– Wyjeżdżam.
Nawet nie drgnie. Siedzi schylony z łokciami na stole z czarnego bagiennego dębu. Broda podparta pięściami, nieobecne spojrzenie utkwione w blacie, wypolerowanym na lustro. Gdyby nie ciężki oddech i miarowy ruch żeber, można by go wziąć za posąg albo wypchane zwierzę.
Stoję bezradna na środku komnaty. Czy mam powtórzyć, a jeśli tak, to ile razy? Czy podejść do niego, jak zwykłam kiedyś, objąć czule, potargać ciemne włosy, pocałować w policzek, a potem w usta?
Nie potrafię. Między nami wyrósł niewidzialny mur. Kiedyś rozrzucałam pierwsze kamienie, kiedy tylko je zauważyłam. Lecz w końcu zabrakło silnych rąk do pomocy. Byłam pocieszeniem w smutku, ukojeniem w boleści, gasiłam ogień i wybaczałam nienawiść, cierpliwie ratowałam to, co zapomniane. Jednak on zapadał się w mrok, pozwolił mu przesiąknąć do myśli i uczuć, karmił się siłą, której nie rozumiał.
Wyznaczał zasady, dniami i miesiącami dyktował, jak ma działać świat. Kiedy zaś złamano prawa, obmyślał kary. Lecz w końcu trafił na tego, którego nie potrafił ukarać, bo nie miał mu czego odebrać. Bezradność była jak piekący policzek, jak wyzwanie, na które nie potrafił odpowiedzieć. Porzucił sprawy królestwa i odtrącił słowa doradców. Ogień w palenisku przygasł, zmienił się w żar, potem w popiół, w końcu rozwiał go wiatr. A ja marzłam, drżałam, kuliłam się, owijałam w złote i srebrne szaty, lecz żadna nie zastąpiła dotyku szorstkiej skóry i uścisku ramion.
– Przygotowałem podarek. Chcę, żebyś zabrała go ze sobą.
Odzywa się tak niespodziewanie, że nie wiem, co odpowiedzieć. Jeśli wiedział, że tak długo tu stoję, dlaczego wcześniej się nie odwrócił?
– Dla matki? – pytam w końcu.
– Dla ludzi. Chcę im coś dać.
Sięga pod stół i wyjmuje małą, złotą klatkę. W środku biega gryzoń z długim ogonem. Kiedy mnie zauważa, siada na tylnych łapkach, wyciąga pyszczek, pociesznie porusza wąsami. Oczy są jak dwa paciorki. Przyklękam przy klatce, uśmiecham się i wyciągam dłoń do zwierzęcia.
– Nie zbliżaj się do niego!
Ton głosu przeraża mnie. Przyzwyczaiłam się do goryczy i smutku, ale te słowa przywodzą na myśl cięcie nożem.
– Jest też druga klatka, z samicą. Zanim wyruszysz do matki, popłyniesz na północ. Kiedy zobaczysz miejsce, gdzie do morza opada rzeka lodu, przekażesz dar. Nie są wybredne, szybko rosną, będą je mogli hodować zimą.
Nakrywa klatkę wełnianym kocem, przeszywanym złotymi nićmi. Zanim zasłoni zwierzątko, zauważam, że to drapie się łapką, jakby coś je swędziało.
– I to… tyle? Nie będzie mnie wiele miesięcy…
Głos drży, zaciskam dłonie do bólu, lecz zachowuję pogodną minę, jak zawsze.
– Euploi. Dobrej drogi, Persefono.