- Opowiadanie: khomaniac - O mnichu, który nie mógł umrzeć

O mnichu, który nie mógł umrzeć

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

O mnichu, który nie mógł umrzeć

Sa­mot­ny ry­cerz prze­mie­rzał las. Droga pro­wa­dzi­ła pod górę. Skąd w ogóle ta droga? Z wio­ski na skra­ju świa­ta. Pro­wa­dzą­ca do­ni­kąd. W kie­run­ku gór dzi­kich, nie­po­zna­nych, a nawet – nie­na­zwa­nych. 

Gę­stwi­na lasu szczel­nie przy­sła­nia­ła niebo. Drze­wa rosły nie­sa­mo­wi­cie bli­sko sie­bie, two­rząc sze­ro­ki ko­ry­tarz, któ­re­go jed­nak nie spo­sób było opu­ścić. Pusz­czę spo­wi­ja­ła nie­prze­nik­nio­na ciem­ność. Od­de­ch był cięż­ki od wil­go­ci uno­szą­cej się nad po­szy­ciem, które za­sie­dla­ły wszel­kiej maści grzy­by o nie­spo­ty­ka­nych kształ­tach i dziw­nych ko­lo­rach. W końcu jed­nak po­dróż­ny wy­szedł na po­la­nę. Prze­ko­nał się, że słoń­ce dawno już opu­ści­ło nie­bo­skłon, na któ­rym teraz jarzą się licz­ne gwiaz­dy. Za­pad­nię­cie zmro­ku przy­nio­sło mu istot­ną wska­zów­kę. Świe­tli­sty punkt. Od­le­gły ogień. Pu­stel­nia?

Sam też roz­pa­lił ogni­sko, po­si­lił się i za­snął.

Zbu­dził go chłod­ny po­ra­nek. Nie­prze­by­ta pusz­cza ota­cza­ła po­la­nę. Ponad nią wzno­si­ły się gór­skie szczy­ty. To tam pło­nął ogień. To mu­sia­ła być sa­mot­nia mni­cha.

Ru­szył, a droga szyb­ko zro­bi­ła się bar­dziej stro­ma, a pod­ło­że ska­li­ste. Knie­ja prze­rze­dza­ła się, kra­jo­braz sta­wał się su­row­szy. Znik­nę­ły wil­goć, cień i za­pach lasu. Drze­wa zda­wa­ły się prze­gry­wać tutaj walkę z ja­ło­wo­ścią gór. Ro­bi­ły się coraz bar­dziej skar­la­łe.

Szedł wy­trwa­le, nawet nie za­trzy­mu­jąc się na od­po­czy­nek.

Przy­nio­sę chwa­łę na­sze­mu ro­do­wi – po­wta­rzał w my­ślach.

Droga do­pro­wa­dzi­ła go w końcu na szczyt skar­py, na któ­rej stał ża­ło­śnie wy­glą­da­ją­cy sza­łas.

Ruina. Nędza. Bar­łóg.

Nawet szczur nie za­pu­ścił­by się do środ­ka. Ru­de­ra nie była jed­nak opusz­czo­na. Ze szcze­lin w kon­struk­cji wy­do­by­wał się dym.

Wę­dro­wiec pod­szedł do sza­ła­su i jeden z licz­nych otwo­rów uznał za wej­ście. Wnę­trze było mocno za­kop­co­ne, oświe­tlo­ne ner­wo­wym pło­mie­niem pa­le­ni­ska. Za ścia­ny kon­struk­cji słu­ży­ły roz­ło­ży­ste ga­łę­zie, na które na­rzu­co­no skóry zwie­rząt. Przy ścia­nie le­ża­ła ster­ta szmat two­rzą­cych coś na kształt le­go­wi­ska. Na kle­pi­sku za­le­ga­ły drob­ne kości ma­łych zwie­rząt i prze­gni­łe od­pad­ki. Po chwi­li za­uwa­żył, że to, co wziął za za­wi­nię­ty tobół za pa­le­ni­skiem, było syl­wet­ką czło­wie­ka. Dwoje oczu, osa­dzo­nych na za­su­szo­nej i po­marsz­czo­nej twa­rzy, śle­dzi­ło go z uwagą.

– Czego szu­kasz – za­skrzy­piał ze zmę­cze­niem stary czło­wiek – wę­drow­cze?

– Cie­bie, ojcze – od­po­wie­dział ry­cerz, zdej­mu­jąc kap­tur i kła­nia­jąc się nisko.

Sta­rzec za­mknął tylko oczy.

Wę­dro­wiec przy­siadł się do pa­le­ni­ska na­prze­ciw go­spo­da­rza. Mnich wy­glą­dał staro. Sta­rzej niż naj­star­si lu­dzie, któ­rych ry­cerz spo­tkał w swoim życiu. Sta­rzej niż po­ra­sta­ją­ce pusz­cze dęby. Może nawet sta­rzej od sa­mych gór?

– A więc to praw­da, co mówią – za­czął ry­cerz. – Po­zna­łeś dar nie­śmier­tel­no­ści, ojcze. Od dawna cię po­szu­ku­ję, byś mi udzie­lił ta­jem­nic życia wiecz­ne­go.

Sta­rzec nie od­po­wie­dział.

– A w po­da­run­ku przy­no­szę ci to – i wyjął za­wi­niąt­ko zza pa­zu­chy. – Krzyż świę­te­go Be­ne­dyk­ta. Wiele trudów poniosłem, by go zdobyć, przyjmij, proszę. I weź mnie na swojego ucznia. Będę ci wier­nie słu­żył.

Mnich otwo­rzył oczy i spoj­rzał na po­da­rek. Gdy ujął go w wy­glą­da­ją­cą jak sucha gałąź dłoń, wy­da­wa­ło się, że cię­żar krzy­ża zaraz prze­wa­ży star­ca. Przyj­rzał się przed­mio­to­wi.

Po chwi­li wrzu­cił krzyż w pa­le­ni­sko.

Ry­cerz sie­dział oszo­ło­mio­ny.

– Nie wiesz, o co pro­sisz – prze­rwał mil­cze­nie pu­stel­nik.

– Ojcze… Ale…

– Śmierć jawi ci się jako kres wszyst­kie­go. Ale będąc mło­dym, za­po­mi­nasz, że to, co cenne, od­bie­rze ci nie śmierć, a sta­rość. Nie znam śmier­ci, ale je­dy­ne, co mam, to udrę­ki ciała i umy­słu – tylko one mi to­wa­rzy­szą w sa­mot­no­ści…

Oczy star­ca na­bie­gły łzami, a twarz wy­krzy­wi­ła się w gry­ma­sie.

– Nie­raz już bła­ga­łem Pana Na­sze­go Je­zu­sa Chry­stu­sa, by wy­ba­wił mnie z mo­je­go gni­ją­ce­go kor­pu­su, zbo­la­łych człon­ków, star­cze­go otę­pie­nia i cię­ża­ru grze­chów mi­nio­nych wie­ków… De pro­fun­dis cla­ma­vi ad te, Do­mi­ne.

Spoj­rzał w otwór w dachu, gdzie prze­świ­ty­wa­ło niebo.

– Ale nikt nie słu­cha.

Ukrył twarz w dło­niach, na któ­rych mło­dzie­niec mógł zo­ba­czyć licz­ne bli­zny.

– Nie­raz pró­bo­wa­łem już to skoń­czyć. Ale to tak nie dzia­ła…

– Ojcze, wiel­ki dar…

– Zo­bacz. – Mnich nie­ wia­do­mo skąd wy­cią­gnął zwój i wrzu­cił go do pa­le­ni­ska. Nawet po chwi­li nie zajął się ogniem, jego brzeg nie zo­stał nad­pa­lo­ny.

– Weź. – Zmę­czo­ny znowu za­mknął oczy.

Ry­cerz się­gnął po per­ga­min.

Otwo­rzył.

Jego oczom uka­zał się za­pi­sa­ny do­ku­ment.

W nie­zna­nym ję­zy­ku.

Li­te­ry nie były nawet zbli­żo­ne do cze­go­kol­wiek, co przy­po­mi­na­ło ludz­kie pismo. Po­szar­pa­ne, po­wy­krę­ca­ne sym­bo­le prze­bie­ga­ły z góry w dół, z lewa na prawo. Nie­któ­re drob­ne i nie­po­zor­ne, inne – wiel­kie, roz­le­wa­ją­ce się jak plamy atra­men­tu. Zda­wa­ło mu się, że każdy ze zna­ków jest uni­kal­ny, nie­po­dob­ny do po­zo­sta­łych. Nie wi­dział żad­ne­go lo­gicz­ne­go sys­te­mu rzą­dzą­ce­go za­pi­sem. Nie umiał wy­od­ręb­nić po­szcze­gól­nych słów.

W końcu w jed­nym z rogów zna­lazł po­spo­li­cie wy­glą­da­ją­cy zapis.

„Fra­ter Al­ber­tus”

Wy­glą­dał, jakby zo­stał przed chwi­lą zło­żo­ny świe­żą krwią. Nie śmiał spraw­dzić.

– Nie od Boga. Nie z mą­dro­ści. Nie z po­zna­nia – skom­lał mnich. – Ale od sa­me­go Nie­go­dziw­ca otrzy­ma­łem dar, który stał mi się prze­kleń­stwem.

– Odejdź i za­po­mnij o mnie.

Mło­dzie­niec sie­dział nadal, wpa­tru­jąc się w de­mo­nicz­ny do­ku­ment. Czuł nie­po­kój. Dziw­ny na­pływ setek myśli do głowy naraz, któ­rych nie mógł prze­ana­li­zo­wać. Nie wie­dział, skąd po­cho­dzą.

Nie. To nie tak. Dar nie­śmier­tel­no­ści musi być dobry. Coś po­szło nie tak. Może mnich nie był go­dzien? – Wstał i za­czął dumać.

– Odejdź i za­po­mnij o mnie – po­wtó­rzył sta­rzec.

Ry­cerz scho­wał do­ku­ment za pas.

– Znaj­dziesz wy­zwo­le­nie – rzu­cił nagle.

– Nie ma dla mnie wy­zwo­le­nia. Bóg nie sły­szy mo­je­go wo­ła­nia. Jest tylko kara i po­ku­ta aż do skoń­cze­nia świa­ta.

– Erem Świę­te­go Mi­cha­ła Ar­cha­nio­ła. Tam od­czy­nia­ją klą­twy, wy­rzu­ca­ją dia­bły i unie­waż­nia­ją cy­ro­gra­fy. To bli­sko.

Twarz mni­cha nieco się od­mie­ni­ła.

– Ja nie sły­sza­łem… Nie… to nie­moż­li­we. Jak… – za­wa­hał się sta­rzec.

– Tak. Są znani w całym kraju. Na pewno wie­dzie­li­by, co robić. – Jego słowa pły­nę­ły z ust, a on za­czął się za­sta­na­wiać, skąd w za­sa­dzie wie o ist­nie­niu owego klasz­to­ru i czy rze­czy­wi­ście jest taki sław­ny?

– Nie dam rady iść – od­po­wie­dział mnich, nieco od­mie­nio­nym gło­sem.

– Po­mo­gę ci i dasz radę. Wy­zwo­lą cię.

Mnich, cho­ciaż po­cząt­ko­wo nieco nie­chęt­nie, dał się pod­nieść krzep­kie­mu ry­ce­rzo­wi i sta­nął na kru­chych no­gach. Po­wo­li wy­szli z za­dy­mio­nej chaty i ru­szy­li ścież­ką pro­wa­dzą­cą w dół.

Po­go­da się od­mie­ni­ła. Za­miast mroź­nych po­dmu­chów wia­tru słoń­ce wze­szło zza chmur i przy­jem­nie grza­ło. Za­su­szo­ny sta­rzec nie sta­no­wił dla mło­dzień­ca ob­cią­że­nia. Gdy nogi za­wo­dzi­ły mni­cha, ry­cerz brał go na ręce. Tak ze­szli z gór i tak prze­by­li też pusz­czę. Nie roz­ma­wia­li.

W końcu go uj­rze­li. Po­środ­ku pła­skiej, roz­le­głej kniei, jakby zni­kąd, wy­ra­sta­ła nagle czar­na skała. Od jej gład­kich ścian ostro od­bi­ja­ły się pro­mie­nie sło­necz­ne. Na tym czar­nym ma­sy­wie wzno­sił się śnież­no­bia­ły mo­na­styr. Oto­czo­ny był strze­li­stym murem, spo­nad któ­re­go wi­docz­na była tylko dzwon­ni­ca. Nie sły­sze­li bicia dzwo­nu. Trud­no było osza­co­wać, od kiedy erem tu tak stoi. Ścia­ny po­kry­wa­ła jakaś za­schnię­ta, chro­po­wa­ta biała masa, która ukry­wa­ła ma­te­riał użyty do bu­do­wy.

Mnich po całej po­dró­ży był ra­czej na­peł­nio­ny siłą niż zmę­czo­ny. Coraz pew­niej sta­wiał sa­mo­dziel­ne kroki. W końcu od­na­leź­li furtę. Za­stu­ka­li trzy razy – po trzech od­de­chach drzwi roz­chy­li­ły się.

Wraz z ich wej­ściem do środ­ka roz­po­czął się prze­cią­gły, niski śpiew.

„Sanc­te Mi­cha­el Ar­chan­ge­le, de­fen­de nos in pro­elio…”

Wzdłuż drogi pro­wa­dzą­cej na dzie­dzi­niec stało kil­ku­na­stu mni­chów odzia­nych w czar­ne szaty. Nie ob­da­rzy­li przy­cho­dzą­cych spoj­rze­niem. Sta­rzec, na­praw­dę od­zy­skaw­szy siłę, sam ru­szył wzdłuż ko­ry­ta­rza utwo­rzo­ne­go z wy­so­kich mni­sich kap­tu­rów. Ry­cerz trzy­mał się tuż za nim.

„…con­tra ne­qu­itiam et in­si­dias dia­bo­li esto pra­esi­dium.”

Gdy po­su­wa­li się do przo­du, za­uwa­ży­li, że po­środ­ku dzie­dziń­ca stała drew­nia­na kon­struk­cja przy­po­mi­na­ją­ca małą łódź. Stary mnich do­łą­czył do śpie­wów i z jesz­cze więk­szą siłą kuś­ty­kał w stro­nę mo­nu­men­tu. Jakby spie­szył się na od­pły­wa­ją­cy sta­tek. Ode­zwał się dzwon, któ­re­go ude­rze­nia brzmia­ły w klat­ce pier­sio­wej. Wkrót­ce, gdy byli już nie­mal na dzie­dziń­cu, dwóch za­kon­ni­ków za­stą­pi­ło drogę ry­ce­rzo­wi.

“Im­pe­ret illi Deus, sup­pli­ces de­pre­ca­mur…”

– Musi iść sam – po­wie­dzie­li, a on się nie sprze­ci­wiał. Teraz do­pie­ro zwró­cił uwagę, że na pier­siach mni­chów, za­miast zwy­cza­jo­wych kru­cy­fik­sów, wi­sia­ły dziw­ne, okrą­głe amu­le­ty z wpra­wio­nym sza­fi­rem.

Gdy sta­rzec był już bli­sko łodzi, pod­szedł do niego za­kon­nik dzier­żą­cy w ręce wy­so­ką świe­cę. Prze­ka­zał ją sta­re­mu, a ten przy­jął ją wraz z bło­go­sła­wień­stwem.

Zaraz zna­lazł się na prze­dziw­nej łodzi, za­cu­mo­wa­nej na środ­ku dzie­dziń­ca.

Część mni­chów roz­po­czę­ła pro­ce­sję z ka­dzi­dła­mi.

„Tuque, Prin­ceps mi­li­tiae ca­ele­stis”

Hymn przy­brał na sile. Dym z ka­dzi­dła uno­sił się. Ale za­pach, który ude­rzał w noz­drza, nie był aro­ma­tycz­ny ani bal­sa­micz­ny.

Sta­rzec za­stygł w bez­ru­chu. Wzniósł oczy ku niebu.

“Sa­ta­nam alio­sque spi­ri­tus ma­li­gnos…”

Po chwi­li przy­ło­żył świe­cę do po­szy­cia stat­ku.

“…qui ad per­di­tio­nem ani­ma­rum…”

– Nie! – wrza­snął ry­cerz.

“in in­fer­num de­tru­de”.

Prze­rwać to.

Za­trzy­mać.

Ale oni byli licz­niej­si.

Po­pro­wa­dzi­li mło­dzień­ca w kie­run­ku bramy.

Wi­dział, że pożar szyb­ko zajął łódź. Pło­nął wy­so­kim ogniem o dziw­nej szkar­łat­no-czer­wo­nej bar­wie. Cha­rak­ter hymnu zmie­nił się. Mnisi za­wo­dzi­li teraz coś w gar­dło­wym, nie­zna­nym ję­zy­ku.

A sta­rzec bez ruchu tkwił w pło­mie­niach.

Wył w mę­kach.

Wstrzą­śnię­ty, wy­rzu­co­ny z eremu, ry­cerz od­da­lił się ka­wa­łek i wpa­try­wał się w ucho­dzą­cy znad klasz­to­ru czar­ny dym. Wiatr uno­sił go ku niebu. Zaraz jed­nak opa­dał w pusz­cze.

Nagle po­czuł coś za pasem.

Per­ga­min.

Roz­wi­nął go.

Cy­ro­graf nie zmie­nił się wcale.

A jed­nak.

Na dole.

Znik­nę­ła sy­gna­tu­ra mni­cha.

Było wolne miej­sce.

Koniec

Komentarze

Cześć, khomaniac

Widzę, że pomysł był, ale chyba zbyt niecierpliwie podszedłeś do sprawy. Tekst zawiera błędy, ale też np. ile to jest: po trzech chwilach?  Czyli coś na kształt kwadransu? :-) 

 

Płonął wysokim ogniem o dziwnej czerwonej barwie

 

Co jest dziwnego w tym, że ogień płonie na czerwono? 

 

Wprowadzenie jest, pojawia się scena, rozwinięcie i zakończenie również, ale czegoś tu brakuje, może dlatego, że dzieje się to wszystko za szybko?

Pozdrawiam

Hej!

Dzięki za przeczytanie i komentarz :)

Błędy – no co poradzę, że nie widzę :D tekst już chwilę temu powstał i kilka razy go przerabiałem. Jeszcze nie mam tak wyrobionego oka, żeby pewne rzeczy zobaczyć ;)

 

Trzy chwilę – wiem, że to dziwne, ale jakoś dobrze mi to brzmiało :P

 

Czerwona barwa – no ogólnie płonie na pomarańczowo, ale podkręcę to ;)

 

Za szybko – to może być prawda, też mi coś tu nie leży, ale już nie byłem w stanie dojść do tego co.

 

Pozdrawiam!

 

Jestem z osób, które skupiają się raczej na historii, nie na stylistyce, więc też i ten komentarz będzie o historii. A ta jest dobrze poprowadzona, buduje napięcie i zachęca czytelnika do dalszego czytania. Cały czas czuć progres i czuć, że dokądś to zmierza, nie ma zbędnych opisów i info dumpu. Cyrograf z miejscem na podpis rycerza: miodzio.

 

To wszystko powiedziawszy, czas na rzeczy, które jako czytelnika trochę gorzej dla mnie zadziałały: 

  1. Rycerz jest płaski, jest tylko nośnikiem historii, nie postacią godną uwagi
  2. Porzuciłeś całkowicie wątek ‘skąd ja to wiem’ w kontekście klasztoru, a szkoda, to mógł być ciekawy subplot. Klątwa? Sam diabeł chciał nowego sługę? Znowu, rycerz jest tylko nośnikiem historii, nie jej częścią. Historia bez rycerza niczego by nie straciła (poza może zakończeniem)
  3. Erem jest klasycznym deus ex machina, pojawia się i rozwiązuje wszystkie problemy. Dla shorta w sumie spoko, zwłaszcza, że nie budujesz świata, tylko zamkniętą historię.

     

    Co oznacza łacina podana w tekście, podasz trochę BTS? 

 

 

Prestidigitator

Ciekawa przewrotna historia i odwrócenie ról. Rycerz poszedł po nauki do mędrca, ale nieoczekiwanie okazał się osobą, która dopomogła mistrzowi wyzwolić się z udręki. jak dla mnie za dużo łaciny, chociaż jest ona uzasadniona. 

@Prestidigitator

Dzięki za opinię! 

 

Generalnie miałem zamiar tym opowiadaniem pobawić się archetypami postaci. Przez to rycerz, mnich, zakonnicy to trochę bardziej figury niż postaci z krwi i kości. Zresztą też sama “budowa świata” jest bardzo prostacka. Pewnie z pomysło dałoby się więcej wyciągnąć, ale ja jeszcze nie wiem czy jestem w stanie udźwignąć dłuższą formę :P

 

@Bocian

Dzięki! 

 

Jeśli chodzi o łacinę, to stanowi ona tylko ozdobnik, smaczek. Kwestia mnicha w szałasie to cytat z hymnu 130 (129) i oznacza “Z głębokości wołam do Ciebie, Panie”. 

 

Hymn śpiewany w zakonie to modlitwa do świętego Michała Archanioła. Tekst de facto powstał w XIX wieku, ale mi pasował ;) 

 

 

Pozdrawiam!

Ech, marzenie ludzi o nieśmiertelności… Na przykładzie mnicha jasno widać, że to gra niewarta świeczki. Pozostaje pytanie – czy rycerz, poznawszy udrękę mnicha, wypełni puste miejsce?

Wykonanie pozostawia sporo do życzenia.

Mam nadzieję, że Twoje przyszłe opowiadania będą jeszcze ciekawsze i zdecydowanie lepiej napisane. Mam wrażenie, że może zainteresować Cię ten wątek: http://www.fantastyka.pl/loza/17

 

Droga pięła się w górę. → Masło maślane. Czy coś może piąć się w dół?

Proponuję: Droga prowadziła pod górę.

 

Od­de­chy były cięż­kie od wil­go­ci… → Rycerz był sam, więc: Od­de­ch był cięż­ki od wil­go­ci

A może: Wilgoć sprawiała, że oddychał z trudem.

 

Przekonał się, że Słońce dawno już opuściło nieboskłon… → Przekonał się, że słońce dawno już opuściło nieboskłon…

 

Nieprzejednana puszcza okrążała polanę. → Na czym polegało nieprzejednanie puszczy? Czy puszcza na pewno okrążała polanę?

A może miało być: Nieprzebyta puszcza otaczała polanę.

 

Robiły się coraz mniejszeskarlałe. → Robić się mniejszymkarleć to synonimy, znaczą to samo.

 

Szedł z wy­trwa­ło­ścią, nawet nie przy­sta­jąc na od­po­czy­nek. → Szedł sam.

Proponuję: Szedł wytrwale, nawet nie zatrzymując się na od­po­czy­nek.

 

– A w po­da­run­ku przy­no­szę Ci to… → – A w po­da­run­ku przy­no­szę ci to

Zaimki piszemy wielką literą, kiedy zwracamy się do kogoś listownie.

 

wyjął drobne zawiniątko zza pazuchy. → Zbędne dookreślenie. Zawiniątko jest małe/ drobne z definicji. 

Wystarczy: …wyjął zawiniątko zza pazuchy.

 

Wiele tru­dów po­nio­słem, by go zdo­być. Przyj­mij go, pro­szę… → Drugi zaimek jest zbędny.

 

Gdy ode­brał go na swoją wy­glą­da­ją­cą jak sucha gałąź dłoń… → Zbędny zaimek.

Proponuję: Gdy ujął go w wy­glą­da­ją­cą jak sucha gałąź dłoń…

 

Mnich niewiadomo skąd wyciągnął zwój… → Mnich nie wiadomo skąd wyciągnął zwój

 

Fra­ter Al­ber­tus → Albo: Fra­ter Al­ber­tus; Albo: „Fra­ter Al­ber­tus”

Tekstu napisanego kursywą nie ujmuje się w cudzysłów. Ten błąd pojawia się kilkakrotnie także w dalszej części tekstu.

 

Dziw­ny na­pływ setek myśli do głowy na raz… → Dziw­ny na­pływ setek myśli do głowy naraz / jednocześnie

 

Tam odczyniają klątwy, wyrzucają diabły

i unieważniają cyrografy. → Zbędny enter.

 

dał się pod­nieść krzep­kie­mu ry­ce­rzo­wi i pod­parł się na kru­chych no­gach. → …dał się pod­nieść krzep­kie­mu ry­ce­rzo­wi i stanął na kru­chych no­gach.

Podbieramy się czymś, np. laską, nie na czymś.

 

ze­szli z gór i tak prze­by­li też pusz­cze. → …ze­szli z gór i tak prze­by­li też pusz­czę.

 

Po­środ­ku pła­skiej, roz­le­głej kniei, jakby zni­kąd, wy­ra­sta­ła nagle czar­na skała. → Czy to na pewno była knieja?

 

Wraz z ich wejściem do środka rozpoczął się pociągły, niski śpiew. → Pociągła może być czyjaś twarz, ale nie śpiew.

Pewnie miało być: Wraz z ich wejściem do środka rozpoczął się przeciągły, niski śpiew.

 

„…contra nequitiam et insidias diaboli esto praesidium.” → Albo: …contra nequitiam et insidias diaboli esto praesidium. Albo: „…contra nequitiam et insidias diaboli esto praesidium”.

Kropkę stawiamy po zamknięciu cudzysłowu.

 

Zaraz jed­nak opa­dał w puszcze. → Zaraz jed­nak opa­dał w pusz­czę.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

@regulatorzy

Bardzo, bardzo, bardzo dziękuję! Niestety wszystkie te usterki były dla mnie totalnie niewidoczne. Wielkie ukłony za Twoje poprawki!

 

Mam dwie wątpliwość co do Twojej sugestii:

 

Wiele trudów poniosłem, by go zdobyć. Przyjmij go, proszę… → Drugi zaimek jest zbędny.

 

Bez zaimka będzie to brzmiało “Wiele trudów poniosłem, by go zdobyć. Przyjmij, proszę, i weź mnie na swojego ucznia.”

 

No i co jest nie tak z knieją? :D 

 

Teskt wisiał na betaliście, ale po dwóch dniach bez chętnego do betowania postanowiłem opublikować ;) Jak widać – może za bardzo się pospieszyłem.

 

Pozdrawiam serdecznie!

Bardzo proszę, Khomaniaku. Niezmiernie mi miło, że mogłam się przydać. :)

 

Bez za­im­ka bę­dzie to brzmia­ło “Wiele tru­dów po­nio­słem, by go zdo­być. Przyj­mij, pro­szę, i weź mnie na swo­je­go ucznia.”

W takim razie proponuję: Wiele tru­dów po­nio­słem, by go zdo­być, przyj­mij, pro­szę. I weź mnie na swo­je­go ucznia.

Ale jeśli wolisz swój pierwotny zapis, zostaw oba zaimki.

 

No i co jest nie tak z knie­ją? :D 

Knieja to wielki gęsty las, więc zastanawiam się jak w gęstwinie można dostrzec, że teren jest płaski i jak bardzo rozległy.

 

Teskt wi­siał na be­ta­li­ście, ale po dwóch dniach bez chęt­ne­go do be­to­wa­nia po­sta­no­wi­łem opu­bli­ko­wać ;)

Jesteś tu od niedawna, więc musisz wykazać się większą cierpliwością, albo dać innym więcej czasu, by mogli Cię lepiej poznać.

Podrzucam jeszcze zacny poradnik Drakainy: Portal dla żółtodziobów.

 

Powodzenia w dalszej pracy twórczej! :)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dzięki!

Zaimkowa sprawa poprawiona zgodnie z sugestią.

Przy knieji zostanę :) Myślę, że nie trzeba jej całej objąć wzrokiem, żeby wiedzieć, że jest płaska… jak idę kilka godzin przez las i ani górki ani dołka, no to chyba znaczy, że jest płasko :P Tym bardziej że mogę to wiedzieć np. z map, opowieści itd.

Pozdrawiam!

Bardzo proszę, Khomaniaku. Cieszę się, że propozycja została zaakceptowana. :)

 

Przy knieji zostanę :)

Rozumiem i pragnę dodać, że wszystkie moje uwagi to tylko sugestie i propozycje. Będzie mi miło, gdy zechcesz z nich skorzystać, ale zrozumiem, jeśli będziesz wolał pozostać przy własnych sformułowaniach. To przecież Twoje opowiadanie i wyłącznie Ty decydujesz, jakimi słowami będzie napisane. :)

Powodzenia!

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

@regulatorzy

Na razie nie czuję się pewnie w pisaniu, więc będę uważnie wsłuchiwał się w głosy bardziej doświadczonych forumowiczów.

Dzięki i pozdrawiam!

Khomaniacu, sugeruję abyś wykazał większą ufność we własne możliwości, ale też życzę, aby słuch Cię nie zawodził. ;)

Powodzenia i więcej wiary w siebie!

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka