- Opowiadanie: MichaelBullfinch - Ikhlwa i ihawu

Ikhlwa i ihawu

W końcu udało mi się zamknąć w szorcie. Mam nadzieję, że lektura będzie satysfakconująca.

Była laurka dla Korei, teraz czas na Południową Afrykę, gdzie miałem przyjemność zwiedzić wioskę wzorowaną na prawdziwą umuzi Zulu. 

Słówka pochodzące z Zulu zrozumiałem dzięki poznanemu tam mężczyźnie, mówiącemu w tym języku, który pomógł mi je uporządkować, ale sprawdzałem skrupulatnie w internecie, czy wszystko się zgadza. 

 

Legenda słówek pochodzących z języka Zulu:

Inkosi – wódz, król lub pan; tytuł wyrażający najwyższy szacunek dla przywódcy.

Umuzi – tradycyjna osada lub zagroda rodzinna z kilkoma chatami rozstawionymi na planie koła.

Ikhlwa – krótka włócznia o szerokim ostrzu, służąca do walki wręcz. Jej nazwa naśladuje dźwięk wysuwania ostrza z ciała wroga.

Isibaya – zagroda dla bydła, znajdująca się w centrum osady; miejsce święte, w którym często grzebano przodków.

Amadlozi – duchy przodków; pośrednicy między światem żywych a siłami nadprzyrodzonymi, opiekunowie rodu.

Ihawu – tradycyjna tarcza wykonana ze skóry bydlęcej; symbol ochrony i statusu wojownika.

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Biblioteka:

GalicyjskiZakapior

Oceny

Ikhlwa i ihawu

Nazywam się Mhlaba kaZulu. Jestem inkosi jednej z wiosek Zulu i ikhlwą mojego ludu. Nie tylko dłonią, która ją dzierży – sam stałem się orężem. Ostrzem uciszającym krzyk wroga, zanim ten zdąży przyzwać przodków. Zostałem wykuty w ogniu bitew. To miano – ikhlwa – przywarło do mnie, gdy pierwszy raz wróciłem z czerwonym piachem pod paznokciami i sercem, które zapomniało, czym jest drżenie.

Mój lud nie rabuje. Nie jesteśmy hienami żerującymi na padlinie. Odbieramy jedynie to, co zawsze należało do nas.

Ziemia jest tych, którzy najmocniej wbijają w nią stopy, a bydło wraca do właścicieli, których tarcze są dość szerokie, by je osłonić. Krew nie jest zbrodnią – to jedyna słuszna zapłata. Tak uczył mnie ojciec i tak szepczą Amadlozi.

Pod naszymi stopami pękło potężne Ndwandwe. Lud Zwide skruszał pod naporem tarcz z krowiej skóry. Przetrwaliśmy Mfecane – czas, gdy ziemia była głodna ludzi, a człowiek łaknął ziemi bardziej niż deszczu.

Myślałem, że wiem, czym jest strach. Znałem ryk lwa w wysokiej trawie i świst tysiąca włóczni przeszywających powietrze. Pamiętałem ciszę zapadającą po bitwie, gdy liczy się tylko tych, którzy już nie powstaną.

Myliłem się.

Prawdziwy koszmar nie ma pazurów, przed którymi można umknąć, ani głodu, który da się nasycić. On nie walczy o przetrwanie. Chce jedynie niszczyć.

Prawdziwy strach nie nadchodzi z zewnątrz. To zemsta, która powstała z grobu.

 

▼△▼△▼△▼△▼

 

Chłopiec wpadł do umuzi niczym zwierzę pędzone ogniem. Był brudny, oblepiony popiołem, a jego oczy puste – jakby dusza uciekła z nich w popłochu, zanim ciało zdążyło skonać.

Padł na kolana tuż przede mną.

– Inkosi… – wycharczał, a jego głos przypominał suchą trawę łamaną ciężką stopą. – On wrócił.

Nie musiałem pytać, kto. Czułem na karku lodowaty oddech wodza, którego zgładziłem. Tego, który konając, splunął krwią pod moje nogi i przysiągł, że śmierć nie powstrzyma go przed zgładzeniem mnie.

Zebraliśmy się w kręgu – tylko wojownicy i starszyzna, ludzie znający ciężar decyzji. Isibaya oddychała spokojnie, bydło milczało w mroku, a wiatr niósł zapach kurzu i zbliżającej się burzy. Chłopiec mówił szeptem o wioskach, które przestały istnieć, i o ciałach startych w czerwoną posokę. O czymś, co nie walczyło jak człowiek – co nie krwawiło i nie znało strachu.

– Nie brał kobiet. Nie kradł bydła – wykrztusiło dziecko.

– Więc po co przyszedł? – warknął jeden z mężczyzn, zaciskając dłoń na trzonku ikhlwy.

Chłopiec uniósł głowę. Jego wzrok wpił się w moją twarz, ale to nie było już spojrzenie dziecka. Źrenice rozlały się, pochłaniając białka, a usta wykrzywił nienaturalny, szeroki uśmiech.

– Po ciebie – wycharczał głos, który nie należał do niego. Był niski, mokry od bulgoczącej krwi.

Zanim ktokolwiek zdążył zareagować, dziecko skoczyło naprzód z siłą dorosłego lwa. Palce, twarde jak szpony, zacisnęły się na mojej krtani, a z gardła wydobył się ryk, przeszywający całą wioskę. W świetle ogniska zobaczyłem, że pod jego skórą pulsują czarne żyły, układając się w znaki, które widziałem tylko raz – na tarczy zabitego przeze mnie wodza.

Instynkt okazał się szybszy niż strach. Dłoń sama odszukała drzewce iklwy. Krótki, ciężki zamach rozdarł nocne powietrze. Drewno uderzyło w skroń z głuchym trzaskiem pękającej tykwy. Ciało zwiotczało natychmiast i wypuściło moją szyję, ale ten nienaturalny, mokry śmiech jeszcze przez jedno bicie serca wibrował w mroku, choć usta były już martwe.

Słyszałem tylko własne tętno i ciężki oddech mężczyzn w kręgu. Spojrzałem na swoje drżące dłonie, potem na bezkształtną masę u moich stóp.

To nie był koniec wojny – jedynie zaproszenie na ucztę u Amadlozi. A ja miałem być daniem głównym.

 

▼△▼△▼△▼△▼

 

Tej nocy wspiąłem się na wzgórze górujące nad umuzi. Nie szedłem tam jako wódz, przed którym drżą wrogowie, a jako syn szukający drogi w mroku.

Zdjąłem sandały, by nic nie dzieliło stóp od przodków. Ziemia była chłodna i żywa, tętniąca rytmem niesłyszalnym dla uszu. Uklęknąłem w wysokiej trawie i dotknąłem czołem pylistej gleby – tak jak uczyli starcy, gdy byłem jeszcze dzieckiem.

– Amadlozi… – szepnąłem, a głos utonął w szumie nocnego powietrza. – Byłem waszą ikhlwą. Waszym ramieniem.

Pamiętałem każdą bitwę. Każdy krzyk rozdzierający płuca i każde ciało, które osunęło się pod ciosem ostrza. Czułem ciężar krwi na dłoniach, lecz sumienie było czyste.

– Nie zawiodłem was – dodałem z przekonaniem, choć serce biło niespokojnie.

Wiatr przeszedł przez trawy niczym przeciągły ryk dzikiej zwierzyny.

– Ale to… to nie jest wojna, którą znam.

Zawahałem się. Pierwszy raz, odkąd chwyciłem za broń, poczułem w piersi lodowaty dotyk niepewności.

– Nie wiem, jak walczyć z czymś, co przekroczyło próg krainy cieni. Jak zabić kogoś, kto nie żyje?

Palce odszukały naszyjnik – ten, który spoczął na mojej piersi w dniu ogłoszenia mnie inkosi. Symbol władzy i tradycji. Rozpiąłem go powoli.

– Jeśli krew płynąca w moich żyłach wciąż jest wasza… sprawcie, bym nie złamał się teraz.

Poczułem ciepło. Rozlało się w kościach, głęboko w szpiku. Obudziło się we mnie coś starego i szeptem wymówiło moje imię. Naszyjnik w dłoniach drgnął, jakby stał się częścią ciała.

Przez moment słyszałem dźwięki przeszłości – tupot tysięcy stóp, uderzenia włóczni o tarcze i pieśń trwającą wieki przed moim narodzeniem.

Zapiąłem ozdobę z powrotem. Wyprostowałem się, patrząc w ciemność. Nie byłem już sam.

 

▼△▼△▼△▼△▼

 

Chata była niska i duszna, jak wszystkie w umuzi. Jej próg wymuszał pokłon na każdym. Wrogu – by odsłonił szyję. Tych, którzy przed nikim nie ugięli karku – by wreszcie schylili czoło z szacunkiem.

Po prawej stronie, w cieniu drzwi, kuliły się kobiety. Po lewej siedzieli wojownicy – nieruchomi, z dłońmi zaciśniętymi na drzewcach, czekający na nieuniknione. Zająłem miejsce najbliżej wejścia. Ikhlwa spoczywała na kolanach, lśniąc od grubej warstwy soli. Broń gotowa zgładzić duchy i bestie, które bezprawnie stąpają po ziemi.

Czekaliśmy.

Najpierw zginęły dźwięki. Isibaya zamilkła, jakby bydło wyczuło oddech drapieżcy. Wiatr przestał poruszać trawami, a cykady ucięły swoją pieśń w połowie frazy. Świat wstrzymał oddech, bojąc się wypuścić powietrze. Potem przyszło zimno – ciche i lepkie, jak trupia dłoń.

Aż w końcu usłyszeliśmy szuranie. Ciężki metal trący o wyschniętą glebę. Powoli, okrutnie. On chciał, żebyśmy liczyli każdy jego krok. Jeden z wojowników syknął przez zęby, a jego palce zbielały na trzonku włóczni.

Cień nagle wypełnił wejście. Do środka wpełzło coś, co kiedyś nosiło ludzkie imię, lecz teraz stało się już tylko bluźnierstwem przeciw życiu. Ogromne, nienaturalnie wykrzywione, obrastała je skóra zwisająca płatami, niczym z truchła bydła porzuconego na słońcu. Czaszka… pęknięta, otwarta na oścież, jakby ktoś siłą wyrwał z niej duszę, zostawiając jedynie czarną pustkę. Oczy nie śledziły ruchu. Dwa mętne kamienie, które przewiercały nas na wylot.

Stwór wydał wysoki, świdrujący gwizd. Moi wojownicy nie drgnęli. Zaczęli nucić – niski, wibrujący dźwięk, który zrodził się w ich klatkach piersiowych i zatrząsł ziemią w umuzi. A potem, jak jeden mąż, ryknęli: USUTHU! AMADLOZI AZI IGAMA LETHU! To nie był tylko krzyk – ściana dźwięku, która miała przypomnieć bestii, że ta ziemia wciąż należy do żywych.

Z krtani potwora znowu wydobył się długi, cienki gwizd. Przerażający i martwy. Ikhlwa stała się nagle ciężka jak głaz. Wstałem. Jeden krok, jeden zamach. Wbiłem ostrze prosto w gnijącą , odsłoniętą szyję.

Stwór zamarł. Bezruch trwał wieczność.

– Inkosi! – krzyknął któryś z wojowników, a w jego głosie usłyszałem przedwczesną radość.

Zamknąłem oczy, dziękując przodkom za siłę, za to, że znów mogłem być ich skutecznym ostrzem. Ale wtedy usłyszałem trzask. Jak łamanie suchego drewna w środku nocy.

Głowa stwora zaczęła się obracać. Powoli, coraz dalej, przekraczając granice kości i ścięgien. Skóra na karku napięła się i pękła z głośnym mlaśnięciem. Na twarzy wykwitł uśmiech – zbyt szeroki, zbyt głęboki, rozdzierający policzki aż do uszu. Włócznia wciąż tkwiła w jego ciele, a on… on patrzył na mnie i żył.

Zanim zdążyłem odetchnąć, jego włócznia przebiła moje ciało. Nie poczułem bólu. Najpierw był tylko ciężar, potem palące ciepło, a na końcu lód rozlewający się w żyłach. Wojownicy doskoczyli do bestii z krzykiem, uderzali raz po raz, ale on odpychał ich jednym ruchem ręki, jakby byli tylko natrętnymi insektami. Kobiety wyły z przerażenia, rzucały naczyniami, lecz stwór nie odrywał wzroku ode mnie.

– Znalazłem cię… – wyszeptał głosem, który nie należał do żadnego ze znanych światów. Ostrze wbiło się głębiej, przyciągając mnie do twarzy bestii. Poczułem jej oddech – cuchnący mogiłą i stęchłą krwią.

Wtedy zrozumiałem. Nie jestem ostrzem. Ostrze potrafi tylko zabijać, ale nie chroni tego, co kocha.

Zebrałem resztki życia, które jeszcze się we mnie tliło. Jednym szarpnięciem zerwałem z szyi naszyjnik przodków i zarzuciłem go na kark bestii. Stwór zaśmiał się, ale tylko przez chwilę. Coś drgnęło. Nie w chacie, lecz w nim samym. Niewidzialna pętla tysięcy pokoleń zacisnęła się na jego gardle.

– Teraz! – wycharczałem, krztusząc się krwią.

Wojownicy uderzyli jednocześnie. Raz, drugi, trzeci. Trzymałem naszyjnik z siłą, której nie powinno mieć umierające ciało, przyciągając poczwarę.

Zawsze byłem ikhlwą. Ostrzem, które zadaje rany. Ale teraz… stałem się czymś więcej.

Jestem ihawu. Tarczą. Tym, który stoi na straży między śmiercią a swoim ludem.

Nie puściłem, nawet gdy świat zaczął wirować i znikać w czerni. Słyszałem trzask łamanych kości potwora i jego ostatni, urwany skowyt. A potem nastała najpiękniejsza cisza, jaką kiedykolwiek słyszałem.

Leżałem na ziemi, póki krew nie wsiąkła w chłodną glebę. Nie czułem strachu. Ogarnął mnie spokój znany tylko sawannie po wielkim deszczu. Obroniłem ich. Nie jako ostrze, lecz jako tarcza.

Zamknąłem oczy. Nim zgasło we mnie światło, usłyszałem przodków. Pomruk dumy, który niósł mnie prosto w ich ramiona.

Koniec

Komentarze

Witaj. :)

 

Czytałam z prawdziwym przejęciem; wyjątkowo specyficzny klimat, nazewnictwo, historia i dramatyzm są wielkimi atutami tak krótkiej, a – jednocześnie – tak treściwej opowieści. :) Przy czytaniu czuje się atmosferę zażartej walki i poświęcenia głównego bohatera dla jego ludu. :)

 

Wojownicy rzucili się na bestie z krzykiem, uderzali raz po raz, ale on odrzucał ich od siebie jednym ruchem ręki, jakby byli tylko natrętnymi insektami. Kobiety wyły z przerażenia, rzucały naczyniami, lecz on nie odrywał wzroku ode mnie. – tu mam wątpliwości, czy powtórzenia są celowe, by podkreślić dramatyzm sceny, i czy nie ma tam literówki (?)

 

Pozdrawiam serdecznie, podwójny kliczek, powodzenia. ;)

Pecunia non olet

Hej bruce,

Czytałam z prawdziwym przejęciem; wyjątkowo specyficzny klimat, nazewnictwo, historia i dramatyzm są wielkimi atutami tak krótkiej, a – jednocześnie – tak treściwej opowieści. :) Przy czytaniu czuje się atmosferę zażartej walki i poświęcenia głównego bohatera dla jego ludu. :)

Dziękuję bardzo! Bardzo mi miło, że szort do Ciebie trafił!

tu mam wątpliwości, czy powtórzenia są celowe, by podkreślić dramatyzm sceny, i czy nie ma tam literówki (

Nie były celowe, już poprawione, dzięki!

Pozdrawiam serdecznie, podwójny kliczek, powodzenia. ;)

Dziękuję! heart

You cannot petition the Lord with prayer!

I ja dziękuję, Twój klimatyczny tekst pozostaje ze mną na długo. :) 

Pecunia non olet

Witam :]

 

Ładne i faktycznie czuć ten zuluski klimacik. Jak zwykle u Ciebie, były tu opisy, które naprawdę przypadły mi do gustu, np.

Isibaya zamilkła, jakby bydło wyczuło oddech drapieżcy. Wiatr przestał poruszać trawami, a cykady ucięły swoją pieśń w połowie frazy. Świat wstrzymał oddech, bojąc się wypuścić powietrze. Potem przyszło zimno – ciche i lepkie, jak trupia dłoń.

Nieironicznie och, ach.

 

Zakończenie nieco mniej mnie przekonało. Pokonaliśmy stwora, bo zdaliśmy sobie sprawę, że jesteśmy tarczą a nie włócznią i przodkowie spojrzeli na nas łaskawie – to byłoby naprawdę spoko, gdybyśmy wcześniej zobaczyli narratora jako włócznię (tj. w trakcie bitwy jako surowego dowódcę, albo po niej, jak bezwzględnie rozlicza się z pokonanymi – zakładam, ze o coś takiego chodziło z włócznią?). Niestety, on nas tylko zapewnia o tym w prologu, więc nie wybrzmiewa to tak mocno, jak powinno.

 

Pozdrawiam!


krótka włócznia o szerokim ostrzu, służąca do walki wręcz

Każda włócznia służy do walki wręcz – gdyby nie służyła, to byłaby oszczepem. Wiem, wiem, musiałem :P

 

Lud Zwide skruszał pod ciężarem tarcz z krowiej skóry

Mmmmm może pod naporem? Mogę nie mieć racji, ale tarcza ze skóry nie jest chyba tak ciężka, żeby to wyrażenie ładnie grało. One zdaje się nawet nie mają drewna pod tą skórą, tylko są garbowane na sztywno?

 

czas, gdy ziemia była głodna ludzi, a człowiek łaknął ziemi bardziej niż deszczu.

Nawet po wyguglaniu czym było Mfecane, nie jestem pewien, o co mogło chodzić w tym wyrażeniu. Że ludzie walczyli o ziemię i tak się wytłukli, że tej ziemi nie miał kto uprawiać?

 

przysiągł, że śmierć go nie zatrzyma, by mnie zgładzić.

Gramatyka tu zawiodła. “Śmierć nie powstrzyma go przed zgładzeniem mnie”. Albo coś podobnego.

 

Zanim ktokolwiek zdążył zareagować, dziecko rzuciło się naprzód z siłą dorosłego lwa. Palce, twarde jak szpony, zacisnęły się na mojej krtani, a z gardła wydobył się ryk, przeszywający całą wioskę. W świetle ogniska zobaczyłem, jak pod jego skórą wiją się czarne żyły, układając w znaki, które widziałem tylko raz – na tarczy zabitego przeze mnie wodza.

Letka siękoza.

 

Dłoń sama odszukała rękojeść.

Hmmm czy można powiedzieć, że drzewce włóczni (bo zakładam, że taką broń chwycił zuluski wódz) to rękojeść? Ręki bym se uciąć nie dał, ale dla mnie rękojeść ma miecz albo pistolet.

 

Ciało zwiotczało natychmiast, wypuszczając moją szyję

Zwiotczało i wypuściło. Ewentualnie wiotczejąc, wypuściło (…?).

 

sekundę

Czy zuluski wódz, który przed chwilą opowiadał nam o Mfecane i Amdalozi użyłby takiej białasko-kolonialnej jednostki czasu?

 

szeptem rozpoznało moje imię

Jak można coś rozpoznać szeptem?

 

Przez moment słyszałem głosy – tupot tysięcy stóp, uderzenia włóczni o tarcze i pieśń trwającą wieki przed moim narodzeniem.

Hm hm hm. Przydałoby się jakieś określenie przy tych głosach. Głosy przeszłości? Albo “przodkowie mówili do mnie tupotem tysiecy stóp”?

Taki bezprzymiotnikowy “głos” dziwnie wygląda na określenie tupotu, w każdym razie.

 

Jej próg wymuszał pokłon na każdym. Wrogu – by odsłonił szyję. Tych, którzy przed nikim nie ugięli karku – by wreszcie schylili czoło z szacunkiem.

Hmmm nie jestem przekonany, że gramatyka pozwala pominąć “na” przed “wrogu” i “tych”. Ale może ktoś mnie poprawi.

 

obrastała je skóra zwisająca płatami, niczym truchło bydła porzucone na słońcu

Skóra zwisająca to raczej “niczym z truchła”.

 

 

Dlaczemu nasz język jest taki ciężki

Bardzo mocne, obrazowe opowiadanie – najbardziej ujęło mnie, jak sprawnie połączyłeś brutalny realizm wojownika z duchowym wymiarem historii.

https://www.wattpad.com/story/406947996-kroniki-eidonu-korekta

Hej Zakapiorze,

Ładne i faktycznie czuć ten zuluski klimacik. Jak zwykle u Ciebie, były tu opisy, które naprawdę przypadły mi do gustu, np.

Nieironicznie och, ach.

Dzięki wielkie za tak miłe słowa!

Zakończenie nieco mniej mnie przekonało. Pokonaliśmy stwora, bo zdaliśmy sobie sprawę, że jesteśmy tarczą a nie włócznią i przodkowie spojrzeli na nas łaskawie – to byłoby naprawdę spoko, gdybyśmy wcześniej zobaczyli narratora jako włócznię (tj. w trakcie bitwy jako surowego dowódcę, albo po niej, jak bezwzględnie rozlicza się z pokonanymi – zakładam, ze o coś takiego chodziło z włócznią?). Niestety, on nas tylko zapewnia o tym w prologu, więc nie wybrzmiewa to tak mocno, jak powinno.

Możesz mieć tutaj dużo racji, więc przyjmuję pokornie. Lud Zulu był niesamowicie krwawy, w sumie z tego był między innymi znany. Każdego z ich wodzów można odbierać jako ikhlwę. Zabijali, niszczyli, palili i grabili – mówiąc jeszcze, że odbierają co ich. Ogólnie historia afrykańskich plemion jest bardzo ciekawa. Ale możesz mieć rację, że błędnie założyłem, że to wynika samo z siebie. 

A będą totalnie szczerym – uparłem się, że w końcu skończę w szorcie i może podświadomie skróciłem coś.

Każda włócznia służy do walki wręcz – gdyby nie służyła, to byłaby oszczepem. Wiem, wiem, musiałem :P

O Ty XD 

Mmmmm może pod naporem? Mogę nie mieć racji, ale tarcza ze skóry nie jest chyba tak ciężka, żeby to wyrażenie ładnie grało. One zdaje się nawet nie mają drewna pod tą skórą, tylko są garbowane na sztywno?

Całkowita racja.

Nawet po wyguglaniu czym było Mfecane, nie jestem pewien, o co mogło chodzić w tym wyrażeniu. Że ludzie walczyli o ziemię i tak się wytłukli, że tej ziemi nie miał kto uprawiać?

To miała być metafora. Ziemia była głodna ludzi, bo to był czas kiedy niesamowite ilości ludzi zginęło w wojnach lub z głodu. A ludzie łaknęli ziemi, bo podczas Mfecane prowadzili taktykę spalonej ziemi, całe klany traciły bydło i zbiory. Jak podpowiedział mi internet: “Historyczne relacje z tamtego okresu wspominają o opustoszałych krainach pełnych szkieletów i grupach ludzi, którzy z desperacji posuwali się do kanibalizmu. Ginęły miliony ludzi, które nie poległy tylko w walce, lecz z wycieńczenia.”

Hmmm czy można powiedzieć, że drzewce włóczni (bo zakładam, że taką broń chwycił zuluski wódz) to rękojeść?

Racja, poprawione.

Czy zuluski wódz, który przed chwilą opowiadał nam o Mfecane i Amdalozi użyłby takiej białasko-kolonialnej jednostki czasu?

Fakt, zmieniłem na “jedno bicie serca”.

Jak można coś rozpoznać szeptem?

Aj, pozostałość po ostatnich poprawkach. Miało być “wypowiedziało”.

Hmmm nie jestem przekonany, że gramatyka pozwala pominąć “na” przed “wrogu” i “tych”. Ale może ktoś mnie poprawi.

Zastanowię się nad tym jeszcze.

Reszta poprawiona.

Dzięki wielki za pozytywny komentarz i uwagi!

Pozdrawiam!

 

d.pankovski

Bardzo mocne, obrazowe opowiadanie – najbardziej ujęło mnie, jak sprawnie połączyłeś brutalny realizm wojownika z duchowym wymiarem historii.

Wielkie dzięki za przeczytanie i tak miłe słowa!

Pozdrawiam!

You cannot petition the Lord with prayer!

Ziemia była głodna ludzi, bo to był czas kiedy niesamowite ilości ludzi zginęło w wojnach lub z głodu.

Ach. Ma to sens, ok.

Dlaczemu nasz język jest taki ciężki

Przejmująca historia, w której chce się wierzyć, że główny bohater jednak przeżyje i kibicuje mu się w walce. Z takich rzeczy, które trochę zgrzytnęły to: zapach stęchłej krwi. Jakoś nie pasuje mi tu ta stęchlizna, bo najczęściej krew ma cierpko-slodki zapach, taki specyficzny. Stara taki, ciężki duszny, zatykający gdzie nie chcesz oddychać. Raz w życiu przez moment poczułam ten odór i pod żadnym wzgl to nie jest stęchlizna.

A i kliczek, ale to jak na komputer wejdę.

Językowo bez zarzutów. Bardzo plastyczne. Świetnie operujesz dźwiękami. Trochę zbyt schematyczne, żeby było świetne, ale osadzając akcję w Afryce wcisnąłeś w mit bohatera tyle świeżości, ile się dało. 

Hej CZARNA2,

Przejmująca historia, w której chce się wierzyć, że główny bohater jednak przeżyje i kibicuje mu się w walce.

Dzięki wielkie za miłe słowo!

Jakoś nie pasuje mi tu ta stęchlizna, bo najczęściej krew ma cierpko-slodki zapach, taki specyficzny. Stara taki, ciężki duszny, zatykający gdzie nie chcesz oddychać. Raz w życiu przez moment poczułam ten odór i pod żadnym wzgl to nie jest stęchlizna.

Hmm. Zastanowię się. Bo nie jest napisane, że krew śmierdziała stęchlizną, tylko że poczuł zapach stęchłej krwi. Wydaje mi się, że to różnica, ale pomyślę nad tym jeszcze. Dzięki!

A i kliczek, ale to jak na komputer wejdę.

Dzięki!

 

jerry_gainer

Językowo bez zarzutów. Bardzo plastyczne. Świetnie operujesz dźwiękami.

Dziękuję, to bardzo miły komplement. Rzeczywiście, sam często się irytuje, że przy opisach ludzie zapominają o dźwiękach. A uważam, że to często kluczowe, żeby opis był pełny. Miło mi, że uważasz, że to wychodzi.

Trochę zbyt schematyczne, żeby było świetne, ale osadzając akcję w Afryce wcisnąłeś w mit bohatera tyle świeżości, ile się dało. 

Rozumiem, sam motyw jest znany, ale starałem się przedstawić go w egzotycznym miejscu, żeby nabrał nowego życia. Dzięki!

Swoją drogą zamieszczasz często bardzo spostrzegawcze komentarze, widać, że znasz się na rzeczy. Jestem bardzo ciekawy jakiegoś Twojego tekstu, masz zamiar niedługo coś wrzucić?

 

Pozdrawiam Was!

You cannot petition the Lord with prayer!

@MichaelBullfinch

Zabawna sprawa. Wczoraj skończyłem pisać szorta, o sto znaków krótszego od twojego, także osadzonego w Afryce. Może go wrzucę, choćby po to, żeby udowodnić, że świat jest pełen intrygujących zbiegów okoliczności.

O proszę, w takim razie zachęcam do podzielenia się! Chętnie przeczytam!

You cannot petition the Lord with prayer!

Słynne ostatnie słowa!

Hej,

 

wiem, że na forum jest tendencja do usuwania “się”, ale czasami to “się” jednak powinno być w zdaniu ;)

 

W świetle ogniska zobaczyłem, że pod jego skórą pulsują czarne żyły, układając w znaki, które widziałem tylko raz – na tarczy zabitego przeze mnie wodza.

 

Drewno uderzyło w skroń z głuchym trzaskiem pękającej tykwy. Ciało zwiotczało natychmiast i wypuściło moją szyję, ale ten nienaturalny, mokry śmiech jeszcze przez jedno uderzenie serca wibrował w mroku,

 

Palce odszukały naszyjnik – ten, który spoczął na moich barkach

Na pewno na barkach?

 

Broń gotowa zgładzić duchy i rzeczy, które bezprawnie stąpają po ziemi.

Te rzeczy tak średnio brzmią.

 

Wiatr przestał poruszać trawami, a cykady ucięły swoją pieśń w połowie frazy

 

Symbol władzy, ale i niewoli wobec tradycji.

Skąd u niego ta myśl o niewoli wobec tradycji? Nic wcześniej ani później nie wskazuje, że źle się czuł w swojej roli. Wprost przeciwnie: Mój lud nie rabuje. Nie jesteśmy hienami żerującymi na padlinie. Odbieramy jedynie to, co zawsze należało do nas. albo Uklęknąłem w wysokiej trawie i dotknąłem czołem pylistej gleby – tak jak uczyli starcy, gdy byłem jeszcze dzieckiem. albo Czułem ciężar krwi na dłoniach, lecz sumienie było czyste.

 

Masz bardzo mocny, poetycki język, ale czasem wpada on w przesadę (ziemia głodna ludzi, cisza, która dusi, serce, które zapomniało, czym jest drżenie) i tych zdań mocno podkręconych jest bardzo dużo, prawie w każdym akapicie. Kupuję, że to element stylu, ale zamiast budować napięcie, miejscami je spłaszcza, bo można się do tego szybko przyzwyczaić.

 

Np. ta “cisza tak gęsta, że niemal dusiła” to bardzo klasyczna, wręcz wyświechtana fraza, a tych odniesień do ciszy jest dość dużo jak na tak krótki tekst 

 

– ostrze uciszające krzyk wroga,

- ciszę zapadającą po bitwie, gdy liczy się tylko tych, którzy już nie powstaną,

- cisza tak gęsta, że niemal dusiła

- Zapadła cisza. Absolutna i gęsta,

– Potem przyszło zimno – ciche i lepkie, jak trupia dłoń.

- A potem nastała najpiękniejsza cisza, jaką kiedykolwiek słyszałem.

 

Co prawda, tymi ładnymi zdaniami ogrywasz to, że jest mało zwykłej narracji, a opowiadanie opiera się na stylu, języku i symbolice, mniej na fabule. Chociaż ta sporo zyskuje na fakcie, że to lud Zulu, bo dzięki temu dość klasyczna historia nabiera świeżości. Klimat i obrazowość więc na plus, bo podobało mi się umiejscowienie akcji. 

Hej OldGuard,

Na pewno na barkach?

A nie? Może lepiej na piersi? Te ich naszyjniki to takie trochę duże są.

Te rzeczy tak średnio brzmią.

W sumie racja.

Wiatr przestał poruszać trawami, a cykady ucięły swoją pieśń w połowie frazy

Czy ja wiem? Wiem, że na forum takie dookreślania są wyciągane, ale tutaj celowo podkreśliłem.

Skąd u niego ta myśl o niewoli wobec tradycji?

Racja, w trakcie pisania był jeszcze jeden fragment, który odnosił się do tego, potem go usunąłem i mimo że czytałem kilkukrotnie potem całość to nie zauważyłem tej pozostałości. Ciach, do usunięcia.

Masz bardzo mocny, poetycki język, ale czasem wpada on w przesadę (ziemia głodna ludzi, cisza, która dusi, serce, które zapomniało, czym jest drżenie) 

Hmm. Chyba to kwestia gustu. Wiem o co Ci chodzi, ale nie wydaje mi się żeby były jednoznacznie przesadzone. A np. ziemia głodna ludzi – no ma prawo Ci się nie podobać, ale czy jest przesadzone? Kłóciłbym się.

Np. ta “cisza tak gęsta, że niemal dusiła” to bardzo klasyczna, wręcz wyświechtana fraza, a tych odniesień do ciszy jest dość dużo jak na tak krótki tekst 

To fakt, jest klasyczna, ale też nie wiem czy jest obowiązek ciągle wymyślać koło na nowo, skoro to działa. Moim zdaniem na tyle pasowało do sytuacji, że użyłem.

Co do ilości “ciszy”. Hmm. Nie zauważyłem, dopiero jak wypisałaś to to widzę. Ale fakt, lubię to słowo i jego brzmienie. Tak samo jak często używam mgły (akurat nie w tym tekście ale ogólnie), mam do niej jakąś słabość. Chyba każdy ma jakieś swoje ulubione stwierdzenia. Ale przejrzę zaraz i postaram się ograniczyć ciszę. Dobrze, że innych dźwięków jest sporo haha.

Co prawda, tymi ładnymi zdaniami ogrywasz to, że jest mało zwykłej narracji, a opowiadanie opiera się na stylu, języku i symbolice, mniej na fabule.

Czy ja wiem. Ogólnie problem krótkich treści to fabuła, zazwyczaj jest uboga i ogrywa się ją językiem. Tak też zrobiłem w ostatniej “Plaży z kamienia”. Ale tutaj nie wiem czy się zgodzę, jak na tak krótki tekst dzieję się stosunkowo dużo. Fabuła jest dość klasyczna – fakt, ale jednak mam nadzieję, że w nowym miejscu odżywa na nowo, nie jest przewidywalna i w miarę ciekawa.

Klimat i obrazowość więc na plus, bo podobało mi się umiejscowienie akcji. 

Dzięki!

 

Dziękuję bardzo za obszerny komentarz, reszta usterek to błędy przy poprawkach. To smieszne, że poprawiam jedno i tworzę tym kolejny błąd – zamiast zastanowić się dłużej i przeczytać cały fragment haha!

 

Pozdrawiam!

 

EDIT: usunąłem dwie “cisze”, może faktycznie za dużo, poprawki wprowadzone! Dzięki :D

You cannot petition the Lord with prayer!

Na pewno na barkach?

A nie? Może lepiej na piersi? Te ich naszyjniki to takie trochę duże są.

Aż to sobie sprawdziłam i barki są tu, więc na piersi ma sens bardziej :)

 

 

Wiatr przestał poruszać trawami, a cykady ucięły swoją pieśń w połowie frazy

Czy ja wiem? Wiem, że na forum takie dookreślania są wyciągane, ale tutaj celowo podkreśliłem.

Rozumiem i nie czepiam się wszystkich zaimków jak leci, bo sama niektóre świadomie zostawiam, tylko, czemu tutaj celowo to podkreślać? Pytam z ciekawości, bez czepialstwa, co wzmacnia ten zaimek w tym miejscu?

 

Hmm. Chyba to kwestia gustu. Wiem o co Ci chodzi, ale nie wydaje mi się żeby były jednoznacznie przesadzone. A np. ziemia głodna ludzi – no ma prawo Ci się nie podobać, ale czy jest przesadzone? Kłóciłbym się.

Tak, dlatego pisałam, że kupuję, że to styl, tylko imho czasami dość łatwo się w tym zakręcić, ale to jest słowo vs słowo, a że żadnych kłótni nie chcę, to odpuszczam tutaj ten temat :P

 

Ale fakt, lubię to słowo i jego brzmienie. Tak samo jak często używam mgły (akurat nie w tym tekście ale ogólnie), mam do niej jakąś słabość. Chyba każdy ma jakieś swoje ulubione stwierdzenia.

Tak jest, ale jak to pisał King (który chyba sam nie do końca się tego trzymał w niektórych swoich rozwleczonych do granic możliwości książkach) kill your darlings (musimy zabijać to, co kochamy). Czasem warto, a być może nawet trzeba, usuwać to, co my osobiście najbardziej w tekstach lubimy, bo nie do końca służy to całości. I nawet jeśli coś takiego brzmi świetnie samo w sobie. No ale w gruncie rzeczy chodzi o balans, nie o to, by usilnie pozbywać się swoich ulubieńców, ale by znaleźć złoty środek i widzę, że dwie cisze w ostateczności zniknęły :P

 

Ogólnie problem krótkich treści to fabuła, zazwyczaj jest uboga i ogrywa się ją językiem.

Nie musisz mnie do tego przekonywać, bo to bolączka moich szortów ;) 

 

Dziękuję bardzo za obszerny komentarz, reszta usterek to błędy przy poprawkach.

Skąd to znam ;)

Aż to sobie sprawdziłam i barki są tu, więc na piersi ma sens bardziej :)

Okej, jakoś inaczej to sobie wyobrażałem – pełna zgoda.

tylko, czemu tutaj celowo to podkreślać?

Że przerwały swoją pieśń, nie czyjąś. W tekście pieśni się pojawiają i tylko raz chodzi o cykady. Do tego pieśń to metafora, cykady nie śpiewają, więc pomaga w logice. Przynajmniej ja to tak widzę, zobaczę, jak ktoś jeszcze zwróci na to uwagę to rzeczywiście zmienię.

a że żadnych kłótni nie chcę, to odpuszczam tutaj ten temat :P

Haha, tak się tylko mówi, że bym się kłócił – z wdzięcznością podchodzę do każdej uwagi, nawet jak się nie zgadzam!

Tak jest, ale jak to pisał King (który chyba sam nie do końca się tego trzymał w niektórych swoich rozwleczonych do granic możliwości książkach) kill your darlings (musimy zabijać to, co kochamy). Czasem warto, a być może nawet trzeba, usuwać to, co my osobiście najbardziej w tekstach lubimy, bo nie do końca służy to całości. I nawet jeśli coś takiego brzmi świetnie samo w sobie. No ale w gruncie rzeczy chodzi o balans, nie o to, by usilnie pozbywać się swoich ulubieńców, ale by znaleźć złoty środek i widzę, że dwie cisze w ostateczności zniknęły :P

Tak, ja się całkowicie zgadzam, dlatego też dwie cisze własnie usunąłem. Dzięki wielkie za wskazanie, bo jak się jakieś słowo lubi to potem nie zwraca się uwagi jak się go nadmiernie używa.

 

Dzięki jeszcze raz!

Pozdrawiam!

You cannot petition the Lord with prayer!

Cześć, 

super short. Napięcie towarzyszyło mi prze prawie całą lekturę, czytało się to niesamowicie sprawnie, a sama historia jest bardzo ciekawa. Fajnie, że wycieczka była inspiracją do napisania tego opowiadania :)

Hej lugosi,

Dziękuję bardzo za tak pozytywną opinię! 

Tak, często jak gdzieś jadę to mam ochotę później to opisać, a tutaj samo się prosiło.

Pozdrawiam!

You cannot petition the Lord with prayer!

Nowa Fantastyka