Wieczór osiadł na Brochowie jak mokry płaszcz. Aleja wzdłuż torów pachniała zimną rdzą i wilgotną korą, a stare lipy – te same, które pamiętały jeszcze parowozy – pochylały się nisko, szumiały do siebie sennie, jakby wymieniały się imionami, które już do nikogo nie należały.
Kilka tygodni wcześniej jedna z nich przyjęła w siebie samochód. Metal złożył się wokół pnia niby zużyta serwetka, a kobieta – trzydziestokilkuletnia – została tam na zawsze: najpierw jako krzyk, potem jako cisza, wreszcie jako pożółkła fotografia przypięta pinezką do kory. Deszcz i wiatr zatarły jej rysy tak dokładnie, że twarz stała się woskową maską – oczy rozmyte w szare plamy, usta zastygłe w wyrazie, który mógłby być zdziwieniem albo ulgą. Pod zdjęciem ktoś ułożył znicze; płomienie drgały w takt przejeżdżających składów, rzucając na pień ruchome cienie. Oderwany płat kory odsłonił mięsiste nagie drewno – jakby drzewo samo krwawiło, nieubłaganie, jednostajnie.
Stałem tam dłuższą chwilę. Nie modliłem się – słowa wydały mi się nagle zbyt materialne, jakby mogły uszkodzić to, co i tak już ledwo trzymało kształt. Myślałem tylko o tym, jak łatwo ciało przechodzi w krajobraz: wgniecenie na masce, blizna na pniu, fotografia, którą za kilka miesięcy wiatr zerwie i poniesie wzdłuż torów jak zeszłoroczny liść. A potem nawet to zniknie. Zostanie tylko lekka nierówność kory, której nikt nie zauważy.
Ruszyłem dalej. Lipy szumiały za plecami – ciężki, jednostajny oddech natury.
Parę dni później wracałem do domu wieczorem. Ulice świeciły pustką, latarnie rozmazywały światło na mokrym asfalcie jak rozlaną oliwę. Zbliżałem się do przejścia – tego samego, przy którym codziennie mijam te same kioski, te same twarze za szybą. Nogi niosły mnie naprzód automatycznie, wzrok ślizgał się po czerni jezdni.
Nagle zza rogu wyłonił się autobus. Nie jechał – pędził. Reflektory przecięły ciemność niby noże, asfalt zalśnił jak czarna, stojąca, złowieszcza woda. Usłyszałem własny oddech – krótki, urywany – i zrozumiałem, że nie zdążę.
Wtedy coś się zmieniło w powietrzu. Nie dotyk. Nie szarpnięcie. Tylko nagła, nienaturalna cisza – jakby świat na ułamek sekundy wstrzymał szum lip, stukot kół, szelest kurtek. Poczułem zapach – wilgotny, metaliczny, z ledwie wyczuwalną nutą kwiatów, jakby ktoś rozpylił perfumy ponad rozgrzanym silnikiem.
Autobus przeleciał centymetry ode mnie. Fala powietrza uderzyła w twarz, w ustach został kwaśny posmak gumy i benzyny. Upadłem na kolana na krawężnik, dłonie nieomal wbiły się w mokrą kostkę. Serce waliło w piersi, jak dzikie zwierzę w klatce – jakby chciało się z niej wydostać. Teraz. Natychmiast.
Podniosłem wzrok.
Stała kilka kroków dalej, po drugiej stronie jezdni. Ta sama, co na zdjęciu – cała, nieuszkodzona. Włosy wilgotne od mgły; twarz spokojna, niemal łagodna – jakby nigdy nie była maską. Patrzyła na mnie przez chwilę – nie smutno, nie gniewnie, nie posępnie. Tylko z cichą ulgą, taką, jaką widzi się u kogoś, kto wreszcie odetchnął po bardzo długim wstrzymywaniu oddechu pod wodą.
Nie mrugałem. Bałem się, że jeśli mrugnę, zniknie.
Ona jednak nie czekała. Odwróciła się powoli i ruszyła w stronę torów – kroki bezdźwięczne, jakby szła po grubej warstwie waty. Zanim zniknęła między lipami, obejrzała się raz jeszcze. Uśmiechnęła się lekko – nie do mnie. Do siebie.
Po chwili został tylko szum drzew i mokry asfalt pod brudnymi dłońmi.
Kilka dni później znów przechodziłem obok tamtej lipy. Znicz stał nowy. Płomień czysty, jasny. Czyżby ktoś dopiero co go podsycił? Nie pamiętam, żebym przynosił zapałki. Nie pamiętam nawet, żebym się zatrzymywał.
Stałem jeszcze chwilę, patrząc na płomień. Wiatr dotknął karku. Zimny. Znajomy.
I przyszło zrozumienie. Nic się niby nie zmieniło, lecz szum lip brzmiał już inaczej – jak gdyby jedno z drzew zaczęło opowiadać tę historię właśnie mnie.
Bardzo poetyckie i całkiem przerażające.
Jak utpce, które zwodziły ludzi na bagna, tak ofiara wypadku ciągnie na szosę.
delulu managment
Witaj. :)
Od początku miałam skojarzenie z makabrycznym horrorem sf “Znaki”, gdzie Mel Gibson (pastor) żegnał umierającą żonę, przybitą wskutek takiego wypadku do drzewa. To jeden z takich filmów, które raz się widzi i nigdy więcej nie wraca, bo zapadają na zawsze w pamięć. 
A lipy uwielbiam – ich zapach, kiedy kwitną, jest niepowtarzalny. 
Niezły pomysł. Myślę, że każdego z nas tak czasem coś ochroni, tylko nie zdajemy sobie z tego sprawy. :)
Klik, pozdrawiam serdecznie. ;)
Pecunia non olet
Poetycki test, obrazy, które zostają w pamięci. Warto zatrzymać się przy miejscu tragedii i zdobyć na chwilę refleksji, tak jak bohater opowiadania. Czy duch kobiety “uwolnił się” po uratowaniu mężczyzny przed pędzącym autobusem (ulga na jej twarzy, nowy znicz i silny płomień)?
Przeczytałem dwa komentarze i widzę dwie odmienne interpretacje.
No, niezły horror.
Ja też zrozumiałam, że kobieta uratowała narratora. Być może nie tylko jego i znicz przyniósł ktoś inny.
Babska logika rządzi!
Cześć, Macieju
Masz taką zdolność, której wielu nie posiada. W niewielkiej objętości tekstu potrafisz zawrzeć bardzo dużo treści i emocjonalnego przekazu :-) Twoja proza kojarzy mi się Bruno Schulz. Jest w tym poetyckość, malowniczość i pomimo, że temat poruszyłeś trudny, ubierasz wszystko w taki sposób, że Ciebie chce się czytać.
Pozdrawiam
Klik
Przepięknie napisane i bardzo klimatyczne. Wzbudza naprawdę silne emocje, jak na tak krótką formę. Jakoś szczególnie urzekł mnie opis wypadku, w którym zginęła kobieta.
Pozdrawiam.
Przybyłam Was nawiedzać
Cześć :) Mam kilka uwag. Starałem się być obiektywny, ale wiadomo, jak to z tym u ludzi bywa 
“wymieniały się imionami, których żadna już nie pamięta.”
Chyba rozumiem zastosowanie tego paradoksu, ale jednak to trochę zbyt mocno nielogiczne. W sumie chyba między “logiką” a “brakiem logiki” nie ma nic przejściowego, więc nie tyle “zbyt mocno” co “po prostu nielogiczne”.
”przyjęła w siebie samochód”
Brzmi trochę jak przekombinowane nazwanie “dzwona”. Czy to konieczne? Ta konstrukcja być może i zmiękcza wypadek, ale brzmi abstrakcyjnie do bólu i chyba nie pasuje do motywów przewodnich… pamięci i śmierci.
“(…)kilka miesięcy wiatr zerwie i poniesie wzdłuż torów jak zeszłoroczny liść. A potem nawet to zniknie. Zostanie tylko lekka nierówność kory, którą nikt nie zauważy.
Ruszyłem dalej. Lipy szumiały za plecami – ciężki, jednostajny oddech natury.
Kilka(…)”
Nie za gęsto?
”pazury nieomal wbiły się w mokrą kostkę”
Pazury? Ktoś już pisał o tym, więc nie będę powtarzał wywodu.
”Nagle zza rogu wyłonił się autobus. Nie jechał – pędził.”
Szalony kierowca? Jakiś Joker za kółkiem? Rozumiem, że musiał pędzić naprawdę szybko, skoro Twój duch go nie zauważył, nie usłyszał, nie spostrzegł z oddali mimo ciemności i “reflektorów”. Jeśli to było “zza rogu” budynku bez zakrętu to rozumiem, że mógł pędzić. Tylko czemu go nie widział, a konkretnie dlaczego nie widział tych świateł, które tutaj opisujesz wręcz, jako reflektory?
Natomiast jeśli był to zakręt ulicy to już w ogóle mało prawdopodobne, aby “pędził”.
”Ulice świeciły pustką(…)” a chwilę później: “Wtedy coś się zmieniło w powietrzu. Nie dotyk. Nie szarpnięcie. Tylko nagła, nienaturalna cisza – jakby świat na ułamek sekundy wstrzymał szum lip, stukot kół, szelest kurtek.”
Czyli szumiały lipy i (niestety!) szeleściły kurtki… ale była cisza. To może być przebłysk tego, jak go ratowano i zmieszane ze sobą, zlepione w jedną chwilę bodźce. Może tak być, jednak nadal brzmi to tak, jak brzmi.
Co do zakończenia: najprawdopodobniej narrator stał się duchem. Zginął sobie pod kołami autobusu pędzącego po ciemnej ulicy. Zapamiętał to (duch), jako uniknięcie wypadku. Zapalony świeżo znicz daje jasną wskazówkę, że ktoś tu dopiero co zginął. Moment kojarzy mi się ze scenami z filmów, czy seriali, kiedy to duch wstaje z łóżka, obraca się i widzi swoje ciało. Ewentualnie, gdy ktoś nie pamięta swojej śmierci, jako duch lecz konfabuluje to w postać zdarzenia, które nie miało miejsca, albo przeinacza w “uniknąłem o włos” podczas, gdy nie uniknął. Jeśli takie jest znaczenie zakończenia, myślę, że choć to motyw oklepany, zgrabnie i niemal niezauważalnie wyłania się ten sens spomiędzy słów. Wyszło bardzo git pod względem klimatu i emocjonalności, jednak dla mnie nielogiczności często ciężko jest pominąć mimo, że oczywiście, jak każdemu, i mi zdarza się je płodzić ;)
Pozdrawiam.
Drake
Ambush, bardzo podoba mi się Twoja interpretacja. Sa zaiste takie duchy – te utopce skądś się przecież wzięły. Dziękuję i serdecznie pozdrawiam! :)
Witaj Bruce,
dzięki za komentarz, kliczek i Twoją interpretację. Też jest interesująca i możliwa, więc ją tu przywołam:
Myślę, że każdego z nas tak czasem coś ochroni, tylko nie zdajemy sobie z tego sprawy.
Interpretacji jest wiele: dla jednych bohater stał się duchem, dla innych – stał się “ofiarą” “utopca”, ale przeżył, dla jeszcze innych – to duch miejsca go uratował. Nie chcę podawać swojej interpretacji i Was ograniczać.
Pozdrawiam!
Cześć Drake! :)
Wielkie dzięki za ogromną pracę jaką wykonałeś. Postaram się w miarę możliwości usunąć usterki z tekstu w ciągu najbliższych dni.
Wyszło bardzo git pod względem klimatu i emocjonalności, jednak dla mnie nielogiczności często ciężko jest pominąć…
Cieszę się, że klimat przypadł Ci do gustu. Podoba mi się też Twoja interpretacja (bohater stał się duchem). Nie chcę wypowiadać się, co do mojej. Zakończenie jest otwarte, niedopowiedziane.
Dziękuję raz jeszcze i pozdrawiam – MZ
Finkla, dzięki, no rewelacja, bardzo fajna interpretacja (sorry za rym):
kobieta uratowała narratora. Być może nie tylko jego i znicz przyniósł ktoś inny.
Cieszę się, że opowiadanko przypadło Ci do gustu, Keller. Dzięki za przeczytanie.
szczególnie urzekł mnie opis wypadku, w którym zginęła kobieta.
O tak. :-)
Czy duch kobiety “uwolnił się” po uratowaniu mężczyzny przed pędzącym autobusem (ulga na jej twarzy, nowy znicz i silny płomień)?
Może tak być, Kronos. Dobry uczynek uwalnia ducha, który idzie do Nieba. Dzięki za docenienie i interpretację. :)
Hesket, dzięki. Obdarowałeś mnie tylom komplementami, że aż nie wiem, co napisać.
Ciebie chce się czytać.
Wydaje mi się, że to dobrze, że tekst jest na tyle “elastyczny”, iż dopuszcza tak wiele różnych interpretacji. To jego siła, choć – z drugiej strony – mógłby być bardziej precyzyjny.
Tu macie wersję bardziej cielesną – horror cielesny – jest to wersja, która nie pozwala na zbyt wiele interpretacji, ale za to jest bardziej horrorowata:
nowafantastyka.pl/opowiadania/pokaz/30424
Dziękuję i także pozdrawiam, Maćku. :)
Pecunia non olet
Przydrożne drzewa wiele widziały i wiele mogą opowiedzieć. Wystarczy wybrać któreś, przystanąć i posłuchać.
Kolejna zajmująca opowieść. :)
Wieczór osiadł na Brochowie niby mokry płaszcz. Aleja wzdłuż torów pachniała zimną rdzą i mokrą korą… → Czy to celowe powtórzenie? Może w drugim zdaniu: Aleja wzdłuż torów pachniała zimną rdzą i wilgotną korą…
…jakby wymieniały się imionami, których żadna już nie pamięta. → A może: …jakby wymieniały się imionami, które już do nikogo nie należały.
Zostanie tylko lekka nierówność kory, którą nikt nie zauważy. → Zostanie tylko lekka nierówność kory, której nikt nie zauważy.
Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.
Wygląda na to, że szort nadaje się na test psychologiczny – każdy widzi co innego i na pewno to coś o nas mówi…
Babska logika rządzi!
Wygląda na to, że szort nadaje się na test psychologiczny – każdy widzi co innego i na pewno to coś o nas mówi…
Finklo, masz rację. Nie zdziwi mnie, jeśli jakiś psychoterapeuta wykorzysta szorcik Maćka do zaawansowanych badań nad pacjentami. :))
Pecunia non olet
Cześć!
Udany short, podbijam skojarzenie z Bruno Schulzem! Klimat 10/10!
Pozdrawiam!
Dzięki wielkie, Reg; poprawiłem błędy – kawy mi nie brakło. ;)
Witaj Khomaniac,
Schulz to mój idol największy. Tym bardziej cieszą miłe słowa. O odmalowanie klimatu Brochowa bardzo się starałem.
Również pozdrawiam!
Wygląda na to, że szort nadaje się na test psychologiczny…
Finkla, myślisz, że to dobrze czy źle? Sam mam mieszane uczucia. :/
Bardzo proszę, Maćku. I życzę zawsze obfitego zapasu kawy. :)
Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.
Maćku, myślę, że dobrze. Tekst jeden, a interpretacji wiele. To chyba znaczy, że dopasowuje się do indywidualnych wrażeń, porusza jakieś tam struny w duszy.
Babska logika rządzi!