Jeśli taka wasza wola, idźcie, synowie i córki!
Nauczajcie Objawionej Prawdy, tam, gdzie mrok włada.
Otwórzcie oczy i serca niedowiarkom,
albowiem świętym jest powołanie kapłana!
Egzekutorzy przed bestiami was obronią,
które czyhają na życie ludzi dobrej woli.
Krzewicielami Objawienia bądźcie
i przedłużeniem mej myśli wielkiej.
Księga Świętego Letesa, rozdział piąty.
I. Kraniec świata
Dwóch jeźdźców przemierzało las. Jeden z nich dosiadający karego wałacha, był Czarnym Egzekutorem – łowcą bestii w ludzkiej skórze. Drugi mężczyzna na bułanej kobyłce miał na sobie białe szaty i pełnił funkcję Doradcy.
– Możesz mi przypomnieć, dlaczego mam ci towarzyszyć? – zapytał ten odziany w biel.
– Nie chcesz przeżyć przygody? Przekonać się na własnej skórze, przez co twój przyjaciel musi przechodzić prawie każdego dnia? – odparł sardonicznie Egzekutor.
– Szczerze mówiąc, nie. Życie jeszcze mi nie zbrzydło.
– Jeśli już mam spoglądać w twarz śmierci, to przynajmniej z przyjacielem u boku.
Obaj zamilkli. Wsłuchali się w pieśń natury. Wokół słychać było ptasie trele, skrzypienie gałęzi, szum liści oraz cichutkie odgłosy kroków leśnych zwierząt. Prawdziwy raj nieskażony bytnością człowieka. Choć na kilka chwil dwaj mężczyźni mogli wyciszyć obciążone troskami życia umysły. Pooddychać świeżym powietrzem i po prostu nacieszyć się pięknem i spokojem dziewiczej krainy.
– Wiesz, Faren? Mógłbym zamieszkać w takim miejscu. Z dala od Stolicy, ludzi, wpływu Kościoła Świętego Letesa. Tylko ja, jakaś śliczna dziewczyna oraz dzika przyroda. Zbudowałbym chatkę, żył z polowania i miał głęboko w rzyci resztę świata – zaczął Doradca.
– Piękne marzenie, Izmirze. Niestety niewiele pięknych kobiet gustuje w niskich, krępych i łysiejących – odpowiedział Egzekutor z szyderczym uśmieszkiem. Złośliwe docinki kierowane do kompana sprawiały mu wielką przyjemność.
– Przeciętny człowiek obraziłby się za taką wiązankę, albo wybiłby ci te słowa z gęby!
– W takim razie mam szczęście, że ty jesteś nieprzeciętny.
Izmir zawahał się przed ponownym otwarciem ust. Wiedział, iż takie pytania działały na Farena niczym krew na drapieżne zwierzę. Mimo to, świadom konsekwencji spróbował:
– A ty? Nie myślałeś nigdy o…
– Pomocy!!! – Rozmowę przyjaciół przerwał krzyk. Chrypliwy, męski głos. Obaj niezwłocznie ponaglili konie do cwału.
II. Wyzwanie
Pod rozłożystym jaworem na chyboczącym się pieńku stał kapłan Świętego Letesa. Na jego szyi zacieśniono pętlę z konopnego sznura. Miał zostać powieszony. Usiłował krzyknąć ponownie, lecz jeden z zebranych wokół drzewa drabów zdzielił go w twarz.
– Zawrzyj mordę, świątobliwy! Albo oko ci wyłupię! – wrzasnął bandyta.
– Niech szybko zawiśnie, nim jakiś ciekawski się tu zjawi – rzekł siedzący na hreczkowatym ogierze łotr, prawdopodobnie przywódca zgrai.
Nim wysoki, barczysty oprych z kapalinem na głowie oraz toporem w ręce usunął podporę spod nóg kapłana, uwagę zbójów odwrócił tętent kopyt. Wszyscy przygotowali broń do ataku, gotowi przelać krew intruzów bez najmniejszego wahania. Po chwili Faren i Izmir na rozpędzonych wierzchowcach wychynęli spoza zarośli. Zatrzymali konie i utkwili wzrok w stojących przed nimi bandytach. Siedmiu uzbrojonych drabów, jeden dosiadający ogiera. Bijąca od nich zła aura przytłoczyła Egzekutora. Dobył miecza i zeskoczył z siodła. Zbóje postąpili krok naprzód. Wiedzieli, z kim mieli do czynienia. Jeszcze chwilę temu byli gotowi rzucić się do ataku bez głębszego zastanowienia czy obawy. Teraz Faren czuł, iż opanował ich strach. Spojrzał na kapłana z pętlą na szyi i pierwszy odezwał się do łotrów:
– Dlaczego chcecie go powiesić?
– Nie twoja sprawa, ogarze Letesa! – rzucił ten, który groził duchownemu wyłupieniem oka.
– Zamknij się, Navik! – wtrącił zbir na koniu. – Świątobliwy zamordował jednego z mych ludzi i musi ponieść karę – dodał.
– Nie słuchajcie tego zwyrodnialca. Pomóżcie mi – wydusił błagalnie kapłan.
– Cisza! Egzekutorze, czy mam ci przypomnieć, gdzie się teraz znajdujesz? Dystrykt Dwunasty, Las Alneryjski. Tereny niewiernych, poza kontrolą twego kościoła. Więc z łaski swojej schowaj miecz i pozwól nam wymierzyć sprawiedliwość samodzielnie – rzekł herszt bandy.
– On ma rację, Faren. Tutaj pluje się na nasz autorytet, jedźmy dalej – zasugerował niepewnie Izmir.
– Co z tego? Ślepy samosąd bez udowodnienia winy to żadne rozwiązanie – odpowiedział Egzekutor. – Uwolnij tego człowieka. Już – dodał, zwracając się do przywódcy bandy.
– Albo co?
– Albo zginiesz jak pies.
– Chyba nie wiesz, z kim rozmawiasz! Jestem Halfdan z Mitrel zwany Podrzynaczem! Postrach całego dystryktu! – Łotr zeskoczył z konia i dobył rapiera, gotów stanąć do pojedynku.
– Taki straszliwy zbrodniarz, a ma jedynie sześciu głupców pod swym batem! – rzekł Faren z przekąsem.
– Ty kurwi synu! Stawaj do walki! Na śmierć i życie, żadnych zasad! Kto zwycięży, bierze świątobliwego!
– Na to właśnie czekałem.
III. Taniec ostrzy
Bandyci rozstąpili się, by zrobić miejsce dla walczących. Zbir w kapalinie stanął tuż obok kapłana, aby w razie porażki Czarnego Egzekutora prędko usunąć pieniek spod nóg duchownego. Izmir również wycofał się pod jawor. Nie pochwalał zachowania Farena. Dawno przekroczyli granicę strefy wpływów Kościoła Świętego Letesa i większość Egzekutorów zignorowałaby podobną sytuację. Faren był jednak inny. Niepoprawny idealista, który cały czas wierzył, iż naprawi wszelkie zło świata. Bardzo wyczulony na krzywdę, niesprawiedliwość oraz ciemnotę ludzką. Wzorowy bohater. W teorii, idealny Egzekutor. W praktyce, człowiek z ogromną łatwością pakujący się w tarapaty, codziennie ryzykujący własnym życiem dla sprawy niemożliwej do rozwiązania w ostateczny sposób. Nawet na samym krańcu Zbawionej Wyspy, gdzie grzech oraz bezprawie niepodzielnie władały żywotami ludzkimi, Faren nie chciał przyznać, iż człowiek nie zmieni całego świata w pojedynkę.
Cholerny narwaniec! – pomyślał Izmir. – Jakbyśmy nie mogli odjechać i kontynuować naszą misję.
Halfdan ruszył do ataku, Egzekutor również. Skrzyżowali ostrza. Herszt bandytów bardzo dobrze władał rapierem, lecz wojownik Letesa był silniejszy i bardziej zręczny. Czarny Egzekutor sprawnie parował wszystkie ciosy przeciwnika. Zbój na chwilę stracił równowagę, upadł na kolano. Faren wziął zamach do ostatecznego cięcia. Podrzynacz podjął próbę zablokowania ciosu. Miecz kościelnego wysłannika pozbawił bandytę dwóch palców, a rapier wyleciał mu z ręki niczym z procy. Sześciu oprychów obserwujących bacznie walkę warknęło chórem. Halfdan przeturlał się do tyłu, ujął w sprawną rękę garść piasku i wstając na równe nogi, sypnął szarżującemu Egzekutorowi w oczy. Faren krzyknął, zasłoniwszy twarz dłonią. Jeden z ziomków rzucił Podrzynaczowi tasak, herszt ponownie ruszył do ataku. Egzekutor w porę zrobił unik. Sparował następny cios, sam wyprowadził serię poziomych cięć. Bandyta z powodzeniem unikał ataków. Okręcił się na pięcie i próbował uderzyć na Farena z lewego boku. Egzekutor i tym razem szybko się cofnął. Wciąż przecierał piekące oczy dłonią, lecz z powodzeniem przewidywał ruchy wroga. Unikał cięć raz za razem. Czekał na odpowiednią lukę w serii ataków podejmowanych przez zdesperowanego Podrzynacza, aby jednym ciosem pozbawić go życia. Halfdan był jednak dobrym szermierzem, poruszał się lekko niczym tancerz. Ponadto Faren obawiał się kolejnego nieczystego ruchu z jego strony, gdyby raz jeszcze skrzyżowali ostrza. Nie chciał już dłużej czekać na odpowiedni moment, postanowił zaryzykować. Uniknąwszy kolejnego ciosu, odsłonił twarz. Chwycił zbira za dzierżącą broń rękę i przeszył pierś mieczem. Następnie kopnął wroga z całej siły w kolano, by powalić łotra na ziemię. Halfdan zawył jak dziki zwierz. Rozdarł się ponownie, kiedy Czarny Egzekutor wykręcił mu prawicę, aby go rozbroić. Tasak upadł na ziemię, Faren odkopnął go na bok i jednym szybkim cięciem pozbawił przywódcę bandytów głowy.
IV. Ocalony
– Szefie!!! Zapłacisz za to, pieprzony hyclu! – wychrypiał Navik, szarżując z buławą na Egzekutora.
Wielkolud uzbrojony w topór kopnął w pieniek utrzymujący kapłana. Sznur napiął się, a duchowny zaczął walczyć o oddech. Faren zignorował wściekłego zbója i ruszył z pomocą. Prędko znalazł się przy ofierze, przeciął pozbawiający tchu stryczek, następnie zaatakował olbrzyma w kapalinie. Ciął szybko i bezlitośnie. Drab zwalił się na ziemię niczym kłoda. Egzekutor zerknął na Izmira. Przed nim leżał Navik, Doradca rzucił w niego sztyletem, trafiając w nogę. Bandyta klął pod nosem, sycząc z bólu. Pozostała czwórka zbirów stała z rozdziawionymi szeroko gębami, gapiąc się tępo na wojownika Letesa. Czarny Egzekutor schował miecz, pomógł kapłanowi wstać na równe nogi i rzekł do pozostałych przy życiu oprychów:
– Odejdźcie i zostawcie nas w spokoju lub gińcie.
Nie odpowiedzieli. Ciszę przerwał jazgotliwy głos Navika:
– Nie stójcie tak! Pomóżcie mi, głąby kapuściane i spierdalajmy stąd! Letesowy pies wygrał.
Czwórka maruderów posłusznie wykonała polecenie. Podnieśli swego kompana, patrząc na Farena z mieszaniną strachu oraz podziwu. Następnie oddalili się bez słowa.
– Och, dziękuję za uratowanie życia, wysłannicy Kościoła. Gdyby nie wy, byłbym teraz dyndającym na gałęzi trupem – odezwał się duchowny. – Jestem Garios Krzewiciel. Co was sprowadza do tej dziczy, jeśli mogę spytać? – dodał.
– Na imię mi Faren – odparł wojownik w czerni. – A to jest mój Doradca, Izmir. Tydzień temu w tych okolicach zaginęło dwóch Egzekutorów. Biskupi z Rady Wywyższonych rozkazali nam zbadać tę sytuację.
– Kazali tobie! – wtrącił Izmir. – Ty dostałeś wiadomość, przeczytałeś ją i zgodziłeś się na wykonanie misji. Ja jestem tu z własnej woli.
– Już dobrze, przyjacielu. Nie gorączkuj się – powiedział Faren, szturchając oburzonego towarzysza w ramię. – Skoro jesteś Krzewicielem, prawdopodobnie wiesz, co ich spotkało – dodał, przeszywając Gariosa wzrokiem.
– Tak, niestety wiem – odparł kapłan, spuszczając głowę. – Byli przydzieleni do mnie i zginęli z rąk tych bandytów.
– Cóż, to było do przewidzenia – bąknął Doradca.
– Co z ciałami? – zapytał Czarny Egzekutor.
– Pochowałem ich na terenie wioski, w której mieszkam. Chodźcie, zaprowadzę was – rzekł Garios.
– Chwileczkę, te zbiry mówiły coś o morderstwie. O co dokładnie chodzi? – Faren wyczuł nieznaczną zmianę w aurze Krzewiciela. Mężczyzna nie mówił im wszystkiego.
– Ach, tak, Zmysł wojowników Świętego Letesa. Nie obawiaj się, nie będę ukrywał prawdy. Pozbawiłem życia jednego z nich. Banda Podrzynacza zabiła mych Egzekutorów, ponadto groziła mnie i mieszkańcom wioski, którą zobowiązałem się strzec, więc wysłałem im swego rodzaju ostrzeżenie. Powiem więcej po drodze, nie ma co mitrężyć.
Faren oraz Izmir popatrzyli po sobie i prowadząc konie, bez słowa ruszyli za Gariosem.
V. Ulotna chwila spokoju
Podczas wędrówki przez las Egzekutor zastanawiał się, jak ostatecznie rozwiązać zadanie, które stanowiło część świętego obowiązku. Sytuacja nabrała głębi. Ponownie zjawiły się tak znienawidzone przez Farena odcienie szarości. Morderstwo popełnione przez oprychów, którym wymierzył już stosowną karę, ale także grzech duchownego. Ręce splamione krwią po jednej i po drugiej stronie.
– A miało być tak łatwo, prawda? – Wydawało się, że Izmir wyczytał to pytanie z kłębiącego się w głowie Egzekutora wiru myśli. – Nie ufam temu Krzewicielowi, bądźmy ostrożni – dodał szeptem.
– Spokojnie, w razie potrzeby obronię cię – odpowiedział Faren.
– Pewnie, wymachiwanie mieczem wychodzi ci świetnie.
– Co masz na myśli? Jeśli chodzi o pojedynek z Podrzynaczem, to miałem wszystko pod kontrolą. Choć przyznaję, nie przewidziałem, że sypnie mi piaskiem w oczy. Spodziewałem się raczej, iż jeden z tych baranich łbów strzeli do mnie z kuszy albo wszyscy ruszą z pomocą swemu przywódcy.
– Czy podczas walki myślałeś może, co stałoby się ze mną, gdyby Halfdan cię zabił?
– Nie.
– Durniu! Zakuty łbie! Te zakapiory posiekałyby mnie na kawałki!
– Przestań, nie dałbym się zaszlachtować takiej nędznej szumowinie.
– Jesteś świetnym szermierzem, Faren, ale pamiętaj, że pycha kroczy przed upadkiem.
– Ostatni raz cię ze sobą zabrałem!
– Sprzeczacie się jak stare małżeństwo. To oznaka prawdziwej przyjaźni – wtrącił z ironią Garios.
– Miałeś opowiedzieć o szczegółach interesującej nas sprawy, zapomniałeś? – burknął Izmir.
– Za chwilę. Nacieszcie oczy i uszy pięknem tej dziewiczej krainy. Refleksje na temat odstręczającej groteskowości człowieka najlepiej poprzedzić zadumą nad niezwykłą cudownością przyrody.
Wszyscy trzej zamilkli. Liście potężnych buków szumiały jednostajnie pod wpływem wiatru. Dzięcioł wystukiwał swą charakterystyczną melodię, a zwinny lis przebiegł im drogę. W umyśle Doradcy Farena znów pojawiło się pytanie, które tak bardzo chciał zadać towarzyszowi, lecz prędko uznał, iż mimo sprzyjających okoliczności, nie był to odpowiedni moment. Na kilka chwil wspólna rzeczywistość trójki podążających do wioski mężczyzn przestała istnieć. Zniknął Kościół Letesa, święty obowiązek oraz wszelkie myśli o cywilizowanym świecie jedynej wiary. Pozostał jedynie spokój, błogość i marzenia o lepszym życiu.
VI. Początek wyznania
– Cóż, prawdopodobnie wiecie, jak Krzewiciele trafiają do takich miejsc – zaczął duchowny. – Po uzyskaniu stosownej zgody od Rady Wywyższonych, wyruszyłem ze Stolicy wraz z Gambrinem i Vulfrikiem. Moja chorobliwa ambicja oraz determinacja zawiodły mnie do owego dystryktu. Słynna „Dwunastka”, w której bezprawie, grzech, a także pogarda wobec wiary stanowiły chleb powszedni każdego człowieka. Raczenie ludzi wyssanymi z palca historyjkami to ukryty talent naszych biskupów, prawda? Chcę przez to powiedzieć, że nie spotkałem się z taką heretycką swołoczą, jaką mnie straszono. Bandy grasantów oraz dziwny kult bożka moczarów to jedyne poważne „problemy” tej okolicy. Niewierni okazali mi życzliwość oraz troskę, mimo iż cechowała ich ignorancja wobec religijnych symboli oraz nauk Księgi Świętego Letesa. Mówiąc krótko: byłem zaskoczony.
– Do rzeczy, przyjacielu – pospieszył go Izmir.
– Przepraszam, od czasu śmierci mych Egzekutorów nie miałem okazji z nikim podzielić się spostrzeżeniami. Dla mieszkańców wioski to zwykła codzienność, a tego typu pogawędki po prostu ich nudzą. Odnaleźliśmy tę osadę podczas podróży do Bursztynowego Portu. Mała, cicha wioseczka w głębi lasu zamieszkana przez myśliwych i rzemieślników.
– Jak udało ci się ich nawrócić? – dopytał Faren.
– Szczerze mówiąc, nie mam pojęcia. Przeczytałem kilka ustępów z Księgi, opowiedziałem krótko o Letesie oraz jego Objawieniu, a oni słuchali z ciekawością niczym dzieci poznające jakaś starą baśń. Przyjęli nową wiarę bez najmniejszego oporu. Zaakceptowali Egzekutorów jako strażników prawa i porządku, a mnie zaczęli nazywać Wielebnym.
– Nie wydało ci się to dziwne? – zapytał Doradca.
– Oczywiście, wszyscy trzej biliśmy się z myślami przez kilka dni, jednakże, gdy starszyzna wezwała mnie na rozmowę, wreszcie zrozumiałem. Potrzebowali ochrony przed bandytami oraz kultystami, a Objawioną Prawdę uznali za warunek konieczny do zawarcia z nami swego rodzaju sojuszu. Och, gdyby misje wszystkich Krzewicieli tak szybko kończyły się sukcesem, Dystrykt Dwunasty byłby już pod kontrolą Kościoła.
– Rozsądni ci wieśniacy, aż za bardzo rozsądni… – dumał Izmir.
– Co masz na myśli? Do niczego ich nie zmuszałem, sami podjęli decyzję o nawróceniu.
– Chciałbym zobaczyć tę wioskę na własne oczy – rzekł Czarny Egzekutor.
– Już niedaleko – odparł Garios.
Istotnie, po dłuższej chwili spomiędzy drzew oraz zarośli wyłoniły się strzechy wiejskich chat i solidnie zbudowana palisada.
VII. Bastion wiary
Stanęli przed bramą, która otwarła się na polecenie kapłana. Przywitała ich grupa uzbrojonych mieszkańców. Szczupła, rudowłosa dziewczyna o pięknej twarzy dzierżąca łuk, wysoki brodacz trzymający kosę z postawionym na sztorc ostrzem oraz dwóch krępych chłopów zaciskających dłonie na siekierach.
– Wielebny, nareszcie wróciłeś – powiedziała na przywitanie łuczniczka. – Już mieliśmy wyruszyć na poszukiwania. Martwiliśmy się.
– Złapał cię Podrzynacz? – dopytał wielkolud z kosą.
– Spokojnie, Eileen. Nic mi nie jest. Jestem cały i zdrowy, dzięki tym dwóm przybyszom – odparł Garios, wskazując Farena oraz Izmira. – Masz rację, Yarro, bandyci chcieli mnie powiesić, ale nie będą już mieli okazji się zemścić, ponieważ ich herszt gryzie ziemię.
Egzekutor i jego towarzysz przyglądali się uważnie wiosce oraz jej mieszkańcom. Osada nie była duża, naliczyli osiem krytych strzechą chat, a także drewnianą kaplicę z uplecionym z wikliny symbolem Objawienia zawieszonym nad wejściem. Wieśniacy spoglądali na nich raczej z ciekawością niż strachem lub pogardą. Kilku poszeptywało między sobą i pokazywało Farena palcem, zapewne rozpoznając w nim wojownika Kościoła. Wszyscy wyglądali bardzo zwyczajnie, choć nie widać było u nich wielkiego przywiązania do nowej religii. Na przykład żaden z mieszkańców nie wykonał znaku Świętego Letesa na widok Czarnego Egzekutora. Garios i jego świta w końcu zatrzymali się w centrum osady.
– Panowie, oto wioska Ulfott, bastion jedynej słusznej wiary w Lesie Alneryjskim. Eileen, Yarro, Mikus oraz Kastor to członkowie oddziału chłopskiej milicji, który zajmuje się obroną wioski od czasu śmierci Gambrina i Vulfrika – oznajmił duchowny.
– Miło poznać – rzucił lakonicznie Faren.
– Pochowałem poległych Egzekutorów na cmentarzu za kaplicą. Chodźmy, tam opowiem dalszy ciąg mej historii.
Dwóch przyjaciół niezwłocznie poszło za Krzewicielem, milicja wróciła strzec głównej bramy, a siedzący do tej pory na pieńku chłopak w słomianym kapeluszu zerwał się z miejsca i zajął końmi przybyłych.
Za wiejską świątynią Egzekutor i jego Doradca zobaczyli dwa usypane z ziemi kopce, na wysokości głów zmarłych wbito miecze i zawieszono na nich wiklinowe symbole Objawienia. Przy grobach kręciła się młoda chłopka, Garios szepnął jej coś do ucha, a ta pobiegła szybko w stronę centrum wioski. Faren przeniósł spojrzenie na kapłana, duchowny chrząknął i zaczął dalszą część swego wyznania.
VIII. Dowód zbrodni
– Halfdan z Mitrel i jego banda byli istną zmorą Lasu Alneryjskiego – kontynuował kapłan. – Napaście, rozboje, kradzieże oraz morderstwa stanowiły ich codzienność. Wielu podróżnych, kupców lub zwykłych drwali ginęło przez kaprys Podrzynacza. To, iż jego niegodziwa zgraja zainteresuje się wioską Ulfott, było jedynie kwestią czasu. W końcu nadszedł ów dzień. Halfdan zaproponował układ, wymianę towarów, jak sam powiedział. Ja, Gambrin oraz Vulfrik mieliśmy ruszyć z nim do obozu, aby porozmawiać o szczegółach owego błyskotliwego planu. Niestety, nie przewidzieliśmy, że to pułapka. Zbóje byli przebiegli. Zdawali sobie sprawę, iż nie pokonają dwóch Czarnych Egzekutorów w honorowej walce, toteż postanowili pozbyć się ich za pomocą podstępu. Na miejscu podano nam wino z dodatkiem Sennego Ziela, to roślina przytępiająca zmysły rosnąca na moczarach. Natychmiast zadziałała na Egzekutorów, którzy wypili alkohol jednym haustem. Ja zwlekałem ze zwilżeniem ust, czułem, że Podrzynacz coś knuje i miałem rację. Próbowałem im pomóc, przemówić do rozsądku, szarpałem ich, próbowałem ocucić, lecz na próżno. Zachowywali się jak zagubione dzieci. Wtedy z namiotów wyszły uzbrojone w kusze łotry. Zamordowali Gambrina i Vulfrika z zimną krwią, a ja zacząłem biec, ile sił w nogach. Bełty przelatywały ze świstem nad moją głową. Podrzynacz śmiał się głośno, stojąc nad trupami Egzekutorów. Cudem uszedłem z życiem.
Przerwał na chwilę. Chłopka, której wyszeptał coś do ucha, wróciła z sakwą pod pachą i przekazała ją Krzewicielowi. Faren oraz Izmir słuchali dalej.
– Mieli rację, gdy oskarżali mnie o morderstwo, w ramach zemsty kazałem zabić jednego z nich. Eileen i Yarro ruszyli do lasu. Śledzili bandytów cały dzień. Gdy jeden ze zbirów odłączył się od grupy, ogłuszyli go, a następnie poderżnęli gardło. Zawartość sakwy, którą trzymam w rękach, do niedawna zatknięta była na paliku przy głównej bramie. Ostrzeżenie dla tych szumowin.
Garios wyciągnął z worka odciętą głowę bandyty i rzucił ją pod nogi przybyszów. Ich nozdrza uderzył okropny smród zgnilizny.
– Nie żałuję, Egzekutorze. Zabilibyśmy ich wszystkich, gdybyś się nie zjawił. Oko za oko, ząb za ząb, życie za życie. Takie są prawa odwetu.
Faren nie odpowiedział. Izmir także zamilkł. Ciszę ponownie przerwał kapłan:
– Napiszę list do Rady Wywyższonych. Poinformuję ich, co spotkało Egzekutorów. Wy dostarczycie go do Stolicy. Muriela wskaże wam chatę, w której możecie odpocząć przed wyruszeniem w drogę. – Spojrzał na stojącą obok chłopkę. – Posilicie się i prześpicie do rana. Nazajutrz chciałbym usłyszeć, czy zamierzasz mnie osądzić, Farenie. Życzę dobrej nocy, muszę pomówić ze starszyzną wioski.
Opuścił cmentarz, a wieśniaczka schowała odciętą głowę i zaprowadziła wysłanników Kościoła do ich tymczasowej sadyby.
IX. Refleksje
Słońce powoli kryło się za horyzontem, gdy Faren i Izmir po skromnej wieczerzy runęli wyczerpani na posłania ze słomy, ułożone blisko płonącego w małym kominku ognia. Przykryci derkami, myśleli o tym, co opowiedział im Garios.
– Czegoś tu nie rozumiem – rzucił nagle Doradca.
– Nie pierwszy raz – odparł szyderczo Faren.
– Przestań, mówię poważnie. Myślę, że Krzewiciel kłamie.
– Ja też tak uważam. Egzekutorzy prawdopodobnie wyczuliby dodane do wina ziele. Poza tym, dlaczego nie powiadomił Rady o śmierci swych towarzyszy i musieli wysłać mnie?
– Ale gnijący czerep był prawdziwy, więc naprawdę zabił tego bandytę. Co z jego aurą?
– Bez drastycznych zmian. Doskonale ją tłumi albo rzeczywiście ma na sumieniu tylko jednego oprycha.
– A co jeśli zamordował też Gambrina i Vulfrika? Będziesz musiał go osądzić.
– Jutro wyciągniemy z niego prawdę. Jeśli będzie trzeba, nawet siłą. Idź już spać, to był długi, męczący dzień.
Faren ziewnął i przewrócił się na bok. Izmir posłuchał rady przyjaciela.
Krzewiciel Garios przysiadłszy na stołku, zapalił fajkę. Naprzeciw niego przy długim stole biesiadowało pięciu starców. Łapczywie pożerali kolejne kawały pieczonego mięsa w blasku świeżo zapalonych świec. Kapłan odwrócił wzrok, czekał tylko na przesiąknięte szyderstwem pytanie z ust któregoś z ucztujących.
– Nie jesteś może głodny, synu? – Doczekał się. Zadał je pierwszy staruch o bełkotliwym głosie, szczerzący żółte zęby i ogryzający następną kostkę ludzkiego palca. Ohydne, stare świnie. Ludożercy. Prawdziwi przywódcy wioski Ulfott.
– Co zrobimy z tymi przybyszami? – wydusił cicho, jak na uległego i posłusznego niewolnika przystało.
– To, co zwykle. Zabijemy – odparł drugi członek starszyzny, beknąwszy przeciągle.
– Odegrałem swą rolę, jednak czuję, że nie do końca mi wierzą. Są sprytni. Może lepiej ich oszczędzić? Wątpię, aby nas osądzili lub donieśli Radzie.
– Będą dążyć do poznania prawdy, jak myślisz, co zrobią, gdy już ją poznają? Ci dwaj muszą zginąć – wtrącił dziad o żółtych zębach.
– Nie! Dam im list, którego potrzebują i puszczę wolno – rzekł zdecydowanie duchowny.
– Ty jebany zafajdańcu! – rozdarł się następny starzec, waląc pięścią w stół. – Znaj swoje miejsce, kundlu albo każę uciąć ci jęzor! Twoi nowi przyjaciele nie wyjadą stąd żywi. Jutro ich zabijemy, a ciałami najemy się do syta. Zrozumiałeś, wyrzutku?
– Nie są tak naiwni, jak Gambrin i Vulfrik. Widziałem na własne oczy, jak walczy ten Faren. Jest niepokonany. Ciżba wieśniaków z widłami nie da mu rady – odparł Garios.
– Dosyp im czegoś do napitku – zasugerował czwarty staruch, oblizując się.
– A jeśli wyczują podstęp?
– Wracaj do siebie i nie przeszkadzaj nam w uczcie, synku – rzekł pierwszy.
– Właśnie. I pamiętaj, komu służysz, psie! – rzucił na pożegnanie ostatni obrzydliwiec.
Krzewiciel opuścił chatę starszyzny. Miał już dość bycia nędznym sługą kanibali. Wiele ryzykował, sprzeciwiając się swym panom, lecz wydarzenia minionego dnia utwierdziły go w przekonaniu, iż mimo strasznych konsekwencji bunt stanowił jedyną słuszną drogę. Nazajutrz zamierzał wyjawić całą prawdę kościelnym wysłannikom i ocalić ich od zguby, tak jak oni uratowali jego.
X. Dzień sądu
Farena zbudziły okropne krzyki wieśniaków. Wzuł buty, chwycił miecz i dał kuksańca Izmirowi, by wyrwać go z błogiej krainy snów. Doradca słysząc straszliwe wrzaski, prędko zerwał się z posłania, a następnie wybiegł za przyjacielem na zewnątrz. Otwarłszy drzwi chaty, ujrzeli chaos. Strzechy domów płonęły, wieśniacy ganiali z napełnionymi wodą cebrzykami, a chłopska milicja walczyła przeciw bandytom. Wschodzące słońce skąpało świat w jasności, co potęgowało piekielny charakter dookolnego pandemonium. W grupie atakujących szumowin Egzekutor zobaczył Navika – zbira ze zgrai Podrzynacza. Dosiadał gniadego rumaka i wymachiwał zapaloną pochodnią, rechocząc podle. Ich spojrzenia się spotkały.
– No, no, ogar Letesa! – rzekł oprych. – Mamy szansę wyrównać rachunki. Wezwałem na pomoc chłopców z innych band. Zdechniesz razem z tymi zawszonymi wsiurami!
Faren nie odpowiedział. Przepełniony gniewem ruszył na łotra. Pięciu uzbrojonych drabów otoczyło Navika i bez wahania zaatakowało Egzekutora. Pierwszy z toporem w rękach zwalił się z krzykiem na ziemię, nim wojownik Kościoła zadał cios. Sztylet rzucony przez Izmira trafił bandytę w szyję, grasant zginął szybko. Drugi uzbrojony w jednoręczny miecz wziął zamach, Czarny Egzekutor sparował cios, ciął z doskoku trzeciego wroga, następnie przeszył pierś czwartego. Drugi oraz piąty zaatakowali jednocześnie. Rozbrzmiał szczęk mieczy. Wszyscy trzej skrzyżowali ostrza. Łotrzy byli silni, pchali Farena w stronę rechoczącego Navika bawiącego się buławą.
– A teraz roztrzaskam ci łeb! – wychrypiał głosem pełnym chorego entuzjazmu.
Doradca Izmir podniósł leżącą przy zmasakrowanym trupie siekierę i ruszył na pomoc przyjacielowi. Nagle bok jednego z siłujących się z Egzekutorem zbójów przebiła strzała. Oprych chwilowo przestał napierać, Faren wykorzystał sytuację. Kopnął rannego wroga w brzuch, drugiego uderzył ciosem wyprowadzonym znad głowy. Ostrze przerżnęło pionowo twarz draba, a ten wrzeszcząc opętańczo, upadł na kolana. Navik prędko zeskoczył z konia, ruszył do ataku, wymachując buławą na wszystkie strony. Kolejne strzały przeszyły rannego zbira. To była łuczniczka Eileen z oddziału chłopskiej milicji. Bandyta wyzionął ducha, a Egzekutor odwrócił się w stronę Navika. Uniknął kilku potężnych zamachów maczugą, by następnie błyskawicznie ciąć wroga z półobrotu. Atak rozpłatał łotrowi gardło, krew trysnęła na ścianę podpalonej chaty, a niegodziwiec padł, rzężąc i dławiąc się własną posoką.
Zdyszany Faren prędko pobiegł wspomóc w walce chłopską milicję, Izmir uzbrojony w siekierę pospieszył za towarzyszem. Uderzyli na ścierających się z wieśniakami maruderów. Czarny Egzekutor ranił pierwszego przeciwnika w brzuch, drugiego pchnął prosto w serce. Doradca zdzielił następnego styliskiem siekiery. Kolejnego przebił widłami wściekły chłop. Ostatniego ogłuszyła i zadźgała puginałem Eileen. Od strony chaty starszyzny nadjechała czwórka kuszników. Konie galopowały w stronę Farena oraz pozostałych przy życiu mieszkańców. Bandyci wycelowali.
– Rozproszyć się! – krzyknął Egzekutor.
Izmir i wieśniacy natychmiast wykonali rozkaz. Kusze wystrzeliły. Bełty leciały ze świstem do celu. Chłop z widłami poległ trafiony w oko, wojownik Letesa odbił mieczem wycelowany w niego pocisk, a łucznicze grot rozharatał policzek. Wściekła Eileen posłała wrogom odpowiedź. Trafiła śmiertelnie pierwszego, drugiemu strzała zraniła ramię, a dwóch pozostałych wycofało się, aby ponownie przygotować broń do wystrzału. Wierzchowiec ranionego zbója stanął dęba, a ten zleciał z siodła. Nie zdołał wstać czy też dobyć przytroczonego do pasa korda, gdyż Faren w mgnieniu oka znalazł się przy nim. Przeszył zbója spojrzeniem swych błyszczących oczu i pozbawił życia.
XI. Odkupienie
Dochodziło południe, gdy ostatecznie wyparto wszystkich napastników i ugaszono podpalone domostwa. Następnie ocalali zajęli się liczeniem zabitych oraz opatrywaniem rannych. Izmir siedział na pieńku, wzdychając głęboko, podczas gdy Faren oparty o studnię, czyścił ostrze z posoki. Doradca spojrzał na swego przyjaciela.
– W porządku? – spytał nagle.
– Tak – odparł zwięźle Egzekutor.
– Ilu usiekłeś? Dziesięciu?
– Czternastu i jeden dobity.
– Niezły wynik jak na jeden dzień. Ja zabiłem dwóch, a dwóch ogłuszyłem.
Faren lekko się uśmiechnął.
– Znalazłeś Gariosa? – rzucił ponownie Izmir.
– Eileen go szuka. Musiałem trochę odsapnąć po tej harataninie.
– Ja również nieco się natrudziłem, pomagając w gaszeniu ognia. Mam nadzieję, że kapłan żyje, inaczej nie docieczemy prawdy.
Obaj zamilkli. Doradca postanowił wykorzystać okazję na zadanie towarzyszowi pytania, które kłębiło się w jego umyśle, odkąd dotarli do Lasu Alneryjskiego.
– Słuchaj, nie myślałeś nigdy o rozpoczęciu nowego życia? O porzuceniu tego wszystkiego i zamieszkaniu na krańcu świata. Mówiąc wprost: nigdy nie pragnąłeś odejść z Zakonu Czarnych Egzekutorów, odnaleźć prawdziwą miłość oraz spokój, osiąść w nieskalanym ludzkim złem raju? Wiesz, bo ja… coraz poważniej myślę o opuszczeniu Kościoła. Odczuwam bezsens w tym, co robimy, w naszym świętym obowiązku. Zastanawiałem się więc, czy ty…
– Nie – przerwał mu Faren, patrząc przenikliwie na kompana błyszczącymi oczyma. – Jestem wojownikiem Świętego Letesa, nie widzę siebie jako rzemieślnika, kupca czy rolnika. Mieczem walczę i od miecza zginę.
Izmir spodziewał się takiej odpowiedzi.
– Poza tym, spójrz na tę pożogę – dodał Egzekutor. – To skutek mieszkania w raju na końcu świata.
Prędko schował miecz i opuścił przyjaciela. Izmir westchnął, zwiesiwszy głowę. To była niewłaściwa chwila na zadawanie takich pytań.
Faren pogrążył się we własnych myślach. Może jego Doradca miał rację? Może święty obowiązek rzeczywiście był walką skazaną na porażkę? Piętnaście bestii zginęło tego dnia z jego ręki, jednakże za jakiś czas z innej dziury wypełzną kolejne, liczniejsze i jeszcze bardziej niegodziwe. Cykl zła oraz chaosu przypominał węża pożerającego własny ogon. Nieskończona pętla grzechu i tego, co najgorsze w ludzkości. Czy wstąpienie na ścieżkę zepsucia rzeczywiście stanowiło ponure przeznaczenie człowieka?
Głos Eileen przerwał rozmyślania Egzekutora. Obok łuczniczki stał Garios, uciskając ranny bok dłonią. Faren podbiegł do nich.
– Krzewicielu, co… – zaczął.
– Słuchaj, nie mam wiele czasu. – przerwał duchowny, usiadłszy na trawie. Wyciągnął z kieszeni szaty dwa zwoje pergaminu. Jeden zapieczętowany czerwonym woskiem, drugi obwiązany sznurkiem. – Straciłem dużo krwi, czuję już na karku oddech śmierci. To zabezpieczona wiadomość do Rady Wywyższonych, dostarczcie ją do Stolicy. – Podał Farenowi zwój i splunął na ziemię krwawą flegmą. – A to list dla was, spisałem w nim całą prawdę. Mroczną, straszną prawdę. Mimo to wierzę, iż oszczędzisz ocalałych mieszkańców wioski, już dość wycierpieli. Zasługują na drugą szansę. Instygatorzy zbrodni, czyli członkowie starszyzny… zginęli w ataku bandytów, więc… już ich osądzono… Ja również zostanę ukarany… śmierć za śmierć… życie za życie… Gambrin… Vulfrik…
Kapłan zakasłał, ponownie splunął krwią. Egzekutor wziął drugi zwój, przyklęknął i rzekł:
– Natychmiast ruszamy do Stolicy, Gariosie. Dziękuję.
– Idźcie w pokoju. Niech was prowadzi wielka myśl Świętego Letesa – odparł Krzewiciel.
Złożył głowę na trawie, zamknął oczy i wyzionął ducha.
– Śpij spokojnie, Wielebny – wydusiła przez łzy Eileen.
XII. Światło w ciemności
Faren i Izmir odpoczywali przy ognisku, nad którym piekł się upolowany wcześniej zając. Przywiązane do drzewa konie skubały leniwie trawę. Doradca łapczywie ogryzał zajęczą kość z mięsa, a Egzekutor czytał uważnie list Gariosa. Po dłuższej chwili odłożył go na bok i powiedział, spoglądając na towarzysza:
– Nie do wiary.
– Co takiego? – spytał Izmir, tłumiąc beknięcie.
– Musisz sam to przeczytać.
– Dawaj.
Wojownik Letesa już miał podać kompanowi pergamin, lecz nagle w głowie zaświtała mu odmienna myśl. Zgiął epistołę w pół i wrzucił do płonącego ogniska.
– Co ty robisz? Upadłeś na głowę!? – żachnął się Doradca.
– Tak będzie lepiej, wierz mi. Po drodze wszystko ci opowiem.
– No, dobrze, trzymam cię za słowo. Co z tą łuczniczką i ocalałymi wieśniakami?
– Eileen powiedziała, że ruszą do Bursztynowego Portu i tam zaczną nowe, lepsze życie. Wtedy nie wiedziałem, co miała na myśli, teraz wszystko jasne.
– Proszę o podpowiedź, umieram z ciekawości – rzucił Izmir z lekkim uśmieszkiem.
– Ludożercy – odpowiedział beznamiętnie Faren. Uśmiech natychmiast zniknął z twarzy jego przyjaciela.
– Kurwa, to straszne… Czy Garios…
– Nie, był jedynie ofiarą. Narzędziem w rękach tajemniczej starszyzny. Gdyby nie jego odwaga podzielilibyśmy los Gambrina oraz Vulfrika. Ostatecznie odkupił winy. Zastanawia mnie brak zmiennej aury w całej wiosce. Najwyraźniej kanibalizm stanowił zwykły element codzienności mieszkańców.
– A co jeśli ta Eileen i jej ludzie będą robić to samo w mieście?
– Spotka ich kara, choć Krzewiciel w swym liście twierdzi, iż dziewczyna nie była zamieszana w te praktyki, więc może utrzyma na wodzy głodny tuzin ocalałych. Dlatego nazywano ją wyrzutkiem. Jeśli naprawdę wieśniacy z Ulfott pragną zacząć od nowa, będą zmuszeni dostosować się do tego brutalnego świata.
– Masz rację, przyjacielu.
– Może rzeczywiście jeden, dwóch czy trzech ludzi nie zaradzi wszystkim trawiącym tę ziemię okropieństwom?
– Chcesz coś powiedzieć?
– Tak. Wracając do twego pytania, Izmirze: chciałbym opuścić Zakon Czarnych Egzekutorów. Wieść zwyczajny, spokojny żywot u boku pięknej kobiety, lecz wiem, iż to marzenie nie ma prawa się spełnić. Będąc przez te jedenaście lat mieczem Kościoła Świętego Letesa, zbudowałem sobie bardzo ciasną oraz wytrzymałą klatkę, z której trudno wydostać się bez pomocy.
– Ja mogę ci pomóc.
– Ugrzęzłem w gównie własnego, ponurego życia, lecz potrzebuję więcej niż jednej, przyjacielskiej ręki, by się wydostać. To wszystko.
– Jeśli pośród największych ciemności odnalazłeś towarzysza niedoli, to jesteś już w połowie drogi do spełnienia marzeń o ujrzeniu światła.
– Dzięki za radę, Izmirze, ale nie rozmawiajmy już o tym, zgoda? – Twarz Egzekutora rozjaśnił lekki uśmiech.
– Jak sobie życzysz, przyjacielu.
Obaj zabrali się do jedzenia w akompaniamencie pieśni cykad oraz świerszczy.