- Opowiadanie: beeeecki - Raport z dnia potępienia

Raport z dnia potępienia

Opo­wia­da­nie na kon­kurs, sta­no­wią­ce in­ter­pre­ta­cję ob­ra­zu “Straż­ni­ca po­tę­pio­nych” Pani Anny Słoncz. Obraz wy­ko­rzy­stu­ję wraz z ty­tu­łem, bo gdy go prze­czy­ta­łem, w mojej gło­wie była tylko ta hi­sto­ria. Mam na­dzie­ję, że udało mi się ją ująć w de­li­kat­nie nowy spo­sób.

Za­pra­szam do lek­tu­ry!

A be­tu­ją­cym cześć i chwa­ła!

 

Tagi takie sobie wy­szły, ale nie moja wina, że nic nie pa­so­wa­ło :)

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Raport z dnia potępienia

Za­wie­wa moc­niej­szy wiatr i ude­rza nas w twa­rze. Opie­ra­my się po­dmu­chom i zde­ter­mi­no­wa­ni brnie­my dalej.

Ota­cza nas pięk­ny i zie­lo­ny kraj. Pach­ną kwit­ną­ce drze­wa, w słoń­cu mie­nią się doj­rze­wa­ją­ce owoce, stru­mie­nie szu­mią me­lo­dyj­nie, a dotyk mięk­kiej trawy na na­szych łyd­kach jest ni­czym ko­ją­ce gła­ska­nie.

My jed­nak czu­je­my się obco po­śród tej sie­lan­ki, jakby twar­dy marsz za­kłó­cał ła­god­ność kra­jo­bra­zu, a nasz cel był czymś nie­go­dzi­wym w tym spra­wie­dli­wym świe­cie.

Ale prze­cież taki jest Za­mysł.

Znów nagły po­wiew. Jest nie­na­tu­ral­nie silny, a nosi w sobie za­po­wiedź cze­goś jesz­cze moc­niej­sze­go. Przy­wie­wa du­szą­cy smród spa­le­ni­zny. Nie­któ­rzy z nas kasz­lą. Po­dmuch mija, a po­go­da się uspo­ka­ja. W od­da­li ćwier­ka­ją ptaki.

 

***

 

Mi­chał czuł, że choć pod­pie­ra­nie fi­la­ra pod­czas balu nie przy­no­si chlu­by, to jed­nak nie musi się tego wsty­dzić. Było mu wspa­nia­le na ubo­czu, gdzie mógł jeść słod­kie wi­no­gro­na i po pro­stu pa­trzeć.

Jego oczy chło­nę­ły oto­cze­nie, a widok po­ru­szał do głębi. Ko­chał świat wokół, w któ­rym Słoń­ce i gwiaz­dy sta­no­wi­ły sufit, pod­ło­gę i ścia­ny, ro­śli­ny miały je­dy­ną praw­dzi­wą zie­leń, a owoce naj­wspa­nial­szy smak. Bal trwał tu nie­ustan­nie, a wraz z nim mu­zy­ka, sta­no­wią­ca wie­czy­ste tło. W jej rytm włą­cza­li się wszy­scy, nie z przy­mu­su, a z na­tu­ral­nej po­trze­by. Każdy tań­czył i śpie­wał po swo­je­mu, ale za­wsze w do­sko­na­łej har­mo­nii z pozostałymi.

Wśród wi­ru­ją­cych w walcu par dało się do­strzec naj­ja­śniej­szy punkt – la­tar­nię, lśnią­cą bla­skiem czy­ste­go Za­my­słu. Była osią, wokół któ­rej krą­ży­li wszy­scy go­ście, tak, jak Zie­mia i inne pla­ne­ty krą­ży­ły wokół Słoń­ca. Nawet Mi­chał ze swo­jej po­zy­cji na ubo­czu, pod­świa­do­mie wo­dził za nią wzro­kiem. Naj­czyst­sze białe świa­tło od­bi­ja­ło się w jego oczach, roz­świe­tla­jąc duszę, aż chciał wzle­cieć i wy­śpie­wać słowa chwa­lą­ce Za­mysł.

Nie zro­bił tak, ale chwil­kę póź­niej uczy­nił to inny z bie­siad­ni­ków, do któ­re­go do­łą­czy­li się na­stęp­ni. Jeden z chó­rów wzniósł się nad prze­źro­czy­stą pod­ło­gę i za­śpie­wał czy­stą, chwa­leb­ną pieśń.

Mi­chał pa­trzył na to z uśmie­chem. Nie umknę­ła mu jed­nak po­stać zbli­ża­ją­ca się do niego, zgrab­nie prze­cho­dzą­ca po­śród tłu­mów bia­łych szat.

– To chyba nowy po­mysł, Lu­cy­fe­rze – za­uwa­żył Mi­chał, wska­zu­jąc na la­tar­nię, którą przy­sło­nię­to nie­wiel­ką, gra­na­to­wą na­rzut­ką, przy­po­mi­na­ją­cą roz­gwież­dżo­ne niebo. Ma­lut­kie punk­ci­ki mie­ni­ły się, jed­nak siła świa­tła nie była aż tak wiel­ka.

– Nic nie uciek­nie twym oczom, Mi­cha­le. Z nas wszyst­kich, ty otrzy­ma­łeś wy­jąt­ko­wy dar! – po­chwa­lił Lu­cy­fer, po­sy­ła­jąc mu przy­ja­zny uśmiech. – Inny aspekt Za­my­słu, inne pięk­no – po­wie­dział i po­ka­zał bli­żej na­rzut­kę lampy. – To wciąż to samo świa­tło, ale za­chwy­ca od­mien­nie, nie są­dzisz?

– Tak, masz rację – stwier­dził za­fa­scy­no­wa­ny Mi­chał. – Chwa­lisz moje oczy, ale ty jeden po­tra­fisz od­kry­wać nowe aspek­ty Za­my­słu. To jest dar!

– Czyż­by prze­ma­wia­ła przez cie­bie za­zdrość? – prych­nął roz­ba­wio­ny Lu­cy­fer.

– Do­brze wiesz, że nie po­tra­fił­bym jej od­czu­wać. – Mi­chał nie sły­nął z po­czu­cia hu­mo­ru.

– Być może po­tra­fiłbyś. – Lu­cy­fer nie­spo­dzie­wa­nie spo­waż­niał. W stłu­mio­nym świe­tle lampy jego ob­li­cze wy­glą­da­ło nie­zwy­kle do­stoj­nie. – Znasz cały Za­mysł. Wiesz, że za­zdrość, gniew i nie­na­wiść ist­nie­ją. Ro­zu­miesz je.

– Wiem, że ist­nie­ją, tak. Ale ich nie ro­zu­miem – przy­znał Mi­chał, samemu mając ten­den­cję do po­waż­nie­nia, gdy inni się we­se­li­li. W od­da­li chór wzniósł ko­lej­ny toast na cześć stwo­rze­nia.

– Cóż. Obcy jest nam czas, ale i tak zro­zu­mie­nie nie przy­cho­dzi od razu – od­parł men­tor­sko Lu­cy­fer, przy­jaź­nie kle­piąc brata po ra­mie­niu. – Oba­wiam się, że brak zro­zu­mie­nia może za­szko­dzić Za­my­sło­wi. Mu­si­my po­znać praw­dę, Mi­cha­le, o sobie i o czło­wie­ku.

– Mu­si­my słu­żyć. Za­my­sło­wi i czło­wie­ko­wi – przy­po­mniał Mi­chał.

Lu­cy­fer rzu­cił mu krót­kie spoj­rze­nie, w któ­rym wy­ga­sa­ją­ce roz­cza­ro­wa­nie ustą­pi­ło mi­ło­ści do brata.

– Spró­buj to przy­po­mnieć swemu bratu! – rzu­cił Lu­cy­fer, wska­zu­jąc na wy­bi­ja­ją­ce­go się ponad chór Ga­brie­la, który mocną arią za­koń­czył śpiew.

Mi­chał po­pa­trzył na Lu­cy­fe­ra. Za­śmia­li się i po­pi­li słod­kiego raj­skiego wina.

 

***

 

Ota­cza nas gęsta mgła. Za­czy­na się ła­god­nie, lekko spo­wi­ja kra­jo­braz, ni­czym zwiew­na pa­ję­czy­na, zwia­stu­ją­ca koń­ców­kę lata. Z po­cząt­ku jest biała, potem szara, mo­men­ta­mi nie­mal czar­na. Osia­da na twa­rzach i zo­sta­wia­ lep­kie kro­ple. Zdaje się oznaj­miać, że nic do­bre­go z na­szej wę­drów­ki nie wy­nik­nie.

Ktoś do­strze­ga mrocz­ne cie­nie, szy­bu­ją­ce ponad nami. Wrony? Kruki? Za­ta­cza­ją dziw­ne kręgi, nagle spadają, ni­czym mar­twe, by w ostat­nim mo­men­cie roz­po­strzeć skrzy­dła i równo po­szy­bo­wać. Łączą się w grupy, two­rzą skła­da­ją­ce się z dzie­sią­tek punk­tów kształ­ty, które, choć nie przy­po­mi­na­ją ni­cze­go kon­kret­ne­go, to jed­nak zwia­stu­ją groź­bę. Ptaki wy­da­ją dźwię­ki twar­de i nie­har­mo­nij­ne, pełne pre­ten­sji i żalu o swoje ist­nie­nie. Jakby ich rola w Za­my­śle przy­spa­rza­ła im cier­pie­nia.

Skąd bie­rze się ten gniew? Dla­cze­go po­sy­ła­ją nam nie­przy­chyl­ne znaki?

Szu­kam od­po­wie­dzi, ale widzę tylko mgłę.

A może dym.

 

***

 

To nigdy nie były bez­po­śred­nie od­wie­dzi­ny. Takie miały miej­sce tylko na po­cząt­ku, a wtedy to Mi­chał i jego bra­cia byli go­ść­mi. Teraz jako go­spo­da­rze swo­jej wol­nej woli, od­czu­wa­li je­dy­nie sub­tel­ne przy­pły­wy obec­no­ści Za­my­słu. Mogli je igno­ro­wać, ale Mi­chał nie zna­lazł ku temu po­wo­du.

Otwo­rzył się, a wzrok prze­stał wi­dzieć oto­cze­nie. Inne oczy, w jego wnę­trzu, zo­ba­czy­ły świa­tło Za­my­słu. De­li­kat­ne, ale roz­le­wa­ją­ce się wszę­dzie. Jak za­wsze, to­wa­rzy­szy­ło temu jed­na­ko­we uczu­cie sa­mot­no­ści. Mi­chał nie po­tra­fił pojąć, dla­cze­go je od­czu­wa. Wszak­że Za­mysł był pięk­ny i po­ru­szał tych, któ­rzy go po­zna­li. Z niego wziął się wspa­nia­ły świat, który w pełni uka­za­no skrzy­dla­tym ar­cha­nio­łom.

A jed­nak sa­mot­ność. Wobec Za­my­słu Mi­chał miał wra­że­nie konfrontacji z samym sobą i do­zna­wa­nia dru­zgo­cą­cej po­raż­ki. Pró­bu­jąc zbie­rać się po ko­lej­nych cio­sach, otrzy­my­wał na­stęp­ne. Na­ra­sta­ło pa­nicz­ne po­czu­cie winy. Nie to po­wi­nien od­czu­wać i wie­dział o tym do­brze.

Znał Za­mysł. Po­ka­za­no mu osta­tecz­ny aspekt, który nie­ogra­ni­czo­ny wzrok Mi­cha­ła po­chło­nął w ca­ło­ści i na za­wsze za­pi­sał jako uczu­cie. Się­ga­nie do tego wspo­mnie­nia przy­pra­wia­ło go o drże­nie. Osta­tecz­ność była ogrom­na. Prze­ra­sta­ła każdą isto­tę i zja­wi­sko. Ca­łość zna­czy­ła wiele wię­cej niż zbiór ele­men­tów.

Mi­cha­le.

Od­wró­cił się, ro­zej­rzał w głębi wła­snej duszy, ale był sam. Wkoło tylko lekka ja­sność.

Tak?

Szu­kasz mnie?

To py­ta­nie zbiło go z tropu. Brak od­po­wie­dzi znów spo­wo­do­wał ukłu­cie stra­chu. Stał przed Za­my­słem, któ­re­go znał je­dy­nie osta­tecz­ny aspekt. W rze­czy­wi­sto­ści roz­ma­wiał z czymś obcym, od­le­głym.

Znasz Za­mysł, Mi­cha­le. Dla­cze­go się oba­wiasz?

Znów bra­ko­wa­ło od­po­wie­dzi. Znów bra­ko­wa­ło myśli.

Wresz­cie, w roz­pa­czy, się­gnął po tę, którą chciał od­rzu­cić.

Znamy Za­mysł. Ale żaden z nas nie zna peł­nej praw­dy. Wi­dzi­my, co mo­że­my ze­psuć, a nie wiemy, jak tego unik­nąć. Widzę czło­wie­ka. Je­stem gotów mu słu­żyć, ale lękam się jego wy­bo­rów.

Od­po­wie­dzia­ło mu coś, co od­czuł jak uśmiech. Fala de­li­kat­ne­go cie­pła mu­snę­ła jego twarz.

Ro­bi­my to, co mo­że­my, Mi­cha­le. Każdy z nas. Do­ko­nu­je­my wy­bo­rów i ro­bi­my to, co mo­że­my.

Mi­chał po­czuł w sobie nagły na­pływ pytań i wszyst­kie je chciał wy­ra­zić, wy­rzu­cić z sie­bie i wy­zbyć się po­czu­cia winy za ich gro­ma­dze­nie. Od­po­wiedź była tak bli­sko, nie­mal do­ty­kał jej myślą. Obec­ność Za­my­słu jed­nak od­pły­nę­ła.

Mi­chał znów był w swoim ciele i duchu, leżał pod owocującą jabłonią, oto­czo­ny gwieź­dzi­stym nie­bem i zie­le­nią.

Po ja­kimś cza­sie do­łą­czył do niego zło­to­wło­sy Ga­briel.

– Od­wie­dził mnie Za­mysł – po­wie­dział na po­wi­ta­nie.

„Mnie też” chciał od­po­wie­dzieć Mi­chał, ale mil­czał.

– Po­ka­zał mi dal­sze aspek­ty. Frag­men­ty ca­ło­ści. Moją rolę, jeśli po­do­łam pró­bom. – Prze­waż­nie Ga­briel nie po­trze­bo­wał słu­cha­czy, by mówić, ale niema obec­ność Mi­cha­ła za­wsze była mu miłą.

– Za­mysł wy­sta­wi nas na próby? – zdzi­wił się Mi­chał.

Ga­briel tylko cze­kał na te py­ta­nia.

– To nasze próby, Mi­cha­le. Nas sa­mych.

– A jeśli ich nie przej­dzie­my? Jeśli za­wie­dzie­my? A jeśli czło­wiek za­wie­dzie w swo­ich pró­bach?

Ga­briel uśmiech­nął się śmia­ło, ale Mi­cha­ło­wi nie do­da­ło to pew­no­ści.

– Przej­dzie­my. I czło­wiek przej­dzie.

 

***

 

Do­cie­ra­my do urwi­ska. Mogę przy­siąc, że wcze­śniej go tu nie było, a grunt cią­gnął się po ho­ry­zont. Teraz jed­nak po­wstała gra­ni­ca. Kres.

Cze­luść nie ma dna, a z jej głębi zieje je­dy­nie czerń i unosi się du­szą­cy dym. Za­pach spa­le­ni­zny wkrę­ca się w noz­drza i prze­sią­ka ubra­nia. Zbo­cze jest pio­no­we i pełne ostrych skał tak, że nie spo­sób zejść. Dru­giej stro­ny nie widać. Ktoś pod­latuje, chcąc się ro­zej­rzeć, lecz wieje mocny wiatr, a dym jest gęsty jak smoła. Znosi go, traci siły i mdle­je w locie, a ja ledwo zdą­żam go zła­pać.

Za­ka­zu­ję dal­szych prób. Nie wiem, co może nas cze­kać po upad­ku. Moi to­wa­rzy­sze za­czy­na­ją szep­tać z obawą.

Od tej pory ma­sze­ru­je­my wzdłuż kra­wę­dzi. Cią­gnie się w nie­skoń­czo­ność, jakby ktoś prze­ciął kraj na pół. Wkrót­ce oto­cze­nie staje się zimne, a grun­tu nie po­ra­sta już trawa. Za­stę­pu­je ją drob­ny pył, ni to śnieg, ni piach. Jest szorst­ki i chłod­ny. Ktoś szep­cze, że to zmie­lo­ne życie.

 

***

 

– Za­mysł pytał każ­de­go z was? – Świa­tło Lu­cy­fe­ra jak za­wsze było cen­trum wy­da­rzeń, mimo że w noc­nym kra­jo­bra­zie wokół krę­ci­ły się wszyst­kie stwo­rzo­ne ga­lak­ty­ki z mi­ria­da­mi gwiazd. Wokół jego la­tar­ni kon­cen­tro­wa­ła się cała śmie­tan­ka ar­cha­niel­ska. Nawet Ga­briel, aspi­ru­ją­cy do prze­wod­ni­ka in­nych, po­kor­nie ustę­po­wał miej­sca bratu, słu­cha­jąc za­an­ga­żo­wa­ny.

– Każdy z nas zna Za­mysł – od­po­wie­dział jeden z ar­cha­nio­łów.

– Tak. Ale czy wszy­scy wie­cie, że czło­wiek od­wró­ci się od nas? Zdra­dzi i za­to­pi się w grze­chu, bę­dzie pła­wić się w nie­na­wi­ści do in­nych i do sa­me­go Za­my­słu? – za­py­tał Lu­cy­fer i za­pa­dła cisza. W raj­skim kraju, w którym niemal zawsze trwała melodia i śpiew, nigdy do­tych­czas nie powstało takie mil­cze­nie.

– Za­mysł ci to ob­ja­wił? – za­py­tał ktoś lę­kli­wie.

– Wszy­scy mamy wolną wolę, także lu­dzie. Peł­nią Za­my­słu, jak wie­cie, jest zba­wie­nie każ­de­go. Ale ja wi­dzia­łem wię­cej. Już wkrót­ce czło­wiek nas zdra­dzi – wy­ja­śnił Lu­cy­fer. Wy­da­wał się po­ru­szo­ny tym, co mówił, a słowa wy­po­wia­dał po­wo­li i z tru­dem.

– I co za­mie­rzasz zro­bić? – włą­czył się za­tro­ska­ny Ga­briel.

– Co za­mie­rza­my zro­bić – spro­sto­wał Lu­cy­fer. – Wol­nej woli nie da się kon­tro­lo­wać. Uwa­żam, że czło­wiek swoim przy­szłym, a pew­nym, nie­po­słu­szeń­stwem, może zni­we­czyć zba­wie­nie – po­wie­dział, spusz­cza­jąc głowę. Na­stęp­nie zwi­nął dłoń w pięść i ude­rzył nią o stół – To przy­kre, ale mu­si­my bro­nić Za­my­słu przed lu­dźmi. Nie mamy wy­bo­ru, do tego nas po­wo­ła­no!

Kilka po­mru­ków anio­łów z po­mniej­szych chó­rów za­wtó­ro­wa­ło jego sło­wom. Nie­me­lo­dyj­ne szep­ty roz­nio­sły się po całym nie­biań­skim zgro­ma­dze­niu.

– Tobie to ob­ja­wio­no, nie nam. Nie po­wi­nie­neś o tym mówić – wtrą­cił się Ga­briel, uci­sza­jąc na chwi­lę szep­ta­ne plot­ki.

Lu­cy­fer spoj­rzał na niego z wy­ro­zu­mia­ło­ścią, tak jak star­szy brat pa­trzy na młod­sze­go.

– Ga­brie­lu, każdy z nas po­wi­nien wie­dzieć, bo wszy­scy mamy obo­wią­zek dzia­łać w praw­dzie. Jeśli mu­si­my do­ko­nać wy­bo­ru, to mówię, że nie mo­że­my słu­żyć czło­wie­ko­wi i Za­my­sło­wi rów­no­cze­śnie. A dla mnie wnio­sek jest pro­sty. Niech każdy z was doj­dzie do wła­sne­go, bo czasu jest nie­wie­le.

 

***

 

Marsz wzdłuż krań­ca świa­ta jest trud­ny. Skały się osu­wa­ją i spa­da­ją w bez­den­ną cze­luść. Dym jest coraz gęst­szy, a wszy­scy cuch­nie­my smro­dem spa­le­ni­zny.

Ciąży mi zbro­ja i nie­uży­wa­ne, opuch­nię­te skrzy­dła. Każdy krok jest wymuszonym wy­sił­kiem, choć czuję, jak siła woli się kruszy, ni­czym to stro­me zbo­cze. Mam wra­że­nie, że ścież­ka przed nami staje się coraz węż­sza.

Wiatr sypie pyłem w twa­rze. Ostre dro­bin­ki tną skórę, draż­nią oczy, a miej­sca­mi wręcz parzą. Kilku z nas nagły po­dmuch pra­wie ze­pchnął w dół – bra­cia zła­pa­li ich w ostat­nim mo­men­cie. W od­da­li two­rzą się trąby po­wietrz­ne, wi­ru­ją­ce mie­szan­ką sza­ro­ści, czer­ni i bieli.

Z mo­no­to­nii ma­sze­ro­wa­nia wy­bi­ja mnie dźwięk. Trzask, zgrzyt i prze­dłu­żo­ny syk. Ry­zy­ku­ję i pod­cho­dzę do kra­wę­dzi, pa­trząc w dół.

W ot­chła­ni nie ma już mrocz­nej pust­ki – za­miast niej sza­le­je nie­prze­bra­na rzeka ognia. Ję­zy­ki pło­mie­ni wy­strze­li­wu­ją w górę, liżąc zbo­cze, wbrew na­tu­rze chcą spa­lić skałę. Grunt staje się wrzą­cy, parzy w stopy. Ogień jest czer­wo­ny jak krew.

Czeka nas cięż­ka prze­pra­wa.

 

***

 

Na­stęp­ne dni pełne były ocze­ki­wa­nia. Lu­cy­fer wy­po­wie­dział swo­je pro­roc­two, po czym znik­nął. Ktoś mówił, że Za­mysł we­zwał go do sie­bie, inny, że po­szedł dzia­łać, znie­sma­czo­ny bez­czyn­no­ścią braci.

Mi­chał gnu­śniał z każ­dym dniem coraz bar­dziej. Miał do­ko­nać wy­bo­ru, a jed­nak cze­kał. Paraliżował go strach przed kon­se­kwen­cja­mi każ­dej de­cy­zji.

Zna­ko­mi­ty wzrok ar­cha­nio­ła po­zwa­lał mu przy­glą­dać się dwoj­gu pierw­szych ludzi w raj­skim ogro­dzie. Żyli spo­koj­nie i w zgo­dzie z Za­my­słem, da­le­ko im było do fa­ta­li­stycz­nej wizji Lu­cy­fe­ra. Nie­mniej, Mi­chał rów­nież do­strze­gał sła­bość. Wie­dział, że ist­nie­je nie­na­wiść tak silna, że słaby czło­wiek może się jej nie oprzeć. Zda­wa­ło się, że Za­mysł wręcz ska­zał tych dwoje i ich po­tom­stwo na upa­dek.

Tu za­czy­na­ła się sfera, któ­rej Mi­chał nie ro­zu­miał. Ufał Za­my­sło­wi bez­gra­nicz­nie i pra­gnął wie­rzyć, że wszyst­ko to zo­sta­ło prze­wi­dzia­ne, ale do­strze­gał też wolną wolę ludzi. Jeśli nie­na­wiść pchnie ich do fał­szy­wych kro­ków? Jeśli wolna wola ob­ró­ci ich prze­ciw Za­my­sło­wi?

Czym tak na­praw­dę był Za­mysł, któ­re­mu zo­bo­wią­zał się słu­żyć?

Mi­chał sa­mot­nie snuł się po raj­skim kraju, po­grą­żo­ny w my­ślach. Uni­kał braci. Wi­dział, że nie­któ­rzy znik­nę­li wraz z Lu­cy­fe­rem. Wśród po­zo­sta­łych pa­no­wa­ło po­ru­sze­nie i wąt­pli­wość. Raj za­czął się roz­pa­dać.

Wtedy po­czuł obec­ność Za­my­słu. Nie dał mu za­cząć. Wąt­pli­wość była zbyt silna.

Dla­cze­go? Dla­cze­go czło­wiek? Przez niego roz­pad­nie się ich i nasz świat! Jest słaby i upad­nie, prę­dzej, czy póź­niej musi się to stać. Co mamy z tym zro­bić? Jak chro­nić… Za­mysł?

Od­po­wie­dzia­ła nie­zno­śna cisza. Do­pie­ro gdy fru­stra­cja Mi­cha­ła wzro­sła i gotów był za­mknąć się na mi­stycz­ną obec­ność, ode­zwał się we­wnętrz­ny głos.

Mi­cha­le. Znasz Za­mysł. Wiesz, że wy­da­rzy się, co ma się wy­da­rzyć. Spójrz na czło­wie­ka. Czy go ko­chasz?

Głos wraz ze świa­tłem prze­ni­kał je­ste­stwo Mi­cha­ła. Nie dzia­ła­ło to jed­nak tak ko­ją­co, jak prze­waż­nie.

Tak, ale…

Czy je­steś gotów mu słu­żyć?

A jeśli czło­wiek upad­nie?!

Czy wtedy je­steś gotów mu słu­żyć?

Mi­chał za­milkł. Nie spo­dzie­wał, aby sam Za­mysł ak­cep­to­wał upa­dek. Znów przyj­rzał się czło­wie­ko­wi w od­le­głym ogro­dzie. Była to isto­ta pełna pięk­na, wspa­nia­ła, w któ­rej wszyst­kie aspek­ty Za­my­słu wy­da­wa­ły się znacz­nie bar­dziej wy­eks­po­no­wa­ne niż wśród aniel­skiej braci.

Chyba tak.

Od­po­wie­dział mu świe­tli­sty uśmiech.

Mi­chał za­mru­gał, znów będąc w swoim ciele. Tym razem jed­nak coś się zmie­ni­ło. W dłoni po­czuł cię­żar i zo­ba­czył, że trzy­ma miecz o zło­tej rę­ko­je­ści i srebr­nym ostrzu, którego sztych pło­nął żywym ogniem, jakby to nie stal, a pło­mień prze­zna­czo­ny był do za­da­wa­nia cio­sów.

Mi­chał do­tknął głow­ni mie­cza i na­tych­miast cof­nął dłoń. Nigdy jesz­cze nie czuł ta­kie­go bólu, prze­szy­wa­ją­ce­go całe ciało i duszę do samej głębi.

W gło­wie ode­zwał się głos.

Upa­dek wy­ma­ga wy­bo­ru.

 

***

 

Pa­trzę na miecz. Pło­nie coraz bar­dziej, wy­da­je się ku­mu­lo­wać okrut­ną ener­gię oto­cze­nia. Od­wrot­nie do mnie i moich żoł­nie­rzy, wy­cień­czo­nych mar­szem i nę­ka­nych wąt­pli­wo­ścia­mi, broń zdaje się czer­pać siłę z ogni­stej rzeki, piasz­czy­stych tor­nad i tru­ją­ce­go dymu. Nie wiem, czy po­kła­dam na­dzie­ję w mie­czu, czy ra­czej się go lękam. Brak mi sił, by o tym my­śleć.

Ktoś z od­dzia­łu jęczy, że się zgu­bi­li­śmy. Wzdy­cham i uno­szę miecz. Pło­mie­nie roz­le­wa­ją się wokół ostrza, pa­rząc moją dłoń. Przez ogień widzę jed­nak drogę i nasz cel, który jest już bli­sko, choć za­sła­nia­ją go chmu­ry dymu.

Idzie­my dalej i wkrót­ce uka­zu­je się na­szym oczom.

Z pła­skiej pu­sty­ni na samym skra­ju zbo­cza wy­sta­ją czar­ne igli­ce ni­czym szpi­ce wbite w nie­bo­skłon, po­wstrzy­mu­ją­ce kon­struk­cję przed osu­nię­ciem się w ot­chłań. Biały pył po­kry­wa wej­ście i dachy, ale nie ima się mrocz­ne­go wej­ścia do twier­dzy. Gdzieś w szcze­li­nach okien widać czer­wo­ne świa­tło, po­dob­ne do barw pło­mie­ni w do­li­nie.

Żoł­nie­rze mie­sza­ją się na ten obcy widok. Nie znamy ta­kich kon­struk­cji, nawet my ar­cha­nio­ło­wie, któ­rzy wi­dzie­li­śmy Za­mysł. To inna, nie­raj­ska obec­ność, źró­dło ska­la­nia całej tej ziemi, od lep­kiej mgły, po pło­mien­ną rzekę. Nie za­trzy­mu­ję się, choć nie prze­peł­nia mnie od­wa­ga. Wiem, że jeśli stanę, to już nie ruszę dalej.

Miecz cią­gnie na­przód, tak jak ja pro­wa­dzę ko­lum­nę moich żoł­nie­rzy. Wiatr, pło­mie­nie, pył, wszyst­ko się na­si­la, gdy do­cie­ra­my do pod­nó­ży twier­dzy.

Za­sta­na­wiam się, jak za­sztur­mo­wać wej­ście i czy w trak­cie nie za­brak­nie mi sił i sil­nej woli. Strach mnie pa­ra­li­żu­je i nawet żądny dzia­ła­nia miecz nie po­tra­fi tego zmie­nić.

Wej­ście otwie­ra się samo. Czar­ne drzwi z gło­śnym ło­sko­tem wy­pusz­cza­ją na ze­wnątrz grupę, na któ­rej czele idzie Lu­cy­fer ze swoją lampą.

Cze­ka­my, przy­glą­dam się temu smęt­ne­mu po­cho­do­wi. Wy­glą­da­ją na rów­nie wy­nisz­czo­nych, jak my, a może i bar­dziej, skoro dłu­żej wy­sta­wie­ni są na dzia­ła­nia tego obcego miej­sca. Ich skrzy­dła wy­da­ją się zwięd­nię­te, twa­rze po­zba­wio­ne bla­sku, a kroki nie­pew­ne. Ude­rza­ją w nich cie­płe po­dmu­chy, idący się chwie­ją, ale żaden nie upada.

Pod­cho­dzą i wtedy widzę ich oczy, pełne de­ter­mi­na­cji, zdra­dza­ją­ce ogrom sil­nej woli w wą­tłych cia­łach. Pa­trzę na lampę Lu­cy­fe­ra – wy­ga­sła. Mimo to mój brat trzy­ma ją przy sobie z tro­ską, a wszy­scy jego po­plecz­ni­cy pa­trzą na po­zba­wio­ną świa­tła la­tar­nię z sza­cun­kiem i po­wa­gą.

– Wkrót­ce wy­da­rzy się upa­dek czło­wie­ka, Mi­cha­le – oznaj­mia mi smut­no Lu­cy­fer. Po­grą­żo­ny w żalu, wy­da­je się nie za­uwa­żać zbroj­ne­go za­stę­pu pod mym do­wódz­twem.

– Nie­ste­ty, nie przez czło­wie­ka tu przy­szli­śmy – od­po­wia­dam z tru­dem. Ręka dzier­żą­ca miecz się trzę­sie tak, że pło­mień prze­la­tu­je mi przed twa­rzą.

– Chcesz, by ich upa­dek, ich sła­bość, po­cią­gnę­ły za sobą nasze po­tę­pie­nie? Roz­łam raju, tego chcesz? – pyta Lu­cy­fer.

Pod­cho­dzi do mnie, kła­dzie mi dłoń na ra­mie­niu. Wzdry­gam się, ale nie od­su­wam. Lu­cy­fer pro­wa­dzi na kra­wędź z­bo­cza, dalej jest już tylko rzeka ognia. Ręką po­ka­zu­je w pło­mie­nie. Wy­tę­żam wzrok i widzę wśród wrzą­cej prze­mo­cy wizję ogro­du, w któ­rym lu­dzie spo­ży­wa­ją owoc, ła­miąc je­dy­ny dany im zakaz. Na­tych­miast wstę­pu­je w nich nie­na­wiść, za­czy­na­ją wi­dzieć wszyst­ko ina­czej, w gnie­wie, w za­zdro­ści, we wsty­dzie.

– To się wła­śnie dzie­je, Mi­cha­le. Cały ten roz­łam, jak rów­nież wszyst­kie przy­szłe, to ich spraw­ka. Masz broń, by ich po­tę­pić i ra­to­wać Za­mysł. To twoja de­cy­zja – szep­cze Lu­cy­fer.

Pa­trzę na ludzi, na ich nagłe za­gu­bie­nie, na sza­rze­ją­cy pod cię­ża­rem ich grze­chu świat. Widzę przy­szłe sła­bo­ści, śmierć, wojny, po­gar­dę, pod­da­nie się nie­na­wi­ści. Aspek­ty ist­nie­nia mnie za­le­wa­ją. Za­po­mi­nam o ca­ło­ści Za­my­słu.

Pa­trzę na Lu­cy­fe­ra, któ­re­go twarz jest zaraz obok mojej. Jego wzrok za­to­pio­ny jest w lu­dziach, oczy od­bi­ja­ją czer­wo­ne pło­mie­nie, pełne… nie­na­wi­ści do czło­wie­ka. Ze stra­chu, że mogą znisz­czyć Za­mysł.

– Je­stem gotów – mówię, od­su­wa­jąc się. – Je­stem gotów, by słu­żyć czło­wie­ko­wi nawet w jego upad­ku – prze­ma­wiam wbrew sobie, a słowa spra­wia­ją mi praw­dzi­wy ból. Nie po­tra­fię uza­sad­nić ta­kie­go wy­bo­ru, jed­nak on się do­ko­nał na wiecz­ność.

Twarz Lu­cy­fe­ra wy­krzy­wia się w gry­ma­sie, tak jak­bym zadał mu ranę. Za­ci­ska pię­ści, zgrzy­ta zę­ba­mi.

– Je­steś po ich stro­nie? Oni oka­zu­ją się naj­po­dlej­szy­mi nisz­czy­cie­la­mi Za­my­słu, a ty chcesz im słu­żyć?! – pod­no­si głos, jego krzyk nie­sie się po pu­sty­ni, sil­niej­szy nawet od wycia wia­tru. – Za­mie­rzasz bro­nić tego upodlo­ne­go, ta­pla­ją­ce­go się w nie­na­wi­ści ga­tun­ku?! W imię czego?! Są wro­ga­mi Za­my­słu, więc w imię czego za­mie­rzasz to czy­nić?!

– Nie wiem. – Nic wię­cej nie po­tra­fię po­wie­dzieć.

Miecz sam skła­da się do ciosu, a ja mu nie opo­nu­ję. Pło­mien­na klin­ga tnie zie­mię, roz­ry­wa­jąc z trza­skiem skałę mię­dzy nami. Zie­mia drży, a po­zba­wio­na opar­cia skar­pa za­czy­na osu­wać się ku ot­chła­ni wraz ze sto­ją­cy­mi na niej po­plecz­ni­ka­mi Lu­cy­fe­ra. Moimi brać­mi. Chwie­ją się i prze­wra­ca­ją. Nie­któ­rzy za­cho­wu­ją spo­kój, inni pró­bu­ją biec, wy­do­stać się ze spa­da­ją­ce­go ka­wał­ka skały.

Lu­cy­fer stoi, pa­trząc na mnie z wiel­kim smut­kiem i bólem. Nie mogę znieść jego spoj­rze­nia, ale wiem, że widzę go takim po raz ostat­ni. Nie od­wra­cam wzro­ku.

Skała od­ry­wa się gło­śno i teraz już cały jej kawał spada w ot­chłań. Pa­trzy­my na sie­bie z Lu­cy­fe­rem, gdy ten, w ostat­nim mo­men­cie ska­cze, roz­wi­ja zwięd­nię­te skrzy­dła i pró­bu­je wylądować na bez­piecz­nym gruncie.

Miecz znów skła­da się do ciosu. Ostrze ude­rza Lu­cy­fe­ra, a pło­mień ze­śli­zgu­je się na jego ciało, od­rzu­ca­jąc go w tył, krzy­czą­ce­go z bólu. Pa­trzę mu w oczy, gdy ostat­ni spada wraz ze swoim chó­rem po­tę­pio­nych w pło­mien­ną ot­chłań.

 

***

 

Ciem­na twier­dza ucho­wa­ła się od upad­ku. Co praw­da osu­nę­ły się zbo­cza wokół niej, lecz ona sama dalej stała nad kra­wę­dzią. Widok z jej mrocz­nych iglic roz­cią­gał się na wszyst­ko – na ot­chłań w dole, ale też na cały świat ludzi i to, co dzia­ło się poza raj­skim kra­jem.

Po wy­gna­niu Lu­cy­fe­ra wi­chu­ry i hu­ra­ga­ny nie usta­ły, a tru­ją­ce opary i mgły, jak rów­nież cie­nie kru­ków i wron wciąż ota­cza­ły twier­dzę, mimo upły­wu wielu lat, które od­li­cza­no do dnia na­sta­nia osta­tecz­ne­go aspek­tu.

Woj­sko aniel­skie wró­ci­ło do zie­lo­ne­go kraju, zo­sta­wia­jąc roz­łam za sobą. Wszy­scy za­ję­li się służ­bą czło­wie­ko­wi, który bar­dzo po­błą­dził. Mniej było balów i przy­jęć, wię­cej cięż­kiej, nie­przy­no­szą­cej efek­tów pracy. Tak jak prze­po­wie­dział Lu­cy­fer, jedni zro­zu­mie­li praw­dę po cza­sie, inni nigdy.

Mi­chał nie wró­cił z po­zo­sta­ły­mi. Wbrew wła­snej oba­wie, prze­le­ciał nad roz­pa­dli­ną po­wsta­łą po osu­nię­ciu i wszedł przez mrocz­ne drzwi do twier­dzy. W środ­ku za­stał pust­kę wiel­kich po­miesz­czeń, któ­rych mimo wiel­kiej mi­ło­ści do Za­my­słu i jesz­cze więk­szej nie­na­wi­ści do ludzi, Lu­cy­fer nie był w sta­nie wy­peł­nić. Ostat­nie raj­skie dni spę­dził w sa­mot­no­ści.

Ta­kie­go też wy­bo­ru do­ko­nał Mi­chał. Nie ścią­gnął zbroi, nie odło­żył mie­cza. Zawsze pozostawał na zawołanie, gdy należało zetrzeć się z Lucyferem w walce o człowieka.

Do cza­sów osta­tecz­nych za­miesz­kał w twier­dzy, która stała się straż­ni­cą nad ot­chła­nią. Wpa­trzo­ny sa­mot­nie w pło­mie­nie i wsłu­cha­ny w huk burz, cze­kał, czy przyj­dzie mu zro­zu­mieć praw­dę, czy też na wiecz­ność po­zo­sta­nie mu je­dy­nie służ­ba.

 

Anna Słoncz: „Straż­ni­ca po­tę­pio­nych”

Koniec

Komentarze

To pobetowy komentarz.

 

Historia znana; chociaż fajnie opakowana. Czasem, co powtarzam – nie trzeba odkrywać koła na nowo, czy wymyślać niestworzonych światów. Wystarczy wziąść co znane i odwrócić lustro, przestawić meble i zupełnie wszystko inaczej wygląda.

 

@beeeecki dokladnie to zrobił :) 

 

Wziął utarty schemat – Genezę buntu na pokładzie bounty, Nieba i wziął niestandarodowo za bohatera nie, Lucyfera, gdzie przeważnie się kreśli go jako postać czasem tragiczną, no i wiadomo hyperzy go wzięli, bo mroczny, piękny, seksowny i (podobno) niosący światło, a wybrał Michała właśnie. Niech złol, będzie złolem. A postać tragiczną winien być postać, która musi coś zrobić(być dowódcą wojska niebieskiego), a jednocześnie rozumieć drugą stronę. Rozterki Michała zostały przedstawione w bardzo fajny sposób.

 

Bardzo mi się też podoba interpretacja obrazu w formie tego opowiadania. W tej kwestii naprawdę widać, że miał na to pomysł.

 

Jedynym problemem jest jedynie znane zakończenie gdzie ciężko o dobry twist bo i historia zbyt znana :) Ale mimo wszystko – ozdobą tego opowiadania są właśnie fajnie ukazane te rozterki Michała no i sprawnie immersyjnie wykonane dialogi.

 

Z przyjemnością polecam do biblio + powodzonka w konkursie !

 

 

 

Koenrad zmruczył oczy. → Co zrobił??? Wiem, że miał kocie oczy, ale chyba nimi nie mruczał. :)

Melendurze,

 

Po pierwsze primo, dziękuję za pomoc na becie. Cenną pomoc.

 

Po drugie primo, cieszę się szczególnie z tego, że przypadła Ci do gustu taka interpretacja znanego motywu wsparta obrazem. Bo jeśli coś ma być siłą tego opowiadania, to zdecydowanie ta faza.

 

Po trzecie primo – ultimo, tak też jak pisałem na becie, Michał zawsze wydawał mi się takim “ślepym bagnetem”. Historię “dobrych” dostawaliśmy już w sumie z perspektywy ludzi, o aniołach zapominamy, poza strącanym Lucyferem w wielu aspektach tego strącenia.

 

A zakończenie faktycznie trudno było zrobić z twistem. Tzn można było, Lucyfer mógł wygrać, a twierdza być nowym centrum hierarchii astralnej ostatnio samodzielnym (CHAOS), ale aż taki obrazoburczy nie jestem.

 

Jeszcze raz dziękuję bardzo za pomoc, no i teraz też za klika i ciekawą opinię!

 

Na marginesie: zauważyłem, że moi główni męscy bohaterowie to zawsze są takie rozterkowe pierdoły, podczas gdy główne kobiece bohaterki zawsze mają silny charakter. Muszę chyba przełamać ten schemat :)

I rzekł Pan: umieścisz cztery “e” w “beeeecki”. Ani mniej ani więcej. Nie umieścisz trzech “e” ani “pięciu “e”. Dwa są wykluczone. I Pan uśmiechnął się, a lud spożywał owce i leniwce, karpie i sardele, orangutany i płatki śniadaniowe i nietoperze...

Na marginesie: zauważyłem, że moi główni męscy bohaterowie to zawsze są takie rozterkowe pierdoły, podczas gdy główne kobiece bohaterki zawsze mają silny charakter. Muszę chyba przełamać ten schemat :)

Gdzie wady?:)

 

To wydaje się nie standardowe :) Sam u Koenrada to staram się stosować w najnowszej opce którą tam męczę od dłuższego czasu i nie mogę wyjść bo wpadł konkurs ;)

 

Teortycznie w dzisiejszym świecie powinien być nawrót do kultu męskości, ale ja powiadam, nie ma co. Szczególnie wygląda to ciekawie, gdy kobiecą siłę pokazują mężczyźni, a nie kobiety. Nie dlatego , że są gorsze. Ale dlatego, że lepiej jest to dla mojego męskiego oka/ucha tłumaczone i opakowane. Ale to jest subiektywna opinia nie poparta żądną głębszą analizą jak niektórzy tutaj na tym forum, a zwykłą intuicją opartą na paru dziełkach.

 

Warto zawsze testować i szukać, ale jak coś dobrze działa, to po co zmieniać?:)(tak mój mój dyrektor, za każdym razem, jak przynoszę fajny nowy pomysł:P)

A zakończenie faktycznie trudno było zrobić z twistem. Tzn można było, Lucyfer mógł wygrać, a twierdza być nowym centrum hierarchii astralnej ostatnio samodzielnym (CHAOS), ale aż taki obrazoburczy nie jestem.

Jakbyśmy puścili całkowicie wodze fantasy(zji) można iść całkowicie w coś alternatywnego :) ale i tak mi się podobało, że wypełniłeś białą plamę, nie zmieniając biegu historii (coś co sam staram się robić notabene).

 

Po trzecie primo – ultimo, tak też jak pisałem na becie, Michał zawsze wydawał mi się takim “ślepym bagnetem”. Historię “dobrych” dostawaliśmy już w sumie z perspektywy ludzi, o aniołach zapominamy, poza strącanym Lucyferem w wielu aspektach tego strącenia.

O, a to jest ciekawe stwierdzenie i właśnie coś co mnie najbardziej zainteresowało. Przeważnie “Dobrzy” są uznawani za nudnych. A ty właśnie tutaj fajnie do przedstawiłeś. To jest ciekawe stwierdzenie.

 

Ogółem jest parę schematów bohaterów. Michała tutaj fajnie opakowałeś i jak wspominam, to najwieksza zaleta tego opowiadania :) 

Koenrad zmruczył oczy. → Co zrobił??? Wiem, że miał kocie oczy, ale chyba nimi nie mruczał. :)

Wobec SZTUKI – powaga i milczenie.

Ona daje prawdziwe ukojenie.

Dziękując, przed Twórcami chylę czoła,

Więcej zachwytów wyrazić nie zdołam…

 

Pecunia non olet

Niektórzy z nas kaszlą od nieświeżego powietrza.

Raczej oczywiste, skoro spalenizna pojawia się w poprzednim zdaniu, w dodatku to nieświeże powietrze zepsuło cały nastrój. Urwałbym po “kaszlą”. Proste i dobitne.

 

Skoro mowa o nastroju, to wprowadzenie jest doskonałe: intrygujące, dobitne, a poza tym mówi czytelnikowi, jaki to rodzaj opowiadania – co w dobie czytania na kolanie w komórce bardzo się przydaje (ale oczywiście nie pochwalam takiego czytania :) )

 

Jego oczy chłonęły otoczenie, a widok poruszał go do głębi.

Go, go go, ale ale ale… to chyba nie ta bajka :) Drugiego go można się pozbyć bez szkody dla zdania.

 

ale zawsze w doskonałej harmonii.

W harmonii z czym, względem kogo? Ze sobą samym, czy wszyscy stanowili doskonałą harmonię?

 

przyznał Michał, sam mający tendencję do poważnienia, gdy inni się weselili.

Sam chciałbym mieć pomysł na poprawę tego zdania. Na razie tylko czuję, że coś mnie w nim drażni.

 

Zaśmiali się i popili słodkie rajskie wino.

Jeśli nie wypijają całości, a niepoliczalną część, poprawnie jest słodkiego rajskiego wina

 

Zataczają dziwne kręgi, nagle spadając, niczym martwe, by w ostatnim momencie rozpostrzeć skrzydła i równo poszybować.

Spadając sugeruje jednoczesność, co jest trudne do połączenia z wyrazem nagle (jednorazowe). Całe zdanie jest zrozumiałe i ładne, ale… dobry imiesłów to martwy imiesłów devil

 

Fragmenty kursywą są świetne i trzeba w nich uważać na każde słówko :)

 

Michał miał wrażenie mierzenia

Niezamierzona aliteracja.

 

, ale był sam. Wkoło tylko lekka jasność.

W drugim zdaniu czasownik poległ w walce z byłozą, przez co jest kalekie. Trudno, wojna trwa, muszą być ofiary :)

 

Michał znów był w swoim ciele i duchu, otoczony gwieździstym niebem i zielenią, leżąc pod owocującą jabłonią.

Dobry imiesłów to jaki imiesłów? Dobra, ten wyraża jednoczesność, więc teoretycznie ma rację bytu. Ale i tak ilekroć czytam to zdanie, brzmi źle.

 

Wrócę z uwagami do drugiej połówki. Wolę dokładnie i w porcjach, niż raz ale na kolanie :)

Cześć, bardzo fajne opowiadanie. Początek trochę mi się dłużył, ale wraz z biegiem opowiadania historia stawała się coraz ciekawsza. Bardzo ładnie pokazany dualizm: Michał wybiera miłość do człowieka, nie bacząc na jego niedoskonałości, a Lucyfer wybiera nienawiść w imię ochrony Zamysłu.

Powodzenia w konkursie! :)

zapadła cisza. W rajskim kraju, którego mieszkańcy dzielili się na chóry, nigdy dotychczas nie zapadło takie milczenie.

Dziwacznie brzmi wtrącenie “którego mieszkańcy dzielili się na chóry”. Tylko mnie rozpraszało.

 

– Co zamierzamy zrobić? – sprostował Lucyfer. –

Skoro sprostował, to czy nadal pytał?

 

do którego się zmuszam, naruszając minimalnie siłę woli, która niczym to strome zbocze, kruszy się, im dłużej maszeruję.

Źle to brzmi, tzn. sensu można się domyślać, ale słowo rozmija się ze znaczeniem (moim zdaniem). Naruszając po trochu, po kawałku, albo w ogóle rozwinąć metaforę, np. Każdy krok jest wysiłkiem, do którego się zmuszam, choć czuję, że siła woli pęka i kruszy się ziarno po ziarnie, niczym ta krawędź przepaści. Albo coś w tym stylu.

 

Przenikał go strach przed konsekwencjami każdej decyzji.

Paraliżował byłoby obrazowe.

 

W dłoni poczuł ciężar i zobaczył, że trzyma miecz o złotej rękojeści i srebrnym ostrzu, które płonęło żywym, jasnym ogniem, wieńcząc sztych, w taki sposób jakby to nie stal, a płomień przeznaczony był do zadawania ciosów.

Długie zdanie, co samo w sobie nie jest grzechem :) ale to “w taki sposób” mnie rozdrażniło, przez nie całość jest mało płynna. Bez niego będzie chociaż ładna metafora, a teraz brzmi jak próba uładzenia metafory. Mam też problem z gramatyką, “wieńcząc sztych” formalnie odnosi się do ostrza, a nie do ognia, ale ostrze nie może wieńczyć sztychu (który jest zakończeniem ostrza) tylko ogień może je wieńczyć.

 

Nie znamy takich konstrukcji, nawet archaniołowie, którzy widzieliśmy Zamysł.

Proponuję dodać “my” po nawet, bo bez tego mam wrażenie rozjechania się logiki albo gramatyki. Początek jest ogólny i odnosi się do wszystkich aniołów, a druga część do szczególnej grupy.

 

Zastanawiam się, jak zaszturmować wejście. Rozważam, czy w trakcie nie zabraknie mi sił i silnej woli.

Użycie “zastanawiam” i “rozważam” zwalnia tempo do śli… przepraszam, do żółwiego. To kulminacja i nie wypada robić takich rzeczy czytelnikowi, to jakby wyświetlić reklamy w najciekawszym momencie!

 

wystawieni są na działania tego złego miejsca.

Unikałbym jak ognia :) takich słów w opowiadaniu, w którym dopiero powstaje piekło, a koncepcja zła nie jest jeszcze (zapewne) w pełni zdefiniowana. To jedno słowo zepsuło mi całą scenę. Słowo “zło” powinno wkroczyć w opowiadaniu w odpowiedniej oprawie, a nie pojawić się w przypadkowym miejscu jako określenie miejsca. I to jeszcze dwuznaczne, bo miejsce nie jest złe moralnie (choć w sumie opisujesz piekło, więc czemu nie? ).

 

w ostatnim momencie skacze, rozwija zwiędnięte skrzydła i próbuje przeskoczyć na bezpieczny grunt.

a płomień ześlizguje się na jego ciało, odrzucając go w tył, krzyczącego z bólu.

Metafora czy dosłownie ześlizguje? Trudno jest mi sobie wyobrazić to ostatnie.

 

Wpatrzony samotnie w płomienie i wsłuchany w huk burz, czekał, czy przyjdzie mu zrozumieć prawdę, czy też na wieczność pozostanie mu jedynie służba.

A on nie miał czasem służyć człowiekowi? Bo zachowuje się jak weteran wojenny z PTSD. W ostatnich, najważniejszych słowach opowiadania widzimy go bezużytecznego – patrzy i czeka. O tym, co robi dla ludzi, których wybrał, nie ma ani słowa.

 

Uff, to koniec łapanek.

 

Wrażenia ogólne: dobra kompozycja i klimat. Tak jak napisałem wcześniej, fragmenty kursywą świetnie budują nastrój, napięcie i zagadkę. Przeplatający się wątek wyprawy na skraj piekła i poszukiwania zamysłów Zamysłu to dobry pomysł – sama wyprawa to bardzo ciemna fantasy, a czerń jest dobrze widoczna na tle bieli. Pomysł również ciekawy, unikanie nazwania Boga doskonałe. Świetnie można wyczuć, że jest bytem z zupełnie innej kategorii, niż reszta towarzystwa.

Ciekawe i wciągające. Błagam o wypolerowanie, bo świetnie się czytało, efekt imersji doskonały, ale potykacze wybijały z rytmu.

 

 

 

 

 

Hej!

Piękne opowiadanie, pasujące klimatem i szczegółami do obrazu. 

Jasne jest, że rzecz dzieje się w Raju, ponieważ drzewa w tym samym czasie kwitną i mają owoce. Dodatkowe opisy dobrze budują tło :)

Najbardziej ze wszystkiego zaskoczyła mnie postać Michała, chyba mogę napisać, że takiego charakteru archanioła to się nie spodziewałam! I tak się zastanawiam, czy to możliwe, żeby tak jak Michał znać całość, całą prawdę, ostateczny cel wszechświata i rodzaju ludzkiego i jednocześnie nie być świadomym swojej decyzji? Wydaje się, że jego opowiedzenie się za ludźmi jest dziełem przypadku, a to jest uzasadnione tylko wtedy, gdy nie zrozumiał Zamysłu… Jest jakaś w nim sprzeczność, to znaczy w Michale. 

To jest bohater, który nie przeszedł żadnej metanoi, a tkwi w zawieszeniu. Rozumiem, że taki był Zzamysł, ale mimo wszystko, chciałoby się, żeby historia bardziej napawała nadzieją, a Michał okazał się bardziej zdecydowany :)

 

Uwagi:

ostateczny aspekt,

logicznie to nie ma sensu, rozumiem, że chodziło o ostateczny cel, wszechogarniającą pełnię oraz pankosmiczny aspekt wszechrzeczy :)

 

Klikam i pozdrawiam!!!

 

 

To zrobimy tak:

melendurze,

To wydaje się nie standardowe :) Sam u Koenrada to staram się stosować w najnowszej opce którą tam męczę od dłuższego czasu i nie mogę wyjść bo wpadł konkurs ;)

No cóż za bezczelny konkurs :)

Szczególnie wygląda to ciekawie, gdy kobiecą siłę pokazują mężczyźni, a nie kobiety. Nie dlatego , że są gorsze. Ale dlatego, że lepiej jest to dla mojego męskiego oka/ucha tłumaczone i opakowane. Ale to jest subiektywna opinia nie poparta żądną głębszą analizą jak niektórzy tutaj na tym forum, a zwykłą intuicją opartą na paru dziełkach.

Hmm, a ja akurat wcale nie wiem. W sensie nawet jako autor, ale też czytelnik. Jest to wyzwanie, bo jednak oczywiście każdy jest inny, ale pewne elementy wynikające z płci mocno wpływają na psychikę i zachowania bohaterów. Ot choćby, bohaterka kobieca powinna czasami mieć miesiączkę i związane z tym dolegliwości, ale nie wiem jak to jest i nie chciałbym tego poruszać, udając, że potrafię to dobrze oddać (a ponownie, pewnie u każdej bohaterki powinno to wyglądać inaczej). Oczywiście, wiarygodność mocno nie cierpi na takich detalach, choć pewnie wiele można zyskać, choćby na autentyczności. Albo wymyślić świat z elfami, gdzie elfki biologicznie nie mają miesiączki :)

O, a to jest ciekawe stwierdzenie i właśnie coś co mnie najbardziej zainteresowało. Przeważnie “Dobrzy” są uznawani za nudnych. A ty właśnie tutaj fajnie do przedstawiłeś. To jest ciekawe stwierdzenie.

Cóż, odwieczne prawo złola do bycia ciekawym. Bo kto by chciał czytać, o tym, że wszystkim żyje się dobrze i zwyczajnie? Złol dodaje epickości i z naszego codziennego życia możemy odlecieć w literackie zmagania na poziomie.

Ogółem jest parę schematów bohaterów. Michała tutaj fajnie opakowałeś i jak wspominam, to najwieksza zaleta tego opowiadania :) 

Amen. Dziękuję!

 

bruce

witam serdecznie, piękny ten Pan Bruce ma sweterek heart

 

lugosi

dziękuję bardzo, cieszy mnie taka opinia, bo wiem, że fabularnie to opowiadanie może nie porywać. Ale uznałem, że trzeba do tematu obrazowego podejść nieco inaczej, spróbować wyeksponować obraz i temu się poświęciłem, dlatego słowa, że wszystko działa sporo dla mnie znaczą.

A jak już napisane, to teraz w końcu mogę nadrabiać lekturę pozostałych tekstów konkursowych :)

 

chalbarczyk,

dzień dobry, dzień dobry!

Piękne opowiadanie, pasujące klimatem i szczegółami do obrazu. 

Jasne jest, że rzecz dzieje się w Raju, ponieważ drzewa w tym samym czasie kwitną i mają owoce. Dodatkowe opisy dobrze budują tło :)

Bogu niech będą dzięki! Naprawdę o to tym wszystkim chodziło, a jak czasami czytam piękne, płynne i plastyczne opisy na Portalu, w tym Twojego autorstwa, to aż mnie zazdrość bierze, że ja tak nie umiem. Więc opisywanie, a tylko taki miałem pomysł na ekspozycję obrazu, było kluczem i jeśli wyszło, to ogromnie się cieszę!

Najbardziej ze wszystkiego zaskoczyła mnie postać Michała, chyba mogę napisać, że takiego charakteru archanioła to się nie spodziewałam! I tak się zastanawiam, czy to możliwe, żeby tak jak Michał znać całość, całą prawdę, ostateczny cel wszechświata i rodzaju ludzkiego i jednocześnie nie być świadomym swojej decyzji? Wydaje się, że jego opowiedzenie się za ludźmi jest dziełem przypadku, a to jest uzasadnione tylko wtedy, gdy nie zrozumiał Zamysłu… Jest jakaś w nim sprzeczność, to znaczy w Michale. 

To jest bohater, który nie przeszedł żadnej metanoi, a tkwi w zawieszeniu. Rozumiem, że taki był Zzamysł, ale mimo wszystko, chciałoby się, żeby historia bardziej napawała nadzieją, a Michał okazał się bardziej zdecydowany :)

Dobrze to wychwyciłaś. Tu jest istota odmienności mojej historii. Nie chciałem i nie potrzebowałem w tej literackiej powieści wszechwładnego boga vel. Boga w postaci. Tj. spersonifikowanego. Stąd “Zamysł”, który jest czymś pomiędzy zjawiskiem, osobą, a przedmiotem(?). Bo jakoś łatwiej mi w tym wyobrazić sobie wątpliwości Michała i właśnie – brak oddania sprawie. On podejmuje decyzję, ale jej nie rozumie. Pozostaje jednak wierny, mimo to, że choć nie jest w pełni świadomy dlaczego. Wydaje mi się, że to trochę odpowiada naszemu ziemskiemu poszukiwaniu Prawdy przez wielkie “P”, nieważne jak rozumianej i utożsamianej.

I takiego Michała chciałem :)

logicznie to nie ma sensu, rozumiem, że chodziło o ostateczny cel, wszechogarniającą pełnię oraz pankosmiczny aspekt wszechrzeczy :)

Tak. Stąd zostawię, bo wydaje się, że w tym tekście “aspekt” otrzymał po prostu własną, lekko odmienną definicję. Trochę jak “Zamysł”, ale już nie będę pisał “Aspekt”, bo zaraz wszystko byłoby wielką literą.

 

Bardzo Ci dziękuję za przeciekawą uwagę i za klika!

 

Wszystkich bardzo serdecznie pozdrawiam!

 

I rzekł Pan: umieścisz cztery “e” w “beeeecki”. Ani mniej ani więcej. Nie umieścisz trzech “e” ani “pięciu “e”. Dwa są wykluczone. I Pan uśmiechnął się, a lud spożywał owce i leniwce, karpie i sardele, orangutany i płatki śniadaniowe i nietoperze...

marzanie, mój marzanie!

Przede wszystkim bardzo dziękuję za Twój złożony wpis. Widać, że wgryzłeś się w ten tekst, być może bardziej niż on na to zasługiwał. Ale w ten sposób nadałeś mu też dużo znaczenia. W ogóle to jest piękne, jak Czytelnicy dodają kolorytu opowiadaniom, odkrywają (nomen omen) nowe aspekty.

Łapanka właściwie bez moich uwag, wdrożyłem. Równocześnie nieraz się uśmiechnąłem i ucieszyłem (rym niecelowy, ale niech pozostanie).

Źle to brzmi, tzn. sensu można się domyślać, ale słowo rozmija się ze znaczeniem (moim zdaniem). Naruszając po trochu, po kawałku, albo w ogóle rozwinąć metaforę, np. Każdy krok jest wysiłkiem, do którego się zmuszam, choć czuję, że siła woli pęka i kruszy się ziarno po ziarnie, niczym ta krawędź przepaści. Albo coś w tym stylu.

Długie zdanie, co samo w sobie nie jest grzechem :) ale to “w taki sposób” mnie rozdrażniło, przez nie całość jest mało płynna. Bez niego będzie chociaż ładna metafora, a teraz brzmi jak próba uładzenia metafory. Mam też problem z gramatyką, “wieńcząc sztych” formalnie odnosi się do ostrza, a nie do ognia, ale ostrze nie może wieńczyć sztychu (który jest zakończeniem ostrza) tylko ogień może je wieńczyć.

Użycie “zastanawiam” i “rozważam” zwalnia tempo do śli… przepraszam, do żółwiego. To kulminacja i nie wypada robić takich rzeczy czytelnikowi, to jakby wyświetlić reklamy w najciekawszym momencie!

Unikałbym jak ognia :) takich słów w opowiadaniu, w którym dopiero powstaje piekło, a koncepcja zła nie jest jeszcze (zapewne) w pełni zdefiniowana. To jedno słowo zepsuło mi całą scenę. Słowo “zło” powinno wkroczyć w opowiadaniu w odpowiedniej oprawie, a nie pojawić się w przypadkowym miejscu jako określenie miejsca. I to jeszcze dwuznaczne, bo miejsce nie jest złe moralnie (choć w sumie opisujesz piekło, więc czemu nie? ).

Te na przykład bardzo celne, co więcej, mocno w duchu tekstu. Podwójnie przydatne zatem.

a płomień ześlizguje się na jego ciało, odrzucając go w tył, krzyczącego z bólu.

Metafora czy dosłownie ześlizguje? Trudno jest mi sobie wyobrazić to ostatnie.

To chyba jedyne, czego nie zastosowałem. Widzę to tak, że Lucyfer otrzymuje cios, miecz go uderza, a równocześnie płomienie z ostrza “przepełzają” na jego ciało. Może nazbyt magiczne, ale któż w raju im każe trzymać się jakiejkolwiek fizyki i chemii? :)

Wpatrzony samotnie w płomienie i wsłuchany w huk burz, czekał, czy przyjdzie mu zrozumieć prawdę, czy też na wieczność pozostanie mu jedynie służba.

A on nie miał czasem służyć człowiekowi? Bo zachowuje się jak weteran wojenny z PTSD. W ostatnich, najważniejszych słowach opowiadania widzimy go bezużytecznego – patrzy i czeka. O tym, co robi dla ludzi, których wybrał, nie ma ani słowa.

Amen. Słuszne. Dodałem: “Zawsze pozostawał na zawołanie, gdy należało zetrzeć się z Lucyferem w walce o człowieka.”

Bo to zdecydowanie podkreśla jego dramat, a równocześnie oddanie służbie, plus w chrześcijaństwie jest to raczej postać aktywna, a nie bierna, więc powinno pasować.

Wrażenia ogólne: dobra kompozycja i klimat. Tak jak napisałem wcześniej, fragmenty kursywą świetnie budują nastrój, napięcie i zagadkę. Przeplatający się wątek wyprawy na skraj piekła i poszukiwania zamysłów Zamysłu to dobry pomysł – sama wyprawa to bardzo ciemna fantasy, a czerń jest dobrze widoczna na tle bieli. Pomysł również ciekawy, unikanie nazwania Boga doskonałe. Świetnie można wyczuć, że jest bytem z zupełnie innej kategorii, niż reszta towarzystwa.

Ciekawe i wciągające. Błagam o wypolerowanie, bo świetnie się czytało, efekt imersji doskonały, ale potykacze wybijały z rytmu.

I have polished my Polish!

Fragmenty kursywą zdecydowanie są najważniejsze. Dzięki betującym, zostały one skrócone, by nie były rozwlekłe.

Z tym Bogiem vel. Zamysłem, to też napisałem powyżej, odpowiadając chalbarczyk. Chciałem nieco to zmienić, bo trudno mi było wczuć się w psychologię archanioła wobec spersonifikowanego Boga. A czyniąc z tego bardziej “coś”, niż “kogoś”, wydawało mi się to bardziej wiarygodne, także dla aniołów, którzy mają go bronić. Nie chcę sprowadzić istoty przedwiecznej do cennego wazonu, którego trzeba pilnować przed zbiciem, ale odrobinka tego nie zaszkodzi, by dodać kolorytu bohaterowi.

Natomiast zdecydowanie najbardziej cieszy mnie to, że spodobał Ci się sposób “ugryzienia” obrazu. Bo nie ukrywam, że czytając już parę tekstów, byłem pod sporym wrażeniem nie tylko fabuły, ale i dostosowania techniki i sam chciałem spróbować.

 

Naprawdę, dużą przyjemność sprawił mi Twój komentarz. Dziękuję laugh

 

Za klika również!

Pozdrawiam!

I rzekł Pan: umieścisz cztery “e” w “beeeecki”. Ani mniej ani więcej. Nie umieścisz trzech “e” ani “pięciu “e”. Dwa są wykluczone. I Pan uśmiechnął się, a lud spożywał owce i leniwce, karpie i sardele, orangutany i płatki śniadaniowe i nietoperze...

Ach jeszcze dogrywka, marzanie

(troszeczkę sobie zrobiłem prywatną fabrykę komentarzy, ale chcę jeszcze fragmenty Twojego wpisu docenić)

zapadła cisza. W rajskim kraju, którego mieszkańcy dzielili się na chóry, nigdy dotychczas nie zapadło takie milczenie.

Dziwacznie brzmi wtrącenie “którego mieszkańcy dzielili się na chóry”. Tylko mnie rozpraszało.

Tutaj wtrącenie zmieniłem, ale zostawiłem. Bo chciałem podkreślić, dlaczego cisza jest tak nienaturalna – teraz bardziej wprost, bo chóry mogły tego jednoznacznie nie eksponować.

Fragmenty kursywą są świetne i trzeba w nich uważać na każde słówko :)

To. Absolutnie bezbłędnie rozszyfrowałeś jaki był mój cel, co więcej, sporo pomogłeś poprawić.

Dzięki!

I rzekł Pan: umieścisz cztery “e” w “beeeecki”. Ani mniej ani więcej. Nie umieścisz trzech “e” ani “pięciu “e”. Dwa są wykluczone. I Pan uśmiechnął się, a lud spożywał owce i leniwce, karpie i sardele, orangutany i płatki śniadaniowe i nietoperze...

Beeeecki, i ja się cieszę, że mogłem pomóc (a przy okazji przeczytałem dobre opowiadanie). I broń… Zamyśle, nie tupię teraz nóżką i nie sprawdzam, czy wszystko wprowadzone czy nie. bo przecież każdy ma swój gust. I w świecie też jest dużo rzeczy, które mnie drażnią, i drażnić będą, kiedy przyjdzie wiosna (pyłki). A jednak nie chcę zmieniać całego świata, co najwyżej wyrżnąć i wypalić delikatnie przesunąć rzeczy, o które się potykam :)

Dobrze, że opowiadanie już opublikowane, bo opek konkursowych dużo, a wszystkich nie obskoczę, choćbym chciał. I jeszcze wrąbałem się w pisanie sequela Rzeki, miało być krótko, a wychodzi jak zawsze, czyli machina fabularna się rozkręciła i rządzi twórcą. Więc miotam się między swoim pisaniem a komentarzami, potem będzie mi głupio, że kogoś z pozostałych konkursowiczów pominąłem.

P.S. Biblijna “stopka” w komentarzach wywołuje uśmiech ilekroć ją czytam, aczkolwiek jest również nutka niepokoju – lud jako ostatnie spożył nietoperze, a potem tekst się urywa. Czyżby aluzja do pandemii?

Hej!

 

Opowiadanie bardzo dobrze wprowadza w klimat. Same opisy zarówno raju, jak i piekła, są bardzo obrazowe, chociaż najbardziej spodobały mi się spotkania z Zamysłem. Czuć tę niepojętość (i jednocześnie moc, bo niezrozumiały jest przez swój ogrom) i płynące z tego wątpliwości.

Postacie archaniołów świetnie pokazują różne odpowiedzi na konfrontację z absolutem.

 

Jeśli chodzi o napięcie, to pojawiło się już na samym starcie, bo znałem zakończenie. Wiedziałem, że na Lucyfera trzeba uważać, a reszcie kibicować, nawet jeśli nie idzie im najlepiej. Lubię takie historie, bo nawet, jeśli zakończenie jest znane, to sposobów, które do niego prowadzą, da się wymyślić bardzo dużo. Może szatan oszuka archaniołów w jakiś kreatywny sposób? Może archaniołowie przypadkiem wpadną w jakieś “polityczne” układy? Może któryś z bohaterów okaże się za słaby i dopiero jakieś ciekawe wydarzenia wyciągną go z tej słabości?

 

No i tutaj pojawia się problem, bo historia przebiegła w bardzo standardowy, spodziewany sposób. Michał dał radę dotrzeć do celu “bo w sumie kocha ludzi”, bez żadnych głębszych przemyśleń. I jakkolwiek w kontekście aniołów i tematyki ma to sens, to historia na tym traci.

 

Mimo to napisane naprawdę zgrabnie i czytało się przyjemnie do samego końca, a ostatnia scena z samotnością Michała wybrzmiała wystarczająco, żeby przysłonić rozczarowanie brakiem twista ;)

 

Trochę technikaliów do przemyślenia:

Michał czuł, że choć podpieranie filara podczas balu nie przynosi chluby, to jednak nie musi się tego wstydzić. Było mu wspaniale na uboczu, gdzie mógł jeść słodkie winogrona i po prostu patrzeć.

[…]

Bal trwał tu nieustannie, a wraz z nim muzyka, stanowiąca wieczyste tło. W jej rytm włączali się wszyscy, nie z przymusu, a z naturalnej potrzeby. Każdy tańczył i śpiewał po swojemu, ale zawsze w doskonałej harmonii.

Chyba jednak nie wszyscy.

Było mu wspaniale na uboczu,

Nawet Michał ze swojej pozycji na uboczu, podświadomie wodził za nią wzrokiem.

Między jednym a drugim jest trochę odstępu, ale wyrażenie jest dość specyficzne, więc trochę mnie ukłuło jako powtórzenie.

 – Inny aspekt Zamysłu, inne piękno – powiedział i pokazał bliżej narzutkę lampy. – To wciąż to samo światło, ale zachwyca odmiennie, nie sądzisz?

Brzmi to, jakby przysunął lampę bliżej, ale z tego co rozumiem, lampa lata gdzieś w oddali i otaczają ją tłumy. Może po prostu “powiedział, wskazując”?

– Dobrze wiesz, że nie potrafiłbym jej odczuwać. – Michał nie słynął z poczucia humoru.

– Wiem, że istnieją, tak. Ale ich nie rozumiem – przyznał Michał, sam mający tendencję do poważnienia, gdy inni się weselili.

Może lepiej to jakoś pokazać w wypowiedzi, niż stwierdzać w ten sposób?

– Cóż. Obcy jest nam czas, ale i tak zrozumienie nie przychodzi od razu – odparł mentorsko Lucyfer, przyjaźnie klepiąc brata po ramieniu. – Obawiam się, że brak zrozumienia może zaszkodzić Zamysłowi. Musimy poznać prawdę, Michale, o sobie i o człowieku.

– Musimy służyć. Zamysłowi i człowiekowi – przypomniał Michał.

Lucyfer rzucił mu krótkie spojrzenie, w którym wygasające rozczarowanie ustąpiło miłości do brata.

– Spróbuj to przypomnieć swemu bratu!

Powtórzenie. Pewnie nie wybiłoby się aż tak, gdyby określenie było wcześniej używane w tekście.

Pokazano mu ostateczny aspekt, który nieograniczony wzrok Michała pochłonął w całości i na zawsze zapisał jako uczucie.

Ze zdania nie wiadomo, co zostało pochłonięte (nieograniczony wzrok Michała czy aspekt).

Ktoś podlatuje, chcąc się rozejrzeć, lecz wieje mocny wiatr, a dym jest gęsty jak smoła.

Brzmi, jakby autor trochę na siłę chciał ukryć tożsamość tego kogoś ;) Naturalnie pasowałoby tu jakieś bardziej konkretne określenie, np. jeden z X.

Wokół jego latarni koncentrowała się cała śmietanka archanielska. Nawet Gabriel, aspirujący do przewodnika innych, pokornie ustępował miejsca bratu, słuchając zaangażowany.

“Innych” nadmiarowe, bo przewodnik musi być kogoś, chociaż samo “przewodnika” też mi nie leży.

W rajskim kraju, którego mieszkańcy dzielili się na chóry, nigdy dotychczas nie zapadło takie milczenie.

Chyba nie z podziału wynikało, że normalnie było głośno.

Ciąży mi zbroja i nieużywane, opuchnięte skrzydła.

Czy skrzydła ciążą od nieużywania?

Każdy krok jest wysiłkiem, do którego się zmuszam, naruszając minimalnie siłę woli, która[,+] niczym to strome zbocze, kruszy się, im dłużej maszeruję.

Z tego co się orientuję “niczym strome zbocze” jest niezależnym wtrąceniem, więc przecinek z obu stron.

Po wycięciu wtrącenia lepiej widać jeszcze jeden problem:

naruszając minimalnie siłę woli, która kruszy się, im dłużej maszeruję.

“Im dłużej” wymaga jakiegoś procesu, który nasila się/słabnie wraz z tym, jak coś się dzieje. Np. “kruszy się coraz bardziej, im dłużej maszeruję”.

Chociaż może ogółem lepiej byłoby to zdanie odrobinę uprościć albo rozbić.

Wiedział, że istnieje nienawiść tak silna, że słaby człowiek może się jej nie oprzeć.

Brzmi trochę, jakby człowiek miał zdolność "nie opierania się”. Może “słaby człowiek nie da rady się jej oprzeć”?

Jest słaby i upadnie, prędzej[,-] czy później musi się to stać.

Bez przecinka.

zobaczył, że trzyma miecz o złotej rękojeści i srebrnym ostrzu, które płonęło żywym, jasnym ogniem, wieńcząc sztych, w taki sposób jakby to nie stal, a płomień przeznaczony był do zadawania ciosów.

Z tego co rozumiem chodzi o to, że miecz wygląda jak płomień (którym można zadawać ciosy). Układ zdania sugeruje, jakby miecz składał się ze stali i płomienia, ale ciosy należało zadawać akurat płomieniem.

Z płaskiej pustyni na samym skraju zbocza wystają czarne iglice niczym szpice wbite w nieboskłon, powstrzymujące konstrukcję przed osunięciem się w otchłań.

Ładne :)

Zastanawiam się, jak zaszturmować wejście.

Chyba nie ma takiego słowa. Po prostu “szturmować”, chociaż bardziej pasuje mi tu np. “sforsować”.

Czekamy, przyglądam się temu smętnemu pochodowi.

Może lepiej kropka, żeby zasygnalizować zmianę podmiotu.

Ręka dzierżąca miecz się trzęsie tak, że płomień przelatuje mi przed twarzą.

Bardziej naturalnie brzmi mi “trzęsie się”.

 

Klikam i pozdrawiam :)

 

It's hard to light a candle, easy to curse the dark instead

Cześć, beeeecki

Bardzo mi się podoba to opowiadanie. Walka aniołów, przedstawienie raju i w szczególny sposób słowa Boga kierowane do Michała, bo tak to odebrałem. Delikatność Bożego głosu, czułość jako ciepłe dotknięcie wiatru na policzku. Przyznam, że tekst ma głęboki wymiar duchowy. Lubię takie klimaty.

Klik!

Pozdrawiam

bruce

witam serdecznie, piękny ten Pan Bruce ma sweterek heart

 

laughheart

Pecunia non olet

Witam :]

 

I cóż, ciężko mi się tu merytorycznie wypowiadać, po pierwsze jako samcowi beta, po drugie bo mam słabość do fantastyki o aniołkach, pewnie jeszcze od czasów Siewcy Wiatru.

 

Mi się podobało. Niby historia znana, ale do końca zastanawiałem się, jaki będzie finał. Fajnie, że udało się ukrócić te bardziej przeciągłe sceny.

 

Pozdrawiam

Dlaczemu nasz język jest taki ciężki

Ręka dzierżąca miecz się trzęsie tak, że płomień przelatuje mi przed twarzą.

Bardziej naturalnie brzmi mi “trzęsie się”.

Hm, a może “drży”? Załatwiony problem brzmienia, szyku i siękozy :)

Hm, a może “drży”? Załatwiony problem brzmienia, szyku i siękozy :)

3 w 1 i to prawie za darmo :)

 

Teraz widzę też, że przez moje nieco dłuższe czytanie i dumanie nad tekstem, wystąpiły anomalie czasoprzestrzenne i część uwag zdążyła się zdezaktualizować ;)

It's hard to light a candle, easy to curse the dark instead

Chwała ci za to, że nie użyłeś tagu ,,angel fantasy”, bo przy całej mojej miłości do prozy pani Kossakowskiej zwykle unikam tego gatunku jak ognia – a przegapiłbym przez to świetny tekst.

Angel fantasy nie lubię m. in. ze względu na zamiłowanie autorów do uczłowieczania Lampki w imię modnego współcześnie podejścia ,,a, bo przecież on nie mógł być taki zły, to wszystko propaganda, wysłuchajmy jego wersji”. Tylko że diabeł to nie jest ,,postać”, którą należy rehabilitować, ale symbol/personifikacja Zła, którą czytelnik ma potępić. Dlatego bardzo mi się podoba w sumie prosty zabieg, jaki tu wykorzystałeś – tym razem Lucyfer jest twardogłowym służbistą, a idealistyczny Michał stanowi jego przeciwieństwo. W tej chwili to przejaw szalonej oryginalności. :D

Kosmologia też jest ciekawa, z abstrakcyjnym Bogiem i tak dalej. Na twoim miejscu pewnie poświęciłbym więcej miejsca konstrukcji świata (apokryfy to niewyczerpany skarbiec inspiracji), ale ja fetyszyzuję mitologię i lubię plastyczne opisy. :)

Więcej grzechów nie pamiętam. Nie mogę już kliknąć, za to chętnie nominuję do Piórka. Powodzenia w konkursie!

Show us what you've got when the motherf...cking beat drops...

Drodzy, dziękuję za wszelkie komentarze, kliki i nominacje!

Do wszystkiego dokładnie odniosę się na dniach, jak czasu magicznie przybędzie laugh

I rzekł Pan: umieścisz cztery “e” w “beeeecki”. Ani mniej ani więcej. Nie umieścisz trzech “e” ani “pięciu “e”. Dwa są wykluczone. I Pan uśmiechnął się, a lud spożywał owce i leniwce, karpie i sardele, orangutany i płatki śniadaniowe i nietoperze...

 

Tam, gdzie płótno spotyka słowo,

tekst poznałem rzetelnie, na nowo.

Ślad zostawiam, opinię wstrzymuję,

nim konkurs ciszę w werdykt przemaluje.

You cannot petition the Lord with prayer!

Wracam, syn marnotrawny bety:) Cały czas na merytoryczną krytykę lekkomyślnie przetrwoniłem, na dnie sakiewki pozostała mi jedynie drobna opinia. Z obowiązku odniesienia się do niej bez skrupułów Cię zwalniam, jako, że nasz stan posiadania (wolnego czasu) jak widzę plasuje sie na podobnym poziomie. 

 

Opowiadanie bardzo przypadło mi do gustu, podoba mi się początkowa tajemnica i w dobrym tempie odkrywanie kolejnych, biblijnych kart. Podoba mi się Zamysł i jego niedookreśloność (sic!). Sam obraz w pierwszym kontakcie przywodził na myśl twierdze Pandemonium i świat Sanktuarium z serii gier Diablo, a tekst wcale mnie z tego skojarzenia nie wybił, bo i realia i postacie i wizja piekła pokrywały się z blizzardowskimi;) 

 

Pozdrawiam i raz jeszcze powodzenia w konkursie:)

Nowa Fantastyka