Tym razem fantastyka, bez żadnych dziwnych nazw ;)
Tym razem fantastyka, bez żadnych dziwnych nazw ;)
Samotny rycerz przemierzał las. Droga prowadziła pod górę. Skąd w ogóle ta droga? Z wioski na skraju świata. Prowadząca donikąd. W kierunku gór dzikich, niepoznanych, a nawet – nienazwanych.
Gęstwina lasu szczelnie przysłaniała niebo. Drzewa rosły niesamowicie blisko siebie, tworząc szeroki korytarz, którego jednak nie sposób było opuścić. Puszczę spowijała nieprzenikniona ciemność. Oddech był ciężki od wilgoci unoszącej się nad poszyciem, które zasiedlały wszelkiej maści grzyby o niespotykanych kształtach i dziwnych kolorach. W końcu jednak podróżny wyszedł na polanę. Przekonał się, że słońce dawno już opuściło nieboskłon, na którym teraz jarzą się liczne gwiazdy. Zapadnięcie zmroku przyniosło mu istotną wskazówkę. Świetlisty punkt. Odległy ogień. Pustelnia?
Sam też rozpalił ognisko, posilił się i zasnął.
Zbudził go chłodny poranek. Nieprzebyta puszcza otaczała polanę. Ponad nią wznosiły się górskie szczyty. To tam płonął ogień. To musiała być samotnia mnicha.
Ruszył, a droga szybko zrobiła się bardziej stroma, a podłoże skaliste. Knieja przerzedzała się, krajobraz stawał się surowszy. Zniknęły wilgoć, cień i zapach lasu. Drzewa zdawały się przegrywać tutaj walkę z jałowością gór. Robiły się coraz bardziej skarlałe.
Szedł wytrwale, nawet nie zatrzymując się na odpoczynek.
Przyniosę chwałę naszemu rodowi – powtarzał w myślach.
Droga doprowadziła go w końcu na szczyt skarpy, na której stał żałośnie wyglądający szałas.
Ruina. Nędza. Barłóg.
Nawet szczur nie zapuściłby się do środka. Rudera nie była jednak opuszczona. Ze szczelin w konstrukcji wydobywał się dym.
Wędrowiec podszedł do szałasu i jeden z licznych otworów uznał za wejście. Wnętrze było mocno zakopcone, oświetlone nerwowym płomieniem paleniska. Za ściany konstrukcji służyły rozłożyste gałęzie, na które narzucono skóry zwierząt. Przy ścianie leżała sterta szmat tworzących coś na kształt legowiska. Na klepisku zalegały drobne kości małych zwierząt i przegniłe odpadki. Po chwili zauważył, że to, co wziął za zawinięty tobół za paleniskiem, było sylwetką człowieka. Dwoje oczu, osadzonych na zasuszonej i pomarszczonej twarzy, śledziło go z uwagą.
– Czego szukasz – zaskrzypiał ze zmęczeniem stary człowiek – wędrowcze?
– Ciebie, ojcze – odpowiedział rycerz, zdejmując kaptur i kłaniając się nisko.
Starzec zamknął tylko oczy.
Wędrowiec przysiadł się do paleniska naprzeciw gospodarza. Mnich wyglądał staro. Starzej niż najstarsi ludzie, których rycerz spotkał w swoim życiu. Starzej niż porastające puszcze dęby. Może nawet starzej od samych gór?
– A więc to prawda, co mówią – zaczął rycerz. – Poznałeś dar nieśmiertelności, ojcze. Od dawna cię poszukuję, byś mi udzielił tajemnic życia wiecznego.
Starzec nie odpowiedział.
– A w podarunku przynoszę ci to – i wyjął zawiniątko zza pazuchy. – Krzyż świętego Benedykta. Wiele trudów poniosłem, by go zdobyć, przyjmij, proszę. I weź mnie na swojego ucznia. Będę ci wiernie służył.
Mnich otworzył oczy i spojrzał na podarek. Gdy ujął go w wyglądającą jak sucha gałąź dłoń, wydawało się, że ciężar krzyża zaraz przeważy starca. Przyjrzał się przedmiotowi.
Po chwili wrzucił krzyż w palenisko.
Rycerz siedział oszołomiony.
– Nie wiesz, o co prosisz – przerwał milczenie pustelnik.
– Ojcze… Ale…
– Śmierć jawi ci się jako kres wszystkiego. Ale będąc młodym, zapominasz, że to, co cenne, odbierze ci nie śmierć, a starość. Nie znam śmierci, ale jedyne, co mam, to udręki ciała i umysłu – tylko one mi towarzyszą w samotności…
Oczy starca nabiegły łzami, a twarz wykrzywiła się w grymasie.
– Nieraz już błagałem Pana Naszego Jezusa Chrystusa, by wybawił mnie z mojego gnijącego korpusu, zbolałych członków, starczego otępienia i ciężaru grzechów minionych wieków… De profundis clamavi ad te, Domine.
Spojrzał w otwór w dachu, gdzie prześwitywało niebo.
– Ale nikt nie słucha.
Ukrył twarz w dłoniach, na których młodzieniec mógł zobaczyć liczne blizny.
– Nieraz próbowałem już to skończyć. Ale to tak nie działa…
– Ojcze, wielki dar…
– Zobacz. – Mnich nie wiadomo skąd wyciągnął zwój i wrzucił go do paleniska. Nawet po chwili nie zajął się ogniem, jego brzeg nie został nadpalony.
– Weź. – Zmęczony znowu zamknął oczy.
Rycerz sięgnął po pergamin.
Otworzył.
Jego oczom ukazał się zapisany dokument.
W nieznanym języku.
Litery nie były nawet zbliżone do czegokolwiek, co przypominało ludzkie pismo. Poszarpane, powykręcane symbole przebiegały z góry w dół, z lewa na prawo. Niektóre drobne i niepozorne, inne – wielkie, rozlewające się jak plamy atramentu. Zdawało mu się, że każdy ze znaków jest unikalny, niepodobny do pozostałych. Nie widział żadnego logicznego systemu rządzącego zapisem. Nie umiał wyodrębnić poszczególnych słów.
W końcu w jednym z rogów znalazł pospolicie wyglądający zapis.
„Frater Albertus”
Wyglądał, jakby został przed chwilą złożony świeżą krwią. Nie śmiał sprawdzić.
– Nie od Boga. Nie z mądrości. Nie z poznania – skomlał mnich. – Ale od samego Niegodziwca otrzymałem dar, który stał mi się przekleństwem.
– Odejdź i zapomnij o mnie.
Młodzieniec siedział nadal, wpatrując się w demoniczny dokument. Czuł niepokój. Dziwny napływ setek myśli do głowy naraz, których nie mógł przeanalizować. Nie wiedział, skąd pochodzą.
Nie. To nie tak. Dar nieśmiertelności musi być dobry. Coś poszło nie tak. Może mnich nie był godzien? – Wstał i zaczął dumać.
– Odejdź i zapomnij o mnie – powtórzył starzec.
Rycerz schował dokument za pas.
– Znajdziesz wyzwolenie – rzucił nagle.
– Nie ma dla mnie wyzwolenia. Bóg nie słyszy mojego wołania. Jest tylko kara i pokuta aż do skończenia świata.
– Erem Świętego Michała Archanioła. Tam odczyniają klątwy, wyrzucają diabły i unieważniają cyrografy. To blisko.
Twarz mnicha nieco się odmieniła.
– Ja nie słyszałem… Nie… to niemożliwe. Jak… – zawahał się starzec.
– Tak. Są znani w całym kraju. Na pewno wiedzieliby, co robić. – Jego słowa płynęły z ust, a on zaczął się zastanawiać, skąd w zasadzie wie o istnieniu owego klasztoru i czy rzeczywiście jest taki sławny?
– Nie dam rady iść – odpowiedział mnich, nieco odmienionym głosem.
– Pomogę ci i dasz radę. Wyzwolą cię.
Mnich, chociaż początkowo nieco niechętnie, dał się podnieść krzepkiemu rycerzowi i stanął na kruchych nogach. Powoli wyszli z zadymionej chaty i ruszyli ścieżką prowadzącą w dół.
Pogoda się odmieniła. Zamiast mroźnych podmuchów wiatru słońce wzeszło zza chmur i przyjemnie grzało. Zasuszony starzec nie stanowił dla młodzieńca obciążenia. Gdy nogi zawodziły mnicha, rycerz brał go na ręce. Tak zeszli z gór i tak przebyli też puszczę. Nie rozmawiali.
W końcu go ujrzeli. Pośrodku płaskiej, rozległej kniei, jakby znikąd, wyrastała nagle czarna skała. Od jej gładkich ścian ostro odbijały się promienie słoneczne. Na tym czarnym masywie wznosił się śnieżnobiały monastyr. Otoczony był strzelistym murem, sponad którego widoczna była tylko dzwonnica. Nie słyszeli bicia dzwonu. Trudno było oszacować, od kiedy erem tu tak stoi. Ściany pokrywała jakaś zaschnięta, chropowata biała masa, która ukrywała materiał użyty do budowy.
Mnich po całej podróży był raczej napełniony siłą niż zmęczony. Coraz pewniej stawiał samodzielne kroki. W końcu odnaleźli furtę. Zastukali trzy razy – po trzech oddechach drzwi rozchyliły się.
Wraz z ich wejściem do środka rozpoczął się przeciągły, niski śpiew.
„Sancte Michael Archangele, defende nos in proelio…”
Wzdłuż drogi prowadzącej na dziedziniec stało kilkunastu mnichów odzianych w czarne szaty. Nie obdarzyli przychodzących spojrzeniem. Starzec, naprawdę odzyskawszy siłę, sam ruszył wzdłuż korytarza utworzonego z wysokich mnisich kapturów. Rycerz trzymał się tuż za nim.
„…contra nequitiam et insidias diaboli esto praesidium.”
Gdy posuwali się do przodu, zauważyli, że pośrodku dziedzińca stała drewniana konstrukcja przypominająca małą łódź. Stary mnich dołączył do śpiewów i z jeszcze większą siłą kuśtykał w stronę monumentu. Jakby spieszył się na odpływający statek. Odezwał się dzwon, którego uderzenia brzmiały w klatce piersiowej. Wkrótce, gdy byli już niemal na dziedzińcu, dwóch zakonników zastąpiło drogę rycerzowi.
“Imperet illi Deus, supplices deprecamur…”
– Musi iść sam – powiedzieli, a on się nie sprzeciwiał. Teraz dopiero zwrócił uwagę, że na piersiach mnichów, zamiast zwyczajowych krucyfiksów, wisiały dziwne, okrągłe amulety z wprawionym szafirem.
Gdy starzec był już blisko łodzi, podszedł do niego zakonnik dzierżący w ręce wysoką świecę. Przekazał ją staremu, a ten przyjął ją wraz z błogosławieństwem.
Zaraz znalazł się na przedziwnej łodzi, zacumowanej na środku dziedzińca.
Część mnichów rozpoczęła procesję z kadzidłami.
„Tuque, Princeps militiae caelestis”
Hymn przybrał na sile. Dym z kadzidła unosił się. Ale zapach, który uderzał w nozdrza, nie był aromatyczny ani balsamiczny.
Starzec zastygł w bezruchu. Wzniósł oczy ku niebu.
“Satanam aliosque spiritus malignos…”
Po chwili przyłożył świecę do poszycia statku.
“…qui ad perditionem animarum…”
– Nie! – wrzasnął rycerz.
“in infernum detrude”.
Przerwać to.
Zatrzymać.
Ale oni byli liczniejsi.
Poprowadzili młodzieńca w kierunku bramy.
Widział, że pożar szybko zajął łódź. Płonął wysokim ogniem o dziwnej szkarłatno-czerwonej barwie. Charakter hymnu zmienił się. Mnisi zawodzili teraz coś w gardłowym, nieznanym języku.
A starzec bez ruchu tkwił w płomieniach.
Wył w mękach.
Wstrząśnięty, wyrzucony z eremu, rycerz oddalił się kawałek i wpatrywał się w uchodzący znad klasztoru czarny dym. Wiatr unosił go ku niebu. Zaraz jednak opadał w puszcze.
Nagle poczuł coś za pasem.
Pergamin.
Rozwinął go.
Cyrograf nie zmienił się wcale.
A jednak.
Na dole.
Zniknęła sygnatura mnicha.
Było wolne miejsce.
Cześć, khomaniac
Widzę, że pomysł był, ale chyba zbyt niecierpliwie podszedłeś do sprawy. Tekst zawiera błędy, ale też np. ile to jest: po trzech chwilach? Czyli coś na kształt kwadransu? :-)
Płonął wysokim ogniem o dziwnej czerwonej barwie
Co jest dziwnego w tym, że ogień płonie na czerwono?
Wprowadzenie jest, pojawia się scena, rozwinięcie i zakończenie również, ale czegoś tu brakuje, może dlatego, że dzieje się to wszystko za szybko?
Pozdrawiam
Hej!
Dzięki za przeczytanie i komentarz :)
Błędy – no co poradzę, że nie widzę :D tekst już chwilę temu powstał i kilka razy go przerabiałem. Jeszcze nie mam tak wyrobionego oka, żeby pewne rzeczy zobaczyć ;)
Trzy chwilę – wiem, że to dziwne, ale jakoś dobrze mi to brzmiało :P
Czerwona barwa – no ogólnie płonie na pomarańczowo, ale podkręcę to ;)
Za szybko – to może być prawda, też mi coś tu nie leży, ale już nie byłem w stanie dojść do tego co.
Pozdrawiam!
Jestem z osób, które skupiają się raczej na historii, nie na stylistyce, więc też i ten komentarz będzie o historii. A ta jest dobrze poprowadzona, buduje napięcie i zachęca czytelnika do dalszego czytania. Cały czas czuć progres i czuć, że dokądś to zmierza, nie ma zbędnych opisów i info dumpu. Cyrograf z miejscem na podpis rycerza: miodzio.
To wszystko powiedziawszy, czas na rzeczy, które jako czytelnika trochę gorzej dla mnie zadziałały:
Co oznacza łacina podana w tekście, podasz trochę BTS?
Prestidigitator
Ciekawa przewrotna historia i odwrócenie ról. Rycerz poszedł po nauki do mędrca, ale nieoczekiwanie okazał się osobą, która dopomogła mistrzowi wyzwolić się z udręki. jak dla mnie za dużo łaciny, chociaż jest ona uzasadniona.
@Prestidigitator
Dzięki za opinię!
Generalnie miałem zamiar tym opowiadaniem pobawić się archetypami postaci. Przez to rycerz, mnich, zakonnicy to trochę bardziej figury niż postaci z krwi i kości. Zresztą też sama “budowa świata” jest bardzo prostacka. Pewnie z pomysło dałoby się więcej wyciągnąć, ale ja jeszcze nie wiem czy jestem w stanie udźwignąć dłuższą formę :P
@Bocian
Dzięki!
Jeśli chodzi o łacinę, to stanowi ona tylko ozdobnik, smaczek. Kwestia mnicha w szałasie to cytat z hymnu 130 (129) i oznacza “Z głębokości wołam do Ciebie, Panie”.
Hymn śpiewany w zakonie to modlitwa do świętego Michała Archanioła. Tekst de facto powstał w XIX wieku, ale mi pasował ;)
Pozdrawiam!
Ech, marzenie ludzi o nieśmiertelności… Na przykładzie mnicha jasno widać, że to gra niewarta świeczki. Pozostaje pytanie – czy rycerz, poznawszy udrękę mnicha, wypełni puste miejsce?
Wykonanie pozostawia sporo do życzenia.
Mam nadzieję, że Twoje przyszłe opowiadania będą jeszcze ciekawsze i zdecydowanie lepiej napisane. Mam wrażenie, że może zainteresować Cię ten wątek: http://www.fantastyka.pl/loza/17
Droga pięła się w górę. → Masło maślane. Czy coś może piąć się w dół?
Proponuję: Droga prowadziła pod górę.
Oddechy były ciężkie od wilgoci… → Rycerz był sam, więc: Oddech był ciężki od wilgoci…
A może: Wilgoć sprawiała, że oddychał z trudem.
Przekonał się, że Słońce dawno już opuściło nieboskłon… → Przekonał się, że słońce dawno już opuściło nieboskłon…
Nieprzejednana puszcza okrążała polanę. → Na czym polegało nieprzejednanie puszczy? Czy puszcza na pewno okrążała polanę?
A może miało być: Nieprzebyta puszcza otaczała polanę.
Robiły się coraz mniejsze i skarlałe. → Robić się mniejszym i karleć to synonimy, znaczą to samo.
Szedł z wytrwałością, nawet nie przystając na odpoczynek. → Szedł sam.
Proponuję: Szedł wytrwale, nawet nie zatrzymując się na odpoczynek.
– A w podarunku przynoszę Ci to… → – A w podarunku przynoszę ci to…
Zaimki piszemy wielką literą, kiedy zwracamy się do kogoś listownie.
…wyjął drobne zawiniątko zza pazuchy. → Zbędne dookreślenie. Zawiniątko jest małe/ drobne z definicji.
Wystarczy: …wyjął zawiniątko zza pazuchy.
Wiele trudów poniosłem, by go zdobyć. Przyjmij go, proszę… → Drugi zaimek jest zbędny.
Gdy odebrał go na swoją wyglądającą jak sucha gałąź dłoń… → Zbędny zaimek.
Proponuję: Gdy ujął go w wyglądającą jak sucha gałąź dłoń…
Mnich niewiadomo skąd wyciągnął zwój… → Mnich nie wiadomo skąd wyciągnął zwój…
„Frater Albertus” → Albo: Frater Albertus; Albo: „Frater Albertus”
Tekstu napisanego kursywą nie ujmuje się w cudzysłów. Ten błąd pojawia się kilkakrotnie także w dalszej części tekstu.
Dziwny napływ setek myśli do głowy na raz… → Dziwny napływ setek myśli do głowy naraz / jednocześnie…
Tam odczyniają klątwy, wyrzucają diabły
i unieważniają cyrografy. → Zbędny enter.
…dał się podnieść krzepkiemu rycerzowi i podparł się na kruchych nogach. → …dał się podnieść krzepkiemu rycerzowi i stanął na kruchych nogach.
Podbieramy się czymś, np. laską, nie na czymś.
…zeszli z gór i tak przebyli też puszcze. → …zeszli z gór i tak przebyli też puszczę.
Pośrodku płaskiej, rozległej kniei, jakby znikąd, wyrastała nagle czarna skała. → Czy to na pewno była knieja?
Wraz z ich wejściem do środka rozpoczął się pociągły, niski śpiew. → Pociągła może być czyjaś twarz, ale nie śpiew.
Pewnie miało być: Wraz z ich wejściem do środka rozpoczął się przeciągły, niski śpiew.
„…contra nequitiam et insidias diaboli esto praesidium.” → Albo: …contra nequitiam et insidias diaboli esto praesidium. Albo: „…contra nequitiam et insidias diaboli esto praesidium”.
Kropkę stawiamy po zamknięciu cudzysłowu.
Zaraz jednak – opadał w puszcze. → Zaraz jednak opadał w puszczę.
Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.
@regulatorzy
Bardzo, bardzo, bardzo dziękuję! Niestety wszystkie te usterki były dla mnie totalnie niewidoczne. Wielkie ukłony za Twoje poprawki!
Mam dwie wątpliwość co do Twojej sugestii:
Wiele trudów poniosłem, by go zdobyć. Przyjmij go, proszę… → Drugi zaimek jest zbędny.
Bez zaimka będzie to brzmiało “Wiele trudów poniosłem, by go zdobyć. Przyjmij, proszę, i weź mnie na swojego ucznia.”
No i co jest nie tak z knieją? :D
Teskt wisiał na betaliście, ale po dwóch dniach bez chętnego do betowania postanowiłem opublikować ;) Jak widać – może za bardzo się pospieszyłem.
Pozdrawiam serdecznie!
Bardzo proszę, Khomaniaku. Niezmiernie mi miło, że mogłam się przydać. :)
Bez zaimka będzie to brzmiało “Wiele trudów poniosłem, by go zdobyć. Przyjmij, proszę, i weź mnie na swojego ucznia.”
W takim razie proponuję: Wiele trudów poniosłem, by go zdobyć, przyjmij, proszę. I weź mnie na swojego ucznia.
Ale jeśli wolisz swój pierwotny zapis, zostaw oba zaimki.
No i co jest nie tak z knieją? :D
Knieja to wielki gęsty las, więc zastanawiam się jak w gęstwinie można dostrzec, że teren jest płaski i jak bardzo rozległy.
Teskt wisiał na betaliście, ale po dwóch dniach bez chętnego do betowania postanowiłem opublikować ;)
Jesteś tu od niedawna, więc musisz wykazać się większą cierpliwością, albo dać innym więcej czasu, by mogli Cię lepiej poznać.
Podrzucam jeszcze zacny poradnik Drakainy: Portal dla żółtodziobów.
Powodzenia w dalszej pracy twórczej! :)
Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.
Dzięki!
Zaimkowa sprawa poprawiona zgodnie z sugestią.
Przy knieji zostanę :) Myślę, że nie trzeba jej całej objąć wzrokiem, żeby wiedzieć, że jest płaska… jak idę kilka godzin przez las i ani górki ani dołka, no to chyba znaczy, że jest płasko :P Tym bardziej że mogę to wiedzieć np. z map, opowieści itd.
Pozdrawiam!
Bardzo proszę, Khomaniaku. Cieszę się, że propozycja została zaakceptowana. :)
Przy knieji zostanę :)
Rozumiem i pragnę dodać, że wszystkie moje uwagi to tylko sugestie i propozycje. Będzie mi miło, gdy zechcesz z nich skorzystać, ale zrozumiem, jeśli będziesz wolał pozostać przy własnych sformułowaniach. To przecież Twoje opowiadanie i wyłącznie Ty decydujesz, jakimi słowami będzie napisane. :)
Powodzenia!
Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.
@regulatorzy
Na razie nie czuję się pewnie w pisaniu, więc będę uważnie wsłuchiwał się w głosy bardziej doświadczonych forumowiczów.
Dzięki i pozdrawiam!
Khomaniacu, sugeruję abyś wykazał większą ufność we własne możliwości, ale też życzę, aby słuch Cię nie zawodził. ;)
Powodzenia i więcej wiary w siebie!
Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.