Zawiewa mocniejszy wiatr i uderza nas w twarze. Opieramy się podmuchom i zdeterminowani brniemy dalej.
Otacza nas piękny i zielony kraj. Pachną kwitnące drzewa, w słońcu mienią się dojrzewające owoce, strumienie szumią melodyjnie, a dotyk miękkiej trawy na naszych łydkach jest niczym kojące głaskanie.
My jednak czujemy się obco pośród tej sielanki, jakby twardy marsz zakłócał łagodność krajobrazu, a nasz cel był czymś niegodziwym w tym sprawiedliwym świecie.
Ale przecież taki jest Zamysł.
Znów nagły powiew. Jest nienaturalnie silny, a nosi w sobie zapowiedź czegoś jeszcze mocniejszego. Przywiewa duszący smród spalenizny. Niektórzy z nas kaszlą. Podmuch mija, a pogoda się uspokaja. W oddali ćwierkają ptaki.
***
Michał czuł, że choć podpieranie filara podczas balu nie przynosi chluby, to jednak nie musi się tego wstydzić. Było mu wspaniale na uboczu, gdzie mógł jeść słodkie winogrona i po prostu patrzeć.
Jego oczy chłonęły otoczenie, a widok poruszał do głębi. Kochał świat wokół, w którym Słońce i gwiazdy stanowiły sufit, podłogę i ściany, rośliny miały jedyną prawdziwą zieleń, a owoce najwspanialszy smak. Bal trwał tu nieustannie, a wraz z nim muzyka, stanowiąca wieczyste tło. W jej rytm włączali się wszyscy, nie z przymusu, a z naturalnej potrzeby. Każdy tańczył i śpiewał po swojemu, ale zawsze w doskonałej harmonii z pozostałymi.
Wśród wirujących w walcu par dało się dostrzec najjaśniejszy punkt – latarnię, lśniącą blaskiem czystego Zamysłu. Była osią, wokół której krążyli wszyscy goście, tak, jak Ziemia i inne planety krążyły wokół Słońca. Nawet Michał ze swojej pozycji na uboczu, podświadomie wodził za nią wzrokiem. Najczystsze białe światło odbijało się w jego oczach, rozświetlając duszę, aż chciał wzlecieć i wyśpiewać słowa chwalące Zamysł.
Nie zrobił tak, ale chwilkę później uczynił to inny z biesiadników, do którego dołączyli się następni. Jeden z chórów wzniósł się nad przeźroczystą podłogę i zaśpiewał czystą, chwalebną pieśń.
Michał patrzył na to z uśmiechem. Nie umknęła mu jednak postać zbliżająca się do niego, zgrabnie przechodząca pośród tłumów białych szat.
– To chyba nowy pomysł, Lucyferze – zauważył Michał, wskazując na latarnię, którą przysłonięto niewielką, granatową narzutką, przypominającą rozgwieżdżone niebo. Malutkie punkciki mieniły się, jednak siła światła nie była aż tak wielka.
– Nic nie ucieknie twym oczom, Michale. Z nas wszystkich, ty otrzymałeś wyjątkowy dar! – pochwalił Lucyfer, posyłając mu przyjazny uśmiech. – Inny aspekt Zamysłu, inne piękno – powiedział i pokazał bliżej narzutkę lampy. – To wciąż to samo światło, ale zachwyca odmiennie, nie sądzisz?
– Tak, masz rację – stwierdził zafascynowany Michał. – Chwalisz moje oczy, ale ty jeden potrafisz odkrywać nowe aspekty Zamysłu. To jest dar!
– Czyżby przemawiała przez ciebie zazdrość? – prychnął rozbawiony Lucyfer.
– Dobrze wiesz, że nie potrafiłbym jej odczuwać. – Michał nie słynął z poczucia humoru.
– Być może potrafiłbyś. – Lucyfer niespodziewanie spoważniał. W stłumionym świetle lampy jego oblicze wyglądało niezwykle dostojnie. – Znasz cały Zamysł. Wiesz, że zazdrość, gniew i nienawiść istnieją. Rozumiesz je.
– Wiem, że istnieją, tak. Ale ich nie rozumiem – przyznał Michał, samemu mając tendencję do poważnienia, gdy inni się weselili. W oddali chór wzniósł kolejny toast na cześć stworzenia.
– Cóż. Obcy jest nam czas, ale i tak zrozumienie nie przychodzi od razu – odparł mentorsko Lucyfer, przyjaźnie klepiąc brata po ramieniu. – Obawiam się, że brak zrozumienia może zaszkodzić Zamysłowi. Musimy poznać prawdę, Michale, o sobie i o człowieku.
– Musimy służyć. Zamysłowi i człowiekowi – przypomniał Michał.
Lucyfer rzucił mu krótkie spojrzenie, w którym wygasające rozczarowanie ustąpiło miłości do brata.
– Spróbuj to przypomnieć swemu bratu! – rzucił Lucyfer, wskazując na wybijającego się ponad chór Gabriela, który mocną arią zakończył śpiew.
Michał popatrzył na Lucyfera. Zaśmiali się i popili słodkiego rajskiego wina.
***
Otacza nas gęsta mgła. Zaczyna się łagodnie, lekko spowija krajobraz, niczym zwiewna pajęczyna, zwiastująca końcówkę lata. Z początku jest biała, potem szara, momentami niemal czarna. Osiada na twarzach i zostawia lepkie krople. Zdaje się oznajmiać, że nic dobrego z naszej wędrówki nie wyniknie.
Ktoś dostrzega mroczne cienie, szybujące ponad nami. Wrony? Kruki? Zataczają dziwne kręgi, nagle spadają, niczym martwe, by w ostatnim momencie rozpostrzeć skrzydła i równo poszybować. Łączą się w grupy, tworzą składające się z dziesiątek punktów kształty, które, choć nie przypominają niczego konkretnego, to jednak zwiastują groźbę. Ptaki wydają dźwięki twarde i nieharmonijne, pełne pretensji i żalu o swoje istnienie. Jakby ich rola w Zamyśle przysparzała im cierpienia.
Skąd bierze się ten gniew? Dlaczego posyłają nam nieprzychylne znaki?
Szukam odpowiedzi, ale widzę tylko mgłę.
A może dym.
***
To nigdy nie były bezpośrednie odwiedziny. Takie miały miejsce tylko na początku, a wtedy to Michał i jego bracia byli gośćmi. Teraz jako gospodarze swojej wolnej woli, odczuwali jedynie subtelne przypływy obecności Zamysłu. Mogli je ignorować, ale Michał nie znalazł ku temu powodu.
Otworzył się, a wzrok przestał widzieć otoczenie. Inne oczy, w jego wnętrzu, zobaczyły światło Zamysłu. Delikatne, ale rozlewające się wszędzie. Jak zawsze, towarzyszyło temu jednakowe uczucie samotności. Michał nie potrafił pojąć, dlaczego je odczuwa. Wszakże Zamysł był piękny i poruszał tych, którzy go poznali. Z niego wziął się wspaniały świat, który w pełni ukazano skrzydlatym archaniołom.
A jednak samotność. Wobec Zamysłu Michał miał wrażenie konfrontacji z samym sobą i doznawania druzgocącej porażki. Próbując zbierać się po kolejnych ciosach, otrzymywał następne. Narastało paniczne poczucie winy. Nie to powinien odczuwać i wiedział o tym dobrze.
Znał Zamysł. Pokazano mu ostateczny aspekt, który nieograniczony wzrok Michała pochłonął w całości i na zawsze zapisał jako uczucie. Sięganie do tego wspomnienia przyprawiało go o drżenie. Ostateczność była ogromna. Przerastała każdą istotę i zjawisko. Całość znaczyła wiele więcej niż zbiór elementów.
Michale.
Odwrócił się, rozejrzał w głębi własnej duszy, ale był sam. Wkoło tylko lekka jasność.
Tak?
Szukasz mnie?
To pytanie zbiło go z tropu. Brak odpowiedzi znów spowodował ukłucie strachu. Stał przed Zamysłem, którego znał jedynie ostateczny aspekt. W rzeczywistości rozmawiał z czymś obcym, odległym.
Znasz Zamysł, Michale. Dlaczego się obawiasz?
Znów brakowało odpowiedzi. Znów brakowało myśli.
Wreszcie, w rozpaczy, sięgnął po tę, którą chciał odrzucić.
Znamy Zamysł. Ale żaden z nas nie zna pełnej prawdy. Widzimy, co możemy zepsuć, a nie wiemy, jak tego uniknąć. Widzę człowieka. Jestem gotów mu służyć, ale lękam się jego wyborów.
Odpowiedziało mu coś, co odczuł jak uśmiech. Fala delikatnego ciepła musnęła jego twarz.
Robimy to, co możemy, Michale. Każdy z nas. Dokonujemy wyborów i robimy to, co możemy.
Michał poczuł w sobie nagły napływ pytań i wszystkie je chciał wyrazić, wyrzucić z siebie i wyzbyć się poczucia winy za ich gromadzenie. Odpowiedź była tak blisko, niemal dotykał jej myślą. Obecność Zamysłu jednak odpłynęła.
Michał znów był w swoim ciele i duchu, leżał pod owocującą jabłonią, otoczony gwieździstym niebem i zielenią.
Po jakimś czasie dołączył do niego złotowłosy Gabriel.
– Odwiedził mnie Zamysł – powiedział na powitanie.
„Mnie też” chciał odpowiedzieć Michał, ale milczał.
– Pokazał mi dalsze aspekty. Fragmenty całości. Moją rolę, jeśli podołam próbom. – Przeważnie Gabriel nie potrzebował słuchaczy, by mówić, ale niema obecność Michała zawsze była mu miłą.
– Zamysł wystawi nas na próby? – zdziwił się Michał.
Gabriel tylko czekał na te pytania.
– To nasze próby, Michale. Nas samych.
– A jeśli ich nie przejdziemy? Jeśli zawiedziemy? A jeśli człowiek zawiedzie w swoich próbach?
Gabriel uśmiechnął się śmiało, ale Michałowi nie dodało to pewności.
– Przejdziemy. I człowiek przejdzie.
***
Docieramy do urwiska. Mogę przysiąc, że wcześniej go tu nie było, a grunt ciągnął się po horyzont. Teraz jednak powstała granica. Kres.
Czeluść nie ma dna, a z jej głębi zieje jedynie czerń i unosi się duszący dym. Zapach spalenizny wkręca się w nozdrza i przesiąka ubrania. Zbocze jest pionowe i pełne ostrych skał tak, że nie sposób zejść. Drugiej strony nie widać. Ktoś podlatuje, chcąc się rozejrzeć, lecz wieje mocny wiatr, a dym jest gęsty jak smoła. Znosi go, traci siły i mdleje w locie, a ja ledwo zdążam go złapać.
Zakazuję dalszych prób. Nie wiem, co może nas czekać po upadku. Moi towarzysze zaczynają szeptać z obawą.
Od tej pory maszerujemy wzdłuż krawędzi. Ciągnie się w nieskończoność, jakby ktoś przeciął kraj na pół. Wkrótce otoczenie staje się zimne, a gruntu nie porasta już trawa. Zastępuje ją drobny pył, ni to śnieg, ni piach. Jest szorstki i chłodny. Ktoś szepcze, że to zmielone życie.
***
– Zamysł pytał każdego z was? – Światło Lucyfera jak zawsze było centrum wydarzeń, mimo że w nocnym krajobrazie wokół kręciły się wszystkie stworzone galaktyki z miriadami gwiazd. Wokół jego latarni koncentrowała się cała śmietanka archanielska. Nawet Gabriel, aspirujący do przewodnika innych, pokornie ustępował miejsca bratu, słuchając zaangażowany.
– Każdy z nas zna Zamysł – odpowiedział jeden z archaniołów.
– Tak. Ale czy wszyscy wiecie, że człowiek odwróci się od nas? Zdradzi i zatopi się w grzechu, będzie pławić się w nienawiści do innych i do samego Zamysłu? – zapytał Lucyfer i zapadła cisza. W rajskim kraju, w którym niemal zawsze trwała melodia i śpiew, nigdy dotychczas nie powstało takie milczenie.
– Zamysł ci to objawił? – zapytał ktoś lękliwie.
– Wszyscy mamy wolną wolę, także ludzie. Pełnią Zamysłu, jak wiecie, jest zbawienie każdego. Ale ja widziałem więcej. Już wkrótce człowiek nas zdradzi – wyjaśnił Lucyfer. Wydawał się poruszony tym, co mówił, a słowa wypowiadał powoli i z trudem.
– I co zamierzasz zrobić? – włączył się zatroskany Gabriel.
– Co zamierzamy zrobić – sprostował Lucyfer. – Wolnej woli nie da się kontrolować. Uważam, że człowiek swoim przyszłym, a pewnym, nieposłuszeństwem, może zniweczyć zbawienie – powiedział, spuszczając głowę. Następnie zwinął dłoń w pięść i uderzył nią o stół – To przykre, ale musimy bronić Zamysłu przed ludźmi. Nie mamy wyboru, do tego nas powołano!
Kilka pomruków aniołów z pomniejszych chórów zawtórowało jego słowom. Niemelodyjne szepty rozniosły się po całym niebiańskim zgromadzeniu.
– Tobie to objawiono, nie nam. Nie powinieneś o tym mówić – wtrącił się Gabriel, uciszając na chwilę szeptane plotki.
Lucyfer spojrzał na niego z wyrozumiałością, tak jak starszy brat patrzy na młodszego.
– Gabrielu, każdy z nas powinien wiedzieć, bo wszyscy mamy obowiązek działać w prawdzie. Jeśli musimy dokonać wyboru, to mówię, że nie możemy służyć człowiekowi i Zamysłowi równocześnie. A dla mnie wniosek jest prosty. Niech każdy z was dojdzie do własnego, bo czasu jest niewiele.
***
Marsz wzdłuż krańca świata jest trudny. Skały się osuwają i spadają w bezdenną czeluść. Dym jest coraz gęstszy, a wszyscy cuchniemy smrodem spalenizny.
Ciąży mi zbroja i nieużywane, opuchnięte skrzydła. Każdy krok jest wymuszonym wysiłkiem, choć czuję, jak siła woli się kruszy, niczym to strome zbocze. Mam wrażenie, że ścieżka przed nami staje się coraz węższa.
Wiatr sypie pyłem w twarze. Ostre drobinki tną skórę, drażnią oczy, a miejscami wręcz parzą. Kilku z nas nagły podmuch prawie zepchnął w dół – bracia złapali ich w ostatnim momencie. W oddali tworzą się trąby powietrzne, wirujące mieszanką szarości, czerni i bieli.
Z monotonii maszerowania wybija mnie dźwięk. Trzask, zgrzyt i przedłużony syk. Ryzykuję i podchodzę do krawędzi, patrząc w dół.
W otchłani nie ma już mrocznej pustki – zamiast niej szaleje nieprzebrana rzeka ognia. Języki płomieni wystrzeliwują w górę, liżąc zbocze, wbrew naturze chcą spalić skałę. Grunt staje się wrzący, parzy w stopy. Ogień jest czerwony jak krew.
Czeka nas ciężka przeprawa.
***
Następne dni pełne były oczekiwania. Lucyfer wypowiedział swoje proroctwo, po czym zniknął. Ktoś mówił, że Zamysł wezwał go do siebie, inny, że poszedł działać, zniesmaczony bezczynnością braci.
Michał gnuśniał z każdym dniem coraz bardziej. Miał dokonać wyboru, a jednak czekał. Paraliżował go strach przed konsekwencjami każdej decyzji.
Znakomity wzrok archanioła pozwalał mu przyglądać się dwojgu pierwszych ludzi w rajskim ogrodzie. Żyli spokojnie i w zgodzie z Zamysłem, daleko im było do fatalistycznej wizji Lucyfera. Niemniej, Michał również dostrzegał słabość. Wiedział, że istnieje nienawiść tak silna, że słaby człowiek może się jej nie oprzeć. Zdawało się, że Zamysł wręcz skazał tych dwoje i ich potomstwo na upadek.
Tu zaczynała się sfera, której Michał nie rozumiał. Ufał Zamysłowi bezgranicznie i pragnął wierzyć, że wszystko to zostało przewidziane, ale dostrzegał też wolną wolę ludzi. Jeśli nienawiść pchnie ich do fałszywych kroków? Jeśli wolna wola obróci ich przeciw Zamysłowi?
Czym tak naprawdę był Zamysł, któremu zobowiązał się służyć?
Michał samotnie snuł się po rajskim kraju, pogrążony w myślach. Unikał braci. Widział, że niektórzy zniknęli wraz z Lucyferem. Wśród pozostałych panowało poruszenie i wątpliwość. Raj zaczął się rozpadać.
Wtedy poczuł obecność Zamysłu. Nie dał mu zacząć. Wątpliwość była zbyt silna.
Dlaczego? Dlaczego człowiek? Przez niego rozpadnie się ich i nasz świat! Jest słaby i upadnie, prędzej, czy później musi się to stać. Co mamy z tym zrobić? Jak chronić… Zamysł?
Odpowiedziała nieznośna cisza. Dopiero gdy frustracja Michała wzrosła i gotów był zamknąć się na mistyczną obecność, odezwał się wewnętrzny głos.
Michale. Znasz Zamysł. Wiesz, że wydarzy się, co ma się wydarzyć. Spójrz na człowieka. Czy go kochasz?
Głos wraz ze światłem przenikał jestestwo Michała. Nie działało to jednak tak kojąco, jak przeważnie.
Tak, ale…
Czy jesteś gotów mu służyć?
A jeśli człowiek upadnie?!
Czy wtedy jesteś gotów mu służyć?
Michał zamilkł. Nie spodziewał, aby sam Zamysł akceptował upadek. Znów przyjrzał się człowiekowi w odległym ogrodzie. Była to istota pełna piękna, wspaniała, w której wszystkie aspekty Zamysłu wydawały się znacznie bardziej wyeksponowane niż wśród anielskiej braci.
Chyba tak.
Odpowiedział mu świetlisty uśmiech.
Michał zamrugał, znów będąc w swoim ciele. Tym razem jednak coś się zmieniło. W dłoni poczuł ciężar i zobaczył, że trzyma miecz o złotej rękojeści i srebrnym ostrzu, którego sztych płonął żywym ogniem, jakby to nie stal, a płomień przeznaczony był do zadawania ciosów.
Michał dotknął głowni miecza i natychmiast cofnął dłoń. Nigdy jeszcze nie czuł takiego bólu, przeszywającego całe ciało i duszę do samej głębi.
W głowie odezwał się głos.
Upadek wymaga wyboru.
***
Patrzę na miecz. Płonie coraz bardziej, wydaje się kumulować okrutną energię otoczenia. Odwrotnie do mnie i moich żołnierzy, wycieńczonych marszem i nękanych wątpliwościami, broń zdaje się czerpać siłę z ognistej rzeki, piaszczystych tornad i trującego dymu. Nie wiem, czy pokładam nadzieję w mieczu, czy raczej się go lękam. Brak mi sił, by o tym myśleć.
Ktoś z oddziału jęczy, że się zgubiliśmy. Wzdycham i unoszę miecz. Płomienie rozlewają się wokół ostrza, parząc moją dłoń. Przez ogień widzę jednak drogę i nasz cel, który jest już blisko, choć zasłaniają go chmury dymu.
Idziemy dalej i wkrótce ukazuje się naszym oczom.
Z płaskiej pustyni na samym skraju zbocza wystają czarne iglice niczym szpice wbite w nieboskłon, powstrzymujące konstrukcję przed osunięciem się w otchłań. Biały pył pokrywa wejście i dachy, ale nie ima się mrocznego wejścia do twierdzy. Gdzieś w szczelinach okien widać czerwone światło, podobne do barw płomieni w dolinie.
Żołnierze mieszają się na ten obcy widok. Nie znamy takich konstrukcji, nawet my archaniołowie, którzy widzieliśmy Zamysł. To inna, nierajska obecność, źródło skalania całej tej ziemi, od lepkiej mgły, po płomienną rzekę. Nie zatrzymuję się, choć nie przepełnia mnie odwaga. Wiem, że jeśli stanę, to już nie ruszę dalej.
Miecz ciągnie naprzód, tak jak ja prowadzę kolumnę moich żołnierzy. Wiatr, płomienie, pył, wszystko się nasila, gdy docieramy do podnóży twierdzy.
Zastanawiam się, jak zaszturmować wejście i czy w trakcie nie zabraknie mi sił i silnej woli. Strach mnie paraliżuje i nawet żądny działania miecz nie potrafi tego zmienić.
Wejście otwiera się samo. Czarne drzwi z głośnym łoskotem wypuszczają na zewnątrz grupę, na której czele idzie Lucyfer ze swoją lampą.
Czekamy, przyglądam się temu smętnemu pochodowi. Wyglądają na równie wyniszczonych, jak my, a może i bardziej, skoro dłużej wystawieni są na działania tego obcego miejsca. Ich skrzydła wydają się zwiędnięte, twarze pozbawione blasku, a kroki niepewne. Uderzają w nich ciepłe podmuchy, idący się chwieją, ale żaden nie upada.
Podchodzą i wtedy widzę ich oczy, pełne determinacji, zdradzające ogrom silnej woli w wątłych ciałach. Patrzę na lampę Lucyfera – wygasła. Mimo to mój brat trzyma ją przy sobie z troską, a wszyscy jego poplecznicy patrzą na pozbawioną światła latarnię z szacunkiem i powagą.
– Wkrótce wydarzy się upadek człowieka, Michale – oznajmia mi smutno Lucyfer. Pogrążony w żalu, wydaje się nie zauważać zbrojnego zastępu pod mym dowództwem.
– Niestety, nie przez człowieka tu przyszliśmy – odpowiadam z trudem. Ręka dzierżąca miecz się trzęsie tak, że płomień przelatuje mi przed twarzą.
– Chcesz, by ich upadek, ich słabość, pociągnęły za sobą nasze potępienie? Rozłam raju, tego chcesz? – pyta Lucyfer.
Podchodzi do mnie, kładzie mi dłoń na ramieniu. Wzdrygam się, ale nie odsuwam. Lucyfer prowadzi na krawędź zbocza, dalej jest już tylko rzeka ognia. Ręką pokazuje w płomienie. Wytężam wzrok i widzę wśród wrzącej przemocy wizję ogrodu, w którym ludzie spożywają owoc, łamiąc jedyny dany im zakaz. Natychmiast wstępuje w nich nienawiść, zaczynają widzieć wszystko inaczej, w gniewie, w zazdrości, we wstydzie.
– To się właśnie dzieje, Michale. Cały ten rozłam, jak również wszystkie przyszłe, to ich sprawka. Masz broń, by ich potępić i ratować Zamysł. To twoja decyzja – szepcze Lucyfer.
Patrzę na ludzi, na ich nagłe zagubienie, na szarzejący pod ciężarem ich grzechu świat. Widzę przyszłe słabości, śmierć, wojny, pogardę, poddanie się nienawiści. Aspekty istnienia mnie zalewają. Zapominam o całości Zamysłu.
Patrzę na Lucyfera, którego twarz jest zaraz obok mojej. Jego wzrok zatopiony jest w ludziach, oczy odbijają czerwone płomienie, pełne… nienawiści do człowieka. Ze strachu, że mogą zniszczyć Zamysł.
– Jestem gotów – mówię, odsuwając się. – Jestem gotów, by służyć człowiekowi nawet w jego upadku – przemawiam wbrew sobie, a słowa sprawiają mi prawdziwy ból. Nie potrafię uzasadnić takiego wyboru, jednak on się dokonał na wieczność.
Twarz Lucyfera wykrzywia się w grymasie, tak jakbym zadał mu ranę. Zaciska pięści, zgrzyta zębami.
– Jesteś po ich stronie? Oni okazują się najpodlejszymi niszczycielami Zamysłu, a ty chcesz im służyć?! – podnosi głos, jego krzyk niesie się po pustyni, silniejszy nawet od wycia wiatru. – Zamierzasz bronić tego upodlonego, taplającego się w nienawiści gatunku?! W imię czego?! Są wrogami Zamysłu, więc w imię czego zamierzasz to czynić?!
– Nie wiem. – Nic więcej nie potrafię powiedzieć.
Miecz sam składa się do ciosu, a ja mu nie oponuję. Płomienna klinga tnie ziemię, rozrywając z trzaskiem skałę między nami. Ziemia drży, a pozbawiona oparcia skarpa zaczyna osuwać się ku otchłani wraz ze stojącymi na niej poplecznikami Lucyfera. Moimi braćmi. Chwieją się i przewracają. Niektórzy zachowują spokój, inni próbują biec, wydostać się ze spadającego kawałka skały.
Lucyfer stoi, patrząc na mnie z wielkim smutkiem i bólem. Nie mogę znieść jego spojrzenia, ale wiem, że widzę go takim po raz ostatni. Nie odwracam wzroku.
Skała odrywa się głośno i teraz już cały jej kawał spada w otchłań. Patrzymy na siebie z Lucyferem, gdy ten, w ostatnim momencie skacze, rozwija zwiędnięte skrzydła i próbuje wylądować na bezpiecznym gruncie.
Miecz znów składa się do ciosu. Ostrze uderza Lucyfera, a płomień ześlizguje się na jego ciało, odrzucając go w tył, krzyczącego z bólu. Patrzę mu w oczy, gdy ostatni spada wraz ze swoim chórem potępionych w płomienną otchłań.
***
Ciemna twierdza uchowała się od upadku. Co prawda osunęły się zbocza wokół niej, lecz ona sama dalej stała nad krawędzią. Widok z jej mrocznych iglic rozciągał się na wszystko – na otchłań w dole, ale też na cały świat ludzi i to, co działo się poza rajskim krajem.
Po wygnaniu Lucyfera wichury i huragany nie ustały, a trujące opary i mgły, jak również cienie kruków i wron wciąż otaczały twierdzę, mimo upływu wielu lat, które odliczano do dnia nastania ostatecznego aspektu.
Wojsko anielskie wróciło do zielonego kraju, zostawiając rozłam za sobą. Wszyscy zajęli się służbą człowiekowi, który bardzo pobłądził. Mniej było balów i przyjęć, więcej ciężkiej, nieprzynoszącej efektów pracy. Tak jak przepowiedział Lucyfer, jedni zrozumieli prawdę po czasie, inni nigdy.
Michał nie wrócił z pozostałymi. Wbrew własnej obawie, przeleciał nad rozpadliną powstałą po osunięciu i wszedł przez mroczne drzwi do twierdzy. W środku zastał pustkę wielkich pomieszczeń, których mimo wielkiej miłości do Zamysłu i jeszcze większej nienawiści do ludzi, Lucyfer nie był w stanie wypełnić. Ostatnie rajskie dni spędził w samotności.
Takiego też wyboru dokonał Michał. Nie ściągnął zbroi, nie odłożył miecza. Zawsze pozostawał na zawołanie, gdy należało zetrzeć się z Lucyferem w walce o człowieka.
Do czasów ostatecznych zamieszkał w twierdzy, która stała się strażnicą nad otchłanią. Wpatrzony samotnie w płomienie i wsłuchany w huk burz, czekał, czy przyjdzie mu zrozumieć prawdę, czy też na wieczność pozostanie mu jedynie służba.

Anna Słoncz: „Strażnica potępionych”