- Opowiadanie: prosiaczek - Zamki w głowie

Zamki w głowie

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

Zamki w głowie

 

Roz­chy­lo­ny­mi ko­ta­ra­mi do sa­lo­nu prze­ni­ka­ło po­pie­la­te świa­tło dnia. Ży­ran­do­le skrzy­ły, po­dob­nie kie­lisz­ki z rżnię­tych krysz­ta­łów, sto­ją­ce na dłu­gim stole mię­dzy nie­zli­czo­ny­mi da­nia­mi. Wonie pie­cze­ni, dymu z cygar oraz whi­sky prze­sy­ca­ły po­wie­trze, wgry­za­ły się w kar­mi­no­wy obrus, atła­so­we obi­cia krze­seł i ta­pi­se­rię ścien­ną przed­sta­wia­ją­cą wal­czą­ce po­sta­cie.

Było dusz­no. Na czo­łach bie­siad­ni­ków per­lił się pot. Usta ner­wo­wo drga­ły. Sztuć­ce trzy­ma­ne w upier­ście­nio­nych dło­niach kro­iły mięso, zgrzy­ta­ły po za­sta­wie; a może to zęby ście­ra­ły nie­wy­po­wie­dzia­ne słowa? Ktoś komuś sie­dzą­ce­mu obok nalał z im­bry­ka do fi­li­żan­ki her­ba­ty, roz­le­wa­jąc tro­chę na obrus. Wszy­scy mil­cze­li, lecz prze­strzeń wy­peł­nia­ły dźwię­ki mla­ska­nia, sior­ba­nia, prze­żu­wa­nia. Jakby cof­nę­li się do fazy oral­nej. Chrząk­nię­cia, wes­tchnię­cia, wszyst­kie od­gło­sy ni­czym nuty spla­ta­ły się w oso­bli­wy mu­zycz­ny utwór. Na­pię­cie ma­lo­wa­ło się na twa­rzach, ry­so­wa­ło w na­prę­że­niach ciał ob­le­czo­nych w szy­kow­ne stro­je.

Adam, go­spo­darz, pod­szedł do okna, wyj­rzał na ob­la­ny słoń­cem ogród. Wiązy, krze­wi­ny, cha­bry, grą­że­le na sta­wie – wszyst­ko za­mar­ło. Ruch prze­niósł się do tej prze­klę­tej sali, nad którą w ciem­nym po­ko­ju na dru­gim pię­trze pra­co­wa­ła Maria. A przy­naj­mniej tak są­dzi­li go­ście. Spo­ty­ka­li się tu co rok, żeby za­cie­śniać więzi, każde opo­wia­da­jąc o swym peł­nym przy­gód życiu. Tym razem w po­sia­dło­ści zja­wi­li się z in­ne­go po­wo­du.

Męż­czy­zna z ru­dy­mi locz­ka­mi prze­tarł chust­ką usta i za­brał się za wi­no­gro­n. Ostat­nie pod­rzu­cił, wy­giął ba­wo­li kark do tyłu, i się owo­cem za­dła­wił. Część gości zi­gno­ro­wa­ła to, część spoj­rza­ła z nie­sma­kiem. Męż­czy­zna zła­pał się za gar­dło, wstał, usiadł z po­wro­tem, czer­wo­ny na twa­rzy jak tru­skaw­ka. W pa­ni­ce ro­zej­rzał się, szu­ka­jąc po­mo­cy, ale spo­tkał je­dy­nie chłód, po­dob­ny do chło­du zim­nych nóżek, które chwy­cił dło­nią i we­pchnął do ust, chcąc do końca po­zo­stać sobą – nie­po­ha­mo­wa­nym żar­ło­kiem.

Adam wstrzy­mał od­dech. Prze­tarł chu­s­tecz­ką czoło. Cze­kał na to, co się dalej wy­da­rzy. Go­ście chcie­li po­znać Marię. Do­stą­pić tego za­szczy­tu miały tylko osoby, które na Mil­czą­cej Uczcie wy­trwa­ją w ciszy.

Si­wo­wło­sa dama wsta­ła, prze­że­gna­ła się, prze­wró­ci­ła ru­de­go trupa na pod­ło­gę i we­pchnę­ła ciało pod stół. Mu­sia­ła się tro­chę przy tym na­gim­na­sty­ko­wać, gdyż denat szczy­cił się nad wyraz po­kaź­ną tuszą. Po wszyst­kim, wciąż dy­sząc i blada z wy­sił­ku, ko­bie­ta wró­ci­ła na swoje miej­sce. Adam w po­dzię­ko­wa­niu ski­nął lekko głową.

Zo­sta­ły jesz­cze czte­ry osoby, po­my­ślał, wzdy­cha­jąc. Usiadł mię­dzy szczu­płym wą­sa­czem a przy­szy­wa­ną ciot­ką Yoko. Wą­sacz, Mirko, wo­dził po bie­siad­ni­kach spoj­rze­niem oliw­ko­wych oczu, jedną ręką co chwi­lę po­pra­wia­jąc napo­ma­do­wa­ne włosy, drugą trzy­ma­jąc kie­li­szek wina, które są­czył z czymś na kształt chłod­ne­go ukon­ten­to­wa­nia. Urę­ka­wi­czo­ne dło­nie ciot­ki nie­ustan­nie po­pra­wia­ły coś na stole – mu­sia­ło być ide­al­nie równo. Ruchy miała pre­ten­sjo­nal­ne jak imię – nie była wszak Ja­pon­ką, je­dy­nie fa­scy­no­wa­ła ją ich kul­tu­ra; ki­mo­no, ma­ki­jaż, spię­cie wło­sów – ta dba­łość o szcze­gó­ły za­chwy­ca­ła.

– Ohyda – mruk­nął Mirko. Zre­flek­to­wał się i na­tych­miast za­milkł.

Go­ście utkwi­li w nim spoj­rze­nia. Na mo­ment wszyst­ko za­mar­ło. Ktoś gło­śno prze­łknął.

Po chwi­li znów jedli.

Adam zer­k­nął na okno, bo za­świe­ci­ły się tam ekra­ny.

 

 

***

 

 

Boisz się śmier­ci? Pra­gniesz dłu­gie­go życia? Za­pisz się na kon­sul­ta­cję, na któ­rej do­wiesz się, jak dzia­ła Men­tal­ny Pstry­czek. To spraw­dzo­na, do­pa­so­wa­na do Two­ich po­trzeb, cał­ko­wi­cie bez­piecz­na me­to­da.

PS Jaki jest Twój ulu­bio­ny kolor?

 

Pie­lę­gnuj­my przy­szłość!

 

Sy­nap­tycz­ny Zamek Inc.

 

 

***

 

 

Po­sia­dłość wgry­zła się w wy­so­ką skar­pę. Była strze­li­sta i za­krzy­wio­na, przez co wy­glą­da­ła, jakby chcia­ła chwy­cić niebo i wy­do­stać się z po­nu­re­go lasu. Stare dę­bo­we bele, z któ­rych ją zbu­do­wa­no, wy­dzie­la­ły in­ten­syw­ną woń. Na pię­trze ja­śnie­ją­ce łuną okna przy­po­mi­na­ły tłu­ste świe­tli­ki. Trze­ci po­ziom tonął w mroku. Spa­dzi­sty dach de­ko­ro­wa­ło wiel­kie, pie­czo­ło­wi­cie uwite gniaz­do, w któ­rym przy­cup­nął ol­brzy­mi bo­cian. Ptak roz­ło­żył skrzy­dła, kle­ko­cząc.

Alain Wo­odward wspiął się do posiadłości, splu­nął ty­to­niem, jed­no­cze­śnie zły i za­do­wo­lo­ny, że w końcu od­szu­kał to miej­sce. Po­pra­wił ple­cak tu­ry­stycz­ny i bez pu­ka­nia wszedł do ciem­ne­go po­miesz­cze­nia to­ną­ce­go w pa­pie­ro­so­wym dymie. Drzwi za nim bez­gło­śnie za­mknę­ły się same.

Na środ­ku sa­lo­nu, mię­dzy skó­rza­ny­mi fo­te­la­mi, stał wiel­ki zegar. Gło­śno i czy­sto wy­bi­jał le­ni­wy rytm dnia. Alain prze­szedł przez wiel­ki salon ude­ko­ro­wa­ny mar­twą fauną leśną – ze ścia­ny nad szem­rzą­cym ko­min­kiem spo­glą­da­ły głowy je­le­ni, pod­ło­gę wy­ście­la­ły dy­wa­ny dra­pież­nych kotów, a wra­że­nia dzi­ko­ści do­peł­nia­ły wy­pcha­ne mniej­sze zwie­rząt­ka – i zna­lazł się z dru­giej stro­ny domu, na bal­ko­nie, z wi­do­kiem na opa­da­ją­ce de­li­kat­nie zbo­cze, na końcu któ­re­go rósł ogród.

Mi­cha­el Bees sie­dział na bu­ja­nym fo­te­lu, od­chy­lo­ny, z no­ga­mi skrzy­żo­wa­ny­mi na stole. Śred­niej dłu­go­ści bru­nat­ne włosy po­prze­ty­ka­ne pa­sem­ka­mi si­wi­zny za­cze­sa­ne miał do tyłu i usztyw­nio­ne bry­lan­ty­ną. W mę­skich, za­dba­nych dło­niach trzy­mał cy­no­we puz­der­ko.

– Dawno się nie wi­dzie­li­śmy – po­wie­dział ła­god­nym gło­sem.

Alain wi­dział Mi­cha­ela od tyłu, pod lek­kim sko­sem, toteż nie mógł od­gad­nąć na­stro­ju męż­czy­zny. Choć głos su­ge­ro­wał roz­cza­ro­wa­nie. Że tak późno tu do­tar­łem? Czy że za pręd­ko? Oparł się o ścia­nę.

– Z wie­kiem po­trze­ba kon­tak­tu z ludź­mi ma­le­je – od­parł sar­ka­stycz­nie, dając Mi­cha­elo­wi czas do na­my­słu.

Prze­strzeń prze­ciął me­lo­dyj­ny ptasi śpiew. Bees za­nu­cił coś pod nosem.

– Wcię­ło cię na długo, przy­ja­cie­lu – po­wie­dział.

Alain wes­tchnął, po­zwo­lił sobie na gry­mas, ko­rzy­sta­jąc z oka­zji, że Mi­cha­el go nie widzi. Nie wie­dział, co musi zro­bić, żeby wkraść się w łaski męż­czy­zny. Za to do­sko­na­le zda­wał sobie spra­wę, że nikt za nikim tu nie tę­sk­nił. Nie od­po­wie­dział. Spoj­rzał na cią­gną­cy się po ho­ry­zont ogród. Czy­sty, jasny, kon­tra­stu­ją­cy z po­nu­rym sta­ro­drze­wem.

– Co ro­bi­łeś przez ostat­nie lata?

Alain po­dra­pał się po szcze­ci­nie. Spoj­rzał na swoje brud­ne pa­znok­cie, któ­rych od pew­ne­go czasu nie mógł do­czy­ścić. Co mia­łem robić poza tu­łacz­ką w bez­kre­snym lesie?

– Wiesz, po co przy­sze­dłem. Chcę zo­ba­czyć Marię.

Ele­ganc­kie buty na stole nie­znacz­nie się po­ru­szy­ły. Mi­cha­el do­tknął dło­nią twa­rzy, jakby spraw­dzał, czy nie po­ja­wi­ło się na niej coś nie­po­żą­da­ne­go.

– Chyba chcia­łeś po­wie­dzieć, że chcesz ją po­znać. Zo­ba­czyć su­ge­ru­je, że już się zna­cie. Albo, czego wo­lał­bym nie za­kła­dać, że trak­tu­jesz ją przed­mio­to­wo.

– Maria…

– Ma bar­dzo dużo pracy i jest zmę­czo­na – uciął Mi­cha­el. – Mu­sisz być cier­pli­wy. Nie ty jeden chciał­byś do­stą­pić tego za­szczy­tu.

Zdjął nogi ze stołu, usiadł w po­zy­cji do­roż­ka­rza. W dło­niach ob­ra­cał cy­no­we puz­derko. Za­sta­na­wiał się. Wiatr zmie­nił kie­ru­nek i Alain wy­czuł w po­wie­trzu za­pach jego per­fum – piżma, wa­ni­lii, drew­na brzo­zo­we­go, ja­śmi­nu. Znów do­świad­czył w je­li­tach nie­przy­jem­ne­go prze­le­wa­nia tre­ści po­kar­mo­wej.

– Do­brze wiesz, że lubię, kiedy wszyst­ko cho­dzi pre­cy­zyj­nie jak w ze­gar­ku – rzekł spo­koj­nie Bees. – Do po­sia­dło­ści lu­dzie przy­cho­dzą prze­waż­nie na zjazd ro­dzin­ny. Dziś jed­nak są tu dla Marii.

Tak, wiem, co lu­bisz, po­my­ślał z prze­ką­sem Alain. Świat od li­nij­ki, po­ukła­da­ny ni­czym domek dla lalek. Al­bo-al­bo, nic po­mię­dzy, z wy­jąt­kiem tego sa­lo­nu, sta­no­wią­ce­go gra­ni­cę mię­dzy ze­pchnię­tym a ujaw­nio­nym. Uśmiech­nął się krzy­wo i rzu­cił na stół pa­czusz­kę z ze­bra­ny­mi grzy­ba­mi.

– Za­kła­dam, że ci się skoń­czy­ły.

Mi­cha­el po­dzię­ko­wał. Kiedy wsta­wał, scho­waw­szy cy­no­we puz­der­ko do kie­sze­ni, jego skó­rza­na kurt­ka na­pię­ła się na sze­ro­kich bar­kach i za­skrzy­pia­ła. Nie­spiesz­nie pod­szedł do ba­rier­ki bal­ko­nu, za­ci­snął na niej dło­nie.

– Chcę, żebyś był ze mną szcze­ry. Po­wiedz, dla­cze­go chcesz ją po­znać?

Wo­odward ostroż­nie zbli­żył się do ba­lu­stra­dy. Spoj­rzał w dół. Ze zbo­cza wy­sta­wa­ły ko­rze­nie. Za­sta­no­wił się, czy uda­ło­by mu się dzię­ki nim zejść do ogro­du. Gdzieś tam dalej mógł­by zbu­do­wać dom i osiąść w nim na sta­rość. Gdyby Adam po­zwo­lił…

– Je­stem cie­ka­wy – skła­mał.

– Wiesz, że nie wszyst­kim daję szan­sę.

– Naj­pierw trze­ba cię zmięk­czyć.

– W rze­czy samej. A grzyb­ki to miły pre­zent, lecz nie­wy­star­cza­ją­cy.

– Zro­bić ci masaż?

– Spędź ze mną tro­chę czasu. Muszę cię le­piej po­znać.

Mi­cha­el od­wró­cił się nagle i ru­szył do sa­lo­nu.

– Zrzuć ten cho­ler­ny ple­cak. Zro­słeś się z nim?

Wszedł do sa­lo­nu, Alain po­dą­żył za nim, czu­jąc nagłe znu­że­nie po la­tach tu­łacz­ki. Za­sta­na­wiał się, co po­wie­dzieć, a czego nie mówić Be­eso­wi. Po­sta­wił na tro­chę wa­ze­li­ny, ta­kiej, którą Mi­cha­el przyj­mie bez mru­gnię­cia okiem.

– Po­sia­dłość to świet­ne miej­sce dla za­gu­bio­nych dusz.

Mi­cha­el zajął się czymś w kuch­ni. Wziął z okna ząbek czosn­ku, imbir i ja­kieś ziel­sko, które wło­żył do moź­dzie­rza. Zgniótł pro­duk­ty, wy­mie­szał, ły­żecz­ką prze­niósł na spode­czek. Ruchy miał pewne, me­to­dycz­ne.

– Cie­szę się, że się w tym zga­dza­my – mruk­nął. Spoj­rzał w stro­nę scho­dów, potem na Ala­ina. Zie­lo­ne, kocie oczy ro­bi­ły wra­że­nie szla­chet­nych. – Wiesz, że ze wszyst­kich gości cie­bie wy­wia­ło naj­da­lej?

Alain zrzu­cił z ra­mion ple­cak i usiadł na ka­na­pie. Po­mi­mo znu­że­nia miał wra­że­nie, że coraz ła­twiej mu ze­brać myśli. Zegar, wy­bi­ja­jąc le­ni­wy rytm, zda­wał się po­rząd­ko­wać je ni­czym skry­ba prze­pi­su­ją­cy za­ku­rzo­ne księ­gi. Stary, z po­stę­pu­ją­cą zaćmą, lecz wciąż wy­star­cza­ją­co spraw­ny.

– Nie chcia­łem tego – po­wie­dział.

– Och, oczy­wi­ście, że nie. Lecz po­wrót to już twoja de­cy­zja. Upar­ty je­steś.

Tak samo jak ty byłeś bez­względ­ny, po­my­ślał Alain. A teraz py­tasz się, czy wiem, że z pre­me­dy­ta­cją po­rzu­ci­łeś mnie w naj­głęb­szych cze­lu­ściach lasu.

– Mi­nę­ło wiele czasu – kon­ty­nu­ował Mi­cha­el, krzą­ta­jąc się po kuch­ni. – Bar­dzo długo byłeś sam. Na pewno się zmie­ni­łeś. Chciał­bym, żebyś mi o tym opo­wie­dział.

Alain prze­łknął ślinę. Wie­dział, że ma nie­wie­le czasu, aby prze­ko­nać do sie­bie Mi­cha­ela. Jeśli nie zdąży, uczta do­bie­gnie końca i nawet jeśli Bees wresz­cie go wpu­ści na górę, nie spo­tka tam już syna. Myśl o Ada­mie spra­wi­ła, że po­czuł gwał­tow­nie wzbie­ra­ją­ce łzy. Po­łknął je i do­pie­ro teraz zro­zu­miał, jak bar­dzo jest głod­ny.

Bees pod­szedł z tacą, z któ­rej uno­si­ła się para.

– Po­da­no do stołu.

Śli­ma­ki w maśle czosn­ko­wo-pie­trusz­ko­wym wy­glą­da­ły wy­śmie­ni­cie.

 

 

***

 

 

Dzię­ku­je­my za za­in­te­re­so­wa­nie Men­tal­nym Pstrycz­kiem. Cie­szy nas każdy otwar­ty umysł. Dzię­ki Tobie dla kogoś wszyst­ko bę­dzie moż­li­we!

Twój umysł sta­nie się nowym domem dla po­trze­bu­ją­ce­go czło­wie­ka. Brzmi jak powód do dumy. Po­nad­to dwa i pół pro­cent zysku z ope­ra­cji wpły­nie na Twoje konto.

PS Zie­lo­ny to kolor sym­bo­li­zu­ją­cy spo­kój, na­dzie­ję oraz od­no­wę. Dobry wybór!

 

Za­dba­my o Twoją cią­głość!

 

Sy­nap­tycz­ny Zamek Inc.

 

 

***

 

 

Na salę wje­cha­ły wózki z od­kry­ty­mi ta­ca­mi peł­ny­mi mor­skich fry­ka­sów. Kal­ma­ry, kre­wet­ki, ostry­gi, mule, algi – za­pa­chy splo­tły się w aro­ma­tycz­ny war­kocz; ten praw­dzi­wy, ru­do­zło­tych wło­sów, la­wi­ro­wał mię­dzy ta­le­rza­mi, jakby młoda dziew­czy­na świa­do­mie i spraw­nie prze­chy­la­ła głowę tak, aby nie ubru­dzić lśnią­cych koń­có­wek.

Mirko gła­dził wąsa i spo­glą­dał na nią głod­nym wzro­kiem. Ta­lerz z sar­ni­ną od­su­nął z nie­sma­kiem. Na­brał bo­wiem zgoła in­ne­go ape­ty­tu, który spra­wił dwie rze­czy – po­ma­lo­wał po­licz­ki pąsem i pu­ścił w ner­wo­wy ruch nogę pod sto­łem.

Yoko wró­ci­ła do stołu z lan­gu­stą na ta­le­rzu, którą roz­par­ce­lo­wa­ła szczyp­ca­mi, wi­del­czy­kiem i dło­nią. Wy­da­wa­ła od­gło­sy ku­li­nar­ne­go ukon­ten­to­wa­nia, ob­li­zu­jąc po kolei palce, niby gra­jąc na oso­bli­wym in­stru­men­cie.

Za oknem nie­bo­skłon spu­ścił ko­ta­rę, za­padł zmierzch. W ogro­dach roz­bły­sły świa­tła, wy­do­by­wa­jąc z mroku ścież­ki pro­wa­dzą­ce mię­dzy buj­nym kwie­ciem. Adam od­wró­cił od tego wi­do­ku spoj­rze­nie i znów sku­pił uwagę na sali i go­ściach. Dla­cze­go zgo­dził się ich tu za­pro­sić? Dla­cze­go uży­czył im swej prze­strze­ni? Był coraz moc­niej tym wszyst­kim zmę­czo­ny. Kiedy wresz­cie pójdą sobie precz? No i, do dia­bła, gdzie po­dzia­ła się Maria?

Ru­do­zło­ta dziew­czy­na za­śmia­ła się per­li­ście, zwra­ca­jąc na sie­bie uwagę nie­jed­nej osoby. Ru­chem peł­nym gra­cji wy­su­nę­ła drob­ne stóp­ki z mod­nych ko­turnów. We­szła na krze­sło – za­chy­bo­ta­ło się – a z niego na stół, roz­kła­da­jąc ra­mio­na, żeby zła­pać rów­no­wa­gę. Wy­gła­dzi­ła czer­wo­ną suk­nię i ru­szy­ła mię­dzy da­nia­mi, wśród obu­rzo­nych wes­tchnięć i dźwię­ków bę­dą­cych wy­ra­zem nie­za­do­wo­le­nia lub za­sko­cze­nia.

Mirko drżą­cą dło­nią wyjął z kie­sze­ni lu­ster­ko. Nie­cier­pli­wy­mi ru­cha­mi pró­bo­wał usta­wić je tak, by wy­ła­pa­ło z prze­strze­ni se­kret dziew­czy­ny.

Yoko prze­że­gna­ła się i trą­ci­ła pal­cem fascynator, z którego opadła czar­na wo­al­ka. Nie chcia­ła pa­trzeć na ob­sce­nę, o czym do­bit­nie świad­czy­ły wy­gię­te w pod­ko­wę usta.

Si­wo­wło­sa dama, która kilka go­dzin temu we­pchnę­ła pod stół de­na­ta, po­sta­no­wi­ła za­re­ago­wać. Wsta­ła i za­czę­ła ob­cho­dzić stół tak, żeby móc po­chwy­cić ru­do­zło­tą dziew­czy­nę. Ta cho­dzi­ła mię­dzy da­nia­mi i trun­ka­mi, co chwi­lę się po­chy­la­jąc, ku­ca­jąc, jakby zgu­bi­ła coś cen­ne­go w tra­wie.

Adam zer­kał w stro­nę scho­dów, mając na­dzie­ję, że zo­ba­czy scho­dzą­cą z dru­gie­go pię­tra Marię. Z pew­no­ścią w mig ogar­nę­ła­by ten cyrk. Teo­re­tycz­nie mógł­by ją we­zwać. Pro­blem w tym, że Maria od pew­ne­go czasu nie za­wsze była do­stęp­na na mru­gnię­cie oka. Coś się zmie­ni­ło.

Chwy­cił butlę wina i po­cią­gnął tęgi łyk. Po co uży­czy­łem im swej głowy? I to tylu oso­bom? Istne sza­leń­stwo. Ow­szem, po­trze­bo­wał pie­nię­dzy, lecz zro­bił się zbyt za­chłan­ny. Dzie­się­cio­ro zna­jo­mych ojca, pra­gną­cych oszu­kać śmierć, za­miesz­ka­ło w oko­li­cy. A teraz jesz­cze ten zjazd ro­dzin­ny, na któ­rym wszy­scy ci idio­ci grali w jego grę z mi­tycz­ną Marią w roli głów­nej.

Gdy poczuł na twarzy muśnięcie czerwonej sukni, przy­po­mniał sobie imię ru­do­wło­sej dziew­czy­ny. Le­ty­cja po­ru­sza­ła się na stole ni­czym kot. Nic nie prze­wró­ci­ła, ni­cze­go nie trą­ci­ła. Co naj­wy­żej mu­snę­ła coś rąb­kiem sukni, po­chy­la­jąc się nad ko­lej­nym trun­kiem, który wpadł jej w oko. Adam mu­siał przy­znać, że jest zja­wi­sko­wa. Pod­nio­sła butlę nie­bie­skie­go li­kie­ru, wzię­ła nie­win­ny ły­czek, od­sta­wi­ła na­czy­nie i ru­szy­ła dalej. Tuż nad bosą stopą, na ko­st­ce, lśni­ła złota bran­so­let­ka.

Si­wo­wło­sej damie udało się wresz­cie po­chwy­cić Le­ty­cję. Dziew­czy­na cudem zła­pa­ła rów­no­wa­gę. Zmarsz­czy­ła brwi, sta­jąc w roz­kro­ku, na co skwa­pli­wie cze­kał Mirko; usta­wił lu­ster­ko, spoj­rzał w nie, a potem wy­da­rzy­ło się kilka rze­czy jed­no­cze­śnie. Si­wo­wło­sa wpa­dła łok­cia­mi w du­szo­ne grzy­by. Szok na jej po­cią­głym ob­li­czu ustę­po­wał je­dy­nie minie Mirka, który wresz­cie uchwy­cił w szkieł­ku to, na co tak za­cie­kle po­lo­wał. Le­ty­cja jęk­nę­ła i z kocią gra­cją prze­bie­gła przez stół, ze­sko­czy­ła na pod­ło­gę, by po­biec do ła­zien­ki. Mirko z czer­wo­ne­go na ob­li­czu zro­bił się blady i za­marł w bez­ru­chu, wpa­trzo­ny w lu­ster­ko, jakby wciąż coś tam wi­dział.

Adam po­czuł pod nosem wil­goć. Prze­tarł chu­s­tecz­ką krew, z każdą mi­nu­tą coraz bar­dziej zmę­czo­ny uro­czy­sto­ścią. Nie utrzy­mam ich tylu. To dla mnie zbyt wiele.

Uchy­lo­nym oknem wpa­da­ło ró­ża­ne po­wie­trze. Ży­ran­dol le­ciut­ko się bujał, skrząc krysz­ta­łem. Świe­ce na stole zda­wa­ły się coś szep­tać. Go­ście ba­wi­li się dalej bez słów.

 

 

***

 

 

Przez pe­wien czas po ope­ra­cji, zazwyczaj mie­sią­c, bę­dziesz mu­siał zo­stać w pla­ców­ce. To ru­ty­no­wa pro­ce­du­ra. Dbamy o Twoje zdro­wie. Póź­niej, przez cały okres, czyli prze­waż­nie do końca Two­je­go obec­ne­go życia (wie­rzy­my, że kie­dyś sam po­zwo­lisz nam się pstryk­nąć), masz za­gwa­ran­to­wa­ny dar­mo­wy ser­wis. All in­c­lu­si­ve!

Nie­dłu­go neu­ro­złą­czem prze­śle­my umowę.

PS Jaki jest Twój ulu­bio­ny za­pach?

 

Nie kończ się!

 

Sy­nap­tycz­ny Zamek Inc.

 

 

***

 

 

Wy­da­wa­ło mu się, że z tej per­spek­ty­wy, sie­dząc na we­ran­dzie z kub­kiem kawy, widzi las po raz pierw­szy w życiu – gęsty i ciem­ny niby spo­wi­ty czar­nym dymem, cią­gną­cy się aż po mgli­sty ho­ry­zont.

Wcze­śniej Mi­cha­el uciął sobie drzem­kę na ka­na­pie w sa­lo­nie. Alain wy­ko­rzy­stał wtedy oka­zję i po­szedł na pię­tro. Scho­dy skrzy­pia­ły i kilka razy od­wra­cał się, pewny, że Bees się obu­dził. Na szczę­ście spał jak za­bi­ty. Drzwi, dę­bo­we, cięż­kie, oka­za­ły się za­mknię­te na po­dwój­ny zamek. Z mocno bi­ją­cym ser­cem zszedł z po­wro­tem na dół i za­czął roz­glą­dać się za klu­czem. Prze­szu­kał szu­fla­dy i szafy, za­ka­mar­ki i wszel­kie nie­oczy­wi­ste miej­sca, takie jak cu­kier­nicz­ka z sym­bo­lem nie­skoń­czo­no­ści. Nie­ste­ty trud był da­rem­ny. Póź­niej, nie mogąc za­snąć, wy­szedł na ze­wnątrz, cią­gnię­ty nie­zro­zu­mia­łą no­stal­gią.

Teraz prze­chy­lił kubek i długo trzy­mał aro­ma­tycz­ny napar w ustach. Zro­bi­ło się ciem­no, z góry z okien spły­nę­ła licha łuna. Go­ście ba­wi­li się, jed­no­cze­śnie wal­cząc o przy­wi­lej po­zna­nia Marii. Alain oszu­kał Mi­cha­ela, że jemu rów­nież za­le­ży na spo­tka­niu z ta­jem­ni­czą ko­bie­tą. W isto­cie pra­gnął zo­ba­czyć Adama, który obie­cał mu kie­dyś po­jed­naw­cze spo­tka­nie. Wo­odward nie ro­zu­miał, co syn miał na myśli. Męż­czy­zna wąt­pił, czy za­słu­gu­je na kon­takt z wła­snym dziec­kiem, więc o żad­nym miłym ge­ście nawet nie ma­rzył, tym bar­dziej o spo­tka­niu.

Las ze­spo­lił się z nocą, choć i tak wy­da­wał się mrocz­niej­szy niż niebo. To tam Alain spę­dził ostat­nie czte­ry lata. Naj­pierw za­pro­szo­ny do świa­ta syna, potem wy­gna­ny poza gra­ni­ce świa­do­mo­ści. W pew­nym sen­sie żyło mu się w lesie lżej. Miał pro­blem z ze­bra­niem myśli, rów­nież tych zwią­za­nych z Ada­mem. Tu na­to­miast wszyst­ko wró­ci­ło ze zdwo­jo­ną siłą. Żal i roz­cza­ro­wa­nie roz­la­ły się za most­kiem i w brzu­chu, za­sty­gły tam ni­czym ce­ment. Nie­wzru­szo­ne, jak nie­wzru­szo­ny był Alain, kiedy re­la­cję z synem mógł jesz­cze ura­to­wać, zanim ta za­krzep­nie niby posąg bólu.

Na górze roz­legł się hałas. Coś ude­rzy­ło w okno.

– Pięk­na noc – ciszę prze­ciął ak­sa­mit­ny głos.

Mi­cha­el opie­rał się o fu­try­nę. Wy­glą­dał na po­bu­dzo­ne­go i czuj­ne­go, jakby wcale nie zro­bił sobie drzem­ki.

– Kto jest na górze? – za­py­tał Alain.

– Prze­cież wiesz.

– Nie wszyst­ko pa­mię­tam.

– Ro­dzin­ka.

Alain spoj­rzał py­ta­ją­co.

– Twoi przy­ja­cie­le – wy­ja­śnił Mi­cha­el.

– Adam dał nowe życie wszyst­kim?

– Nie­mal­że. To szla­chet­ny gest.

Ala­inem wstrzą­snął dreszcz. Spló­tł­szy ra­mio­na, prze­cią­gle wes­tchnął i rzekł:

– Nie wy­da­je mi się, żeby to było bez­piecz­ne. Więk­szość po­mieści w sobie jedną, góra dwie osoby. Od po­cząt­ku nie po­do­bał mi się ten po­mysł.

– Szko­da, że wcze­śniej nic cię nie in­te­re­so­wa­ło.

– Czy to nie grozi ja­kimś za­ła­ma­niem?

Mi­cha­el za­pa­lił pa­pie­ro­sa, zmru­żył oczy i za­wie­sił spoj­rze­nie na Wo­odwar­dzie.

– Nie chcia­łeś po­znać Marii? – za­py­tał ba­daw­czo, ale Alain kon­ty­nu­ował swój temat:

– Dla­cze­go Adam zgo­dził się na takie ry­zy­ko? Cho­dzi o pie­nią­dze? Mógł­bym dać mu tyle, ile by za­żą­dał.

– Za­kła­dam, że wtedy po­trze­bo­wał od cie­bie cze­goś in­ne­go. A teraz je­ste­ście tutaj…

Na dachu za­kle­ko­tał bo­cian. Mrocz­ne myśli za­snu­ły umysł Ala­ina. Chciał­by nad­ro­bić stra­co­ne chwi­le. Przy­tu­lić syna. Teraz, gdy zna­lazł się w jego gło­wie, pa­ra­dok­sal­nie nigdy nie czuł się tak da­le­ko. Cza­sa­mi pa­trzy­my w oczy ko­cha­nej osoby i zda­je­my sobie spra­wę, że nic nie ro­zu­mie­my.

Ale przy­naj­mniej wy­do­stał się z nie­świa­do­mo­ści.

Spoj­rzał na ciem­ny jak stud­nia las i na­tych­miast wró­cił do po­sia­dło­ści.

Lunął deszcz.

 

 

***

 

 

Po­pro­si­łeś o do­kład­ne wy­ja­śnie­nie tego, jak dzia­ła Men­tal­ny Pstry­czek, spie­szy­my więc z wy­ja­śnie­nia­mi!

Nie, nie two­rzy­my rów­no­le­głych neu­ro­nów dla dru­giej osoby. To by­ło­by zbyt ob­cią­ża­ją­ce dla Go­spo­da­rza. Po­nad­to zwięk­sza­ło­by ry­zy­ko gle­ja­ka.

Jak zatem ro­bi­my to w Sy­nap­tycz­nym Zamku? Ska­nu­je­my ak­tyw­ność umy­słu umie­ra­ją­cej osoby. Na pod­sta­wie tego pla­nu­je­my w Twoim mózgu prze­strzeń po­trzeb­ną do prze­nie­sie­nia. Roz­sze­rza­my dzia­ła­nie sy­naps Go­spo­da­rza, róż­ni­cu­jąc neu­ro­prze­kaź­ni­ki i do­da­jąc kilka no­wych. Im­pul­sy elek­trycz­ne są oczy­wi­ście za­wsze takie same, a neu­ro­prze­kaź­ni­ki two­rzą kon­tekst. Można po­my­śleć, że zrobi się tłocz­no, ale mózg ma zdu­mie­wa­ją­cą prze­pu­sto­wość!

Nie chce­my Cię, Ada­mie, za­nu­dzić, dla­te­go szcze­gó­ło­we wy­ja­śnie­nia prze­sy­ła­my w za­łącz­ni­ku.

PS La­wen­do­wy to pięk­ny za­pach. Ar­ty­stycz­ny!

 

Roz­sze­rza­my to, kim je­steś!

 

Sy­nap­tycz­ny Zamek Inc.

 

 

***

 

 

Uczta trwa­ła w naj­lep­sze. Salę wy­peł­nia­ły śmie­chy, chrząk­nię­cia, sior­ba­nie. Si­wo­wło­sa dama mla­ska­ła ję­zy­kiem. Po­sia­dłość skrzy­pia­ła, jakby nie mogła do końca osiąść w ziemi. Za okna­mi świsz­czał wiatr. Kiedy zegar wybił pół­noc, bie­siad­ni­cy wstrzy­ma­li od­de­chy i spoj­rze­li w kie­run­ku scho­dów, ży­wiąc na­dzie­ję, że ukaże się tam Maria. Nic się nie wy­da­rzy­ło, zatem wró­ci­li do uprzy­jem­nia­nia sobie ocze­ki­wa­nia.

Mirko stę­żał w prze­chy­lo­nej po­zy­cji, z lu­ster­kiem w dło­niach. Ktoś za­mknął mu oczy, żeby upior­nym spoj­rze­niem nie psuł na­stro­ju. Si­wo­wło­sa dama do­dat­ko­wo zro­bi­ła mu ma­ki­jaż, aby wy­glą­dał je­dy­nie na śpią­ce­go. Go­ście zwol­ni­li z pi­ciem al­ko­ho­lu. Yoko przygotowała wszyst­kim kawę. Po­da­wa­ła napar z na­masz­cze­niem i sza­cun­kiem, jakby była gej­szą.

Adam za­sta­na­wiał się, czy to moż­li­we, żeby po­zna­li Marię. W ja­kiej po­sta­ci im się ob­ja­wi? Ko­bie­ty? Zwie­rzę­cia? Od­bi­cia świa­tła w kie­lisz­ku? Wie­dzie­li, że Maria strze­że tego świa­ta. Jest opro­gra­mo­wa­niem, dzię­ki któ­re­mu mogli za­miesz­kać w gło­wie Adama. Bez niej nic nie by­ło­by moż­li­we. Chcie­li ją po­znać z róż­nych po­bu­dek, ale jedną z nich sta­no­wi­ła po­trze­ba więk­sze­go wpły­wu na wła­sny los. W końcu kto nie chciał­by le­piej zro­zu­mieć Boga i wkraść się w jego łaski?

Adam usiadł na bu­ja­nym fo­te­lu w kącie sali. Mu­siał co rusz wy­cie­rać krew są­czą­cą się z nosa. Ile jesz­cze wy­trzy­ma? Uśmiech­nął się, prze­rzu­ca­jąc myśli na ojca. Dotąd wy­pie­rał go ze świa­do­mo­ści. Wolał, żeby Alain nie ist­niał. Teraz chciał, aby do­szło do tego spo­tka­nia. Kie­dyś mu je wręcz obie­cał. Pewne te­ma­ty nie mogą po­zo­stać otwar­te. Wy­ma­ga­ją do­mknię­cia, choć­by sym­bo­licz­ne­go.

Z ła­zien­ki, w któ­rej spę­dzi­ła bli­sko go­dzi­nę, wy­szła Le­ty­cja. Prze­cze­sa­ła salę by­strym spoj­rze­niem, wy­łu­ska­ła z prze­strze­ni Adama i żwawo ru­szy­ła w jego stro­nę. Za­trzy­ma­ła się tuż przed nim, ze wście­kłą miną. Roz­wi­nę­ła rolkę pa­pie­ru to­a­le­to­we­go. Szmin­ką na­pi­sa­ła na niej „Ile jesz­cze mamy mil­czeć? Dla­cze­go nie mo­że­my mówić?”.

Adam uśmiech­nął się blado. Nie mógł po­wie­dzieć, że oszczę­dzał ośro­dek mowy w mózgu, z któ­rym ostat­nio, w związ­ku z nie­do­krwien­nym uda­rem, było go­rzej. Wpa­dli­by w pa­ni­kę. Roz­ło­żył ra­mio­na w ge­ście bez­rad­no­ści, pod­trzy­mu­jąc wcze­śniej­sze słowa, ja­ko­by taką re­gu­łę wy­my­śli­ła Maria.

Le­ty­cja zmię­ła pa­pier w kulkę i rzu­ci­ła mu nią w twarz.

Adam przy­ło­żył chu­s­tecz­kę do nosa.

W tym cza­sie Yoko, nio­sąc ko­lej­ną fi­li­żan­kę kawy, za­to­czy­ła się i ude­rzy­ła głową w okno. Go­ście spoj­rze­li na nią w dra­pież­nym ocze­ki­wa­niu. Yoko, za­la­na ru­mień­cem tak sil­nym, że prze­bi­jał nawet przez białą maskę ma­ki­ja­żu, ukło­ni­ła się, po­pra­wi­ła ki­mo­no i zabrała się za sprzą­ta­nie roz­la­nej kawy.

Po­tłu­czo­ną fi­li­żan­kę zbie­ra­ła drżą­cy­mi dłoń­mi.

 

 

***

 

 

Do­tych­czas w hi­sto­rii pro­jek­tu go­spo­darz po­mie­ścił mak­sy­mal­nie trzy osoby. Ty chcesz, Ada­mie, wię­cej. Sza­nu­je­my to! Od­no­śnie py­ta­nia, czy to bez­piecz­ne – ab­so­lut­nie tak. Pro­wa­dzi­li­śmy sze­ro­ko za­kro­jo­ne ba­da­nia i nie wi­dzi­my prze­ciw­wska­zań. Moż­li­we nawet, że w przy­szło­ści jeden go­spo­darz bę­dzie mógł sta­no­wić dom dla setek ist­nień. No, ale zejdź­my na zie­mię i zaj­mij­my się Twoim przy­pad­kiem.

PS Z an­kie­ty wy­ni­ka, że uwiel­biasz ptaki. My też ko­cha­my zwie­rzę­ta, dla­te­go je­ste­śmy cie­ka­wi, czy masz swój ulu­bio­ny ga­tu­nek.

 

Twój umysł – wspól­na prze­strzeń!

 

Sy­nap­tycz­ny Zamek Inc.

 

 

***

 

 

Deszcz bęb­nił w szyby jak zner­wi­co­wa­ny pa­cjent szpi­ta­la psy­chia­trycz­ne­go. Ulewa trwa­ła nie­prze­rwa­nie, ani na chwi­lę nie słab­nąc. Mar­twe zwie­rzę­ta w sa­lo­nie zda­wa­ły się bacz­nie ob­ser­wo­wać Ala­ina, który w na­pię­ciu krą­żył od okna do sto­ją­ce­go pod ścia­ną ze­ga­ra. Mi­cha­el in­ten­syw­nie palił cy­ga­ro, zro­bi­ło się dusz­no, dym spo­wił prze­strzeń gry­zą­cym ca­łu­nem.

– Wi­dzia­łem tego wiel­kie­go bo­cia­na na dachu – po­wie­dział Alain. – Nie my­śle­li­ście, żeby go prze­pło­szyć?

Mi­cha­el za­śmiał się.

– Wiem, wy­glą­da groź­nie. Ale to dla Adama ważny sym­bol.

Alain za­trzy­mał się, uniósł brwi.

– Płod­no­ści – wy­ja­śnił Bees. – W końcu któż po­mie­ścił­by tyle oso­bi­sto­ści, co Adam?

Czas pły­nął dalej. Wo­odward za­nu­rzył się w bo­le­snych wspo­mnie­niach. Pa­mię­tał, jak wra­cał póź­nym wie­czo­rem do domu, w któ­rym sze­ścio­let­ni Adaś cze­kał na niego, żeby móc opo­wie­dzieć o przy­go­dach w szko­le. Pierw­szej laur­ce na­ma­lo­wa­nej dla ro­dzi­ców. Za­ba­wie w cho­wa­ne­go pod­czas lek­cyj­nej prze­rwy. Prze­gra­nej bójce z ko­le­gą, więc po­trze­bo­wał taty, żeby po­mi­mo wsty­du, za­miast po­ły­kać łzy, dać im po­pły­nąć i za­ak­cep­to­wać trud­ne do­świad­cze­nie. Cza­sa­mi chło­piec wy­po­wia­dał kilka słów i za­sy­piał. Czę­ściej jed­nak nie do­cze­ki­wał po­wro­tu ojca, za­ję­te­go pracą lub spo­tka­nia­mi z przy­ja­ciół­mi. Go­ście za­wsze byli waż­niej­si.

Wo­odward tę­sk­nił za synem. Wspo­mnie­nia te trą­ca­ły w nim bo­le­sne stru­ny. Były rów­nież takie, które je szar­pa­ły – doj­rze­wa­ją­cy Adaś mie­rzył się z nie­za­słu­żo­ną kry­ty­ką, a póź­niej, gdy po wy­pro­wadz­ce z ro­dzin­ne­go domu nie ra­dził sobie w życiu, Alain do ba­ga­żu cier­pień syna do­rzu­cił swój chłód emo­cjo­nal­ny, ten bo­le­sny dy­stans, ro­sną­cy jak po­ciąg od­jeż­dża­ją­cy do cie­płych dni. I znie­czu­li­cę, kiedy syn zna­lazł się w kry­zy­sie bez­dom­no­ści.

Mi­cha­el nagle po­de­rwał się z sofy, od­chrząk­nął i wyjął z kie­sze­ni puz­der­ko. Otwo­rzył je, by wy­cią­gnąć zeń zdob­ny klucz.

– Otwie­ra drzwi do pię­tra – po­wie­dział Bees. – Sądzę, że naj­wyż­szy czas, abyś po­znał Marię.

– Czym sobie za­słu­ży­łem?

– Do­tar­łeś tu i po­cze­ka­łeś. Mu­sia­ła na­dejść od­po­wied­nia pora.

Po la­tach tu­łacz­ki w lesie, Alain teraz po­czuł się nie­re­al­nie, po­nie­waż tak łatwo po­szło z Mi­cha­elem, któ­re­go prze­ko­na­nie dotąd ja­wi­ło mu się jako naj­trud­niej­szy eg­za­min.

Bez słowa wziął klucz i cięż­kim kro­kiem ru­szył na górę. Nie wie­dział, czego się spo­dzie­wać.

 

 

***

 

 

Py­ta­łeś, co w sy­tu­acji, jeśli bę­dziesz chciał się wy­co­fać. Cóż, nie­ste­ty nie ma drogi po­wro­tu z raz ob­ra­nej ścież­ki. Ale za­pew­niam cię, że nie bę­dziesz chciał tego robić. Zanim za­cznie­my, za­po­znasz się z pro­fi­la­mi gości. W końcu nie wszyst­kim otwie­ra się drzwi i nie wszyst­kich za­pra­sza do środ­ka.

Dzię­ki stwo­rzo­ne­mu przez nas mo­sto­wi będą moż­li­we spo­tka­nia z go­ść­mi w tak zwa­nej neu­ro­nal­nej prze­strze­ni. Uła­twi to asy­mi­la­cję. Jak czę­sto? Co rok su­biek­tyw­ne­go czasu neu­ro­nal­nej prze­strze­ni.

PS Bo­cian to świet­ny wybór!

 

Po­dziel się sobą!

 

Sy­nap­tycz­ny Zamek Inc.

 

 

***

 

 

Krew nie prze­sta­wa­ła się są­czyć. Adam przy­ło­żył chu­s­tecz­kę do nosa i pod­cho­dził do krew­nych, sta­ra­jąc się ich uspo­ko­ić. Spoj­rze­niem, nie­pew­nym uśmie­chem, do­ty­kiem dłoni. Wie­dział, że po­wo­li nad­cho­dzi ko­niec uczty. Czuł słab­ną­cą wolę Mi­cha­ela, który nie­dłu­go wpu­ści na górę Ala­ina.

W tej chwi­li miał inne zmar­twie­nie. Stała przed nim si­wo­wło­sa ko­bie­ta. Otwie­ra­ła usta, pró­bu­jąc coś po­wie­dzieć, ale słowa uwię­zły dużo głę­biej niż w gar­dle. Nie mogła wy­ar­ty­ku­ło­wać swej pre­ten­sji. I wtedy coś w nim pękło. Cho­ciaż zda­wał sobie spra­wę, że to nie­praw­da, nie po­tra­fił dłu­żej tłu­mić tkwią­ce­go w głębi duszy prze­ko­na­nia, iż to nie są praw­dzi­we osoby, tylko cho­ler­ne kopie. Ory­gi­na­ły dawno temu umar­ły. Ro­zej­rzał się po sali, wście­kły, że przez wła­sną głu­po­tę wpa­ko­wał się w ten am­ba­ras.

Roz­ma­zaw­szy dło­nią ma­ki­jaż i łzy, Le­ty­cja chwy­ci­ła ko­turn i ru­szy­ła w stro­nę okna. Stra­ci­ła do­tych­cza­so­wy te­atral­ny wdzięk, ruchy stały się nie­zbor­ne – chy­bi­ła i za­miast w szybę, ude­rzy­ła butem we fra­mu­gę.

Si­wo­wło­sa stuk­nę­ła Adama pal­cem w pierś. Raz, drugi, trze­ci, w nie­mym wy­rzu­cie, z furią w oczach. Otak­so­wał ją, jakby oce­niał te­atral­ny re­kwi­zyt, po czym chwy­cił za ra­mio­na, po­trzą­snął i z całej siły pchnął prze­ra­żo­ną ko­bie­tę na stół. Rąb­nę­ła tyłem głowy w srebr­ny pu­char. Nie miał wy­rzu­tów su­mie­nia. Wie­dział, że w tym świe­cie śmierć nie jest osta­tecz­na…

Roz­legł się trzask tłu­czo­nej szyby. Le­ty­cja wy­gra­mo­li­ła się na ze­wnątrz i z krzy­kiem prze­ra­że­nia stur­la­ła się po dachówkach, spa­dła i ude­rzy­ła o zie­mię.

…ale go­ście prze­czu­wa­li, że tym razem bę­dzie ina­czej.

 

 

***

 

 

Zgod­nie z ży­cze­niem usta­li­li­śmy wa­run­ki prze­nie­sie­nia Two­je­go ojca. Bę­dziesz go wi­dy­wał raz na dzie­sięć su­biek­tyw­nych lat. Sza­nu­je­my Twoją pry­wat­ność. Cie­szy­my się, że za­ak­cep­to­wa­łeś resz­tę gości.

PS Naj­wy­raź­niej skoń­czy­ły się PS-y. Do zo­ba­cze­nia po dru­giej stro­nie.

 

Pie­lę­gnuj­my przy­szłość!

 

Sy­nap­tycz­ny Zamek Inc.

 

 

***

 

 

Na przy­ję­ciu Alain za­stał istne po­bo­jo­wi­sko. Na po­cząt­ku są­dził, że wszy­scy się po­pi­li i za­snę­li, ale pręd­ko zro­zu­miał, że pa­trzy na trupy. Za­czął roz­glą­dać się po sali, z duszą na ra­mie­niu, spo­dzie­wa­jąc się, że jedną z ofiar jest Adam.

Pod ścia­ną z eks­pre­sem do kawy spo­czy­wa­ła na klęcz­kach drob­na ko­bie­ta. W ki­mo­nie, z roz­pła­ta­nym brzu­chem, w ka­łu­ży krwi, przy­po­mi­na­ła po­są­żek Buddy.

Spod stołu wy­sta­wa­ły nogi kor­pu­lent­ne­go czło­wie­ka.

Przez chwi­lę Alain nie ro­zu­miał, co tak mocno świe­ci na stole. Do­pie­ro zbli­żyw­szy się do wą­sa­te­go męż­czy­zny, zro­zu­miał, że to kie­szon­ko­we lu­ster­ko od­bi­ja rzę­si­ste świa­tło ży­ran­do­la.

Na ziemi, pod wy­bi­tym oknem, le­ża­ły ko­tur­ny. Na ostrych kra­wę­dziach strza­ska­nej szyby wi­siał strzęp czer­wo­nej tka­ni­ny. Kiedy pod­szedł tam, do­strzegł jesz­cze ru­do­zło­te pasmo wło­sów. Na ze­wnątrz ro­bi­ło się jasno. Deszcz ustał, zo­sta­wia­jąc po sobie kwa­śne po­wie­trze. Wil­got­ny ho­ry­zont po­ły­kał od­la­tu­ją­ce­go ol­brzy­mie­go bo­cia­na.

Usły­szał skrzy­pie­nie scho­dów. Ktoś scho­dził z dru­gie­go pię­tra. Kroki wy­bi­ja­ły rytm jak me­tro­nom.

Zie­lo­na ma­ry­nar­ka, dżin­sy, zero ja­kich­kol­wiek ozdób poza skrom­ną bran­so­let­ką – ko­bie­ta za­trzy­ma­ła się na dole i po­toczyła spoj­rze­niem po sali. Ema­no­wa­ła aurą nie­za­chwia­nej pew­no­ści sie­bie. Utkwi­ła wzrok zie­lo­nych oczu w Ala­inie.

– Witaj – uśmiech­nę­ła się nie­znacz­nie. – Je­stem Maria.

– Gdzie jest mój syn?

Ru­szy­ła w jego stro­nę. Po­tłu­czo­ne szkło chrzę­ści­ło pod jej bo­sy­mi sto­pa­mi.

– Mia­łem się z nim spo­tkać – po­wie­dział.

– Zo­ba­czyć go – od­par­ła Maria, z po­dzi­wem roz­glą­da­jąc się po sali. – To mu­sia­ło się tak skoń­czyć. Sta­ra­łam się Adama chro­nić, ale… – Zła­pa­ła się pal­ca­mi za skro­nie. Alain do­strzegł na jej drob­nej dłoni ta­tu­aż. Śre­dnio­wiecz­ny zamek, w nim sy­nap­sa, w niej zamek na klucz. – Nie byłam już w sta­nie.

– Gdzie moje dziec­ko?

Maria zer­k­nę­ła w stro­nę scho­dów.

Alain minął ją bez słowa i po­wo­li wszedł na dru­gie pię­tro.

Kiedy otwo­rzył drzwi, zna­lazł się nagle w dziw­nym miej­scu. Dużo więk­szym, niż mógł­by być pokój na dru­gim pię­trze po­sia­dło­ści. Na środ­ku cze­goś, co przy­po­mi­na­ło szpi­tal­ną salę, sie­dział czło­wiek, podłączony do skomplikowanej aparatury.

Alain ru­szył w jego stro­nę. Prze­strzeń zda­wa­ła się po­więk­szać ni­czym rana, która bo­le­śnie się roz­cho­dzi. Bał się, że jak zwy­kle się spóź­nił. Że znów po­legł w roli ojca. Za­uwa­żył zwi­sa­ją­ce z su­fi­tu kable, te drob­ne pod­pię­te do rdze­nia prze­dłu­żo­ne­go pa­cjen­ta, te grube le­żą­ce na pod­ło­dze. Mimo braku okien było tu wy­jąt­ko­wo jasno, co przy­wio­dło wspo­mnie­nie ga­le­rii han­dlo­wej i ja­kie­goś skle­pu z elek­tro­ni­ką – tylko że w tym miej­scu na eks­po­zy­cji tkwił czło­wiek. Sie­dział na fo­te­lu, był chudy oraz, w świe­tle dzie­sią­tek ekra­nów uło­żo­nych w kształt pół­ko­la, po­twor­nie blady. Na jego szyi za­mar­ła na­brzmia­ła tęt­ni­ca.

Ekra­ny za­mi­go­ta­ły i, jeden po dru­gim, za­czę­ły ga­snąć.

Alain pa­trzył na swoje dziec­ko. Adam miał prze­chy­lo­ną głowę i sze­ro­ko otwar­te oczy. Oj­ciec zro­zu­miał, że on też wła­śnie umie­ra i widzi ciało z ze­wnątrz. Śmierć kli­nicz­na po­zwo­li­ła ostat­ni raz spoj­rzeć na syna.

Wy­cią­gnął ręce, lecz nic nie zo­ba­czył. Zer­k­nął na wła­sne nogi, któ­rych rów­nież nie było widać. Nie miał już ciała. Tak bar­dzo chciał­by przy­kryć Ada­sia ko­cy­kiem. Gdzieś w naj­głęb­szej czę­ści sie­bie po­czuł ła­sko­czą­cą łzę.

Przy­tu­lił wła­sne dziec­ko myślą.

 

Na ostat­nim ekra­nie po­ja­wi­ła się wia­do­mość.

 

Nie martw się. Je­steś bez­piecz­ny.

PS Jakie lu­bisz za­koń­cze­nia hi­sto­rii?

 

Sy­nap­tycz­ny Zamek Inc.

 

Koniec

Komentarze

i jakiegoś klepu z elektroniką

 

brakuje "s"

 

i jakiegoś sklepu z elektroniką

 

Wrócę z dłuższym komentarzem, bo na taki ten tekst zasługuje, a po prostu nie mam czasu – na razie idę kliknąć do biblioteki.

 

Pozdrawiam serdecznie

Do wszystkiego powyżej dodaj: moim zdaniem, nie wypowiadam cudzych zdań, chyba, że wyraźnie kogoś cytuję. // ksiegamiliona.pl // entropia nigdy nie maleje // Outta Sewer: Jim, in­dio­to Ty, nadal chyba nie ro­zu­miesz

Cześć, Jimie. Dzieki, poprawione. Ok :-)

 

 

Pozdrawiam serdecznie

Pęk włosów, wydaje mi się.

Podejrzewałem najpierw, że to wirtual. Oczywiście nośnikiem i generatorem komputer. Po dotarciu do informacji, że wszystko rozgrywa się w mózgu jednego człowieka, zacząłem podejrzewać, że skończy się ten eksperyment(?) tragicznie, co potwierdziło się.

Ciekawa i dosyć wiarygodnie przedstawiona koncepcja.

Kiedy napiszesz coś lekkiego, optymistycznego?

Pozdrawiam serdecznie.

Witaj. ;)

Kwestie techniczne i nasuwające się sugestie oraz wątpliwości (zawsze – jedynie do przemyślenia):

Ruchy miała pretensjonalne jak imię – nie była wszak japonką, jedynie fascynowała ją ich kultura; kimono, makijaż, spięcie włosów – ta dbałość o szczegóły zachwycała. – czy tu celowo małą literą?

Stare (przecinek?) dębowe bele, z których ją zbudowano, wydzielały intensywną woń.

Średniej długości brunatne włosy (i tu?) poprzetykane pasemkami siwizny (i tu?) zaczesane miał do tyłu i usztywnione brylantyną.

Czy (myślnik?) że za prędko?

Alain podrapał się po szczecinie. Spojrzał na swoje brudne paznokcie, których od pewnego czasu nie mógł doczyścić. Co miałem robić poza tułaczką w bezkresnym lesie? – czy myśli nie wyodrębnić kursywą?

Adam poczuł pod nosem wilgoć. Przetarł chusteczką krew, z każdą minutą coraz bardziej zmęczony uroczystością. Nie utrzymam ich tylu. To dla mnie zbyt wiele. – tu podobnie?

Zobaczyć sugeruje, że już się znacie. – kursywą lub ująć w cudzysłów?

Chcę, żebyś był ze mną szczery. Powiedz, dlaczego chcesz ją poznać? – powtórzenie?

Wstała i zaczęła obchodzić stół tak, żeby móc pochwycić Rudozłotą dziewczynę. – tu dopytam– czy na pewno miało być wielką literą?

Przez pewien czas po operacji, przeważnie miesiąca, będziesz musiał zostać w placówce. To rutynowa procedura. Dbamy o Twoje zdrowie. Później, przez cały okres, czyli przeważnie do końca Twojego obecnego życia (wierzymy, że kiedyś sam pozwolisz nam się pstryknąć), masz zagwarantowany darmowy serwis. – czy te powtórzenia celowe?

Wydawało mu się, że z tej perspektywy, siedząc na werandzie z kubkiem kawy, widzi las po raz pierwszy w życiu – gęsty i ciemny (przecinek?) niby spowity czarnym dymem, ciągnący się aż po mglisty horyzont.

 

 

Przy tym samym toku wyjaśnień podajesz dwojaką pisownię wyrazu: „gospodarz”, którą trzeba ujednolicić, bo niepotrzebnie tworzy błędy ortograficzne:

Nie, nie tworzymy równoległych neuronów dla drugiej osoby. To byłoby zbyt obciążające dla gospodarza. Ponadto zwiększałoby ryzyko glejaka.

Jak zatem robimy to w Synaptycznym Zamku? Skanujemy aktywność umysłu umierającej osoby. Na podstawie tego planujemy w Twoim mózgu przestrzeń potrzebną do przeniesienia. Rozszerzamy działanie synaps Gospodarza, różnicując neuroprzekaźniki i dodając kilka nowych.

Były również takie, które je szarpały – dojrzewający Adaś mierzył się z niezasłużoną krytyką, a później, gdy po wyprowadzce z rodzinnego domu nie radził sobie w życiu, Alain do bagażu cierpień syna dorzucił swój chłód emocjonalny, ten bolesny dystans, rosnący jak pociąg odjeżdżający do ciepłych dni. – tu dopytam: chodziło o dni?

Pod ścianą z ekspresem do kawy spoczywała na klęczkach drobna kobieta. W kimono, z rozpłatanym brzuchem, w kałuży krwi, przypominała posążek Buddy. – mam wątpliwość, czy wyraz: „kimono” jest nieodmienny?

Zauważył zwisające z sufitu kable, te drobne (myślnik?) podpięte do rdzenia przedłużonego pacjenta, te grube (i tu?) leżące na podłodze.

 

Trzymający do końca w napięciu, mocny, oryginalny pomysłem i wykonaniem tekst. :) Jestem pod wielkim wrażeniem. ;) Przy mnóstwie specyficznej fantastyki umiejętnie i celnie przemycasz bolesne relacje rodzinne, wspomnienia, żale, smutki…

Pozdrawiam serdecznie, podwójny klik, powodzenia. :) 

Pecunia non olet

Czego to ludzka głowa nie pomieści…

Zajmująco opisałeś szczególny eksperyment, a choć nie mogę powiedzieć, że wszystko zrozumiałam – bo nie pojmuję, jak można żyć w czyjejś głowie, mimo że się nie żyje, ale tłumaczę to sobie dobrej jakości fantastyką – czytałam mocno zaciekawiona losami postaci i choć postanowiłeś, że nie będzie dobrego zakończenia, uznałam lekturę za bardzo satysfakcjonującą.

Wykonanie pozostawia nieco do życzenia, ale mam nadzieję, że poprawisz usterki, bym mogła odwiedzić klikarnię i nominowalnię.

 

 …nalał z im­bry­ku do fi­li­żan­ki her­ba­ty… → …nalał z im­bry­ka do fi­li­żan­ki her­ba­ty

Tu znajdziesz odmianę rzeczownika imbryk.

 

i za­brał się za wi­no­gro­na. → …i za­brał się/ dobrał się do wi­no­gro­n.

http://filologpolski.blogspot.com/2016/11/brac-siewziac-sie-za-cos-brac-siewziac.html

 

co chwi­lę po­pra­wia­jąc upo­ma­do­wa­ne włosy… → Raczej: …co chwi­lę po­pra­wia­jąc napo­ma­do­wa­ne włosy

 

nie była wszak ja­pon­ką… → …nie była wszak Ja­pon­ką

 

Spadzisty dach dekorowało wielkie, pieczołowicie uwite gniazdo, w którym przycupnął olbrzymi bocian. Ptak rozłożył skrzydła, klekocząc.

Alain Woodward wspiął się tam, splunął tytoniem, jednocześnie zły i zadowolony, że w końcu odszukał to miejsce. Poprawił plecak turystyczny i bez pukania wszedł do ciemnego pomieszczenia tonącego w papierosowym dymie. → Nie ukrywam, Prosiaczku, że tu zgłupiałam, albowiem zrozumiałam, że Alain Woodward wspiął się do bocianiego gniazda i wszedł doń bez pukania. I przez chwilę byłam ogłupiała jeszcze bardziej, bo zobaczyłam bociana palącego cygara… :)

 

Oparł się o ścianę domu. → Ściana domu to chyba jest na zewnątrz, a tu rzecz dzieje się w pomieszczeniu, więc może wystarczy: Oparł się o ścianę.

 

W dło­niach ob­ra­cał cy­no­wym puz­der­kiem. → Co obracał puzderkiem?

Pewnie miało być: W dło­niach ob­ra­cał cy­no­we puz­der­ko.

 

Z ru­chem peł­nym gra­cji wy­su­nę­ła drob­ne stóp­ki z mod­nych ko­turn. → Wysunięcie stopy z buta jest ruchem; wykonujemy wtedy ruch, nie z ruchem.  Koturny są rodzaju męskiego, więc zdanie winno brzmieć: Ru­chem peł­nym gra­cji wy­su­nę­ła drob­ne stóp­ki z mod­nych ko­turnów.

 

Yoko prze­że­gna­ła się i trą­ci­ła pal­cem czap­kę, z któ­rej spły­nę­ła czar­na wo­al­ka. → Damy nie siadają do posiłku w czapce. Przypuszczam, że włosy kobiety zdobił fascynator.

Proponuję: Yoko prze­że­gna­ła się i trą­ci­ła pal­cem fascynator, z któ­rego opadła czar­na wo­al­ka.

 

żeby móc po­chwy­cić Ru­do­zło­tą dziew­czy­nę. → Dlaczego wielka litera?

 

grali w jego grę z mityczną Marią w roli głównej.

Gdy jego twarz została muśnięta przez czerwoną suknię… → Nie brzmi to najlepiej.

Proponuję drugie zdanie: Gdy poczuł na twarzy muśnięcie czerwonej sukni

 

Przez pe­wien czas po ope­ra­cji, prze­waż­nie mie­sią­ca… → Przez pe­wien czas po ope­ra­cji, prze­waż­nie mie­sią­c/ około miesiąca

 

Więk­szość po­miesz­cza w sobie jedną, góra dwie osoby. → Więk­szość po­mieści/ mieści w sobie jedną, góra dwie osoby.

 

Yoko uszy­ko­wa­ła wszyst­kim kawę. → Yoko przygotowała wszyst­kim kawę.

 

po­pra­wi­ła ki­mo­no i wzię­ła się za sprzą­ta­nie roz­la­nej kawy. → …po­pra­wi­ła ki­mo­no i zabrała się do sprzątania roz­la­nej kawy.

 

z krzy­kiem prze­ra­że­nia stur­la­ła da­chów­ką, spa­dła i ude­rzy­ła o zie­mię. → A może: …z krzy­kiem prze­ra­że­nia stur­la­ła się po da­chów­kach, spa­dła i ude­rzy­ła o zie­mię.

 

Naj­wy­raź­niej skoń­czy­ły się PS’y. → Naj­wy­raź­niej skoń­czy­ły się PS-y.

 

Za­czął roz­glą­dać się po sali, z ser­cem na ra­mie­niu… → Za­czął roz­glą­dać się po sali, z duszą na ra­mie­niu…

Wyrażenie „z duszą na ramieniu” to związek frazeologiczny, czyli forma ustabilizowana, utrwalona zwyczajowo, której nie korygujemy, nie dostosowujemy do współczesnych norm językowych ani nie adaptujemy do aktualnych potrzeb piszącego/ mówiącego.

 

W ki­mo­no, z roz­pła­ta­nym brzu­chem, w ka­łu­ży krwi… → W ki­mo­nie, z roz­pła­ta­nym brzu­chem, w ka­łu­ży krwi

 

do­strzegł jesz­cze ru­do­zło­ty pąk wło­sów. → A może: …do­strzegł jesz­cze ru­do­zło­te pasmo wło­sów.

 

ko­bie­ta za­trzy­ma­ła się na dole i po­włó­czy­ła spoj­rze­niem po sali. → Spojrzenie może być powłóczyste, ale nie wydaje mi się, aby spojrzeniem można powłóczyć

Proponuję: …ko­bie­ta za­trzy­ma­ła się na dole i potoczyła spoj­rze­niem po sali.

 

sie­dział pod­łą­czo­ny do skom­pli­ko­wa­nej apa­ra­tu­ry czło­wiek. → Raczej: …sie­dział człowiek, pod­łą­czo­ny do skom­pli­ko­wa­nej apa­ra­tu­ry.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

AdamieKB, miło Cię widzieć! Trudno mi uwierzyć, że minęło aż tyle czasu od naszej ostatniej korespondencji. Od lat piszę niezbyt optymistyczne teksty, ale czuję, że dojrzewa we mnie coś pozytywnego! :-)

 

bruce, dziękuję za odwiedziny i komentarz. W tamtym zdaniu owszem, chodziło o dni. :-) Dzieki za czujne oko i wyłapanie błędów, poprawki wprowadzone. :-) Jedynie z tym przecinkiem w zdaniu “Stare dębowe bele” przymiotniki nie są równorzędne, więc, z tego co rozumiem, przecinek jest zbędny.

 

Cieszę się, że opowiadanie Ci się podobało. :-)

 

regulatorzy, dziękuję za komentarz i wskazanie błędów. Uwagi jak zwykle są bardzo pomocne. Poprawki wprowadzone. Cieszę się, że opowiadanie trafiło w Twój gust. Mi już sama świadomość tego, jakie będzie zakończenie, sprawiała dyskomfort, więc jest nadzieja, że wreszcie napiszę coś pozytywnego. ;-)

Bardzo proszę, Prosiaczku. Jak zwykle miło mi, że mogłam się przydać. A skoro dokonałeś poprawek, mogę, zgodnie z obietnicą, udać się do klikarni i do nominowalni. :)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

I ja dziękuję, wszystko jasne, pozdrawiam i trzymam kciuki. :) 

Pecunia non olet

Prosiaczek napisał: AdamieKB, miło Cię widzieć! Trudno mi uwierzyć, że minęło aż tyle czasu od naszej ostatniej korespondencji. Od lat piszę niezbyt optymistyczne teksty, ale czuję, że dojrzewa we mnie coś pozytywnego! :-)

 

Imienniku, mnie też miło było zobaczyć – i, oczywiście, przeczytać – Twoje opowiadanie. Pomimo że niewesołe. Ale, jak zawsze, dające do myślenia.

Bardzo dobrze, że dojrzewa w Tobie zamysł na coś pozytywnego!

A co do upływu czasu… Wahadło zdrowia wychyliło się w drugą stronę, ujmując najtreściwiej.

Pozdrawiam serdecznie.

Hej, jeśli dobrze zrozumiałem, to mamy w głowie (i tu już nie wiem, czy ojca, czy syna – chyba syna) zamknięte osobowości rodziny. I te osobowości sobie żyją do chwili, aż umiera właściciel głowy. Ciekawy pomysł, tylko, że głównym wątkiem jest trudna relacja ojca i syna. I co wiemy o tej relacji? Że ojciec był chłodny dla syna, a syna dla ojca… niewiadomo. A niewiadomo bo tekst skupią się na opisach jedzenia, posiadłości, dziwnych zachowaniach członków rodziny. To co mnie zainteresowało w tekście, jest ledwie poruszone. Wiec klikam, za ciekawy pomysł ale piórkowo będę na Nie. Pozdrawiam :)

"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."

Sorry, Winnetou, ale będę na nie.

Nie twierdzę, że tekst jest zły. Ale nie dość dobry na piórko.

Bardzo fajny jest pomysł, żeby jakoś upychać w mózgu osobowości innych ludzi. 

Mnóstwo rzeczy pozostaje dla mnie niejasne. Na przykład, kim jest Maria? Dlaczego wszyscy chcą się z nią spotkać? Jak wygląda życie tych osobowości w mózgu poza tym corocznym spotkaniem integracyjnym? Podpinają się pod doznania zmysłowe nosiciela, mają jakieś VR czy bezustannie medytują? Kim jest Michael?

Nie rozumiem, dlaczego Adam zdecydował się przyjąć taki tłum. No i co z tego, że to znajomi ojca? Nie miał facet własnego życia, tylko przez cały czas wypominał, czego mu w dzieciństwie zabrakło? Być może chciałeś przez to pokazać jakąś ważną prawdę psychologiczną, ale jestem za cienka w uszach, żeby ją zrozumieć.

Adam, Maria i Michael (być może jeszcze ogród) sugerują konotacje religijne. Ale jakoś reszta klocków nie chce się do tego dołączyć, żaden sensowny wzór nie chce mi z tego wyjść.

W rezultacie ze średniej długości tekstu został jeden świetny pomysł i plastyczne opisy właściwie złotostrzałowej balangi. Za mało na pierze.

Mężczyzna z rudymi loczkami przetarł chustką usta i zabrał się za winogron.

Winogrona. Forma “ten winogron” jest nieprawidłowa.

Babska logika rządzi!

O ile dobrze zrozumiałam, Maria to program:

Adam zastanawiał się, czy to możliwe, żeby poznali Marię. W jakiej postaci im się objawi? Kobiety? Zwierzęcia? Odbicia światła w kieliszku? Wiedzieli, że Maria strzeże tego świata. Jest oprogramowaniem, dzięki któremu mogli zamieszkać w głowie Adama. Bez niej nic nie byłoby możliwe. Chcieli ją poznać z różnych pobudek, ale jedną z nich stanowiła potrzeba większego wpływu na własny los. W końcu kto nie chciałby lepiej zrozumieć Boga i wkraść się w jego łaski?

Pecunia non olet

Ale gdzie w mózgu miejsce na ten program? Czy jest oprogramowaniem zewnętrznym, lekarskim AI? Ale wtedy, po co te tajemnice?

Babska logika rządzi!

Przyznam, Finklo, czytałam opko już jakiś czas temu, potem były całkiem inne w sporej ilości, nie wszystko już szczegółowo z niego kojarzę, ale świta mi, że w tych wtrąceniach, podpisanych przez “Synaptyczny Zamek Inc.”, stopniowo Autor uchylał rąbka tajemnicy. Najlepiej chyba, kiedy sam wyjaśni, co trzeba, bo może i ja się mylę z interpretacją. :) 

Pecunia non olet

Owszem, odpowiedzi z Zamku są bardzo ciekawe, nie przeczę.

Babska logika rządzi!

AdamieKB, mam nadzieję, że ze zdrowiem jest, mimo Twoich słów, względnie dobrze. Bardziejaskrze, dzięki, doskonale rozumiem, też bym chciał rozwinąć te wątki, gdybym pisał drugą wersję. :-) Finklo, tak jak napisała Bruce, Maria jest programem. Myślę, że mogłem lepiej zaakcentować to, po co tajemnica. No a gdzie – to już zostawiłem Czytelnikowi do zagospodarowania. :-) Bruce, dziękuję za zaangażowanie :-)) Osobiście uważam, że ten tekst nie jest piórkowy, ale niezmiernie mi miło, że niektórzy mają inne zdanie. Wybaczcie, że skrótowo, alejestem na urlopie i mam tylko telefon,na którym komentarze pisze się bardzo niewygodnie. Pozdrawiam Was serdecznie

Dziękuję bardzo, Prosiaczku. :) 

Udanego urlopu. :)

 

Czasami, nominując (lub choćby jedynie “klikając bibliotecznie”) czuję się niejako zobowiązana, aby potem wtrącać swoje trzy grosze przy dyskusji, kiedy pojawiają się u kolejnych Czytelników jakieś wątpliwości, które mogłabym – jak odbiorca, mając nadzieję, że dobrze interpretuję dane fragmenty – popróbować porozwiewać. :) 

 

Pozdrawiam Was serdecznie. heartkiss

Pecunia non olet

Dziń dybry, prosiaczku,

 

czy mógłbyś przestać pisać na chwilę? Ty myślisz, że ja nie mam nic innego do roboty, tylko czytać ciągle Twoje opowiadania, bo są nominowane bez przerwy? Weź się opamiętaj.

 

Posiadłość wgryzła się w wysoką skarpę.

Hm. A nie lepiej wgryzała się? Bo dokonana forma czasownika sugeruje dosłowność. Przynajmniej w moich oczach.

 

Kalmary, krewetki, ostrygi, mule, algi – zapachy splotły się w aromatyczny warkocz

Kurczaki, to jest świetne :)

 

W istocie pragnął zobaczyć Adama, który obiecał mu kiedyś pojednawcze spotkanie. Woodward nie rozumiał, co syn miał na myśli. Mężczyzna wątpił, czy zasługuje na kontakt z własnym dzieckiem, więc o żadnym miłym geście nawet nie marzył, tym bardziej o spotkaniu.

Czy to się nie gryzie trochę ze sobą? W sensie, że pragnął go zobaczyć a jednocześnie o tym nie marzył?

 

Żal i rozczarowanie rozlały się za mostkiem i w brzuchu, zastygły tam niczym cement.

Piękne.

 

zapytał badawczo, ale Alain kontynuował swój temat:

Lekka aliteracja. Może ale zastąpić lecz?

 

Yoko, zalana rumieńcem tak silnym, że przebijał nawet przez białą maskę makijażu,

przez jest już w czasowniku przebijać

 

który w napięciu krążył od okna do stojącego pod ścianą zegara.

Wcześniej zegar stał na środku salonu:

Na środku salonu, między skórzanymi fotelami, stał wielki zegar.

 

ten bolesny dystans, rosnący jak pociąg odjeżdżający do ciepłych dni.

Nie rozumiem.

 

I znieczulicę, kiedy syn znalazł się w kryzysie bezdomności.

A nie lepiej: kiedy syn stał się osobą w kryzysie bezdomności?

:P

 

W kimonie, z rozpłatanym brzuchem, w kałuży krwi, przypominała posążek Buddy.

A widziałeś kiedyś posążek Buddy w kimonie i z rozpłatanym brzuchem? Bo ja nie.

 

 

Hm. Nielogiczna jest dla mnie jedna z końcowych scen. Adam czuł, że niedługo spotka się z ojcem i nie mógł wytrzymać już tych kilku minut? Był w stanie wytrzymać dziesięć lat w oczekiwaniu na spotkanie i musiał pęknąć akurat w momencie, gdy Alain już do niego szedł? Pachnie tu trochę manipulacją emocjonalną ;P

 

Jednak poza tym nie dopatrzyłam się więcej znacznych zgrzytów, opowiadanie bardzo mi się podobało. To, jak operujesz językiem, jest mistrzostwem. I jak potrafisz złapać czytelnika na wędkę, już na samym początku. Koncepcja też bardzo ciekawa, z lokowaniem zmarłych w swojej głowie. Zabrakło mi tylko wytłumaczenia, kim właściwie był Michael.

 

 

6 TAK + 3 NIE = TAK.

 

Gratulacje!

Bez sztuki można przeżyć, ale nie można żyć

Witam :]

 

Mam podobne wrażenia do Barda.

 

Samo “jądro” tego opowiadania, pomysł na przenoszenie świadomości umierających do wirtualnej przestrzeni procesowanej przez mózg żyjącej osoby, jest dobry, a okraszony trudną relacją ojca i syna mógł śmiało stać się bardzo dobry.

 

Niestety zostało to wszystko bardzo rozwodnione szczegółowymi opisami różnych dziwnych zachowań ucztujących. Rozwodnione do tego stopnia, że te ciekawe elementy są niejako potraktowane po łebkach – tajemnicę wyjaśniają nam “zewnętrzne” fragmenty tekstu, a tej relacji ojca z synem mamy jedynie ogólny obraz.

 

Nie wykluczam, że wszystkie incydenty na tej uczcie mają jakieś głębokie symboliczne znaczenia, ale mi ono raczej umyka. Miałem w głowie jedynie jakiś ogólny obraz skrajnego konsumpcjonizmu i rozpasania, co ma sens, bo przecież kim trzeba być żeby “wepchać” się do głowy dziecka/bratanka/chrześniaka/whatever żeby tam sobie żyć w pałacyku, ale raczej nie uzasadniałoby tylu znaków.

 

Pozdrawiam!

 

 

Dlaczemu nasz język jest taki ciężki

Witaj, HollyHell91. :-)

 

Możliwe, że z wgryzaniem byłoby lepiej, możliwe. Muszę pomyśleć.

 

Z tym gestem i spotkaniem chodzi o to, że on bardzo by tego chciał, ale nie sądzi, aby zasługiwał.

 

Dobra uwaga z posążkiem Buddy. Muszę pomyśleć, jak to zmienić :-)

 

Poprawki wprowadzone.

 

Dziękuję za miłe słowo i za głos na tak. Obiecuję przestać wrzucać teksty na jakiś czas. Oecnie piszę coś, co jest najbardziej przyziemne z moich ostatnich tekstów, jednocześnie najtrudniejsze, żeby to warsztatowo ogarnąć.

 

GalicyjskiZakapiorze, witaj! Dziękuję za opinię. :-) Same incydenty są incydentami, nie ma tak ukrytego trzeciego dna. Z tej relacji z ojcem niewiele zostało, ponieważ nigdy nie wyglądała, jak wyglądać powinna relacja ojca z synem, stąd w opowiadaniu mało o niej samej. Natomiast rozumiem Twój punkt widzenia. Pisałem już teksty kładące mocny nacisk na to, co między bohaterami, piszę taki też teraz, więc może bardziej wpasuje się w Twój gust. Zobaczymy. 

Ślimaki w maśle czosnkowo-pietruszkowym wyglądały wyśmienicie.

Słyszałem, że prosiaczki w maśle czosnkowo-pietruszkowym także wyglądają wyśmienicie. Mniam, mniam.

Niektóre opisy są tutaj pięknie zrobione, bardzo zapadające w pamięć. Goście cofający się do fazy oralnej, Alain i Michael zwodzący się nawzajem, taniec rudozłotej dziewczyny na stole (nie że o rudozłotych włosach, tylko cała jest rudozłota) – mistrzostwo! Zgadzam się też, że główny pomysł fantastyczny opowiadania miał poważny potencjał. Chyba nie będę bardzo oryginalny: gdybyż tylko ten pomysł był należycie rozwinięty i osadzony w regułach świata, i w końcu połączony z przedstawieniem uczty – mielibyśmy przed sobą wybitny utwór.

Obecnie jednak brakuje bardzo wielu wyjaśnień, bez których w moim odczuciu cała fabuła traci sens: co goście robią na co dzień, dlaczego Adam zdecydował się ich tylu przyjąć do głowy, dlaczego Alain z Michaelem mogą rozmawiać, gdy reszta musi milczeć, kim w ogóle jest Michael (najbardziej wygląda na jakiś implant zarządzający, ale czym wobec tego różni się od Marii) i tak dalej… A może przede wszystkim – jaką prawdę starasz się wyrazić w tym opowiadaniu – bo chyba nie tylko to, że hedonizm krewnych i znajomych robi człowiekowi bałagan w głowie. Spędziłem niejaki czas na poszukiwaniu w opisach przyjęcia tłumaczących to wszystko metafor, ale bez powodzenia, wobec czego w głosowaniu piórkowym pozostanę na NIE. Nie umiem jednak zupełnie odrzucić możliwości, że jest do tego jakiś klucz, który dostrzegłby bardziej wyrobiony ode mnie czytelnik.

Pod względem językowym ten tekst wydał mi się lepszy od Twoich poprzednich. Wskażę, że niektóre rozwiązania składniowe, służące pewnie wydobyciu akcentu zdaniowego, uderzały jednak swoją nienaturalnością:

Ostatnie podrzucił, wygiął bawoli kark do tyłu, i się owocem zadławił.

Z łazienki, w której spędziła blisko godzinę, wyszła Letycja.

Nie mógł powiedzieć, że oszczędzał ośrodek mowy w mózgu, z którym ostatnio, w związku z niedokrwiennym udarem, było gorzej.

Pozdrawiam serdecznie!

Hej, prosiaczku!

Interesująca lektura! To już kolejny Twój tekst, który mam przyjemność czytać i widzę, że zawsze starasz się dać nam ciekawy pomysł i opakować go w warsztat na dobrym poziomie. 

Tym razem dajesz nam okruchy informacji, przemycane w fantastycznym świecie wykreowanym całkowicie w głowie jednego człowieka. Doceniam fakt, że odsłaniasz powoli, co tak naprawdę się dzieje, zarówno w postaci listów agencji, jak i zachowań i przemyśleń bohaterów. Twoja umiejętność pisania wchodzi tu na wyżyny. Gorzej jest z logiką całości. Brakuje takich zasadniczych elementów, jak motywacje głównego bohatera. Dlaczego on przyjmuje tylu lokatorów do swojej głowy, narażając własne życie? To mnie chyba najbardziej zastanawiało.

Ciężka relacja z ojcem dodaje kolorytu i głębi całej treści, dobre posunięcie. Jego wygnanie do lasu też obrazowo przedstawia jakieś mentalne odrzucenie, wręcz ostracyzm. Z całej tej, trudnej do zniesienia grupy, to ojciec zostanie banitą. Skoro mógł zesłać ojca, czemu nie wygnał reszty, gdy tak żle już z nim było? W ogóle końcowa scena, przejmująca, znowu zawraca czytelnika do pytania: dlaczego on to zrobił? 

Opowiadanie z pewnością zasługujące na nominację, lecz moim zdaniem wymagające jeszcze kilku uzupełnień, które wyjaśniłyby nieco kwestii dotyczących bohatera. Z drugiej strony zdaję sobie sprawę, że czasami celowe zostawienie niedopowiedzeń może działać na korzyść tekstu, bo zmusza czytelnika do zadawania pytań. 

Gratuluję świetnego opka, któremu, w mojej opinii, niewiele brakuje. Tym razem nie, ale może następne? :)

Pozdrawiam serdecznie! :)

ŚlimakuZagłady, cięszę się, że wpadłeś. Doceniam Twoje opinie i to, że wysoka stawiasz poprzeczkę opowiadaniom. Sam uznałem, że niniejsze jest ok, ale trochę brakuje do naprawdę dobrego. Pokazałem świat przez dziurkę od klucza, może zbyt małą, może faktycznie patrzy się przez nią niewygodnie. Cieszę się, że doceniasz pewne walory tekstu. Sądzę też, trochę intuicyjnie, że jesteś bardzo wyrobionym czytelnikiem, pozwól więc, że zaryzykuję i włożę w szprychy kij, pytając – po cóż ta skromność? ;-) A serio, to dzięki raz jeszcze za dający do myślenia komentarz.

 

JolkaK, cześć! Z pewnością coś jest na rzeczy z logiką. Myślę, że pewne rzeczy nienależycie wyłuszczyłem. Faktycznie zbyt wiele jest tu niedopowiedzeń. Grzech autora mającego w głowie wyjaśnienia i uznającego, że jakimś cudem czytelnik będzie miał w swojej to samo. Dziękuję za słowa krytyki oraz te docenienia. 

 

Dlaczego przyjął tylu do swojej głowy? Niestety odpowiedź jest banalna – bycie na dnie, może też chciwość. 

 

Następnym razem mam nadzieję pozytywnie Cię zaskoczyć!

 

 

Pozdrawiam Was serdecznie!

 

 

 

Wtrącę, jeżeli wolno. :)

 

Niedopowiedzenia oraz zagęszczenie wielu fragmentów ilością bohaterów i do tego zawiła, wręcz duszna atmosfera – wszystkie te cechy uznałam za wielce pozytywne dla fabuły, ponieważ od początku kojarzyły mi się z kryminałami Agaty Christie – masa postaci, człowiek najpierw gubi się w ich rozróżnieniu, ale potem nagle każda pokazuje się od całkiem innej strony i zaczynamy zastanawiać się, kto tak naprawdę zabił… :)) I tu zagadkowość moim zdaniem wypada na duuuży plus. :) 

 

Pozdrawiam Was. heart

Pecunia non olet

Cześć,

 

Sztućce trzymane w upierścienionych dłoniach kroiły mięso, zgrzytały po zastawie; a może to zęby ścierały niewypowiedziane słowa? Ktoś komuś siedzącemu obok nalał z imbryka do filiżanki herbaty, rozlewając trochę na obrus. Wszyscy milczeli, lecz przestrzeń wypełniały dźwięki mlaskania, siorbania, przeżuwania. Jakby cofnęli się do fazy oralnej. Chrząknięcia, westchnięcia, wszystkie odgłosy niczym nuty splatały się w osobliwy muzyczny utwór.

Aj, z moją mizofonią to był trudny fragment :P

 

Mężczyzna z rudymi loczkami przetarł chustką usta i zabrał się za winogron.

A nie winogrono lub winogrona? Widziałam, że Reg proponowała do winogron, więc to chyba błąd przy niepełnym wprowadzaniu jej zmiany :)

 

w którym sześcioletni Adaś czekał na niego, żeby móc opowiedzieć o przygodach w szkole

Nazwy własne sugerują raczej amerykańskie/angielskie realia, więc to polskie zdrobnienie trochę wybija.

 

Na początku sądził, że wszyscy się popili i zasnęli, ale prędko zrozumiał, że patrzy na trupy.

Się popili? Chyba warto to “się” wyrzucić, bo w tym akapicie są potem jeszcze 2x się

 

Ciekawa koncepcja. Na początku trzeba się trochę wgryźć, nie kupiło mnie to opowiadanie od razu, ale im dalej w las, tym lepiej. Całość stoi dobrymi opisami, ale szkoda, że lepiej nie wybrzmiała relacja ojca i syna, bo chociaż jest najistotniejsza, to mam jednak wrażenie, że ostatecznie tylko zarysowana. Mimo wszystko bardzo satysfakcjonująca lektura :)

 

 

Those who don't believe in magic will never find it

Nowa Fantastyka