- Opowiadanie: StaryScislaka - Dobre Słowo

Dobre Słowo

“Dobre Słowo” napisałem w 2023 po doświadczeniu praktyk zawodowych w bibliotece szkolnej. Tekst krótki, familijny, raczej dla dzieci, o wartości wspólnego posiłku, jako mementu, w którym można na chwilę zapomnieć o swoich maskach i strachach.

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Dobre Słowo

W Tulipanowym Kolorze znowu zadziało się straszne zamieszanie. W całej otaczającej ten urokliwy zakątek okolicy słychać było głośne tupanie, stukanie, śpiewanie i fukanie. Dla przypadkowego przechodnia sytuacja mogła się wydawać wielce przedziwna, jednak każdy kto nieraz bywał w pobliżu jedynie zerkał na zegarek i w oka mgnieniu hałas przestał być dlań zagadką – zaczynała się pora jedzenia.

Mieszkańcy Tulipanowego Koloru nie należeli do stworzeń najbardziej hałaśliwych, a nawet więcej, były to istoty prawdziwie ciche i raczej odludne, pozbawione wszelkiej potrzeby kontaktów ze światem zewnętrznym i informowania kogokolwiek czy jeszcze żyją, czy też już nie. Dla wszystkich znajdujących się w Tulipanowym Kolorze życie, śmierć i cała reszta były tylko następstwami codzienności, a skoro te wszystkie sprawy stanowiły jedynie naturalną kolej rzeczy, to dlaczego oni, istoty niezbyt przejęte trudami każdego dnia, mieliby się czymś tak trywialnym przejmować? 

Pora jedzenia była jedynym momentem gdy cichy Tulipanowy Kolor aż grzmiał z powodu euforycznego huku, trzasku i stukania sztućców o talerze. Oj tak, w Tulipanowym Kolorze wszyscy lubili sobie dobrze pojeść. Według starożytnych podań, już w najdawniejszych czasach Tulipanowy Kolor słynął z wysokiej i jakże rozwiniętej kultury garmażeryjnej. Zgodnie z zapiskami pradawnych kronikarzy, starożytni mieszkańcy przed jedzeniem zawsze przygotowywali wielkie przyjęcia – grali na trąbkach, fletach i skrzypcach i wykrzykiwali słowa pieśni pod niebiosa, tym sposobem rekompensując sobie egzystencję pełną ciszy i spokoju. 

Niestety dzisiejsze oczekiwanie na posiłek nie odbywa się już przy akompaniamencie tak hucznego świętowania, jednakże potrzeba hałasowania przed konsumpcją pozostała i nie zapowiadało się, by ta kwestia miała ulec zmianie.

Mówiąc o posiłku, to mimo zatracenia części tradycji, mieszkańcy Tulipanowego Koloru dalej podchodzili do niego z największą czcią i każdy jego element miał ogromne, wręcz gargantuiczne znaczenie.

Na początku zawsze był hałas. Razem z myślą o jedzeniu wszyscy tracili swoje codzienne maski, strachy i taktowność. Nadchodził posiłek, więc trzeba było zaszaleć, puścić do sterów najbardziej prymitywne, nieokrzesane instynkty, które zmuszały mieszkańców do krzyczenia, wołania i tupania, uderzania rękoma o blaty stółów, do wyrzucania z siebie wszystkich swoich demonów i nieprzyjemności, bo gdy podchodziło się do posiłku, należało się oczyścić z wszystkiego co leży na sercu.

Gdy krzyki zaczynały cichnąć, a stukanie zastępowało burczenie w brzuchach, na stołach pojawiały się przystawki – sałatki, kanapeczki i tościki, a wszystkie wykonane z najdorodniejszych, ręcznie wybieranych przez Kuchmamę przysłówków.

Razem z przystawkami na stół trafiał sok ze słodziutkich partykuł, te, zbierane jeszcze poprzedniej jesieni, dzięki znanej tylko Kuchmamie recepturze przyjmowały smak boskiego nektaru. Sok był słodkawy, lekko kwaskowaty z nutą korzennych przypraw, zimą rozgrzewał, latem dawał orzeźwienie, a kto go skosztował nie mógł zapomnieć jego smaku. 

W momencie w którym półmiski z przysłówkami zaczynały pustoszeć, w ich miejsce na stole pojawiały się pachnące, porcelanowe wazy z gorącą, ale kuszącą jak diabeł zupą zaimkową posypaną drobno posiekanym przyimkiem. Juha zawsze aż prosiła się o to by ją zjeść, nie mniej jednak rozochoceni przystawkami mieszkańcy wiedzieli, że zanim polewka się schłodzi na tyle, by dało się ją dotknąć, posiłek musiał być oficjalnie rozpoczęty przez przemruczenie najstarszego z nich – Mruczydziadzi, który od niepamiętnych czasów zawsze obiecywał, że “tym razem się nie rozmruczy”, czego jednak nigdy nie był w stanie osiągnąć. Na szczęście Kuchmama, nauczona licznymi posiłkami, wiedziała jakiej temperatury musi być zupa w wazie, tak by stać się idealną akurat w momencie, w którym nestor Tulipanowego Koloru skończy mruczeć. 

Po zupie na stół kładziono drugie danie, w tym wypadku rzeczowniki zapiekane w cieście przymiotnikowym, gotowane czasowniki i delikatny, idealnie łączący wszystko w całość sos spójnikowy. Danie to było owiane wręcz legendą; receptura była zamknięta pod kluczem w najgłębszych odmętach Kuchmamiej kuchni, a każdy kto je skosztował miał do końca życia czuć się spełnionym. Podobno kiedyś, gdy została zapytana o źródło inspiracji przy tworzeniu tego arcydzieła techniki kulinarnej, Kuchmama uśmiechnęła się jedynie tajemniczo i powiedziała, że wszystko zaczęło się od bardzo dobrego słowa. 

Na koniec tego święta smaków, najedzonym, popuszczającym pasa mieszkańcom zostaje zawsze podany deser, dziś na tapecie – ciasto liczebnikowe z polewą wykrzyknikową, danie ekscytujące, stymulujące umysł i pobudzające do działania z chrupkim spodem, kremowym wnętrzem i wykrzyknikowym finiszem. 

Zadziwiające jest to, że mimo tak elektryzującego finału, mieszkańcy Tulipanowego Koloru zdają się od razu po zakończeniu uczty wracać do swoich form, masek, strachów i demonów, które zdawały się całkowicie zniknąć w trakcie jedzenia. 

Razem ze szczękiem odkładania ostatnich sztućców Tulipanowy Kolor cichnie, wraca do codziennej, sennej rzeczywistości, by znowu ożyć dopiero przed kolejnym wspólnym posiłkiem.

 

Koniec
Nowa Fantastyka