- Opowiadanie: Giwer - Zmarzlik Rozdział I

Zmarzlik Rozdział I

Oceny

Zmarzlik Rozdział I

O Zmarzlikach i zimowych potworach

„Nie wszystkie stwory zapadają w sen zimowy. Niektóre właśnie wówczas budzą się do życia, gdy śnieg przykryje ziemię, a mróz skuje rzeki. Wtedy to, gdy wiedźmaki w swych siedliszczach odpoczywają, na straży ludzi stoją Zmarzlicy” (z encyklopedii Nihil novi, porządkowanie faktów powszechnie wiadomych – dla potomnych, Frater Augustinus Heremita)

 

Mróz trzymał wieś Szeptobór w żelaznym uścisku. Noc była gęsta i ciężka, lecz księżyc świecił jasną tarczą, rozlewając srebrzyste światło po zaspach. Śnieg odbijał ten blask, połyskując jak martwe szkło. Wiatr świszczał w szczelinach, niósł ze sobą skrzypienie belek i trzask gałęzi, a jego podmuchy smagały twarz Eberhardta, gdy otwierał drzwi chałupy.

Otto Eberhardt, zwany przez ludzi Pawiarzem, wyszedł na podwórze z ciężką szuflą. Odgarniał śnieg sprzed sieni, torując sobie przejście, sypiąc białe grudy na bok. Pies – czarny, ogromny gończy – krążył nerwowo wokół, chrapliwie dyszał i co chwilę zatrzymywał się, przekrzywiając łeb. Wiatr przejeżdżał po psiej sierści jak zimna dłoń, a jego warczenie ginęło w świszczących podmuchach.

Od kilku dni coś wyżerało mu stado. Nie byle jakie stado – Kiśce, ptaki rzadkie, barwne, sprowadzone z dalekich stron, obok nich pawie o ogonach jak wachlarze z klejnotów i gęsi srebrzyste, które ponoć klasztory hodowały dla królów. Każdy z tych ptaków wart był więcej niż chłopska chałupa.

Eberhardt myślał, że to lis. Chytry rudzielec, który nauczył się omijać sidła. Ale tej nocy, gdy usłyszał kolejne wrzaski ptaków, odłożył szuflę, chwycił za ciężką laskę nabijaną żelazem, zabrał z sieni rogową latarnię – lecz jej blade światło ginęło w srebrnym blasku księżyca, zostawił więc ją i ruszył dalej w stronę wolier. Wiatr szarpał jego płaszczem, a ścieżka prowadziła obok studni oblepionej lodem i stogu siana przykrytego grubą warstwą śniegu.

Z każdym krokiem narastał hałas: pawie wrzeszczały, gęsi trzepotały skrzydłami, a Kiśce wydawały przeciągłe, żałosne jęki. Eberhardt zmrużył oczy – w księżycowym świetle widział, jak ptaki miotają się w zamknięciu, jakby coś je przerażało.

Zatrzymał się. Najpierw dostrzegł tylko cień, ciężki i powolny, zlewający się ze śniegiem. Potem błysk – dwa zimne punkty światła, jak kawałki lodu obrócone w oczy.

Pies zawarczał, sierść na karku stanęła mu dęba. Wiatr zawył w tym samym momencie, jakby cała noc sprzysięgła się przeciw człowiekowi. Eberhardt zrobił krok, śnieg zaskrzypiał ostro, a z ciemności buchnęła para – gęsta, zimna, jak oddech samego mrozu.

Nie lis. Nie wilk. Coś większego stało przy wolierach, jakby głód zimy przybrał kształt i wyszedł na polowanie.

Eberhardt uniósł laskę, czując, że to nic nie da. To co zobaczył, nie było zwykłym zwierzęciem. Było czymś starszym, co pamięta czasy, gdy zima nie odpuszczała latami, a świat milczał pod białą skorupą.

Gończy jeszcze raz zawarczał, ale zaraz cofnął się, a potem rzucił się do ucieczki. Czarny olbrzym, który nie bał się wilków ani ludzi, biegł szybciej niż zwykle, znikając w ciemności, jakby sam księżyc nie mógł go zatrzymać.

Eberhardt został sam. Jego dłonie drżały tak, że laska wyślizgnęła się z palców. Upuścił ją na śnieg. Strach ścisnął go tak mocno, że poczuł ciepło spływające po udach – zsikał się w spodnie, nie mogąc tego powstrzymać.

A wtedy w blasku księżyca zobaczył, co robi stwór.

Bestia pochwyciła pawia. Rozdarła go jak szmatę, pióra rozsypały się w powietrzu niczym iskry, a krzyk ptaka zabrzmiał jak ludzki wrzask. Krew zabarwiła śnieg, ciemna i gęsta, parująca w zimowym powietrzu.

Eberhardt cofnął się, potknął o zaspę i runął na rzyć, aż śnieg prysnął spod niego. Poderwał się natychmiast, z rykiem bardziej zwierzęcym niż ludzkim, i pognał w stronę chałupy. Pod drzwiami czekał na niego gończy, skulony i zjeżony – a gdy Eberhardt wpadł do środka, pies wleciał razem z nim, niemal wplątując mu się pod nogi. Zatrzasnął drzwi i zaryglował je drżącymi rękami. Wiatr zawył, jakby cała noc śmiała się z jego bezsilności.

***

Przyszła do nich – naga, piękna, z włosami długimi jak zimowa noc, ciężkimi i lśniącymi, z dużymi czarnymi oczami, nieprzeniknionymi, jakby patrzyła nimi z innego świata. Miała wielkie usta, jędrne piersi i ciało delikatne, połyskujące w chłodzie, jak gdyby samo światło księżyca się o nie ocierało. Zatrzymała się w gęstwinie, niedaleko, tuż za linią cienia drzew. Bliżej nie podchodziła. Patrzyła tylko – nieruchoma, milcząca. Było w tym coś magicznego i niepokojąco obcego.

Mróz był tak ostry, że pękały gałęzie. Księżyc, garbaty ubywający, przebijał się przez gałęzie drzew. Wóz kupiecki stał na uboczu duktu, drewniany, cały zabudowany, z jednym martwym koniem w uprzęży. Kupiec, niski, krępy mężczyzna o gęstej brodzie, w której zamarzały drobne kryształki lodu, w bordowych szatach, i jego strażnik, którego blizny na twarzy świadczyły o tym, że niejedną wojaczkę w życiu już przeszedł, siedzieli przy małym ognisku, trzęsąc się z zimna. Ogień ledwo trzymał się życia, jakby sam bał się tego lasu.

Wtedy zobaczyli ją.

Kupiec poczuł ścisk w żołądku. Coś było nie tak. Strażnik nagle wstał – jakby zaczarowany – i ruszył w jej stronę.

– Wracaj! – syknął kupiec charakterystycznym, piskliwym głosem, chwytając go za rękaw. – Gdzie leziesz? Tam nic nie ma – skłamał. – Zapłaciłem ci, masz mnie pilnować!

Strażnik odepchnął go z łatwością. – Puszczaj! Bo zabiję! – i poszedł.

– Oszalałeś, każę cię powiesić, psie synu – powiedział kupiec, dygocząc z zimna.

– Idę się rozgrzać! – warknął strażnik.

Podszedł. Ona nawet nie drgnęła, jak sprytny polujący zwierz. – Jesteś prawdziwa? – szepnął.

Gdy dotknął kobiety, jej piękno pękło jak lód pod butem.

Skóra poszarzała i przestała połyskiwać, piersi obwisły, włosy zmieniły się w szroniste strąki. Oczy zwęziły się w wąskie, czarne szpary. Z ust wysunął się długi, siny jęzor, i ostre jak brzytwa kły. Ręce wydłużyły się, a z palców wyszły szpony. Cała sylwetka kobiety zgarbiła się. Twarz strażnika pobladła, a z tyłu krzyk kupca zamarł w gardle.

Uderzyła go z taką siłą, że przeleciał kilka kroków i walnął w burtę wozu. Kupiec wrzasnął jeszcze raz i rzucił się do ucieczki, ale potworzyca strzeliła szponami – jak strzałami z kuszy. Jeden przebił mu udo na wylot. Padł w śnieg i wydał z siebie ponowny krzyk.

Strażnik, plując krwią, podniósł się i wyjął miecz. – Ty… suko… – ryknął.

Bestia odwróciła się ku niemu i posłała kolejne szpony. Trzy trafiły w niego, przybijając go do boku wozu jak robaka do deski. Miecz wypadł mu z dłoni. Podeszła szybko, kulejąc, zbliżyła twarz do jego twarzy. Oddychała jak otwarta krypta.

Zaryczała cicho, ale przerażająco, i wsunęła mu jęzor do ust.

Strażnik zacharczał, oczy mu zaszły mgłą – i wtedy powietrze przeciął delikatny świst, a głowa potworzycy odleciała. Spadła w śnieg z tępym plaśnięciem, sunąc za sobą długi jęzor. Ścierwo opadło.

Przed konającym strażnikiem, stał teraz zakapturzony mężczyzna o nienaturalnie świecących błękitem oczach, wsadzający miecz za plecy.

– Pocałowała was? – zapytał.

– Co… to znaczy…? – wychrypiał ledwo żywy.

– Wsadziła wam jęzor w gardło? – parsknął nieznajomy.

– Coś mi wsadziła – zakrztusił się z bólem.

– No to krótko: jesteście już martwi. Powiedzcie mi tylko, nim padniecie, co to za dukt?

Strażnik chciał odpowiedzieć, ale oczy wywróciły mu się do góry, z ust wypłynęła czarna smoła. Błyskawicznie zsiniał. Umarł.

– Kurwa – mruknął mężczyzna.

Coś zaszeleściło pod wozem. Zakapturzony pochylił się, chwycił kogoś jedną ręką i wyciągnął na śnieg.

Kupiec.

– Panie, nie zabijaj! – zapiszczał. – Błagam! Jestem ranny w nogę!

– Widzę – odparł przybysz. – Kim jesteście?

– Nadiv Szachman… kupiec… Panie, twoje oczy… nie zabijaj…

– Spokojnie. W tym lesie jest więcej stworzeń o tej porze, które chętniej by was, panie, zabiły niż ja. Jestem Zmarzlikiem. Miałeś, waćpanie, więcej szczęścia niż rozumu, rozpalając ognisko w środku boru. Powiedzcie, co to za dukt. Rzadko bywałem w tych stronach i zgubiłem się trochę. Szedłem przez las, trafiłem tu, ale żadnych drogowskazów nie widziałem. Potem wasze krzyki zwróciły moją uwagę.

Nadiv syknął z bólu. – To odnoga do głównego traktu między Tuchominą a Osterdamem. Są tu małe osady, głównie drwali. Wszystko w rękach wojewody osterdamskiego, Varimunda, jednego z najstarszych wasali korony – syknął z bólu. – Najbliższa większa wieś, panie, to Szeptobór, niedaleko stąd na północ. W drugą stronę jest wioska Ponowa… dwa dni drogi konno na… aaaa, boli, kurwa… co czynicie?!

– Opatruję was. – Zmarzlik odłamał końcówki szponu wystające z uda. – Nie jest jadowity, ale nie wiem, co narobił w środku, ponadto był na pewno zabrudzony, balwierz musi to obejrzeć. – Wyciągnął puzderko z maścią z sakwy i zaczął smarować ranę. – To zatrzyma krwawienie. Dużo wiecie o tych stronach, a nie przyszło wam do głowy, że jechanie przez jakikolwiek las nocą nie jest bezpieczne?

– Dobry panie, znam te strony i ten dukt, często nim skracam drogę, ale faktycznie zawsze za dnia i nie w taki mróz. Ale czas mnie naglił. Późno jeszcze nie jest, a noc zimą nastaje szybko – Szachman drżał. – Co to był za stwór? Zabiła tego skurwiela od razu… miał mnie chronić, a jak zobaczył cycki, to ruszył się chędożyć… tyle złota mu dałem… taki miał być wojownik, morderca…aaaaaa.

– To Zimnica – odparł Zmarzlik. – Zwana przez kmieciów kobietą mrozu. Myli się ją z Kościcą albo Ograżką, ale jest dużo gorsza. Omamiła was halucynacją. Twój towarzysz zaznał pocałunku zimy – wpuściła mu jad jęzorem. Przygotowała go do rozpłodu. Wszystko ma sztywne przez tę truciznę. Mówią, że na sto kopulacji jedna się udaje i zawsze rodzi samicę. Nie ma samców. To jest ciekawe, ale nie na tę sytuację. Waćpana czekałoby to samo. A potem zaciągnęłaby was do swego leża i zeżarła.

– Na boginię Zivę, nie chcę o tym myśleć.

Kupiec, mimo woli, spojrzał na kroczę strażnika, przybitego do wozu. Nawet przez grube łachy widać było, że… sztywność jadu działa.

– Jeszcze koń mi od tego mrozu padł, dawno nie było takiego zimna… – jęknął. – Żałuję, że go w Ponowie nie wymieniłem, rano mój martwy towarzysz miał iść do wsi po nowego… Jedziemy od początku poprzedniego miesiąca, a zaczyna się już nowy. Panie, masz konia? Doczepimy do wozu i ruszymy. Jak już się pewnie domyśliliście, zmierzam w stronę Osterdamu, a dokładnie właśnie tam. Nie wiem, gdzie wy zmierzacie, ale sowicie wam to wynagrodzę, dotrzemy do wsi Szeptobór, tam na pewno znajdę koniarza. Rozliczymy się i każdy ruszy w swoją drogę.

– Niestety, mam podobny problem jak wy, panie. – Zmarzlik wzruszył ramionami. – Mój koń też spotkał się ze skutkami mrozu. Jeśli chcecie przeżyć, musicie ruszyć ze mną. Mam sanie i zmierzam w tym samym kierunku. Może waćpana na nich pociągnę, bo z tą nogą daleko nie ujdziecie.

– Nie! – kupiec złapał go za nogę. – Nie ruszę się od ładunku! Jest zbyt cenny! Jeśli go nie dowiozę, stracę życie! Dam ci, panie złota, ile mam! A jak mało, odnajdź mnie w Tuchominie, wszyscy mnie tam znają, wtedy dopłacę, błagam! Wróćcie tu po mnie, albo chociaż przyślijcie tu kogoś z koniem i pomocą! To rzadko używany dukt, z tego co wiem. Mała szansa, że spotkam tu jeszcze żywą duszę, im szybciej przyślecie mi pomoc, tym mam większe szanse, że dotrę do celu. Jeśli wyruszycie teraz do wsi Szeptobór, dojdziecie długo przed północą, powinniście w karczmie znaleźć kogoś, kto ma konia.

– Z tą raną nocy nie przeżyjesz – mruknął Zmarzlik. – Jak nie dopadnie was stwór, to wilki. Poza tym taki cenny ładunek, a jedziecie z jednym strażnikiem?

– Bo to tajny transport i niech to wystarczy! – po chwili dodał: – Panie… jesteście Zmarzlikiem… nie odmówicie pomocy, wróćcie po mnie, albo przyślijcie kogoś… jeśli umrę, złoto będzie wasze, zapłata za ratunek i stwora…Wy się mrozu nie boicie, was nie rusza, bo wyście, za przeproszeniem bękarty zimy, więc możecie ruszać od razu.

– Tak jak mówicie, jestem Zmarzlikiem. Za stwora policzę, jak trzeba – odparł. – Jak nie od was, to od jakiegoś sołtysa albo wojewody. Zimnica była spora, więc na pewno zachodziła do osad. A co do zimna, to faktycznie, moje mutacje dają mi pewną odporność na nie, ale nie zupełną i nie musicie mi przypominać ludowych opowieści, w które pewnie sami nie wierzycie. Dobra. Dajcie, co macie, żebym mógł opłacić i przysłać tu kogoś. Ale nie obiecuję, że przybędzie i na konia. Sam nie wrócę, bo czas mnie nagli. Muszę dotrzeć do celu na czas – wyruszyłem z dużym zapasem, a co chwilę coś mi go zżera. Mogę was pociągnąć na saniach, ale sami nie chcecie.

– Podał mu amulet. – Użyjcie w ostateczności. Wystarczy szybko potrzeć. Uchroni was przed wilkami, ale niczym większym. Rozpalę ogień – dość duży, nie taki jak wy – żeby odstraszał, a nie przyciągał.

Otworzył swoją bransoletę na prawej dłoni. Spojrzał na nią. – Pokazuje zaburzenia pola zimy, które generuje magia i większość stworów z nią związanych – rzekł. – Na tę chwilę jesteście bezpieczni.

Zabrał ciało strażnika i truchło Zimnicy, wrzucił jedno na drugie na skraju duktu. Wyciął język potwora i wsunął za pas, łeb dorzucił na stos i podpalił krótkim znakiem. Ogień zapłonął powoli, walcząc z mrozem. Posypał go czerwonym pyłem z woreczka, który wyciągnął z jednej ze sakw przy pasie i ogień momentalnie zrobił się ogromny.

– Do wschodu powinien się taki utrzymać. Jeśli znajdę pomoc, ruszy do was pewnie dopiero z rana, ale skoro wieś jest tak blisko, znajdą was około południa.

Kupiec wstał i z bólem, ciągnąc nogę za sobą, podszedł do siedzenia woźnicy. Wyciągnął z dobrze ukrytego schowka mały kuferek pełen złota. – To zapłata za stwora i za ratunek… no i na opłaty za konia i pomoc, którą do mnie skierujesz.

– Zapłata za ratunek będzie inna. – Zmarzlik spojrzał mu w oczy. – Nie wiem, czy wiecie, ale tacy jak ja kierują się Prawami, jak wy to zwiecie Zimy. Pradawnymi zasadami, które trzymają nas przy życiu, które kierują moim życiem, bo coś musi nim kierować. Bez tego byłbym mordercą pozbawionym skrupułów, zwykłym rzeźnikiem, chociaż może za takiego też mnie macie. Jedno z praw mówi wyraźnie, że za uratowane życie muszę zażądać tego, z czego los nie skorzysta. A nie skorzysta z waszej śmierci – zakładając, że przeżyjecie. Więc wiele nie tracicie.

Nadiv Szachman, kupiec, usiadł na kamieniu, Zmarzlik nachylił się do niego i powiedział:

– Niech Prawo Urd przemówi. Niech los zwiąże nas tym, czego nie cofnie czas. Niech dług zostanie zapisany, a dzień spłaty – ukryty w mrozie. Czy nadejdzie za życia, czy po śmierci.

Kupiec zbladł. – Znam to wasze osławione Prawo Urd, jedno z Praw Zimy… Jeśli los będzie chciał wyrównać długi, za to, że przeżyłem, pewnego dnia spotka nas znowu ze sobą, i wtedy będę musiał spełnić jakąś waszą przysługę, jaka by ona nie była, chociaż może się to nie zdarzy… jeśli jej nie spełnię… moje dni się wypełnią… los, wyrówna długi i zabierze mi życie, jeśli zaś wypełnię waszą przysługę, będę wolny od długu… na boginię Zivę… nie wierzę w takie rzeczy, dlatego daję wam złoto, tak nie będziecie mieli nic, ale to wasz wybór.

Zmarzlik zdjął rękawicę, położył dłoń na ranie kupca. Wyszeptał zaklęcie. Jasność błysnęła spod palców. Ból zniknął.

– To wam pomoże na jakiś czas. Ruszam dalej. Oby was znaleźli żywych.

Wziął kuferek i odszedł w ciemność lasu. Kupiec Nadiv patrzył za nim, aż postać zniknęła między drzewami. – Dziękuję!… – krzyknął.

Ugryzł się w język, twierdząc, że było to głupie w jego sytuacji. Ale zdziwił się i przeląkł, bo w odpowiedzi usłyszał tylko skrzek jastrzębia.

Koniec
Nowa Fantastyka