Moja matka była srebrną wiedźmą. Złotą kobietą, którą, wtargnąwszy w nią gwałtem, pozbawiła koloru ludzka szumowina. Dawno nikt nie widział srebrnych wiedźm, odkąd złoci ludzie pochowali się po techno-twierdzach, okłamując się w spętanych systemem umysłach, że jeszcze nadejdzie dzień, gdy wyplenią z ziemi wszystkie niższe od siebie rasy, od nas, białych ludzi począwszy.
Była Bergalijką, tylko to o niej wiedziałam, nie wiem kto i dlaczego w nią wtargnął, zabijając tym samym jej system, kolor i tożsamość.
Przez dziewięć długich miesięcy błąkała się niczym widmo po ugorach Aushu, stroniąc od szlaków, wycieńczając swe przeklęte srebrem ciało do granic możliwości, podświadomie chcąc zakończyć swój żywot, zanim urodzi bękarta, którego narzucił jej brutalny los.
Gdy mnie urodziła, stała się wiedźmą-rodzicielką, pół-martwy system przekształcił się w wirusa zmuszającego umysł do utrzymania mnie przy życiu za wszelką cenę. Urodziłam się jako pasożyt żerujący na matce, która się o mnie nie prosiła, a którą własny umysł zmuszał do oddawania mi całej swojej energii, czasu i płynów. Dopóki żyłam, ona nie mogła się zabić, a dopóki ona żyła, jej ciało nie pozwalało mi na śmierć.
Moim pierwszym wspomnieniem jest smak srebrnego mleka z matczynych piersi. Było gorzkie, kwaśne, nasączone melancholią i pozbawione wartości odżywczych, poza ostatnimi kroplami jej splugawionej, złotej energii.
Srebrne wiedźmy-rodzicielki mają jeszcze jedną systemową potrzebę, poza utrzymaniem swych bękartów przy życiu. Szukają innych takich jak ich dzieci – białych, plugawych, pozostawionych sobie. Zamglone umysły instynktownie prowadzą je do miejsc pobytu innych białych ludzi. Mojej matce to się udało trzy księżyce od połogu.
Nie znałam szczęścia. Nie było takiego słowa w naszym języku. Nigdy się nie bawiłam, razem z innymi dziećmi jedynie marząc o przetrwaniu, ukrywając się w ciszy przed śmiercią. Miłość, smutek, radość, to wszystko zastąpiła matka apatia – wszechogarniająca, otępiająca, nieprzerwana. Gdybym znała jakichś bogów, pewnie bym się modliła o łaskę, ale nie znamy bogów, jeżeli jacyś istnieją, to opuścili nas razem ze złotym kolorem naszych matek i pramatek.
Po raz pierwszy konie i ich pozbawionych dusz jeźdźców zobaczyłam, gdy miałam siedem cykli. Przybyli zimą, w nocy, w dłoniach mieli szable i pochodnie, mordy były napite alkoholem i nienawiścią, pustą potrzebą zniszczenia i zadawania bólu.
Miałam siedem cykli, a moja matka – biedna, splugawiona srebrna wiedźma-rodzicielka, którą wszyscy darzyli nienawiścią za bycie pokrzywdzoną, kazała mi uciekać do lasu. Schowałam się w przysypanych śniegiem krzakach, ubrana jedynie w szmatę, którą matka oderwała ze swej niegdyś pięknej sukni, wykonanej z jednego kawałka materiału przez złote ręce rzemieślnika w dalekim Bergalu. Powstrzymywałam zamarzające na moim policzku łzy. Nie płakałam. Miałam siedem cykli i nie płakałam, bo wiedziałam, że łkanie zwróci na mnie uwagę tych ludzkich oprawców, którzy przybyli, by w ostatnim geście brutalnego okrucieństwa, skrócić męczarnie moich pobratymców.
Widziałam, jak gwałcili moją matkę i jak srebrna krew rozlewała się po białym śniegu. Bili ją, smagali szablami i wypalali w niej dziury, sprawdzając, czy srebrne ciało pali się srebrzystym ogniem. Patrzyłam, jak nabijali głowy o przerażających i przerażonych wyrazach twarzy na pale, jak chwytali ciało chłopca i przywiązując do koni, rozrywali je żywcem na strzępy, a biała krew mieszała się ze śniegiem. Nie rozumiałam, o czym krzyczeli w tym okrutnym, pełnym zawiści języku, lecz słyszałam ich śmiech, mlaskanie i spluwanie.
Niedaleko mnie jeden z nich ściągał nożem twarz z czaszki jednego ze starszych mężczyzn, popisywał się potem przed resztą, nakładając ją na swoją brodatą, zaplutą mordę. Gdy się tym znudził, wbił nóż w stojący nieopodal pniak i poszedł się odlać za drzewo.
Wychyliłam się, chwyciłam kozik i korzystając, że był odwrócony plecami, wbiłam mu go pod żebro. Miałam siedem cykli i po raz pierwszy zabiłam człowieka – ludzkie ścierwo. Wyciągnęłam nóż i zaczęłam uderzać w niego, gdzie popadnie, mieszając moje białe łzy, z jego zepsutą, czerwoną posoką.
Gdy usłyszałam krzyki, zaczęłam biec – przed siebie, przez krzaki, przez zaspy. Upadałam i biegłam dalej, a śnieg sypał z całą mocą, lepiąc się do moich włosów, ubrania i twarzy. Bose stopy zamarzały, słabe, wychudzone nogi zaczęły odmawiać posłuszeństwa.
Pierwszy raz w życiu stanęłam na trakcie i upadłam z wycieńczenia, zimna i z żalu. Śmierć dla białych ludzi jest czymś codziennym, ale nawet dla nas tyle śmierci, jest jak koniec świata.
Usłyszałam hałas. Nie miałam siły wstać lub się bronić – dopadli mnie – myślałam – biegłam, zabiłam, zobaczyłam śmierć, a teraz, i mnie dopadli.
Słyszałam konie, ale też dziwny dźwięk, jakby nienaturalny stukot, trzask, a po chwili – kobiecy głos. Konie stanęły, stukot ustał. Poczułam, jak moje ciało się unosi
Obudziłam się w karocy, przykryta miękkim kocem, ubrana w ciepły płaszcz, rękawiczki i skarpety. Moja głowa leżała na kolanach rumianej kobiety, której głos usłyszałam wcześniej. Głaskała moje czoło i włosy, śpiewając cicho i kojąco w tym samym języku, w którym wcześniej krzyczeli moi oprawcy. Gdy zobaczyła, że się ocknęłam, zaczęła do mnie mówić aksamitnym głosem. Nic nie rozumiałam, ale wiedziałam, że po raz pierwszy w życiu, ktoś mi współczuł.
Podała mi herbatę, łyczek za łyczkiem, powolutku, dotykając moich białych, lodowatych policzków ciepłymi, swoimi różowymi palcami, delikatnie pomagała mi się ogrzać.
Zasnęłam wtulona w jej rozgrzane ciało, brudząc bezcenną suknię, w którą była ubrana, wierząc, że oto właśnie przyszła po mnie śmierć, by na końcu życia, po raz pierwszy pozwolić mi poczuć spokój, ciepło i ludzkie dobro.
Nazywam się Senesei Biel-Losalain, mam piętnaście cykli, jestem białym człowiekiem. Mam białe włosy, tęczówki i skórę. Uprzedzając pytania – moja krew, dupa i wargi też są białe i nie, nie rumienię się, tylko bieleję, a jedyne co mogę mieć czarne, to myśli.
Hrabino Losalain, dziękuję za ocalenie mego życia, nauczenie wszystkiego i przygarnięcie jak własnej córki.
Stojąca na podwyższeniu biała dziewczyna ukłoniła się lekko, podniosła wzrok i uśmiechnęła się smutno, a zebrana na sali arystokracja zaczęła powoli klaskać i składać hrabinie słowa pochwały.
– Naprawdę, wspaniale ją wytresowałaś moja droga, nie wiedziałem, że da się tych białasów nauczyć mówić po ludzku! – mówili jedni.
– Gdzie się takie wynajduje? Też muszę sobie taką sprawić! – wołali drudzy.
– Cóż za wzruszająca historia! Chociaż naprawdę, droga hrabino, mogłaś stonować tę przemoc, była aż niesmaczna, nie mniej, całość absolutnie wy-śmie-ni-ta! Masz już na oku, za kogo ją wydasz? – powtarzali trzeci, nie zwracając już kompletnie uwagi na roztrzęsioną, załzawioną, białą dziewczynę, która powoli schodziła z podestu, próbując nie stracić przytomności.
Tego dnia Senesei została po raz pierwszy przedstawiona gergowliańskiej arystokracji i wtedy też zrozumiała, że jest to takie samo ścierwo, jak to, które zgwałciło i zabiło jej matkę.