Zostało mi kilkanaście godzin życia. I tak jestem szczęściarzem, bo mogło się to wydarzyć zimą, gdy dni są dużo krótsze. Albo nocą. Wtedy wszystko trwałoby tylko ułamek sekundy. A ja dostałem cały dzień – od jego wschodu do zachodu. To wystarczająco dużo czasu, aby nasycić oczy światem.
Mój człowiek przestał oddychać o świcie. Słońce dopiero wspinało się nad dachy miasta, gdy leżałem z boku łóżka, czekając aż staruszek wreszcie się obudzi. W kącie pokoju tańczyły drobinki kurzu, złapane w pierwszych promieniach światła, a ja trwałem w bezruchu. Długo nic się nie działo. Słońce rosło, a krawędzie moich ramion stawały się coraz wyraźniejsze, nawet ostrzejsze niż zazwyczaj.
Zrozumiałem, że naprawdę odszedł, gdy usłyszałem płacz żony. Potrząsała ciałem mojego człowieka, ale pozostawało ono uparcie nieruchome i nieczułe na łzy. Jej cień spojrzał na mnie i powiedział:
– Nie siedź tu tak. Nie jesteś już do niego przywiązany.
Oderwałem się najpierw w jednym miejscu, tuż przy łokciu. To było jak odklejanie od siebie dwóch mokrych kartek. Przez chwilę trzymałem się jeszcze stóp, bo nie miałem pewności, czy będę potrafił samodzielnie chodzić, ale w ten sposób tylko marnowałem czas. Po chwili okazało się, że nie jest trudno stać bez człowieka. Trudniej było nie oglądać się na ciało, które kiedyś wyznaczyło mój kształt.
Do pokoju wbiegli inni ludzie, a w ślad za nimi wpełzły ich cienie. Chwila zamieszania, w której nie wiedziałem, co robić. Gdy podnoszono mojego człowieka, rozciągnąłem się nienaturalnie, chcąc zachować proporcje. Nie udało mi się to. Upadłem na ziemię, płaski i zbędny. Jeden z przybyłych wcześniej cieni zawahał się przy drzwiach, jakby chciał pobyć ze mną jeszcze chwilę, ale został pociągnięty w stronę wyjścia. Zostałem sam między podłogą a porankiem.
Przez kilka pierwszych godzin próbowałem przywyknąć do tej nowej niezależności. Robiłem to, co zrobiłby każdy cień bez człowieka – sprawdzałem granice. Przesuwałem się o kilka centymetrów i zaraz potem cofałem. Wchodziłem na meble i wciskałem się za nie. Zaglądałem na klatkę schodową, gdy drzwi zostały otwarte, aż w końcu wyszedłem na zewnątrz.
Słońce stało już w zenicie, więc natychmiast skurczyłem się w sobie. Krótki, zwarty, prawie jak plama pod czyimiś butami. Wtedy przypomniałem sobie stare opowieści. Przekazywały je wiekowe głosy, te od murów i drzew, które widziały więcej zachodów niż my, przywiązani do ludzi.
Przywołałem z pamięci historię smugi, która próbowała wślizgnąć się pod ciało psa, gdy jej człowiek umarł na podwórku. Do wieczora cień poczciwego czworonoga miał dwie głowy, ale ta zapasowa zaczęła się rozmazywać tuż po zachodzie słońca, jak gdyby ktoś rozcierał kurz dłonią. Inny cień wbiegł na ścianę kościoła i trzymał się jej do samego końca dnia, licząc, że kamień da mu oparcie. Kiedy słońce zaszło, nie spadł – po prostu rozpłynął się na murze. Był też taki, który pognał na zachód.
Tę opowieść najbardziej lubiłem, bo dawała nadzieję i niosła za sobą zew przygody. Cień starego awanturnika i powsinogi nie chciał pozostać w miejscu. Zamiast tego wybiegł w pola, rozciągał się przez drogi i rzeki, biegnąc wciąż i wciąż na zachód. Myślał, że jeśli słońce nigdy nie zniknie mu z pola widzenia, to i on nie zniknie z tego świata. Co się z nim stało? Trudno powiedzieć, może gna dalej przed siebie.
Nie wiedziałem, czy te historie były przestrogą, czy pocieszeniem. Wiedziałem za to, że mam jeszcze kilka godzin życia. Przez głowę przemknęła mi myśl, aby też pognać na zachód, ale niemal od razu zrezygnowałem z tego pomysłu. Mój człowiek nie nauczył mnie realizowania marzeń. Jasne, miał ich wiele, karmił się przez lata pięknymi wizjami, ale żadna nie ujrzała nigdy światła dziennego. Nie znalazłbym więc w sobie siły, by teraz, po jego odejściu, porwać się na tak szalony plan.
Patrzyłem na siebie, małego i zwartego pod ostrym światłem południa. Miałem jeszcze kilka godzin. Mogłem spróbować czegoś nierozsądnego, ale bezpiecznego. Na przykład przyczepić się do obcej nogi i zobaczyć, gdzie mnie zaprowadzi. Albo wpełznąć pod wózek z dzieckiem i przypomnieć sobie lata odległej młodości. A może zatrzymać się pod drzewem i udawać, że należę do pnia, aby posłuchać jego historii. W końcu nie zrobiłem niczego konkretnego, ot krążyłem po dobrze znanych ulicach i żegnałem się z nimi bez smutku.
Po południu zacząłem się wydłużać. Najpierw nieznacznie, potem coraz bardziej. Moje ramiona wyciągały się po chodniku i czułem, jak robię się cieńszy przy brzegach. Słońce obniżało się powoli, a ja z każdą minutą traciłem ostrość. Krawędzie zaczynały się rozcierać. Próbowałem się skupić i stać zupełnie prosto. Być jedną, zwartą formą. Przez moment nawet mi się udało – cienka, długa sylwetka przecięła ulicę. A potem pierwszy kawałek mnie wsiąknął w asfalt.
Nie znikałem nagle. Po prostu przestawałem się wyraźnie odcinać od otoczenia. Ciemność ziemi i moja stawały się powoli tym samym. Gdy słońce dotknęło horyzontu, zostałem już tylko wąską linią przy krawężniku. Ostatni fragment światła zsunął się z dachów miasta i nastała noc.