- Opowiadanie: prosiaczek - Zamki w głowie

Zamki w głowie

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

Zamki w głowie

 

Rozchylonymi kotarami do salonu przenikało popielate światło dnia. Żyrandole skrzyły, podobnie kieliszki z rżniętych kryształów, stojące na długim stole między niezliczonymi daniami. Wonie pieczeni, dymu z cygar oraz whisky przesycały powietrze, wgryzały się w karminowy obrus, atłasowe obicia krzeseł i tapiserię ścienną przedstawiającą walczące postacie.

Było duszno. Na czołach biesiadników perlił się pot. Usta nerwowo drgały. Sztućce trzymane w upierścienionych dłoniach kroiły mięso, zgrzytały po zastawie; a może to zęby ścierały niewypowiedziane słowa? Ktoś komuś siedzącemu obok nalał z imbryku do filiżanki herbaty, rozlewając trochę na obrus. Wszyscy milczeli, lecz przestrzeń wypełniały dźwięki mlaskania, siorbania, przeżuwania. Jakby cofnęli się do fazy oralnej. Chrząknięcia, westchnięcia, wszystkie odgłosy niczym nuty splatały się w osobliwy muzyczny utwór. Napięcie malowało się na twarzach, rysowało w naprężeniach ciał obleczonych w szykowne stroje.

Adam, gospodarz, podszedł do okna, wyjrzał na oblany słońcem ogród. Wiązy, krzewiny, chabry, grążele na stawie – wszystko zamarło. Ruch przeniósł się do tej przeklętej sali, nad którą w ciemnym pokoju na drugim piętrze pracowała Maria. A przynajmniej tak sądzili goście. Spotykali się tu co rok, żeby zacieśniać więzi, każde opowiadając o swym pełnym przygód życiu. Tym razem w posiadłości zjawili się z innego powodu.

Mężczyzna z rudymi loczkami przetarł chustką usta i zabrał się za winogrona. Ostatnie podrzucił, wygiął bawoli kark do tyłu, i się owocem zadławił. Część gości zignorowała to, część spojrzała z niesmakiem. Mężczyzna złapał się za gardło, wstał, usiadł z powrotem, czerwony na twarzy jak truskawka. W panice rozejrzał się, szukając pomocy, ale spotkał jedynie chłód, podobny do chłodu zimnych nóżek, które chwycił dłonią i wepchnął do ust, chcąc do końca pozostać sobą – niepohamowanym żarłokiem.

Adam wstrzymał oddech. Przetarł chusteczką czoło. Czekał na to, co się dalej wydarzy. Goście chcieli poznać Marię. Dostąpić tego zaszczytu miały tylko osoby, które na Milczącej Uczcie wytrwają w ciszy.

Siwowłosa dama wstała, przeżegnała się, przewróciła rudego trupa na podłogę i wepchnęła ciało pod stół. Musiała się trochę przy tym nagimnastykować, gdyż denat szczycił się nad wyraz pokaźną tuszą. Po wszystkim, wciąż dysząc i blada z wysiłku, kobieta wróciła na swoje miejsce. Adam w podziękowaniu skinął lekko głową.

Zostały jeszcze cztery osoby, pomyślał, wzdychając. Usiadł między szczupłym wąsaczem a przyszywaną ciotką Yoko. Wąsacz, Mirko, wodził po biesiadnikach spojrzeniem oliwkowych oczu, jedną ręką co chwilę poprawiając upomadowane włosy, drugą trzymając kieliszek wina, które sączył z czymś na kształt chłodnego ukontentowania. Urękawiczone dłonie ciotki nieustannie poprawiały coś na stole – musiało być idealnie równo. Ruchy miała pretensjonalne jak imię – nie była wszak japonką, jedynie fascynowała ją ich kultura; kimono, makijaż, spięcie włosów – ta dbałość o szczegóły zachwycała.

– Ohyda – mruknął Mirko. Zreflektował się i natychmiast zamilkł.

Goście utkwili w nim spojrzenia. Na moment wszystko zamarło. Ktoś głośno przełknął.

Po chwili znów jedli.

Adam zerknął na okno, bo zaświeciły się tam ekrany.

 

 

***

 

 

Boisz się śmierci? Pragniesz długiego życia? Zapisz się na konsultację, na której dowiesz się, jak działa Mentalny Pstryczek. To sprawdzona, dopasowana do Twoich potrzeb, całkowicie bezpieczna metoda.

PS Jaki jest Twój ulubiony kolor?

 

Pielęgnujmy przyszłość!

 

Synaptyczny Zamek Inc.

 

 

***

 

 

Posiadłość wgryzła się w wysoką skarpę. Była strzelista i zakrzywiona, przez co wyglądała, jakby chciała chwycić niebo i wydostać się z ponurego lasu. Stare dębowe bele, z których ją zbudowano, wydzielały intensywną woń. Na piętrze jaśniejące łuną okna przypominały tłuste świetliki. Trzeci poziom tonął w mroku. Spadzisty dach dekorowało wielkie, pieczołowicie uwite gniazdo, w którym przycupnął olbrzymi bocian. Ptak rozłożył skrzydła, klekocząc.

Alain Woodward wspiął się tam, splunął tytoniem, jednocześnie zły i zadowolony, że w końcu odszukał to miejsce. Poprawił plecak turystyczny i bez pukania wszedł do ciemnego pomieszczenia tonącego w papierosowym dymie. Drzwi za nim bezgłośnie zamknęły się same.

Na środku salonu, między skórzanymi fotelami, stał wielki zegar. Głośno i czysto wybijał leniwy rytm dnia. Alain przeszedł przez wielki salon udekorowany martwą fauną leśną – ze ściany nad szemrzącym kominkiem spoglądały głowy jeleni, podłogę wyścielały dywany drapieżnych kotów, a wrażenia dzikości dopełniały wypchane mniejsze zwierzątka – i znalazł się z drugiej strony domu, na balkonie, z widokiem na opadające delikatnie zbocze, na końcu którego rósł ogród.

Michael Bees siedział na bujanym fotelu, odchylony, z nogami skrzyżowanymi na stole. Średniej długości brunatne włosy poprzetykane pasemkami siwizny zaczesane miał do tyłu i usztywnione brylantyną. W męskich, zadbanych dłoniach trzymał cynowe puzderko.

– Dawno się nie widzieliśmy – powiedział łagodnym głosem.

Alain widział Michaela od tyłu, pod lekkim skosem, toteż nie mógł odgadnąć nastroju mężczyzny. Choć głos sugerował rozczarowanie. Że tak późno tu dotarłem? Czy że za prędko? Oparł się o ścianę domu.

– Z wiekiem potrzeba kontaktu z ludźmi maleje – odparł sarkastycznie, dając Michaelowi czas do namysłu.

Przestrzeń przeciął melodyjny ptasi śpiew. Bees zanucił coś pod nosem.

– Wcięło cię na długo, przyjacielu – powiedział.

Alain westchnął, pozwolił sobie na grymas, korzystając z okazji, że Michael go nie widzi. Nie wiedział, co musi zrobić, żeby wkraść się w łaski mężczyzny. Za to doskonale zdawał sobie sprawę, że nikt za nikim tu nie tęsknił. Nie odpowiedział. Spojrzał na ciągnący się po horyzont ogród. Czysty, jasny, kontrastujący z ponurym starodrzewem.

– Co robiłeś przez ostatnie lata?

Alain podrapał się po szczecinie. Spojrzał na swoje brudne paznokcie, których od pewnego czasu nie mógł doczyścić. Co miałem robić poza tułaczką w bezkresnym lesie?

– Wiesz, po co przyszedłem. Chcę zobaczyć Marię.

Eleganckie buty na stole nieznacznie się poruszyły. Michael dotknął dłonią twarzy, jakby sprawdzał, czy nie pojawiło się na niej coś niepożądanego.

– Chyba chciałeś powiedzieć, że chcesz ją poznać. Zobaczyć sugeruje, że już się znacie. Albo, czego wolałbym nie zakładać, że traktujesz ją przedmiotowo.

– Maria…

– Ma bardzo dużo pracy i jest zmęczona – uciął Michael. – Musisz być cierpliwy. Nie ty jeden chciałbyś dostąpić tego zaszczytu.

Zdjął nogi ze stołu, usiadł w pozycji dorożkarza. W dłoniach obracał cynowym puzderkiem. Zastanawiał się. Wiatr zmienił kierunek i Alain wyczuł w powietrzu zapach jego perfum – piżma, wanilii, drewna brzozowego, jaśminu. Znów doświadczył w jelitach nieprzyjemnego przelewania treści pokarmowej.

– Dobrze wiesz, że lubię, kiedy wszystko chodzi precyzyjnie jak w zegarku – rzekł spokojnie Bees. – Do posiadłości ludzie przychodzą przeważnie na zjazd rodzinny. Dziś jednak są tu dla Marii.

Tak, wiem, co lubisz, pomyślał z przekąsem Alain. Świat od linijki, poukładany niczym domek dla lalek. Albo-albo, nic pomiędzy, z wyjątkiem tego salonu, stanowiącego granicę między zepchniętym a ujawnionym. Uśmiechnął się krzywo i rzucił na stół paczuszkę z zebranymi grzybami.

– Zakładam, że ci się skończyły.

Michael podziękował. Kiedy wstawał, schowawszy cynowe puzderko do kieszeni, jego skórzana kurtka napięła się na szerokich barkach i zaskrzypiała. Niespiesznie podszedł do barierki balkonu, zacisnął na niej dłonie.

– Chcę, żebyś był ze mną szczery. Powiedz, dlaczego chcesz ją poznać?

Woodward ostrożnie zbliżył się do balustrady. Spojrzał w dół. Ze zbocza wystawały korzenie. Zastanowił się, czy udałoby mu się dzięki nim zejść do ogrodu. Gdzieś tam dalej mógłby zbudować dom i osiąść w nim na starość. Gdyby Adam pozwolił…

– Jestem ciekawy – skłamał.

– Wiesz, że nie wszystkim daję szansę.

– Najpierw trzeba cię zmiękczyć.

– W rzeczy samej. A grzybki to miły prezent, lecz niewystarczający.

– Zrobić ci masaż?

– Spędź ze mną trochę czasu. Muszę cię lepiej poznać.

Michael odwrócił się nagle i ruszył do salonu.

– Zrzuć ten cholerny plecak. Zrosłeś się z nim?

Wszedł do salonu, Alain podążył za nim, czując nagłe znużenie po latach tułaczki. Zastanawiał się, co powiedzieć, a czego nie mówić Beesowi. Postawił na trochę wazeliny, takiej, którą Michael przyjmie bez mrugnięcia okiem.

– Posiadłość to świetne miejsce dla zagubionych dusz.

Michael zajął się czymś w kuchni. Wziął z okna ząbek czosnku, imbir i jakieś zielsko, które włożył do moździerza. Zgniótł produkty, wymieszał, łyżeczką przeniósł na spodeczek. Ruchy miał pewne, metodyczne.

– Cieszę się, że się w tym zgadzamy – mruknął. Spojrzał w stronę schodów, potem na Alaina. Zielone, kocie oczy robiły wrażenie szlachetnych. – Wiesz, że ze wszystkich gości ciebie wywiało najdalej?

Alain zrzucił z ramion plecak i usiadł na kanapie. Pomimo znużenia miał wrażenie, że coraz łatwiej mu zebrać myśli. Zegar, wybijając leniwy rytm, zdawał się porządkować je niczym skryba przepisujący zakurzone księgi. Stary, z postępującą zaćmą, lecz wciąż wystarczająco sprawny.

– Nie chciałem tego – powiedział.

– Och, oczywiście, że nie. Lecz powrót to już twoja decyzja. Uparty jesteś.

Tak samo jak ty byłeś bezwzględny, pomyślał Alain. A teraz pytasz się, czy wiem, że z premedytacją porzuciłeś mnie w najgłębszych czeluściach lasu.

– Minęło wiele czasu – kontynuował Michael, krzątając się po kuchni. – Bardzo długo byłeś sam. Na pewno się zmieniłeś. Chciałbym, żebyś mi o tym opowiedział.

Alain przełknął ślinę. Wiedział, że ma niewiele czasu, aby przekonać do siebie Michaela. Jeśli nie zdąży, uczta dobiegnie końca i nawet jeśli Bees wreszcie go wpuści na górę, nie spotka tam już syna. Myśl o Adamie sprawiła, że poczuł gwałtownie wzbierające łzy. Połknął je i dopiero teraz zrozumiał, jak bardzo jest głodny.

Bees podszedł z tacą, z której unosiła się para.

– Podano do stołu.

Ślimaki w maśle czosnkowo-pietruszkowym wyglądały wyśmienicie.

 

 

***

 

 

Dziękujemy za zainteresowanie Mentalnym Pstryczkiem. Cieszy nas każdy otwarty umysł. Dzięki Tobie dla kogoś wszystko będzie możliwe!

Twój umysł stanie się nowym domem dla potrzebującego człowieka. Brzmi jak powód do dumy. Ponadto dwa i pół procent zysku z operacji wpłynie na Twoje konto.

PS Zielony to kolor symbolizujący spokój, nadzieję oraz odnowę. Dobry wybór!

 

Zadbamy o Twoją ciągłość!

 

Synaptyczny Zamek Inc.

 

 

***

 

 

Na salę wjechały wózki z odkrytymi tacami pełnymi morskich frykasów. Kalmary, krewetki, ostrygi, mule, algi – zapachy splotły się w aromatyczny warkocz; ten prawdziwy, rudozłotych włosów, lawirował między talerzami, jakby młoda dziewczyna świadomie i sprawnie przechylała głowę tak, aby nie ubrudzić lśniących końcówek.

Mirko gładził wąsa i spoglądał na nią głodnym wzrokiem. Talerz z sarniną odsunął z niesmakiem. Nabrał bowiem zgoła innego apetytu, który sprawił dwie rzeczy – pomalował policzki pąsem i puścił w nerwowy ruch nogę pod stołem.

Yoko wróciła do stołu z langustą na talerzu, którą rozparcelowała szczypcami, widelczykiem i dłonią. Wydawała odgłosy kulinarnego ukontentowania, oblizując po kolei palce, niby grając na osobliwym instrumencie.

Za oknem nieboskłon spuścił kotarę, zapadł zmierzch. W ogrodach rozbłysły światła, wydobywając z mroku ścieżki prowadzące między bujnym kwieciem. Adam odwrócił od tego widoku spojrzenie i znów skupił uwagę na sali i gościach. Dlaczego zgodził się ich tu zaprosić? Dlaczego użyczył im swej przestrzeni? Był coraz mocniej tym wszystkim zmęczony. Kiedy wreszcie pójdą sobie precz? No i, do diabła, gdzie podziała się Maria?

Rudozłota dziewczyna zaśmiała się perliście, zwracając na siebie uwagę niejednej osoby. Z ruchem pełnym gracji wysunęła drobne stópki z modnych koturn. Weszła na krzesło – zachybotało się – a z niego na stół, rozkładając ramiona, żeby złapać równowagę. Wygładziła czerwoną suknię i ruszyła między daniami, wśród oburzonych westchnięć i dźwięków będących wyrazem niezadowolenia lub zaskoczenia.

Mirko drżącą dłonią wyjął z kieszeni lusterko. Niecierpliwymi ruchami próbował ustawić je tak, by wyłapało z przestrzeni sekret dziewczyny.

Yoko przeżegnała się i trąciła palcem czapkę, z której spłynęła czarna woalka. Nie chciała patrzeć na obscenę, o czym dobitnie świadczyły wygięte w podkowę usta.

Siwowłosa dama, która kilka godzin temu wepchnęła pod stół denata, postanowiła zareagować. Wstała i zaczęła obchodzić stół tak, żeby móc pochwycić Rudozłotą dziewczynę. Ta chodziła między daniami i trunkami, co chwilę się pochylając, kucając, jakby zgubiła coś cennego w trawie.

Adam zerkał w stronę schodów, mając nadzieję, że zobaczy schodzącą z drugiego piętra Marię. Z pewnością w mig ogarnęłaby ten cyrk. Teoretycznie mógłby ją wezwać. Problem w tym, że Maria od pewnego czasu nie zawsze była dostępna na mrugnięcie oka. Coś się zmieniło.

Chwycił butlę wina i pociągnął tęgi łyk. Po co użyczyłem im swej głowy? I to tylu osobom? Istne szaleństwo. Owszem, potrzebował pieniędzy, lecz zrobił się zbyt zachłanny. Dziesięcioro znajomych ojca, pragnących oszukać śmierć, zamieszkało w okolicy. A teraz jeszcze ten zjazd rodzinny, na którym wszyscy ci idioci grali w jego grę z mityczną Marią w roli głównej.

Gdy jego twarz została muśnięta przez czerwoną suknię, przypomniał sobie imię rudowłosej dziewczyny. Letycja poruszała się na stole niczym kot. Nic nie przewróciła, niczego nie trąciła. Co najwyżej musnęła coś rąbkiem sukni, pochylając się nad kolejnym trunkiem, który wpadł jej w oko. Adam musiał przyznać, że jest zjawiskowa. Podniosła butlę niebieskiego likieru, wzięła niewinny łyczek, odstawiła naczynie i ruszyła dalej. Tuż nad bosą stopą, na kostce, lśniła złota bransoletka.

Siwowłosej damie udało się wreszcie pochwycić Letycję. Dziewczyna cudem złapała równowagę. Zmarszczyła brwi, stając w rozkroku, na co skwapliwie czekał Mirko; ustawił lusterko, spojrzał w nie, a potem wydarzyło się kilka rzeczy jednocześnie. Siwowłosa wpadła łokciami w duszone grzyby. Szok na jej pociągłym obliczu ustępował jedynie minie Mirka, który wreszcie uchwycił w szkiełku to, na co tak zaciekle polował. Letycja jęknęła i z kocią gracją przebiegła przez stół, zeskoczyła na podłogę, by pobiec do łazienki. Mirko z czerwonego na obliczu zrobił się blady i zamarł w bezruchu, wpatrzony w lusterko, jakby wciąż coś tam widział.

Adam poczuł pod nosem wilgoć. Przetarł chusteczką krew, z każdą minutą coraz bardziej zmęczony uroczystością. Nie utrzymam ich tylu. To dla mnie zbyt wiele.

Uchylonym oknem wpadało różane powietrze. Żyrandol leciutko się bujał, skrząc kryształem. Świece na stole zdawały się coś szeptać. Goście bawili się dalej bez słów.

 

 

***

 

 

Przez pewien czas po operacji, przeważnie miesiąca, będziesz musiał zostać w placówce. To rutynowa procedura. Dbamy o Twoje zdrowie. Później, przez cały okres, czyli przeważnie do końca Twojego obecnego życia (wierzymy, że kiedyś sam pozwolisz nam się pstryknąć), masz zagwarantowany darmowy serwis. All inclusive!

Niedługo neurozłączem prześlemy umowę.

PS Jaki jest Twój ulubiony zapach?

 

Nie kończ się!

 

Synaptyczny Zamek Inc.

 

 

***

 

 

Wydawało mu się, że z tej perspektywy, siedząc na werandzie z kubkiem kawy, widzi las po raz pierwszy w życiu – gęsty i ciemny niby spowity czarnym dymem, ciągnący się aż po mglisty horyzont.

Wcześniej Michael uciął sobie drzemkę na kanapie w salonie. Alain wykorzystał wtedy okazję i poszedł na piętro. Schody skrzypiały i kilka razy odwracał się, pewny, że Bees się obudził. Na szczęście spał jak zabity. Drzwi, dębowe, ciężkie, okazały się zamknięte na podwójny zamek. Z mocno bijącym sercem zszedł z powrotem na dół i zaczął rozglądać się za kluczem. Przeszukał szuflady i szafy, zakamarki i wszelkie nieoczywiste miejsca, takie jak cukierniczka z symbolem nieskończoności. Niestety trud był daremny. Później, nie mogąc zasnąć, wyszedł na zewnątrz, ciągnięty niezrozumiałą nostalgią.

Teraz przechylił kubek i długo trzymał aromatyczny napar w ustach. Zrobiło się ciemno, z góry z okien spłynęła licha łuna. Goście bawili się, jednocześnie walcząc o przywilej poznania Marii. Alain oszukał Michaela, że jemu również zależy na spotkaniu z tajemniczą kobietą. W istocie pragnął zobaczyć Adama, który obiecał mu kiedyś pojednawcze spotkanie. Woodward nie rozumiał, co syn miał na myśli. Mężczyzna wątpił, czy zasługuje na kontakt z własnym dzieckiem, więc o żadnym miłym geście nawet nie marzył, tym bardziej o spotkaniu.

Las zespolił się z nocą, choć i tak wydawał się mroczniejszy niż niebo. To tam Alain spędził ostatnie cztery lata. Najpierw zaproszony do świata syna, potem wygnany poza granice świadomości. W pewnym sensie żyło mu się w lesie lżej. Miał problem z zebraniem myśli, również tych związanych z Adamem. Tu natomiast wszystko wróciło ze zdwojoną siłą. Żal i rozczarowanie rozlały się za mostkiem i w brzuchu, zastygły tam niczym cement. Niewzruszone, jak niewzruszony był Alain, kiedy relację z synem mógł jeszcze uratować, zanim ta zakrzepnie niby posąg bólu.

Na górze rozległ się hałas. Coś uderzyło w okno.

– Piękna noc – ciszę przeciął aksamitny głos.

Michael opierał się o futrynę. Wyglądał na pobudzonego i czujnego, jakby wcale nie zrobił sobie drzemki.

– Kto jest na górze? – zapytał Alain.

– Przecież wiesz.

– Nie wszystko pamiętam.

– Rodzinka.

Alain spojrzał pytająco.

– Twoi przyjaciele – wyjaśnił Michael.

– Adam dał nowe życie wszystkim?

– Niemalże. To szlachetny gest.

Alainem wstrząsnął dreszcz. Splótłszy ramiona, przeciągle westchnął i rzekł:

– Nie wydaje mi się, żeby to było bezpieczne. Większość pomieszcza w sobie jedną, góra dwie osoby. Od początku nie podobał mi się ten pomysł.

– Szkoda, że wcześniej nic cię nie interesowało.

– Czy to nie grozi jakimś załamaniem?

Michael zapalił papierosa, zmrużył oczy i zawiesił spojrzenie na Woodwardzie.

– Nie chciałeś poznać Marii? – zapytał badawczo, ale Alain kontynuował swój temat:

– Dlaczego Adam zgodził się na takie ryzyko? Chodzi o pieniądze? Mógłbym dać mu tyle, ile by zażądał.

– Zakładam, że wtedy potrzebował od ciebie czegoś innego. A teraz jesteście tutaj…

Na dachu zaklekotał bocian. Mroczne myśli zasnuły umysł Alaina. Chciałby nadrobić stracone chwile. Przytulić syna. Teraz, gdy znalazł się w jego głowie, paradoksalnie nigdy nie czuł się tak daleko. Czasami patrzymy w oczy kochanej osoby i zdajemy sobie sprawę, że nic nie rozumiemy.

Ale przynajmniej wydostał się z nieświadomości.

Spojrzał na ciemny jak studnia las i natychmiast wrócił do posiadłości.

Lunął deszcz.

 

 

***

 

 

Poprosiłeś o dokładne wyjaśnienie tego, jak działa Mentalny Pstryczek, spieszymy więc z wyjaśnieniami!

Nie, nie tworzymy równoległych neuronów dla drugiej osoby. To byłoby zbyt obciążające dla gospodarza. Ponadto zwiększałoby ryzyko glejaka.

Jak zatem robimy to w Synaptycznym Zamku? Skanujemy aktywność umysłu umierającej osoby. Na podstawie tego planujemy w Twoim mózgu przestrzeń potrzebną do przeniesienia. Rozszerzamy działanie synaps Gospodarza, różnicując neuroprzekaźniki i dodając kilka nowych. Impulsy elektryczne są oczywiście zawsze takie same, a neuroprzekaźniki tworzą kontekst. Można pomyśleć, że zrobi się tłoczno, ale mózg ma zdumiewającą przepustowość!

Nie chcemy Cię, Adamie, zanudzić, dlatego szczegółowe wyjaśnienia przesyłamy w załączniku.

PS Lawendowy to piękny zapach. Artystyczny!

 

Rozszerzamy to, kim jesteś!

 

Synaptyczny Zamek Inc.

 

 

***

 

 

Uczta trwała w najlepsze. Salę wypełniały śmiechy, chrząknięcia, siorbanie. Siwowłosa dama mlaskała językiem. Posiadłość skrzypiała, jakby nie mogła do końca osiąść w ziemi. Za oknami świszczał wiatr. Kiedy zegar wybił północ, biesiadnicy wstrzymali oddechy i spojrzeli w kierunku schodów, żywiąc nadzieję, że ukaże się tam Maria. Nic się nie wydarzyło, zatem wrócili do uprzyjemniania sobie oczekiwania.

Mirko stężał w przechylonej pozycji, z lusterkiem w dłoniach. Ktoś zamknął mu oczy, żeby upiornym spojrzeniem nie psuł nastroju. Siwowłosa dama dodatkowo zrobiła mu makijaż, aby wyglądał jedynie na śpiącego. Goście zwolnili z piciem alkoholu. Yoko uszykowała wszystkim kawę. Podawała napar z namaszczeniem i szacunkiem, jakby była gejszą.

Adam zastanawiał się, czy to możliwe, żeby poznali Marię. W jakiej postaci im się objawi? Kobiety? Zwierzęcia? Odbicia światła w kieliszku? Wiedzieli, że Maria strzeże tego świata. Jest oprogramowaniem, dzięki któremu mogli zamieszkać w głowie Adama. Bez niej nic nie byłoby możliwe. Chcieli ją poznać z różnych pobudek, ale jedną z nich stanowiła potrzeba większego wpływu na własny los. W końcu kto nie chciałby lepiej zrozumieć Boga i wkraść się w jego łaski?

Adam usiadł na bujanym fotelu w kącie sali. Musiał co rusz wycierać krew sączącą się z nosa. Ile jeszcze wytrzyma? Uśmiechnął się, przerzucając myśli na ojca. Dotąd wypierał go ze świadomości. Wolał, żeby Alain nie istniał. Teraz chciał, aby doszło do tego spotkania. Kiedyś mu je wręcz obiecał. Pewne tematy nie mogą pozostać otwarte. Wymagają domknięcia, choćby symbolicznego.

Z łazienki, w której spędziła blisko godzinę, wyszła Letycja. Przeczesała salę bystrym spojrzeniem, wyłuskała z przestrzeni Adama i żwawo ruszyła w jego stronę. Zatrzymała się tuż przed nim, ze wściekłą miną. Rozwinęła rolkę papieru toaletowego. Szminką napisała na niej „Ile jeszcze mamy milczeć? Dlaczego nie możemy mówić?”.

Adam uśmiechnął się blado. Nie mógł powiedzieć, że oszczędzał ośrodek mowy w mózgu, z którym ostatnio, w związku z niedokrwiennym udarem, było gorzej. Wpadliby w panikę. Rozłożył ramiona w geście bezradności, podtrzymując wcześniejsze słowa, jakoby taką regułę wymyśliła Maria.

Letycja zmięła papier w kulkę i rzuciła mu nią w twarz.

Adam przyłożył chusteczkę do nosa.

W tym czasie Yoko, niosąc kolejną filiżankę kawy, zatoczyła się i uderzyła głową w okno. Goście spojrzeli na nią w drapieżnym oczekiwaniu. Yoko, zalana rumieńcem tak silnym, że przebijał nawet przez białą maskę makijażu, ukłoniła się, poprawiła kimono i wzięła się za sprzątanie rozlanej kawy.

Potłuczoną filiżankę zbierała drżącymi dłońmi.

 

 

***

 

 

Dotychczas w historii projektu gospodarz pomieścił maksymalnie trzy osoby. Ty chcesz, Adamie, więcej. Szanujemy to! Odnośnie pytania, czy to bezpieczne – absolutnie tak. Prowadziliśmy szeroko zakrojone badania i nie widzimy przeciwwskazań. Możliwe nawet, że w przyszłości jeden gospodarz będzie mógł stanowić dom dla setek istnień. No, ale zejdźmy na ziemię i zajmijmy się Twoim przypadkiem.

PS Z ankiety wynika, że uwielbiasz ptaki. My też kochamy zwierzęta, dlatego jesteśmy ciekawi, czy masz swój ulubiony gatunek.

 

Twój umysł – wspólna przestrzeń!

 

Synaptyczny Zamek Inc.

 

 

***

 

 

Deszcz bębnił w szyby jak znerwicowany pacjent szpitala psychiatrycznego. Ulewa trwała nieprzerwanie, ani na chwilę nie słabnąc. Martwe zwierzęta w salonie zdawały się bacznie obserwować Alaina, który w napięciu krążył od okna do stojącego pod ścianą zegara. Michael intensywnie palił cygaro, zrobiło się duszno, dym spowił przestrzeń gryzącym całunem.

– Widziałem tego wielkiego bociana na dachu – powiedział Alain. – Nie myśleliście, żeby go przepłoszyć?

Michael zaśmiał się.

– Wiem, wygląda groźnie. Ale to dla Adama ważny symbol.

Alain zatrzymał się, uniósł brwi.

– Płodności – wyjaśnił Bees. – W końcu któż pomieściłby tyle osobistości, co Adam?

Czas płynął dalej. Woodward zanurzył się w bolesnych wspomnieniach. Pamiętał, jak wracał późnym wieczorem do domu, w którym sześcioletni Adaś czekał na niego, żeby móc opowiedzieć o przygodach w szkole. Pierwszej laurce namalowanej dla rodziców. Zabawie w chowanego podczas lekcyjnej przerwy. Przegranej bójce z kolegą, więc potrzebował taty, żeby pomimo wstydu, zamiast połykać łzy, dać im popłynąć i zaakceptować trudne doświadczenie. Czasami chłopiec wypowiadał kilka słów i zasypiał. Częściej jednak nie doczekiwał powrotu ojca, zajętego pracą lub spotkaniami z przyjaciółmi. Goście zawsze byli ważniejsi.

Woodward tęsknił za synem. Wspomnienia te trącały w nim bolesne struny. Były również takie, które je szarpały – dojrzewający Adaś mierzył się z niezasłużoną krytyką, a później, gdy po wyprowadzce z rodzinnego domu nie radził sobie w życiu, Alain do bagażu cierpień syna dorzucił swój chłód emocjonalny, ten bolesny dystans, rosnący jak pociąg odjeżdżający do ciepłych dni. I znieczulicę, kiedy syn znalazł się w kryzysie bezdomności.

Michael nagle poderwał się z sofy, odchrząknął i wyjął z kieszeni puzderko. Otworzył je, by wyciągnąć zeń zdobny klucz.

– Otwiera drzwi do piętra – powiedział Bees. – Sądzę, że najwyższy czas, abyś poznał Marię.

– Czym sobie zasłużyłem?

– Dotarłeś tu i poczekałeś. Musiała nadejść odpowiednia pora.

Po latach tułaczki w lesie, Alain teraz poczuł się nierealnie, ponieważ tak łatwo poszło z Michaelem, którego przekonanie dotąd jawiło mu się jako najtrudniejszy egzamin.

Bez słowa wziął klucz i ciężkim krokiem ruszył na górę. Nie wiedział, czego się spodziewać.

 

 

***

 

 

Pytałeś, co w sytuacji, jeśli będziesz chciał się wycofać. Cóż, niestety nie ma drogi powrotu z raz obranej ścieżki. Ale zapewniam cię, że nie będziesz chciał tego robić. Zanim zaczniemy, zapoznasz się z profilami gości. W końcu nie wszystkim otwiera się drzwi i nie wszystkich zaprasza do środka.

Dzięki stworzonemu przez nas mostowi będą możliwe spotkania z gośćmi w tak zwanej neuronalnej przestrzeni. Ułatwi to asymilację. Jak często? Co rok subiektywnego czasu neuronalnej przestrzeni.

PS Bocian to świetny wybór!

 

Podziel się sobą!

 

Synaptyczny Zamek Inc.

 

 

***

 

 

Krew nie przestawała się sączyć. Adam przyłożył chusteczkę do nosa i podchodził do krewnych, starając się ich uspokoić. Spojrzeniem, niepewnym uśmiechem, dotykiem dłoni. Wiedział, że powoli nadchodzi koniec uczty. Czuł słabnącą wolę Michaela, który niedługo wpuści na górę Alaina.

W tej chwili miał inne zmartwienie. Stała przed nim siwowłosa kobieta. Otwierała usta, próbując coś powiedzieć, ale słowa uwięzły dużo głębiej niż w gardle. Nie mogła wyartykułować swej pretensji. I wtedy coś w nim pękło. Chociaż zdawał sobie sprawę, że to nieprawda, nie potrafił dłużej tłumić tkwiącego w głębi duszy przekonania, iż to nie są prawdziwe osoby, tylko cholerne kopie. Oryginały dawno temu umarły. Rozejrzał się po sali, wściekły, że przez własną głupotę wpakował się w ten ambaras.

Rozmazawszy dłonią makijaż i łzy, Letycja chwyciła koturn i ruszyła w stronę okna. Straciła dotychczasowy teatralny wdzięk, ruchy stały się niezborne – chybiła i zamiast w szybę, uderzyła butem we framugę.

Siwowłosa stuknęła Adama palcem w pierś. Raz, drugi, trzeci, w niemym wyrzucie, z furią w oczach. Otaksował ją, jakby oceniał teatralny rekwizyt, po czym chwycił za ramiona, potrząsnął i z całej siły pchnął przerażoną kobietę na stół. Rąbnęła tyłem głowy w srebrny puchar. Nie miał wyrzutów sumienia. Wiedział, że w tym świecie śmierć nie jest ostateczna…

Rozległ się trzask tłuczonej szyby. Letycja wygramoliła się na zewnątrz i z krzykiem przerażenia sturlała dachówką, spadła i uderzyła o ziemię.

…ale goście przeczuwali, że tym razem będzie inaczej.

 

 

***

 

 

Zgodnie z życzeniem ustaliliśmy warunki przeniesienia Twojego ojca. Będziesz go widywał raz na dziesięć subiektywnych lat. Szanujemy Twoją prywatność. Cieszymy się, że zaakceptowałeś resztę gości.

PS Najwyraźniej skończyły się PS’y. Do zobaczenia po drugiej stronie.

 

Pielęgnujmy przyszłość!

 

Synaptyczny Zamek Inc.

 

 

***

 

 

Na przyjęciu Alain zastał istne pobojowisko. Na początku sądził, że wszyscy się popili i zasnęli, ale prędko zrozumiał, że patrzy na trupy. Zaczął rozglądać się po sali, z sercem na ramieniu, spodziewając się, że jedną z ofiar jest Adam.

Pod ścianą z ekspresem do kawy spoczywała na klęczkach drobna kobieta. W kimono, z rozpłatanym brzuchem, w kałuży krwi, przypominała posążek Buddy.

Spod stołu wystawały nogi korpulentnego człowieka.

Przez chwilę Alain nie rozumiał, co tak mocno świeci na stole. Dopiero zbliżywszy się do wąsatego mężczyzny, zrozumiał, że to kieszonkowe lusterko odbija rzęsiste światło żyrandola.

Na ziemi, pod wybitym oknem, leżały koturny. Na ostrych krawędziach strzaskanej szyby wisiał strzęp czerwonej tkaniny. Kiedy podszedł tam, dostrzegł jeszcze rudozłoty pąk włosów. Na zewnątrz robiło się jasno. Deszcz ustał, zostawiając po sobie kwaśne powietrze. Wilgotny horyzont połykał odlatującego olbrzymiego bociana.

Usłyszał skrzypienie schodów. Ktoś schodził z drugiego piętra. Kroki wybijały rytm jak metronom.

Zielona marynarka, dżinsy, zero jakichkolwiek ozdób poza skromną bransoletką – kobieta zatrzymała się na dole i powłóczyła spojrzeniem po sali. Emanowała aurą niezachwianej pewności siebie. Utkwiła wzrok zielonych oczu w Alainie.

– Witaj – uśmiechnęła się nieznacznie. – Jestem Maria.

– Gdzie jest mój syn?

Ruszyła w jego stronę. Potłuczone szkło chrzęściło pod jej bosymi stopami.

– Miałem się z nim spotkać – powiedział.

– Zobaczyć go – odparła Maria, z podziwem rozglądając się po sali. – To musiało się tak skończyć. Starałam się Adama chronić, ale… – Złapała się palcami za skronie. Alain dostrzegł na jej drobnej dłoni tatuaż. Średniowieczny zamek, w nim synapsa, w niej zamek na klucz. – Nie byłam już w stanie.

– Gdzie moje dziecko?

Maria zerknęła w stronę schodów.

Alain minął ją bez słowa i powoli wszedł na drugie piętro.

Kiedy otworzył drzwi, znalazł się nagle w dziwnym miejscu. Dużo większym, niż mógłby być pokój na drugim piętrze posiadłości. Na środku czegoś, co przypominało szpitalną salę, siedział podłączony do skomplikowanej aparatury człowiek.

Alain ruszył w jego stronę. Przestrzeń zdawała się powiększać niczym rana, która boleśnie się rozchodzi. Bał się, że jak zwykle się spóźnił. Że znów poległ w roli ojca. Zauważył zwisające z sufitu kable, te drobne podpięte do rdzenia przedłużonego pacjenta, te grube leżące na podłodze. Mimo braku okien było tu wyjątkowo jasno, co przywiodło wspomnienie galerii handlowej i jakiegoś sklepu z elektroniką – tylko że w tym miejscu na ekspozycji tkwił człowiek. Siedział na fotelu, był chudy oraz, w świetle dziesiątek ekranów ułożonych w kształt półkola, potwornie blady. Na jego szyi zamarła nabrzmiała tętnica.

Ekrany zamigotały i, jeden po drugim, zaczęły gasnąć.

Alain patrzył na swoje dziecko. Adam miał przechyloną głowę i szeroko otwarte oczy. Ojciec zrozumiał, że on też właśnie umiera i widzi ciało z zewnątrz. Śmierć kliniczna pozwoliła ostatni raz spojrzeć na syna.

Wyciągnął ręce, lecz nic nie zobaczył. Zerknął na własne nogi, których również nie było widać. Nie miał już ciała. Tak bardzo chciałby przykryć Adasia kocykiem. Gdzieś w najgłębszej części siebie poczuł łaskoczącą łzę.

Przytulił własne dziecko myślą.

 

Na ostatnim ekranie pojawiła się wiadomość.

 

Nie martw się. Jesteś bezpieczny.

PS Jakie lubisz zakończenia historii?

 

Synaptyczny Zamek Inc.

 

Koniec

Komentarze

i jakiegoś klepu z elektroniką

 

brakuje "s"

 

i jakiegoś sklepu z elektroniką

 

Wrócę z dłuższym komentarzem, bo na taki ten tekst zasługuje, a po prostu nie mam czasu – na razie idę kliknąć do biblioteki.

 

Pozdrawiam serdecznie

Do wszystkiego powyżej dodaj: moim zdaniem, nie wypowiadam cudzych zdań, chyba, że wyraźnie kogoś cytuję. // ksiegamiliona.pl // entropia nigdy nie maleje // Outta Sewer: Jim, in­dio­to Ty, nadal chyba nie ro­zu­miesz

Cześć, Jimie. Dzieki, poprawione. Ok :-)

 

 

Pozdrawiam serdecznie

Pęk włosów, wydaje mi się.

Podejrzewałem najpierw, że to wirtual. Oczywiście nośnikiem i generatorem komputer. Po dotarciu do informacji, że wszystko rozgrywa się w mózgu jednego człowieka, zacząłem podejrzewać, że skończy się ten eksperyment(?) tragicznie, co potwierdziło się.

Ciekawa i dosyć wiarygodnie przedstawiona koncepcja.

Kiedy napiszesz coś lekkiego, optymistycznego?

Pozdrawiam serdecznie.

Witaj. ;)

Kwestie techniczne i nasuwające się sugestie oraz wątpliwości (zawsze – jedynie do przemyślenia):

Ruchy miała pretensjonalne jak imię – nie była wszak japonką, jedynie fascynowała ją ich kultura; kimono, makijaż, spięcie włosów – ta dbałość o szczegóły zachwycała. – czy tu celowo małą literą?

Stare (przecinek?) dębowe bele, z których ją zbudowano, wydzielały intensywną woń.

Średniej długości brunatne włosy (i tu?) poprzetykane pasemkami siwizny (i tu?) zaczesane miał do tyłu i usztywnione brylantyną.

Czy (myślnik?) że za prędko?

Alain podrapał się po szczecinie. Spojrzał na swoje brudne paznokcie, których od pewnego czasu nie mógł doczyścić. Co miałem robić poza tułaczką w bezkresnym lesie? – czy myśli nie wyodrębnić kursywą?

Adam poczuł pod nosem wilgoć. Przetarł chusteczką krew, z każdą minutą coraz bardziej zmęczony uroczystością. Nie utrzymam ich tylu. To dla mnie zbyt wiele. – tu podobnie?

Zobaczyć sugeruje, że już się znacie. – kursywą lub ująć w cudzysłów?

Chcę, żebyś był ze mną szczery. Powiedz, dlaczego chcesz ją poznać? – powtórzenie?

Wstała i zaczęła obchodzić stół tak, żeby móc pochwycić Rudozłotą dziewczynę. – tu dopytam– czy na pewno miało być wielką literą?

Przez pewien czas po operacji, przeważnie miesiąca, będziesz musiał zostać w placówce. To rutynowa procedura. Dbamy o Twoje zdrowie. Później, przez cały okres, czyli przeważnie do końca Twojego obecnego życia (wierzymy, że kiedyś sam pozwolisz nam się pstryknąć), masz zagwarantowany darmowy serwis. – czy te powtórzenia celowe?

Wydawało mu się, że z tej perspektywy, siedząc na werandzie z kubkiem kawy, widzi las po raz pierwszy w życiu – gęsty i ciemny (przecinek?) niby spowity czarnym dymem, ciągnący się aż po mglisty horyzont.

 

 

Przy tym samym toku wyjaśnień podajesz dwojaką pisownię wyrazu: „gospodarz”, którą trzeba ujednolicić, bo niepotrzebnie tworzy błędy ortograficzne:

Nie, nie tworzymy równoległych neuronów dla drugiej osoby. To byłoby zbyt obciążające dla gospodarza. Ponadto zwiększałoby ryzyko glejaka.

Jak zatem robimy to w Synaptycznym Zamku? Skanujemy aktywność umysłu umierającej osoby. Na podstawie tego planujemy w Twoim mózgu przestrzeń potrzebną do przeniesienia. Rozszerzamy działanie synaps Gospodarza, różnicując neuroprzekaźniki i dodając kilka nowych.

Były również takie, które je szarpały – dojrzewający Adaś mierzył się z niezasłużoną krytyką, a później, gdy po wyprowadzce z rodzinnego domu nie radził sobie w życiu, Alain do bagażu cierpień syna dorzucił swój chłód emocjonalny, ten bolesny dystans, rosnący jak pociąg odjeżdżający do ciepłych dni. – tu dopytam: chodziło o dni?

Pod ścianą z ekspresem do kawy spoczywała na klęczkach drobna kobieta. W kimono, z rozpłatanym brzuchem, w kałuży krwi, przypominała posążek Buddy. – mam wątpliwość, czy wyraz: „kimono” jest nieodmienny?

Zauważył zwisające z sufitu kable, te drobne (myślnik?) podpięte do rdzenia przedłużonego pacjenta, te grube (i tu?) leżące na podłodze.

 

Trzymający do końca w napięciu, mocny, oryginalny pomysłem i wykonaniem tekst. :) Jestem pod wielkim wrażeniem. ;) Przy mnóstwie specyficznej fantastyki umiejętnie i celnie przemycasz bolesne relacje rodzinne, wspomnienia, żale, smutki…

Pozdrawiam serdecznie, podwójny klik, powodzenia. :) 

Pecunia non olet

Czego to ludzka głowa nie pomieści…

Zajmująco opisałeś szczególny eksperyment, a choć nie mogę powiedzieć, że wszystko zrozumiałam – bo nie pojmuję, jak można żyć w czyjejś głowie, mimo że się nie żyje, ale tłumaczę to sobie dobrej jakości fantastyką – czytałam mocno zaciekawiona losami postaci i choć postanowiłeś, że nie będzie dobrego zakończenia, uznałam lekturę za bardzo satysfakcjonującą.

Wykonanie pozostawia nieco do życzenia, ale mam nadzieję, że poprawisz usterki, bym mogła odwiedzić klikarnię i nominowalnię.

 

 …nalał z im­bry­ku do fi­li­żan­ki her­ba­ty… → …nalał z im­bry­ka do fi­li­żan­ki her­ba­ty

Tu znajdziesz odmianę rzeczownika imbryk.

 

i za­brał się za wi­no­gro­na. → …i za­brał się/ dobrał się do wi­no­gro­n.

http://filologpolski.blogspot.com/2016/11/brac-siewziac-sie-za-cos-brac-siewziac.html

 

co chwi­lę po­pra­wia­jąc upo­ma­do­wa­ne włosy… → Raczej: …co chwi­lę po­pra­wia­jąc napo­ma­do­wa­ne włosy

 

nie była wszak ja­pon­ką… → …nie była wszak Ja­pon­ką

 

Spadzisty dach dekorowało wielkie, pieczołowicie uwite gniazdo, w którym przycupnął olbrzymi bocian. Ptak rozłożył skrzydła, klekocząc.

Alain Woodward wspiął się tam, splunął tytoniem, jednocześnie zły i zadowolony, że w końcu odszukał to miejsce. Poprawił plecak turystyczny i bez pukania wszedł do ciemnego pomieszczenia tonącego w papierosowym dymie. → Nie ukrywam, Prosiaczku, że tu zgłupiałam, albowiem zrozumiałam, że Alain Woodward wspiął się do bocianiego gniazda i wszedł doń bez pukania. I przez chwilę byłam ogłupiała jeszcze bardziej, bo zobaczyłam bociana palącego cygara… :)

 

Oparł się o ścianę domu. → Ściana domu to chyba jest na zewnątrz, a tu rzecz dzieje się w pomieszczeniu, więc może wystarczy: Oparł się o ścianę.

 

W dło­niach ob­ra­cał cy­no­wym puz­der­kiem. → Co obracał puzderkiem?

Pewnie miało być: W dło­niach ob­ra­cał cy­no­we puz­der­ko.

 

Z ru­chem peł­nym gra­cji wy­su­nę­ła drob­ne stóp­ki z mod­nych ko­turn. → Wysunięcie stopy z buta jest ruchem; wykonujemy wtedy ruch, nie z ruchem.  Koturny są rodzaju męskiego, więc zdanie winno brzmieć: Ru­chem peł­nym gra­cji wy­su­nę­ła drob­ne stóp­ki z mod­nych ko­turnów.

 

Yoko prze­że­gna­ła się i trą­ci­ła pal­cem czap­kę, z któ­rej spły­nę­ła czar­na wo­al­ka. → Damy nie siadają do posiłku w czapce. Przypuszczam, że włosy kobiety zdobił fascynator.

Proponuję: Yoko prze­że­gna­ła się i trą­ci­ła pal­cem fascynator, z któ­rego opadła czar­na wo­al­ka.

 

żeby móc po­chwy­cić Ru­do­zło­tą dziew­czy­nę. → Dlaczego wielka litera?

 

grali w jego grę z mityczną Marią w roli głównej.

Gdy jego twarz została muśnięta przez czerwoną suknię… → Nie brzmi to najlepiej.

Proponuję drugie zdanie: Gdy poczuł na twarzy muśnięcie czerwonej sukni

 

Przez pe­wien czas po ope­ra­cji, prze­waż­nie mie­sią­ca… → Przez pe­wien czas po ope­ra­cji, prze­waż­nie mie­sią­c/ około miesiąca

 

Więk­szość po­miesz­cza w sobie jedną, góra dwie osoby. → Więk­szość po­mieści/ mieści w sobie jedną, góra dwie osoby.

 

Yoko uszy­ko­wa­ła wszyst­kim kawę. → Yoko przygotowała wszyst­kim kawę.

 

po­pra­wi­ła ki­mo­no i wzię­ła się za sprzą­ta­nie roz­la­nej kawy. → …po­pra­wi­ła ki­mo­no i zabrała się do sprzątania roz­la­nej kawy.

 

z krzy­kiem prze­ra­że­nia stur­la­ła da­chów­ką, spa­dła i ude­rzy­ła o zie­mię. → A może: …z krzy­kiem prze­ra­że­nia stur­la­ła się po da­chów­kach, spa­dła i ude­rzy­ła o zie­mię.

 

Naj­wy­raź­niej skoń­czy­ły się PS’y. → Naj­wy­raź­niej skoń­czy­ły się PS-y.

 

Za­czął roz­glą­dać się po sali, z ser­cem na ra­mie­niu… → Za­czął roz­glą­dać się po sali, z duszą na ra­mie­niu…

Wyrażenie „z duszą na ramieniu” to związek frazeologiczny, czyli forma ustabilizowana, utrwalona zwyczajowo, której nie korygujemy, nie dostosowujemy do współczesnych norm językowych ani nie adaptujemy do aktualnych potrzeb piszącego/ mówiącego.

 

W ki­mo­no, z roz­pła­ta­nym brzu­chem, w ka­łu­ży krwi… → W ki­mo­nie, z roz­pła­ta­nym brzu­chem, w ka­łu­ży krwi

 

do­strzegł jesz­cze ru­do­zło­ty pąk wło­sów. → A może: …do­strzegł jesz­cze ru­do­zło­te pasmo wło­sów.

 

ko­bie­ta za­trzy­ma­ła się na dole i po­włó­czy­ła spoj­rze­niem po sali. → Spojrzenie może być powłóczyste, ale nie wydaje mi się, aby spojrzeniem można powłóczyć

Proponuję: …ko­bie­ta za­trzy­ma­ła się na dole i potoczyła spoj­rze­niem po sali.

 

sie­dział pod­łą­czo­ny do skom­pli­ko­wa­nej apa­ra­tu­ry czło­wiek. → Raczej: …sie­dział człowiek, pod­łą­czo­ny do skom­pli­ko­wa­nej apa­ra­tu­ry.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka