Gdzieś pomiędzy zawitaniem Duxa i jego kamratów w obozie drwali, a ich pośnięciem na dobre, po drugiej ~ wschodniej ~ stronie księstwa bolkowskiego, mniej więcej pod koniec traktu do Kosteplotz (Kostomłotów), dążący ze swą misją wspomniany już mediolański rycerz, który to umknął pod Strieg (Strzegomiem) złodziejskiej napaści.
Baczył on za dogodnym miejscem do spoczynku. I choć zatrzymać się mógł i wypocząć w niedawno miniętej przezeń wsi Ossig (Osiek), to jednak pokierował swego rumaka oraz dwójkę towarzyszy ~ którym w smak to nie było ~ dalej, by, upewniwszy się, że są już wystarczająco daleko od wszelkich skupisk ludzkich, zboczyć w ciemniejącą głuszę. Czynił tak często, aby nie tylko zarządzić postój czy uniknąć nieodzownej podczas roztopów niewygody na szlaku, ale przede wszystkim, by sporadycznie znikać z traktu i gubić ewentualny ogon ~ a tym samym nie kusić losu ~, wszak jako człek obyty świadom był powszechnego w tych stronach występku. Niestety, zagłębiwszy się w oblany mrokiem las, przewodnik jego, szybko zgubił drogę pośród gęsto utkanej sosnami i jodłami ponurej dziczy. Gdy już wydawało się, że przyjdzie im spędzić kolejną noc w którymś z napotkanych na swej drodze jarów bądź za którymś z wystających spomiędzy drzewostanu ~ niczym czarny nagrobek ~ wykrotów, na co towarzysze rycerza chęci nie mieli, od paru dni z wielkim żalem mu o tym, donosząc.
Wówczas to, gdy zgasła w nich wszelka nadzieja na cywilizowane warunki, ich przysłonięty czernią nocy wzrok ukojony został, oddalonym na sporą odległość, ledwie migającym poblaskiem, jak gdyby wabiącym zbłąkanych pielgrzymów, błędnym ognikiem.
"Gdzieś tu jest Wichrów, a za nim zajazd? Może to on…? " zaszedł w głowę przewodnik.
Będąc w komitywie z giermkiem owego rycerza, postanowił ~ wraz z nim ~ namówić jego pana, by w obliczu tak wyjątkowych mrozów, jaki ich zastał, tym razem nie rozbijać się w dziczy, ale sprawdzić źródło widzianego przezeń światła, a jeśli okaże się ono karczmą, to, by przynajmniej na chwilę wstąpić w jej progi i nieco się ogrzać. Niemniej zmarznięty od nich rycerz, po poważnym rozważaniu ~ ku ich uldze ~ skinął głową na zgodę.
Z wielką nadzieją ruszyli oni w kierunku rdzawożółtego blasku, marząc już tylko o porządnej i ciepłej strawie, przy czym, jeśli nie znakomitym, to przynajmniej znośnym napitku, a przede wszystkim, o złożeniu swych obolałych kości na wygodnym posłania, a nade wszystko marzyli im się względna ablucja ~ co w ich przypadku, rzeczywiście, jak i ablucja byłoby czynnością wręcz wzniosłą ~, wszak przez ostatni tydzień, przemierzywszy Austrię oraz Królestwo Czech, aby dostać się na Śląsk, a stamtąd do księstwa brzeskiego, nie było im dane, gdziekolwiek obmyć się z cielesnego fetoru i brudu. Naturalnie mogli to uczynić w każdym większym mieście, a nawet znaczniejszej wsi, jakie to siłą rzeczy dane im było mijać, jednak nie w obecnych okolicznościach, gdyż ów tajemniczy rycerz, który to ciągnął w to miejsce aż z samej Italii, nie forsował się jedynie dla własnej przyjemności.
Pełnił on ważną misję, mającą na celu jak najszybciej doręczenie elektorowi brandenburskiemu z Brieg (Brzegu) Joachimowi Fryderykowi oraz księżnej Bernstadt (Bierutowa) niejakiej Katarzyny von Schindel, wielce tajnych dokumentów, za które osobiście odpowiadał, a odpowiadał za nie wolnością ~ a może nawet głową ~ przed swym panem Wiktorem Amadeuszem I, wielkim księciem Sabaudii. Ten zaś zakazał mu jakichkolwiek dłuższych postojów i nocowań w miejscach publicznych, jak, choćby przydrożne zajazdy, które nie jak karczmy miejskie, zwykle pełne bywały łotrów i innych niegodziwców, jacy to mogliby się nimi zainteresować i przypadkiem zniweczyć całe, najwyraźniej niesłychanie pilne owemu księciu przedsięwzięcie.
W tym też celu mogli oni rozbijać obozy tylko w głuszy, w dodatku z dala od większych skupisk ludzkich, jedynie w nagłych i ciężkich przypadkach wchodziły w grę renomowane przybytki, i to dosłownie przelotnie, gdy przykładowo już naprawdę musieliby oni uzupełnić zapasy bądź uleczyć rany. Krótko mówiąc, tajny list włoskiego księcia Amadeusza za żadną cenę nie mógł wpaść w niepowołane ręce, nawet za cenę tak spartańskich warunków ich przeprawy, a co ważniejsze, również za cenę ich własnej egzystencji. Tenże zaś oddany swemu mocodawcy po grób rycerz, któremu powierzono tak ważną misję, zwał się Alberto De Luca.
Towarzyszył mu niezmiennie oddanego, bo od wielu już lat wspomagającego go giermka, Neapolitańczyka, niejakiego Giovanniego Bianco, ponadto, jak nikt i nic innego na świecie, wiernego mu obronnego psa rasy canis pugnax zwanego Orso ~ co też oznaczać miało nic innego, jak niedźwiedzia, zresztą bardzo trafnie. Grono to zamykał, jadący z nimi już od samego Mediolanu, specjalnie wyselekcjonowany i wynajęty na te właśnie okoliczność, włosko-polski tłumacz i przewodnik, niejaki Marian Czerwonka, na obczyźnie noszący się pod mianem Mario Rossi.
Jak już wiadomo, przyszło im błąkać się po okolicznych ostępach, a czego nie byli świadomi, znajdowali się oni niedaleko Striegau (Strzegomia), tuż za wsią Wichrau (nie inaczej jak Wichrów), dosłownie dzień drogi od Breslaw (Wrocławia), zaś drugie tyle, mając do samego miasta Brieg (czyli Brzeg), które to był głównym celem ich przeprawy. Jednak, jako że ostatecznie i wielce szczęśliwie prowadzeni zostali przez ciemną dzicz jasną oznaką ludzkiej bytności, to w krótkim czasie wynurzyli się oni z ogarniętych nieprzebranym mrokiem zarośli, wstępując na względnie utwardzony ~ choć pocięty licznymi koleinami ~ gościniec. Ich zaś zbawiennym ognikiem, można by symbolicznie rzec przewodnią morską latarnią, która szczęśliwie przywiodła ich do tej kojącej i jakże bezpiecznej zatoczki, okazała się być szarpaną na wietrze, wbitą w przemarzniętą murawę szczapę z przytwierdzoną doń pochodnią, wystającą przed mało zachęcającą do wstąpienia, przydrożną karczmą z prostych bali. Wtem to, tak Bianco, jak i popierający jego zdaniem Rossi, kontynuowali swe urabianie dotychczas nieugiętego De Luca, aby może tym razem skorzystać z gospody dłużej niż jedynie na chwilowy posiłek.
Wszak po takim czasie oraz trudach, należałoby doprowadzić się do względnego porządku, a i w końcu wygodnie przespać, przecież było już całkiem niedaleko do dworu księcia Joachima. Same konie musiały koniecznie wypocząć, a przede wszystkim ogrzać się i osuszyć, wszak zwierzęta te nieprzyzwyczajone były do tak ponurej i mroźnej aury, zwłaszcza ogier samego De Luca ~ kalabryjski gorącokrwisty ~ poczynał sporadycznie pokasływać i markotnieć.
Należało zatem zapewnić im nieco wygód, nie tylko ciepła, ale też pokarmu, jak owies, świeże siano, a nawet ~ zwłaszcza w takich warunkach ~ ciepłą wodę do picia, która dodatkowo je rozgrzeje. Z racji ogólnego zgnębienia tak trudną i obarczoną wieloma zakazami drogę, zarówno ich samych, jak i wspomnianej zwierzyny, wodzony za nos dobywającą się z wnętrza gospody wonią pieczonego mięsiwa, koniec końców nieugięty w swych postanowieniach Alberto De Luca, ostatecznie przymknął oko na niemal wypalony mu na skórze książęcy zakaz ~ wszak zajazd ów był na kompletnym odludziu, zatem cóż, mogłoby się wydarzyć?
Gdy już zawitali do zadymionego paleniskiem i tlącymi się łojówkami obszernego wnętrza tawerny, ogarniętego nikłym poblaskiem tychże nielicznych świec, zastali tam wystającego zza szynku podstarzałego karczmarza oraz ponętną młodą kobietę ~ zapewne jego córkę lub pracownicę ~ ścierającą właśnie czyjeś wymiociny z podłogi. Tuż przy wejściu siedziała dwójka ponurych delikwentów, zajętych grą w kości i mamroczących coś między sobą twardą niemiecczyzną. W najdalszym kącie obszernej, na trzy pręty izby, tkwiła kolejna czwórka nieznajomych raczących się piwem. Tak jak ci przy drzwiach, co rusz dźwięcznie bili o blat ławy kośćmi. Nie dało się ich, jednak specjalnie dojrzeć, ponieważ nie padało na nich żadne wyraźne światło. Zupełnie tak, jakby poczyniono to zamierzenie, jednak ostatecznie, nie było się też czemu przyglądać.
Naturalnie, gospodarz tego, niewątpliwie znającego już swe lepsze czasy przybytku, pokornie i niemal teatralnie ich powitał, dokładnie tak, jak zwykł on witać wszystkich nowo przybyłych, a już, zwłaszcza tych, którzy dźwięcznie brzęczą sakwą:
– Szalom! Co sprowadza, tak zacne pany w nasze skromne progi?!
Dobrze obeznany z językiem zarówno włoskim, jak i polskim, Mario Rossi, natychmiast zaczął to, do czego był najęty, jednocześnie zdając sobie sprawę, że częścią tego, co właśnie wypowie, złamie żelazny zakaz księcia Sabaudii, Amadeusza:
– Nie twoja, w tym głowa, bratku. – Gospodarz nieco zmalał za swym, nadgryzionym zębem czasu, szynkwasem, natychmiastowo stracił też wszelką pogodę ducha. – Trzeba nam noclegu i strawy. Daj też owsa dla koni, grzanej wody i zapewnij im ciepło. Niech się ogrzeją. A dla psa? Świeże kurczę i mleko.
– Ale panie, psom tu nie można, a drób i mleko dla ludzi. Nie godzi się…
– Masz przed sobą znamienitego rycerza z dalekiej Italii, Alberto De Luca, wielkiego mistrza miecza, przyjaciela książąt brzeskich, świdnickich i jaworskich. Czy aby na pewno mam mu to powtórzyć?
Gospodarz jeszcze bardziej zmalał na te słowa, blednąc w oczach, jego zaś odpowiedź nie mogła być inna:
– Nie, nie trzeba, panie. Wasz przyjaciel dostanie, co trzeba. Oczywiście, jego też zapraszam w nasze progi.
– Mądra decyzja… Jak wam jest?
– Amos Tabach. A to moja kochana żona, Estera. – Wskazał na zajęte nieczystościami dość zgrabne dziewczę, potwierdzając, że jest ona jego małżonką.
– Amos Tabach, hmm? – zamyślił się Rossi, wpatrzony w jej ponętne biodra, co nie umknęło szynkarzowi. – To podajcie nam mięsiwa i wina, i to najlepszego, jakie macie. I pogońcie stąd tę hołotę, to nie towarzystwo dla mego pana.
– Lo! Nie można, panie, to klieny. Stałe bywalce. Awantura będzie. Karczmę mnie spalą – słusznie czy nie, pokornie objaśniał odziany w czarną lnianą szubę, zlękniony gospodarz.
– Rób, co mówię, Żydzie! – groźnie, zaparł się o blat, niewysoki, ale obdarzony srogim spojrzeniem i widoczną wyniosłością, Rossi.
– Panie, tak nie mogę. Wy odjedziecie, a tu kamień na kamieniu nie będzie. Aj waj… lincz będzie. Siądźcie po drugiej stronie izby. O tam, za piecem. Tam jest daleko od reszty. Nikt nie przeszkodzi. – błagalnie smęcił Tabach.
– Niech ci będzie… – Zapiekły Rossi spuścił nieco z tonu, lecz, pogroziwszy jeszcze.
– Ale niech tylko, który strapi mego pana, wtedy ty za to odpowiesz.
– Nie strapią, panie. Opiją się i w północ pójdą… jak zawsze.
– Podaj, co trzeba – rzucił zlęknionemu gospodarzowi rozkaz, po tym wskazał De Luce i Bianco miejsce ich dzisiejszej gościny, zaraz też kontynuował, co ważniejsze. – Gotuj izby… Ile ich macie?
– Cha mesz – zaszumiał pod nosem gospodarz, ale prędko się poprawił. – Pięć, panie… – dorzuciwszy niepewnie – ale dwie są od wczoraj zajęte, przez tych tu Niemców. – Konfidencjonalnie nakierował wzrokiem na siedzącą przy wejściu dwójkę podróżników.
– Nie szkodzi, weźmiemy dwie izby. Więcej nam nie trzeba. A… – Rossi rozejrzał się po wnętrzu, by ponownie zagadnąć spiętego jak struna Tabacha – macie tu może łaźnię?
– Tylko skromną izbę i dwie balie. Znaczy jedną, bo druga mocno cieknie… do naprawy. O tam po lewej, za ostatnimi drzwiami. – Szynkarz pokierował roztrzęsioną dłonią na drugi koniec swej austerii, dokładnie w kierunku ciągnących się, poczynając od pieca, rzędów drzwi rozmieszczonych po trójcę na każdą stronę wąskiego korytarza.
– Dobrze już. Ugrzejcie nam wody i podajcie, co trzeba. I niech stajenny o konie zadba, bo o świcie ruszamy. Koksownik, jaki im dajcie, mają się zagrzać!
– Natychmiast, Nadvan. Słowo Tabacha. Noo, a za wszystko to będzie…?
Prędko zostało przerwane gospodarzowi, tak nabranie przezeń kurażu, jak i pośpieszna wycena jego usług:
– Słowo mego pana, że będzie wam zapłacone. Ale dopiero jutro – spiłował jego zamiary, cięty i bezpośredni Rossi.
Ów przyciskany karczmarz dodał jedynie, widocznie tym podłamany:
– Tabach zrobi, co trzeba… – ledwie skończył, a już zniknął w dusznej i zadymionej gotowalni.
Siedzący przy dębowej ~ prędko przecieranej i zastawianej przez ponętną małżonkę karczmarza ~ ławie, wędrowcy, skryci za odgrodzonym od reszty wnętrza izbie, miło rozgrzanym zapiecku, jedli, pili i dyskutowali, jak na zacnych mężów przystało. Kilka godzin później, gdy znużeni forsującą ich wędrówką, obmyli swe strapione ciała w gorącej wodzie, gotowi do spoczynku, jeden po drugim, ułożyli się do snu. Przy czym De Luca jako mąż wysokiego stanu, objął kwaterę tylko dla siebie, tymczasem Rossi, Bianco i naturalnie wierny Orso, mieli izbę wspólną ~ co i tak było oznaką wielkiej dobroci ich pana, wszak, jak to zwykle w takich układach bywało, zapewne spaliby oni z końmi.
Wówczas to, swój plan poczęli wprowadzać w życie siedzący przy stole czterej mężczyźni, nie kto inny jak zbójcy z lasu, którzy to znając odpowiednie skróty, bez trudu ubiegli upatrzonych wcześniej wędrowców, przewidując ~ w swym własnym obeznaniu ~, iż ci będą musieli zatrzymać się w tym właśnie zajeździe. I w istocie, ku uciesze owych łotrzyków, ślepy los zechciał sprawić, że przewidywania ich się sprawdziły.
Mając już wszystko zaplanowane ~ z wiadomych powodów, szczędząc sobie napitków ~ niedługo przed północą zdecydowali, że skoro mają już napaść na owego z pewnością majętnego rycerza, którego równie pewnie, wraz z jego kamratami, pozbawić będą musieli ducha, to nie zaszkodzi, aby przy okazji ~ na co już od dawna chrapkę miał ich herszt ~ napaść na samą karczmę.
Dzięki temu nie tylko jeszcze bardziej się obłowić, ale też ~ co ważniejsze ~ uciszą wszelkich świadków ich zbrodniczej działalności, bez których to świadków zapewne się nie obędzie. Na wszelki wypadek jednak postanowili, iż zmienią kolejność swych działań, obawiając się zapewne słusznie tego, że w całym zamieszaniu, któryś ze świadków mógłby im się wyślizgnąć, co też znaczyłoby dlań ~ bardziej niż pewny ~ stryczek.
Tak też, znając zwyczaje właściciela karczmy, zbóje opuścili ją tuż przed jej zamknięciem, aby wyczekać na zewnątrz dogodnego momentu, w którym to zaatakować by mogli gospodarza, gdzie też, jak to mieli w zwyczaju, planowali przyczaić się nań w pobliskich przybytkowi zaroślach. Tym zaś dogodnym momentem, miało być czas, gdy o niemal niezmiennej porze ~ kiedy to księżyc był już na szczycie ~ wychodził on na podwórze, by obejść cały zajazd i pozawierać jego okiennice, czego nie można było uczynić od wewnątrz, ponieważ przeciągnięte skórzaną membraną okienne ramy zmrożone były na tyle, że bez ich niszczenia nie dało się ich nawet uchylić.
Tymczasem zbójcy będący już na zewnątrz, korzystając z tego faktu ~ właściwie, to okazji ~ wyczekiwali pewnie na wypełnienie się tego, co wypełnić się musiało. I gdy już szynkarz Tabach pokazał się na podwórzu, i począł siłować się z przymarzniętymi na zawiasach dębowymi okiennicami, wówczas zakradł się do niego, zaopatrzony w nóż brat herszta, Kijek.
Gdy był już wystarczająco blisko, dźgnął, niczego niespodziewającego się gospodarza prosto w szyję, a gdy ten zalał się gorącą krwią, która buchnęła na mrozie siwą łuną, wówczas śmiertelnie raniony mężczyzna, padł jak długi, aby natychmiast ~ tak dla pewności ~ zostać wielokrotnie dźgniętym w plecy. Broda w tym czasie zaszedł do niedalekiej od karczmy, stajni, która to stała w głębi obejścia, gdzie bezceremonialnie zatłukł pracującego tam parobka, swą nasieką ~ usunąwszy tym samym kolejnego potencjalnego świadka ich krwawej napaści. Chciał też wyeliminować będące tam konie, należące nie tylko do De Luca i jego ludzi, ale też do Tabach i dwójki zakwaterowanych w zajeździe Niemców, by przypadkiem nikt ich nie dosiadł i nie zdołał ujść po pomoc.
Ostatecznie jednak wybił mu to z głowy stary Rubik, wszak ranione zwierzęta narobiłyby zbyt wiele rabanu, a co ważniejsze ~ wedle niego samego ~ była nikła szansa na to, że ktoś w ogóle wydostanie się z gospody, co tu dopiero mówić o doczłapaniu się do stajni. Poza tym był zdania, że gdy będzie już po wszystkim, to warto będzie owe zwierzęta ~ niewątpliwie drogie, zwłaszcza te włoskie ~ przygarnąć i lukratywnie sprzedać. Tymczasem w momencie śmierci, tak Amosa Tabacha, jak i bogu ducha winnego chłopca stajennego, umierała też Estera Tabach oraz jej ledwie dziesięcioletni syn Szlama ~ co prawda zrodzony z wcześniejszego małżeństwa karczmarza, jednak kochany przez nią, jak przez rodzoną matkę.
Ich to zaś, zamordował sam herszt rzezimieszków, Stopa, przeszywszy obojgu serca we śnie, znalezionym w kuchni smukłym na niemal łokieć nożem, a poczynił on to tak sprawnie i szybko, że ani kobieta, ani chłopiec, nie zdołali się nawet zbudzić. Szybko też rozprawiono się z opitymi jak bela, Niemcami, których to los również był z góry przesądzony, wszak ci dokładnie widzieli owych rzezimieszków w karczmie, zatem też bez najmniejszego trudu mogliby ich rozpoznać.
A nawet jeśli nie, to należało ich usunąć, chociażby dla świętego spokoju i lepszej pewności, zwłaszcza że liczne ofiary zostały już przez nich poczynione, zatem dwie dodatkowe, nie robiły im większej różnicy. Od tego to momentu, rabusie mieli już wolną drogę do swego głównego celu, jakim był ~ zgodnie z ich fantazjami ~ opływający w bogactwa mediolański rycerz, który to cały posiadany przez siebie dobra umieścił we własnej izbie ~ przez co ta, stała się ich głównym obiektem napaści, jak i główną obietnicą bogactwa.
Jednak przed całą tą napaścią, należało odciąć drogę dostępu jego towarzyszom, by ci nie zdążyli przyjść rycerzowi na ratunek ~ przynajmniej nie od razu. W tym celu, jako że drzwi do tamtejszych izb otwierały się do środka, to też nie dało się ich zaryglować od wewnątrz, zatem jedynym co można było uczynić, było zastawienie ich, czym popadnie ~ tworząc tym względnie solidny zator. Idąc w ten zamysł, rabusie ~ najciszej, jak to możliwe ~ ustawili przed izbą Rossiego i Bianco prowizoryczną barykadę, złożoną z ławy, kilku pomniejszych beczek, skrzyń i kredensów, po czym oblali je oliwą i najsilniejszą gorzałką, jaką tylko udało im się znaleźć.
Można by pomyśleć, że na sporadyczny stukot i szurania umeblowania, odezwie się musiał Orso. I owszem, tak właśnie się stało. Jednak jego ciągłe ujadanie i warczał ~ dosłownie na wszystko i wszystkich ~ nie wzbudzało niepokoju podróżników, gdyż przyzwyczajeni byli oni do jego zachowania, woląc raczej pozostać w błogiej im krainę snów, wygódki tak bardzo przezeń wyczekiwanej już od wielu długich dni.
Tymczasem dwójka rzezimieszków, uzbrojony w solidną maczugę Broda i posiadający zdobyczny nadziak Rubik, pierwej wszystko to, co ustawili przed drzwiami, podpalili, by za chwilę, rozpędziwszy się z impetem wpaść ~ wraz z drzwiami ~ do kwatery drzemiącego De Luca.
Wówczas też, z trzaskiem rozwarła się okiennica, przez którą z równie wielkim impetem, wpadł do środka ~ wraz ze swym kozikiem ~ Kijek, a właściwie został doń brutalnie wrzucony, lądując na znajdującym się tuż pod oknem leżu rycerza. Wtem też, dmuchnęło nagłym i porywistym wichrem, wraz z którym srogo sypnęło dotkliwym gradem, którego zmrożone pociski ~ po wyjątkowo pełnym słońca dniu ~, dotknąwszy wynurzonej spod śniegu czarnej ziemi, znikały bezpowrotnie, tworząc w obejściu zajazdu srogie grzęzawisko. Sam Stopa, mimo tych podłych warunków, czy to ze zwykłego tchórzostwa, czy zimnego wyrachowania, podczas napadu, czekał na zewnątrz ~ tuż za oknem ~ z gotowym do zadania śmiertelnego ciosu pałaszem.
Wyrwany ze snu ~ całym tym rumorem ~ rycerz, wołając zawczasu o pomoc, a i nie mając żadnej drogie ucieczki, w całym swym doświadczeniu niejednych odległych przepraw i potyczek, bez wahania chwycił za potężny bastard, z którym to, tak jak i ze swymi nocnymi łapciami, nie zwykł nigdy się rozstawać, wszak tylko za jego pomocą mógł wyrąbać sobie drogę przez potencjalnego wroga, z kolei za pomocą łapci, zawsze gotowym był do ewentualnej bitwy na zewnątrz. I choć rycerz ów bronił się zaciekle i dzielnie, pełnymi machnięciami skutecznie trzymając nieprzyjaciół na dystans, to jednak przewaga była po stronie napadających.
Co prawda, za jednym cięciem udało mu się trafić oby ze stojących w drzwiach nachodźców ~ rysując sztychem klingi po ich udach ~, jednak rany te były płytkie, co nie odniosło zamierzonego efektu, poza takim, iż ugodzeni nieznacznie odskoczyli w tył, dając swej ofierze nieco czasu na zajęcie się trzecim zamierzającym się właśnie nań opryszkiem. Próbujący dźgnąć rozbuchanego rycerza w plecy ~ korzystający z idealnej okazji ~ Kijek, niespodziewanie otrzymał druzgocący cios w twarz, wymierzony masywną głowicą słusznego półtoraka. Rażony tym chłopak, ponownie padł ~ jak długi ~ na sfatygowane wyrko, które tym razem zarwało się i rozpadło po całości. Rozbity na swym gładkim licu młodzik ani drgnął, jedynie leżał na stercie desek, jak nieżywy, bo zupełnie wiotki niczym ryba bez ości.
De Luca bity został wówczas obuchem ~ przez Brodę ~ w okrytą jedynie czepcem potylice, po czym runął bezwładnie w to samo miejsce, w którym moment wcześniej wyłożył się zdjęty przezeń chudzielec. I zapewne byłoby już po nim, gdyby nie to, że do środka wtargnął nagle rozjuszony Orso, który to waląc w zamierzonego na jego pana Rubika, z miejsca stracił go z nóg, po czym prędko dopadł się do jego gardła, by w mgnieniu oka je rozedrzeć.
Zaraz też ~ co trwało niemal tak samo prędko ~ bestia chwyciła za krocze chcącego bić go w grzbiet Brodę, wyszarpując zeń wszystko to, na czym jego ogromna i zębata paszcza zdołała się zakleszczyć. Ogarnięty szokiem i konwulsjami zbir ~ w zasadzie kastrat ~, runął na deski z hukiem kolan. Jednak nie był to koniec jego roli, ponieważ, nim jeszcze padł na twarz, został przeszytym na wylot rapierem Giovanniego Bianco, któremu to jako pierwszemu udało się wydostać z zabarykadowanej izby, naturalnie zaraz po rozpędzonym niczym taran Orso ~ któremu to zbutwiał drzwi, nie stały zbytnio na przeszkodzie.
I gdy już, obok rozdartego na gardle trupa, zadudnił kolejny ~ tym razem rozdarty u krocza ~, a do reszty obrońców dołączył osmalony i uzbrojony w arkebuz Rossi, wtem to, poczęli wybudzać się z nieświadomości, zarówno De Luca, jak i Kijek. Jednak nim, ktokolwiek z nich, zdołał dobrać się do skołowanego łotrzyka, przez okno ~ do środka izby ~ wpadł prędki toporek, skutecznie odpędzając wszystkich agresorów w tył, po czym ogromna łapa pochwyciła dochodzącego do siebie rabusia za pas i ~ niby szmacianą kukłę ~ wywlekła na zewnątrz.
A była to łapa Stopy, który to powodowany chwilą, a i prędkim szacowaniem swych szans, migiem ocuci brata siarczystym policzkiem, po czym pchnął go w przód, srogo nań wrzeszcząc:
– W nogi, durniu! Spierdalaj, ile sił…!
Zapamiętany herszt, widząc bezsilność swego wiotkiego brata, najwyraźniej doznał rzadko spotykanej sobie słabości, bo ~ dosłownie w pędzie ~ zarzucił go sobie przez ramie, by ile tylko sił w nogach pogonił w ciemnice, prosto na pobliskie wrzosowisko, które o tej porze roku zwykle zamieniało się w ~ wolno odtajałe, ale i skute powierzchownym lodem ~ torfowisko. Wściekły jak sam diabeł, zaaferowany całą na niego napaścią De Luca, nie czekając ani na towarzyszy, ani na swego obronnego psa, wyrwał przez okno za zuchwałym wrogiem, by tak jak i oni sami szybko zniknąć w nieprzebranej mgle oraz konsumującym wszystko mroku.
Wkrótce, znalazł się on wśród ogarniętych czernią, ponurych i po całości spowitych oparami trzęsawisk, będąc osamotnionym na kompletnym odludziu, pełnym napuchniętych kęp wrzosów, rozłożyście poutykanych leszczyn, jak i gęstych brzezin, sterczących na spółkę z postawnymi grabami oraz wierzbami, rozrzuconymi tu i tam ~ jak okiem sięgnąć. Wśród tej martwej, dosłownie cmentarnej atmosfery roztaczającej się nad tym ~ nazbyt smętnym ~ miejscem, prócz posępnych pohukiwanie skrytego gdzieś puszczyka, po zbiegłych rabusiach nie było ani śladu.
Mimo to De Lucka nie zamierzał odpuszczać, gdyż doskonale czuł i wiedząc, że obaj jego oprawcy ~ jak to na łotrów przystało ~, kryją się gdzieś w okolicy, zapewne, czając się w ciemnościach, by w odpowiednim monecie nań naskoczyć. Trafnie ów rycerz sądził, bo dwaj napastnicy z racji niemocy jednego z nich, ostatecznie skryli się w gęstwinie, zastawiając na ścigającego ich Mediolańczyka spontaniczną zasadzkę. W tym celu herszt poważnie zredukowanych bandytów wdrapał się na starego graba, by pozostać tam niezauważonym, jego brat zaś zaczaił się na brzegu sadzawki, w kępie gęstych ~ wysokich na kilka łokci ~ trzcin, dosłownie naprzeciw swego tkwiącego na drzewie starszego brata, gotów na jego znak razić wroga znalezionym przy drzewie, sporym konarem.
Wówczas, rozlegało się po wrzosowisku głuche szczekanie, szukającego swego pana psiska oraz wołania reszty jego zatroskanych towarzyszy, które to niesione dalekim echem, dla samego poszukiwanego zdawały się głosami spoza świata żywych, jakby zza grobu, do którego to miał on niebawem położyć owych ~ z ostatnich mających czelność, by go napadać ~ rzezimieszków.
Co też miało się stać, w końcu się stało, kiedy to, nie mogąc dojrzeć innych śladów, wiedziony przez chaszcze ~ jakby udeptaną przez zwierzynę ścieżką ~ De Luca, dosłownie jak po sznurku nalazł się tam, gdzie widział go przyczajony wróg, czyli nigdzie indziej jak dokładnie pod gałęzią, na której ten tkwił w gotowości, by nań spaść i przeszycia jego trzewi swym szczerbatym ostrzem. Zbir, nie czekając chwili dłużej, zeskoczył z wysoka, lecz dla zminimalizowania siły upadku celował on w bufiastą kępę wrzosów, jednak feralnie dla niego wadził on i łamał po drodze kilka niewielkich gałęzi, których trzask zaalarmował przechodzącego poniżej mediolańczyk.
Uprzedzony tym rycerz, natychmiast dał susa w bok, herszt zaś ~ przez niefortunną plątaninę gałęzie ~ spadł na ziemię, nie do końca tam, gdzie skrupulatnie sobie zaplanował, grzęznąc niemal po kolana w grząskim błocie. Wtem też, nim zdołał on jakkolwiek zareagować, świsnęło długie i ciężkie ostrze półtoraka, na co spadła parszywa głowa ~ zaskoczonego swym karygodnym błędem ~ herszta. W tym też czasie wypadł z chaszczy, wachlując na wszystkie strony ogromnym pałąkiem, rozjuszony po stracie krewnego, Kijek, połowicznie, bijąc zwróconego doń plecami De Luce po grzbiecie i po karku.
Gdy ten runął na ziemię, wpadając twarzą w czarną breję, wymierzony mu został cios prosto w głowę. Zapewne kompletnie rozłupałoby to jego ~ nieosłoniętą niczym treściwym ~ czaszkę, gdyby nagle nie pojawił się rozjuszony, jak raniony odyniec, trzaskając całym swym cielskiem we wroga, wierny Orso. Prędko pochwycił on leżącego na ziemi łotrzyka za dzierżącą konar dłoń, gruchocząc jej kości niby suche patyki, zaraz też dopadł się do lewej strony jego ~ nieprzytomnej z przerażenia ~ twarzy, by bez pardonu zedrzeć ją tak, jak łatwo zdziera się króliczą skórkę.
Ostatecznie, odstąpił od dalszego masakrowania rozbitego wroga, po czym skoczyć w kierunku swego nieprzytomnego ~ wyraźnie zaciągającego się błotem ~ pana, by z pomocą masywnego łba przewrócić go na plecy, tym samym umożliwić swobodne oddychanie. Tam też, poczciwe Orso, niesionymi po całej okolicy szczeknięciami, alarmował wałęsających się po wrzosowisku, Rossiego i Bianco, gdzie też niewzruszenie tkwił na straży rycerza, aż do nadejścia pomocy ~ niczym marmurowy posąg. Wkrótce po tych tragicznych wydarzeniach, jak i po dopełnieniu zadanej misji, Alberto De Luca, choć nie był niczemu winien, a i robić tego nie musiał, to jednak, by ukoić swe głębokie w wierze sumienie, postanowił postawić pod wsią Kosteplotz (Kostomłoty), ufundowany przezeń kamienny krzyż wykutym nań mieczem.
Był nim wysokim na lekko ponad dwa łokcie wrocławskie, kutyn z piaskowca symbol żalu i pojednania, jakich to na ziemiach śląskich księstw było w bród, bo i zamierzonego, jak i niezamierzonego rozlewu krwi, było tam bez liku. Ponadto ów włoski rycerz postanowił pokryć wszelkie koszty pochówku okrutnie zamordowanej przez zbójów rodziny Tabachów oraz ich stajennego, nad to pochował również dwójkę nieznanych mu Niemców ~ jak się okazało felczerów ~, zapewnił też pochówek pozbawionym przez niego ducha zbójom, gdyż wychodził on z założenia, że każdy człek, który gorliwie lubuje Boga, bez względu na wszystko, wybaczyć musi swemu oprawcy.
Poza tym Alberta De Luca, poczynił też coś dla siebie, a w zasadzie dla swej prawej w wierze duszy, gdyż ~ choć było mu to szczerze odradzane ~ postanowił, iż odbędzie pielgrzymkę do odległej Jerozolimy, co też poczynił, odwiedzając po drodze wszystkie inne święte miejsca, gdzie tez modlił się żarliwie i prosił ~ nie tylko Pana na niebie, ale i całą Trójcę Niebieską ~ o zbawienie. Niestety, od chwili jego wyruszenia do ziemi świętej, tak po nim, jak i po jego dzielnym giermku Giovanni Bianco oraz na zabój wiernego psa Orso, wszelki słuch zaginął. Jedynie plotki głosiły, że rycerz ten pobłądzić miał wśród pisaków tamtejszych bezkresów, gdzie też najpewniej poniósł śmierć z rąk okrutnych Saracenów lub ~ co milsze jest dla serca ~ odnalazł tam szczęście, którego się nie spodziewał, a dla którego pozostał w tym jakże wrogich, każdemu, kto miłuje Chrystusa, barbarzyńskim zakątku świata.
Co by się jednak zeń, nie stało, wypada liczyć, że koniec końców owy bogobojny i honorowy rycerz, odnalazł w swej wyprawie upragnioną satysfakcję, jak i odkupienie, którego przecież tak gorliwie szukał.