- Opowiadanie: Paradoks - ROZDZIAŁ I: POCZĄTKI MĘKI PAŃSKIEJ W STYLU PĘTLI CZASOPRZESTRZENNEJ

ROZDZIAŁ I: POCZĄTKI MĘKI PAŃSKIEJ W STYLU PĘTLI CZASOPRZESTRZENNEJ

Oceny

ROZDZIAŁ I: POCZĄTKI MĘKI PAŃSKIEJ W STYLU PĘTLI CZASOPRZESTRZENNEJ

ROZDZIAŁ I: POCZĄTKI MĘKI PAŃSKIEJ W STYLU PĘTLI CZASOPRZESTRZENNEJ

Michał poprawił krawat, który kupił wczoraj w lumpeksie za cztery złote, nie wiedząc jeszcze, że ten kawałek poliestru stanie się jego jedynym towarzyszem na wieczność. Stał przed obrotowymi drzwiami hotelu Gravemont. Budynek robił wrażenie. Głównie takie, że powinien zostać zburzony w 2005 roku, ale nikt nie miał odwagi podpisać nakazu rozbiórki.

Gravemont, położony malowniczo na obrzeżach Kotliny Kłodzkiej, wyglądał jak nieślubne dziecko brutalizmu i sanatorium dla gruźlików, które wpadło do kotła z radioaktywnym wywarem. Neon na dachu migotał w rytmie, który u epileptyka wywołałby atak, a u fizyka kwantowego – doktorat. Literka „H” w słowie HOTEL zgasła dekadę temu, a „O” mrugało tak, jakby nadawało alfabetem Morse’a prośbę o eutanazję.

– To tylko praca na wakacje – powiedział do siebie Michał. – Zarobię, spłacę debet, kupię sobie tosty z awokado. Proste.

Nie było to proste. Ale o tym Michał miał się dowiedzieć za około czternaście minut i trzy pętle czasowe.

Pchnął drzwi. Drzwi stawiły opór, jakby były zrobione z żelbetu, po czym nagle ustąpiły, wciągając go do środka z siłą odkurzacza przemysłowego.

Recepcja: Pierwszy Krąg Piekła Administracyjnego

Lobby pachniało kurzem, starym drewnem i czymś, co można by określić jako „zapach niespełnionych marzeń o awansie”. Wnętrze wyglądało imponująco – marmurowe kolumny (które przy bliższym poznaniu okazywały się pomalowanym styropianem), szerokie schody i żyrandole, które drżały, mimo że nie przejeżdżał tędy żaden tramwaj.

Za wielką, drewnianą ladą stała kobieta o twarzy, która widziała już wszystko, włącznie z końcem świata, i uznała to za nudne. Miała identyfikator z napisem: „Grażyna. Starsza Specjalistka ds. Trwania”.

– Dzień dobry – powiedział Michał, starając się brzmieć jak człowiek sukcesu. – Ja w sprawie ogłoszenia. Na Młodszego Specjalistę.

Grażyna nie podniosła wzroku znad krzyżówki. – Hasło na cztery litery. „Stan skupienia, w którym cząsteczki tracą godność i sens życia” – mruknęła.

– Może… „osad”? – zasugerował Michał.

– „Etat” – poprawiła go Grażyna, wpisując hasło długopisem, który wyglądał jak strzykawka. Dopiero teraz spojrzała na niego. Jej oczy miały kolor biurowej wykładziny. – A, to pan. Ten nowy. Michał, tak? Pan Kierownik czeka w akwarium.

– W akwarium?

– W biurze przeszklonym. Mówimy na to akwarium, bo Pan Kierownik ma pamięć złotej rybki, a poza tym czasami wlewa mu się tam woda z 1997 roku, jak była powódź stulecia. Proszę uważać na kałuże, są historyczne.

Michał ruszył we wskazanym kierunku. Po drodze minął mężczyznę w roboczym drelichu, który uderzał młotkiem w ścianę. – Działa? – zapytał robotnik sam siebie. – Nie działa – odpowiedziała mu ściana echem, które zabrzmiało trzy sekundy po uderzeniu. – No to przerwa – skwitował mężczyzna i usiadł na podłodze, wyciągając kanapkę.

Rozmowa Kwalifikacyjna: Sprzedaż Duszy za Najniższą Krajową

Biuro Kierownika rzeczywiście było przeszklone, co dawało doskonały widok na parking, na którym stał jeden samochód (Polonez Caro) i jeden lądownik gwiezdny (prawdopodobnie z przyszłości, sądząc po tym, że lewitował).

Kierownik, mężczyzna o aparycji sprzedawcy używanych garnków, zerwał się z krzesła. – Pan Michał! Wspaniale! Proszę wchodzić, proszę siadać, proszę nie dotykać fikusa, on jest pod napięciem!

Michał usiadł na brzeżku krzesła. – Dzień dobry. Chciałem zapytać o warunki…

– Warunki są znakomite! – przerwał Kierownik, wymachując rękami. – Mamy dach nad głową, tlen w atmosferze, grawitację na poziomie 1G, chociaż w piwnicy czasami spada do zera i Mietek musi dociążać podłogę workami z piaskiem. Ale to szczegóły! Czego pan oczekuje od życia, panie Michale?

– Stabilizacji finansowej.

– Ha! Stabilizacja! Dobre słowo. My tu w Gravemont kochamy stabilizację. Jesteśmy tak stabilni, że od trzydziestu lat jest tu ten sam rok. Żartuję! Oczywiście, że mamy rok 2147, ale w sercu wciąż lata dziewięćdziesiąte, prawda? Muzyka, klimat, brak internetu…

– Brak internetu? – zaniepokoił się Michał.

– Oczywiście, że jest! Tylko… specyficzny. Działa na zasadzie kwantowej. Wysyła pan maila, a on dochodzi wczoraj. Bardzo usprawnia pracę. Można odpowiedzieć na skargę klienta, zanim on ją napisze. To się nazywa proaktywność! – Kierownik podsunął mu opasłe tomisko. – To umowa. Proszę podpisać na każdej stronie. I parafka tam, gdzie jest ten mały symbol czaszki.

Michał zaczął czytać. Litery zdawały się uciekać przed jego wzrokiem. – „§4. Pracownik wyraża zgodę na pracę w systemie nieliniowym” – przeczytał na głos. – „Oraz zrzeka się roszczeń z tytułu utraty tożsamości, duplikacji własnego jestestwa oraz przypadkowej anihilacji przez Cień”. Co to jest Cień?

– Slang branżowy! – zaśmiał się Kierownik nerwowo, ocierając pot z czoła. – Cień, czyli… konkurencja! Cień rynkowy. Musimy być czujni, żeby nas nie zjedli. Metaforycznie. Chociaż w stołówce bywa różnie. Podpisujemy? Długopis stygnie.

Michał zawahał się. Jego instynkt samozachowawczy, który zazwyczaj ostrzegał go przed jedzeniem kebaba o 3:00 nad ranem, teraz wył jak syrena alarmowa. Ale potem przypomniał sobie stan konta. Wynosił minus czterysta złotych. Podpisał.

W momencie, gdy oderwał długopis od papieru, świat za oknem mrugnął. Niebo zmieniło kolor z błękitnego na fioletowy, a potem wróciło do normy. Zegar na ścianie, który wskazywał 12:00, cofnął wskazówki z przeraźliwym zgrzytem i zatrzymał się na 23:47.

– Witamy w zespole! – Kierownik wyrwał mu kartkę z ręki i wrzucił do niszczarki, która zamiast pociąć papier, sprawiła, że dokument zniknął w małym błysku światła. – Sejf numer minus dwa. Tam trzymamy dokumenty, żeby nie uległy… ekhm, zmianom historycznym.

Pierwsze Zadanie: Bagażowy Schrödingera

Michał wyszedł z biura z mundurem w ręku. Był to bordowy uniform ze złotymi guzikami, który wyglądał, jakby został zdjęty z kogoś, kto zginął w nim w pożarze, a potem został starannie wyprany. Pachniał lawendą i rozpaczą.

Grażyna skinęła na niego ręką. – Młody, ubieraj się. Masz gościa.

– Już? Przecież nie miałem szkolenia BHP.

– Szkolenie jest proste: jak widzisz coś, co ma więcej zębów niż ustawa przewiduje, to nie głaszczesz. Jak widzisz siebie idącego korytarzem z naprzeciwka, to nie mówisz „cześć”, tylko skręcasz w boczną uliczkę, żeby nie wywołać paradoksu. Zrozumiano?

– Chyba…

– To bierz walizki. Pan Doktor Voss przyjechał.

Przy recepcji stał wysoki, szczupły mężczyzna o wyglądzie naukowca, który nie spał od epoki brązu. Miał na sobie prochowiec, a w ręku trzymał urządzenie, które wyglądało jak licznik Geigera skrzyżowany z tosterem.

– Dzień dobry, witamy w Gravemont Hottel – wyrecytował Michał formułkę, którą usłyszał od Kierownika. – Czy życzy sobie pan pomoc z bagażem?

Dr Voss spojrzał na niego z przerażeniem. – Ty… ty jesteś nowy.

– Tak, pierwszy dzień.

– O Boże – jęknął Voss, łapiąc się za głowę. – Znowu zmienili zmienną w równaniu. Słuchaj mnie uważnie, chłopcze. Nie dotykaj tej walizki. W środku jest niestabilny izotop czasu. Jeśli nią potrząśniesz, wszyscy urodzimy się jako plankton.

Michał cofnął rękę. – To… mam ją zostawić w lobby?

– Nie! – krzyknął Voss. – Musi trafić do pokoju 212. Ale ostrożnie. Pokój 212 jest spalony, więc podłoga jest tylko teoretyczna. Musisz stawiać kroki tam, gdzie pamiętasz, że była podłoga, a nie tam, gdzie ją widzisz. Rozumiesz?

– Nie bardzo.

Grażyna westchnęła głośno. – Panie Voss, proszę nie straszyć stażysty. Michał, bierz tę walizkę. Podłoga w 212 jest stabilna do wtorku. Dzisiaj mamy… – spojrzała na kalendarz, na którym daty wirowały jak w maszynie losującej. – Dzisiaj mamy chyba „przed pożarem”, więc idź śmiało.

Michał chwycił walizkę. Była lekka. Podejrzanie lekka. Jakby w środku była próżnia. Ruszył w stronę windy.

Winda: Pionowy Transport do Obłędu

Winda w Gravemont nie miała przycisków z numerami pięter. Miała pokrętło przypominające termostat, wyskalowane w latach: 1994, 2003, 2021, 2064, 2147.

– Panie Voss, na które piętro? – zapytał Michał, czując, że pot spływa mu po plecach.

– Rok 2003. Po pożarze – odparł Voss, wpatrując się w swój licznik. – Muszę skalibrować echa termiczne. I błagam, nie patrz w lustro w windzie.

– Dlaczego?

– Bo twoje odbicie spóźnia się o dwie sekundy. To bardzo deprymujące widzieć, jak robisz głupią minę, kiedy już przestałeś ją robić.

Michał oczywiście spojrzał. Jego odbicie mrugnęło do niego, mimo że on miał szeroko otwarte oczy. Żołądek podszedł mu do gardła. Winda ruszyła. Nie w górę, ani w dół. Ruszyła „w poprzek”. Michał poczuł, jak jego jelita próbują zawiązać się na supeł. Dźwięk, który towarzyszył podróży, przypominał odgłos widelca przesuwanego po tablicy, zwielokrotniony przez tysiąc.

Drzwi otworzyły się na drugim piętrze. Uderzył ich zapach spalenizny i woń stęchłej wody. Korytarz był ciemny, oświetlony jedynie lewitującymi płomieniami, które wyglądały jak wygaszacze ekranu z Windowsa 98, tylko w wersji 4D.

– Proszę – Michał postawił walizkę na czymś, co wyglądało jak zwęglony stolik. – Czy coś jeszcze?

Voss już go nie słuchał. Mierzył temperaturę powietrza, która w jednym miejscu wynosiła 15 stopni, a metr dalej 700 stopni Celsjusza. – Uciekaj, chłopcze – mruknął fizyk. – Zaraz zacznie się cykl resetu echa. Nie chcesz tu być, jak strażacy zaczną biegać. Są bardzo głośni i nie reagują na prośby o ciszę nocną.

Michał nie kazał sobie powtarzać dwa razy. Wcisnął przycisk przywołania windy. Nic się nie stało. Wcisnął go znowu. Przycisk odpadł i potoczył się po podłodze, po czym zniknął w szczelinie, która nie powinna istnieć.

– Cholera – szepnął. – Zejdę schodami.

Schody i Spotkanie z Panem Mietkiem

Na klatce schodowej spotkał Mietka – konserwatora, którego widział wcześniej. Mietek stał przy barierce i owijał ją srebrną taśmą klejącą.

– A, nowy – zagadnął Mietek, nie przerywając pracy. – Uważaj na trzeci stopień.

– Jest obluzowany?

– Nie. On prowadzi do 1944 roku. Jak staniesz, to wpadniesz w sam środek wojny, a Niemcy nie dają napiwków. Przeskakuj.

Michał przeskoczył. – Panie Mietku, co tu się dzieje? Ta winda, ci ludzie… ten gość z walizką mówił o izotopach czasu.

Mietek splunął (ślina zawisła w powietrzu). – Panie, nie słuchaj pan tych naukowców. Oni wszystko komplikują. To jest prosta sprawa. Budynek osiada. Tylko że nie osiada w ziemi, ale w czwartym wymiarze. Rury pękają, czas wycieka, robią się kałuże. Normalna eksploatacja. Właściciel żydzi na remont generalny, to mamy pętle. Ja tu latam z tą taśmą i łatam dziury w rzeczywistości, ale ile można? Taśma też ma swoją wytrzymałość.

– Ale… czy my stąd wyjdziemy?

Mietek zaśmiał się. Był to śmiech człowieka, który widział rzeczy, od których osiwiałby nawet Dalajlama. – Wyjść? Fizycznie? Można. Ale psychicznie… Panie Michale, jak pan podpisał papier, to pan już jest częścią inwentarza. Jak krzesło. Albo jak ten Cień na piątym piętrze.

– Cień?

– A, taki tam. Wredny typ. Kradnie żarówki. Dobra, lecę, bo mi zgłosili, że w piwnicy znowu woda cofa się do kranu. Powodzenia na zmianie!

Koniec Dnia (Który Nigdy Się Nie Kończy)

Michał wrócił do recepcji. Był wyczerpany, brudny (sadza z 2003 roku była wyjątkowo tłusta) i przerażony. – Pani Grażyno – powiedział, opierając się o ladę. – Która godzina? Chcę iść do domu.

Grażyna wskazała na wielki, ozdobny zegar nad wejściem. Wskazówki stały w miejscu. 23:47. – Ale przed chwilą też była 23:47. To było godzinę temu!

– Zegar stoi, bo bateria padła w zeszłym stuleciu – skłamała Grażyna gładko, choć w jej oczach widać było cień litości. – Ale tak między nami, Michał… Tu zawsze jest 23:47. To taka nasza „Happy Hour”, tylko że trwa wiecznie i nikt nie jest happy.

W tym momencie drzwi wejściowe otworzyły się. Weszła grupa turystów. Wyglądali na rodzinę. Ojciec w sandałach, matka z mapą, dwójka dzieci z lodami. – Dzień dobry! – zakrzyknął ojciec. – My mamy rezerwację! Państwo Kowalscy! Czy basen jest czynny?

Michał spojrzał na Grażynę. – Czy basen jest czynny? – powtórzył tępo.

Grażyna uśmiechnęła się swoim służbowym uśmiechem numer 5 (lekka pogarda z nutą rezygnacji). – Basen znajduje się na poziomie minus jeden. Obecnie jest tam laboratorium fizyki cząstek elementarnych i generator czarnych dziur, ale woda jest ciepła, bo reaktor się przegrzewa. Proszę tylko nie chlapać na naukowców, bo gryzą.

– Super! – ucieszyła się rodzina i ruszyła w stronę schodów.

Michał patrzył za nimi. – Oni wyjdą, prawda? Po tygodniu?

– Oni tak – powiedziała Grażyna, otwierając nową paczkę herbatników. – Oni są Gośćmi. Oni płacą. A my? My jesteśmy Kosztem. A kosztów się nie wypuszcza, koszty się optymalizuje.

Nagle światło w lobby przygasło. Rozległ się niski, buczący dźwięk, jakby wielki transformator właśnie dostał czkawki. – Oho – mruknęła Grażyna. – Reset. Voss musiał znowu umrzeć na drugim piętrze.

– Umrzeć?! – wrzasnął Michał.

– Spokojnie, to u niego normalne. Wraca szybciej niż bumerang. Tylko teraz będzie marudził, że go boli wątroba, bo w tej pętli chyba zginął od wybuchu gazu. Michał, weź mopa. Jak się zresetuje, to w lobby zawsze pojawia się plama po jego ego.

Michał chwycił mopa. Spojrzał na drzwi wyjściowe. Były tak blisko. Mógłby wybiec. Ruszył pędem. Minął kolumnę, minął fontannę (w której woda płynęła do góry), dopadł drzwi. Pchnął je. Wydostał się na zewnątrz! Świeże powietrze! Wolność! Parking! Zrobił trzy kroki w stronę bramy.

I nagle poczuł szarpnięcie w pępku. Jakby ktoś zahaczył go niewidzialną wędką. Świat zawirował. Kolory zlały się w szarą pulpę. PSTRYK.

Stał znowu w lobby. W ręku trzymał mopa. Zegar wskazywał 23:47. Przed nim stał Kierownik. – Panie Michale! Gdzie pan biegnie? Praca sama się nie zrobi! A, i proszę uważać. Mamy rezerwację na wesele w weekend. Przyjeżdża dwieście osób. Będą chcieli poprawin. A w tym hotelu poprawiny trwają… – Kierownik mrugnął do niego okiem, które na ułamek sekundy zamieniło się w gadzie. – …bardzo długo.

Michał oparł czoło o trzonek mopa. – Czy ja mogę dostać zaliczkę?

– Zaliczkę? – zdziwił się Kierownik. – Przecież dostał ją pan w przyszłym tygodniu! Proszę nie być zachłannym. Do roboty!

Michał westchnął. To będzie bardzo długi tydzień. Najdłuższy w historii ludzkości.

Koniec

Komentarze

Paradoksie, rozumiem, że skoro to Rozdział I, to jest to początek czegoś większego. Jeśli tak, bądź uprzejmy zmienić oznaczenie na FRAGMENT.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka