwić i niepokoić, wśród jej członków zaczęły padać pytania o to, co mogło się kryć za tą cienką warstwą papieru. 

 

Gdy w stronę urzędnika zaczęły padać zaniepokojone pytania, ten zachował się, jakby otrząsnął się ze snu na jawie, po czym zachrypniętym, pełnym niepewności głosem lord Louis Monterrier, pełnomocnik cesarza i Zakonu powiedział “Ja, Enestera z krwi Dariushowej rodu Miecza, z łaski Bożej i mego praojca najświętszego Dariusha-Josepha, arcykrólowa odnowionego cesarstwa Gugolandii, będąc w pełni zdrową na ciele i umyśle, z własnej i nieprzymuszonej woli na swego następcę namaszczam…” Monterrier ponownie miał trudność z powiedzeniem tego na głos. – Jak dzieciak – myślał. Tyle cykli w wielkiej polityce a teraz nie był w stanie przecisnąć przez gardło takiej małej drobnostki, takiej głupotki jak imię. Na kolejny znak zniecierpliwienia ze strony rodu lord raz jeszcze przełknął ślinę i wymówił zapisane na białym arkuszu papieru słowa:

 

“…namaszczam Annę z krwi Dariushowej rodu Róży, córkę mojej siostry…” Na sali podniosła się wrzawa, w pierwszej chwili ludzie jakby nie potrafili sobie przypomnieć córki Michaela, tak jakby kompletnie zapomnieli o jej istnieniu, w drugim momencie pojawiło się zastanowienie czy może Monterrier, albo i sama arcykrólowa się nie pomylili, ale i to okazało się niemożliwe, więc w umysłach obecnych na sali pojawiła się trzecia myśl, którą zbiorowo wszyscy powzięli, a było nią skierowanie swych oczu w poszukiwaniu wymienionej wcześniej dziewczynki, której przecież na sali nie było.

 

– Luna ją porwała – wymsknęło się komuś, a po tych słowach Amnesty ze swoją gwardią wybiegli w stronę stajni.

 

11.

Amnesty jechał cwałem. Nie było czasu na obmyślanie jakiegoś planu, musiał liczyć na to, że Luna w swojej pokrętnej logice, nie postanowiła skoczyć w mokradła, tylko ruszyła najprostszą i jedyną drogą do najbliższej cywilizacji, czyli Titanii.

Było wilgotno i parno, a schowane za chmurami słońce chyliło się ku zachodowi. Na szczęście dla grupy pościgowej widoczność, pomimo z wolna gęstniejącej mgły, była dalej wystarczająca, by po około półtorej godziny jazdy spostrzec niespieszącą się zbytnio xiężną. Koń Amnestego był już dosyć zmęczony, ale jeździec wiedział, że musi go jeszcze przycisnąć na tej ostatniej prostej. 

 

Gdy Luna usłyszała tętent kopyt, wpadła w panikę, przez przypadek prawie zrzucając Annę ze wspólnego wierzchowca. Nie spodziewała się, że po ucieknięciu z pałacu ktokolwiek zwróci uwagę na jej wyjazd, a nawet jeśli, przecież Michael z Bereiną zabrali jej klucz, więc obrady mogą trwać bez niej. Do tego, jaki byłby sens ścigania nikomu niepotrzebnej xiężnej, skoro przed członkami rodu jeszcze cała noc obrad, kolejnych głosowań i niekończących się kłótni, tym bardziej że… komu może aż tak zależeć na jej obecności? Zanim xiężna Titanii zdołała opanować swojego konia i jeszcze bardziej przerażoną niż on córkę, Amnesty zajechał jej drogę, a po paru chwilach przyjechał Gustaw i Villefranche.

 

– Czego chcecie zbójcy! – Krzyknęła Luna – Xiężnej Titanii blokujecie drogę!

 

Amnesty dał znać Gustawowi by chwycił za jej lejce

 

– Uspokój się, sprawa jest poważniejsza, niż myślisz – powiedział przyboczny

 

– Nigdzie nie wracam!

 

– Nikt od ciebie tego nie wymaga 

 

– To puśćcie mnie wolno! Mam już dosyć tych salonów, imperialnej polityki i was wszystkich, nikt mnie tu nie szanuje…

 

– Nie chodzi o ciebie – przerwał jej Amnesty, a Luna spojrzała się na niego podejrzliwie

 

– Co? 

 

– Enestera nominowała twoją córkę

 

Luna na chwilę ucichła

 

– Żarty sobie ze mnie stroisz…

 

– Nie – powiedział Gustaw – To jej oficjalna wola

 

– Amnesty, dlaczego twój sługa się do mnie odzywa?

 

– To nie sługa, tylko kompan, i tak, Monterrier odczytał imię Anny.

 

– Mamo, o co chodzi? – zapytała Anna, słysząc, że mowa jest o niej.

 

– Przecież nie zostanie arcykrólową, cesarz…

 

– Cesarz ogłosił jednomyślność z Enesterą.

 

– To tak może?

 

– Legiści nie widzą problemu

 

– A ród? Muszą to przecież zablokować, Ania to tylko dziecko!

 

– Do jednomyślności nie jest potrzebnych wiele głosów. I tak myślę, że przegra, mimo wszystko dalej jest dzieckiem, a ród nie jest chyba aż tak zdesperowany, ale bez względu na jej szanse, musi wrócić na salę.

 

– Ale dlaczego?

 

– Nominat musi się pojawić przy głosowaniu…

 

– Dlaczego Enestera wybrała moją Anię? – przerwała mu Luna.

 

– Myślę, że mogła to być pewna forma…

 

– Michael – wcięła się nagle, jakby porażona prądem, a on przytaknął – chciała upokorzyć Michaela…

 

– Myślę, że celem był cały ród. Miał być pokaz braku szacunku wobec tego, co reprezentujemy sobą i że nawet niedoświadczone dziecko się lepiej nadaje niż my. Do tego na starość obudził się w niej pewien romantyzm, dziecko ze znakami Dariusha-Josepha, bez ojca, zostaje arcykrólową – ma to w sobie pewną sentymentalną fantazję.

 

– Nie spodziewała się ruchu cesarza, chciała upokorzyć Michaela, jako “dobrego ojczyma”, po czymś takim ród by go nie brał pod uwagę, jeżeli Enestera uważa, że jego przybrana córka jest lepsza od niego.

 

– Szczególnie teraz, gdy uciekłaś, a on się musiał tłumaczyć, dlaczego ma twój klucz. Obawiam się, że niezależnie od tego, jak dotychczas wyglądało wasze małżeństwo, po tej sytuacji nie będzie co zbierać.

 

Luna kiwnęła głową i obejrzała się dookoła. Wrzosowiska zachodziły błękitną mgłą, powietrze pachniało torfem i bagiennymi kwiatami.

 

– Co teraz? – zapytała po chwili Luna

 

– Mamy trzy możliwości – powiedział w końcu Amnesty – pierwsza jest taka, że oboje wrócicie z nami na zebranie, powiemy, że wyszłyście na spacer i nie spodziewałyście się, że będziecie potrzebne, wracamy do normalności, głosowanie przechodzi, potem pewnie kolejne, a ty wracasz do bycia xiężną. – Amnesty nie musiał patrzyć bezpośrednio na Lunę, by wiedzieć, że ta podjęła już decyzję co do wyjazdu – sądząc po twojej minie, nie jesteś tą opcją zainteresowana. Druga opcja to… – Amnesty przetrzepał się po ubraniu – Gustaw, Villefranche, ma ktoś z was przy sobie papier i kałamarz? – Villefranche kiwnął głową, wyjął kartkę, pióro i kałamarz z przełożonej przez ramię torby i podał Amnestemu – Druga opcja… – zaczął znowu Amnesty maczając pióro w kałamarzu – to… – szybko coś nabazgrał, zanurzył swój sygnet w atramencie i odcisnął jak pieczątkę na karcie – ty jedziesz sobie w siną dal, ale w zamian oddajesz nam młodą i dostajesz to – skierował kartę w stronę Luny

 

– Chcesz mnie przekupić? Kupić ode mnie córkę?

 

– Użyłbym innych słów, tym bardziej że możliwość trzecia to ty dalej stawiasz opór, a my siłą cię zaciągamy z powrotem jako porywaczkę nominowanej arcykrólowej, za to się idzie przed sąd imperialny, gdzie krew i tytuły niewiele znaczą.

 

 Ucichli. Przy ściemniającym się zachmurzonym niebie jedynym dźwiękiem był nieustający rechot żab i cichy trel dzikich ptaków.

 

– Co to za kartka?

 

– Jako aktualny przewodniczący gabinetu dyplomatycznego mam prawo wystawiać nominację dyplomatyczne. Z tym świstkiem będziesz mogła pojechać, gdziekolwiek sobie wymyśliłaś. Jeżeli wpadniesz w tarapaty, wystarczy, że przyjdziesz z tym do imperialnej placówki i im to dasz.

 

– Jestem xiężną Titanii nie potrzebuję takich rzeczy

 

– Jesteś sama na koniu bez dokumentów, jeżeli planujesz zostać w cesarstwie, to może jeszcze cię ktoś rozpozna, poza nim twoje słowa znaczą tyle, co nic.

 

Luna się zachmurzyła.

 

– Czyli nie mam wyboru?

 

– Masz, ale tylko taki jak ci powiedziałem, bierzesz papier, oddajesz dziewczynkę i jedziesz do Novskiego Centrum Teleportacji, tylko tam gildia oferuje transfery poza imperialne, bezpieczniej niż byś miała jechać konno. Pokazujesz im papier, dajesz kilka srebrnych i zaczynasz nowe życie, albo wracasz do tego, co było dotychczas.

 

– Mamo, czego oni chcą ode mnie? – Zapytało ognistookie dziewczę 

 

Luna spojrzała się na swoją córkę, na wyciągniętą dłoń Amnestego i ponownie na córkę. Nie chciała wracać, podjęła już decyzję, że nie będzie wracać, ale zostawić Anię na pastwę Michaela i reszty rodu? Nie chce na to pozwolić, Michael z Bereiną by się na niej wyżywali za jej ucieczkę, zabraliby tytuły… albo gorzej.

 

– Nie mogę jej zostawić Michaelowi, będzie się na niej mścił…

 

– Możesz wrócić…

 

– Nie mogę – wykrzyknęła Luna, a jej głos poniósł się echem po wrzosowiskach – Już nie daję rady, duszę się rozumiesz.

 

– Urodziłaś się xiężną Titanii, masz pewne obowiązki…

 

– Nigdy się o nie nie prosiłam! Od dziecka marzyłam o tym, by mieć brata, który zająłby moje miejsce, by wszyscy dali mi spokój z salonami, politykowaniem i strefami wpływów. Dawno już chciałam to zakończyć…

 

Koń Amnestego, jakby odzwierciedlając odczucia arystokraty, zrobił kilka gwałtownych, zniecierpliwionych kroków.

 

– Nie chcę cię popędzać, ale nie mamy wiele czasu, możliwe, że rodzinka już wysłała straż, by cię pojmać, a obawiam się, że oni nie dadzą ci takiego wyboru jak ja.

 

Luna objęła córkę i wtuliła się w jej białe loki. Chciała być dobrą matką, a na pewno chciała być lepszym rodzicem, niż był jej ojciec – Czy jeżeli bym ją oddała, kiedykolwiek mi wybaczy – myślała – Czy ja sobie bym wybaczyła? A czy wybaczyłabym sobie powrót?

 

– A więc? Jaka jest twoja decyzja? – zapytał ostatni raz Amnesty, a przykryte chmurami słońce ostatecznie schowało się za nieboskłonem, pozostawiając za sobą czarną noc, rozświetloną jedynie niemrawym blaskiem fluorescencyjnych, bagiennych mchów i ciepłym punkcikiem żaru wydobywającego się z palonego przez Gustawa papierosa.

12.

Gdy Amnesty ze swoją świtą wrócił z pogoni, noc już była głęboka, a część mniej zainteresowanych arystokratów zdążyło usnąć. Tak jak się spodziewał, w drodze powrotnej napotkał oddział pościgowy wysłany składający się z kilku gwardzistów służących na co dzień innym, często skłóconym ze sobą członkom rodu. Ci oczywiście zatrzymali go i domagali się wyjaśnień, ale nie było na to czasu, sprawa była rozwiązana, a ród zniecierpliwiony, jeżeli ktoś miał osobisty problem do Luny, to powinien go zgłosić po ogłoszeniu wyników wyborów. Strażnicy kiwnęli głowami i wszyscy wrócili się do dworu.

Gdy dotarli na miejsce, Anna już spała. Amnesty zrobił znak ręką do czekającego na ich powrót Humphreya, a ten zdjął delikatnie dziewczynę z konia i wniósł do sali obrad, gdzie czekali Jojakim, Baltazar i Lionel, którzy widząc, że ich towarzysz wchodzi do sali ze śpiącą dziewczynką, zaczęli stroić sobie żarty. “Humphrey, przekwalifikowałeś się na niańkę?” czy też “Dobrze, że śpi, bo widząc twoją mordę, uciekłaby na bagna!” Po chwili do sali wszedł Amnesty, który słysząc komentarze, rzucił żartem, by ten tylko nominatki nie upuścił, bo ubezpieczenie tego nie pokryje, po czym obejrzał się po sali szukając wzrokiem Lorda Monterriera.

 

Na sali nie było zbyt wiele osób, a ci, którzy zostali, też już powoli pokazywali oznaki zmęczenia i upojenia alkoholowego – Nie ma im się co w sumie dziwić – mruknął pod nosem – też bym wolał się nachlać niż przejmować całą tą farsą. 

 

Minęła chwila, zanim w końcu zlokalizował mistrza ceremonii stojącego z kieliszkiem wina po przeciwległej stronie sali, tuż pod gobelinem przedstawiającym sławetną bitwę pod Akcentem, gdzie święty Dariush-Joseph rozwiercał świętym Wiertłem armię Dyskonów z Polony. Amnesty dał znak służbie, by zaczęli budzić i zwoływać arystokratów na dalsze narady, po czym sam podszedł do rozmawiającego z legistami Monterriera. 

 

– Możemy kontynuować – powiedział – nominatka została przyprowadzona.

 

Monterrier rzucił okiem po sali i zobaczył Humphreya trzymającego Annę na rękach.

 

– Gdzie jej matka?

 

Amnesty nie odpowiedział, wiedział, że w takich momentach jak ten lepiej nie mielić jęzorem i się nie tłumaczyć. Xiężnej nie było i nie wiedział, gdzie teraz jest. Zawsze była dziwna, nieokrzesana, odgrodzona od reszty rodu pewną mgłą myśli, przez którą mało kto był w stanie się przebić, a teraz jej szaleństwo doprowadziło do ucieczki; schowała jedynie niemrawo glejt w juki, pozwoliła Amnestemu zabrać córkę, po czym bez słowa odjechała w mrok. Amnesty nie musiał nic mówić, mimika mówiła sama za siebie.

 

– Mam rozumieć, że xiężna przekazała ją tobie w opiekę? – powiedział w końcu Monterrier – Chyba że planujesz ją oddać ojczymowi?

 

– Xiężna nie życzyła sobie, by jej córka zbliżała się do ojczyma.

 

Oczywiście, że sobie tego nie życzyła – pomyślał pełnomocnik cesarza – ta kupa mięcha jest gotowa zakatować dziewczynkę w akcie zemsty…

 

– Niech będzie, panowie legiści słyszeli? – otaczający prawnicy kiwnęli niemrawo głowami, dochodząc do wniosku, że skoro Michael nie jest jej biologicznym ojcem, to ma takie samo prawo jak wyznaczony Amnesty, a co za tym idzie, dopóki nie wywalczy opieki nad dzieckiem w sądzie gminnym, sprawa nie jest ich problemem.

 

Mistrz ceremonii pokazał Amnestemu dłonią by wracał na miejsce, bo zaraz zacznie, po czym ponownie stanął na podwyższeniu i rozpoczął od zbrukania rodu Dariushowego za absolutnie niedopuszczalne zachowanie nie tylko w wykonaniu nieobecnej xiężnej, ale też wszystkich pozostałych, którzy gotowi byli pogwałcić obowiązek nominata do obecności podczas dalszych procedur. Gdy skończył, jeszcze raz chwycił wolę arcykrólowej i ku zdziwieniu wszystkich obecnych zaczął czytać, jak się okazało, dalszą część nominacji, której dokończenie zostało mu brutalnie przerwane. "…córkę mojej siostry, równocześnie do ukończenia przez nią pełnoletności na regenta arcykrólestwa powołuję mego protegowanego Amnestego z Róży, którego od tego momentu zobowiązuję również do wychowania Anny na godną kontynuatorkę tradycji arcykrólewskiej. Jeżeli wola rodu i cesarza pozwoli i dziewczę zostanie moją następczynią, dalsze instrukcje i plany będą dostępne do odebrania w mojej skrytce w Banku Imperialnym, w przeciwnym wypadku proszę o ich spalenie". 

 

Na sali nastała cisza. Zebrani wokół podwyższenia posiadacze krwi Dariushowej zastygli niczym słupy soli, w ich głowach pojawiły się liczne myśli, skoncentrowane głównie wokół legalności tego zapisku. Wszystkie oczy skierowały się natychmiast w stronę loży Legistów, którzy w panice zaczęli przeglądać swoje ciężkie tomiszcza, w poszukiwaniu jakiejkolwiek wzmianki legalizującej, lub co ważniejsze delegalizującej tego typu opisy, jednak, wbrew nadziejom osób przeciwnych takiemu obrotowi spraw, tak wyznaczony regent, jak i dodatkowa wola miały precedens przy wcześniejszych elekcjach przykładowo, gdy nominat był w czasie elekcji chory, lub ciężko ranny i potrzebował czasu na wyzdrowienie. 

 

Po tej rewelacji cała sala znowu grzmiała. Zwolennicy Michaela wpadli w popłoch, już po samej rewelacji o nominacji jego pasierbicy i ucieczce xiężnej sytuacja wydawała się bez wyjścia, dodatkowa notatka o przekazaniu regencji nie jemu, czy Lunie, czyli prawnym opiekunom, lecz kontrowersyjnemu populiście była gwoździem do trumny. Nawet najtwardsi zwolennicy wewnętrznych wyborów zaczęli prędko dyskutować, kto mógłby zostać nowym kandydatem i czy jest w ogóle sens kontynuowania walki. Część zebranych w ramach protestu opuściła salę, inni wybudzeni z drzemek prędko zaczęli wykrzykiwać sprzeciw, nawet jeżeli nie wiedzieli, przeciwko czemu się sprzeciwiali. 

 

Po ponownej chwili potrzebnej na uspokojenie sali i wypiciu solidnego łyka rytualnego wina przez prowadzącego Monterriera, finalnie rozpoczęło się głosowanie. 

 

Według rozpisanych przed wiekami zasad każdy piśmienny potomek świętego Dariusha-Josepha musiał na małej karteczce napisać imię i dom swojego kandydata, następnie głosy trafiały do specjalnej zapieczętowanej urny, a mistrz ceremonii wraz z legistami i po jednym przedstawicielu z każdego domu przeliczali głosy. Zwycięzca w pierwszej turze wybrany został, gdy ilość oddanych na niego głosów liczyło połowę wszystkich, gdzie głos cesarza i arcykrólowej były równoważne i razem stanowiły dziewięć dwudziestych całej puli głosów, jeżeli jeden kandydat nie zyskał połowy głosów, to dochodziło do ponownego wyliczenia, tym razem uwzględniając jedynie głosy rodowe i arcykrólowej. Jeżeli i to nie wyłoniło zwycięzcy, dochodziło do kolejnych głosowań, podczas których liczyły się głosy jedynie żywych członków rodu, i głosowano tak długo, aż wyłoni się zwycięzca. Tym razem osiągnięcie większości przez Annę było kwestią skomplikowaną, otóż z jednej strony głos cesarza i arcykrólowej sam w sobie zapewniał prawie połowę poparcia, ale z drugiej kandydatka była jedynie dziewczynką, a jej wybór mógł oznaczać przynajmniej parę cykli regencji nieobliczalnego Amnestego, którego spora część sali nie darzyła zbytnią afekcją. 

 

Gdy głosy zostały zebrane Bereina podeszła do brata.

 

– To wszystko twoja wina.

 

– To był twój pomysł, by kontestować jej miejsce pochówku…

 

– I myślisz, że to coś zmieniło? Gdybyś trzymał fiuta w spodniach i chociaż udawał przed Luną, że ci na niej zależy, to byśmy w tym momencie mieli zwycięstwo w kieszeni.

 

– Ale ona o niczym nie wiedziała – obruszył się Michael – byłem bardzo ostrożny, i to nie jest tak, że się nie starałem…

 

Bereina przeszła fala obrzydzenia. Wiedziała o tym, co robił jej brat i wiedziała, że Luna, a co za tym idzie Enestera też o tym wiedziały, ale dawały na to ciche przyzwolenie, tym bardziej że sama Luna nie była strażniczką integralności. Zdawała sobie jednak sprawę, że to nie same zdrady doprowadziły do takiego obrotu spraw, to był tylko element, ale nie ma szans, że Bereina się przyzna, że nie przewidziała tej sytuacji, że nie brała pod uwagę, że niechęć Enestery mogła być tak wielka, by ustawiła całe wybory tylko i wyłącznie przeciwko Michaelowi kosztem jakiejkolwiek logiki.

 

– Zmiana planów.

 

– Co? – powiedział zdziwiony Michael

 

– Jesteś spalony, w jeden wieczór nie będę w stanie ciebie z tego wyciągnąć, wyszedłeś na palanta, którego żona zostawiła w noc, w której mógł wygrać wybory, a była arcykrólowa wiedząc, że próbujesz się postawić jako faworyt, wybrała zamiast ciebie twoją pasierbicę. Módl się, że będzie druga tura i daj znać wszystkim, że oddajesz swoje poparcie mnie.

 

13.

Zanim wszystkie głosy zostały przeliczone, minęło kilka kolejnych długich godzin, podczas których na sali pozostali tylko najwytrwalsi. Amnesty poprosił Humphreya i jedną ze służących by zabrali Annę do sypialni, bo dalsze czekanie nie miało już sensu, cała wola została przeczytana, głosowanie się odbyło, a skoro dziewczynka i tak spała i nie przeszkadzały jej w tym nawet krzyki i głosy oburzenia ze strony najbardziej nieokrzesanych członków rodu, to dłuższe trzymanie jej na sali, zamiast w ciepłym łóżku, tym bardziej przy niebezpieczeństwie, że uda jej się wygrać, byłoby wręcz okrutne. 

W tym czasie Monterrier i legiści nadzorowali cały proces, pilnując, by liczący głosy nie oszukiwali. Jak można się było spodziewać, młoda Anna nie cieszyła się zbytnią popularnością, jednakowoż liczba kandydatów zdawała się zwiększać z każdą kolejną kartką. Członkowie rodu głosowali na Lemina, Amnestego i w znacznie mniejszej liczbie niż początkowo się spodziewano na Michaela, ale też na kandydatów, o których jeszcze kilka godzin wcześniej nikt nie mówił i nie brał pod uwagę jak niepoważną Rachelę z Róży, starą xiężną Barbarę czy w ostatecznym głosie buntu na nieobecną Lunę, na którą głosy zostały ostatecznie odrzucone. Mówiąc krótko, niezdecydowanie rodu co do następcy, lub następczyni Enestery objawiało się nie tylko w salonowych rozmowach, ale też w samym głosowaniu. 

 

Lemin nie mógł zasnąć, po skorzystaniu z licznych przerw w obradach na jakościowy czas z Laurą, teraz gdy zmógł ją sen, on napełnił się poczuciem Weltschmerzu i to większym niż zwykle. 

Upewniając się, że nie obudzi swojej małżonki, wsunął pantofle na stopy, zarzucił na siebie płaszcz i wyruszył po ciemnych korytarzach pałacu w stronę sali obrad. Wynik go nie interesował albo bardziej precyzyjnie nie interesowało go, kto wygrał, jeżeli tym zwycięzcą nie był on sam. 

Chciał mieć to wszystko z głowy i kolejne godziny poza dworem w Hembonie napawały go zmęczeniem. 

Jego na ogół zmętniony jedynie poczuciem lęku umysł zdawał się tego wieczoru być kompletnie zaczadzony, pozbawiony zdolności do logicznego działania. 

Czy wstydził się swojego głosu na białowłose dziecko? Może trochę, zdawał sobie przecież sprawę, że Anna nawet pod opieką Amnestego nie nadawała się na arcykrólową, była przecież tylko dzieckiem i niezależnie, dlaczego Enestera oddała jej swoje poparcie, pewne było, że nie wynikało to z pewności, że to właśnie dziecko będzie najlepszą opcją. 

Lemin nie chciał się przejmować logiką dalekiej krewniaczki, nie mniej jednak gdzieś głęboko w duszy intrygowało go to. Dlaczego Enestera wybrała Lebrin, dlaczego zagłosowała na Annę i dlaczego z wszystkich członków rodu oddała ją Amnestemu, to ostatnie pytanie było powierzchownie najprostsze do odpowiedzenia, przecież wychowała Amnestego i musiała go brać pod uwagę jako następcę, ale dlaczego wtedy nie wybrała jego jako arcykróla, tylko jako regenta na kolejnych kila do kilkunastu cyklów, dopóki dziewczynka nie wykształci niezależności od jego doradztwa. 

Czy wydawał jej się jedyną osobą, która na pewno oddałaby tiarę dziewczynie natychmiast po osiągnięciu dojrzałości? Miało to jakiś sens, ale czy na pewno można być tego takim pewnym? Amnesty jest dziwnym osobnikiem, człowiekiem, który nakłada na siebie tyle masek, ile jest sytuacji i osób w tych sytuacjach. 

Lemin znał go od jakiegoś czasu i zdążył zauważyć, że kolorowy wojownik-dyplomata jest taki kolorowy tylko wtedy, gdy czuje, że ktoś patrzy, było to widać po tym, jak niekomfortowo czuł się w swojej lektyce, z jaką wyuczoną bufonowatością przemieszczał się po sali, by natychmiast stracić tę maskę, gdy spuszczał gardę i czuł się zbyt pewnie, gdy czegoś chciał. – Dyplomata – Pomyślał głośno. Tym właśnie był Amnesty, wyrachowanym dyplomatą, który uśmiechał się tylko wtedy gdy chciał, żeby inni widzieli jego uśmiech i wyciągał broń, gdy tylko odwrócili od niego wzrok. – Łatwo jest obserwować ludzi, gdy ci nie widzą w tobie zagrożenia – znowu pomyślał głośno. 

Nikt go nie traktował jako zagrożenie, nawet Amnesty i właśnie dlatego Lemin przejrzał te dziwne ruchy Amnestego i zaczął układać do kupy to, kim w zasadzie był ten dziwny, kontrowersyjny, ale równocześnie nadzwyczaj popularny Różan. Czy go lubił? Niespecjalnie, ale też mało kogo Lemin rzeczywiście lubił. Lubił swoją żonę i (co było kwestią sporną) siebie. Lubił część swojej służby i kłamstwem by było, gdyby powiedział, że nie lubił swojego teścia, mimo że nie lubił, że był on cesarzem. 

Czy uważał, że Amnesty był najlepszym wyborem na regenta aryckrólestwa? Nie miał silnej opinii w tej kwestii, bo też nie wiedział, kogo by wybrał na jego miejsce, jedynie zastanawiał się, co sprawiło, że arcykrólowa podjęła taką, a nie inną decyzję – jeżeli dalej faworyzowała Amnestego i uznawała go za dobrego następcę, to dlaczego nominowała go jedynie do roli tymczasowego regenta, a jeżeli uważała, że do tej roli się nie nadaje… to pytanie pozostaje to samo. Nie mniej jednak zagłosował na dziewczynkę i stał przy tej decyzji, jak Bóg da i święty Dariush-Joseph pozwoli, ten werdykt będzie ostatecznym, a kolejne głosowania, w których głos na niego będzie niebezpiecznie bliski wygranej, się nigdy nie odbędą.

 

Lemin doszedł w końcu do wejścia sali obrad i zajrzał przez framugę. Wielki stojący w kącie linkowy zegar stojący wskazywał godzinę trzecią nad ranem, a zebrani na sali zdawali się czymś podnieceni – czy to już? – pomyślał i spojrzał w stronę liczących głosy. Lemin nie był w stanie określić, ile głosów pozostało jeszcze w urnie, nie potrafił patrzeć przez drewno, ale widział, że kupki głosów poukładanych przed liczącymi były już dosyć liczne i nierzadko, dosyć wysokie. Nie widział która była jego, ale spodziewał się, że jedna z nich musi być, nie był głupi, wiedział, że część rodu nie wiedząc na kogo zagłosować i tak odda głos na zięcia cesarza, byle by nie oddać pustej kartki. Nie wiedział też która kupka należała do Anny, ale miał szczerą nadzieję, że będzie to jedna z tych wyższych, by nie było potrzeby jakiegoś dodatkowego przeliczania głosów, by nikt nie musiał rozpisywać kolejnej tury… By to wszystko się już zakończyło.

 

– A więc – rozpoczął Monterrier – nastał moment, na który czekało całe cesarstwo i wszyscy tu zgromadzeni. Po spisaniu listy obecności, zebraniu głosów, przeliczeniu i zaprotokołowaniu, po potwierdzeniu legalności i braku nieprawidłowości przeze mnie to jest Mistrza Ceremonii Luisa Monterriera, przez zebrane tutaj kolegium legistów i trzech dziedziców krwi Dariushowej, po jednym z każdego domu nastał moment, w którym musimy pogodzić się z tymi, których nienawidzimy i w którym najważniejsze staje się dobro imperium i waszej świętej krwi. Nastał moment odczytania wyniku głosowania, które nada cesarstwu nowego arcykróla, bądź arcykrólową. A więc – Louis nachylił się mocniej nad położoną na ambonie kartką i z pełnym namaszczeniem odczytał – nowym najwyższym rządcą cesarstwa, pierwszym spośród nosicieli krwi świętej, w wyniku uczciwego głosowania, przed Bogiem, Synem, Duchem i Matką Syna, wraz ze świętymi Dariushem-Josephem i Mateuffem Koftufką, jak również Kedarem Ascetą i ojcem rodu Michaelem I, świętym Aaronem-Dominikiem zostaje, po otrzymaniu połowy i jednego głosu Anna de Titania et Maklerunia, sancti sanguinis Sancti Darii-Josephi, domus Rosae.

 

Koniec
Nowa Fantastyka