W odległym świecie leżała kraina ognia i trzech słońc. Jedno blade i chłodne, drugie małe, lecz intensywnie czerwone, a trzecie srebrzyste, odbijające światło dwóch pozostałych. Powietrze Cindery pachniało popiołem i rozgrzanym metalem, osadzało na skórze cienką warstwę pyłu. Całą krainę otaczały wznoszące się stromo ku granatowemu niebu masywne skały.
Ziemia miała ceglastoczerwoną barwę, a tam, gdzie ogień wypalił ją mocniej, wpadała w głęboką czerń. Nie była martwa, tętniła własnym rytmem. Pod suchą i spękaną powierzchnią płynęły żyły wrzącej wody. W miejscach, gdzie znajdywały ujście, tworzyły gorące jeziora, znad których unosiła się para, dzięki niej kraina mogła oddychać i nie płonęła od własnego żaru.
Na granicy barw pojawiała się roślinność, wypuszczająca łodygi z wszechobecnych pęknięć terenu. Rosły na niej owocowe krzewy o olbrzymich, bordowych liściach, antracytowe kwiaty z pozwijanymi w najróżniejsze kompozycje płatkami oraz mchy o barwie popiołu.
W głębi jednej z dolin, przy jeziorze o wodach w kolorze szmaragdu, znajdowała się wioska. Domy były niewielkie, zbudowane z ciemnych kamieni i gliny, połyskujących przy każdym ruchu światła. Dachy przykrywały mchy i popielate porosty, które pochłaniały wilgoć unoszącą się znad wód. Wąskie ścieżki, wyrzeźbione w ziemi i wysypane grubym żwirem, wiły się między budynkami.
Mieszkańcami były istoty Ignaris, które nie miały serc, lecz rozżarzone węgielki, nadające moc i sens istnienia. Gdy nadchodził właściwy czas, Rozpłomyki zbierały w sobie całą siłę i miłość, by wydobyć z wnętrza Iskrę – pierwszą, delikatną cząstkę nowego życia, pozwalając jej rozbłysnąć i stać się Płomieniem, przyszłością ich rasy.
Rozpłomyki stawały się Strażniczkami, które opiekowały się Płomieniem, pomagały mu rosnąć i rozwijać się, by w końcu stał się pełnoprawnym Ignaris.
⋆⋆⋆
Seraphine stała na rozdrożu świata. Przed nią rozciągała się przestrzeń tak ogromna, że wydawała się nieskończona. Z oddali dobiegały dziwne odgłosy, których nie dało się jednoznacznie określić. Była jeszcze młodym Rozpłomykiem o cerze bladej niczym pergamin, zielonych i spokojnych, jak jeziora Cindery oczach oraz włosach jasnych na wzór promieni pierwszego słońca. Ciało wydawało się kruche, ale w środku tętniła siła, gotowa dać życie. Ciepło, jakie od niej biło, miało lekko pomarańczowy odcień, świeży, jeszcze nie splamiony cierpieniem ani stratą. Jednak teraz żar był silniejszy niż kiedykolwiek wcześniej.
Seraphine poczuła gotowość, a decyzja zapłonęła w niej tak mocno, że temperatura ciała wzrosła do poziomu, który przez dłuższą chwilę był nie do zniesienia. Stała nieruchomo, choć każdy oddech trawił od środka. Zamknęła oczy, wsłuchała się w siebie, w żar, który ją palił i pozwoliła prowadzić się instynktowi.
Wreszcie nadszedł właściwy moment, Cindera zamilkła, a wszechobecny ogień zdawał się przygasać. Kraina wstrzymała oddech. Seraphine uklękła na rozgrzanym kamieniu, delikatnie przycisnęła do brzucha roztrzęsione dłonie, a ognisko wewnątrz ciała rozgrzało się gwałtownie.
Czuła, jak skurcze przechodzą przez nią intensywnie. Wygięła się pod falą konwulsji, a łzy spłynęły po jej policzkach i skapnęły na rozgrzaną powierzchnię, po czym natychmiast wyparowały. Każdy kolejny skurcz potęgował ból, zaczęła oddychać głęboko i gwałtownie, szukając ukojenia. Nagle wyłonił się z niej niestabilny, ledwie widoczny punkt światła, unosząc między dłońmi.
W tym samym momencie pojawił się pierwszy demon burzy. Wypełzł z cienia, a w powietrzu zawisł zapach stęchlizny. Po jego wilgotnym ciele spływała lepka, czarna maź przypominająca smołę. Długie łapy, zakończone szponami, przesuwały się po kamiennym podłożu, wydając okrutny, przenikliwy dźwięk. Z pyska wystawały żółte i ostre jak zbite szkło kły, pomiędzy którymi ślizgał się rozdarty na trzy nierówne części język, oblepiony cuchnącą, gęstą śliną.
Ignaris mawiali, że demony powstają z fal uczuć, rodzących się w sercach Strażniczek w chwilach największej czystości i troski. Każdy ślad nadziei, żar węgla, opiekuńczy gest w stronę Płomienia, przyciągał ich i budził niepohamowany apetyt, który wymagał, aby jak najszybciej go zaspokoić. Żywiły się tym, co najszczersze we wnętrzu, pochłaniały energię z tego, co najcenniejsze.
⋆⋆⋆
W Seraphine pojawił się przeszywający niepokój. Instynktownie przygarnęła Iskrę do piersi, jakby chciała własnym ciepłem obronić ją przed całym złem świata. Poczuła, jak coś w niej pęka, nie z bólu, lecz pod ciężarem nowej odpowiedzialności. Iskra zaświeciła i przemieniła w Płomień, który był jeszcze słaby i nieregularny, ale żywy.
Rozpoczęła właśnie wędrówkę, jedną z najdłuższych, jakie można odbyć przez całe swoje istnienie. Tak jak Rozpłomyki, które wyruszały daleko ze swymi Płomieniami i wracały, gdy te były gotowe stać się Ignaris. Tak i ona musiała znaleźć miejsce, w którym ich światło nie zgaśnie. Podróż była konieczna, by przeistoczyć Płomień w Ignaris.
Od teraz wszystkie kroki przez dolinę Cindery stały się rytuałem strażniczej troski, każdy oddech wymagał siły i czujności, a droga była długa i pełna niebezpieczeństw. Seraphine wyruszyła pełna nadziei, przytulając swoje zawiniątko z czułością, którą tylko Strażniczka mogła okazać.
⋆⋆⋆
Dni przekształcały się w tygodnie, a tygodnie w miesiące. Droga zdawała się nie mieć końca, każdy krok wzbijał obłok kurzu, który następnie opadał w ciszy. Szła powoli, niespiesznie, jakby w rytmie jednej myśli. Nogi bolały, ramiona ciążyły, ale nie zawracała, co jakiś czas spoglądała na Płomień, a wtedy zmęczenie ustępowało.
Słońce wzniosło się wyżej i zaczęło palić bez litości, a powietrze stało się ciężkie, wręcz nieruchome. Wokół panowała nienaturalna cisza, krzewy nie szumiały, owady nie brzęczały, jakby wszystko, co żywe, odsunęło się, zostawiając ją samą na tej drodze.
Towarzyszące emocje były pożywką dla demona, trzymał się blisko, gdzieś za plecami, jak cień, którego nie sposób zgubić. Nie dotykał ani nie popychał, ale i tak czuła jego obecność. Powoli odbierał chęć do życia i wlewał do głowy ciężkie, czarne myśli. Z każdym dniem Seraphine była coraz słabsza. Skóra, wcześniej biała, przybrała szary odcień, oczy traciły zielony blask i ciemniały, a jasne jak promienie słońca włosy matowiały.
Nocami Seraphine kładła się przy ognisku, wsłuchując w otoczenie i ucząc Płomień cierpliwości. Budziła się nagle, cała spocona, z łomoczącym sercem, jakby ktoś stał tuż obok. Nie potrafiła już spokojnie zasnąć, a myśli krążyły w kółko.
Nie rozumiała, dlaczego demon wciąż za nimi podąża. Dlaczego nie zostawi jej ani Płomienia w spokoju. Zawsze był blisko, szyderczo szczerzył kły i przewracał powoli jęzorem, smakując jej zwątpienie. Im bardziej słabła, tym on wydawał się silniejszy. Coraz wyraźniejszy i straszniejszy. Nie musiał nic mówić, sama jego obecność była wystarczająco przytłaczająca.
Seraphine zatrzymała się. Właśnie o to mu chodziło. Gdy przestała iść, ciężar natychmiast się spotęgował. Demon pochylił się bliżej, a powietrze wokół wypełniła cuchnąca woń.
– Widzisz? – nie usłyszała głosu, a jednak zrozumiała. – Tu nie ma dokąd iść.
Płomień zadrżał. Seraphine spojrzała na niego z trudem i w tym samym momencie zrozumiała coś ważnego: demon nie mógł go zgasić sam. Mógł tylko czekać, aż ona się podda. Aż się zatrzyma i przestanie walczyć. Postawiła krok naprzód. Demon syknął przeciągle, cofając się o pół kroku, jakby to jedno, uparte posunięcie odebrało mu część mocy.
⋆⋆⋆
Miesiące mijały, a krajobraz doliny powoli się zmieniał. Woda w jeziorach stawała się bardziej zielona, rośliny śmielej wypuszczały pędy ze spękanej ziemi. Strażniczka wiedziała, że musi ratować siebie i Płomień.
Pamiętała stare legendy o rytuałach, które odpędzały demony. Wydawały się proste, a zarazem trudne do wykonania. Nie wymagały żadnych zaklęć ani mistycznych znaków. Najważniejsze było utrzymanie rytmu i wypełnianie każdego słowa szczerymi uczuciami. Strażniczki szeptały kołysanki, tworzące coś w rodzaju niewidzialnej tarczy ochronnej, której same nie dostrzegały, ale demony czuły bijącą z niej moc. Próbowały to przerwać, chcąc zagłuszyć szept. Jednak każdy powtórzony wers, każde słowo pełne troski osłabiały go coraz bardziej i zmuszały do cofania się. Seraphine zamknęła oczy i uspokoiła oddech, próbując odsunąć strach i zwątpienie. Skupiła się na tym, co naprawdę ważne. Płomień był odpowiedzialnością, choć maleńki i chwiejny, ufał jej całkowicie.
Poczuła w sobie determinację. To była chwila wyboru: albo pozwoli, by demon zniszczył wszystko, albo znajdzie w sobie siłę, by go powstrzymać. Wiedziała, że jeśli utrzyma rytm i włoży w każdą nutę prawdziwą troskę, nie będzie miał nad nią władzy.
Wzięła głęboki oddech. Pierwszy szept ledwo przeszedł przez gardło:
Śpij, śpij…
Piaszczysty pył uniósł się lekko, poruszony jej głosem. Demon naparł na powietrze, próbując przerwać rytm, zagłuszyć słowa.
Seraphine kontynuowała:
… Płomieniu mały,
popiół cicho noc przykrywa.
Śnij, śnij, Płomieniu mały,
ogień wciąż drogę swą odkrywa.
Niech mrok przepadnie, ogień płonie,
uciekaj, znikaj, precz, demonie!
Z każdym słowem głos stawał się pewniejszy. Demon przeciągnął łapami po ziemi, wyrzucając kamienie spod pazurów w powietrze. Niebo pociemniało, rzucając wokoło gęsty mrok. Sylaby, jedna po drugiej, osłabiały go coraz bardziej.
Jego kształt zaczął się rozmywać, jakby tracił siłę, by utrzymać własną formę. Ruchy stawały się gwałtowne, rozpaczliwe. Wydobył z siebie przeraźliwy ryk i rzucił się naprzód, pochłonięty własnym gniewem, taranując wszystko, co stanęło na drodze. Nagle, jakby sam świat nie chciał już tego dłużej znosić, demon rozpadł się w powietrzu.
Wiatr zamilkł razem z jego krzykiem, ciemność zaczęła ustępować, a na niebie powoli pojawiały się jasne smugi światła. Pył, pozostałość po obecności bestii, opadł na rozgrzaną ziemię. Seraphine stała nieruchomo, przyciskając Płomień do piersi, dopiero po chwili odetchnęła z ulgą.
⋆⋆⋆
Ruszyła naprzód, samotnie przez zakamarki doliny. Noce były długie i pełne dziwnych dźwięków, które nie dawały spokoju. Szmer wiatru przelatywał pomiędzy szczelinami skalnymi, brzmiąc jak szepty dawno zapomnianych istot. W cieniu chwilami rozlegały się trzaski.
Droga prowadziła przez mgłę, a ostre kamienie raniły stopy. Nie wiedziała, co czeka za kolejnym zakrętem, ale nie mogła się zatrzymać. Myślała nie o własnym zmęczeniu, lecz o tym, czy uda się ocalić małą istotę, która była jej całym światem. Kolejne miesiące wędrówki odcisnęły piętno na ciele. Mięśnie, jeszcze niedawno silne i posłuszne, teraz bolały przy każdym ruchu. Były sztywne i ciężkie. Czasem miała wrażenie, że całe jej ciało to jedna wielka rana, która otwiera się ilekroć postawi krok, jednak Seraphine trwała w drodze, cicho i nieugięcie.
Nauczyła się panować nad bólem, spowodowanym traumą po obecności demona, choć ten nigdy nie ustępował całkowicie. Wszystkie dni wypełniała troską o swój maleńki Płomyczek. Wiedziała, że jej siła pochodzi z miłości do niego, nawet jeśli sama nie mogła się w pełni uleczyć.
Seraphine minęła pustynię, pokrytą płaskimi skałami, poustawianymi w nierówne rzędy. Nagle poczuła odrażający fetor gnijącego mięsa. Pojawił się kolejny demon, jeszcze bardziej obrzydliwy niż poprzedni. Nie stąpał po ziemi, unosił się tuż nad nią. Z ciała wyrastało sześć długich, kościstych łap wygiętych pod dziwacznymi kątami, dwie nogi zawieszone poniżej. Z pleców wystawała para kościstych skrzydeł, które odstawały nierówno, jakby złamane w kilku miejscach. Wokół łba rozmieszczone były mleczne, mętne ślepia – śledziły każdy jej ruch. Rogi sterczały w nieładzie, jeden ułamany, co nadawało jeszcze bardziej niepokojącego wyglądu.
Przybrał taktykę zupełnie odmienną od swojego poprzednika. Zamiast natychmiast atakować, uważnie obserwował Seraphine. Wiedział, że Strażniczka nosi w sobie dobro i nieustannie troszczy się o Płomień. Że nie potrafi przejść obojętnie obok cierpienia, nawet jeśli sama ledwo stoi na nogach. Powoli zbliżał się do niej, próbując zdobyć zaufanie.
– Patrz na mnie, Seraphine – mówił kuszącym szeptem, choć z jego gardła wydobywał się chłód, przenikający aż do kości. – Nie bój się. Nie chcę cię skrzywdzić. Mogę pomóc. Dać siłę, by ochronić Płomień przed wszystkim, co czai się w Cinderze.
Wzbudzał w niej odrazę, lecz przez moment wyczuła coś dziwnego. Ciało zdawało się odzyskiwać siły, a umysł jasność. Demon grał na emocjach, a słowa karmiły złudnym poczuciem bezpieczeństwa.
Nie ustawała. Ruch wymagał walki, a jednak posuwała się naprzód, nieugięta wobec podstępnej obecności bestii.
– Zostałem niesłusznie potępiony – szeptał dalej, tonem pełnym fałszywego smutku. – Inne istoty skrzywdziły mnie, odwróciły się, a ja tylko próbowałem przetrwać. Nie jesteś taka jak oni… ty możesz mnie zrozumieć, a ja mogę zrozumieć ciebie.
Strażniczce nasunęła się myśl, że samotność nie jest jedyną możliwością. Stwór mógłby stać się sprzymierzeńcem. Samotna wędrówka zaczynała mącić w umyśle. Każdy dzień w ciszy rozgrzebywał lęki i wspomnienia. Potrzebowała choćby krótkiej wymiany zdań, małego znaku, by uwierzyć, że ta rozległa kraina nie należy wyłącznie do ciszy. Płomień w dłoniach zadrżał, ale zaświecił odrobinę mocniej.
⋆⋆⋆
Kolejne wschody słońc przynosiły nowe lekcje. Kroki były chwiejne, nierówności drogi nie ułatwiały marszu. Nogi uginały się, a ciało nie słuchało poleceń. Demon wysysał pozostałości energii, jego obecność wdzierała się w ciało jak trucizna, odbierając siłę mięśniom. Chłodne powietrze wypełnione fetorem osłabiało oddech, a cień skrzydeł oplatał Seraphine niewidzialnymi łańcuchami. Siły, które odzyskała, nagle zaczęły opadać z podwójną intensywnością.
– Widzisz, jaki on słaby? Taki maleńki. Czy naprawdę myślisz, że potrafisz go ochronić? – wysyczał nienaturalnym, przeciągłym głosem.
Nagle potknęła się o wystający kamień i runęła na twardą ziemię. Płomień niemal wypadł z rąk, lecz instynktownie przyciągnęła go do siebie.
Demon zawisł nad nią, skrzydła trzepotały chaotycznie, wywołując szum, a ślepia przesuwały się, badając upadek z sadystyczną dokładnością.
– O, patrzcie tylko – zaśmiał się szyderczo – Strażniczka, która nie potrafi nawet stąpać po własnej ziemi.
Seraphine zacisnęła zęby, spojrzała na maleńki Płomień w dłoniach, światło będące sensem całego istnienia. Podniosła się, a demon syknął, niezadowolony z tej niezłomności.
Szła dalej, ignorując drwiny prześladowcy. Słowa, niczym ostrza, rozcinały spokój i wysysały resztki nadziei. Szyderczy śmiech wibrował w głowie. Skóra przybrała jeszcze ciemniejszą, popielato-brunatną barwę. Oczy zalały się tak intensywną czernią, że nie odbijały już światła. Gęste, ciemne włosy opadły ciężko na ramiona.
Co kilka dni zatrzymywała się przy strumieniach, by uzupełniać zapasy wody. Rozbijała maleńkie obozowiska w cieniu skał, pozwalając Płomieniowi chwilę odpocząć, a sobie wsłuchać się w odgłosy doliny. Sen opuścił ją całkowicie, nie znała nocy, a senne marzenia rozproszyły się w ciemności. Przeczucie podpowiadało, że czas spędzony przy demonie grozi całkowitym wygaszeniem tego, co najcenniejsze. Seraphine skupiała się na Płomieniu, na jego ciepłym, delikatnym blasku.
– Widzisz, Płomieniu… – szeptała, próbując uspokoić samą siebie – kwiaty wstają razem ze słońcem. Spójrz, jak rozwijają swoje antracytowe pąki.
Przeszła kilka kroków, starając się nie zahaczyć o wystające kamienie, połyskujące w porannym świetle.
– A tam… patrz, Płomieniu, czarne ważki unoszą się nad taflą jeziora. Skrzydła błyszczą w pierwszych promieniach trzech słońc, wirują i tańczą nad wodą… piękne, prawda?
Ruch sprawiał, że kruche płaty wysuszonej skóry odrywały się od niej. Spadając zamieniały się w czarny pył. Seraphine nie zwalniała.
– Zobacz, Płomieniu… – mówiła dalej, głaszcząc go delikatnie – nawet, gdy cienie próbują nas pochłonąć, coś wspaniałego wciąż się budzi. Rośliny, woda, skały… wszystko to wygląda tak cudownie.
Demon nie wytrzymał dłużej. Sześć łap wyrwało się w powietrzu, uderzając o ziemię z hukiem. Oczyska rozszerzyły się w furii.
– Myślisz, że mały Płomyk ochroni cię przede mną?! Że cokolwiek jest w stanie pomóc?! – ryknął, przecinając ciszę doliny.
W dzieciństwie słyszała opowieści o Rozpłomykach i Czuwających, których ogniska łączył tak silny żar, że węgle paliły się jednym, niegasnącym ogniem. Mówiono, że zżarzenie mogło powstać tylko wtedy, gdy jedna istota ufała drugiej bezgranicznie i była gotowa oddać swoje najprawdziwsze uczucia. Najstarsze pokolenia opowiadały, że prawdziwe zżarzenie było połączeniem tak mocnym, że żar rozrastał się do samego nieba, tworząc poświatę, która świeciła całej Cinderze jaśniej niż wszystkie słońca.
Ogarnęła ją nadzieja, że podczas tej wyczerpującej wędrówki uda się odnaleźć coś podobnego. Może wreszcie otrzyma siłę, która ochroni ją i Płomień przed ciemnością czającą się w krainie, nikczemnością i niszczycielską mocą, próbującą zgasić każdy blask życia.
Seraphine uśmiechnęła się do Płomienia, czując w głębi siebie ciepło i nadzieję na odnalezienie schronienia. Może ktoś poda im pomocną dłoń, a wsparcie nadejdzie tam, gdzie wydawało się nieosiągalne.
– Dość tego! – wrzasnął stwór, drżąc z gniewu. – Czekałem zbyt długo, by najeść się twojej energii!
Stanęła nieruchomo, czując, jak ziemia pod stopami trzęsie się od wściekłości demona. Powoli uniosła Płomień, patrząc w białe, szalejące oczy bestii.
– Nic ani nikt – w głosie zabrzmiała niepodważalna pewność – nie ma prawa zagrozić temu, kogo strzegę. Nie zniszczysz tego, co najcenniejsze!
Demona ogarnęła nieokiełznana furia. Sześć łap chwytało ciężkie głazy i ciskało nimi w powietrze, siejąc spustoszenie. Seraphine nie cofnęła się ani o krok. Wziąwszy głęboki oddech, kolejny raz wyszeptała kołysankę:
Śpij, śpij, Płomieniu drogi,
ciemność prędko przeminie.
Śnij, śnij, Płomieniu drogi,
żar twój w węgielku nigdy nie zginie.
Niech mrok przepadnie, ogień płonie,
uciekaj, znikaj, precz, demonie!
Roześmiał się złowrogo. Ślepia zapłonęły ogniem, chłodnym i przeszywającym. Wściekłym spojrzeniem próbował przeniknąć do Strażniczki i pochłonąć ciepło oraz radość, ale nie cofnęła się. Jeszcze odważniej powtórzyła:
Niech mrok przepadnie, ogień płonie,
uciekaj, znikaj, precz, demonie!
Demon szarpnął się, poczuł jak słowa kołysanki odbierają mu moc, nerwowo i niezdarnie rozdzierał się na fragmenty mrocznych cieni. Ostatkami sił chciał rzucić urok. Fale światła bijące z wnętrza Seraphine eksplodowały wokół niego, rozrywając cień parszywej istoty. Resztki cielska zaczęły się przelewać i tonąć w ziemi, zacierając ostatni ślad istnienia. Tym samym zniknął na zawsze.
⋆⋆⋆
Przez długi czas wierzyła, że taka jest droga każdej Strażniczki – samotna, cicha i nieustępliwa. Troska zawsze będzie kosztować więcej, niż zdoła unieść. Nauczyła się iść bez snu, wsparcia, z ciałem coraz cięższym od wyczerpania.
Góry ustępowały równinom, a piaski zmieniały barwę od gorących brązów do zimnych szarości. Dotarła nad turkusowe jezioro, gdzie zrobiła przystanek, by choć trochę odpocząć. Podała Płomieniowi kilka żarłapek. Smak jagód wywołał ciepły błysk radości.
– Wiem, że je lubisz – uśmiechnęła się Seraphine, głaszcząc płomienne języki.
Wcisnęła w usta niewielką garść owoców. Wiedziała, że sama też musi jeść, by mieć siłę na dalszą wędrówkę.
Usiadła na piaszczystej plaży, która otaczała wodę. Płomień figlował uradowany z otaczającego ich krajobrazu. Tafla była gładka, nieporuszona, odbijając cienie skał, zlewające się w jedną masę. Nad brzegiem rosły delikatnie szeleszczące, wyschłe trawy. W tym miejscu przez chwilę poczuła wytchnienie. Zamknęła oczy i wzięła głęboki oddech, który subtelnie rozgrzał obolałe ciało. Odpoczynek był luksusem, na który nie mogła sobie pozwolić od dawna.
Wiatr przesunął się po powierzchni wody. Nie podniosła głowy, ale wyraźnie poczuła, że nie są sami. Coś czuwało w pobliżu, nie zakłócając przestrzeni. Otworzyła oczy dopiero po dłuższym czasie. Płomień wciąż migotał, rzucając drobne ogniki, gasnące nim dotknęły piasku.
Wtedy go zobaczyła. Stał kilka kroków dalej, pośród skał, jakby nie chciał podejść bez zaproszenia. Postawny mężczyzna, o szerokich ramionach i umięśnionej sylwetce, której ruchy były pewne i spokojne. Miał ciemniejszą karnację niż Seraphine. Ciepłą i naturalną. Ciemne włosy postawione, lekko sterczące, nadawały nieco dzikiego wyglądu.
Powoli, ostrożnie podszedł w ich stronę. Oczy zdawały się jaśnieć coraz mocniej, im bardziej się zbliżał, przyciągały swoją niebieską głębią. Seraphine nigdy wcześniej nie widziała spojrzenia tak przepełnionego światłem, najpiękniejszym, mogącym rozświetlić mrok. Przyglądała się uważnie, z czujnością, której nauczyła się przez miesiące wędrówki. Płomień również go zauważył, schował się za nogami Strażniczki i obserwował zaciekawiony. Nieznajomy uklęknął w bezpiecznej odległości. Gest był prosty, ale równocześnie pełen szacunku.
– Nie przyszedłem, by was niepokoić – odezwał się cicho, głosem niskim i spokojnym, jak powietrze po burzy.
Milczała. Przyzwyczaiła się, że słowa bywają pułapką. Spojrzała spod przymrużonych powiek, szukając w nim śladu głodu, cienia, niepokoju.
– Jak masz na imię? – zapytała w końcu.
– Mithar – odpowiedział bez wahania. – Jestem Czuwającym.
Wzdrygnęła się lekko na to określenie, choć nie wiedziała jeszcze, dlaczego.
– Oczekujesz czegoś w zamian, czy po prostu chcesz pomóc? – Cień podejrzliwości w jej głosie był równie widoczny, co zmęczenie w oczach.
– Nie – odparł Mithar. – Nie proszę o zaufanie ani o wdzięczność. Jestem tu, bo czasami nawet najmocniejszy żar potrzebuje ochrony, by nie przygasł pod wpływem złowrogich istot lub własnego ciężaru.
Seraphine poczuła, jak ciało drży od niewidzialnej energii, a słabość ustępuje miejsca pulsującemu ciepłu. Węgiel w piersi zapłonął pradawnym ogniem. Zmysły nasyciła świadomość własnej siły, walcząca z uczuciem niepokoju.
– A jeśli demony wrócą? – zapytała w końcu, bardziej dla siebie niż niego.
– Zostanę. Nie mogę zapewnić, że znikną bez śladu, ale nie będziesz walczyła z nimi sama.
Odchyliła się delikatnie, pozwalając oczom spocząć wreszcie na spokojnej tafli jeziora. Oddech powoli uspokajał się, splatając w harmonijny rytm z tętniącym ciepłem Płomienia. Po raz pierwszy od wielu miesięcy poczuła, że nie stoi sama, ktoś czuwa obok i pomaga wytrwać.
⋆⋆⋆
Spędzili kilkanaście dni na rozmowach i wzajemnych odkryciach. Poranki były ciche, mgła unosiła się nad taflą wody, trzy słońca odbijały się w niej niczym obietnice. Zaczęła mówić o demonach, które ją atakowały. O chwilach, gdy wydawało się, że już nie ma siły walczyć. Głos, choć początkowo niepewny, stopniowo nabierał spokoju, a w opowieściach zaczęła wspominać już nie tylko strach, lecz także determinację, która pozwalała przetrwać.
Mithar słuchał uważnie, a gdy następowało milczenie, zaczynał dzielić się własnymi doświadczeniami. Opowiadał o demonach spotkanych na swojej drodze, które nawiedzały go podczas wędrówki przez mroczne krainy. Mówił o chwilach zwątpienia i niebezpieczeństwach, jakie udało mu się przeżyć, a także o cenie, jaką płacił za każdy dzień spędzony w walce. Seraphine wchłaniała słowa, czując przyjemny spokój.
Popołudnia spędzali na poszukiwaniu pożywienia, obserwując Płomień, który uczył się otaczającego świata. Mithar sięgnął do małego zapasu smoczych szypułek i ugryzł pierwszą. Soczysty sok spłynął po jego ustach. Płomień obserwował owoc z zaciekawieniem. Czuwający uśmiechnął się i ostrożnie oderwał kawałek, zbliżając do Płomienia, który zawahał się przez chwilę, a potem ostrożnie spróbował. Rozradowany zatańczył w powietrzu, jakby chciał podziękować. Mithar poklepał go lekko, a dotyk zapieczętował nić wzajemnego zaufania. W takich momentach Seraphine zaczynała rozumieć, że obecność Mithara nie odbiera im siły, lecz daje poczucie bezpieczeństwa.
Wieczorem usiedli przy brzegu, gdy niebo tonęło w złocistym półmroku, a cisza jeziora przyjmowała ich słowa. Rozmowy niosły ukojenie.
– Mithar… – szepnęła w końcu – dziękuję.
– Nie musisz dziękować – odpowiedział łagodnie. – Ważne, że jesteśmy razem. Czasami najpotężniejszą siłą jest obecność, która łączy.
Zamrugała i rozchyliła usta. Wzniosła się na palcach i pocałowała go czule.
– Dziękuję, nie tylko za to, że tu jesteś, ale za to, że obudziłeś we mnie życie, gdy myślałam, że zgasło. Znów czuję rytm własnego żaru. Dałeś mi siłę, której zawsze brakowało.
Płomień wystrzelił w górę, zataczając szeroki krąg wokół nich. Ogniste języki wirowały, zostawiając w powietrzu świetliste drobinki. Okrążył ich raz, drugi, trzeci, po czym opadł miękko i z dziecięcą ufnością usiadł na głowie Czuwającego, obejmując jego twarz ciepłem. Mithar znieruchomiał na moment, zaskoczony, a potem uniósł dłoń, chcąc go podtrzymać.
– Czy zawsze jesteś taki… cierpliwy? – spytała niepewnie.
– Cierpliwość nie jest wyborem. – Skinął głową. – To część bycia Czuwającym.
– Chcę, żebyś wiedział… – skierowała słowa do Płomienia – że nie będziemy już sami.
Położyła dłoń przy Płomieniu, czując, że wszystko może mieć właściwy rytm. Mithar również położył rękę w jego blasku.
Płomień wygiął się lekko, obejmując obie dłonie ciepłem, decydując, że nadszedł czas zaufania i wspólnego wsparcia.
Pochylili się, tworząc stabilne ognisko, które rosło w siłę. Tym razem nie było szeptu. Razem zaśpiewali kołysankę:
Śpij, śpij, Płomieniu mały,
wiatr i żar strzegą ciebie.
Śpij, śpij, Płomieniu mały,
aż gwiazdy zaświecą na niebie.
Głosy splecione w jeden, łagodnie nimi kołysały. Dźwięk wypełniał przestrzeń, tworząc aurę bezpieczeństwa, pieśń, która była wyrazem ich zżarzenia i odbudowania wszystkiego. Powrócił sen, moc, zaś skóra, jeszcze do niedawna ciemnoszara od wyniszczenia, nabrała dawnej, pergaminowej jasności. Głębokie, czarne oczy zazieleniły się radośnie, a włosy znów lśniły jasnymi promieniami. Płomień wreszcie mógł rosnąć bez lęku.
⋆⋆⋆
Mithar i Seraphine stali się pełnoprawnymi Strażnikami. Odkąd szli razem, kroki były pewniejsze, a światło, które nieśli w sobie, jaśniejsze niż kiedykolwiek wcześniej. Wiatr pieścił twarze, a słońca malowały jaskrawe smugi na ścieżkach. Wędrówka niosła obietnicę nowych odkryć.
Demony Mithara i Seraphine zawarły mroczny pakt, by uderzać wspólnie. Wyczuwały bijącą od Strażników moc i obawiały się jej. Grunt pod nogami pękł z głuchym trzaskiem. Z rozwartego rozpadliną wnętrza ziemi zaczęła sączyć się czarna, gęsta mgła. Nabierając kształtu, przybrała formę bestii bez twarzy, bez ciała, jedynie zarys utkany z cienia. Odcięła drogę Strażnikom i wyrzuciła w ich stronę smugę dymu.
– To jeszcze nie koniec. Będziemy tuż za plecami, wszędzie, gdzie to możliwe. Dopadniemy was prędzej czy później – wychrypiała.
Wtedy Seraphine i Mithar mocniej spletli dłonie. Palce zacisnęły się pewnie, jak przysięga złożona bez słów. Światło rozbłysnęło wokół, rozrywając mgłę na strzępy. Spojrzeli na siebie i uśmiechnęli, bo wiedzieli jedno: dopóki są razem, żaden demon nie będzie miał władzy.
Cindera tętniła spokojnym, równomiernym rytmem, świat wreszcie odnalazł upragnioną równowagę. Turkusowe mgły snuły się nad jeziorami, a skały kołysały w nowej harmonii.
Strażnicy trwać będą przy Płomieniu dopóty, dopóki potrzebować będzie wsparcia. Gdy nadejdzie chwila i wyruszy w swoją własną wędrówkę, powrócą do wioski, dopełniwszy przeznaczenia. Tam, pośród codzienności i cichych wieczorów, wieść będą dalsze życie, aż starość rozsypie ich w proch.
