- Opowiadanie: DavideLl98 - Ból głowy

Ból głowy

Hej, to moje pierwsze, większe opowiadanie, opowiadające o losach Henryka oraz Kaspra. Koncept jest nieco tajemniczy, tekst z pogranicza horroru psychologicznego i dramatu, nie ukrywam, że nieco wzorowane na Silent Hill :) Mam nadzieję, że się spodoba, miłego czytania i komentowania, z chęcią usłyszę feedback.

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Ból głowy

Dzień pierwszy

„Od zarania dziejów ludzkość uzurpowała sobie prawa do zasiadania na samym szczycie, rządząc i decydując o losie innych organizmów żyjących na Ziemi. Staliśmy się Panami tego świata. Sami sobie nadaliśmy ten tytuł – nikt się nie sprzeciwiał. Nie przejmowaliśmy się zdaniem istot, które z nami koegzystowały. W końcu tylko my zdołaliśmy wzbić się na wyżyny intelektualne i dokonywaliśmy rzeczy niemożliwych dla innych. Ba, niekiedy nawet przedstawiciele naszego gatunku nie przejmowali się zdaniem sobie podobnych… A wszystko to w imię przekonania o swojej doskonałości, chęci polepszenia własnego bytu, pychy.

To właśnie pycha nas zgubiła. Przez wszystkie te mijające lata nigdy nie próbowaliśmy się jako ogół zastanowić nad konsekwencjami własnych czynów. Niektóre z nich były oczywiste. Zatruwanie wód Ziemi poprzez wieczne zsyłanie odpadów i trujących chemikaliów do mórz, rzek i jezior było na porządku dziennym. Powód? Brak opłat za wywóz toksycznych śmieci i ich składowanie. Spowodowanie globalnego ocieplenia przez zbyt duże stężenie CO2 w atmosferze uznawano za coś normalnego, trywialnego. Oczywiście istniały próby niwelowania go, ale obowiązkiem tym została obarczona najbiedniejsza warstwa społeczna, która emitowała tyle dwutlenku węgla przez miesiąc, co jeden miliarder czy celebryta w kilka godzin. Nie wspominając o wybijaniu poszczególnych gatunków fauny dla pożądanych surowców. Nie trzeba chyba dodawać, że spowodowało to wymarcie kolejnych zwierząt, ze względu na zaburzenie naturalnie działającego łańcucha pokarmowego.

Inne problemy zaś, takie jak te, z którymi aktualnie musimy się zmagać, wykraczały poza nasze możliwości poznawcze. Gdyby nasze zrozumienie było na tak wysokim poziomie jak nasza duma, może bylibyśmy w stanie coś na to zaradzić. Niestety, prawda jest zgoła inna. Taki to nasz krystalicznie czysty – niczym oszlifowany diament – gatunek.

Nasze wybory mają konsekwencje. W omawianym przeze mnie przypadku, tragiczne. Człowiek, byt doskonały, który sprawował władzę nad wszystkimi organizmami, sam zrzucił się z tronu i z wielkim impetem upadł na najniższe ogniwo łańcucha pokarmowego. I tak oto z łowcy, stał się bezwartościową zwierzyną, jaką jest po dziś dzień. Zwykłym, nic nieznaczącym insektem, którego można zmiażdżyć i wgnieść w ziemię, a świat nawet za nim nie zapłacze. Do tego doprowadziliśmy swoimi decyzjami.”

– Ugh, ależ to smętne i nudne. – powiedział cichym głosem Kasper.

– Ale prawdziwe! – oznajmił żywo jego ojciec, po czym dodał: – Rozumiem, że może nie podobać ci się styl, w jakim pisał Joseph Kyrneh. Nie miał on lekkiego pióra, fakt, ale jego słowa należy traktować jako naszą spuściznę, jako dziedzictwo dokumentujące to, do czego doprowadziliśmy.

– Nie chodzi o styl, a o sam przekaz. Jest depresyjny i dołujący. Czy naprawdę tego potrzebujemy teraz w naszym życiu? Czy potrzebujemy jeszcze bardziej pogrążać się w tym stanie? – zapytał zatroskany syn.

Oczy ojca zaczęły błąkać się po pokoju, jednocześnie zatracając się w pustce. Spojrzał, jakby w spowolnionym tempie, na pokój, w którym się znajdowali, a dokładniej mówiąc, na prowizoryczny gabinet. Kiedyś ludzie powiedzieliby, że takie pomieszczenie można nazwać co najwyżej klitką dla psa, ze względu na bardzo małą i wąską przestrzeń, nienadającą się dla dorosłego człowieka. Liczył on na oko od czterech do pięciu metrów kwadratowych, ledwo mieścił stacjonującego tam ojca i syna. Cały pokój był słabo widoczny, ze względu na brak jakiegokolwiek mocnego źródła światła. Na środku znajdowało się niewielkie krzesło, a przy nim drewniany, prawdopodobnie dębowy stolik. Na nim zaś stała malutka i wykończona do granic możliwości świeca parafinowa, dająca nikłe oświetlenie oraz książka Josepha Kyrneha. Była ona gdzieniegdzie poplamiona, a niektóre ze stron podarte, jakby rozszarpane przez jakąś nieludzką istotę. Widać było, że źle zniosła próbę czasu, zwłaszcza biorąc pod uwagę ostateczny dowód w postaci zżółkniętych kartek oraz specyficznej, krztuszącej woni przypominającej połączenie amoniaku i chloru.

Po prawej stronie pokoju widać było porozrzucane na podłodze książki, okładki oraz zapiski na kartkach różnego formatu. Gdyby je poukładać i posegregować, mogłaby z nich powstać pokaźnej wielkości biblioteczka. Właśnie chyba tylko z tego względu konstrukcja ta nigdy nie miała prawa powstać. Tak, jak ludzie w tych czasach nie mieli prawa istnieć…

Po lewej stronie zaś nie było nic szczególnego, poza mocno przyciemnioną ścianą – nie wiadomo czy od braku większej ilości światła, czy od rozrastającego się niczym rak z przerzutami na inne części ciała grzyba.

Kłamstwem byłoby stwierdzenie, że można było przed słowami syna zobaczyć jakikolwiek tlący się blask w oczach jego ojca, jednakże teraz wyglądały one, jakby żadna jasna barwa nigdy nie zaznała tam prawowitego miejsca. W pokoju można było wyczuć, jak myśli mężczyzny zagęszczają się w zlepek niespokojnych, przerażających, niekiedy wręcz popychających w otchłań scenariuszy.

– Halo, słyszysz mnie? – zapytał zatroskany Kasper.

Twarz ojca zaczęła wracać do naturalnego stanu. Można rzec, że kojący, choć jednocześnie wprawiający w zakłopotanie głos Kaspra, sprawił, że wrócił on na prawidłowe tory.

– Tak, tak, Kasprze. Przepraszam. J-ja… – zająknął się, po czym wziął głęboki oddech. – Po prostu poczułem coś dziwnego. Jakby w jednej chwili przeleciało mi przed oczyma całe moje życie. To chyba przez twoje pytanie tak się poczułem.

– Które? – zapytał Kasper z zaciekawieniem.

– O tym, czy potrzebujemy czegoś takiego w naszym życiu. Ech… – westchnął ojciec z głębokim żalem pobrzmiewającym w jego głosie.

Henryk, bo tak miał na imię ojciec Kaspra, wiedział, że powoli nadchodzi chwila, w której będzie musiał powiedzieć synowi prawdę. I nie napawało to go radością. Czuł, że tą rozmową, a co gorsza, swoją reakcją na nią, tylko zachęci go do zadawania pytań.

– Dobra, rozumiem, że świat nie jest taki jak kiedyś. I widzę, że tęsknisz za tym, jak było wcześniej. To normalne, tak jak dla mnie brak przywiązania do tamtych czasów. Ale żyjemy. Tutaj. Razem. To się liczy, prawda?

Henryk oparł plecy o zachodnią część ściany gabinetu tak mocno, że gdyby mógł, to dałby się pochłonąć narośli tam występującej, tworząc z nią symbiotyczny byt. Może nie byłoby to wcale takie złe, zważywszy na okoliczności? – pomyślał.

Nie miał on co prawda już młodzieńczej witalności i krzepy silnego mężczyzny, jednakże swoją posturą nadal mógłby przestraszyć niejednego śmiałka w ciemnej uliczce. Kontrastowało to jeszcze bardziej na tle malutkiego gabinetu, w którym wyglądał tak jakby niedźwiedzia chciano usadowić w kojcu dla pudla. I to miniaturowego. Sęk w tym, że w obecnych czasach taka sylwetka nie zrobiłaby na nikim większego wrażenia.

– Właśnie, że nie razem… – odparł załamującym się głosem, po czym nastała grobowa cisza.

Syn przez chwilę spoglądał na swojego ojca z zatroskaniem i współczuciem, a jednocześnie z zakłopotaniem. Wiedział, że poruszenie tej kwestii może spowodować, że ojciec jeszcze bardziej się załamie, albo, co gorsza, wkurzy się na niego. Mimo to czuł w kościach, że lepsza sytuacja już raczej nigdy się nie nadarzy. Po chwili ciszy, Kasper zdecydował się kontynuować temat.

– Co? Co ty mówisz? Przecież jesteśmy tutaj, ja i ty! Czy… – Kasper zawahał się przez chwilę. Poczuł, jakby coś oplatało mu szyję i ściskało mocniej niż zaciśnięty stryczek na szubienicy. Mimo to, po krótkim namyśle wydusił z siebie te słowa, niczym ostatnie tchnienie. – Chodzi o mamę?

Kasper wiedział, że nie ma już odwrotu. Od razu uświadomił sobie, że podjął złą decyzję. Mimo to rządziła nim ciekawość – rzecz ludzka, która potrafi poprowadzić albo do genialnego odkrycia, albo do zguby. W tym przypadku, trudno było określić czym poskutkuje – może wszystkim po trochu… a może niczym?

Henryk usłyszawszy słowa syna, jeszcze bardziej pragnął dać się pochłonąć ścianie, niemal jakby chciał ucieszyć cudzożywny organizm plechowy, który zżył się całkowicie z konstrukcją oddzielającą jeden pokój od drugiego. Mężczyzna ruszył swoją prawą dłonią i powolnym ruchem dotknął nią czoła, trwając w bezruchu. Sprawiał wrażenie, jakby próbował powstrzymać coś, co mogło się stamtąd wydostać. Głowa Henryka już bardzo długi czas była niczym więzienie o zaostrzonym rygorze, które nie pozwalało na żadne odwiedziny czy wyjścia. Co by jednak nie mówić, nawet więźniowe potrafią wydostać się z niewoli na przeróżne sposoby. Tak też stało się w tej chwili.

– A o kogo może chodzić, Kasper?! Oczywiście, że o nią! Nie ma jej z nami już tak długo, a ja nadal czuję, jakby minęło kilka dni od tego wydarzenia! – wykrzyczał te słowa, jakby był w amoku. Słychać było jednak duże rozgoryczenie, żal i cierpienie w jego głosie. To one dominowały nad złością.

– Przepraszam. Wiem, że nie powinienem drążyć, ale mam już piętnaście lat! Należy mi się jak psu buda, aby usłyszeć prawdę. Nie pomyślałeś, że porozmawianie o tym, co wtedy się stało, dałoby ci w jakimś stopniu ukojenie? Wiem tylko tyle, że mama umarła niedługo po moim porodzie. Skłamałbym mówiąc, że ją pamiętam, ale chcę wiedzieć, co się z nią stało. Jak się to stało! – wykrzyczał błagalnym tchem.

Słowa te nieco poruszyły ojca. Może nie na tyle, aby wrócił na właściwe tory, ale oderwały go chociaż od – wchłaniającej niczym gąbka wodę – ściany. Zbliżył się do Kaspra, chwytając jego ramię mocnym uściskiem. Na tyle mocnym, że nie wiadomo, czy motywem takiej nieludzkiej siły był gniew, czy może ciężar spowodowany tym, jak bardzo Henryk czuł się tym wszystkim przytłoczony.

Stali tak chwilę, próbując nawiązać kontakt wzrokowy. Po chwili, Henryk przemówił rozgoryczonym głosem.

– Posłuchaj uważnie mojego monologu, bo to będzie pierwszy i pewnie ostatni raz, gdy to mówię. Nie chcę do tego wracać. Jak wiesz, w tym naszym pięknym, wymarzonym, popierdolonym świecie, panuje aktualnie JEDNA zasada. Brak jakichkolwiek narodzin ludzkich. – westchnął, po czym kontynuował. – Jeśli ją złamiesz, módl się, żeby to ludzie szybciej się tobą zajęli, niż…

– Taaak, wiem o tym. – wtrącił niecierpliwie syn.

– Miałeś słuchać, nie przerywać. Na czym to ja…? Ach, tak, już wiem. Brak narodzin. Początkowo nikt nie wiedział, że to właśnie przyjście na świat nowego dziecka oznacza naszą zagładę. Gdy wszystko w naszym dawnym świecie zaczynało się pierdolić, z dnia na dzień pojawili się Oni. Większość ludzi nazywa ich Strażnikami Prawa, ja wolę nazywać ich Naświetlaczami. Są z nami tutaj po dziś dzień, od momentu psucia się Ziemi. Pierwsze tygodnie to była istna wylęgarnia Naświetlaczy. Nie wiadomo dlaczego, ale w szybkim tempie zaczęli eksterminować nasz gatunek. Częstotliwość ich pojawiania się zmalała dopiero wtedy, gdy ludzi na całym świecie mogło być w granicach kilku milionów. Dopiero wtedy, powoli można było przyjąć teorię, że odpowiedzialne za to są narodziny dzieci. Gdy ktoś się rodził, zawsze się pojawiali. I szukali… ofiar. – Nastała chwila ciszy, gdyż Henryk musiał wziąć łyk wody. Po jej przełknięciu, kontynuował, spoglądając na syna.

– Sam w to uwierzyłem, gdy jeszcze mieszkaliśmy w osadzie, na południe stąd. Nasza – moja i mamy – znajoma, Milena, była w zaawansowanej ciąży. Poród przebiegł pomyślnie. Ale zamiast się cieszyć, trzeba było się chować. W dosłownie jedną chwilę pojawili się w różnych okolicach, jakby patrolując teren. I ponownie szukali ofiar. A gdy już znaleźli… nie będę zdradzać szczegółów, ale z grubsza, naświetlali swoimi dłońmi osobę, którą wykryli. Stąd ta nazwa. Ci, których w tamtej chwili humor jeszcze nie opuścił, twierdzili, że Naświetlacze zwiastują drogę ku oświeceniu. Jeśli tak można nazwać naszą zagładę, to zgadzam się z nimi w pełni.

– Do rzeczy, pytałem o mamę. – wtrącił zniecierpliwiony Kasper.

– Gdybyś dał mi skończyć, wiedziałbyś, że to wszystko jest ze sobą powiązane. Ale dobrze, chcesz skróconą wersję, proszę bardzo. Twoja mama była wtedy w 38 tygodniu ciąży. Gdy mieszkańcy osady zauważyli, że sprowadzenie na świat nowego potomstwa sprawia, że te monstrualne kreatury się urzeczywistniają, zrobili obławę na wszystkie ciężarne kobiety. Nie wiem, i nie chcę wiedzieć, jakie były tego skutki, bo spodziewając się tego, co się święci, uciekliśmy z tej osady. Sęk w tym, że nie była to łatwa decyzja. Mogliśmy zostać tam i spróbować przemówić ludziom do rozsądku, wiedząc, do czego wejście w dyskusję może doprowadzić, albo uciekać, narażając się na te stwory. Jak widać, chyba bardziej baliśmy się ludzi, aniżeli owych potworów. Chociaż kto w tamtej sytuacji tak naprawdę był potworem? – zapytał kwestionujący swoje decyzje Henryk. – Tak czy siak, uciekliśmy. Niestety, byliśmy nieostrożni. Sądziliśmy, że przemkniemy obok jednego z tych Strażników, ale nas dorwał. A konkretniej twoją mamę. Mnie na całe szczęście nie zauważył. Chociaż teraz, gdy o tym myślę, wolałbym, żebym to ja został naświetlony, aniżeli ona. Ten stwór spojrzał się na nią swoimi rękoma – dosłownie nimi, gdyż te bestie posiadają olbrzymie oczy na wewnętrznej stronie dłoni – i zaczął rozświetlać miejsce, w którym stała. Po chwili razem z mamą zaczęliśmy stamtąd uciekać, a Naświetlacz…

Nastała chwila niespokojnej ciszy.

– A Naświetlacz co?! – krzyknął niespokojnym głosem syn.

– Zostawił nas i poszedł patrolować teren dalej. Wyglądało to tak, jakby zakończył swoje zadanie. A my nie wiedzieliśmy, na czym ono polegało. Bo, do kurwy nędzy, nic się wtedy nie wydarzyło! Pomyśleliśmy, że to jakiś cud, albo że nie atakują kobiet, które jeszcze nie urodziły. Na odkrycie prawdy, niestety, nie musieliśmy długo czekać.

Kasper zaczął obawiać się tego, w jaką stronę zmierza historia ojca. Znał z opowieści ojca, jak funkcjonowali Naświetlacze oraz jak mniej więcej wyglądały. Z jego opisu dało się wywnioskować, że były to gargantuiczne stworzenia, które mierzyły od kilkudziesięciu do kilkunastu metrów wzrostu. Cechowały się bardzo długimi odnóżami oraz tym, że nie widać było ich głowy ani – owianej ciemnym, poszarpanym i równie wielkim co dach budynku kapturem – twarzy. Powiadał, że jeśli przyjrzeć się ich nakryciom i twarzom z bliska, to wyglądają tak, jakby okrywały czarną dziurę. Jakże ironiczny jest fakt, że zjawisko czarnej dziury może pochłonąć wszystko, tak, jak Naświetlacze pochłaniały nasz sens życia… Z tego co mówił tata, osoby których dotknęło naświetlenie, twierdziły, że nic im się nie działo. Żadnych poważnych symptomów, tylko lekki ból głowy. To, co jednak powodowało, że u osób tych współczynnik śmiertelności wynosił blisko 100%, to fakt, że ostatecznie ginęły one z rąk bliskich. Niestety nie zostało to wyjaśnione, jak i dlaczego się to działo.

Po chwili namysłu w zupełnej ciszy, Henryk wypowiedział ostatnie słowa, jakby z nadzieją, że nie będzie musiał już nic więcej mówić.

– Skończyłem. Muszę odpocząć, a pora jest późna. Lepiej się wyspać przed jutrzejszym dniem.

– No nie, żarty robisz sobie ze mnie. Naprawdę, w takim momencie nie powiesz, co było dalej?

– W zasadzie, mam wrażenie, że już i tak za dużo powiedziałem. Możesz spędzić kolejne godziny domyślając się reszty, albo solidnie wypocząć przed jutrem. Sugeruję drugą opcję. – Henryk zakończył swoją wypowiedź, po czym udał się w stronę drzwi szybkim i pewnym siebie krokiem, jakby sugerując synowi, że już niczego nie wskóra.

Przechodząc przez próg i lekko zamykając skrzypiące drzwi, Henryk na chwilę stanął w półmroku. Było widać tylko jego dużą, bladą dłoń opierającą się o krawędź wyjścia.

– To jak, zbierasz do spania? – głos ojca dobiegł Kaspra z drugiego pokoju, ledwo słyszalny, tak samo jak ledwo widoczny był Henryk.

– Za chwilę, dokończę tylko czytać tę stronę.

– No dobrze, tylko nie siedź za długo. Nie chce potem słyszeć, że nie możesz wstać, bo jesteś zmęczony.

– Tak, tak, jasne! – odparł gromkim głosem Kasper, po czym schował głowę w książce.

Cichy dźwięk skrzypiących drzwi rozbrzmiewał, jakby nie miał końca. Jednocześnie, podtrzymywał dramaturgię sytuacji, jakby to, co zaraz przeczyta Kasper, miało zmrozić jego krew w żyłach.

Bynajmniej się tak nie stało. Kasper, choć liczył na to, że dowie się czegoś ciekawego o przypadku, który go dotyczył, musiał pogodzić się z porażką.

– No tak… co ja sobie myślałem. Przecież w tej książce nie ma nic o Naświetlaczach, tylko o samym procesie psucia się naszej planety – powiedział cicho Kasper z dozą irytacji w głosie.

Chłopak podniósł się, przesuwając krzesło do tyłu, rozciągając po chwili swoje ramiona we wszystkie strony świata. – No dobra, chyba niczego ciekawego się nie dowiem. – pomyślał zrezygnowany, po czym udał się w stronę swojego pokoju.

Otworzywszy drzwi do swojego zatłoczonego pokoju, domknął je tylko nogą, po czym szybko wystartował w stronę łóżka. Upadł na nie, rozkładając ręce tak, jakby oddał całe swoje życie losowi. Wiedział jednak, że materac go przyjmie i otuli jak matka swoje jedyne dziecko, które czegoś się przestraszyło. Tak też się stało. Chwila samego lądowania była ulotna i trwała bardzo krótko. Położył się na prawy bok oraz przykrył czymś, co miało być imitacją kołdry. Zanim jednak zamknął oczy i znalazł się w objęciach Morfeusza, zaczął myśleć o całej tej sytuacji.

– Ugh, kolejny dzień w niewiedzy. To lubię. Wiem, że robi to po to, by mnie chronić. Ale ja tego nie potrzebuję. Spodziewam się, co wtedy się wydarzyło. Poród tak wykończył mamę i osłabła na tyle, że po kilku dniach nie dała rady i umarła. Ale pewna część mnie nie daje mi spokoju i po prostu chce potwierdzenia tego, co się stało. Chcę zamknąć ten rozdział i ruszyć do przodu. Chcę, żebyś i ty ruszył do przodu. Czemu musisz nas przed tym powstrzymywać… – z każdą kolejną myślą oczy Kaspra zamykały się coraz bardziej, w równie mozolnym tempie co domykane przez jego ojca drzwi, gdy wychodził z pokoju. Nie towarzyszyło mu jednak skrzypienie, co pozwoliło nie zaburzać naturalnego procesu zasypiania.

 

 

Dzień drugi

Kiedy słabe, aczkolwiek wyraziste promienie słońca zdołały w końcu przebić się przez mroczną powłokę zwaną ucieleśnieniem nocy, Henryk zaczął się przebudzać. Światło przypominało mu o tym, że żyje, mimo tego, że w nowym świecie z mrokiem spędził miłe chwile. Zdawał się zaprzyjaźniać z nim, gdyż oferowało mu zrozumienie, ukojenie i łudzące uczucie ochrony przed tym, co może nadejść. Nie chciał on opuszczać swojego towarzysza, jednakże rozumiał, że chwilowa rozłąka jest konieczna do tego by przetrwać. A miał dla kogo jeszcze trwać na tym padole łez.

I choć łóżko wydawało się wygodne, jakby wraz z mrokiem szeptało mu do ucha, żeby tam został jeszcze przez chwilę, Henryk wiedział, że nie może przystać na tę kuszącą propozycję. Trzeba było uzupełnić zapasy, których nie było zbyt dużo i zapolować na zwierzynę.

Pomimo wyimaginowanych oków przytwierdzonych do ciała Henryka, z trudem, jednak sukcesywnie, udało mu się wstać z łoża przy tak wczesnej godzinie. Zerwał się z niego, aby stanąć przed średnich rozmiarów szafą wykonaną z litego drewna. Otworzywszy ją, zaczął przeczesywać jej zawartość, jakby dokonywał jakiejś grabieży. Niestety ciemność panująca w pokoju nie pomagała w znalezieniu ubrań.

Po krótkiej chwili, Henryk zdawał się być zadowolony ze swoich znalezisk do tego stopnia, że szybkim ruchem założył każde z nich na przeznaczone im części ciała. Gdy już to zrobił, wziął do ręki jeszcze swoją broń, która pozwalała mu czuć się chociaż trochę bezpieczniej. No i oczywiście służyła do polowania, na które miał się wybrać dziś z synem.

Henryk domknął lekko szafę, a następnie skierował się wraz ze swoim wyposażeniem w stronę pokoju Kaspra.

– Kasper, pora wstać! – zawołał donośnym, pewnym siebie głosem.

Chociaż Kasper nie był jeszcze do końca przebudzony – jakby dryfował pomiędzy światem snu, a rzeczywistością – to nawet w tak odległej krainie w jakiej się znajdował, usłyszał wołanie, a raczej rozkaz, swojego ojca.

– Już… – po tym nastała chwila ciszy, jakby jedyne na co Kasper aktualnie miał siły, to wypowiedzenie tego jedynego słowa. Na szczęście dla niego, bo ojciec już się niecierpliwił, dokończył swoją myśl prostym słowem – …wstaję – w tym samym momencie można było zobaczyć pewne podrygi jego ciała wyłaniające się spod kołdry.

Kasper niemrawym ruchem wstał w końcu z łóżka. Rozciągnął się, otwierając szeroko buzię tak, jakby miał za chwilę pochłonąć w całości swoją jeszcze nieupolowaną zdobycz. Rozmarzył się na myśl o polowaniu. Jedyne, czemu może być wdzięczny tej rzeczywistości w jakiej się znalazł, była ewidentnie polowanie. Był w tym znacznie lepszy niż Henryk. Sam by tego nie przyznał, ale ilość upolowanych zwierzyn na koncie Kaspra mówiła sama za siebie. Przystosowanie się do surowych warunków jest o wiele prostsze, gdy uczysz się w nich żyć od samego początku swojego istnienia. Jest to naturalne. W przypadku jego ojca, musiał on nabrać w tym wprawy, gdyż początki były bardzo trudne. Człowiek jednak staje się zdeterminowany i o wiele szybciej się uczy, gdy organizm nieubłagalnie domaga się zaspokojenia naturalnej potrzeby, jaką jest doskwierający głód.

Po krótkiej chwili Kasper zaczął ubierać się, aby być gotowym do wyjścia na polowanie. Robił to ślamazarnie, co nie wprawiło w zachwyt ojca, aczkolwiek nie było również czasu na to, aby się wściekać. Machnął tylko ręką, otworzył drzwi i stanął w nich, tak, jakby zachęcał swoją postawą do tego, aby syn czym prędzej wyszedł ze schronienia. Tak też się stało – ojciec i syn wyszli z domu. Zrobili to o świcie, wyposażeni w schowane w skórzanej pochwie noże myśliwskie, które lata świetności miały za sobą oraz proste łuki, gdyż znalezienie amunicji do ich starych sztucerów było zadaniem wręcz niemożliwym. Nie wspominając jeszcze o sporej wielkości plecakach widniejących na ich plecach. W czasach, gdy wszystko jeszcze było normalne, można by rzec, że ojciec z synem idą na biwak do lasu.

Na całe szczęście, nie musieli wybierać się zbyt daleko. Ich dom – chociaż ciężko go nazwać tak naprawdę domem, a raczej miejscem, gdzie można się ukryć – był osadzony na skraju opuszczonej, zrujnowanej osady, otoczonej przez zdziczałą przyrodę. Choć początkowo wybór tego miejsca jako swoistego schronienia i bazy wypadowej mógł wydawać się co najmniej dziwny, wiele argumentów przekonywało, aby się tam osadzić. Tereny, po których poruszali się ojciec i syn, można było uznać za część większego lasu, w którym natura się odbudowywała i żyła swoim naturalnym cyklem. Las ten był schronieniem i domem nie tylko dla wielu gatunków zwierząt, ale i również dla samego Kaspra i Henryka. Dzięki naturalnemu zadaszeniu, które zapewniały korony drzew, pojawienie się Naświetlacza nie było równoznaczne z podpisaniem na siebie wyroku śmierci. Choć te monstrualne byty zdecydowanie przewyższały rozmiarem niektóre drzewa, to nie tak łatwo było im odnaleźć potencjalną ofiarę w dobrze zalesionym miejscu. Problem zaczynał się wraz z końcówką jesieni i nadejściem zimy, gdy liście już dawno zmieniły swój kolor, leżały na ziemi, a temperatura coraz bardziej spadała – był to jeden z najtrudniejszych okresów do ukrywania się przed Naświetlaczami.

– Kasper, słuchaj mnie. Rutynowa akcja, tropimy coś, co pozwoli nam na zaspokojenie głodu przez kilka dni. Myślę o jakiejś sarnie, ale dzik też się nada. Jeśli coś miałoby się wydarzyć, znasz protokół. Żadnego zgrywania bohatera. Tyczy się to zarówno przy nieudanej próbie zapolowania na zwierzynę, jak i potencjalne pojawienie się Naświetlacza. Zrozumiano? – Henryk zapytał zdeterminowanym głosem, chcąc usłyszeć jedynie potwierdzenie.

– Tak. Aczkolwiek nie wiem czy do tej pory kiedykolwiek ten protokół nam się przydał. Jedzenie często udaje nam się zdobyć, a Naświetlacza nie widziałem w zasadzie po dziś dzień. Może… – Kasper musiał się chwilę namyślić. Po chwili przerwał ciszę i powiedział: – …Naświetlaczy już nie ma? – zapytał z pełną powagą.

– Czyś ty już do reszty oszalał? To, że ich nie widzimy, nie oznacza wcale, że nie ma ich wśród nas. Może mama sobie od tak umarła, bo przecież Naświetlacze nie istnieją? Każdy ich sobie wymyślił? Zrób nam przysługę i zamiast wygadywać takie głupoty, zamilcz i zajmij się tym, co robisz dobrze – tropieniem i polowaniem. – oznajmił podenerwowanym głosem Henryk.

– Ej, zluzuj, dobra? Bo brzmisz, jakbym nie wierzył w ich istnienie, a to całkowita nieprawda. Wierzę. Ale chcę tylko zaznaczyć, że ja ich nigdy nie widziałem. Słyszałem o nich, owszem, ale na własne oczy żadnego nie zobaczyłem.

-…i niech kurwa tak pozostanie. Nie życzę nawet najgorszemu wrogowi spotkania z nimi. – Henryk przerwał synowi, wtrącając swoją myśl na ten temat. – to, że ich nie zauważasz, oznacza, że ludzie w końcu poszli po rozum do głowy i nie rodzą się kolejni. Mimo to, musimy być ostrożni. A swoją drogą, mógłbyś chociaż raz zwrócić się do mnie: tato, ojcze, a nie jak do kolegi. Należy mi się trochę szacunku. – zakończył Henryk, przyspieszając kroku.

Nastała niezręczna cisza. Po kilku minutach chodu w głąb lasu, Henryk odwrócił się i zobaczył, że Kasper nieco posmutniał i trzymał się w dalszej odległości od niego. – Ech, cholera. To moja wina, nie powinienem być dla niego taki oschły. – powiedział w myślach.

Henryk zwolnił nieco tempo, aby Kasper mógł go dogonić. Odwrócił się w jego stronę i powiedział.

– Przepraszam, synu. Po prostu, martwię się jak jasna cholera za każdym razem, gdy wychodzimy ze schronu. Tam jakoś czuje się bezpieczniej z tobą, a tutaj wiecznie się na coś narażamy. Już pal licho tych Naświetlaczy, ale zwierzęta też potrafią być niebezpieczne. Pamiętasz tę sytuację z dzikiem, cztery lata temu, jak podszedłeś do samotnego, słodko wyglądającego warchlaka? Locha o mało cię nie zabiła, dobrze, że położyłeś się na ziemi i chroniłeś głowę.

– Ta… – odpowiedział ze zmieszaniem i smutkiem w głosie.

– Słuchaj, Kasper. Nie proszę cię o przebaczenie, a zrozumienie. Mogłem wyrazić się spokojniej, ale czasu nie cofnę. Po prostu zależy mi na naszym bezpieczeństwie. Nie obrażaj się i dotrzymuj mi kroku. Zaraz będziemy w naszym ulubionym miejscu na polowanie.

Kasper tylko przytaknął głową i zaczął poruszać się w nieco szybszym tempie niż przez ostatnie kilka minut. Po krótkiej chwili dotarli na miejsce. Była to głębia lasu, bardzo dobrze zalesionego. Większość zżółkniętych i czerwonych liści można było zobaczyć na ziemi, aniżeli na gałęziach drzew. Miało to swoje plusy i minusy. Chodzenie wymagało zdecydowanie wolniejszego tempa, gdyż każdy krok mógł przestraszyć zwierzynę przez szeleszczący, bądź pękający dźwięk. Zwłaszcza, że pogoda była mroźna, co oznaczało, że chodzenie po liściach wyglądało jakby człowiek poruszał się na wielkim bębnie. Mimo utrudnień, był to również miecz obosieczny dla zwierząt. Może i nie zostawiały aż tak dużo śladów, ale każdy szelest i chrupnięcie sprawiały, że mogli łatwiej zlokalizować, skąd dochodzi dźwięk.

– Hmm, jest zbyt sucho i zimno. Każdy krok to jak uderzenie w bęben. Zwierzęta są bardziej wyczulone na dźwięk niż my, mogą nas usłyszeć z oddali. Sugeruję dwa wyjścia. Bezpieczniejsze – zostajemy tutaj i wyczekujemy zwierzynę…

– …jak na rybach. – dodał ojciec.

– Tak, to oznacza mniejsze ryzyko spłoszenia, ale istnieje szansa, że żadne zwierzę tędy nie przejdzie i zostaniemy z niczym. To duży las, więc ciężko stwierdzić czy to najlepsze rozwiązanie. Na pewno najbezpieczniejsze.

– A druga opcja, to jak rozumiem, patrolowanie terenu i szukanie zwierzyny?

– Dokładnie, ale jest zimno i sucho. Chrust pod liśćmi może nas dodatkowo zdradzić. Musimy poruszać się powoli, stawiając stopę na podłożu krawędzią buta. Jeśli postawimy stopę od pięty, liść oraz to co pod nim, pęknie od razu.

– Widzę, że czytanie przewodnika łowieckiego nie poszło na marne, co?

– Lubię czytać. W sumie jest to jedna z nielicznych znanych mi form spędzenia czasu, gdy nie polujemy.

– Tak, przykro mi, że to tak wygląda. Kiedyś pewnie byśmy wyszli pograć w piłkę nożną, koszykówkę, poszli na jakiś koncert lub pograli w gry na konsoli.

– Hmm, może i lepiej, że nie wiem dokładnie co to i jak to działało. Bo zacząłbym żałować, że tego nie mam w swoim życiu.

– Taaaa… – mruknął ojciec ledwo słyszalnie, po czym dodał. – Dobra, sugeruję w takim razie stać w tym miejscu i czekać na zwierzynę. Niedaleko stąd jest źródło wody, jest co prawda temperatura bliska zeru, ale oczko wodne nie powinno zamarznąć. A zwierzęta muszą pić. Jedyne co mnie niepokoi, to otwarty teren. Obstawiam jednak, że lepsze to, aniżeli chodzenie w ślimaczym tempie, ryzykując i tak spłoszenie zwierzyny.

– Też tak myślę. – zgodził się syn, jednakże w głowie pojawiła się myśl, że jeśli będą musieli podejść w stronę stawu, to będą mocno odkryci przed potencjalnym zagrożeniem. I nie chodziło tutaj o zwierzęta.

Oboje zaczęli rozkładać się na pozycjach w milczeniu, niczym legendarni snajperzy, o których czytał w książkach Henryk. Jednakże, zamiast karabinów i wojskowego kamuflażu, mieli tylko proste łuki i byli pokryci zwykłymi liśćmi. Henryk spojrzał na syna jak instynktownie dobiera miejsce i szykuje się do ułożenia w jak najlepszej pozycji. W sposobie poruszania się chłopaka, było widać, że robi to zupełnie inaczej niż on sam. Gdy on sam ciągle siłował się z otoczeniem, próbując wybrać jak najlepszą pozycję i walczył z naturą, Kasper wyglądał tak, jakby z nią tańczył w duecie. Rozumieli się bez słów. Patrząc na skupioną twarz piętnastolatka, poczuł pewnego rodzaju ukłucie w głowie, jakby duma z żalem została wymieszana z toksycznymi substancjami. W innym świecie, chłopak teraz by pewnie patrzył, jak ojciec daje mu rady dotyczące randkowania z dziewczynami, czy demonstrował mu konkretne techniki kopania w piłkę. Czasy się jednak zmieniły, choć czas jakby ewidentnie zatrzymał się dla samego Henryka.

Po tej dłuższej chwili pomyślunku, Henryk wybudził się z wiru wspomnień i próbował jak najlepiej przeczekać ten czas, aż pojawi się zwierzyna. Sęk w tym, że pomimo wszelkich starań obojga, ten czas nie nastąpił. Minęła pierwsza, druga, trzecia godzina, a jedyne co pojawiło się w głębi, ale nie lasu, a ich serc, to zwątpienie. Czy aby na pewno dobrze wybraliśmy? – pomyśleli. Mimo to, żaden z nich nie chciał przyznać się do porażki, przez co tkwili tak jeszcze przez dobre pół godziny. I choć mogłoby się wydawać, że ta ich upartość i brak chęci przyznania się do porażki przed samym sobą doprowadzi ich do jeszcze większej klęski, w oddali usłyszeli pewne dźwięki, które ciężko było porównać do czegokolwiek im znanego.

– Słyszałeś to, Kasper?

– Tak, miałem o to samo spytać. Wiesz co to może być?

– Nie mam pojęcia. To ty jesteś ekspertem.

– Tak, ale nawet ja z tak daleka nie jestem w stanie po ledwo słyszalnym dźwięku stwierdzić, co to było. Wiem tylko, że dochodziło ze wschodu. Może to być jeleń, dzik, sarna, cokolwiek. Bardziej skupiłbym się na regularności tych odgłosów, aniżeli na samym dźwięku. Chodźmy, w tamtą stronę. Tylko powoli, nadal możemy to coś przestraszyć.

Jak Kasper powiedział, tak zrobili. Poruszali się powoli, badając podłoże stopą po każdym wykonanym kroku. Trochę czasu im zeszło, by się zbliżyć i powoli móc więcej powiedzieć o samym dźwięku. Były to bolesne jęki, niekiedy krzyki, nieco podobne do szczekania lisa. Sęk w tym, że lisy wydają je dość regularnie, a tutaj pojawiały się one w odmiennych odstępach czasowych.

– Wiesz ojcze, to może być wszystko. Lis, ryś…

– Niebezpiecznie będzie jeść lisa, ale z rysiem to co innego. – wtrącił.

-… albo coś innego. Mianowicie, ktoś. – dodał z poważnym tonem głosu Kasper.

– Co masz na myśli?

– Serio? Te dźwięki ci niczego nie przypominają?

Henryk stanął w miejscu i zaczął wsłuchiwać się. Przez dobrą chwilę nie było nic słychać, poza muskającym gałęzie drzew wiatrem. Aczkolwiek po pewnym czasie usłyszał dźwięk łudząco przypominający jęki i krzyki kobiety.

– Cholera, mówisz o kobiecie?

– Bingo. Może jest ranna, może woła o pomoc?

– Albo rodzi… – dokończył z przerażeniem.

– Co? Jak, na zewnątrz? W taką zimnicę? To samobójstwo!

– Może uciekła z którejś osady? Może żyła przez ten cały czas blisko lasu? Co prawda rzadko się to zdarzało, ale czasem napotykaliśmy ludzi. Nie tylko my żyjemy na odludziu, wiesz?

– Zdaję sobie z tego sprawę, ale wcale nie musi być w ciąży, ba, nawet nie musi to być człowiek. Musimy to sprawdzić. Poza tym przypominam, że jeśli serio to dzikie zwierzę, to będziemy mieli chociaż jedzenia na kolejne dni. A skoro jest to odgłos krzyku, jęków i rozpaczy, to możemy nawet przyspieszyć tempa, nie zważając na hałas.

– Pod żadnym, powtarzam, kategorycznie ŻADNYM pozorem nie idziemy w tamtą stronę. Wracamy na stanowiska i może poszczęści nam się, znajdując jakieś zwierzę po drodze. I tak straciliśmy już sporo czasu – gdy wypowiadał te słowa, było słychać jak dźwięk burczącego żołądka gra w tej chwili pierwsze skrzypce. – Poza tym, ryzykujemy pojawienie się naturalnych łowców, watahy wilków czy innych drapieżców. Nie będę ryzykować, wracamy! – Henryk pociągnął za rękaw Kaspra i z dużą siłą zaczął go ciągnąć.

– Ej, ała, puszczaj! Dobrze, już, już, idę z tobą, tylko mnie już nie ciągnij.

Twarz Henryka wyglądała jak w amoku, a jego oczy miały w sobie wrogą dzikość, jeszcze większą niż w przypadku wygłodniałego wilka. Po chwili jednak, gdy spojrzał na syna, zaczął go puszczać. Był to jednak duży błąd, gdyż w tym samym momencie, gdy Kasper poczuł luzujący się ucisk, momentalnie się wyrwał niczym pies ze smyczy i pobiegł w stronę dźwięków wydawanych przez niezidentyfikowane „coś”.

– Kurwa mać, Kasper! Stój! – wykrzyczał te słowa w niebogłosy, licząc na opamiętanie się syna. Z marnym skutkiem, gdyż był on już dobre kilkadziesiąt metrów przed nim. Mężczyzna upadł na oba kolana, upuszczając łuk na ziemię. Wyciągnął ręce przed siebie i spojrzał na nie. Scenariusz znowu się powtarza. – pomyślał. Ręce zaczęły się trząść, a oczy wirować w różne strony.

– Co robić, co robić, co robić?! Weź się, k-kurwa w garść! – w głowie Henryka pojawił się dramatyczny monolog. – Nie mogę tam iść, co jak urodzi się dziecko? Jeśli to się powtórzy? Znowu nikogo nie ochronie?! A-ale… ale Kasper… – poderwał się z ziemi tak szybko, jak to tylko możliwe i nie zważając na nic, zaczął biec przed siebie w kierunku swojego syna.

Niestety, chłopak był szybszy i zwinniejszy, do tego o wiele mniejszy, przez co łatwo znikał w gąszczu krzewów i drzew. Na szczęście, dźwięki nadal nie ustępowały i co jakiś czas Henryk mógł stwierdzić, w którą stronę ma się udać, by nie zgubić syna. Po kilku minutach biegu, dźwięki tak jakby ucichły. Los jednak chciał, aby w tym momencie sylwetka jego syna była widoczna w oddali. Henryk rzucił się w jego stronę, aczkolwiek będąc bardzo blisko niego, zatrzymał się z przerażenia.

– Ch-chyba miałeś rację. – odwróciwszy w stronę ojca, wypowiedział te słowa. W tym samym momencie słychać było ledwo słyszalne łkanie, płacz dziecka, które aktualnie Kasper trzymał w dłoniach.

– Nie… – odpowiedział z bezsilności Henryk.

Wnet, niebo stało się ciemniejsze, bynajmniej nie od nadejścia nocy czy burzowych chmur, a od ujawnienia się tych, których Henryk obawiał się najbardziej. Strażnicy Prawa, bo o nich mowa, zaczęli się materializować na ich oczach. Najpierw pojawiło się na niebie coś, co przypominało czarną otchłań, z niej w szybkim tempie wyłaniały się kolejne części ciała tego monstrum, począwszy od długich odnóży, skończywszy na wszechwidzących dłoniach. To one natychmiastowo przeszły do działania, szukając ofiar.

Pierwsza myśl jaka natchnęła Kaspra, to chować się w liściach blisko drzew, z kolei Henryk, zamarł w bezruchu. Czemu? Znowu? Tylko te myśli zaczęły pojawiać się w jego głowie. Strach wymieszany ze wspomnieniami stworzyły miksturę o katastrofalnej konsystencji, na którą nie byli przygotowani. Padł znowu na kolana, jakby spadał w nieustającą nicość. Jego umysł poddał się wpływom przeszłości. Z nienaturalną powolnością, widmo nieuniknionego naświetlenia zaczynało stawać się rzeczywistością. Krzyk Kaspra nie mógł przebić się przez chmurę skłębionych, negatywnych emocji.

W tym momencie, Kasper przestał kalkulować i dał pochłonąć się instynktowi. Postawił dziecko w bezpiecznym miejscu, blisko konarów drzew i przykrył kupką liści. Ruszył z odsieczą ojcu, nie biegł jednak prosto do niego. Kluczył między drzewami, aby nie został z łatwością wykryty. Na szczęście dla niego, choć Naświetlacze wzrok mają doskonały, nie były w stanie usłyszeć żadnego dźwięku.

– Wstawaj, musisz wstać, słyszysz mnie?! – wrzasnął Kasper do ojca. Sęk w tym, że jego słowa odbiły się jedynie zagłuszonym echem w jego podświadomości. Ani krzyki, ani szarpanie nie pomogło. Ojciec nadal klęczał w bezruchu niczym pomnik czasu, który trwał po dziś dzień. Dopiero po chwili, pojawiło się pewne światełko w tunelu, które zaczęło rozchmurzać stan, w jakim znalazł się Henryk, przepędzając czarne chmury. Sęk w tym, że nie był to promyk nadziei, a zbliżający się początek końca – promień Naświetlacza.

Kasper wiedząc, że nie ma dla nich już zbyt dużej szansy na wykaraskanie się z tej patowej sytuacji, wybrał ratowanie ojca. Z nadludzką siłą wykonał szturm w jego stronę, by uchronić go przed zbliżającym się światłem. Uderzenie, zarazem finalne popchnięcie było tak mocne, że przesunęło to ojca o dobre kilka metrów w stronę jednego z drzew. Niestety, promień światła wyłaniający się z gałki ocznej Naświetlacza omiótł miejsce, w którym stał chłopak. Zastygł w blasku.

Równie szybko co pojawili się Strażnicy Prawa, tak szybko również zniknęli. Zadanie zostało wykonane, osoba oznaczona. Henryk nie mógł uwierzyć w to, co się stało. Spojrzał na syna i łamiącym głosem wydusił tylko z siebie: – Czemu to zrobiłeś?

Chłopiec chcąc wypowiedzieć słowo, został uderzony przeszywającym bólem głowy. Można było porównać to do sytuacji, w której tysiąc mikroskopijnych, metalowych prętów, wbijało się w czaszkę i robiły przewiert, by dostać się do mózgu.

– Co, n-nie, nie może być, czemu to następuje tak szybko? Czemu ten cholerny ból głowy pojawia się tak szybko? – ojciec nie wiedział co robić, zaczął szybko analizować sytuację i uspokoić zarówno siebie, jak i syna.

– Myśl, myśl…

Ale nie było czasu ma pomyślunek. Ból, jaki towarzyszył Kasprowi był tak silny, że wręcz nim kontrolował. Ukłucia infekowały jego układ nerwowy i poczytalność do tego stopnia, że zachowywał się niczym marionetka. Czuł się jak obcy w swoim domu. Ból był do tego stopnia nie do zniesienia, że stał się manifestacją gniewu. To nie był już dawny Kasper, który wolałby umrzeć, aniżeli zranić kogoś z rodziny. Oczy, które rano tańczyły z naturą, teraz zostały pożerane przez trawiący ogień. Mimo to, przez chwilę można było usłyszeć lekkie, rozpaczliwe zdanie.

– Pozbądź się mnie.

Ale Henryk nie uniósł broni, stał nieruchomo, czując jak mroźne powietrze wypełnia jego płuca. Patrzył na syna i widział w nim wszystko to, co mógł zawsze zrobić, a nigdy tego nie dokonał. Stwierdził, że i tak nie zasługuje na życie, a może uratuje dzięki temu w jakimś stopniu syna.

Po chwili jednak, stało się coś nienaturalnego. Gdy Kasper podszedł do Henryka i zbliżył ostrze noża myśliwskiego na tyle blisko szyi, by musnęło jego skórę, mężczyzna nie poczuł chłodnego ostrza stali, a przeszywającą pustkę i nicość. Uczucie to sprawiło, że otworzył oczy i w ułamku sekundy zobaczył, że przed nim nikogo nie ma. Szybko obadał swoją szyję, jednak nie było tam śladu krwi. Spojrzał przed siebie, w lewo, potem w prawo, ale nikogo nie widział. Wstał i zaczął wołać syna po imieniu, bezskutecznie. W tym samym momencie przypomniał sobie o dziecku, które Kasper uratował.

Wrócił do drzewa, pod którym go zostawił, grabił rękoma liście, ale jedyne co zobaczył, to stertę małych, postrzępionych ubrań. Natchnęło go jeszcze, by podejść w stronę kobiety, która wydawała jęki i krzyki. W końcu, gdyby nie ona, do tej sytuacji nigdy by nie doszło. Idąc kilka kroków dalej, zobaczył wielką dziurę, w której leżało jej ciało, a pod nią kilka zakrwawionych koców i sterta liści. Skierowana była plecami do Henryka, a jej twarz leżała w chłodnej, twardej ziemi. Nie żyła. Już nie. I choć wiedział, że nie może jej pomóc, a jego syn nadal nie wiedzieć czemu, zniknął, postanowił dać za wygraną ciekawości. Przewrócił ją na drugą stronę, by zobaczyć twarz prowodyra tej całej sytuacji.

Początkowo ciężko było dostrzec jakiekolwiek rysy twarzy, ze względu na ubłocenie. Kilka chwil później, gdy Henryk nieco ją oczyścił, zobaczył w niej kogoś, kogo dawno temu stracił.

Koniec
Nowa Fantastyka