- Opowiadanie: StaryScislaka - Na skraju: Człowiek zza Orla

Na skraju: Człowiek zza Orla

Opowiadanie, które napisałem w 2020r. Historia patologicznych mieszkańców pewnego miasta nieopodal krańca wszechświata. Tekst, który z perspektywy czasu jest dosyć specyficzny, bardzo groteskowy i raczej odbiegający od mojej aktualnej twórczości i stylu, jednak dalej pokazujący dosyć charakterystyczny czarny humor i pełno pomysłów, które mimo wszystko myślę, że są warte udostępnienia.

Trigger Warning: Tekst zawiera elementy mogące uchodzić za dosyć drastyczne (mowa o samobójstwie, alkoholu)

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Na skraju: Człowiek zza Orla

Człowiek zza Orla

Wszystko tego dnia się zdawało zachowywać jakby ktoś w naszą stronę rzucił jakąś klątwę bądź fatum. Paląca potrzeba odpalania papierosa od papierosa zaczęła z wolna wzbudzać w Herbercie jego najgorsze wewnętrzne instynkty. Spluwał. Spluwał, a za każdym splunięciem zachowywał się jakby kolejny kamień mu spadał z serca. Niezaprzeczalny kamieniołom, który się w sercu mojego znajomego zalągł odpuścił dopiero w momencie, gdy jego mele zmieniły swoją konsystencję z podobnej do świeżego betonu, w takie o konsystencji suchego piachu saharyjskiego.

Herbert rzadko w rozmowach wracał do swojej romantycznej przeszłości, a jak już o czymś wspominał to był to epizod z samobójstwem. Chłopaki często wykorzystywali ten fakt i w takie jak dziś melancholijne popołudnia, gdy Herbert siadał jak żaba na liściu zwykli go podpuszczać. Najbardziej zasmakował w tym Rajmund, który miał w zwyczaju brać sznur i robiąc iście demoniczną minę zachodził niczego niespodziewającego się, zamyślonego Herberta i zarzucał mu pętlę na szyję. W tych momentach coś w Herbercie pękało, wyciągał wtedy nóż i wybuchając szyderczym śmiechem wbijał go sobie w aortę. To czy akurat tego dnia przeżył zależało tylko od tego czy w pobliżu był akurat Kajetan, który w zbędnie heroicznym geście wyrywał Herbertowi ostrza, przy czym nierzadko samemu mocno się kaleczył.

Nikt z nas nigdy nie szanował tego bezprecedensowego aktu humanitaryzmu, w którym tak zasmakował Kajtek. Raz z Cyprianem, gdy natrafiliśmy na nich, tak bardzo nas rozwścieczyła ta marna kreatura, że go ogoliliśmy.

Dzisiaj jednak Rajmund z resztą chłopaków nie zbliżali się do Herberta. Dziwna, melancholijna aura, która unosiła się nad nami zamiast narzucać nam robienie wygłupów, zmuszała nas do psucia wszystkiego, za co się zabieraliśmy. Herbert odpalając szluga od szluga wzbudzał we mnie emocje podobne do tych, które czuje zdechły pies. Kajetan ze swoimi heroicznymi zapędami biegał od ławki do ławki, co i rusz łamiąc przy tym kończyny. Nie wiem też co napadło Cypriana, ale w odróżnieniu od normalnego dnia, ten pił tanie piwo zapijane jeszcze tańszym winem (zwyczajowo zaczynał od wina). Nasza mała społeczność lokalna powoli zapadała się w sobie dając wrażenie niemożliwej do odratowania. Uznałem że nie zgadzam się z takowym obrotem spraw, więc po dopiciu trzeciego browara postanowiłem udać się na marsz kontemplacyjny.

Marsz nie był najlepszym wyborem. Palące po oczach słońce wisiało nade mną akurat tak, że nie byłem w stanie oderwać od niego wzroku, pomimo zewnętrznego chłodu czułem nieokiełznaną potrzebę zdjęcia z siebie całego ubrania. Od pełnego rozebrania odwiodła mnie jednak Hrabina, która akurat postanowiła wyjść z przyjaciółkami na spacer. Powolne kroki Hrabiny i nie odklejający się ode mnie wzrok jej przyjaciółek wprowadził mnie w stan zakłopotania, który skutecznie pozbawił mnie nudystycznych zapędów. 

Gdy zastęp Hrabiny zbliżył się do mnie na odległość ręki, nagle w mojej głowie zapłonął płomyk pożądania. Nigdy nie byłem typem kobieciarza, a jedynym bliższym kontaktem z kobietą, którym mógłbym się pochwalić była moja znajomość z Lottą III. Tak więc gdy tylko zbliżyły się do mnie niezwykle uzdolnione i bogate intelektem kobiety, nie mogłem się opanować od wyobrażenia sobie wszystkich możliwych scenariuszy, które miałyby się wydarzyć gdybym postanowił się do nich odezwać.

Oczywiście gdy gromadka przechodziła obok mnie zachowałem pełną, a nawet nieskalaną ciszę, ograniczając moją interakcję z płcią piękną tylko do niedyskretnego wymieniania się spojrzeniami. Gdy Hrabina z przyjaciółkami wyminęły mnie, odwróciłem się jeszcze parę razy by popodziwiać ich bogaty zasób słownictwa. 

Chwila minęła zanim znowu złapałem wątek do przemyślenia. Początkowo myślałem o samobójstwie, ale ten temat był już na tyle przegadany, że nie chciało mi się już słuchać nawet moich własnych opinii. 

Kilka chwil później moje myśli odpłynęły w stronę zachodzącego słońca; powoli wspinając się na wyżyny melancholii zapomniałem o radosnym kopaniu kretów i wręcz Herbertowym braku poczucia wartości. Nie minęło sto kroków jak zdałem sobie sprawę, że myślę głównie o tym, że powinienem o czymś myśleć. Nie świadczyło to o mnie najlepiej i postanowiłem jak najszybciej wybrać jakiś stały temat. Mówienie o mnie odpadało, znałem się już na wylot i rozmyślanie o tym kim jestem byłoby wysoce nieproduktywne. Drugim planem na przemyślenia byli wszyscy inni. Tu jednak moje wewnętrzne sumienie doszło do tego, że "wszyscy" jest zbyt ogólnikowe, a "większość" nie oddaje pełni emocji które czułem gdy wpatrywałem się w ludzi. Ciężko było mi nawet krytykować "tych normalnych", bo jak powszechnie wiadomo normalność jest bardzo niekonkretna.

Marsz kontemplacyjny zakończył się na krańcu świata, w samym Orlu. Stojąc tak, na tym pozbawionym życia zadupiu zdałem sobie sprawę, że nijak nie potrafię sobie przypomnieć dlaczego postanowiłem tutaj przyjść. Spojrzałem jeszcze raz w otchłań i zacząłem się drapać po głowie. Pobudzone pieszczotą szare komórki odtworzyły przed moimi oczyma większą część marszu i zwróciły szczególną uwagę na wspomnieniu o Lotcie III. 

Minęło kilka tygodni, jak nie miesięcy jak jej nie widziałem. Zawsze miałem wrażenie, że coś między nami istnieje, gdybym nie był sobą to powiedziałbym nawet, że był czas w którym się kochaliśmy. Dzisiaj jednak Lotta III siedziała na jakimś milionerze, a ja stałem nad niekończącą się przepaścią. 

Szczerze nienawidzę tych melancholijnych dni, gdy po wypiciu paru piw człowiek zaczyna wypluwać z siebie smutne przemyślenia. Normalnie potrafiłem być sobą i olewać tą całą uczuciową stronę życia, ale wyjątkowość dzisiejszego dnia wyprowadzała mnie z równowagi. 

Od smutnego rozważania oderwało mnie stukanie, które dochodziło z przepaści. Nachyliłem się. Zza krawędzi powoli wychodził nieoznakowany Waldemar. Nie była to osoba z którą miałem kiedykolwiek, cokolwiek wspólnego. Brzydziłem się nim od pierwszego wejrzenia. Waldek był typem bohatera, kipiała z niego odwaga i poczucie obowiązku. Nie spodziewałem się od niego nawet krzty człowieczeństwa – był on osobą w której jedyną cechą bardziej dominującą niż męskość, było dobre serce. 

Gdy Waldemar stanął przede mną sięgałem mu niewiele powyżej pasa, a jego klatka piersiowa piętrzyła się nade mną zasłaniając słońce. Jeżeli moje spostrzeżenia były odzwierciedlone w rzeczywistości, to stał przede mną bardziej dobroduszny i wielokrotnie silniejszy Kajetan. Nie czekając na reakcję Waldka nakleiłem sobie na czoło znaczek pocztowy i złapałem się najbliższego gołębia, który zaniósł mnie z powrotem do cywilizacji. 

Gdy dotarłem na miejsce Herbert już klęczał z podciętymi żyłami i zwisającym mu na plecach Rajmundem ze sznurem. Widząc że chłopaki były zajęte zabawą pobiegłem do ulanego w trzy dupy Cypriana. Cyp już był w stanie na tyle wskazującym, że tłumaczył leżącym wokół niego butelkom jak działa fizyka kwantowa. Gdy wytłumaczyłem mu problem Waldemara, Cyprian soczyście beknął, dopił resztkę taniego szampana i stwierdził że nigdzie nie idzie. Nie dziwiłem mu się. Sam straciłem już chęć robienia czegokolwiek, tym bardziej napierdalania się z przynajmniej dwumetrowym obcym. 

Usiadłem pod drzewem i skierowałem moją uwagę w stronę składającego swoje połamane kończyny Kajetana. Nie wiem co dziewczęta widziały w tym niekompetentnym idiocie. Jak można widzieć w heroizmie coś ponętnego? Debil w poszukiwaniu problemów do rozwiązania pewnego feralnego dnia rzuci się w otchłań, przy okazji wciągając tam wszystkich, którzy się z nim spoufalają. Ale może dupy kręci jak chłop ma mniej zmysłu samozachowawczego od ptaka dodo? Kto wie, może nawet chcą się tak zabić na amen, ale nie mają jaj by spaść samemu, więc biorą pod pachę idiotę który im w tym pomoże?

Na widnokręgu pojawiła się nagle Hrabina ze swoimi przyjaciółkami. Przysięgam na wszystko co święte, że tym razem miały na sobie jeszcze mniej ubrania, niż wtedy gdy spotkałem je podczas marszu. Obiektywnie patrząc, za każdym razem gdy panny zbliżają się do Kajetana, niezależnie czy ten się popisywał, czy leżał w błocie, dekolt zawsze się im jakby powiększał, a ubrania stawały się niejako bardziej odkrywające. Żeby nie było, nie tylko ja to widziałem ale też Cyprian, Herbert i nawet Lotta III. Z wszystkich lokalnych dziewczyn tylko ona nie widziała w Kajtku niczego specjalnego, a tak przynajmniej mi mówiła.

Orszak Hrabiny dotarł do Kajetana i natychmiast dało się słychać szczebiotanie, tępe gadanie o niczym i proszenie Kajtka o opowiadanie o swoich ostatnich wielkich wyczynach. Moja szybka kalkulacja w głowie nie była w stanie dojść do konsensusu, czy lepiej żebym nie ruszał dupska i dalej podglądał wypinające się dziewczyny, czy mądrzej uciec od trajkotania i uratować resztki szarych komórek. Ostatecznie lenistwo i wewnętrzne zboczenie zatriumfowało i pozostałem na miejscu, podziwiając architekturę.

Kajetan poskładał ostatnie połamane kości i zaczął opowiadać jak to złamał sobie nogę zeskakując z ławki. Dziewczęta reagowały na to rumieńcami i cichym chichotaniem w wachlarze. Czułem obrzydzenie ich tępotą. Opowiadanie o swoich bezmyślnych wyczynach przez Kajtka budziło w dziewczętach emocje jakby ten opowiadał im komplementy. Gdy heroiczny idiota ruszył się w końcu, zaczął napinać się i popisywać swoimi bickami. Co jest tak interesującego w kawałku mięsa nie wiem, ale widocznie wprawiało to dziewczyny w ślepą radość bliską euforii. Nagle Hrabina upuściła niby niechcący swój wachlarz. Była to sztuczka, którą zawsze wykorzystywała by zwrócić na siebie czyjąś uwagę. Kajetan delikatnie się schylił i podnosząc głowę zobaczył Hrabinę, która ustawiła się w taki sposób, że niby przypadkiem równocześnie z nim się schyliła. W tym samym momencie złapała wachlarz i dokładnie w tej samej chwili spojrzała Kajetanowi w oczy robiąc sugestywną minę niby niewinnej, ale pewnej tego czego chce dziewczyny. Wtedy byłem już pewny, że Kajetan i dziewczyny zaraz pójdą w bliżej nieokreślonym kierunku, który i tak najpewniej prowadzi do alkowy. 

Gdy sobie poszli doszedłem do wniosku, że chyba zapomniałem o bardzo ważnym fakcie. Nie wiedziałem o co chodziło, ale na pewno musiało być to coś niezwykle ważnego. Obejrzałem się po placu żeby złapać wzrokiem coś co by mi przypomniało o tym co miało być tak ważne. Herbert już się budził ze śmierci, Rajmund z ekipą zdążyli gdzieś zniknąć zostawiając za sobą potłuczone butelki i sznur. Waldemar szedł w moim kierunku, a Cyprian odśpiewywał “Odę do radości” dla niezwykle zainteresowanego tłumu szczurów. Wszystko zdawało się być zgodne z normą. Wtedy do mnie dotarło, że ten ważny fakt, o którym powinienem był sobie przypomnieć, szedł właśnie w moją stronę. W zasadzie powiedzenie, że szedł było dalekie od prawdy, Waldemar kroczył w moją stronę, a ziemia trzęsła się pod jego nogami. 

Wielkolud stanął przede mną, wyciągnął swoją łopatopodobną dłoń i nie czekając na moją reakcję złapał mnie za rękę, potężnie uścisnął i wstrząsnął. Po przywitaniu się zaczął przepraszać mnie za wcześniejsze wystraszenie. Miałem dość tego człowieka. 

Gdy Waldemar kontynuował swój wywód o tym jak bardzo jest mu przykro i o tym że ma nadzieję, że wszyscy przyjmą go jako nowego członka rodziny, podszedł do nas Cyprian. Waldemar na chwilę umilkł, a Cyprian podniósł dłoń. Był to moment wyniosły, pełen wzruszającego poświęcenia. Cyprian wstał, mimo że nie musiał, a jego dłoń została podniesiona, mimo że w ręku nie było butelki. Waldemar patrzył z szacunkiem i podziwem, jak Cyprian odsuwając włosy z twarzy nie przestawał na niego patrzeć. Waldek zapytał się kim jest ten wielki człowiek, który przed nim stoi. Cyprian nie odpowiedział i palcem wskazał, że i ja nie powinienem niczego mówić. Po chwili patrzenia Cyp poprosił o coś do picia, nie czekając na nic Waldemar podbiegł do pobliskiego automatu. Każdy kto zna Cypa wie, że nie o taki napój prosił, ale Waldemar nie wiedział, nie mógł wiedzieć. 

Korzystając z tego, że olbrzym na chwilę zniknął Cyp zapytał się mnie kim jest ten nowy wielkolud. Wytłumaczyłem mu bez mrugnięcia okiem wszystko co o nim wiedziałem. Cyprian z niepodrabialną lekkością i wdziękiem podrapał się za uchem, wyglądając przy tym jak szlachetnej rasy pies i odgryzając kawałek jabłka, które jeszcze przed chwilą leżało na ziemi kiwnął głową. Niezaprzeczalnie mieliśmy problem. Jeden przyjazny typ herosa nam wystarczył. Waldemar mógł zachwiać delikatny ekosystem, który wytworzył się w naszej społeczności na przestrzeni ostatnich kilku lat. Cyp beznamiętnie stwierdził, że trzeba się pozbyć nowoprzybyłego. Nie możemy pozwolić, by Kajtek miał wsparcie, jeżeli do tego dojdzie Herbert przestanie umierać, a Rajmund z ekipą zaczną szukać nowego zajęcia. Wtedy wrócił Waldemar z puszką “doktora pieprza”. Cyp szybko mu wytłumaczył, że nie o taki trunek mu chodziło, ale nie pogardzi dobrym cukrem. 

Zanim Cyprian dokończył puszkę, Rajmund z ekipą wrócili na plac. Oboje z Cyprianem wiedzieliśmy, może i my za nowymi po prostu nie przepadamy, ale Rajmund z ekipą uwielbiają przybyszów, uznając ich za potencjalny obiekt do prowokowania. Ekipa jak zwykle działała jak wataha, na przód wysłali jednego, który miał sprawdzić teren i zagadać Waldemara. Gdy pierwszy dał reszcie znak, ci zaczęli coraz bardziej się zbliżać. Widząc okazję ja i Cyprian zwialiśmy na odpowiednią odległość. Gdy krąg patologiczny zaczął się zamykać, Rajmund wykrzyknął jedno zdanie. Potem każdy powtarzał i tak przez chwilę. Później po kolei wszyscy wykrzykiwali losowe słowa i cytaty z Powszechnie Nieznanego Dzieła. To nie było ładne. Waldemar był absolutnie niepewny tego co się właściwie działo. Jego zagubienie z każdą chwilą rosło w siłę, aż do pewnego momentu. Wtedy ekipa zaczęła gwizdać, pluć, pstrykać i klaskać. Widząc brak reakcji, Rajmund szturchnął Waldemara palcem. Po nim wszyscy zaczęli tak szturchać, a jeden z nich, którego nazywali Śliskim oblizał rękę i wytarł się w Waldka. 

Stoicki spokój ze strony olbrzyma zaczął powodować wśród ekipy frustrację. Na każde ich szturchnięcie, splunięcie i dotknięcie Waldemar odpowiadał ciszą i sympatycznym wzrokiem. Rajmund zaczął krzyczeć, a za nim cała ekipa. To było nie do zniesienia. Nikt nie mógł pomóc ekipie, która została tak parszywie nietknięta przez gniew Waldemara. To nie była uczciwa walka, niektórzy by pewnie powiedzieli – masakra.

Cyprian zamknął ślepia. Nasze najstraszniejsze koszmary spełniały się na naszych oczach. Już nie byliśmy dziećmi, nikt nas nie kochał, a życie zdawało się spływać tak jak pewne siebie miny Rajmunda i ekipy. 

W pewnym momencie Rajmund nie wytrzymał i sam się dał sprowokować, zaatakował Waldemara kijem. Nie trzeba raczej mówić jak to się skończyło. Nie minęła chwila, jak cała ekipa leżała połamana własnymi kijami, czołgając się z bólu pod nogami lekko zakłopotanego Waldemara.

Cyprian nakazał odwrót. Poszliśmy do Herberta. Romantyk siedział zdołowany na klatce pod drzwiami do swojego mieszkania odpalając co i rusz kolejne szlugi. Cyp podszedł do niego i zdecydowanym ruchem postawił na nogi. Palacz zawiesił wzrok, za co dostał po ryju. Cyp nakrzyczał na niego i kazał wziąć dupę w troki – bo mamy problem. Herbert nie protestował i zaprowadził nas na swój kwadrat. 

Lubiłem mieszkanie Herberta. Straszliwie capiło tam szlugami i wodą kolońską, a na jedynym łóżku, które stało w najdalszym rogu pokoju jak zwykle leżała Serena. Wampirzyca mieszkała z Herbertem od niepamiętnych czasów. Nie byłem nigdy pewny czy to przez nią, czy którąś wcześniejszą Herbert zaczął się zabijać. Nie interesowało mnie to nigdy na tyle by kogoś spytać, ale przyznam, że napisałem w głowie sobie scenariusz, w którym Serena zerwała z Herbertem po tym jak się jej oświadczył, ale ze względu na biedę i lenistwo nigdy się nie wyniosła i tak teraz na złość siedziała w pół roznegliżowana na jedynym łóżku zmuszając go do spania na ziemi. 

Herbert zmiótł ręką niedopałki ze stołu i przyniósł trzy krzesła. Cyp wyjął zza pazuchy flaszkę i zarządził przyniesienie szklanek. Herbert widząc przeźroczysty płyn bez gadania postawił na stole trzy plastikowe kubeczki. Po rozlaniu i wzniesieniu toastu za zdrowie którejś z jego licznych ciotek, Cyp opowiedział w skrócie Herbertowi co się stało. Romantyk słuchając zdawał się być kompletnie nieobecnym, ale też jakby zatopionym w głębszym sensie zasłyszanych zdań. Był to dla mnie stan niezrozumiały – Herbert znikał jakby na chwilę dla świata i pływał w wypowiedzi, łowiąc zdawałoby się pojedyncze słowa, szukając ukrytych znaczeń i nowych rozwiązań. Po chwili rozmyślania z naszych napędzanych wódą mózgów zaczęły wypełzać przeróżne pomysły. W niektórych z nich rozwiązywaliśmy sprawię Waldemara, w innych obalaliśmy rząd i pluliśmy na Kajetana. Ostatecznie opróżniliśmy pierwszą butelkę. Widząc, że nie mamy już paliwa wyskoczyłem szybko przez okno po wódę. Skok z piątego piętra okazał się nie być najlepszym pomysłem, ale uskrzydlony alkoholowym upojeniem zacząłem łamać prawa fizyki i spokojnie i bezproblemowo dopłynąłem do najbliższego monopolowego. 

W sklepie nie było już czystej na stanie, więc zakupiłem pingwinówkę z kolem. Po tej krótkiej przerwie kontynuowaliśmy rozmowy. Okazjonalnie w nasze spory włączała się Serena, wyśmiewająca niegrzecznie naszą inwencję twórczą, na zmianę z przypominaniem nam, że mieliśmy zająć się czymś bardziej kreatywnym niż obrażanie kuzynów Śliskiego. Serena nigdy nie rozumiała naszego procesu tworzenia, nazywając go “pijacką paplaniną o niczym, która zawsze się kończy bijatyką”. 

Tym razem nie możemy tego zakończyć bójką, bo nikt nie ma aż tak zjebanego instynktu samozachowawczego żeby zaatakować dwustu kilogramową kupę mięsa. 

W tym momencie doznałem przebłysku. Poczekaj, nikt? Przecież mamy Kajetana! Debilowi wmówimy, że Waldemar bezpodstawnie zaatakował Rajmunda i ekipę, ten się wkurzy i pójdzie się tłuc. Jeżeli wygra, Waldemar będzie musiał odejść, jeżeli przegra, Waldemar go najzwyczajniej w świecie zastąpi w byciu nierozgarniętą kupą mięsa, która wszystkich denerwuje swoim szeryfowaniem. Tak czy owak, pozbędziemy się przynajmniej jednego natręta. 

Gdy to powiedziałem chłopaki kiwnęli głowami. Było postanowione, teraz musimy wykombinować jak wprowadzić nasz plan w życie tak, by nic się nie zjebało. 

Zeszliśmy na dół, a tam już siedzieli Rajmund z ekipą, czekający na Herberta. Wiedzieliśmy, że przyszli się wyszumieć po wpierdolu, który dostali od Waldka. Mimo próby sprowokowania nas, przeszliśmy niewzruszeni. Teraz trzeba było znaleźć Kajtka. 

Poszukiwania zaczęliśmy od domu Hrabiny. Na szczęście nie musieliśmy szukać dłużej bo jej jęki były słyszalne dwie przecznice dalej. Szmata. Herbert odpalił szluga. Wiedział co musi teraz zrobić. Jedyną rzeczą, która mogła odciągnąć dziewczyny od Kajtka był smutny raper. Jak wspomniałem wcześniej Herbert rzadko wracał do swojej romantycznej przeszłości. Jednym z jej aspektów było pisanie wierszy i piosenek, które teraz, przy dobrych wiatrach, musiał przerobić na rapowy kawałek. Cyprian puścił darmowy beat z telefonu i Herbert wziął głęboki wdech. Jak zwykle smucił, ale chyba zadziałało, bo gdzieś w połowie tekstu jęki ucichły. W okolicach końca utworu półnagie dziewczyny zaczęły się wysypywać drzwiami i oknami z domu Hrabiny. Nim się spostrzegliśmy zostaliśmy otoczeni przez chmarę wściekłych nastolatek błagających o następny kawałek. Gdy Herbert zaczął śpiewać kolejny utwór, tym razem przyrównujący swoje życie seksualne do palenia szlugów, dziewczyny zaczęły rzucać w niego stanikami i majtkami. Gdzieś w połowie utworu z domu Hrabiny wyszedł Kajtek z wyraźnym zakłopotaniem na twarzy. Dopinając rozporek, heroiczny imbecyl ruszył w naszą stronę. Nie daliśmy mu nawet chwili, natychmiast podbiegając do niego z Cypem. Powiedzieliśmy mu o tym jak Waldemar pobił Rajmunda i ekipę. Kajtek zrobił minę smutnego mopsa i zaczął marudzić coś, że powinien wtedy tam być, bo tu i tak nie wie co się właściwie dzieje. 

Zostawiliśmy Herberta nowym fankom i poszliśmy za Kajtkiem do Waldemara. Gdy Waldek pojawił się na widnokręgu ja i Cyp schowaliśmy się za murem, a Kajetan poszedł się tłuc. Waldemar był wiele wyższy od Kajetana, ale ten nadrabiał zwinnością. Nie minęło dużo czasu jak zaczęły się sypać pierwsze iskry. Nie wiem skąd te bezmózgi wyciągnęły miecze, ale nie mogłem specjalnie narzekać. Może nigdy nie ceniłem heroizmu, ale lubię popatrzeć jak dwóch dorosłych mężczyzn w obcisłych kostiumach okłada się naostrzonymi pałami. 

Cyp chyba nie mógł się początkowo wczuć w nawalankę, ale jeden maluszek na odwagę naprawił sytuację. 

Według początkowego planu mieliśmy siedzieć cicho i się zbytnio nie wychylać, ale nie mogliśmy wytrzymać. Zaczęliśmy skandować i wyć wuwuzelami. Niedługo potem dołączyli do nas Rajmund i ekipa. Walka była zaciekła. Może i nie lubiłem obu przeciwników, ale trzeba im było przyznać, mieczem machać umieli. 

Gdy nastał wieczór dołączyła do nas Serena i Herbert. Obaj walczący byli już nieźle zmęczeni, więc pojedynek zaczął trochę przynudzać. Rajmund i ekipa zaczęli zbierać okoliczne śmieci i robić ogniska, nad którymi piekli sobie kiełbaski, a Hrabina z przyjaciółkami, które przyszły na chwilę przed Herbertem, płakały i kłóciły się o to, który z walczących bardziej je podnieca. Szmaty. 

Koło północy w końcu zmęczenie dopadło obu walczących do tego stopnia, że oboje padli na ziemię. Zwycięzca nie został wyłoniony, więc nasz plan, mimo niemożliwości porażki, zakończył się pełnym niepowodzeniem. Teraz nie pozostało nam do zrobienia nic, jak tylko wrócić do domu i na smutno opić i obgadać całą sytuację.

 

Koniec

Komentarze

Witaj. :)

Gratuluję debiutu i to już w dniu rejestracji. :)

Zapraszam do działu Publicystyka, gdzie znajdują się – pomocne nam wszystkim – PORADNIKI, w tym: językowe, ortograficzne, zapisu myśli albo dialogów, a także – Drakainy – dla Nowicjuszy. :)

 

Kwestie techniczne i uwagi oraz sugestie (zawsze – tylko do przemyślenia):

Tytułu już nie powtarzamy.

 

Trzeba starannie przejrzeć i poprawić interpunkcję, np.:

Niezaprzeczalny kamieniołom, który się w sercu mojego znajomego zalągł odpuścił dopiero w momencie, gdy jego mele zmieniły swoją konsystencję z podobnej do świeżego betonu, w takie o konsystencji suchego piachu saharyjskiego.

Herbert rzadko w rozmowach wracał do swojej romantycznej przeszłości, a jak już o czymś wspominał to był to epizod z samobójstwem. Chłopaki często wykorzystywali ten fakt i w takie jak dziś melancholijne popołudnia, gdy Herbert siadał jak żaba na liściu zwykli go podpuszczać. Najbardziej zasmakował w tym Rajmund, który miał w zwyczaju brać sznur i robiąc iście demoniczną minę zachodził niczego niespodziewającego się, zamyślonego Herberta i zarzucał mu pętlę na szyję.

To czy akurat tego dnia przeżył zależało tylko od tego czy w pobliżu był akurat Kajetan, który w zbędnie heroicznym geście wyrywał Herbertowi ostrza, przy czym nierzadko samemu mocno się kaleczył.

 

 

 

Zdarzają się powtórzenia, np.:

Niezaprzeczalny kamieniołom, który się w sercu mojego znajomego zalągł odpuścił dopiero w momencie, gdy jego mele zmieniły swoją konsystencję z podobnej do świeżego betonu, w takie o konsystencji suchego piachu saharyjskiego.

Herbert rzadko w rozmowach wracał do swojej romantycznej przeszłości, a jak już o czymś wspominał to był to epizod z samobójstwem.

To czy akurat tego dnia przeżył zależało tylko od tego czy w pobliżu był akurat Kajetan, który w zbędnie heroicznym geście wyrywał Herbertowi ostrza, przy czym nierzadko samemu mocno się kaleczył.

Od pełnego rozebrania odwiodła mnie jednak Hrabina, która akurat postanowiła wyjść z przyjaciółkami na spacer. Powolne kroki Hrabiny i nie odklejający się ode mnie wzrok jej przyjaciółek wprowadził mnie w stan zakłopotania, który skutecznie pozbawił mnie nudystycznych zapędów. 

Gdy zastęp Hrabiny zbliżył się do mnie na odległość ręki, nagle w mojej głowie zapłonął płomyk pożądania.

 

 

Prócz powtórzeń, są i inne usterki stylistyczne, np.:

Nie wiem też co napadło Cypriana, ale w odróżnieniu od normalnego dnia, ten pił tanie piwo zapijane jeszcze tańszym winem (zwyczajowo zaczynał od wina).

Nie minęło sto kroków jak zdałem sobie sprawę, że myślę głównie o tym, że powinienem o czymś myśleć.

 

Są też usterki gramatyczne (błędnie odmienione wyrazy), np.:

Normalnie potrafiłem być sobą i olewać całą uczuciową stronę życia, ale wyjątkowość dzisiejszego dnia wyprowadzała mnie z równowagi. 

 

Przyznam, że tego typu fragmenty mocno zniechęcają do dalszego czytania, zwłaszcza „opowiadania fantasy”, jak je nazwałeś:

Gdy dotarłem na miejsce Herbert już klęczał z podciętymi żyłami i zwisającym mu na plecach Rajmundem ze sznurem. Widząc że chłopaki były zajęte zabawą pobiegłem do ulanego w trzy dupy Cypriana. Cyp już był w stanie na tyle wskazującym, że tłumaczył leżącym wokół niego butelkom jak działa fizyka kwantowa. Gdy wytłumaczyłem mu problem Waldemara, Cyprian soczyście beknął, dopił resztkę taniego szampana i stwierdził że nigdzie nie idzie. Nie dziwiłem mu się. Sam straciłem już chęć robienia czegokolwiek, tym bardziej napierdalania się z przynajmniej dwumetrowym obcym. 

 

Występują też literówki, np.:

Z wszystkich lokalnych dziewczyn tylko ona nie widziała w Kajtku niczego specjalnego, a tak przynajmniej mi mówiła.

 

Cześć stwierdzeń jest niezrozumiała, np.:

W sklepie nie było już czystej na stanie, więc zakupiłem pingwinówkę z kolem.

 

W oko wpadają niestety także usterki ortograficzne, np.:

Tym razem nie możemy tego zakończyć bójką, bo nikt nie ma aż tak zjebanego instynktu samozachowawczego żeby zaatakować dwustu kilogramową kupę mięsa. 

 

W opowiadaniu widać także błędy składniowe, np.:

Koło północy w końcu zmęczenie dopadło obu walczących do tego stopnia, że oboje padli na ziemię. – skoro „obu walczących”, to czemu: „oboje padli”?

 

Ilość zaimków dosłownie powala… Całość trzeba samodzielnie bardzo dokładnie poprawić.

 

No nic, nie doczekałam się obiecanego „fantasy”, za to jest masa wulgaryzmów, przekleństw, picia, sprośności, zabijania, brutalności itp.

Skąd pomysł, aby takie opowiadanie publikować na Portalu Fantastyki?

Pozdrawiam serdecznie, czekam z utęsknieniem na obiecane fantasy, takie – z prawdziwego zdarzenia. :)

Pecunia non olet

Nowa Fantastyka