- Opowiadanie: StaryScislaka - Historia Białej Dziewczyny

Historia Białej Dziewczyny

Koncept, który siedział w mojej głowie od jakiegoś czasu (jakkolwiek by to nie brzmiało, patrząc po samej treści.) Historia osadzona w moim fantasy settingu, opowiadająca o depresyjnym życiu istot zwanych białymi ludźmi/białasami/bielingami, czyli efektu bezbożnej krzyżówki człowieka ze złotym człowiekiem. Historia jest opowiedziana z punktu widzenia nastoletniej białaski, która przeżyła piekło.

Zapraszam do czytania.

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Historia Białej Dziewczyny

Moja matka była srebrną wiedźmą. Złotą kobietą, którą, wtar­gnąw­szy w nią gwał­tem, pozba­wiła koloru ludzka szu­mo­wina. Dawno nikt nie widział srebr­nych wiedźm, odkąd złoci ludzie pocho­wali się po techno-twier­dzach, okła­mu­jąc się w spę­ta­nych sys­te­mem umy­słach, że jesz­cze nadej­dzie dzień, gdy wyple­nią z ziemi wszyst­kie niż­sze od sie­bie rasy, od nas, bia­łych ludzi począw­szy. 

Była Ber­ga­lijką, tylko to o niej wie­dzia­łam, nie wiem kto i dla­czego w nią wtar­gnął, zabi­ja­jąc tym samym jej sys­tem, kolor i toż­sa­mość. 

 

Przez dzie­więć dłu­gich mie­sięcy błą­kała się niczym widmo po ugo­rach Aushu, stro­niąc od szla­ków, wycień­cza­jąc swe prze­klęte sre­brem ciało do gra­nic moż­li­wo­ści, pod­świa­do­mie chcąc zakoń­czyć swój żywot, zanim uro­dzi bękarta, któ­rego narzu­cił jej bru­talny los. 

 

Gdy mnie uro­dziła, stała się wiedźmą-rodzi­cielką, pół-mar­twy sys­tem prze­kształ­cił się w wirusa zmu­sza­ją­cego umysł do utrzy­ma­nia mnie przy życiu za wszelką cenę. Uro­dzi­łam się jako paso­żyt żeru­jący na matce, która się o mnie nie pro­siła, a którą wła­sny umysł zmu­szał do odda­wa­nia mi całej swo­jej ener­gii, czasu i pły­nów. Dopóki żyłam, ona nie mogła się zabić, a dopóki ona żyła, jej ciało nie pozwa­lało mi na śmierć. 

 

Moim pierw­szym wspo­mnie­niem jest smak srebr­nego mleka z mat­czy­nych piersi. Było gorz­kie, kwa­śne, nasą­czone melan­cho­lią i pozba­wione war­to­ści odżyw­czych, poza ostat­nimi kro­plami jej splu­ga­wio­nej, zło­tej ener­gii. 

 

Srebrne wiedźmy-rodzi­cielki mają jesz­cze jedną sys­temową potrzebę, poza utrzy­ma­niem swych bękar­tów przy życiu. Szu­kają innych takich jak ich dzieci – bia­łych, plu­ga­wych, pozo­sta­wio­nych sobie. Zam­glone umy­sły instynk­tow­nie pro­wa­dzą je do miejsc pobytu innych bia­łych ludzi. Mojej matce to się udało trzy księ­życe od połogu. 

 

Nie zna­łam szczę­ścia. Nie było takiego słowa w naszym języku. Nigdy się nie bawi­łam, razem z innymi dziećmi jedy­nie marząc o prze­trwa­niu, ukry­wa­jąc się w ciszy przed śmier­cią. Miłość, smu­tek, radość, to wszystko zastą­piła matka apa­tia – wszech­ogar­nia­jąca, otę­pia­jąca, nie­prze­rwana. Gdy­bym znała jakichś bogów, pew­nie bym się modliła o łaskę, ale nie znamy bogów, jeżeli jacyś ist­nieją, to opu­ścili nas razem ze zło­tym kolo­rem naszych matek i pra­ma­tek. 

 

Po raz pierw­szy konie i ich pozba­wio­nych dusz jeźdź­ców zoba­czy­łam, gdy mia­łam sie­dem cykli. Przy­byli zimą, w nocy, w dło­niach mieli sza­ble i pochod­nie, mordy były napite alko­ho­lem i nie­na­wi­ścią, pustą potrzebą znisz­cze­nia i zada­wa­nia bólu. 

 

Mia­łam sie­dem cykli, a moja matka – biedna, splu­ga­wiona srebrna wiedźma-rodzi­cielka, którą wszy­scy darzyli nie­na­wi­ścią za bycie pokrzyw­dzoną, kazała mi ucie­kać do lasu. Scho­wa­łam się w przy­sy­pa­nych śnie­giem krza­kach, ubrana jedy­nie w szmatę, którą matka ode­rwała ze swej nie­gdyś pięk­nej sukni, wyko­na­nej z jed­nego kawałka mate­riału przez złote ręce rze­mieśl­nika w dale­kim Ber­galu. Pow­strzy­my­wa­łam zama­rza­jące na moim policzku łzy. Nie pła­ka­łam. Mia­łam sie­dem cykli i nie pła­ka­łam, bo wie­dzia­łam, że łka­nie zwróci na mnie uwagę tych ludz­kich opraw­ców, któ­rzy przy­byli, by w ostat­nim geście bru­tal­nego okru­cień­stwa, skró­cić męczar­nie moich pobra­tym­ców. 

 

Widzia­łam, jak gwał­cili moją matkę i jak srebrna krew roz­le­wała się po bia­łym śniegu. Bili ją, sma­gali sza­blami i wypa­lali w niej dziury, spraw­dza­jąc, czy srebrne ciało pali się sre­brzy­stym ogniem. Patrzy­łam, jak nabi­jali głowy o prze­ra­ża­ją­cych i prze­ra­żo­nych wyra­zach twa­rzy na pale, jak chwy­tali ciało chłopca i przy­wią­zu­jąc do koni, roz­ry­wali je żyw­cem na strzępy, a biała krew mie­szała się ze śnie­giem. Nie rozumia­łam, o czym krzy­czeli w tym okrut­nym, peł­nym zawi­ści języku, lecz sły­sza­łam ich śmiech, mla­ska­nie i splu­wa­nie. 

 

Nie­da­leko mnie jeden z nich ścią­gał nożem twarz z czaszki jed­nego ze star­szych męż­czyzn, popi­sy­wał się potem przed resztą, nakła­da­jąc ją na swoją bro­datą, zaplutą mordę. Gdy się tym znu­dził, wbił nóż w sto­jący nie­opo­dal pniak i poszedł się odlać za drzewo. 

 

Wychy­li­łam się, chwy­ci­łam kozik i korzy­sta­jąc, że był odwró­cony ple­cami, wbi­łam mu go pod żebro. Mia­łam sie­dem cykli i po raz pierw­szy zabi­łam czło­wieka – ludz­kie ścierwo. Wycią­gnę­łam nóż i zaczę­łam ude­rzać w niego, gdzie popad­nie, mie­sza­jąc moje białe łzy, z jego zepsutą, czer­woną posoką. 

 

Gdy usły­sza­łam krzyki, zaczę­łam biec – przed sie­bie, przez krzaki, przez zaspy. Upa­da­łam i bie­głam dalej, a śnieg sypał z całą mocą, lepiąc się do moich wło­sów, ubra­nia i twa­rzy. Bose stopy zama­rzały, słabe, wychu­dzone nogi zaczęły odma­wiać posłu­szeń­stwa. 

 

Pierw­szy raz w życiu sta­nę­łam na trak­cie i upa­dłam z wycień­cze­nia, zimna i z żalu. Śmierć dla bia­łych ludzi jest czymś codzien­nym, ale nawet dla nas tyle śmierci, jest jak koniec świata. 

 

Usły­sza­łam hałas. Nie mia­łam siły wstać lub się bro­nić – dopa­dli mnie – myśla­łam – bie­głam, zabi­łam, zoba­czy­łam śmierć, a teraz, i mnie dopa­dli. 

 

Sły­sza­łam konie, ale też dziwny dźwięk, jakby nie­na­tu­ralny stu­kot, trzask, a po chwili – kobiecy głos. Konie sta­nęły, stu­kot ustał. Poczu­łam, jak moje ciało się unosi

 

Obu­dzi­łam się w karocy, przy­kryta mięk­kim kocem, ubrana w cie­pły płaszcz, ręka­wiczki i skar­pety. Moja głowa leżała na kola­nach rumia­nej kobiety, któ­rej głos usły­sza­łam wcze­śniej. Gła­skała moje czoło i włosy, śpie­wa­jąc cicho i kojąco w tym samym języku, w któ­rym wcze­śniej krzy­czeli moi oprawcy. Gdy zoba­czyła, że się ock­nę­łam, zaczęła do mnie mówić aksa­mit­nym gło­sem. Nic nie rozumia­łam, ale wie­dzia­łam, że po raz pierw­szy w życiu, ktoś mi współ­czuł. 

 

Podała mi her­batę, łyczek za łycz­kiem, powo­lutku, doty­ka­jąc moich bia­łych, lodo­wa­tych policz­ków cie­płymi, swo­imi różo­wymi pal­cami, deli­kat­nie poma­gała mi się ogrzać. 

 

Zasnę­łam wtu­lona w jej roz­grzane ciało, bru­dząc bez­cenną suk­nię, w którą była ubrana, wie­rząc, że oto wła­śnie przy­szła po mnie śmierć, by na końcu życia, po raz pierw­szy pozwo­lić mi poczuć spo­kój, cie­pło i ludz­kie dobro. 

 

Nazy­wam się Sene­sei Biel-Losa­lain, mam pięt­na­ście cykli, jestem bia­łym czło­wie­kiem. Mam białe włosy, tęczówki i skórę. Uprze­dza­jąc pyta­nia – moja krew, dupa i wargi też są białe i nie, nie rumie­nię się, tylko bie­leję, a jedyne co mogę mieć czarne, to myśli. 

 

Hra­bino Losa­lain, dzię­kuję za oca­le­nie mego życia, naucze­nie wszyst­kiego i przy­gar­nię­cie jak wła­snej córki. 

 

Sto­jąca na podwyż­sze­niu biała dziew­czyna ukło­niła się lekko, podnio­sła wzrok i uśmiech­nęła się smutno, a zebrana na sali ary­sto­kra­cja zaczęła powoli kla­skać i skła­dać hra­bi­nie słowa pochwały. 

 

– Naprawdę, wspa­niale ją wytre­so­wa­łaś moja droga, nie wie­dzia­łem, że da się tych bia­ła­sów nauczyć mówić po ludzku! – mówili jedni. 

 

– Gdzie się takie wynaj­duje? Też muszę sobie taką spra­wić! – wołali dru­dzy. 

 

– Cóż za wzru­sza­jąca histo­ria! Cho­ciaż naprawdę, droga hra­bino, mogłaś sto­no­wać tę prze­moc, była aż nie­smaczna, nie mniej, całość abso­lut­nie wy-śmie-ni-ta! Masz już na oku, za kogo ją wydasz? – powta­rzali trzeci, nie zwra­ca­jąc już kom­plet­nie uwagi na roz­trzę­sioną, załza­wioną, białą dziew­czynę, która powoli scho­dziła z pode­stu, pró­bu­jąc nie stra­cić przy­tom­no­ści. 

 

Tego dnia Sene­sei została po raz pierw­szy przed­sta­wiona ger­gow­liań­skiej ary­sto­kra­cji i wtedy też zro­zu­miała, że jest to takie samo ścierwo, jak to, które zgwał­ciło i zabiło jej matkę. 

 

Koniec

Komentarze

Na szybko, na razie tylko krótki komentarz.

Nie lubię czytać czegoś, co wymaga zapoznania się z osobnym słowniczkiem pojęć. Rozumiem to jeszcze wtedy, gdyby był to fragment większej historii, ale tutaj mamy do czynienia z samodzielną konstrukcją.

https://www.wattpad.com/story/406947996-kroniki-eidonu-korekta

Mocno wahałem się, jak skomentować tego szorta i nawet teraz, w trakcie komentowania, nie jestem przekonany czy moja opinia będzie miała jakąkolwiek wartość.

Przede wszystkim: opisy przemocy, a zwłaszcza przemocy seksualnej, w literaturze to wyższa szkoła jazdy. Kojarzę tylko jednego pisarza (Richarda Morgana), który się w tym specjalizuje, a i jemu wychodzi to zaledwie jako, tako. Tobie epatowanie przemocą nie wyszło źle, jest “shock value”, ale powinieneś mieć świadomość, że obrazowe opisy gwałtów i rozrywania dzieci drastycznie ograniczą bazę czytelników. Jeżeli piszesz przede wszystkim dla siebie – to nie problem. Jeżeli piszesz dla innych, możesz rozważyć stonowanie i skrócenie co bardziej makabrycznych fragmentów.

Druga ważna sprawa: to jest jeden wielki infodump. Całkiem zgrabnie napisany, dobrze zakamuflowany, ale proporcje deklaratywnej ekspozycji do budowania świata przedstawionego scenami jest bardzo niekorzystna. Uratowałeś tekst przeskokiem narracji w ostatnim akapicie, ale problem pozostaje. Rozumiem chęć przedstawienia czytelnikowi autorskiego świata (całkiem chyba przyzwoitego, ale fantasy to nie mój konik) ale walenie go blokami wyjaśnień nie jest najlepszym sposobem, żeby to zrobić.

 

Masz świat, masz interesująco zapowiadającą się bohaterkę ( i tu ogromne brawa za odwagę, bo sensowne pisanie nastoletnich dziewcząt, kiedy samemu nie było się nastoletnią dziewczyną to wyczyn). Potrzebujesz dobrej, zwartej i najlepiej zamkniętej historii do opowiedzenia.

 

@edytka

A tak, słowniczek. Ryzykowna sprawa. Kiedy widzę słowniczek, zawsze spodziewam się, że autor nie ogarnia w opowiadanie historii, bo najwyraźniej nie potrafi zawrzeć w niej wszystkich istotnych faktów. Na szczęście nie dodałeś mapy. Na widok map zaczynam powarkiwać i toczyć pianę z ust.

Przeczytałam, ale szort, niestety, nie zachęcił mnie do ewentualnego poznania świata, który stworzyłeś.

Wykonanie pozostawia sporo do życzenia.

 

po­cho­wa­li się po swo­ich tech­no-twier­dzach, okła­mu­jąc się w swo­ich spę­ta­nych sys­te­mem umy­słach… → Zbędne zaimki.

 

gdy wy­ple­nią zie­mię ze wszyst­kich niż­szych od sie­bie ras… → …gdy wy­ple­nią z zie­mi wszyst­kie niż­sze od sie­bie rasy

 

Nie imały nas cho­ro­by… → …Nie imały się nas cho­ro­by

 

nie było życia, przez cały żywot je­dy­nie prze­ży­wa­ją­cych z dnia na dzień… → Nie brzmi to najlepiej.

 

Wy­chy­li­łam się, chwy­ci­łam po kozik… → Wy­chy­li­łam się, chwy­ci­łam kozik

Chwyta się coś, nie po coś.

 

zmro­żo­ne ciało zo­sta­ło unie­sio­ne w górę. → Masło maślane – czy można coś unieść w dół?

 

za­czę­ła do mnie mówić swoim ak­sa­mit­nym gło­sem. → Zbędny zaimek. Czy mogła mówić cudzym głosem?

 

ktoś czuł do mnie współ­czu­cie. → Współczuć można komuś, można mieć współczucie dla kogoś, ale nie można mieć współczucia do kogoś.

 

do­ty­ka­jąc moje białe po­licz­ki… → …do­ty­ka­jąc moich białych policzków

 

dzię­ku­ję za oca­le­nie mego życia, na­ucze­nia wszyst­kie­go i przy­gar­nię­cia jak wła­snej córki. → …dzię­ku­ję za oca­le­nie mego życia, na­ucze­nie wszyst­kie­go i przy­gar­nię­cie jak wła­snej córki.

 

– Ale żeś ją wy­tre­so­wa­ła moja droga, nie wie­dzia­łem, że da się tych bia­ła­sów na­uczyć mówić po ludz­ku! – Mó­wi­li jedni – Gdzie się takie wy­naj­du­je? Też muszę sobie taką spra­wić! – Wo­ła­li dru­dzy – Cóż za wzru­sza­ją­ca hi­sto­ria! Ale na­praw­dę, droga hra­bi­no, mo­głaś sto­no­wać tę prze­moc, była aż nie­smacz­na, nie mniej, ca­łość ab­so­lut­nie wy-śmie-ni-ta! Masz już na oku, za kogo ją wy­dasz? – po­wta­rza­li trze­ci, nie zwra­ca­jąc już kom­plet­nie uwagi na roz­trzę­sio­ną, za­łza­wio­ną, białą dziew­czy­nę, która po­wo­li scho­dzi­ła z po­de­stu, pró­bu­jąc nie stra­cić przy­tom­no­ści. → Skoro to wypowiedzi różnych osób, zapisałabym je tak:

– Ale żeś ją wy­tre­so­wa­ła moja droga, nie wie­dzia­łem, że da się tych bia­ła­sów na­uczyć mówić po ludz­ku! – mó­wi­li jedni.

– Gdzie się takie wy­naj­du­je? Też muszę sobie taką spra­wić! – wo­ła­li dru­dzy.

– Cóż za wzru­sza­ją­ca hi­sto­ria! Ale na­praw­dę, droga hra­bi­no, mo­głaś sto­no­wać tę prze­moc, była aż nie­smacz­na, niemniej ca­łość ab­so­lut­nie wy-śmie-ni-ta! Masz już na oku, za kogo ją wy­dasz? – po­wta­rza­li trze­ci, nie zwra­ca­jąc już kom­plet­nie uwagi na roz­trzę­sio­ną, za­łza­wio­ną, białą dziew­czy­nę, która po­wo­li scho­dzi­ła z po­de­stu, pró­bu­jąc nie stra­cić przy­tom­no­ści.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Przeczytałem.

Świat wydaje się naprawdę ciekawy – opowiedziana historia – dużo mniej.

Sprytny w zamyśle, choć nie do końca udany jeśli chodzi o realizację, zabieg, co do narracji, która na koniec okazuje się monologiem wygłaszanym przed arystokracją.

Do wszystkiego powyżej dodaj: moim zdaniem, nie wypowiadam cudzych zdań, chyba, że wyraźnie kogoś cytuję. // ksiegamiliona.pl // entropia nigdy nie maleje // Outta Sewer: Jim, in­dio­to Ty, nadal chyba nie ro­zu­miesz

Dziękuję wszystkim za cenne uwagi, bardzo cenię każdy komentarz i będę się starał z tekstu na tekst coraz bardziej szlifować technikę. Wiem, że jeszcze daleka droga przede mną, ale dzięki takim ludziom jak wy czuję, że w końcu ktoś daje mi konkretne informacje dlaczego coś działa lub nie działa, co szczególnie pod względem językowym, jest dla mnie bardzo ważne.

Bardzo proszę, miło mi, że mogłam się przydać. :)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

po komentarzach usuwam słowniczek, tutaj w sumie nie jest aż taki niezbędny, a jedynie powoduje zakłopotanie

 

Nowa Fantastyka