- Opowiadanie: betweenthelines - Kołysanki Strażniczki

Kołysanki Strażniczki

To opowiadanie dedykuję wszystkim samotnym mamom/tatom, którzy każdego dnia mierzą się z lękiem, zmęczeniem i zwątpieniem, a mimo to idą naprzód dla swoich pociech.

 

Temat samotnego rodzicielstwa jest mało obecny w publicznej dyskusji, a mimo to dotyka wielu osób. Chciałam więc stworzyć opowieść, która nie tylko pokazuje wyzwania, ale też celebruje siłę codzienności tych ludzi.


 

Z całego serca oddaję ukłon tym, którzy mają w sobie odwagę wejść w życie samotnego rodzica. Tym, którzy nie boją się odpowiedzialności, lecz przyjmują ją świadomie — z troską, dojrzałością i pomagają dostrzec, że życie może wyglądać zupełnie inaczej.

 

 

Dziękuję bruce i MichaelBullfinch za pomoc, uważne czytanie i wyłapanie błędów – Wasze wsparcie jest nieocenione.

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Kołysanki Strażniczki

W odległym świecie leżała kraina ognia i trzech słońc. Jedno blade i chłodne, drugie małe, lecz intensywnie czerwone, a trzecie srebrzyste, kontrastujące z blaskiem dwóch pozostałych. Powietrze Cindery pachniało popiołem i rozgrzanym metalem, osadzało na skórze cienką warstwę pyłu. Całą krainę otaczały wznoszące się stromo ku granatowemu niebu masywne skały.

Ziemia miała ceglastoczerwoną barwę, a tam, gdzie ogień wypalił ją mocniej, wpadała w głęboką czerń. Nie była martwa, tętniła własnym rytmem. Pod suchą i spękaną powierzchnią płynęły żyły wrzącej wody. W miejscach, gdzie znajdywały ujście, tworzyły gorące jeziora, znad których unosiła się para, dzięki niej kraina mogła oddychać i nie płonęła od własnego żaru.

Na granicy barw wyrastała roślinność, wypuszczająca łodygi z wszechobecnych pęknięć terenu. Rosły na niej owocowe krzewy o olbrzymich, bordowych liściach, antracytowe kwiaty z pozwijanymi w najróżniejsze kompozycje płatkami oraz mchy o barwie popiołu.

W głębi jednej z dolin, nad szmaragdowym jeziorem, leżała wioska. Domy były niewielkie, zbudowane z gliny i ciemnych kamieni, połyskujących przy każdym ruchu światła. Dachy przykrywały mchy i popielate porosty, które pochłaniały wilgoć unoszącą się znad wód. Wąskie ścieżki, wyrzeźbione w ziemi i wysypane grubym żwirem, wiły się między budynkami.

Mieszkańcami były istoty Ignaris, które nie miały serc, lecz rozżarzone węgielki, nadające moc i sens istnienia. Gdy nadchodził właściwy czas, Rozpłomyki zbierały w sobie całą siłę i miłość, by wydobyć z wnętrza Iskrę – pierwszą, delikatną cząstkę nowego życia, pozwalając jej rozbłysnąć i stać się Płomieniem, przyszłością ich rasy.

Rozpłomyki przybierały postać Strażniczek, które brały pod opiekę Płomień, pomagały mu rosnąć, by w końcu został pełnoprawnym Ignaris.

 

⋆⋆⋆

 

Seraphine stała na rozdrożu świata. Z oddali dobiegały dziwne odgłosy, których nie potrafiła jednoznacznie określić. Była jeszcze młodym Rozpłomykiem o cerze bladej niczym pergamin, zielonych i spokojnych jak jeziora Cindery oczach oraz włosach jasnych na wzór promieni pierwszego słońca. Ciało sprawiało wrażenie kruchego, ale w środku tętniła siła, gotowa dać życie. Ciepło, jakie od niej biło, miało lekko pomarańczowy odcień, świeży, jeszcze nie splamiony cierpieniem ani stratą. Jednak teraz żar był silniejszy niż kiedykolwiek wcześniej.

Seraphine poczuła gotowość. Stała nieruchomo, choć każdy oddech trawił od środka. Zamknęła oczy, wsłuchana się w głąb siebie, w żar, który ją palił, i pozwoliła prowadzić się instynktowi.

Wreszcie nadszedł właściwy moment, Cindera zamilkła, a wszechobecny ogień zdawał się przygasać. Kraina wstrzymała oddech. Seraphine uklękła na rozgrzanym kamieniu, delikatnie przycisnęła do brzucha roztrzęsione dłonie, a ognisko we wnętrzu rozgorzało gwałtownie.

Czuła, jak skurcze przechodzą przez nią intensywnie. Wygięła ciało pod falą konwulsji. Łzy spłynęły jej po policzkach i skapnęły na rozgrzaną powierzchnię, po czym natychmiast wyparowały. Każdy kolejny skurcz potęgował ból, zaczęła oddychać głęboko i gwałtownie, szukając ukojenia. Nagle wyłonił się z niej niestabilny, ledwie widoczny punkt światła, unosząc między dłońmi. 

W tym samym momencie nadciągnął pierwszy demon burzy. Wypełzł z cienia, a w powietrzu zawisł zapach stęchlizny. Po wilgotnym ciele bestii spływała lepka, czarna maź przypominająca smołę. Długie łapy, zakończone szponami, sunęły po kamiennym podłożu, wydając okrutny, przenikliwy dźwięk. Z pyska wystawały żółte i ostre jak zbite szkło kły, pomiędzy którymi ślizgał się rozdarty na trzy nierówne części język, oblepiony cuchnącą, gęstą śliną.

Ignaris mawiali, że demony powstają z fal uczuć, bijących w sercach Strażniczek w chwilach największej czystości i troski. Każdy ślad nadziei, żar węgla, opiekuńczy gest w stronę Płomienia, przyciągał je i budził niepohamowany apetyt, który wymagał, aby jak najszybciej go zaspokoić. Pożerały to, co najszczersze we wnętrzu, pochłaniały energię z tego, co najcenniejsze.

 

⋆⋆⋆

 

 W Seraphine pojawił się przeszywający niepokój. Instynktownie przygarnęła Iskrę do piersi, jakby chciała własnym ciepłem obronić ją przed całym złem świata. Poczuła, jak coś w niej pęka, nie z bólu, lecz pod ciężarem nowej odpowiedzialności. Iskra zaświeciła i przemieniła się w Płomień, który był jeszcze słaby i nieregularny, ale żywy. 

Rozpoczęła właśnie wędrówkę, jedną z najdłuższych, jakie można odbyć przez całe istnienie. Tak jak Rozpłomyki, które wyruszały daleko ze swymi Płomieniami i wracały, gdy te były gotowe stać się Ignaris. Tak i ona musiała znaleźć miejsce, w którym ich światło nie zgaśnie. 

Od teraz wszystkie kroki przez dolinę Cindery zostały rytuałem strażniczej troski, każdy oddech wymagał siły i czujności, a droga była długa i pełna niebezpieczeństw. Seraphine wyruszyła pełna nadziei, przytulając zawiniątko z czułością, którą tylko Strażniczka mogła okazać.

 

⋆⋆⋆

 

Dni przekształcały się w tygodnie, a tygodnie w miesiące. Droga nie miała końca, każdy krok wzbijał obłok kurzu, który następnie opadał w ciszy. Szła powoli, jakby w rytmie jednej myśli. Nogi bolały, ramiona ciążyły, ale nie zawracała, co jakiś czas spoglądała na Płomień, a wtedy zmęczenie ustępowało.

Słońce wzniosło się wyżej i zaczęło palić bez litości, a powietrze było ciężkie, wręcz nieruchome. Wokół panowała nienaturalna cisza, krzewy nie szumiały, owady nie brzęczały, jakby wszystko, co żywe, zniknęło, zostawiając ją samą na tej drodze.

Demon podsycał lęk i poczucie winy, przytłaczając cieniem, którego nie sposób zgubić. Czuła, jak lodowaty dreszcz przeszywa kręgosłup, a każda myśl wybrzmiewa trzaskiem łamanych kości. Nie dotykał ani nie popychał, jednak panika ściskała klatkę piersiową Strażniczki. Strach paraliżował nogi, gniew mieszał się z bezsilnością, a zimny pot spływał po plecach. Zaczynała tracić poczucie, gdzie kończy się ona, a zaczyna cień, który pożywiał się jej emocjami. Z każdym dniem była coraz słabsza. Skóra, wcześniej biała, przybrała szary odcień, oczy traciły zielony blask i ciemniały, a jasne jak promienie słońca włosy matowiały.

Nocami Seraphine, leżała przy ognisku, wsłuchując w otoczenie i ucząc Płomień cierpliwości. Budziła się nagle, cała spocona, z łomoczącym sercem, jakby ktoś stał tuż obok. Nie potrafiła już spokojnie zasnąć, a myśli krążyły w kółko.

Nie rozumiała, dlaczego demon wciąż za nimi podąża. Dlaczego nie zostawi jej ani Płomienia w spokoju. Zawsze był blisko, szyderczo szczerzył kły i przewracał powoli jęzorem, smakując zwątpienie Strażniczki. Im bardziej słabła, tym jego siła narastała. Coraz wyraźniejszy i straszniejszy. Nie musiał nic mówić, przytłaczał już samą aurą.

Seraphine zatrzymała się. Właśnie o to mu chodziło. Gdy stanęła w miejscu, ciężar narastał. Demon podleciał bliżej, a powietrze wokół wypełniła cuchnąca woń.

– Widzisz? – nie usłyszała głosu, a jednak zrozumiała. – Tu nie ma dokąd iść.

Płomień zadrżał. Seraphine spojrzała na niego z trudem i w tym samym momencie zrozumiała coś ważnego: demon nie mógł go zgasić sam. Mógł tylko czekać, aż ona się podda.

Postawiła krok naprzód. Demon syknął przeciągle, cofając o pół kroku, jakby to jedno, uparte posunięcie odebrało mu część mocy.

 

⋆⋆⋆

 

Miesiące mijały, a krajobraz doliny powoli się zmieniał. Woda w jeziorach zieleniała, rośliny śmielej wypuszczały pędy ze spękanej ziemi. Strażniczka wiedziała, że musi ratować siebie i Płomień.

Pamiętała stare legendy o rytuałach, które odpędzały demony. Wydawały się proste, a zarazem trudne do wykonania. Nie wymagały żadnych zaklęć ani mistycznych znaków. Najważniejsze było utrzymanie rytmu i wypełnianie każdego słowa szczerymi uczuciami. Strażniczki szeptały kołysanki, tworzące coś w rodzaju niewidzialnej tarczy ochronnej, której same nie dostrzegały, ale demony czuły bijącą z niej moc. Próbowały to przerwać i zagłuszyć szept. Jednak każdy powtórzony wers, każde słowo pełne troski osłabiały go coraz bardziej i zmuszały do wycofania. Seraphine zamknęła oczy i uspokoiła oddech, próbując odsunąć strach i zwątpienie. Skupiła uwagę na tym, co naprawdę ważne. Płomień był odpowiedzialnością, choć maleńki i chwiejny, ufał jej całkowicie.

Poczuła w sobie determinację. To była chwila wyboru: albo pozwoli, by demon zniszczył wszystko, albo znajdzie w sobie siłę, by go powstrzymać. Wiedziała, że jeśli utrzyma rytm i włoży w każdą nutę prawdziwą troskę, nie będzie miał nad nią władzy.

Wzięła głęboki oddech. Pierwszy szept ledwo przeszedł przez gardło:

 

Śpij, śpij…

 

Piaszczysty pył uniósł się lekko, poruszony jej głosem. Demon naparł na powietrze, próbując przerwać rytm, zagłuszyć słowa.

Seraphine kontynuowała:

 

… Płomieniu mały,

popiół cicho noc przykrywa.

Śnij, śnij, Płomieniu mały,

ogień wciąż drogę swą odkrywa.

Niech mrok przepadnie, ogień płonie,

uciekaj, znikaj, precz, demonie!

 

Z każdym słowem głos stawał się pewniejszy. Demon przeciągnął łapami po ziemi, wyrzucając kamienie spod pazurów w powietrze. Niebo pociemniało, rozlewając wokoło gęsty mrok. Sylaby, jedna po drugiej, osłabiały go coraz bardziej.

Kontury kształtu falowały, jakby tracił siłę, by utrzymać własną formę. Podrygiwał gwałtownie, rozpaczliwe. Wydobył z siebie przeraźliwy ryk i rzucił naprzód, pochłonięty własnym gniewem, taranując wszystko, co stanęło na drodze. Nagle, jakby sam świat nie chciał już tego dłużej znosić, demon rozpadł się w powietrzu.

Wiatr zamilkł razem z krzykiem, ciemność zaczęła ustępować, a na niebo powoli jaśniało. Pył, pozostałość po obecności bestii, opadł na rozgrzaną ziemię. Seraphine stała nieruchomo, przyciskając Płomień do piersi. Dopiero po chwili odetchnęła z ulgą.

 

⋆⋆⋆

 

Ruszyła naprzód, samotnie przez zakamarki doliny. Noce były długie i pełne dziwnych dźwięków, które nie dawały spokoju. Szmer wiatru przelatywał pomiędzy szczelinami skalnymi, brzmiąc jak szepty dawno zapomnianych istot. W cieniu chwilami rozlegały się trzaski.

Droga prowadziła przez mgłę, a ostre kamienie raniły stopy. Nie wiedziała, co czeka za kolejnym zakrętem, ale nie mogła ustąpić. Myślała nie o własnym zmęczeniu, lecz o tym, czy ocali małą istotę, która była jej całym światem. Kolejne miesiące wędrówki odcisnęły piętno na ciele. Mięśnie, jeszcze niedawno silne i posłuszne, teraz bolały przy każdym ruchu. Były sztywne i ciężkie. Czasem miała wrażenie, że całe jej ciało to jedna wielka rana, która otwiera się ilekroć postawi krok, jednak Seraphine trwała w drodze, cicho i nieugięcie.

Oswoiła ból spowodowany traumą po obecności demona, choć ten nigdy nie ustępował całkowicie. Wszystkie dni wypełniała troską o maleńki Płomyczek. Wiedziała, że jej siła pochodzi z miłości do niego, nawet jeśli sama nie mogła w pełni ozdrowieć.

Seraphine minęła pustynię, pokrytą płaskimi skałami, poustawianymi w nierówne rzędy. Nagle poczuła odrażający fetor gnijącego mięsa. Przybył kolejny demon, jeszcze bardziej obrzydliwy niż poprzedni. Nie stąpał po ziemi, lewitował tuż nad nią. Z ciała wyrastało sześć długich, kościstych łap wygiętych pod dziwacznymi kątami, dwie nogi zawieszone poniżej. Z pleców wystawała para kościstych skrzydeł, które odstawały nierówno, jakby złamane w kilku miejscach. Wokół łba rozmieszczone były mleczne, mętne ślepia – śledziły każdy jej ruch. Rogi sterczały w nieładzie, jeden ułamany, co nadawało jeszcze bardziej niepokojącego wyglądu.

Przybrał taktykę zupełnie odmienną od poprzednika. Zamiast natychmiast atakować, uważnie obserwował Seraphine. Wiedział, że Strażniczka nosi w sobie dobro i nieustannie troszczy o Płomień. Że nie potrafi przejść obojętnie obok cierpienia, nawet jeśli sama ledwo stoi na nogach. Powoli zbliżał się do niej, próbując zdobyć zaufanie.

– Patrz na mnie, Seraphine – mówił kuszącym szeptem, choć z gardła wydobył chłód, przenikający aż do kości. – Nie bój się. Nie chcę cię skrzywdzić. Mogę pomóc. Dać siłę, by ochronić Płomień przed wszystkim, co skrywa Cindera.

Wzbudzał w niej odrazę, lecz przez moment wyczuła coś dziwnego. Ciało zaczęło odzyskiwać siły, a umysł jasność. Demon grał na emocjach, a słowa karmiły złudnym poczuciem bezpieczeństwa.

Nie ustawała. Ruch wymagał walki, a jednak parła naprzód, nieugięta wobec podstępnej obecności bestii.

– Zostałem niesłusznie potępiony – szeptał dalej, tonem pełnym fałszywego smutku. – Inne istoty skrzywdziły mnie, odtrąciły, a ja tylko próbowałem przetrwać. Nie jesteś taka jak oni… ty możesz mnie zrozumieć, a ja mogę zrozumieć ciebie.

Strażniczce nasunęła się myśl, że samotność nie jest jedyną możliwością. Stwór mógłby zostać sprzymierzeńcem. Samotna wędrówka zaczynała mącić w umyśle. Każdy dzień w ciszy rozgrzebywał lęki i wspomnienia. Potrzebowała choćby krótkiej wymiany zdań, małego znaku, by uwierzyć, że ta rozległa kraina nie należy wyłącznie do ciszy. Płomień w dłoniach zadrżał, ale zaświecił odrobinę mocniej. 

 

⋆⋆⋆

 

Kolejne wschody słońc przynosiły nowe lekcje. Kroki były chwiejne, nierówności drogi nie ułatwiały marszu. Bezwład ogarnął nogi, a ciało nie słuchało poleceń. Demon wysysał pozostałości energii, wdzierając się w ciało jak trucizna, odbierając siłę mięśniom. Chłodne powietrze wypełnione fetorem utrudniało oddech, a cień skrzydeł oplatał Seraphine niewidzialnymi łańcuchami. Siły, które odzyskała, nagle zaczęły opadać z podwójną intensywnością.

– Widzisz, jaki on słaby? Taki maleńki. Czy naprawdę myślisz, że potrafisz go ochronić? – wysyczał nienaturalnym, przeciągłym głosem.

Nagle potknęła się o wystający kamień i runęła na twardą ziemię. Płomień niemal wypadł z rąk, lecz instynktownie przyciągnęła go do siebie.

Demon zawisł nad nią, skrzydła trzepotały chaotycznie, wywołując szum, a ślepia przesuwały, badając upadek z sadystyczną dokładnością.

– O, patrzcie tylko – zaśmiał się szyderczo – Strażniczka, która nie potrafi nawet stąpać po własnej ziemi.

Seraphine zacisnęła zęby, spojrzała na maleńki Płomień w dłoniach, światło będące sensem całego istnienia. Stanęła na nogi, a demon syknął, niezadowolony z tej niezłomności.

Szła dalej, ignorując drwiny prześladowcy. Słowa, niczym ostrza, rozcinały spokój i wysysały resztki nadziei. Szyderczy śmiech wibrował w głowie. Skóra przybrała jeszcze ciemniejszą, popielato-brunatną barwę. Oczy zalały się tak intensywną czernią, że nie odbijały już światła. Gęste, ciemne włosy opadły ciężko na ramiona.

Co kilka dni robiła postoje przy strumieniach, by uzupełniać zapasy wody. Rozbijała obozowiska w cieniu skał, pozwalając Płomieniowi chwilę odpocząć, a sobie wsłuchać w odgłosy doliny. Sen opuścił ją całkowicie. Przeczucie podpowiadało, że czas spędzony przy demonie grozi całkowitym wygaszeniem tego, co najcenniejsze. Seraphine skupiała się na Płomieniu, na bijącym z niego ciepłym, delikatnym blasku.

– Widzisz, malutki… – szeptała, próbując uspokoić samą siebie – kwiaty wstają razem ze słońcem. Spójrz, jak rozwijają antracytowe pąki.

Przeszła kilka kroków, starając nie zahaczyć o wystające kamienie, połyskujące w porannym świetle.

– A tam… patrz, Płomieniu, czarne ważki unoszące nad taflą jeziora. Skrzydła błyszczą w pierwszych promieniach trzech słońc, wirują i tańczą nad wodą… piękne, prawda?

Ruch sprawiał, że kruche płaty wysuszonej skóry odrywały się od niej. Spadając zamieniały w czarny pył. Seraphine nie zwalniała.

– Zobacz, Płomieniu… – mówiła dalej, głaszcząc go delikatnie – nawet, gdy cienie próbują nas pochłonąć, coś wspaniałego wciąż się budzi. Rośliny, woda, skały… wszystko to wygląda tak cudownie.

Demon nie wytrzymał dłużej. Sześć łap wyrwało w powietrzu, uderzając o ziemię z hukiem. Oczyska rozszerzyły w furii.

– Myślisz, że mały Płomyk ochroni cię przede mną?! Że cokolwiek jest w stanie pomóc?! – ryknął, przecinając ciszę doliny.

W dzieciństwie słyszała opowieści o Rozpłomykach i Czuwających, których ogniska łączył tak silny żar, że węgle paliły się jednym, niegasnącym ogniem. Mówiono, że zżarzenie mogło powstać tylko wtedy, gdy jedna istota ufała drugiej bezgranicznie i była gotowa oddać swoje najprawdziwsze uczucia. Najstarsze pokolenia opowiadały, że prawdziwe zżarzenie było połączeniem tak mocnym, że żar rozrastał do samego nieba, tworząc poświatę, która świeciła całej Cinderze jaśniej niż wszystkie słońca.

Ogarnęła ją nadzieja, że podczas tej wyczerpującej wędrówki uda się odnaleźć coś podobnego. Może wreszcie otrzyma siłę, która ochroni ją i Płomień przed ciemnością czającą w krainie, nikczemnością i niszczycielską mocą, próbującą zgasić każdy blask życia.

Seraphine uśmiechnęła się do Płomienia, czując w głębi siebie ciepło i nadzieję na odnalezienie schronienia. Może ktoś poda im pomocną dłoń, a wsparcie nadejdzie tam, gdzie wydawało nieosiągalne.

– Dość tego! – wrzasnął stwór, drżąc z gniewu. – Czekałem zbyt długo, by najeść się twojej energii!

Stanęła nieruchomo, czując, jak ziemia pod stopami drga od wściekłości demona. Powoli uniosła Płomień, patrząc w białe, szalejące oczy bestii.

– Nic ani nikt – w głosie zabrzmiała niepodważalna pewność – nie ma prawa zagrozić temu, kogo strzegę. Nie zniszczysz tego, co najcenniejsze!

Demona ogarnęła nieokiełznana furia. Sześć łap chwytało ciężkie głazy i ciskało nimi w powietrze, siejąc spustoszenie. Seraphine nie cofnęła się ani o krok. Wziąwszy głęboki oddech, kolejny raz wyszeptała kołysankę:

 

Śpij, śpij, Płomieniu drogi,

ciemność prędko przeminie.

Śnij, śnij, Płomieniu drogi,

żar twój w węgielku nigdy nie zginie.

Niech mrok przepadnie, ogień płonie,

uciekaj, znikaj, precz, demonie!

 

Roześmiał się złowrogo. Ślepia zapłonęły ogniem, chłodnym i przeszywającym. Wściekłym spojrzeniem próbował przeniknąć do Strażniczki i pochłonąć ciepło oraz radość, ale nie odpuściła. Jeszcze odważniej zaśpiewała:

 

Niech mrok przepadnie, ogień płonie,

uciekaj, znikaj, precz, demonie!

 

Demon poczuł jak słowa kołysanki odbierają mu moc, nerwowo i niezdarnie rozdzierał się na fragmenty mrocznych cieni. Ostatkami sił chciał rzucić urok. Fale światła bijące z wnętrza Seraphine eksplodowały wokół niego, rozrywając cień parszywej istoty. Resztki cielska zaczęły się przelewać i tonąć w ziemi, zacierając ostatni ślad istnienia. Tym samym zniknął na zawsze.

 

⋆⋆⋆

 

Przez długi czas wierzyła, że taka jest droga każdej Strażniczki – samotna, cicha i nieustępliwa. Troska zawsze będzie kosztować więcej, niż zdoła unieść. Nauczyła się iść bez snu, wsparcia, z ciałem coraz cięższym od wyczerpania.

Góry ustępowały równinom, a piaski zmieniały barwę od gorących brązów do zimnych szarości. Dotarła nad turkusowe jezioro, gdzie zrobiła przystanek, by choć trochę odpocząć. Podała Płomieniowi kilka żarłapek. Smak jagód wywołał ciepły błysk radości.

– Wiem, że je lubisz – uśmiechnęła się Seraphine, głaszcząc płomienne języki.

Wcisnęła w usta niewielką garść owoców. Wiedziała, że sama też musi jeść, by mieć siłę na dalszą wędrówkę.

Usiadła na piaszczystej plaży, która otaczała wodę. Płomień figlował uradowany z otaczającego ich krajobrazu. Tafla była gładka, nieporuszona, odbijając cienie skał, zlewające się w jedną masę. Nad brzegiem rosły delikatnie szeleszczące, wyschłe trawy. W tym miejscu przez chwilę poczuła wytchnienie. Zamknęła oczy i wzięła głęboki oddech, który subtelnie rozgrzał obolałe ciało. Odpoczynek był luksusem, na który nie mogła sobie pozwolić od dawna.

Wiatr przesunął po powierzchni wody. Nie podniosła głowy, ale wyraźnie poczuła, że nie są sami. Coś czuwało w pobliżu, nie zakłócając przestrzeni. Otworzyła oczy dopiero po dłuższym czasie. Płomień wciąż migotał, rzucając drobne ogniki, gasnące nim dotknęły piasku.

Wtedy go zobaczyła. Stał kilka kroków dalej, pośród skał, jakby nie chciał podejść bez zaproszenia. Postawny mężczyzna, o szerokich ramionach i umięśnionej sylwetce, której ruchy były pewne i spokojne. Miał ciemniejszą karnację niż Seraphine. Ciepłą i naturalną. Ciemne włosy postawione, lekko sterczące, nadawały nieco dzikiego wyglądu. 

Ostrożnie podszedł w ich stronę. Oczy jaśniały tym mocniej, im bardziej się zbliżał, przyciągały niebieską głębią. Seraphine nigdy wcześniej nie widziała spojrzenia tak przepełnionego światłem, najpiękniejszym, mogącym rozświetlić mrok. Obserwowała uważnie, z czujnością, którą nauczyły ją miesiące wędrówki. Płomień również go zauważył, schował się za nogami Strażniczki i spoglądał zaciekawiony. Nieznajomy uklęknął w bezpiecznej odległości. Gest był prosty, ale równocześnie pełen szacunku.

– Nie przyszedłem, by was niepokoić – odrzekł cicho, głosem niskim i spokojnym, jak powietrze po burzy.

Milczała. Przywykła, że słowa bywają pułapką. Spojrzała spod przymrużonych powiek, szukając w nim śladu głodu, cienia, niepokoju.

– Jak masz na imię? – zapytała w końcu.

– Mithar – odpowiedział bez wahania. – Jestem Czuwającym.

Wzdrygnęła się lekko na to określenie, choć nie wiedziała jeszcze, dlaczego.

– Oczekujesz czegoś w zamian, czy po prostu chcesz pomóc? – Cień podejrzliwości w jej głosie był równie widoczny, co zmęczenie w oczach.

– Nie – odparł Mithar. – Nie proszę o zaufanie ani o wdzięczność. Jestem tu, bo czasami nawet najmocniejszy żar potrzebuje ochrony, by nie przygasł pod wpływem złowrogich istot lub własnego ciężaru.

Seraphine poczuła, jak ciało drży od niewidzialnej energii, a słabość ustępuje miejsca pulsującemu ciepłu. Węgiel w piersi zapłonął pradawnym ogniem. Zmysły nasyciła świadomość własnej siły, walcząca z uczuciem niepokoju. 

– A jeśli demony wrócą? – zapytała w końcu, bardziej dla siebie niż niego.

– Zostanę. Nie mogę zapewnić, że znikną bez śladu, ale nie będziesz walczyła z nimi sama.

Odchyliła delikatnie głowę, pozwalając oczom spocząć wreszcie na spokojnej tafli jeziora. Spokojny już oddech splatał się w harmonijny rytm z tętniącym ciepłem Płomienia. Po raz pierwszy od wielu miesięcy poczuła, że nie stoi sama, ktoś czuwa obok i pomaga wytrwać.

 

⋆⋆⋆

 

Każdy dzień był labiryntem. Jedno słowo za dużo mogło wywołać irytację, a jeden uśmiech nagle łagodził wszystkie urazy. Kłócili się, spierali, śmiali, potykali o własne uprzedzenia, a jednak stopniowo uczyli siebie nawzajem, odkrywając kawałek po kawałku, że razem jest łatwiej oddychać. Poranki trwały w ciszy, mgła spowijała taflę wody, a trzy słońca lśniły w niej niczym obietnice. Zaczęła mówić o demonach, które ją atakowały. O chwilach, gdy myślała, że już nie ma siły walczyć. Głos, choć początkowo niepewny, stopniowo nabierał spokoju, a w opowieściach zaczęła wspominać już nie tylko strach, lecz także determinację, która pozwalała przetrwać.

Mithar słuchał uważnie, a gdy następowało milczenie, zaczynał dzielić się własnymi doświadczeniami. Opowiadał o demonach spotkanych na drodze, które nawiedzały go podczas wędrówki przez mroczne krainy. Mówił o chwilach zwątpienia i niebezpieczeństwach, jakie przeżył, a także o cenie, jaką płacił za każdy dzień spędzony w walce. Seraphine słuchała, a każdy szczegół wbijał się w wyobraźnię. Odczuwała ciarki na skórze, fascynację wymieszaną z respektownym lękiem przed tym, co przeżył.

Popołudnia spędzali na poszukiwaniu pożywienia, obserwując Płomień, który uczył się otaczającego świata. Mithar sięgnął do małego zapasu smoczych szypułek i ugryzł pierwszą. Soczysty sok spłynął po ustach. Płomień obserwował owoc z zaciekawieniem. Czuwający uśmiechnął się i ostrożnie oderwał kawałek, zbliżając do Płomienia, który zastygł na moment, a potem ostrożnie spróbował. Rozradowany zatańczył w powietrzu, jakby chciał podziękować. Mithar poklepał go lekko, a dotyk zapieczętował nić wzajemnego zaufania. W takich momentach Seraphine zaczynała rozumieć, że obecność Mithara nie odbiera im siły, lecz daje poczucie bezpieczeństwa.

Wieczorem usiedli przy brzegu, gdy niebo tonęło w złocistym półmroku, a cisza jeziora przyjmowała ich słowa. Rozmowy niosły ukojenie.

– Mithar… – szepnęła w końcu – dziękuję.

– Nie musisz dziękować – odpowiedział łagodnie. – Ważne, że jesteśmy razem. Czasami najpotężniejszą siłą jest obecność, która łączy.

Zamrugała i rozchyliła usta. Wzniosła się na palcach i pocałowała go czule.

– Dziękuję, nie tylko za to, że tu jesteś, ale za to, że obudziłeś we mnie życie, gdy myślałam, że zgasło. Znów czuję rytm własnego żaru. Dałeś mi siłę, której zawsze brakowało.

Płomień wystrzelił w górę, zataczając szeroki krąg wokół nich. Ogniste języki wirowały, zostawiając w powietrzu świetliste drobinki. Okrążył ich raz, drugi, trzeci, po czym opadł miękko i z dziecięcą ufnością usiadł na głowie Czuwającego, obejmując twarz ciepłem. Mithar znieruchomiał na moment, zaskoczony, a potem uniósł dłoń, chcąc go podtrzymać.

– Czy zawsze jesteś taki… cierpliwy? – spytała niepewnie.

– Cierpliwość nie jest wyborem. – Skinął głową. – To część bycia Czuwającym.

– Chcę, żebyś wiedział… – skierowała słowa do Płomienia – że nie będziemy już sami.

 Położyła dłoń przy Płomieniu, czując, że wszystko może mieć właściwy rytm. Mithar również zbliżył palce, ich opuszki zetknięte delikatnie szukały wspólnej harmonii.

Płomień wygiął się lekko, obejmując obie dłonie ciepłem, które rozluźniło napięcie w mięśniach i umysłach. Palce Seraphine mimowolnie zacisnęły się wokół dłoni Mithara. Mogli polegać na sobie, choć świat wciąż pozostawał nieprzewidywalny.

Pochylili ciała, tworząc stabilne ognisko, które rosło w siłę. Razem zaśpiewali kołysankę, a Płomień tańczył między nimi w rytm melodii wzajemnego zaufania:

 

Śpij, śpij, Płomieniu mały,

wiatr i żar strzegą ciebie.

Śpij, śpij, Płomieniu mały,

aż gwiazdy zaświecą na niebie.

 

Głosy splecione w jeden, łagodnie nimi kołysały. Dźwięk wypełniał przestrzeń, tworząc aurę bezpieczeństwa, pieśń, która była wyrazem ich zżarzenia i odbudowania wszystkiego. Powrócił sen, moc, zaś skóra, jeszcze do niedawna ciemnoszara od wyniszczenia, nabrała dawnej, pergaminowej jasności. Głębokie, czarne oczy zazieleniły się radośnie, a włosy znów lśniły jasnymi promieniami. Płomień wreszcie mógł rosnąć bez lęku.

 

⋆⋆⋆

 

Mithar i Seraphine stali się pełnoprawnymi Strażnikami. Odkąd szli razem, kroki były pewniejsze, a światło, które nieśli w sobie, jaśniejsze niż kiedykolwiek wcześniej. Wiatr pieścił twarze, a słońca malowały jaskrawe smugi na ścieżkach, lecz nawet w tej jasności czuć było niepewność. Nie wszystko dało się przewidzieć, a ciała pamiętały ciężar przeszłych ran.

Demony Mithara i Seraphine zawarły mroczny pakt, by uderzać wspólnie. Wyczuwały bijącą od Strażników moc i obawiały się jej. Grunt pod nogami pękł z głuchym trzaskiem, a z rozwartej rozpadliny wypełzła czarna mgła, formując cień bestii. Smuga dymu uderzyła w nich z impetem, zmuszając do nagłego odskoku. Seraphine potknęła się, a Mithar w ostatniej chwili chwycił ją za rękę, wciągając z powrotem do równowagi.

– To jeszcze nie koniec. Będziemy tuż za plecami, wszędzie, gdzie to możliwe. Dopadniemy was prędzej czy później – wychrypiała.

Wtedy Seraphine i Mithar mocniej spletli dłonie. Palce zacisnęły się pewnie, jak przysięga złożona bez słów. Światło rozbłysnęło wokół, rozrywając mgłę na strzępy. Spojrzeli sobie w oczy, i choć uśmiech nie był triumfalny, wiedzieli jedno, dopóki wspierają się nawzajem, mogą stawić czoła demonom.

Cindera nadal drgała drobnymi wibracjami, resztkami chaosu, które przypominały, że świat nigdy nie będzie całkowicie bezpieczny. Turkusowe mgły snuły się nad jeziorami, skały kołysały pod wpływem powietrza. Wiedzieli, że ich droga dopiero się zaczyna.

Strażnicy trwać będą przy Płomieniu dopóty, dopóki potrzebować będzie wsparcia. Gdy nadejdzie chwila i wyruszy w własną wędrówkę, powrócą do wioski, dopełniwszy przeznaczenia. Tam, pośród codzienności i cichych wieczorów, wieść będą dalsze życie, aż starość rozsypie ich w proch.

 

 

Koniec

Komentarze

Pobetowo:

Może nie będę obiektywny, bo sam wychowuję Córkę, która nie jest moim biologicznym dzieckiem, mimo to nie wyobrażam już sobie życia bez niej laugh

Opowiadanie bardzo mnie wzruszyło, w niesamowity, metaforyczny sposób pokazałaś problem, który istnieje, a o którym się nie mówi za często. Więcej jest głupich memów o samotnych mamach, niż rzeczywistej treści i rzetelnych informacji na ten temat. Każdy ma inną historię i nikt na wstępie nie powinien być odrzucany, cieszę się, że znalazłaś kogoś kto to widzi.

Mam nadzieję, że moja kobieta też widzi we mnie takiego Mithara, staram się!

Świetnie pokazałaś demony, które są bardzo obrazową metaforą wielu problemów z jakimi musimy sobie jako ludzie radzić, często sami. 

Poznanie tej właściwej osoby nie powoduje, że demony znikają, często łączą siły, ale o wiele łatwiej z nimi walczyć, kiedy ma się w kimś oparcie. 

Podsumowując tekst bardzo do mnie trafił, jest dojrzały, widać, że wiesz o czym piszesz. Zamknęłaś to w oryginalnym i naprawdę pomysłowym świecie. Gratuluję. 

Są jeszcze miejsca, które bym odchudził, pojedynczych zdań można się doczepić, ale to drobnostki. Nad czym musisz pracować, mam nadzieję, że udało nam się z bruce pokazać. To jest Twoje drugie opowiadanie, a stoi na naprawdę wysokim poziomie, oby tak dalej.

Być może subiektywnie, bo tak jak mówiłem tekst bardzo trafił do mnie prywatnie, ale chciałbym nie tylko dać klika, ale tez je nominować. Może zachęcę tym kilka osób do przeczytania i zapoznania się z tym, co chciałaś światu przekazać.

Pozdrawiam i dzięki za zaproszenie do bety!

You cannot petition the Lord with prayer!

Witaj. :)

Piękna, wzruszająca i dająca nadzieję opowieść, bazująca na oryginalnym świcie fantasy. :) 

Powodzenia, pozdrawiam serdecznie, podwójny klik za płynące z opowiadania: nadzieję, siłę miłości, wzruszenie. ;) 

Pecunia non olet

MichaelBullfinch  Bardzo Ci dziękuję za te słowa. Cieszę się, że historia tak mocno do Ciebie trafiła, a zwłaszcza że mówisz o niej również z własnej perspektywy i doświadczenia. Twoje zdanie o tym, że nie wyobrażasz sobie życia bez swojej Córki, jest chyba najpiękniejszym potwierdzeniem tego, o czym próbowałam napisać. Dziękuję, że się tym podzieliłeś. Cieszę się też, że dostrzegłeś metafory związane z demonami, bo bardzo zależało mi na tym, żeby nie były tylko fantastycznym elementem, ale czymś prawdziwym i bliskim.

I przyznam szczerze… nominacja ogromnie mnie ucieszyła. To dla mnie sygnał, że ta historia naprawdę ma znaczenie. Dziękuję za wsparcie i za tak uważną betę. heart

 

bruce Dziękuję za tyle ciepła i za „podwójny klik”, aż chce się pisać dalej. Cieszę się, że historia przyniosła nadzieję i wzruszenie. To najpiękniejszy komplement. Dziękuję za wsparcie i za tak uważną betę. heart

 

Nie ma ucieczki od mroku, jeśli to on sam prowadzi twoje kroki.

To ja bardzo dziękuję. :) heart Powodzenia. :) 

Pecunia non olet

Gratuluję tekstu. Jestem pod wrażeniem. Co prawda to nie moja poetyka, ale doceniam literacką jakość. Przesłanie i treść są jasne, metafory zrozumiałe. Nie zgodzę się z tym, co napisałaś w przedmowie, że temat samotnego rodzicielstwa jest mało obecny w publicznej dyskusji, ale to nie ma znaczenia dla oceny opowiadania.

AP dziękuję za odwiedziny, miły komentarz oraz klika. smiley

Nie ma ucieczki od mroku, jeśli to on sam prowadzi twoje kroki.

Serwus betweenthelines,

 

Fajnie, że wrzuciłaś kolejny tekst.

To bardzo ładnie napisane opowiadanie. Zgrabnie budujesz zdania – są klarowne, płynne i łatwe w odbiorze, dzięki czemu tekst czyta się naprawdę przyjemnie. Wybrzmiewa w nim metafora opiekuńczości, samotnego dbania o dziecko i wreszcie spotkania drugiej osoby, której można spróbować zaufać, dać szansę. Całość ma ciepłą, lekko oniryczną atmosferę.

Niestety fabularnie nie do końca mnie porwało. O ile początek jest wciągający, a opis świata pod trzema słońcami ciekawy (choć nie do końca rozumiem, jak i dlaczego trzecie słońce odbija światło dwóch pozostałych – słońca przecież świecą własnym światłem, ale to drobiazg), o tyle później dzieje się już niewiele. Bohaterka przemierza drogę i „walczy” z dwoma demonami, przy czym obie potyczki są do siebie bardzo podobne. Następnie spotyka towarzysza i żyją długo i (być może) szczęśliwie.

Rozumiem, że to nie jest opowiadanie akcji, miecza i epickich starć, lecz historia o miłości, opiece i trudzie ochrony dziecka. Mimo to miałem wrażenie, że pokonywanie przeciwności przychodzi bohaterce zbyt łatwo. Nie czułem realnego zagrożenia ani ciężaru zmagań i zagrożeń.

Oczywiście mój odbiór może wynikać z tego, że nie jestem samotnym rodzicem i trudno mi w pełni wejść w perspektywę bohaterki.

 

Niemniej tekst jest dobry, podobał mi się i choćby ze względu na swoją literacką „ładność” zasługuje na bibliotekę – więc klikam.

 

Pozdrawiam

rr

 Robert Raks dziękuję za odwiedziny, komentarz. smiley

Zależało mi, by demony nie były epickimi przeciwnikami, lecz czymś, co bohaterka nosi w sobie od dawna. Ona nie wygrywa dlatego, że są słabe, wygrywa, bo już wielokrotnie ( choć pokazałam tylko dwa demony, to rzeczywiście było ich więcej) musiała z nimi walczyć, a kiedy walczy się nie o siebie, ale o dziecko, człowiek bywa silniejszy, niż sam by przypuszczał. Nie chciałam bazować na budowaniu poczucia beznadziei czy ogromnego zagrożenia, bardziej na pokazaniu wyczerpującej, powtarzalnej walki, która nie zawsze jest widowiskowa, ale zawsze kosztuje. Cieszę się, że mimo kilku zastrzeżeń tekst znalazł uznanie i zasłużył na klika od Ciebie.

Niemniej tekst jest dobry, podobał mi się i choćby ze względu na swoją literacką „ładność” zasługuje na bibliotekę  

Po tych słowach, uśmiech nie schodzi mi z twarzy. 

Pozdrawiam.

Nie ma ucieczki od mroku, jeśli to on sam prowadzi twoje kroki.

„Choć pokazałam tylko dwa demony, to rzeczywiście było ich więcej” – tego akurat nie wychwyciłem. Nie zrozumiałem, że w domyśle było ich więcej. Być może coś przeoczyłem podczas czytania.

 

„Nie chciałam bazować na budowaniu poczucia beznadziei czy ogromnego zagrożenia, bardziej na pokazaniu wyczerpującej, powtarzalnej walki, która nie zawsze jest widowiskowa, ale zawsze kosztuje.” – Sama niewidowiskowość walk uważam za zaletę. Dramaty często rozgrywają się bez rozgłosu i bez widowni. Chodzi mi jedynie o to, że nie dostrzegłem wyraźnie poniesionych kosztów. Odniosłem wrażenie, że pokonanie przeciwności przyszło bohaterce dość łatwo. (Albo że same przeciwności nie były szczególnie wymagające).

 

„Cieszę się, że mimo kilku zastrzeżeń tekst znalazł uznanie i zasłużył na klika” – To dopiero Twój drugi tekst, a pokazujesz, że potrafisz pisać bardzo ładnie i z wyczuciem. Moim zdaniem nawet lepiej niż w poprzednim opowiadaniu. Gratuluję. Z niecierpliwością czekam na kolejne.

 

Ładny obrazek dołączony do opowiadania – widać, że Twój talent nie ogranicza się tylko do pióra.

Chodzi mi jedynie o to, że nie dostrzegłem wyraźnie poniesionych kosztów. Odniosłem wrażenie, że pokonanie przeciwności przyszło bohaterce dość łatwo.

Jak najbardziej rozumiem, co masz na myśli. Może za mało wyeksponowałam te poniesione straty. W przyszłych tekstach z pewnością wezmę to pod uwagę. 

Mam nadzieję, że przyszłe teksty będą coraz lepsze, będę o to dbać.

 

Ładny obrazek dołączony do opowiadania – widać, że Twój talent nie ogranicza się tylko do pióra.

Bardzo dziękuję, rysowanie również bywa dla mnie małą odskocznią. wink

 

Nie ma ucieczki od mroku, jeśli to on sam prowadzi twoje kroki.

Czołem!!

Przeważnie lubię się przyczepić do początku/pierwszego zdania. Moim zdaniem to często jest klucz, nastraja czytelnika do całego tekstu, a czasem zadecyduje o tym, czy ktoś przeczyta dalej.

I tym początkiem utrafiłaś w moje gusty. Brawo!

W miejscach, gdzie znajdywały ujście, tworzyły gorące jeziora, znad których unosiła się para, dzięki niej kraina mogła oddychać i nie płonęła od własnego żaru.

“dzięki którym” może?

Ciepło, jakie od niej biło, miało lekko pomarańczowy odcień, świeży, jeszcze nie splamiony cierpieniem ani stratą.

Rozumiem metaforyczność, ale ciepło jednak nie ma odcienia. Podobnych zarzutów, co do metafor może miałbym i kilka. Poza tym, trudno pod kątem techniki mi się przyczepić, ale są w tym lepsi ode mnie laugh

 

Żeby nie było tak wspaniale, to jednak mogłaś oszczędzić trochę nazw własnych na raz. W drugiej części zacząłem się gubić, przez do demon przez pewien czas pozostał dla mnie niezrozumiały. Jakby to był wstęp do książki, to rozumiem, ale to jednak krótki tekst.

Natomiast to na marginesie, bo tekst mi się naprawdę spodobał. Po przedmowie miałem lekką obawę, bo zdecydowanie bardziej wolę fantasy niż fantastykę wplecioną w rzeczywistość (troszeczkę mi jej za dużo – niczego nie ujmując wspaniałym jej twórcom) – tak sam tworzę i takie wolę czytać, a fantasty wcale nie ma tak wiele na Portalu. Tutaj dostałem pełnoprawną fantasy, która równocześnie jest poruszającą metaforą, pokazującą wieloaspektowo zagadnienie z naszej rzeczywistości. Dodatkowo wykorzystałaś jeszcze motyw kuszenia ala biblijny. Aż trochę brakowało trzeciej próby.

Rozumiem, że zakończenie dopina metaforę, szczerze, nie jestem sobie w stanie wyobrazić innego, lecz mimo to podskórnie oczekiwałem czegoś bardziej wyrazistego. Tutaj wszystko wydarzyło się spokojnie, w powolnym tonie wędrówki.

Ma ten tekst w sobie efekt wow. Zapewne bardziej poruszy rodziców (którym nie jestem), ale i do mnie trafił. Z przedmowy widać, że Twoim zamiarem była złożona metafora, ale przy okazji zrobiłaś kawał ciekawego światotwórstwa. Aż chciałem więcej i momentami brakowało mi rozwinięcia “mechaniki świata”, choć miałem w pamięci, że tekst lekko paraboliczny.

Moim zdaniem nawet lepiej niż w poprzednim opowiadaniu.

Jest dużo lepiej, choć tamto też było niczego sobie.

Moim zdaniem nawet lepiej niż w poprzednim opowiadaniu. Gratuluję. Z niecierpliwością czekam na kolejne.

Trochę strach pomyśleć, dokąd to zajdzie :)

 

Ostatecznie, trochę miotam się w ocenie, czy ten tekst swoją jakością sam na siebie nie zastawia pułapki. Ale jest to może po prostu półka, której nie mam narzędzi ocenić, więc niech uczynią to przeznaczeni do tego. Betujący są dyżurnymi, więc i tak już łaskawie wystawili Cię na żer Lożan przy nominacji piórkowej, dołożę swojego dyżurnego półTAKa (i bibliotekę również, choć możesz już jej nie potrzebować).

 

(na marginesie, patrz jaki sukces, drugi (?) tekst, a już masz tyle nominacji, to o czymś świadczy, gratuluję!)

 

Pozdrowionka!

I rzekł Pan: umieścisz cztery “e” w “beeeecki”. Ani mniej ani więcej. Nie umieścisz trzech “e” ani “pięciu “e”. Dwa są wykluczone. I Pan uśmiechnął się, a lud spożywał owce i leniwce, karpie i sardele, orangutany i płatki śniadaniowe i nietoperze...

O proszę, więcej osób zauważyło wartość Twojego tekstu, bardzo mnie to cieszy.

Powodzenia przy głosowaniu piórkowym! Trzymam kciuki!

 

Ej, w becie nie było żadnego obrazka do tekstu, czemu się nie chwaliłaś? Świetny jest! laugh

You cannot petition the Lord with prayer!

beeeecki

Bardzo Ci dziękuję za tak rozbudowany komentarz, aż mi się kilka razy zrobiło ciepło z ekscytacji laugh 

Ogromnie się cieszę, że początek trafił w Twoje gusta, bo szczerze bałam się jak zostanie przyjęty wymyślony przeze mnie świat. Co do „odcienia ciepła” – rozumiem zastrzeżenie. Pozwoliłam sobie metaforom pójść o krok dalej niż logika na to by pozwalała, chyba lubię po prostu coś przekombinować. laugh

Masz też rację z nagromadzeniem nazw własnych. Pisząc, byłam bardzo zanurzona w świecie i chyba momentami zapomniałam, że czytelnik wchodzi w niego bez mapy. Myślałam nawet nad jakąś mini legendą ze słówek, ale ufam, że czytelnicy zrozumieją tę nazwy. Będę obserwować, jaki będzie ich odbiór.  Uśmiechnęłam się, czytając o trzeciej próbie, bo faktycznie nad nią myślałam, ale tekst i tak wyszedł dość długi i finalnie zrezygnowałam.

Co do zakończenia, rozumiem potrzebę mocniejszego akcentu, jednak świadomie wybrałam ton wyciszony ( choć to ryzykowne), ale bohaterowie nadal są w wędrówce, kto wie, co ich jeszcze spotka. Twoje słowa o efekcie wow, światotwórstwie i chęci „więcej” to dla mnie ogromny komplement.

Dziękuję też za podwójnego klika, to dla mnie naprawdę motywujące i równocześnie onieśmielające. Jeszcze raz dziękuję za czas, wnikliwość i życzliwość. Komentarz naprawdę dodał mi skrzydeł.  

Pozdrawiam!

Nie ma ucieczki od mroku, jeśli to on sam prowadzi twoje kroki.

MichaelBullfinch niesamowicie się cieszę, że opowiadanie ma tak dobry odbiór. Jestem bardzo zaskoczona nominacjami, nie wiem nawet, co powiedzieć, nie spodziewałam się. Oczywiście jest tutaj ogromna zasługa Twoja i bruce, dzięki waszej pomocy udało mi się dopieścić tekst. 

Bardzo dziękuję, obrazek to taki smaczek, samo opowiadanie jest dla mnie bardzo ważne to i pojawiła się wena, by dopełnić je czymś więcej. heart Również trzymam kciuki za piórko pod „Utopię waszą utopie”.laugh

Nie ma ucieczki od mroku, jeśli to on sam prowadzi twoje kroki.

Genialny obrazek, Dziewczyno, masz wielki talent! yesheart

Pecunia non olet

bruce dziękuję bardzo heart

Nie ma ucieczki od mroku, jeśli to on sam prowadzi twoje kroki.

Hej 

Nie twierdzę, że wszystko jest do zmiany ale jego, swego, się było na tyle dużo, że mnie zatrzymało na tyle skutecznie, że sprawdziłem jak to wygląda w tekście. A wygląda tak: 

 

„Po jego wilgotnym ciele spływała lepka, czarna maź przypominająca smołę.

 

„Nie dotykał ani nie popychał, ale i tak czuła jego obecność. Powoli odbierał chęć do życia i wlewał do głowy ciężkie, czarne myśli. Z każ

Nie musiał nic mówić, sama jego obecność była wystarczająco przytłaczająca.

 

Jego kształt zaczął się rozmywać, jakby tracił siłę, by utrzymać własną formę.

 

Wiatr zamilkł razem z jego krzykiem, ciemność zaczęła ustępować, a na niebie powoli pojawiały się jasne smugi światła.

 

Przybrał taktykę zupełnie odmienną od swojego poprzednika.

 

mówił kuszącym szeptem, choć z jego gardła wydobywał się chłód, przenikający aż do kości.

 

Demon wysysał pozostałości energii, jego obecność wdzierała się w ciało jak trucizna, odbierając siłę mięśniom.

 

Seraphine skupiała się na Płomieniu, na jego ciepłym, delikatnym blasku.

 

Soczysty sok spłynął po jego ustach

 

Okrążył ich raz, drugi, trzeci, po czym opadł miękko i z dziecięcą ufnością usiadł na głowie Czuwającego, obejmując jego twarz ciepłem. 

 Położyła dłoń przy Płomieniu, czując, że wszystko może mieć właściwy rytm. Mithar również położył rękę w jego blasku.

 

Rozpoczęła właśnie wędrówkę, jedną z najdłuższych, jakie można odbyć przez całe swoje istnienie.

 

Seraphine wyruszyła pełna nadziei, przytulając swoje zawiniątko z czułością, którą tylko Strażniczka mogła okazać.

Wszystkie dni wypełniała troską o swój maleńki Płomyczek

 

Spójrz, jak rozwijają swoje antracytowe pąki.

 

Oczy zdawały się jaśnieć coraz mocniej, im bardziej się zbliżał, przyciągały swoją niebieską głębią

 

Opowiadał o demonach spotkanych na swojej drodze, które nawiedzały go podczas wędrówki przez mroczne krainy.

 

Gdy nadejdzie chwila i wyruszy w swoją własną wędrówkę, powrócą do wioski, dopełniwszy przeznaczenia.

 

Rozpłomyki stawały się Strażniczkami, które opiekowały się Płomieniem, pomagały mu rosnąć i rozwijać się, by w końcu stał się pełnoprawnym Ignaris.

 

Seraphine stała na rozdrożu świata. Przed nią rozciągała się przestrzeń tak ogromna, że wydawała się nieskończona. Z oddali dobiegały dziwne odgłosy, których nie dało się jednoznacznie określić.

 

Zamknęła oczy, wsłuchała się w siebie, w żar, który ją palił i pozwoliła prowadzić się instynktowi.

Dni przekształcały się w tygodnie, a tygodnie w miesiące. Droga zdawała się nie mieć końca, każdy krok wzbijał obłok kurzu, który następnie opadał w ciszy.

 

I tu może nawet by uszło ale kolejne 2 zadani

 

Wokół panowała nienaturalna cisza, krzewy nie szumiały, owady nie brzęczały, jakby wszystko, co żywe, odsunęło się, zostawiając ją samą na tej drodze.

Towarzyszące emocje były pożywką dla demona, trzymał się blisko, gdzieś za plecami, jak cień, którego nie sposób zgubić.

 

Nocami Seraphine kładła się przy ognisku, wsłuchując w otoczenie i ucząc Płomień cierpliwości. Budziła się nagle, cała spocona, z łomoczącym sercem, jakby ktoś stał tuż obok.

 

 

Seraphine zatrzymała się. Właśnie o to mu chodziło. Gdy przestała iść, ciężar natychmiast się spotęgował. Demon pochylił się bliżej, a powietrze wokół wypełniła cuchnąca woń.

 

Mógł tylko czekać, aż ona się podda. Aż się zatrzyma i przestanie walczyć. Postawiła krok naprzód. Demon syknął przeciągle, cofając się o pół kroku, jakby to jedno, uparte posunięcie odebrało mu część mocy.

 

Miesiące mijały, a krajobraz doliny powoli się zmieniał. Woda w jeziorach stawała się bardziej zielona, rośliny śmielej wypuszczały pędy ze spękanej ziemi.

 

Jednak każdy powtórzony wers, każde słowo pełne troski osłabiały go coraz bardziej i zmuszały do cofania się. Seraphine zamknęła oczy i uspokoiła oddech, próbując odsunąć strach i zwątpienie. Skupiła się na tym, co naprawdę ważne.

 

Jego kształt zaczął się rozmywać, jakby tracił siłę, by utrzymać własną formę. Ruchy stawały się gwałtowne, rozpaczliwe. Wydobył z siebie przeraźliwy ryk i rzucił się naprzód, pochłonięty własnym gniewem, taranując wszystko, co stanęło na drodze. Nagle, jakby sam świat nie chciał już tego dłużej znosić, demon rozpadł się w powietrzu.

 

Nie wiedziała, co czeka za kolejnym zakrętem, ale nie mogła się zatrzymać. Myślała nie o własnym zmęczeniu, lecz o tym, czy uda się ocalić małą istotę, która była jej całym światem.

 

 

Pojawił się kolejny demon, jeszcze bardziej obrzydliwy niż poprzedni. Nie stąpał po ziemi, unosił się tuż nad nią.

 

Co kilka dni zatrzymywała się przy strumieniach, by uzupełniać zapasy wody. Rozbijała maleńkie obozowiska w cieniu skał, pozwalając Płomieniowi chwilę odpocząć, a sobie wsłuchać się w odgłosy doliny. Sen opuścił ją całkowicie, nie znała nocy, a senne marzenia rozproszyły się w ciemności.

 

 

Roześmiał się złowrogo. Ślepia zapłonęły ogniem, chłodnym i przeszywającym. Wściekłym spojrzeniem próbował przeniknąć do Strażniczki i pochłonąć ciepło oraz radość, ale nie cofnęła się.

 

Demon szarpnął się, poczuł jak słowa kołysanki odbierają mu moc, nerwowo i niezdarnie rozdzierał się na fragmenty mrocznych cieni.

 

Powoli, ostrożnie podszedł w ich stronę. Oczy zdawały się jaśnieć coraz mocniej, im bardziej się zbliżał, przyciągały swoją niebieską głębią.

 

A trochę niżej

 

Przyglądała się uważnie, z czujnością, której nauczyła się przez miesiące wędrówki. Płomień również go zauważył, schował się za nogami Strażniczki i obserwował zaciekawiony.

 

 

Odchyliła się delikatnie, pozwalając oczom spocząć wreszcie na spokojnej tafli jeziora. Oddech powoli uspokajał się, splatając w harmonijny rytm z tętniącym ciepłem Płomienia.

 

Spędzili kilkanaście dni na rozmowach i wzajemnych odkryciach. Poranki były ciche, mgła unosiła się nad taflą wody, trzy słońca odbijały się w niej niczym obietnice. Zaczęła mówić o demonach, które ją atakowały. O chwilach, gdy wydawało się, że już nie ma siły walczyć.

 

Czuwający uśmiechnął się i ostrożnie oderwał kawałek, zbliżając do Płomienia, który zawahał się przez chwilę, a potem ostrożnie spróbował.

 

 

Szła powoli, niespiesznie, jakby w rytmie jednej myśli.

 

Powoli, ostrożnie podszedł w ich stronę.

 

Seraphine skupiała się na Płomieniu, na jego ciepłym, delikatnym blasku.

– Widzisz, Płomieniu

 

Plus trochę drobnicy :). Obawiam się, że jak ja znalazłem, czytając tekst do połowy, tak oczywiste błędy, to może być ich znacznie więcej. Na razie zostawiam tekst do poprawy. 

"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."

Bardjaskier 

Dziękuję za poświęcony czas i tak uważne przeczytanie tekstu i wskazanie konkretnych fragmentów zawierających błędy. Rzeczywiście, po zestawieniu ich w jednym miejscu widać wyraźnie, że nagromadzenie było zbyt duże – wprowadziłam już poprawki w zaznaczonych miejscach oraz przejrzałam całość pod kątem podobnych powtórzeń. 

Bardzo ciekawi mnie Twoje ogólne wrażenie na temat samej fabuły i pomysłu.

Pozdrawiam! 

Nie ma ucieczki od mroku, jeśli to on sam prowadzi twoje kroki.

A tak, może wyjaśnię. Bo zatrzymałem się w połowie by sprawdzić powtórzenia i zrobiłem przerwę by dać Ci czas na wprowadzenie poprawek :). No ale jestem i miło mi, że uwagi się przydały:). Ale muszę Cię zmartwić bo ja tylko wyłapałem to co mi się rzuciło w oczy, a nie jestem w tym najlepszy, więc to może nie być koniec zmian. I nie piszę tego by Cię zniechęcić, a raczej zachęcić do pracy nad sprawami technicznymi bo fabularnie jest dobrze :). No to fabuła. Masz klasycznie zarysowany pomysł. Najpierw gdzie jesteśmy, następnie z kim będziemy, kto będzie antagonistą, aż do zakończenia, które w Twoim wydani ma przesłanie – życie jest trudne, ale gdy się ma kogoś u boku i kogoś o kogo warto walczyć, to wszystko będzie dobrze :). Klasycznie ale pasuje do historii. Jest bohaterka, ma cel, chwile zwatpienia, które ostatecznie przezwycięża i finalnie wygrywa :). Jako matka, ma determinację i narzędzia by stawić czoła demonom. No i tu trochę będę marudził, bo "walka" z nimi nie jest emocjonującą – wiem, że to nie ten typ opowiadania. Ale to sprawia, że wszystko jest strasznie bajkowe, budowa fabuły, złe istoty, próby, zwatpienie, które pojawią się tylko po to by je pokonać. Tak, baśń lub bajka to dobre określenie dla tekstu. To nie mój klimat zdecydowanie :). Morał też nie mój. Ale pomysł jest konsekwentnie doprowadzony do końca i to się chwali :). Wolę tak, niż twist z czapy ;). Klikam i pozdrawiam :)

"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."

Pozwolę sobie wtrącić. :)

wszystko jest strasznie bajkowe, budowa fabuły, złe istoty, próby, zwatpienie, które pojawią się tylko po to by je pokonać. Tak, baśń lub bajka to dobre określenie dla tekstu.

Tak, jak wspomniałeś, Bardjaksierze, w takim klimacie Autorka chciała pokazać tę historię. :) Nie ma tu klasycznej walki, bo być nie może. :) Matka, ochraniająca dziecko/dzieci, nie ma możliwości prowadzić walki w – że tak powiem – klasyczny sposób. :) Przedstawiony i mocno wyeksponowany jest natomiast jej upór, trud, wysiłek, poświęcenie – aż do granic możliwości. Wbić ma nam się w pamięć, że spadło na nią owo makabryczne prześladowanie oraz zagrożenie: żmudne, powtarzane ciągle, nękające ją i nas (wręcz do znudzenia, do utraty sił i woli tak specyficznej “walki”), Czytelników – wczuwających się mimowolnie w sytuację samotnej kobiety, która – zdawałoby się – jest w absolutnie beznadziejnym położeniu. Demony pokonałyby ją bez wątpienia w tradycyjnej walce. Bohaterka jest zmęczona, słaba i głodna. Do tego chroni dziecko. Nie ma szans w starciu wręcz. Ona pokonuje jednak zło w całkiem inny sposób. Bo – o ten sposób właśnie chodzi. :) 

 

A, wiadomo – klimaty każdy ma inne i co innego mu się podoba. :) 

 

Pozdrawiam Was. heart

Pecunia non olet

Tak bruce. Tylko czy powtarzalność tych prób jest uzasadniona. Przy pierwszej wiemy jak działa demon i jak go pokonać. Drugi ma na celu podkreślić determinację bohaterki, ale my już wiemy jak ona jest zdeterminowana :). Więc albo przy drugim starciu trzeba coś zmienić albo skrócić tekst. Końcówka, już jest przeciągnięta + drugi demon, który jest kopią pierwszego ( jest trochę zmian ale generalnie nie wnosi nic nowego do histori) daje ciekawy początek, interesujące rozwinięcie i bardzo przeciągnięty środek, aż do finału, który jest ok :)

"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."

Rozumiem, o co Ci chodzi, Bardjaskierze, jasne, lecz w moim odczuciu (Autorka pewnie sprostuje, jeśli się mylę, a może doda coś jeszcze? :) ), te drugie zmagania miały podkreślić, że – pewnie było ich znacznie więcej, że demony długo atakowały i ją, i inne Strażniczki, że łatwo było się wówczas poddać, nie przetrzymać takiej próby, lecz tylko nieliczne potrafiły wytrwać. W moim odczuciu to szeroko zakrojona metafora. W dodatku – odnosząc ją do wspomnianej w Przedmowie walki/starań samotnej matki o szczęście dziecka – pokazująca zmagania ze wszystkim, co na nią spada: instytucje, kwestie finansowe, kuratorzy i sądy, rodzina, były i jego działania, choroby, opór samego dziecka, itp., itd. Tu jest faktycznie baja, zakończona optymistycznie; wiadomo – życie pokazuje całkiem inne oblicza. :) Niemniej – ataki z różnych stron bywają żmudne i wykańczające. :) 

Ja nawet postrzegam to szerzej – w tekście pojawia się przecież ON – opiekun, ojciec, mężczyzna. Odczytuję zatem całość także jako pokaz siły, którą może wykrzesać z siebie – w obliczu nawału licznych przeciwieństw – każdy samotny rodzic, zarówno mama, jak i tata. :) 

 

Pozdrawiam. heart

Pecunia non olet

Tak, przesłanie tekstu jest jasne :). Chodzi o to jak autorka nam przekazała to przesłanie:). Myślę, że technicznie i konstrukcyjnie trzeba tu trochę włożyć pracy :). Sam pomysł jest ok, ale nie rozbija banku. Czy bohaterka czegoś się nauczyła? Czy coś straciła? Przeszła przemianę? Nie, wszystko dzieje się samo. Na końcu wyciąga wnioski z podróży ale to za mało. Dostaje też nagrodę w postaci partnera, którego jeśli wytniemy z tej histori, to będzie nam go brakowało? Obawiam się, że nie. Ten tekst byłby lepszy gdyby się zmieściła w 10 tys znaków. Zaskoczył światem, pokazał drogę i kuszenie pierwszego demona, pokazał upadek bohaterki w postaci utraty płomienia i przemianę gdy postanawia nieść kolejny. Ja bym to tak widział:)… No dobra w 15 tysiącach ;)

"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."

No tak, jak sam wspomniałeś, po prostu to nie Twoje klimaty. ;)

Pozdrawiam. :) 

Pecunia non olet

To też:).

"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."

Bardjaskier 

Rozumiem, co masz na myśli i serio doceniam Twoje uwagi. Rozumiem sugestię o odchudzeniu tekstu, technicznie i konstrukcyjnie pewnie dałoby się tu jeszcze sporo poprawić. Wezmę Twoje rady do serca na przyszłość, bo są trafne, ale przy tym konkretnym opowiadaniu postawiłam jednak na to, co czuję. Chciałam przekazać dokładnie to, co przekazałam w takiej formie. Opowiadanie jest dla mnie ważne i jestem z niego dumna. Nawet jeśli można było coś skrócić czy mocniej „rozbić” przemianę bohaterki, to świadomie zostawiam to tak, jak jest.

Przesłanie tekstu jest jasne, tak jak sam również uznałeś, a dla mnie kluczowe było to, w jaki sposób je przekazuję emocjonalnie, nie tylko konstrukcyjnie. Wiem, że można by mocniej zaznaczyć przemianę, stratę czy cenę, którą bohaterka płaci. Być może świat mógłby bardziej zaskoczyć, ale tutaj zostanę uparta :) Następne teksty mogą być bardziej „techniczne”, bardziej zwarte. Ten jest w wersji, która była mi najbliższa. laugh

Nie ma ucieczki od mroku, jeśli to on sam prowadzi twoje kroki.

I o to chodzi :). A uwagi są na przyszłość i miło mi, że się przydały. Powodzenia z kolejnymi tekstami :)

"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."

Ja też polecałem lekkie odchudzenie, ale z drugiej strony całkowicie rozumiem podejście Autorki. Widać, że jest to pisane z serca i zdania nie są przypadkowe. Zresztą bardzo szanuję jak Autor wie co chce przekazać i się przy tym trzyma. To tekst z rodzaju personalnych. 

Więc z jednej strony zgadzam się z wieloma uwagami Barda, z drugiej strony cieszę się, że stawiasz na swoim, to dobra droga moim zdaniem. Jeszcze pewnie wiele tekstów napiszesz, gdzie będziesz mogła zastosować rady, a ten jest… Twój, mówiony emocjami, bez kompromisów. Podoba mi się to.

Zaskoczył światem, pokazał drogę i kuszenie pierwszego demona, pokazał upadek bohaterki w postaci utraty płomienia i przemianę gdy postanawia nieść kolejny. Ja bym to tak widział:)

Z tym jednym tylko zupełnie nie mogę się zgodzić. Tekst nie jest o stracie dziecka, tylko o pokonywaniu trudności między innymi dla dziecka. Taka wersja w moim odczuciu zupełnie zniszczyłaby przesłanie. Wiem, że piszesz horrory, ale nie uśmiercaj dzieci na lewo i prawo haha! Żartuję oczywiście.

 

Pozdrawiam wszystkich!

You cannot petition the Lord with prayer!

Tak, wiem. To taki mój przykład ;)

"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."

Cześć, Międzylinijko (jeżeli wolno mi się tak familiarnie zwrócić)!

Ładny, świadomie skonstruowany tekst. Ponieważ widzę, że przyjdzie do głosowania piórkowego, od razu powiem, że moim skromnym zdaniem do tego poziomu jeszcze trochę brakuje. Sęk przede wszystkim w tym, że warstwa metaforyczna potężnie zaciążyła tutaj nad warstwą opowiadanej historii. Nawet bez wstępu bardzo szybko widać, że tworzysz przenośnię samotnego macierzyństwa i temu podporządkowany jest cały utwór, co nie pozwala wczuć się w świat i bohaterkę, traktować ich jako samoistnych bytów i przejmować ich losami. To jednak tylko moje odczucia, w szczególności dopuszczam myśl, że tekst dużo silniej przemawia do odbiorców, którzy mają własne doświadczenie rodzicielstwa i czytają go przez ten pryzmat. Na pewno opowiadanie jest bardzo udane jako ćwiczenie literackie dotyczące metafor – nie chciałbym Cię przypadkiem urazić tym stwierdzeniem, bo nie wątpię, że pisałaś je z głębi serca i dzieliłaś się szczerymi myślami – ale to naprawdę dobrze rokuje na przyszłość, że potrafiłaś je tak spójnie zbudować w określonym celu, stworzyć jasny przekaz. Z czasem na pewno uda Ci się łączyć takie treści z porywającymi historiami fantastycznymi, a w końcu po to tu jesteśmy, żeby się rozwijać literacko i pomagać sobie nawzajem.

Oprócz tego potykałem się na różnych szczegółach językowych. Postaram się przejrzeć chociaż początek:

W odległym świecie leżała kraina ognia i trzech słońc. Jedno blade i chłodne, drugie małe, lecz intensywnie czerwone, a trzecie srebrzyste, odbijające światło dwóch pozostałych.

Jeżeli tylko odbija światło dwóch pozostałych, to tak nie bardzo jest słońcem…

Powietrze Cindery pachniało popiołem

Źródłosłów bije po oczach, ale nie twierdzę, iżbym był dużo lepszy w wymyślaniu nazw.

przy jeziorze o wodach w kolorze szmaragdu

Chyba naturalniej “nad jeziorem”.

Dachy przykrywały mchy i popielate porosty, które pochłaniały wilgoć unoszącą się znad wód.

Mieszkańcami były istoty Ignaris, które nie miały serc, lecz rozżarzone węgielki, nadające moc i sens istnienia. Gdy nadchodził właściwy czas, Rozpłomyki zbierały w sobie całą siłę i miłość

Brakuje mi jakiegoś wyjaśnienia, czym jest Rozpłomyk w stosunku do Ignaris: określeniem jakiegoś podtypu tego gatunku czy dowolnego pojedynczego przedstawiciela, czy przedstawiciela konkretnej płci lub w konkretnym stadium życiowym?…

zielonych i spokojnych, jak jeziora Cindery oczach

Bez przecinka.

Zamknęła oczy, wsłuchała w siebie, w żar, który ją palił, i pozwoliła prowadzić instynktowi.

Może jakieś “wsłuchała się w głąb siebie”? Doceniam chęć uniknięcia nadmiaru zaimków, ale jak wychodzi na to, że wsłuchała oczy, to też niezbyt dobrze. Zaznaczam brakujący przecinek (domknięcie wtrącenia).

Wreszcie nadszedł właściwy moment, Cindera zamilkła, a wszechobecny ogień zdawał się przygasać.

W wielu konstrukcjach po prostu nie można tego “się” opuścić, całe wyzwanie w tym, żeby nie kłaść ich zbyt często obok siebie.

a ognisko we wnętrzu rozgrzało gwałtownie.

“Rozgrzało się” albo “rozgorzało”.

Ignaris mawiali, że demony powstają z fal uczuć, bijących w sercach Strażniczek w chwilach największej czystości i troski.

Jak Afrodyta z piany morskiej?… Chyba nie chodziło Ci o to, że powstają z fal uczuć, lecz że są przez nie przywabiane.

przyciągał ich

Je (te demony).

Pożerały, to co najszczersze we wnętrzu

Przestawiłbym przecinek za “to”, Twoja wersja nie jest ściśle błędna, ale tak zdecydowanie bardziej naturalnie.

 

Może na razie wystarczy, mam nadzieję, że chociaż trochę pomogłem! Z pełnym przekonaniem polecam do Biblioteki i pozdrawiam ślimaczo.

Witaj Ślimaku!

Bardzo się cieszę, że mogę gościć Cię pod moim opowiadaniem. Sama jestem nieco zaskoczona nominacjami do piórka. To ogromnie miłe, ale też odrobinę stresujące. W pełni rozumiem i szanuję Twoją decyzję w kwestii głosowania.

Masz rację, metafora mocno obciążyła tekst. Myślę, że wynikało to z tego, jak bardzo zależało mi na precyzyjnym przekazaniu sensu. Chciałam, by wybrzmiał wyraźnie i być może w tej intensywności przytłumiłam inne warstwy opowiadania. To cenna lekcja na przyszłość, by szukać większej równowagi.

Dziękuję również za wszystkie szczegółowe wskazówki językowe (poprawki oczywiście naniosę). Takie punktowe uwagi są naprawdę pomocne, pozwalają spojrzeć na tekst z dystansu i wyłapać rzeczy, które przy wielokrotnym czytaniu łatwo umykają. Część z nich faktycznie wynikała z mojej walki z nadmiarem „się” i zaimków. Jak widać, momentami aż nazbyt heroicznej.

Jeśli chodzi o Rozpłomyki, masz rację, zabrakło doprecyzowania. W mojej głowie funkcjonowały bardzo konkretnie. Zaufałam, że czytelnik odczyta, że Rozpłomyk to kobieta Ignaris, która staje się matką. Jak widać, nie wszystko, co dla mnie oczywiste, jest równie czytelne dla innych. Tym bardziej cieszy mnie, że mimo zastrzeżeń widzisz w tekście potencjał i otrzymałam od Ciebie klika, to naprawdę motywujące.

Dziękuję za czas i tak wnikliwe spojrzenie.

Pozdrawiam! 

 

Nie ma ucieczki od mroku, jeśli to on sam prowadzi twoje kroki.

Całą krainę otaczały wznoszące stromo ku granatowemu niebu masywne skały.

Siękozy nie leczymy przez amputację laugh Wnoszące się, ewentualnie wyrastające

 

W głębi jednej z dolin, przy jeziorze o wodach w kolorze szmaragdu

Bardzo to zawikłane. Nie prościej przy szmaragdowym jeziorze?

 

Domy były niewielkie, zbudowane z ciemnych kamieni i gliny, połyskujących przy każdym ruchu światła.

Zamieniłbym gliny z ciemnych kamieni kolejnością, będzie wiadomo, do czego odnosi się reszta.

 

Przed nią rozciągała się przestrzeń tak ogromna, że mogła być nieskończona

Takie zdanie-ozdobnik, tylko wydłuża czytanie

 

a decyzja zapłonęła w niej tak mocno, że temperatura ciała wzrosła do poziomu, który przez dłuższą chwilę był nie do zniesienia.

Ta fizyka w środku zdania skutecznie psuje nastrój. W sumie jestem fizykiem więc powinienem chwalić fizykę, ale nie tutaj! 

 

Zamknęła oczy, wsłuchała w siebie, w żar, który ją palił i pozwoliła prowadzić instynktowi.

Chyba wsłuchana? A na końcu zdania czegoś brakuje. Ech, znowu leczenie siękozy brutalnymi metodami :)

 

a łzy spłynęły po jej policzkach

Łzy spłynęły jej po policzkach. Odwrotnie to anglicyzm.

 

Każdy ślad nadziei, żar węgla, opiekuńczy gest w stronę Płomienia, przyciągał ich

Zastanowiłbym się nad rodzajnikiem, może przyciągał je – demony?

 

Iskra zaświeciła i przemieniła w Płomień

Ale co przemieniła w płomień? Się czy coś innego?

 

ak i ona musiała znaleźć miejsce, w którym ich światło nie zgaśnie. Podróż była konieczna, by przeistoczyć Płomień w Ignaris.

Za to drugie zdanie nie jest ani trochę konieczne, czytelnik już to wie (chyba że przysypia, ale to jego problem :) )

 

Towarzyszące emocje były pożywką dla demona, nie opuszczał na krok, jak cień, którego nie sposób zgubić

Nie czuję ani trochę emocji, poza tym to ogólnik. Jakie emocje? Nazwij je! Jak chcesz, żebym się bał, to mnie wystrasz. Chcę poczuć te emocje!

 

Próbowały to przerwać, chcąc zagłuszyć szept.

Będąc młodą lekarką… Imiesłów użyty tak, że się na nim potknąłem.

 

Próbowały to przerwać, chcąc zagłuszyć szept. Jednak każdy powtórzony wers, każde słowo pełne troski osłabiały go coraz bardziej i zmuszały do ia

Chochlik niczym demon potrafi być bezlitosny :)

 

Demon przeciągnął łapami po ziemi, wyrzucając kamienie spod pazurów w powietrze. Niebo pociemniało, rzucając wokoło gęsty mrok.

Powtórzenia.

 

Kształt zaczął rozmywać kontury,

Zrozumiałe, ale mało zgrabne

 

Chłodne powietrze wypełnione fetorem osłabiało oddech

Może utrudniało?

 

Spędzili kilkanaście dni na rozmowach i wzajemnych odkryciach

Brzmi jak streszczenie. A gdzie chemia między nimi? Wcześniej ni stąd, ni zowąd postanawia się nią opiekować, i od tej pory żyją długo i szczęśliwie, Takie uczucie zero-jedynkowe, jest albo go nie ma. A gdzie budowanie, dynamika, gdzie są wszystkie błędy i wejścia w ślepe uliczki? Jeśli oboje są “po przejściach” to powinno to przypominać gody jeży, a nie dwa pluszaki :)

 

Mówił o chwilach zwątpienia i niebezpieczeństwach, jakie przeżył, a także o cenie, jaką płacił za każdy dzień spędzony w walce. Seraphine wchłaniała słowa, czując przyjemny spokój.

On jej serwuje thriller, ona czuje przyjemny spokój, czytelnicza czerwona lampka się zapaliła i nie chce zgasnąć. Tzn. podejrzewam, o co chodzi, ona chce po prostu słuchać o czymkolwiek i odczuwać przyjemność z samej jego obecności, a wcale się nie skupia na treści… ale można to napisać inaczej!

 

Płomień wygiął się lekko, obejmując obie dłonie ciepłem, decydując, że nadszedł czas zaufania i wspólnego wsparcia.

Mam wrażenie, że zapewniasz czytelnika i nazywasz, zamiast pokazać. Pierwsza część zdania jest super, przy drugiej poczułem się, jakbyś chciała mi nałożyć uczucia łopatą do głowy :)

 

Ufff, to teraz wrażenia ogólne:

 

– Ładne i oryginalne kołysanki. Bardzo lubię takie wstawki w prozie.

– Oryginalna koncepcja świata i solidne budowanie rzeczywistości, czuć wyobraźnię przez duże W

– Plastyczne opisy, zachęcają wyobraźnię do pracy

– Straszne demony (choć chwilami kojarzyły mi się ze średniowiecznymi obrazami)

– Pozytywne zakończenie

– Bardzo ładny obrazek

 

Przy zakończeniu miałem wrażenie “cukierkowości” całości. Bohaterowie są idealnie dopasowani, nie mają wad, nie kłócą się, są poddawani jedynie zewnętrznym próbom, które oczywiście tylko umacniają ich związek. Mały Książę oswajał liska, Ty od razu wiążesz mu kokardki na ogonku :)

 

Zalet jest znacznie więcej niż wad, więc czemu nie kliknąć?

 

 

 

 

 

 

marzan dziękuję za komentarz.

Doceniam, że zagłębiłeś się w tekst aż tak szczegółowo. Uwagi są trafne, oczywiście poprawię błędy, jestem wdzięczna za ich wyłapanie.

 

To że w kilku miejscach nazywam emocje zamiast je pokazać, to chyba najcenniejsza uwaga z całego komentarza i z pewnością będę nad tym pracować.

 

Jakie emocje? Nazwij je!

Tylko już nie krzycz na mnie. laugh

 

Na “siękoze” ruszyłam z siekierą i rąbałam, co popadnie laugh Poprawię to haha. Cieszę się laugh, że kołysanki i demony wyszły dobrze, bo to istotne elementy opowiadania. 

 

Bardzo ładny obrazek

smileyheart

 

Ty od razu wiążesz mu kokardki na ogonku

Mam nadzieję, że są różowe angel

 

Zalet jest znacznie więcej niż wad, więc czemu nie kliknąć?

Uśmiech z twarzy nie znika po tych słowach, dziękuję raz jeszcze. 

 

Pozdrawiam!

Nie ma ucieczki od mroku, jeśli to on sam prowadzi twoje kroki.

Sorry, Winnetou, ale w głosowaniu będę na NIE. 

Przede wszystkim zabrakło mi fantastyki.

Odbieram tekst raczej jako metaforę niż prawdziwą fantastykę.

Owszem, poruszasz bardzo ważny społecznie (i nie tylko) temat. Tego nie zamierzam negować. I chwała Ci za głos na ten temat.

Dlaczego urodzenie iskry boli? Urodzenie człowieczka jest bolesne, bo trzeba przepchnąć istotkę o relatywnie dużej głowie między kośćmi miednicy, która nie do tego została stworzona, a potem wiele przeszła w toku ewolucji. Ale iskierka? Z definicji malutka? Zwykłe ognisko rodzi ich tysiące, a przy tym nie wygląda, jakby cierpiało.

Ta wątpliwość tylko wzmacnia moje wrażenie, że mamy do czynienia z metaforą.

Tak, na początku kreujesz interesująco obcy świat. A potem… Jakie znaczenie mają trzy słońca? Zdaje się, że orbita planety będzie niestabilna, ale tego w Twoim tekście nie widać. Widać kobietę samotnie wychowującą dziecko, wśród mnóstwa niebezpieczeństw i codziennych problemów. Aż wreszcie spotyka cudownego faceta i od tej pory idą przez życie razem, wspierając się na każdym kroku.

No, dla mnie to brzmi to jak romans. Tak bajkowy, że przebija standardowe harlekiny – miłość od pierwszego wejrzenia, nie trzeba się starać ani zdobywać partnera, bo on od razu deklaruje, że pomoże i jeszcze nie oczekuje nic w zamian. Słodkie jak miód zmieszany z syropem.

Inna sprawa, że jestem bardzo złym odbiorcą romansideł i reaguję na nie alergicznie. A i na granie emocjami chyba jestem stosunkowo odporna. 

Zaskoczyło mnie, że do przegnania demona wystarczy zaśpiewanie kołysanki. To się wydaje podejrzanie łatwe. A wiesz, im gorsze kłody autor rzuci protagoniście pod nogi, tym mocniej czytelnik trzyma za niego kciuki.

Babska logika rządzi!

Przede wszystkim zabrakło mi fantastyki.

Odbieram tekst raczej jako metaforę niż prawdziwą fantastykę.

A ja przy tej okazji zapytam, bo szczerze nie wiem, a jest to ciekawe. Czy przy takiej kompozycji ramowej, gdzie dwie historie idą równolegle (rzeczywista historia i równolegle idąca pełna metafora) nie liczy się to jako pełnoprawny świat fantasy?

Bo według mnie jeśli odpiąć metaforę to świat tutaj broni się jako pełnoprawne fantasy. 

Nie uderzam w Twoją opinię Finkla, ale jestem szczerze ciekawy jak to działa. 

Dlaczego urodzenie iskry boli?

Dlaczego trzeba wszystko tłumaczyć, to kolejny ciekawy dla mnie temat. Już to gdzieś poruszałem, ale ja nigdy nie rozumiałem dlaczego tak źle postrzegane są niedopowiedzenia. Może i to służy metaforze, ale na przykład ja tak tego nie odebrałem. Ale może to ja po prostu lubię niedopowiedzenia.

 

 

You cannot petition the Lord with prayer!

dwie historie idą równolegle (rzeczywista historia i równolegle idąca pełna metafora) nie liczy się to jako pełnoprawny świat fantasy?

No, za słabo widzę wątek rzeczywistej historii. On wydaje mi się sztuczny (świat niby z gorącymi źródłami, ale bez wpływu na wydarzenia, bolesny poród iskry itd.), a metafora zdominowała opowiadanie. Przynajmniej w moich oczach. Jeśli odpiąć metaforę, to zostaje niewiele.

A podejście do niedopowiedzeń to pewnie kwestia gustu. Ja mam prosty, logiczny umysł, który buntuje się, kiedy dostaje układ równań z mniejszą liczbą równań niż niewiadomych.

Babska logika rządzi!

Rozumiem. Mamy odmienne podejście do obu podpunktów, ale całkowicie rozumiem. Są to logiczne argumenty. Dzięki!

You cannot petition the Lord with prayer!

Fajna dyskusja. :)

Co do urodzenia iskry, moim zdaniem boli, bo to specyficzna cząstka matki; urodzenie jej zawsze boli, obojętne, jakich rozmiarów jest “dziecko”. :) Przy czytaniu traktowałam takie zdarzenie jako “oderwanie kawałka”. :)

Natomiast co do odegnania demona, w moim odczuciu kołysanka miała już tylko przypieczętować cały – że tak powiem – proces walki ze “złym”; przepraszam, jeśli kogoś tym urażę, ale przy czytaniu ciągle kojarzyłam atakujące Strażniczkę demony z kuszeniem Chrystusa przez Diabła. :) Jezus nie walczył orężem, lecz – postawą, rozumem, nieustępliwością i słowem. ;) 

A – cytując Lombard – “ckliwe melodramaty” zawsze mnie poruszały. :) 

 

Pozdrawiam Was. heartkiss

 

Pecunia non olet

Obawiam się, Betweenthelines, że nie jestem wdzięczną odbiorczynią opowieści takich, jak „Kołysanki Strażniczki”.

Znużyła mnie ta historia, bo choć poruszyłaś ważny problem osób samotnie wychowujących potomstwo, to rzecz dłużyła mi się niemiłosiernie, albowiem nie działo się tu zbyt wiele – ot, trudna, niekończąca się droga i troska Seraphine o zapewnienie bezpieczeństwa maleństwu, ustawiczne ataki potworów, które odganiała kołysankami, a na koniec pojawienie się Mithara, który okazuje się nieocenionym wsparciem w dalszej, wspólnej już drodze.

I odtąd Strażniczka, Czuwający i Płomyk żyli długo i szczęśliwie. I w pewien sposób cieszę się, że im się powiodło, ale cóż – to historia nie dla mnie.

Wykonanie pozostawia sporo do życzenia.

 

Nagle wy­ło­nił się z niej nie­sta­bil­ny, le­d­wie wi­docz­ny punkt świa­tła, uno­sząc mię­dzy dłoń­mi. → Co punkt światła unosił między dłońmi?

Proponuję: Nagle wychynął z niej nie­sta­bil­ny, le­d­wie wi­docz­ny punkt świa­tła, uno­sząc się mię­dzy dłoń­mi.

 

droga była długa i pełna nie­bez­pie­czeństw. Se­ra­phi­ne wy­ru­szy­ła pełna na­dziei… → Nie brzmi to najlepiej.

Proponuję: …droga była długa i nie­bez­pie­czna. Se­ra­phi­ne wy­ru­szy­ła pełna na­dziei

 

Nogi bo­la­ły, ra­mio­na cią­ży­ły… → Mam wrażenie, że nie ramiona ciążyły, a to, co niosła w ramionach.

 

No­ca­mi Se­ra­phi­ne, le­ża­ła przy ogni­sku, wsłu­chu­jąc w oto­cze­nie i ucząc Pło­mień cier­pli­wo­ści. → A może: No­ca­mi Se­ra­phi­ne le­ża­ła przy ogni­sku, wsłu­chana w oto­cze­nie i ucząc Pło­mień cier­pli­wo­ści. 

 

– Wi­dzisz? – nie usły­sza­ła głosu, a jed­nak zro­zu­mia­ła. – Tu nie ma dokąd iść. → Potraktowałabym to jak głos w głowie: – Wi­dzisz? – nie usły­sza­ła głosu, a jed­nak zro­zu­mia­ła. – Tu nie ma dokąd iść.

Tu znajdziesz wskazówki, jak zapisywać głosy w głowie.

 

Pło­mie­niu mały → Zbędna spacja po wielokropku.

 

Po­dry­gi­wał gwał­tow­nie, roz­pacz­li­we. → Literówka.

 

ciem­ność za­czę­ła ustę­po­wać, a na niebo po­wo­li ja­śnia­ło. → Pewnie miało być: …ciem­ność za­czę­ła ustę­po­wać, a niebo po­wo­li ja­śnia­ło.

 

śle­pia prze­su­wa­ły, ba­da­jąc upa­dek z sa­dy­stycz­ną do­kład­no­ścią. → Co przesuwały ślepia?

Proponuję: …a śle­pia obserwowały/ patrzyły, ba­da­jąc upa­dek z sa­dy­stycz­ną do­kład­no­ścią.

 

Prze­szła kilka kro­ków, sta­ra­jąc nie za­ha­czyć… → A może: Prze­szła kilka kro­ków, sta­ra­jąc się nie za­ha­czyć… Lub: Prze­szła kilka kro­ków, usiłując nie za­ha­czyć

 

czar­ne ważki uno­szą­ce nad taflą je­zio­ra. → Co ważki unosiły nad taflą jeziora? A może miało być: …czar­ne ważki szybujące nad taflą je­zio­ra.

 

Oczy­ska roz­sze­rzy­ły w furii. → Co rozszerzyły oczyska?

Proponuję: Furia roz­sze­rzy­ła oczyska.

 

siłę, która ochro­ni ją i Pło­mień przed ciem­no­ścią cza­ją­cą w kra­inie… → …siłę, która ochro­ni ją i Pło­mień przed ciem­no­ścią cza­ją­cą się w kra­inie… Lub: …siłę, która ochro­ni ją i Pło­mień przed ciem­no­ścią czyhającą w kra­inie

 

Wiatr prze­su­nął po po­wierzch­ni wody. → Co przesunął wiatr?

Proponuję: Wiatr przemknął po po­wierzch­ni wody.

 

Po­staw­ny męż­czy­zna, o sze­ro­kich ra­mio­nach i umię­śnio­nej syl­wet­ce, któ­rej ruchy były pewne i spo­koj­ne. → Ruchy wykonywał mężczyzna, nie sylwetka.

Proponuję: Po­staw­ny męż­czy­zna, o sze­ro­kich ra­mio­nach i umię­śnio­nej syl­wet­ce, któ­rego ruchy były pewne i spo­koj­ne.

 

– A jeśli de­mo­ny wrócą? – za­py­ta­ła w końcu, bar­dziej dla sie­bie niż niego. → Pytamy kogoś, nie dla kogoś.

Proponuję: – A jeśli de­mo­ny wrócą? – za­py­ta­ła w końcu, bar­dziej sie­bie niż jego.

 

po­zwa­la­jąc oczom spo­cząć wresz­cie na spo­koj­nej tafli je­zio­ra. Spo­koj­ny już od­dech… → Nie brzmi to najlepiej.

Może w pierwszym zdaniu: …po­zwa­la­jąc oczom spo­cząć wresz­cie na gładkiej/ nieruchomej tafli je­zio­ra.

 

Mówił o chwi­lach zwąt­pie­nia i nie­bez­pie­czeń­stwach, jakie prze­żył, a także o cenie, jaką pła­cił za każdy dzień spę­dzo­ny w walce. → Nie brzmi to najlepiej.

Proponuję: Mówił o chwi­lach zwąt­pie­nia i nie­bez­pie­czeń­stwach, które prze­żył, a także o cenie, jaką pła­cił za każdy dzień poświęcony walce.

 

fa­scy­na­cję wy­mie­sza­ną z re­spek­tow­nym lę­kiem… → Respektowny lęk, czyli jaki?

Proponuje: …fa­scy­na­cję wy­mie­sza­ną z pełnym respektu lę­kiem…  

 

…a dotyk za­pie­czę­to­wał nić wza­jem­ne­go za­ufa­nia. → …a dotyk przy­pie­czę­to­wał nić wza­jem­ne­go za­ufa­nia.

Sprawdź znaczenie słów zapieczętowaćprzypieczętować.

 

i wy­ru­szy w wła­sną wę­drów­kę… → …i wy­ru­szy we wła­sną wę­drów­kę

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Finkla, dziękuję za odwiedziny i komentarz.

Rozumiem decyzję o byciu na „nie” w głosowaniu – nie trafiłam w Twoje oczekiwania wobec fantastyki i szanuję Twoje zdanie.

Jeśli chodzi o iskry: ich narodziny miały boleć właśnie dlatego, że wydobywały się przez ciało, przepalając kolejne jego warstwy. Nie były czymś lekkim ani bezkosztowym, raczej aktem fizycznym i naruszającym organizm. Kołysanki z kolei miały działać w zgodzie z legendą tych istot. W świecie opowiadania to one dawały ochronę i siłę. Nie chciałam pokazywać dosłownej, realistycznej walki z przeciwnościami losu, tylko opowiedzieć ją w bardziej symboliczny sposób.

Nie nazwałabym jednak tej historii romansidłem. Relacja między bohaterami była dla mnie tłem i wsparciem, a sednem opowieści pozostawała walka matki o dziecko. To na niej najbardziej mi zależało. Co do rozbudowy świata, cóż, wiele elementów można byłoby pogłębić. Przy zachowaniu fabuły, na której mi zależało, oznaczałoby to jednak znaczne zwiększenie objętości tekstu, a limit znaków bywa bezlitosny dla czytelników.

Pozdrawiam!

Nie ma ucieczki od mroku, jeśli to on sam prowadzi twoje kroki.

regulatorzy, dziękuję za odwiedziny i tak szczegółowy komentarz.

Rozumiem, że historia mogła Ci się dłużyć i nie znalazłaś w niej wystarczającej dynamiki. Postawiłam bardziej na drogę, atmosferę i emocjonalny ciężar samotnego macierzyństwa niż na rozbudowaną akcję i mam świadomość, że nie każdy odbiorca tego szuka w fantastyce. Dziękuję również za wskazanie błędów, takie uwagi są dla mnie cenne i na pewno je przeanalizuję przy poprawkach tekstu.

Pozdrawiam!

Nie ma ucieczki od mroku, jeśli to on sam prowadzi twoje kroki.

Bardzo proszę, Betweenthelines. Miło mi, że mogłam się przydać. :)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Aha, przepalanie przez ciało. Tego nie zobaczyłam. OK, to jest jakieś wyjaśnienie.

Ale czy matka sama nie składa się z ognia? Hmmm. Ewolucja tych istot chyba sobie nie odmawiała różnych dziwnych substancji…

No, nie całkiem romansidło, ale spotkanie tego jedynego wydaje się stanowić istotną składową fabuły.

Babska logika rządzi!

Finklo, 

Istoty nie składają się z ognia. Mają zwyczajne ciało, jedyna różnica to węgiel zamiast serca. Ogień to nie ich budulec.laugh Żyją w dość nietypowej krainie i są trochę hmmm koczownicze (jeśli tak to mogę nazwać), wyruszają w drogę, żeby utrzymać przy życiu Płomień (dziecko) i pomóc mu się rozwinąć. To bardziej konieczność. A co do „tego jedynego”, on nie jest żadnym boskim ratunkiem. Jego pojawienie się to nawet więcej demonów niż wcześniej. Po prostu od tego momentu nie walczą już osobno, tylko razem. Normalnie istoty wyruszają we dwoje w wyprawę i razem dbają o Płomień, ale bohaterka nie zaczęła tak wędrówki, stąd tak wiele znaczy dla niej pojawienie się Mithara i być może przez intensywność tych emocji na końcu opowiadania, tak mocno to uderza przykrywając całą resztę fabuły. smiley

 

Nie ma ucieczki od mroku, jeśli to on sam prowadzi twoje kroki.

Siemka,

na wstępie nie zgodzę się z tym, że samotne matki nie są poruszane w opinii publicznej. Żyjemy w coraz bardziej wyizolowanym społeczeństwie, gdzie relacje umierają, zastępowane dopaminą z SM. Zgodzę się jednak, że motyw samotnej matki jest rzadko poruszany w literaturze :)

Co do tekstu jest on bardzo ładny, wzruszający. Melancholia wyziera z każdego zdania. Bardzo spodobała mi się antropomorfizacja lęku samotnej matki – coś z czego niby człowiek zdaje sobie sprawę, ale nie do końca. Twój tekst pozwolił mi na głębsze spojrzenie.

Jeżeli chodzi o zdania i rytm, to chylę czoła :) Bynajmniej nie jest to tekst, który wygląda jak “AI”.

Pozdrawiam

Dziń dybry,

 

przybywam, by dokonać oceny Piórkowej i nie ukrywam, że przybywam też z ciekawości, co nam tu takiego nasza Portalowa Świeżynka upiekła :)

 

 

Seraphine poczuła gotowość.

Mm. Może lepiej:

→ Seraphine poczuła się gotowa.

?

 

choć każdy oddech trawił od środka.

trawić co? Brak dopełnienia.

 

Zamknęła oczy, wsłuchana się w głąb siebie

albo: wsłuchana albo: wsłuchała się

 

Wreszcie nadszedł właściwy moment, Cindera zamilkła

Rozdzieliłabym:

→ Wreszcie nadszedł właściwy moment. Cindera zamilkła

 

unosząc między dłońmi.

co unosząc? Chyba zjadłaś się.

 

Tak jak Rozpłomyki

Jak widzę tę nazwę, to mam przed oczami podpłomyki :P Zjadłabym.

Przepraszam, już jestem poważna.

 

Trochę się gubię. Rozpłomyki to jest to samo co Ignaris?

 

Szła powoli, jakby w rytmie jednej myśli.

A jaki rytm wybija myśl?

 

Nocami Seraphine, leżała przy ognisku

Zbędny przecinek.

 

wsłuchując w otoczenie

wsłuchując się

 

ucząc Płomień cierpliwości.

cierpliwości do czego?

 

cofając o pół kroku

cofając się

 

jakby to jedno, uparte posunięcie odebrało mu część mocy.

Zbędny przecinek. Jedno i uparte nie są pojęciami równorzędnymi.

 

na niebo powoli jaśniało.

 

nieustannie troszczy o Płomień

troszczy się

 

a sobie wsłuchać w odgłosy doliny

wsłuchać się albo nasłuchiwać

 

czarne ważki unoszące nad taflą jeziora.

unoszące się

Ale Ty się boisz siękozy ;p

 

Skrzydła błyszczą w pierwszych promieniach trzech słońc, wirują i tańczą nad wodą… piękne, prawda?

Dlaczego nagle mamy czas teraźniejszy i łamanie czwartej ściany?

 

Spadając zamieniały w czarny pył.

co zamieniały w czarny pył? się?

 

Sześć łap wyrwało w powietrzu

co wyrwało? Brak dopełnienia.

 

Oczyska rozszerzyły w furii.

rozszerzyły się

 

przed ciemnością czającą w krainie

czającą się

 

a wsparcie nadejdzie tam, gdzie wydawało nieosiągalne.

wydawało się

Serio, co jest z tymi się?

 

Demon poczuł jak słowa kołysanki

→ Demon poczuł, jak słowa kołysanki

 

niezdarnie rozdzierał się na fragmenty mrocznych cieni

Jak można niezdarnie się rozdzierać?

 

Troska zawsze będzie kosztować więcej, niż zdoła unieść.

Troska zdoła unieść?

 

gasnące nim dotknęły piasku.

→ gasnące, nim dotknęły piasku.

 

Odchyliła delikatnie głowę, pozwalając oczom spocząć wreszcie na spokojnej tafli jeziora

Ładne.

 

który uczył się otaczającego świata

otaczającego co świata? Brak dopełnienia.

 

Głosy splecione w jeden, łagodnie nimi kołysały.

→ Głosy splecione w jeden łagodnie nimi kołysały.

 

wciągając z powrotem do równowagi.

 doprowadzając z powrotem do równowagi.

 

wyruszy własną wędrówkę

we

 

Ostatni akapit trzeba wyjustować.

 

 

No, symbolika i metafora pełną gębą. W sumie opowiadanie jest jedną, wielką metaforą i wyszło naprawdę udanie.

Mimo wszystko będzie dużo marudzenia.

 

Zauważyłam, że masz skłonność do nadużywania słów zaczął, zaczęła, zaczęło się. Zwróć na to uwagę przy kolejnym opowiadaniu.

Z absurdalną zajadłością unikasz zwrotnego się. Domyślam się, że chciałaś uniknąć siękozy :P W wielu miejscach brakowało też dopełnień. Od pewnego momentu stało się to naprawdę irytujące.

 

Język jest ładny, poetycki i choć za takim stylem przepadam, to jak dla mnie tej pompatyczności jest nieproporcjonalnie dużo i w pewnym momencie zaczęła mnie męczyć. Kwiecisty język: 80%, akcja: 20%. Tak bym to rozłożyła.

 

Co do fabuły: w jakim celu Strażniczki przemieszczały się z Iskrą? Groziło tym Iskrom niebezpieczeństwo? Nie zostało to wyjaśnione. Uczucie niepokoju to dla mnie za mało, by podejmować daleką i niebezpieczną podróż i do tego jeszcze z maleństwem. Ktoś może powiedzieć: przecież uciekała przed demonami. To też mnie nie przekonuje, bo przecież pojawiały się one niemal na każdym kroku. Strażniczka nie miała gwarancji, że tam, dokąd zmierza (cel wędrówki również nie został określony, przez co trudno było kibicować bohaterce) demonów nie będzie. Chyba że o to w tym opowiadaniu chodziło.

 

Nie zrozumiałam, czym są demony i dlaczego atakowały Seraphine. Ale może trzeba być rodzicem, żeby to zrozumieć. Może nie jestem grupą docelową opowiadania. Nadal jednak uważam, że powinno to zostać pokazane w taki sposób, żeby takie bezdzietne lambadziary jak ja też mogły to zrozumieć. A tak to mam wrażenie, że jest to jakaś wiedza tajemna, dostępna tylko dla rodziców.

 

Nie przekonuje mnie też przeganianie demonów za pomocą kołysanki. Tak, wiem, że to metafora, symbolika, ale nadal… Wyhodowanie przysłowiowej tarczy, która pozwala nam zwalczać przeciwności losu, pozbywanie się traum i lęków wymaga wiele czasu i ciężkiej pracy nad sobą. Dlatego mnie to nie przekonuje. Zbyt łatwo Seraphine wygrywała te walki.

 

Piszę to trochę z bolącym sercem, ale… opowiadanie jest pięknie napisane, jednak to wszystko. Tu prawie nic się nie dzieje, dla mnie wieje nudą. Rozumiem, że rodzicom jest trudno, szczególnie samotnym, że martwią się o swoje maleństwo, drżą o jego bezpieczeństwo i przyszłość, ale ja tego wszystkiego nie odczułam. Być może wynika to z faktu, że, jak już wspomniałam, sama dzieci nie mam i dlatego tekstu nie rozumiem. Uważam jednak, że nie jest sztuką przekonać do przeżywania tych samych lub podobnych emocji osobę, która zna konkretny ból. Sztuką jest poruszyć tych, którzy nie mają takiego doświadczenia. Ale kto wie, może przesadzam i za kilka lat zmienię zdanie. Na dziś jednak nie czuję się poruszona.

 

 

Mamy 4 TAKi i 5 NIEtów. Moja ocena Piórkowa to: NIE.

 

Ale żeby nie było aż tak surowo: bardzo podobały mi się opisy krajobrazu i żałuję, że nie było ich więcej. Naprawdę z łatwością wyobraziłam sobie te miejsca.

 

I, proszę Cię, nie zniechęcaj się. To, że zagłosowałam na NIE, nie znaczy, że tekst uważam za słaby. Jest naprawdę dobry, po prostu moim zdaniem to jeszcze za mało na Piórko. Myślę, że sama nominacja przy tak krótkim stażu na Portalu świadczy o tym, jaki masz dobry warsztat.

 

Powodzenia we wszystkim i w pisaniu życzę!

Bez sztuki można przeżyć, ale nie można żyć

lugosi dziękuję za odwiedziny i miły komentarz. Cieszę się, że opowiadanie pomogło Ci spojrzeć głębiej na temat – to dla mnie bardzo duży komplement. smiley

Pozdrawiam!

Nie ma ucieczki od mroku, jeśli to on sam prowadzi twoje kroki.

HollyHell91 bardzo dziękuję za tak obszerny komentarz. Naprawdę doceniam, że poświęciłaś czas, żeby tak dokładnie opisać swoje wrażenia. Wymienione błędy oczywiście poprawię w wolnej chwili – dziękuję za ich wskazanie, to dla mnie bardzo pomocne. Dzięki takim komentarzom mogę zobaczyć tekst z innej strony i doskonalić swój warsztat.

Muszę przyznać, że sama nominacja była dla mnie ogromnym zaskoczeniem, bo zupełnie się jej nie spodziewałam, zwłaszcza, że jestem zupełną świeżynką. laugh

Cieszę się, że dostrzegłaś symbolikę i metafory, bo rzeczywiście zależało mi na tym, żeby całe opowiadanie było w pewnym sensie jedną dużą metaforą. Masz też rację, że momentami mogłam przesadzić z językiem, na pewno będę jeszcze nad tym pracować, żeby zachować lepszą równowagę między stylem a akcją. Jeśli chodzi o kwestie fabularne, które wspomniałaś, część z nich rzeczywiście pozostawiłam niedopowiedzianą celowo. Widzę jednak, że dla niektórych czytelników może to być zbyt mało konkretne  i to też jest dla mnie cenna uwaga na przyszłość. 

Jeszcze raz bardzo dziękuję za Twoją opinię, zarówno za pochwały, jak i krytyczne uwagi. Spokojnie, absolutnie się nie zniechęcam, wręcz przeciwnie, motywuje mnie to do dalszego pisania i rozwijania się.Dziękuję również za dobre słowo i życzenia. heart

Pozdrawiam!

Nie ma ucieczki od mroku, jeśli to on sam prowadzi twoje kroki.

Hej, przybywam z komentarzem, po lekturze samotnej walki rodzicielskiej z demonicznymi przeciwnościami! :)

 

Trochę  wrażeń i marudzenia:

 

W odległym świecie leżała kraina ognia i trzech słońc.

To ciekawy początek dla opowiadania fantastycznego. Chce się czytać dalej. 

 

Mieszkańcami były istoty Ignaris, które nie miały serc, lecz rozżarzone węgielki, nadające moc i sens istnienia.

Istoty Ignaris brzmią interesująco. Lepiej: dające moc. Zastanawiam się też, czy wypowiedziane jednym tchem “moc i sens istnienia” jest logicznym wyrażeniem. Bo o ile moc rozumiem, to sens istnienia już nie… 

 

Czy Rozpłomyki i Ignaris to to samo? Bo nie do końca wybrzmiało…

 

Stała nieruchomo, choć każdy oddech trawił od środka. Zamknęła oczy, wsłuchana się w głąb siebie, w żar, który ją palił, i pozwoliła prowadzić się instynktowi.

Co oddech trawił od środka? I lepiej: wsłuchana w siebie. 

 

 

Iskra zaświeciła i przemieniła się w Płomień, który był jeszcze słaby i nieregularny, ale żywy. Rozpoczęła właśnie wędrówkę, jedną z najdłuższych, jakie można odbyć przez całe istnienie. Tak jak Rozpłomyki, które wyruszały daleko ze swymi Płomieniami i wracały, gdy te były gotowe stać się Ignaris. Tak i ona musiała znaleźć miejsce, w którym ich światło nie zgaśnie. 

​Ten fragment zaczyna się od podmiotu “iskra” (Płomień) i dalszy ciąg sugeruje, że mowa o owej iskrze. Ostatnie zdanie jest niejasne – kto musiał znaleźć miejsce i czyje światło? (Bo tu już liczba mnoga) Trzeba to uprościć, by było czytelne. 

 

 

Od teraz wszystkie kroki przez dolinę Cindery zostały rytuałem strażniczej troski

Stały się. 

 

Skóra, wcześniej biała, przybrała szary odcień, oczy traciły zielony blask i ciemniały, a jasne jak promienie słońca włosy matowiały.

Tu kłania się logika świata przedstawionego. Pisałaś o trzech słońcach. Warto do nich wrócić i wyjaśnić – jasne jak promienie którego słońca? 

 

Im bardziej słabła, tym jego siła narastała. Coraz wyraźniejszy i straszniejszy. Nie musiał nic mówić, przytłaczał już samą aurą.

tym bardziej jego siła rosła. Drugie zdanie się nie klei, chyba że zamiast kropki postawisz przecinek, wtedy masz orzeczenie. 

 

Gdy stanęła w miejscu, ciężar narastał.

Za dużo tego narastania. Poza tym albo: Gdy przystawała, ciężar narastał, albo, Gdy stanęła, ciężar rósł. 

 

Strażniczki szeptały kołysanki, tworzące coś w rodzaju niewidzialnej tarczy ochronnej, której same nie dostrzegały, ale demony czuły bijącą z niej moc. Próbowały to przerwać i zagłuszyć szept. Jednak każdy powtórzony wers, każde słowo pełne troski osłabiały go coraz bardziej i zmuszały do wycofania. Seraphine zamknęła oczy i uspokoiła oddech, próbując odsunąć strach i zwątpienie.

Mieszają się podmioty w tym fragmencie. Strażniczki i demony. W związku z tym nie wiadomo, kogo dotyczy drugie zdanie. A w trzecim mamy nagle liczbę pojedynczą “go”. Ostatnie zdanie wydzieliłbym akapitem. 

 

 

Demon naparł na powietrze, próbując przerwać rytm, zagłuszyć słowa.

Trochę niejasne – jak demon naparł na powietrze? 

 

Wiatr zamilkł razem z krzykiem, ciemność zaczęła ustępować, a na niebo powoli jaśniało.

Literówka. I znowu przyszło mi na myśl, że przy trzech słońcach mogło nie być  w ogóle świtu. Ciekawie by było to opisać. 

 

 

Oswoiła ból spowodowany traumą po obecności demona, choć ten nigdy nie ustępował całkowicie.

Trauma to słowo niekoniecznie pasujące w tym opowiadaniu. Ale Twój wybór, oczywiście. Zdanie jest tak skonstruowane, że nie wiadomo, czy nie ustępował ból, czy demon. 

 

Przybrał taktykę zupełnie odmienną od poprzednika.

Taktyki się nie przybiera. Raczej wybiera. :)

 

Bezwład ogarnął nogi, a ciało nie słuchało poleceń. Demon wysysał pozostałości energii, wdzierając się w ciało jak trucizna, odbierając siłę mięśniom. Chłodne powietrze wypełnione fetorem utrudniało oddech, a cień skrzydeł oplatał Seraphine niewidzialnymi łańcuchami. Siły, które odzyskała, nagle zaczęły opadać z podwójną intensywnością.

– Widzisz, jaki on słaby? Taki maleńki. Czy naprawdę myślisz, że potrafisz go ochronić? – wysyczał nienaturalnym, przeciągłym głosem.

Nagle potknęła się o wystający kamień i runęła na twardą ziemię.

Przytoczyłam cały fragment, żeby pokazać, co mnie wyrwało z lektury. Pierwsze zdanie mówi o bezwładzie – logicznie to niemożność ruchu. Ostatnie zdanie mówi, że bohaterka się potknęła. Jak to możliwe? Trzeba pilnować logiki. 

 

 

 

Rozbijała obozowiska w cieniu skał, pozwalając Płomieniowi chwilę odpocząć, a sobie wsłuchać w odgłosy doliny.

Skoro niosła Płomień, to raczej nie był zmęczony. To ona była zmęczona. 

 

 

Sześć łap wyrwało w powietrzu, uderzając o ziemię z hukiem.

Zabrakło, co wyrwało. 

 

Płomień figlował uradowany z otaczającego ich krajobrazu.

Źle skonstruowana część zdania. Uradowany kim, czym. No i nie krajobrazem. 

Tafla była gładka, nieporuszona, odbijając cienie skał, zlewające się w jedną masę.

Tafla gładka, nieporuszona, odbijała cienie skał…

 

Wiatr przesunął po powierzchni wody. Nie podniosła głowy, ale wyraźnie poczuła, że nie są sami.

Co przesunął?

 

Postawny mężczyzna,

Skąd tu się wziął mężczyzna? Mamy w tym świecie istoty Ignaris, Płomienie, Strażniczki, Rozpłomyki i nagle zwykły mężczyzna? Taki ziemski? 

 

Seraphine potknęła się, a Mithar w ostatniej chwili chwycił ją za rękę, wciągając z powrotem do równowagi.

– To jeszcze nie koniec. Będziemy tuż za plecami, wszędzie, gdzie to możliwe. Dopadniemy was prędzej czy później – wychrypiała.

To mówi bohaterka? Do kogo? 

 

No dobrze, zamarudziłam sporo, ale wiesz, to są sugestie, z których możesz skorzystać lub nie. To były miejsca, które mnie zatrzymały, możesz się zastanowić, jak sprawić, by brzmiały lepiej. Nie czytałam wszystkich komentarzy, więc może uwagi się powtarzają. 

Fabuła w dużej mierze oparta jest na metaforze. To dobrze i źle. Dobrze, bo to nośna metafora, samotna walka rodzicielska, poświęcenie własnego życia za inne, to piękne i zawsze wzruszające tematy. Ludzkie. Bliskie niemal każdemu z nas. Udało Ci się dobrze to wykorzystać. Brawo! 

Źle, bo metafora zdominowała opowiadanie, które miało bardzo ciekawe założenia początkowe. Brak mi tego świata w dalszych częściach, tych różniących się słońc, które przecież w inny sposób oświetlały planetę. Potwory potworami, opisane dość porządnie, lecz gdzie inne strażniczki opiekujące się płomieniami? To oczywiście takie luźne przemyślenia, szanuję Twoją wizję i rozumiem, czemu zdominowała tekst, lecz mam wrażenie, że przez to opowiadanie nieco straciło. 

W głosowaniu będę na nie, lecz uważam, że idziesz w bardzo dobrym kierunku, jeśli chodzi o pisanie i będę czekać na następne Twoje opowiadania. 

Pozdrawiam Cieplutko! :)

 

Witaj. Tekst wyszedł bardzo ładny i plastyczny, a do tego zaangażowany. Jednak jak dla nie nieco przegadany. Powiedziałabym nawet, że obrazy zjadły, przytłoczyły fabułę. Obrazy zużyły mój zapał, którego nie starczyło mi już dla bohaterów. 

Dlatego piórkowo będę na NIE.

delulu managment

Witam :]

 

I cóż.

 

Opowiadanie stoi metaforą, chciałaś nam coś powiedzieć. I dobrze, autor powinien mieć coś ważnego a ciekawego do powiedzenia. Niestety, tej metafory nie udało się podeprzeć solidną, wciągającą fabułą.

 

Stawka jest tu zupełnie niezrozumiała – ruszamy w wyczerpującą podróż, by znaleźć miejsce, w którym nasze “światło nie zgaśnie”. Dlaczego miałoby zgasnąć tam, gdzie jesteśmy? Czy zgaśniemy, jeśli nie znajdziemy miejsca na czas? Po czym poznać odpowiednie miejsce? Podobnie zagrożenia – demony idą za nami, straszą i wysysają energię… ale można je przegonić kołysanką, więc po co pozwalaliśmy im sobie z nami pogrywać przez tyle paragrafów? No i zakończenie – narratorka znajduje partnera. I spoko, tylko to się nijak ma do fabuły – czy właśnie po to szliśmy? Długa i wyczerpująca wędrówka jest w tym świecie typową metodą znajdowania miłości? Wyglądało to na dość przypadkowe spotkanie.

 

Rozumiem, że chciałaś być w konwencji baśniowo-przypowieścio-metaforycznej, że to miało być takie ciepłe słowo dla samotnych rodziców i wciągająca fabuła niekoniecznie była celem, ale IMO w takim wypadku trzeba było ten tekst drastycznie skrócić (spójrz na klasyków gatunku – baśnie, bajki, parabole i przypowieści to według naszych standardów szorty i to takie raczej krótkie).

 

Tak że TAKa nie będę mógł przyznać, ale na pewno czekam na kolejne teksty!

 

Pozdrawiam :)

Ciepło, jakie od niej biło

Raczej “które”

 

Od teraz wszystkie kroki przez dolinę Cindery zostały rytuałem strażniczej troski,

Raczej “stały się”

 

Sześć łap wyrwało w powietrzu, uderzając o ziemię z hukiem.

Co wyrwało?

Dlaczemu nasz język jest taki ciężki

JolkaK dziękuję za odwiedziny i komentarz. Zasugerowane poprawki oczywiście przeanalizuje i wprowadzę – taka pomoc zawsze jest na wagę złota. 

Dziękuję za konstruktywną opinię i miłe słowa, które bardzo motywują do dalszego pisania. Mam nadzieję, że przy kolejnych opowiadaniach uda mi się bardziej rozwinąć zarówno świat, jak i historię.

 

Ambush dziękuję za odwiedziny i komentarz. Cieszę się, że doceniłaś plastyczność tekstu. Rozumiem też Twoją uwagę do obrazów – na pewno będę o tym pamiętać przy kolejnych opowiadaniach. Dziękuję za szczere opisanie wrażeń.

 

GalicyjskiZakapior dziękuję za odwiedziny i komentarz. Faktycznie bardzo zależało mi na warstwie metaforycznej, więc cieszę się, że jest  zauważana.

Uwagi o fabule, stawce i proporcjach między metaforą a akcją są bardzo cenne i na pewno jeszcze trochę przemyśleń mnie czeka przy kolejnych tekstach. Przy obecnym oczywiście je przeanalizuję naniosę poprawki. Decyzję całkowicie szanuję i rozumiem. Dziękuję za szczerość i poświęcony czas i oczywiście za to, że mimo wszystko czekasz na następne opowiadania – to naprawdę motywujące.

 

Pozdrawiam Was ciepło!

Nie ma ucieczki od mroku, jeśli to on sam prowadzi twoje kroki.

Nowa Fantastyka