- Opowiadanie: MichaelBullfinch - Plaża z kamienia

Plaża z kamienia

Opowiadanie z wiadomych względów nie bierze czynnego udziału w konkursie. 

 

Mam nadzieję, że będzie to dla Was satysfakcjonująca podróż.

 

Pozdrawiam wszystkich uczestników konkursu, dozgonny szacunek za Wasz trud i zaangażowanie. Dziękuję.

 

Bohaterem jest starzec, jednak przysięgam Jolu, że nie wzorowałem się Twoim opowiadaniem, zresztą sama zobacz.

 

Klasycznie zachęcam do podumania nad tekstem.

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Biblioteka:

HollyHell91, Użytkownicy, Użytkownicy II

Oceny

Plaża z kamienia

Starzec dźwignął się na posłaniu, a kości jęknęły jeszcze głośniej niż on sam. Przez chwilę siedział bez ruchu, pozwalając, by ból przepłynął przez ciało. Podparł się o wiekowy kredens i zrobił pierwszy krok. Deski pod stopami odpowiedziały cichym skrzypnięciem – tym samym, które słyszał od dziesięcioleci.

W kuchni postawił czajnik na piecu. Do szklanki wsypał kawę, drugą ręką sięgając po fajkę. Ruchy miał powolne, ale pewne. Rutyna nie starzeje się wraz z człowiekiem.

Mgła nadeszła wiele lat temu. Z początku trzymała się horyzontu, niczym chmura, o której zapomniał wiatr. Potem zaczęła wchodzić między domy, wlewać się w doliny, aż w końcu zamieszkała tu na stałe. Z czasem przemalowała świat. Niebieskości wyblakły, zielenie zgniły, biel pożółkła. Wszystko utonęło w odcieniu przygaszonej pomarańczy, jakby rzeczywistość dogasała pod warstwą starego werniksu.

Niegdyś na ganku obserwował dym z fajki, płynący na wietrze. Śledził wzrokiem, jak tańczy, a potem rzednie i znika. Dziś dym gubił się we mgle, a mgła w dymie. Wszystko straciło kontur.

Barwy sprzed lat stały się ledwie kruchym wspomnieniem. Jednak morze wciąż trwało pod jego powiekami. O nim nie potrafił zapomnieć.

Podszedł do lustra. Z tafli patrzyła twarz zmęczona, lecz nie obca. Brzytwą operował pewnie, mimo ledwie zauważalnego drżenia dłoni. Skrawki białej brody opadały na posadzkę w suchym rytmie skrobania. Długo badał wzrokiem swe odbicie, jakby próbował odnaleźć w nim chłopca, który niegdyś biegał boso po mokrym piasku.

Nie znalazł.

Wzrok zatrzymał się jednak na fotografii wciśniętej w róg ramy.

Uśmiechnął się.

– Tyle minęło… – mruknął cicho. 

Na zdjęciu była jego ukochana. Choć papier dawno wyblakł, on znał każdy fragment obrazu, każdy blask i każde załamanie.

Wtedy morze miało barwę głęboką jak noc bez księżyca, a jednak pełną światła. Spokojne, szerokie, nieskończone.

Ostrożnie uwolnił fotografię zza ramy i wsunął do wewnętrznej kieszeni. Potem, z lekkim trudem, sięgnął po czapkę wiszącą na haku – kręgosłup zaprotestował, zgodnie z wieloletnim zwyczajem. Włożył ją powoli. Dłonie na chwilę zastygły na daszku.

Wyszedł na chłodne powietrze ganku, osadził resztki żaru na poręczy i niedbałym ruchem wsunął fajkę wraz z zapasem tytoniu do sfatygowanej kieszeni.

Wiedział, że to dziś. Nie dlatego, że coś się wydarzyło.

Dlatego, że nic już nie miało się wydarzyć.

 

⚓ 

 

Drzwi szopy puściły ze skrzypnięciem. Wnętrze wypełniła ciężka woń starego drewna, oleju i wilgoci. W półmroku trwała łódź. Mała. Połatana. Zbyt wiele razy naprawiana, by nie wydawać się tylko wspomnieniem minionych dni.

Przesunął palcami po burcie, szukając liter, które kiedyś układały się w imię. Pod opuszkami czuł jedynie szorstkie pęknięcia. 

Dotknął łuszczącej się farby.

– Długo czekałaś – powiedział.

Łódź spoczywała na starej przyczepce. Jej koła zdawały się dźwigać ten sam ciężar lat, co on. Cierpliwie zacisnął linę, sprawdzając każdy węzeł dwukrotnie. Palce wciąż posiadały wiedzę, którą umysł zdążył już porzucić.

Na zewnątrz mgła rozlewała się gęsto, lecz nie odbierała wzroku. Pozwalała dostrzec kontury domów, sylwetki ludzi i mętne światła lamp olejnych. Elektronika wygasła przed laty. Kompasy wariowały, zegary milczały, radia utonęły w szumie. Szukano przyczyn w magnetyzmie lub karze boskiej, aż w końcu pytania wyczerpały się same. Pozostała tylko cisza.

Świat po prostu zawrócił. A morze… morze przestało oddawać tych, których wzięło. Kto wypłynął, przepadał bez wieści. Winowajcą nie był sztorm. Nie skały ani głód. Mgła. Pochłaniała ich, nie zostawiając drogi powrotnej.

On wiedział o tym wszystkim. I mimo to ruszył przed siebie.

Lina wrzynała się w ramię, szukając drogi do kości. Pierwsze szarpnięcie było walką z całym światem, ale przyczepka w końcu poddała się i jęknęła. Ruszyła ociężale.

Każdy krok przez portowe miasteczko był zwycięstwem woli nad drżącymi kolanami. Starzec znał tę drogę na pamięć, lecz dziś wydawała się nie mieć końca. Ludzie śledzili go zza rdzawej zasłony mgły – patrzyli na ten absurdalny pochód z ciekawością, która szybko przechodziła w lęk.

– Znowu coś wymyślił – szepnęła jakaś kobieta.

– Stary wariat – rzucił ktoś inny.

Nie słuchał. Chłonął jedynie skrzypienie kół i własny, rzężący oddech.

Droga zdawała się nie mieć końca. Po kolejnym podejściu ból uderzył w kręgosłup z siłą obucha. Starzec znieruchomiał, oparty o kolana, walcząc o każdy haust powietrza.

– Jeszcze kawałek – wycharczał do siebie. – Jeszcze tylko kawałek.

I wtedy ją dostrzegł.

Trwała kilka kroków dalej, młodsza, niż zapamiętał. Dokładnie ta sama, która niegdyś odprowadzała go pierwszy raz do portu.

– Synku… – dobiegł go łagodny głos. – Wróć do domu.

W jego spojrzeniu nie było lęku, tylko zmęczenie.

– Nie mogę – odpowiedział spokojnie.

– Już się napływałeś.

– Jeszcze nie dziś.

Patrzyła na niego długo. Jej oczy wypełniał spokój głębszy, niż kiedykolwiek widział u żywych. Skinęła głową.

– Zawsze byłeś uparty.

Rozpłynęła się we mgle, zanim zdążył cokolwiek dodać.

Ruszył dalej.

Im bliżej portu, tym oporniej kroczył. Powietrze dławiło rdzą i solą. Każdy krok był wysiłkiem. Lina wrzynała się w dłonie niczym drut.

Ojciec wyłonił się przy starym warsztacie szkutniczym. Oparty o framugę, z ramionami skrzyżowanymi na piersi.

– Głupi jesteś – powiedział bez gniewu.

Starzec parsknął śmiechem.

– Wiem.

– Zawsze byłeś.

– Tak mnie wychowałeś.

Ojciec pokręcił głową, lecz w jego spojrzeniu osiadł cień dumy.

– Skoro musisz iść… idź prosto. Nie oglądaj się.

Starzec potwierdził milczeniem.

Kiedy podniósł wzrok, przy warsztacie nikogo już nie było.

Droga zaczęła piąć się w górę, a przyczepka stała się cięższa. Mięśnie paliły żywym ogniem. Stawy trzeszczały. Mimo przejmującego chłodu pot ściekał mu po skroniach.

Nagle starzec potknął się i upadł.

Leżał chwilę na ostrych kamieniach, wpatrzony w szafranowe niebo.

– No… – wydyszał w pustkę. – To by było na tyle?

Zaśmiał się krótko, suchym, łamiącym głosem. I wtedy usłyszał znajomy ton.

– Ty stary głupcze.

Starzec przysiadł na chwilę na krawędzi przyczepki, łapiąc rzężący oddech.

Przyjaciel spoczął na burcie łodzi, jakby nigdy nie odszedł. Wciąż ten sam – młody, z wiecznym uśmiechem i oczami zmrużonymi od słońca.

– Tęskniłem.

Przyjaciel przytaknął, uznając to za najprostsze z wyjaśnień.

– Morze nie pyta o wiek – powiedział. – Tylko, czy masz odwagę wypłynąć.

Starzec dźwignął się powoli, ignorując ból pleców.

– Mam – odpowiedział.

I tym razem nie było to kłamstwo.

– Idź. I nie żałuj.

Przyjaciel rozpłynął się wraz z mgłą, która nagle zafalowała niczym kurtyna.

Dłonie starca drżały, nogi ciążyły mu ołowiem. Lecz w piersi, pod marynarką, ucisk w końcu zelżał.

 

⚓ 

 

W oddali zobaczył latarnię. Trwała tam, gdzie zawsze.

Jej blask, choć stłumiony, pozostawał niewzruszony. Stały punkt w świecie, który dawno przestał nim być.

Starzec posłał jej blady uśmiech.

Ile razy wracał ku niej po nocnych połowach? Ile razy była obietnicą bezpiecznego brzegu? Jedyną pewnością pośród niepewności wód.

– Zawsze prowadziłaś na ląd – szepnął ledwie słyszalnie. – Dziś… dziś wywiedziesz mnie na morze.

Pomyślał, że może latarnie wcale nie wskazują lądu. Może jedynie przypominają, by nie stawać w miejscu.

 

(Anna Słoncz, Czuwanie)

 

Plaża z kamienia ciągnęła się bez końca. Szara, nierówna, wyzbyta piasku. Fale uderzały o brzeg cicho, znużonym rytmem.

Jeszcze kilka rzutów liną. Może kilkadziesiąt uderzeń serca.

Szarpnął.

Koła przyczepki poddały się na pierwszym głazie. Pękły. Łódź runęła ciężko, drewno wydało z siebie głuchy jęk. Starzec zacisnął powieki.

– A niech to… – wycharczał, patrząc na zdruzgotane koła.

Trwał bez ruchu. W ustach czuł metaliczny posmak. Wiedział, że powinien zawrócić.

Nie zawrócił.

Owinął linę wokół nadgarstków.

Pociągnął uparcie. Łódź nawet nie drgnęła.

Jeszcze raz.

Kamienie wbijały się w podeszwy niczym zęby. Ból przeszył stopy, kolana, kręgosłup. Skóra na dłoniach pękła pierwsza. Ciepła krew spłynęła po palcach, barwiąc mokry sznur.

W jego głowie nie było już myśli, tylko rytmiczne uderzenia pulsu i opór kadłuba.

Łódź ustąpiła. Pełzła po kamieniach z niskim, dławiącym dudnieniem. Uległa woli starca.

Uśmiechnął się krzywo.

– Stare czasy – mruknął.

Ciągnął dalej.

Każdy krok był osobną bitwą. Kadłub szorował o kamienie z chrzęstem przypominającym łamane kości. 

– Jeszcze chwila… – szeptał, choć płuca paliły żywym ogniem. – Kilka kroków.

Poczucie czasu zgasło. Został rytm: krok, szarpnięcie, haust powietrza. Krok, szarpnięcie, ciemność pod powiekami. Lina nie była już tylko sznurem – stała się częścią jego mięśni, wrastając w rany na dłoniach, aż drewno i krew połączyły się w jedno.

Szedł w transie, nie czując uderzeń serca, tylko bezlitosny opór lądu.

Już nie ciągnął łodzi.

Trzymał w dłoniach całe swoje życie. Wiedział, że jeśli rozluźni uścisk, puści wszystko.

Łzy spłynęły mu po policzkach, gubiąc się w słonym pyle osiadłym na twarzy.

– Nie teraz – wycharczał. – Jeszcze nie teraz.

I wtedy rzeczywistość pękła.

W którymś momencie zauważył, że ciężar zniknął. Lina przestała wrzynać się w rany. Starzec poczuł, jakby nagle wypchnął łódź poza granice ziemskiego oporu.

Kadłub nie szorował już o kamienie. Unosił się tuż nad nimi, płynąc w gęstym, szafranowym powietrzu niczym widmo. Każdy kolejny krok był miękki, niemal pozbawiony wysiłku, jakby czas i grawitacja cofnęły swój wyrok. Nie oglądał się. Nie chciał wiedzieć, czy to morze wyszło mu naprzeciw, czy to on sam zostawił już za sobą ciało.

Gdy lodowata wilgoć obmyła mu stopy, znieruchomiał.

Morze.

Zacisnął powieki i zaczerpnął tchu tak głęboko, jakby po raz pierwszy od lat jego płuca zaznały prawdziwego powietrza.

– Jestem… – wyszeptał. 

 

⚓ 

 

Wciągnął łódź głębiej. Drewno pracowało, a lodowata woda wdzierała się flegmatycznie przez szczeliny. Wiedział o każdym pęknięciu. Dostrzegał je od dawna.

Nie miało to znaczenia.

Wstąpił na pokład powoli. Deski odpowiedziały znajomym jękiem. Spoczął na ławce i odepchnął brzeg wiosłem.

Łódź ruszyła. Morze przyjęło go w milczeniu. Płynął bez pośpiechu. Bez kompasu, mapy i potrzeby powrotu.

Wydobył fotografię z wewnętrznej kieszeni.

Przenosił wzrok z wyblakłego papieru na bezkres, który go otaczał.

– Zmieniłaś się – szepnął.

Morze trwało przed nim ciemniejsze, niż zapamiętał. Gęstsze. Osłonięte mgłą niczym welonem. Starsze.

– Ale wciąż jesteś piękna.

Uśmiechnął się do fal.

– Starzejemy się razem.

Wstał ostrożnie i rozłożył ramiona. Wiatr dotknął jego twarzy, chłodny i słony. Przez moment poczuł prawdziwą, czystą lekkość.

Wyjął fajkę, przypalił i przymknął oczy, delektując się każdym kłębem cierpkiego, tytoniowego dymu. Wypuścił go powoli, patrząc, jak szara chmura rzednie nad burtą, mieszając z mgłą.

Spojrzał w dół. Łódź poddawała się naporowi fal, nasiąkając ciężarem. Skinął głową – dokładnie tego wyczekiwał.

Usiadł i przywiązał liną małą kotwicę do nogi. Stary nawyk. Nigdy nie chciał dryfować niczym martwe drewno.

Położył zdjęcie na kolanach.

– Już niedaleko – szepnął.

Mgła zamykała się wokół niego jak ramiona. Morze kołysało łódź delikatnie, niemal czule.

Pomyślał, że samotność nie polega na braku ludzi. Samotność to brak kierunku.

A on w końcu go odnalazł.

Spojrzał ostatni raz na latarnię. Jej blask był już ledwie iskrą, lecz wciąż trwał.

– Dziękuję – powiedział.

Łódź przechyliła się gwałtownie. Woda sięgnęła kolan, zimna i ostateczna.

Zaciągnął się ostatni raz. Powietrze nie było już mroźne – pachniało mokrym drewnem, gnijącymi wodorostami i głębią, która w końcu przyszła go odebrać.

– No… – szepnął. – Już.

Zamknął oczy. Łzy zmieszały się z solą morza.

Nie czuł lęku. Wreszcie wracał.

A jeśli po tej stronie mgły nie czekało zupełnie nic – przynajmniej przestał błądzić.

Koniec

Komentarze

Cześć,

 

najpierw obowiązkowe czepialstwo :)

 

Brzytwą operował pewnie, mimo ledwie uchwytnego drżenia dłoni. Biała broda opadała na posadzkę w suchym rytmie skrobania

Dałabym “zauważalnego”, bo “uchwytnego” może wprowadzać w błąd, bo brzmi jakby chodziło o sposób trzymania brzytwy. W drugim zdaniu ta biała broda opadała też bym podmieniła na jakieś jej ścinki, bo na pierwszy rzut oka sugerowało mi to po prostu długość brody.

 

W półmroku trwała łódź. Mała. Połatana. Zbyt wiele razy naprawiana, by wyglądać na coś innego niż wspomnienie.

Ok, rozumiem pewną poetyckość tego opisu, ale jednak zdanie nie ma sensu :) łódź fizycznie jest, więc nie jest żadnym wspomnieniem.

 

Palce wciąż posiadały wiedzę, którą ciało zdążyło już porzucić.

Tyle, że palce przecież należą do ciała :)

 

Pełzła po kamieniach z niskim, dławiącym skowytem

Skowyt to raczej wysoki dźwięk

 

już za sobą własne ciało.

 

Spoczął na ławce i odepchnął brzeg wiosłem.

Bardziej “odepchnął się od brzegu wiosłem” bo teraz brzmi to jakby on pozostał w miejscu, a brzeg odpłynął

 

Dziś czytałam też tekst JolkiK i w sumie obraz narzucał podobny motyw, co szczególnie czuć w pierwszej części, ale z każdym kolejnym zdaniem widać, że poprowadziliście to trochę inaczej. Podobało mi się, czuć ładunek emocjonalny, a to cenię sobie w tekstach :)

 

Dybry, czy mogę się rozgościć, organizatorze?

 

Starzec dźwignął się na posłaniu, a kości jęknęły jeszcze głośniej niż on sam.

Hm. Jeszcze sama nie wiem, jak daleko można sięgnąć metaforą, ale coś mi zgrzyta w tym zdaniu, nie jestem pewna, czy można powiedzieć o kościach, że jęczą.

 

Ruchy miał powolne, ale pewne. Rutyna nie starzeje się wraz z człowiekiem.

Mgła nadeszła wiele lat temu.

Trochę dziwne to przejście. Może wspomnieć w międzyczasie, że starzec spojrzał w okno czy coś?

 

Lina wrzynała się w ramię, szukając drogi do kości.

Mm, trochę przesadzone, ale może się czepiam.

 

Unosił się tuż nad nimi, płynąc w gęstym, szafranowym powietrzu niczym widmo.

Nad nimi? Myślałam, że tam jest tylko starzec.

 

 

 

No, nie wiem, czy to był dobry pomysł, żeby publikować to opowiadanie.

Bo uczestnicy konkursu mogą się zniechęcić. Konkurować z tak pięknym tekstem?

Z powodzeniem pozbyłeś się jakozy i jakbyłozy, uczysz się na błędach błyskawicznie. Chore i niepokojące.

Poetycko napisany tekst, z ledwie widocznymi plamami purpury. Zazdroszczę, bo mnie to raczej nigdy nie będzie dane, chyba będę musiała już zawsze się trzymać stylu prostego jak linijka.

Bez sztuki można przeżyć, ale nie można żyć

W półmroku trwała łódź. Mała. Połatana. Zbyt wiele razy naprawiana, by wyglądać na coś innego niż wspomnienie.

Ok, rozumiem pewną poetyckość tego opisu, ale jednak zdanie nie ma sensu :) łódź fizycznie jest, więc nie jest żadnym wspomnieniem.

A ja bym się nie czepiała tego zdania, uważam, że jest uzasadnione. Wiadomo, że łódź istnieje, ale z czasem pamięć każdego człowieka blaknie i jeśli czegoś długo nie widzimy, to zaczynamy już wątpić w jego istnienie.

 

Palce wciąż posiadały wiedzę, którą ciało zdążyło już porzucić.

Tyle, że palce przecież należą do ciała :)

Ciało opuściło wiedzę, nie palce :)

 

Pełzła po kamieniach z niskim, dławiącym skowytem

Skowyt to raczej wysoki dźwięk

A tutaj się zgodzę, faktycznie skowyt średnio pasuje. Może: rzężeniem? ;p

Bez sztuki można przeżyć, ale nie można żyć

HH91,

 

W półmroku trwała łódź. Mała. Połatana. Zbyt wiele razy naprawiana, by wyglądać na coś innego niż wspomnienie.

Ok, rozumiem pewną poetyckość tego opisu, ale jednak zdanie nie ma sensu :) łódź fizycznie jest, więc nie jest żadnym wspomnieniem.

A ja bym się nie czepiała tego zdania, uważam, że jest uzasadnione. Wiadomo, że łódź istnieje, ale z czasem pamięć każdego człowieka blaknie i jeśli czegoś długo nie widzimy, to zaczynamy już wątpić w jego istnienie.

Rozumiem, że chodzi o metaforę, ale dla mnie to zdanie jednak się rozjeżdża logicznie. Łódź jest opisana bardzo konkretnie: mała, połatana, wielokrotnie naprawiana. To materialny przedmiot, który stoi w półmroku. A potem nagle “wygląda na coś innego niż wspomnienie”. Metafora powinna coś dopowiadać, a tu mam wrażenie, że unieważnia wcześniejszy, bardzo fizyczny opis. Poza tym on ją widzi przed swoimi oczami ;)

 

Palce wciąż posiadały wiedzę, którą ciało zdążyło już porzucić.

Tyle, że palce przecież należą do ciała :)

Ciało opuściło wiedzę, nie palce :)

 

No właśnie – palce są częścią ciała, więc przeciwstawienie ich “ciału” jest sztuczne. Jeśli ciało porzuciło wiedzę, to palce jako jego część też powinny ją porzucić. To brzmi tak, jakby palce były jakimś niezależnym bytem z własną pamięcią :)

Hej OldGuard,

Bardzo miło mi Cię gościć pierwszy raz pod swoim tekstem!

Dałabym “zauważalnego”, bo “uchwytnego” może wprowadzać w błąd, bo brzmi jakby chodziło o sposób trzymania brzytwy. W drugim zdaniu ta biała broda opadała też bym podmieniła na jakieś jej ścinki, bo na pierwszy rzut oka sugerowało mi to po prostu długość brody.

Hmm. Tak, racja. 

Ok, rozumiem pewną poetyckość tego opisu, ale jednak zdanie nie ma sensu :) łódź fizycznie jest, więc nie jest żadnym wspomnieniem.

Tu zostanę jednak przy pierwszej wersji. Holly dobrze wyjaśniła.

Tyle, że palce przecież należą do ciała :)

Tu też Holly mnie ubiegła haha!

Skowyt to raczej wysoki dźwięk

A tutaj się zgodzę, faktycznie skowyt średnio pasuje. Może: rzężeniem? ;p

Tak, myślałem nad tym chyba z pięć minut. Rzężenie też mi przyszło do głowy, ale użyłem już przy oddechu i to z dwa razy. Przemyślę to jeszcze.

Bardziej “odepchnął się od brzegu wiosłem” bo teraz brzmi to jakby on pozostał w miejscu, a brzeg odpłynął

A tu chciałem tak napisać specjalnie, że odepchnął całe dotychczasowe życie, tak metaforycznie. Widzę, że chyba średnio się udało, więc zastanowię się nad tym jeszcze.

Podobało mi się, czuć ładunek emocjonalny, a to cenię sobie w tekstach :)

Bardzo dziękuję!

 

Hej Holly,

Dybry, czy mogę się rozgościć, organizatorze?

Witam szanowne jury! Zapraszam, zapraszam!

Hm. Jeszcze sama nie wiem, jak daleko można sięgnąć metaforą, ale coś mi zgrzyta w tym zdaniu, nie jestem pewna, czy można powiedzieć o kościach, że jęczą.

Hmm. Przemyślę.

Trochę dziwne to przejście. Może wspomnieć w międzyczasie, że starzec spojrzał w okno czy coś?

Tak, też o tym myślałem, ale zdecydowałem, że jest w nowym akapicie, więc okej. Może masz rację, zastanowię się.

Mm, trochę przesadzone, ale może się czepiam.

Przeczytałem podobne zdanie ostatnio w książce. Bardzo mi się spodobało. Tam chodziło o coś innego niż linę, ale jednak postanowiłem użyć. Zostawię.

Nad nimi? Myślałam, że tam jest tylko starzec.

A tu pozostałość po zmianie, chciałem w pewnym momencie dodać znowu ducha. Zmieniam!

No, nie wiem, czy to był dobry pomysł, żeby publikować to opowiadanie.

Bo uczestnicy konkursu mogą się zniechęcić. Konkurować z tak pięknym tekstem?

Dziękuję za tak piękne słowa, bardzo mi miło.

Chciałbym zaznaczyć, że z nikim nie konkuruję haha!

Ale fajnie, że możesz w końcu się wypowiedzieć, a nie wklejać smoka i milczeć, od razu lepiej, nie? heart

Z powodzeniem pozbyłeś się jakozy i jakbyłozy, uczysz się na błędach błyskawicznie. Chore i niepokojące.

Twoje rady są głównym powodem tych zmian, nie masz pojęcia ile razy szukałem tych słów, czy nie ma ich za dużo haha!

Poetycko napisany tekst, z ledwie widocznymi plamami purpury. Zazdroszczę, bo mnie to raczej nigdy nie będzie dane, chyba będę musiała już zawsze się trzymać stylu prostego jak linijka.

Dziękuję! 

A co do Twoich tekstów, proszę sobie nie odejmować. Ja lubię taki styl pisania, ale dobrze wiesz, że Twój również, masz świetne teksty!

 

Pozdrawiam Was!

You cannot petition the Lord with prayer!

Piszę z telefonu, więc poprawię wszystko jak wrócę do domu, odniosę się też do reszty. Dzięki!

You cannot petition the Lord with prayer!

No właśnie – palce są częścią ciała, więc przeciwstawienie ich “ciału” jest sztuczne. Jeśli ciało porzuciło wiedzę, to palce jako jego część też powinny ją porzucić. To brzmi tak, jakby palce były jakimś niezależnym bytem z własną pamięcią :)

Aha, o to chodzi. Hm. Ale rozkmina.

 

Chciałbym zaznaczyć, że z nikim nie konkuruję haha!

Niby tak, ale wiesz, to się może zadziać podświadomie. Miejmy jednak nadzieję, że tekst bardziej zmotywuje innych niż zniechęci ;)

 

Ale fajnie, że możesz w końcu się wypowiedzieć, a nie wklejać smoka i milczeć, od razu lepiej, nie? heart

No ba.

 

Twoje rady są głównym powodem tych zmian, nie masz pojęcia ile razy szukałem tych słów, czy nie ma ich za dużo haha!

heart Żyję, by służyć.

 

A co do Twoich tekstów, proszę sobie nie odejmować. Ja lubię taki styl pisania, ale dobrze wiesz, że Twój również, masz świetne teksty!

heart

No i wyczerpałam limit serduszek na dziś.

Bez sztuki można przeżyć, ale nie można żyć

Aha, o to chodzi. Hm. Ale rozkmina.

 

Czy to źle? W końcu autor we wstępie napisał “zachęcam do podumania nad tekstem”, zatem dumam. A jako że nie mam w zwyczaju czepiać się dla samego czepiania, to uzasadniłam, czemu w tych dwóch przypadkach mi zgrzytnęło.

 

Nie, absolutnie, czemu źle? Właśnie fajnie. Dumajmy, rozkminiajmy, dzięki temu teksty żyją.

Bez sztuki można przeżyć, ale nie można żyć

Rozumiem, że chodzi o metaforę, ale dla mnie to zdanie jednak się rozjeżdża logicznie. Łódź jest opisana bardzo konkretnie: mała, połatana, wielokrotnie naprawiana. To materialny przedmiot, który stoi w półmroku. A potem nagle “wygląda na coś innego niż wspomnienie”. Metafora powinna coś dopowiadać, a tu mam wrażenie, że unieważnia wcześniejszy, bardzo fizyczny opis. Poza tym on ją widzi przed swoimi oczami ;)

A “by przypominać coś innego niż wspomnienie” lepiej? Chyba bardziej logicznie.

No właśnie – palce są częścią ciała, więc przeciwstawienie ich “ciału” jest sztuczne. Jeśli ciało porzuciło wiedzę, to palce jako jego część też powinny ją porzucić. To brzmi tak, jakby palce były jakimś niezależnym bytem z własną pamięcią :)

Miałem na myśli, że ktoś może nie grać w tenisa 10 lat, a ręka jednak pamięta. Może zamienić “ciało” na “umysł”?

No i wyczerpałam limit serduszek na dziś.

Hah! heart

Czy to źle? W końcu autor we wstępie napisał “zachęcam do podumania nad tekstem”, zatem dumam. A jako że nie mam w zwyczaju czepiać się dla samego czepiania, to uzasadniłam, czemu w tych dwóch przypadkach mi zgrzytnęło.

Ależ oczywiście, że dobrze. O to w tym chodzi. Jestem wdzięczny za wskazanie tych miejsc i dyskusję!

 

Unosił się tuż nad nimi, płynąc w gęstym, szafranowym powietrzu niczym widmo.

Nad nimi? Myślałam, że tam jest tylko starzec.

A tu pozostałość po zmianie, chciałem w pewnym momencie dodać znowu ducha. Zmieniam!

Ej, czekaj. Ale podmiotem są kamienie, dlatego “nad nimi”. Fakt, wcześniej kombinowałem ze zmianą fabularną, ale w tym wypadku wydaje mi się to poprawne.

Niby tak, ale wiesz, to się może zadziać podświadomie. Miejmy jednak nadzieję, że tekst bardziej zmotywuje innych niż zniechęci ;)

Nie mów tak crying Mój zamiar jest całkowicie odwrotny! To tekst z wyrazami szacunku do wszystkich uczestniczących!

You cannot petition the Lord with prayer!

A “by przypominać coś innego niż wspomnienie” lepiej? Chyba bardziej logicznie.

tylko odrobinę :) Ja bym to widziała mniej więcej tak:

 

Zbyt wiele razy naprawiana, by nie wydawać się tylko wspomnieniem minionych dni.

 

NIby podobne, ale precyzyjniejsze w moim odczuciu 

 

Miałem na myśli, że ktoś może nie grać w tenisa 10 lat, a ręka jednak pamięta. Może zamienić “ciało” na “umysł”?

Tak, jest coś takiego jak pamięć mięśniowa i wiem, że chodziło o to, że świadomie mógł już tego nie pamiętać, ale podświadomie od razu wiedział, co i jak zrobić. Przy zamianie ciała na umysł wszystko gra :D

 

Ależ oczywiście, że dobrze. O to w tym chodzi. Jestem wdzięczny za wskazanie tych miejsc i dyskusję!

Jako że ja dziś jeszcze nie wyczerpałam zapasu serduszek to heart

 

tylko odrobinę :) Ja bym to widziała mniej więcej tak:

 

Zbyt wiele razy naprawiana, by nie wydawać się tylko wspomnieniem minionych dni.

 

NIby podobne, ale precyzyjniejsze w moim odczuciu 

Tak, tak, tak! Jak najbardziej. O wiele lepiej brzmi, nie wiem czemu to zdanie sprawiło mi tyle problemów, nie wydaje się być najcięższą metaforą w tym tekście, a jednak. Pozwolę sobie użyć Twojej propozycji. Dziękuję.

Przy zamianie ciała na umysł wszystko gra :D

Cieszę się.

Jako że ja dziś jeszcze nie wyczerpałam zapasu serduszek to heart

heart!

 

You cannot petition the Lord with prayer!

Witaj. :)

Odbieram tekst jako przepiękny, nostalgiczny utwór poetycko-muzyczny. Jakbyś go komponował bądź malował. :) Opisujesz genialnie odczucia, wrażenia, zjawiska, otoczenie… :)

Postać bohatera jest niezwykła. :) Rozumiemy go doskonale, choć – jednocześnie – głęboko mu współczujemy. :) 

Podwójny klik, powodzenia, pozdrawiam serdecznie. ;) 

Pecunia non olet

Hej bruce,

Odbieram tekst jako przepiękny, nostalgiczny utwór poetycko-muzyczny. Jakbyś go komponował bądź malował. :)

O wow, jak pięknie to napisałaś. Jestem wręcz onieśmielony tym stwierdzeniem, bardzo Ci dziękuję!

Rozumiemy go doskonale, choć – jednocześnie – głęboko mu współczujemy. :) 

Cieszę się, że udał mi się zamierzony efekt. Dzięki!

Podwójny klik, powodzenia, pozdrawiam serdecznie. ;) 

Nie spodziewałem się, że tak krótka forma dostanie jakąś nominację, to bardzo miłe. Serdecznie Ci dziękuję za podwójnego klika i przepiękny komentarz!

Pozdrawiam!

You cannot petition the Lord with prayer!

I ja dziękuję, Michaelu. :)

Widziałam dosłownie tego staruszka, czułam jego cierpienie – tak realistycznie to opisałeś. ;) Ostatnio sporo tekstów mnie tu mocno wzrusza. :)

Pozdrawiam i trzymam kciuki :) 

Pecunia non olet

Hejka!

Tekst jest cichy, a jednocześnie bardzo emocjonalny. Czytałam z zapartym tchem. Od początku czuć ciężką atmosferę, mgła przestaje być tylko zjawiskiem, bardziej odzwierciedla stan duszy bohatera. Bardzo poruszył mnie motyw drogi, jest uparta, bolesna, dla innych może niezrozumiała i absurdalna, ale dla bohatera zupełnie świadoma. Sceny z pojawiającymi się bliskimi są głębokie w swojej prostocie. Nie ma tu przesadnej symboliki, wszystko jest subtelne i trafia prosto w emocje. Mam wrażenie, że pojawiają się, bo bohater przed tą ostatnią podróżą chciał jeszcze raz spotkać się z tymi, których kochał, może pożegnać się albo upewnić, że idzie we właściwą stronę, a może zasugerować, że wkrótce ich odwiedzi. Styl całego tekstu jest bardzo obrazowy, ale spokojny. Naprawdę można poczuć ciężar kroków starca i wysiłek, który wkłada w każdy ruch. Zakończenie na morzu jest jednocześnie piękne i smutne. Nie ma w nim rozpaczy, jest zgoda, jakby w końcu dotarł tam, gdzie od dawna chciał być. 

Opowiadanie z pewnością zostanie ze mną na dłużej. 

Pozdrawiam!

Nie ma ucieczki od mroku, jeśli to on sam prowadzi twoje kroki.

bruce heart

 

Hej betweenthelines,

Czytałam z zapartym tchem.

Bardzo się cieszę!

Bardzo poruszył mnie motyw drogi, jest uparta, bolesna, dla innych może niezrozumiała i absurdalna, ale dla bohatera zupełnie świadoma.

Ciesze się, że udało mi się Cię poruszyć, to miły komplement.

Sceny z pojawiającymi się bliskimi są głębokie w swojej prostocie. Nie ma tu przesadnej symboliki, wszystko jest subtelne i trafia prosto w emocje. Mam wrażenie, że pojawiają się, bo bohater przed tą ostatnią podróżą chciał jeszcze raz spotkać się z tymi, których kochał, może pożegnać się albo upewnić, że idzie we właściwą stronę, a może zasugerować, że wkrótce ich odwiedzi.

Dziękuję. Tak, masz rację, właśnie o to chodziło. Chyba Twój nick pasuje do Ciebie idealnie! laugh

Styl całego tekstu jest bardzo obrazowy, ale spokojny. Naprawdę można poczuć ciężar kroków starca i wysiłek, który wkłada w każdy ruch.

heart

Zakończenie na morzu jest jednocześnie piękne i smutne. Nie ma w nim rozpaczy, jest zgoda, jakby w końcu dotarł tam, gdzie od dawna chciał być. 

Taki był zamysł. Cieszę się, że wyszło! Dzięki!

Opowiadanie z pewnością zostanie ze mną na dłużej. 

To najlepszy komplement jaki można przeczytać! Dziękuję bardzo!

 

Pozdrawiam serdecznie!

You cannot petition the Lord with prayer!

Czołem Michaelu!

Rutyna nie starzeje się wraz z człowiekiem.

Z jednej strony fajne zdanie, z drugiej zastanawiam się, czy ma sens. Bo rutyna z założenia jest “zasiedziana”.

Podszedł do lustra. Z tafli patrzyła twarz zmęczona, lecz nie obca.

“lecz” jest przeciwstawne, a zmęczenie nie jest przeciwnością obcości.

Zbyt wiele razy naprawiana, by nie wydawać się tylko wspomnieniem minionych dni.

Tego zdania nie rozumiem.

 

Ostatecznie, tekst jest bardzo klimatyczny, to na pewno. Nie trafił do mnie jakoś szczególnie z przesłaniem, może dlatego, że niewiele się w nim dzieje, a tę melodię już znam i nie wiem, czy chcę do niej tańczyć :). Bardzo szczegółowe opisy służą klimatowi i to na pewno się sprawdza, ale zabrakło jakiejś ciekawej historii, takiej jaką opowiedziałeś w Utopii albo w Masce, gdzie do prostolinijności fabularnej miałem pewne zastrzeżenia, ale jednak intrygująca opowieść miała miejsce.

Trochę dla mnie za wiele sztuki dla sztuki (nie będzie, że się Jurorowi podlizuję laugh). Niemniej, sztuki na poziomie wysokim i zapewne korelującym z przełożeniem tego, co może nam opowiedzieć obraz na literki.

 

Nie porwało przesadnie, ale zakładam, że wcale nie miałeś takiego zamysłu, by świat do góry nogami obrócić tym tekstem. A lektura była kojąca, przyjemna. Może po prostu na konkurs obrazowy sporo jest tekstów o takim wydźwięku i już mi spowszedniał taki artyzm.

 

Pozdrawiam!

I rzekł Pan: umieścisz cztery “e” w “beeeecki”. Ani mniej ani więcej. Nie umieścisz trzech “e” ani “pięciu “e”. Dwa są wykluczone. I Pan uśmiechnął się, a lud spożywał owce i leniwce, karpie i sardele, orangutany i płatki śniadaniowe i nietoperze...

No witam beeeecki,

Z jednej strony fajne zdanie, z drugiej zastanawiam się, czy ma sens. Bo rutyna z założenia jest “zasiedziana”.

No właśnie. A człowiek nie. 

“lecz” jest przeciwstawne, a zmęczenie nie jest przeciwnością obcości.

Twarz była zmęczona, więc się trochę zmieniła (w domyślę często w lustro nie patrzy, goli się na ten szczególny dzień), ale mimo to nie była obca.

Nie trafił do mnie jakoś szczególnie z przesłaniem, może dlatego, że niewiele się w nim dzieje, a tę melodię już znam i nie wiem, czy chcę do niej tańczyć :)

No miał to być tekst bardziej melancholijny, emocjonalny, nie z akcją. 

Bardzo szczegółowe opisy służą klimatowi i to na pewno się sprawdza, ale zabrakło jakiejś ciekawej historii, takiej jaką opowiedziałeś w Utopii albo w Masce, gdzie do prostolinijności fabularnej miałem pewne zastrzeżenia, ale jednak intrygująca opowieść miała miejsce.

Rozumiem. Założenia tekstu po prostu były inne, chociaż myślałem, że ostatni dzień starca i jego starania są w miarę ciekawe. No nic, spokojnie, może uda mi się kolejnym tekstem za jakiś czas Cię zainteresować!

Trochę dla mnie za wiele sztuki dla sztuki (nie będzie, że się Jurorowi podlizuję laugh).

Oż Ty! No i cyk, spadasz na ostatnie miejsce w tabeli nawet przed wstawieniem tekstu! haha XD

Dobrze, że mówisz co myślisz, po co mi słodzenie, jeśli nie jest ono szczere. 

Niemniej, sztuki na poziomie wysokim i zapewne korelującym z przełożeniem tego, co może nam opowiedzieć obraz na literki.

Dzięki!

Nie porwało przesadnie, ale zakładam, że wcale nie miałeś takiego zamysłu, by świat do góry nogami obrócić tym tekstem.

Bardziej chciałem się sprawdzić bez bety i po prostu stworzyć nastrojowy tekst, lubię takie. Czasem trzeba się wyciszyć, zresztą sam wiesz, Twój ostatni szort był chyba takim wyciszeniem, chociaż faktycznie pisałeś wtedy, że to nie Twoja bajka. :D

A lektura była kojąca, przyjemna. Może po prostu na konkurs obrazowy sporo jest tekstów o takim wydźwięku i już mi spowszedniał taki artyzm.

Cieszę się, że mimo wszystko lektura była kojąca i przyjemna. No fakt, ostatnio było trochę “spokojnych” tekstów, ale cóż poradzę, że w tym akurat wpasowuję się w modę. Przyszedł pomysł to trzeba kuć żelazo, bo jeszcze ucieknie!

Pozdrawiam!

You cannot petition the Lord with prayer!

Hej :)

Po przeczytaniu tego opowiadania Twoja rada z bety dla mnie – żeby czytać teksty na forum – nabrała większego ciężaru ;) Piękne, wrażliwe, zmysłowe.

Wspaniale współgra z obrazem! To już chyba dzieła nierozłączne.

Pozdrawiam :)

Nowa Fantastyka