I
Anna otworzyła oczy. Pokój zalewały cienie, a jej klatka piersiowa unosiła się rytmicznie, bez najmniejszego udziału woli. Spróbowała wstać, poruszyć ręką, jednak jej ciało nie reagowało. Wróciła spojrzeniem do falującej kołdry.
Paraliż senny. Powinna lepiej spać, wszyscy jej to mówili: od babci, do wykładowców. Sama to wiedziała, ale jak tu pogodzić to wszystko.
Rozejrzała się po pokoju; wszystko porozwalane, gdzie nie spojrzeć, tam ubrania na ziemi. Jej wzrok zdążył się już zaadaptować do wszechobecnej ciemnoty, widziała prawie wszystko, poza jednym rogiem. Cała okoliczna ciemność zdawała się umówić na spotkanie w jednym miejscu – kącie jej pokoju.
Która jest? Że też nie ma w pokoju zegara ściennego. Ponownie spróbowała ruszyć ręką, sięgnąć po leżący na szafce nocnej telefon – nic. Gdyby mogła, pewnie by westchnęła.
Spojrzała znowu w otchłań, było w niej coś dziwnie hipnotyzującego; absolutna nicość, nigdzie się nie zaczynająca i niekończąca.
Patrzyła tak chwilę, gdy przez jej głowę przeleciała pewna uwaga – Otchłań wydawała się być jakby większa? Niekoniecznie większa, ale zdawała się rozprzestrzeniać.
Ktoś kiedyś chyba coś o tym mówił, żeby “nie patrzeć w otchłań”.
Po kilku… sekundach? Minutach? Ciemność faktycznie się poszerzyła. Teraz nie zajmowała już tylko rogu, czy kąta. Nie sposób było ją zignorować.
Kropelka potu spłynęła po czole Anny, a dreszcz przeleciał po dłoni. Znowu spróbowała się ruszyć, tym razem nogą – dalej nic.
Coś zaczęło się wyłaniać z pustki. Jedne punkty zaczęły odstawać od drugich, formując przy tym owalny kształt. To coś zaczęło się zbliżać do sparaliżowanej dziewczyny, coraz bardziej odrywało się od ciemności.
Było coraz bliżej i bliżej, aż w końcu stanęło nad Anną. Skąpana w czerni postać spojrzała na dziewczynę swoimi ostrymi jak u węża ślepiami.
Oczy dziewczyny zaszkliły się, prawie nic już nie widziała. Panicznie próbowała zmusić kończyny do ruchu. serce podeszło jej pod gardło, zapłakana chciała krzyczeć, ale paraliż jej nie pozwolił.
Postać pochyliła się nad nią, jak rodzic nad kołyską. Zaczęła zbliżać się do szyi dziewczyny. Podłoga zaskrzypiała, a Anna poczuła na skórze zimny jak noc powiew.
II
Przewracała się z boku na bok, drewniana podłoga nie dawała spokoju. Chciała wrócić do snu, ale ból głowy jej nie pozwalał.
Wykrzywiła twarz w grymasie i w końcu otworzyła oczy. Kilka strzyknięć w stawach przecięło ciszę, gdy podnosiła się z ziemi.
Parkiet zadudnił od wibracji. Muzyka… Puszczane przez sąsiadów utwory, bardziej niż muzykę przypominały połączenie brzęczącej pralki i archaicznej konsoli do gier.
Pulsowanie przerodziło się w uporczywe łupanie. Anna miała wrażenie, jakby ktoś wbijał jej kilof w potylicę. Wychodzące od sąsiadów pobrzękiwania zaczęły wbijać się w jej uszy jak igły.
Włączyła światło. Błysk lampy oślepił dziewczynę. Zamknęła oczy tak mocno, jak tylko mogła.
Minęło parę chwil, zanim przemogła się i ponownie je otwarła. Podbiegła do znajdującej się w kuchni szafki i nerwowym ruchem zaczęła grzebać w lekach.
Tabletki przeciwbólowe. Poddenerwowana wycisnęła z blistera dwie pigułki, po czym je połknęła.
Sekundy zaczęły przelatywać jej przez myśli; jeden, dwa, trzy… W jednej chwili presja zaczęła zbierać się w jej przełyku. Napięcie pofrunęło prosto do gardła. Zwróciła tabletkę na blat, w ustach miała posmak soli i ziemi.
Ból i wszystkie inne objawy znowu uderzyły. Nogi jakby zwiotczały, zachwiała się. Obraz przed jej oczami się rozmył.
Jedynym co w tej chwili do niej dochodziło, była szalejąca na dole muzyka. Jej policzki się zaczerwieniły, brwi zmarszczyły.
Musnęła wzrokiem drzwi i na wpół rozcieńczone pozostałości tabletki. Niepewnie odwróciła wzrok od piguły.
Stopy otuliło ciepło, gdy założyła na nie futrzane kapcie. Podreptała na piętro niżej. Na klatce było znacznie zimniej. Pomimo muzyki, każdy z jej kroków niósł za sobą jedno, lub dwukrotne echo.
Zapukała do drzwi – Nic. Znowu, mocniej – Nikt nie zareagował.
Poirytowana zaczęła uderzać w płytowe drzwi, mocniej i mocniej. Jak w transie waliła pięścią w zablokowane przejście. Nie była do końca pewna, czy robi to ze względu na zwrócenie uwagi, czy może po prostu chciała wyładować złość.
– JUŻ! – odezwał się męski głos zza drzwi.
Anna ocknęła się, cofnęła o krok. Drzwi otworzył jej długowłosy chłopak. Był od niej trochę młodszy, a jego oczy były szerokie jak monety.
– Co tam? – zapytał, jak gdyby nigdy nic.
– Proszę, ściszcie tę muzykę. Głowa mnie boli – odparła błagalnym tonem Anna.
– Nie? – Chłopak podniósł brew.
Spoglądali tak chwilę na siebie w ciszy.
– Bardzo was proszę… Ściszcie tę muzykę – powtórzyła.
Długowłosy nie odpowiedział. Zmierzył ją wzrokiem, po czym zaczął zamykać drzwi. Anna bez namysłu wcisnęła stopę między próg. Jej ręka oparła się o lodowate w dotyku drzwi. Chłopak spojrzał na nią z pretensją.
– WYŁĄCZCIE TĘ ZASRANĄ MUZYKĘ! – wydarła się Anna, a jej głos zdawał się rozejść na całe piętro.
Chłopakowi opadła szczęka, przewrócił się na ziemię i bezradnie spoglądał na dziewczynę. Nic nie mówiąc, zaczął nerwowo przytakiwać głową. Wstał i nie oglądając się pobiegł do inne pokoju.
Po chwili muzyka całkowicie ucichła.
Anna wypuściła oddech z ust. Mimo, że ból głowy nie minął, poczuła krztę ulgi.
W pokoju wróciła do leków. Znalazła nową tabletkę, połknęła ją. Na nieszczęście dziewczyny – tabletka skończyła tak jak poprzednia.
– Co jest? – wymruczała do siebie Anna, ścierając jednocześnie z ust resztki wyplutej śliny.
Informacje na ulotce nie wskazywałyby na nic, tłumaczącego zdarzenie. Do upływu ważności zostało jeszcze parę miesięcy.
Anna przypadła do szafki z lekami. Po chwili na blacie piętrzyły się opakowania tabletek, brzęczały butelki z syropami – wszystko, co miało choćby cień szansy na uciszenie uporczywego łupania w głowie.
Spróbowała wszystkiego. Wszystkiego. Wszystko też zwróciła. Mdły smak soli rozgościł się na jej podniebieniu.
Bezradnie wpatrywała się w mały stosik medykamentów. Jej wargi przemokłe i lepiące się od śliny.
Burknięcie wybrzmiało z jej brzucha. W sumie, to nic nie jadła, odkąd się obudziła. Jej ciało zamarło na chwilę. Jaki był dzień? Czemu obudziła się na ziemi? To przeklęte łupanie głowy i cała reszta. Ostatnio gdzie była to… impreza? Tak! Jeśli pamięć nie szwankuje, to ostatnio gdzie była, to na domówce z Marcelą. To wszystko… czy wypiła aż tyle? Może Marcela zrobiła jej jakiegoś schrzanionego drinka? Z jej talentem wszystko jest możliwe.
Co zrobić? – zaczęła się zastanawiać. Nie wytrzymałaby z tym cholernym bólem głowy.
Wewnętrzna pustka zaczęła postępować zaskakująco szybko. W jednej chwili podupadła lekko na kolana, jej ciało jakby się skurczyło. Prawa dłoń spoczęła na brzuchu.
Z bezradnością jej oczy zaczęły latać to tu, to tam. Spojrzała za okno, parę pojedynczych gwiazd odznaczało się na czarnym niebie.
Jakieś dziesięć minut stąd jest apteka – pomyślała.
Zamieniła kapcie na buty, zarzuciła kurtkę przez rękę. Nie chciała nawet patrzeć na swoje włosy, była pewna, że co drugi sterczy w pionie.
Wyszła znowu na nieogrzewaną klatkę, trzask drzwi zasygnalizował całemu otoczeniu jej wyjście.
III
Chłód przeszywał jej ciało. Łupanie w głowie, chociaż nie straciło na sile, zeszło na drugi plan względem pustki w żołądku.
Ten, który wcześniej łupał kilofem o jej głowę, musiał uderzyć teraz w żołądek.
Jeszcze gdyby to był stopniowy rozwój sytuacji, ale nie – ta pustka w brzuchu pojawiła się ot tak. Pstryknięcie palca i proszę.
Ktoś szedł z naprzeciwka. Kaptur zasłaniał twarz, ale po kroku poznała, że to mężczyzna. Patrzy na nią? Chyba nie.
Minęli się. Wcześniej nie czuła czegoś takiego, ale zakapturzony zdawał się… słodki? Nie w takim romantycznym sensie, oczywiście. Było w tej osobie coś, co bardzo chciała mieć.
Zauważyła, że stoi w miejscu. Ten dziwny aromat w zakapturzonym – najwyraźniej ją zbyt zainteresował.
Obejrzała się za nim; był już daleko. Woń też zaczęła się oddalać.
Wpatrywała się tak jeszcze chwilę w nieznajomego, jego figura stawała się coraz bardziej rozmyta. Nie widziała obecnie zbyt dobrze, co za tym idzie zakapturzony dość szybko zmył się z resztą otoczenia.
Blask wyłonił się zza zamazanego horyzontu. Słyszała to zbyt ostro. Ślizg i brzęczenie zajęły ciszę. Blask zamienił się w cały pojazd, był coraz bliżej.
Zacisnęła zęby tak, że aż ją zabolały. Auto przejechało obok niej, niosąc za sobą fale wiatru.
Anna poczuła jak wszystkie objawy wracają do niej ze zdwojoną siłą. W głowie załupało, w uszach zakuło, oczy oślepiło, chyba nawet pustka w brzuchu nabrała głębi.
Nogi ugięły się pod dziewczyną, a ona sama wrzasnęła.
Chciała skulić się na ziemi, dać temu czemuś, co ją męczy, za wygraną.
– Cholerny… – wycedziła przez zęby w kierunku prowadzącego auto. Kto to widział tak jechać.
Kilka chwil w ciszy własnych myśli i otoczenia.
Była głodna, tylko to brzmiało teraz w jej głowie.
Pustka w jej żołądku postępowała jak nigdy. Musiała ją zapełnić.
Chciała… pragnęła tego czegoś, co miał w sobie tamten nieznajomy.
Ślina zaczęła sączyć się w jej ustach, spływała po wardze i zakrapiała podłogę.
Dalej bolała ją głowa, dalej świszczało jej w uszach, dalej ledwo widziała. Ale wiedziała, gdzie ma iść.
Mogła ją wyczuć z kilometrów. Słodycz. Czuła ją, niedaleko. Ludzie, dużo ludzi. Dużo słodyczy.
IV
Chwilę zajęło jej dotarcie do centrum.
Jak na bufecie. Zaczęła oglądać się za każdym, kto ją mijał; chłopak, dziewczyna, kobieta, jakiś dziadek, dziecko – z nich wszystkich emanowała ten aromat, ten przecudowny aromat.
Niektórzy się jej bali, niektórzy nie byli świadomi jej obecności. Oczy Anny i jakiejś dziewczynki spotkały się, patrzyły na siebie parę sekund, aż zniesmaczone dziecko odwróciło wzrok i zbliżyło do prowadzącej je matki.
Kogo by tu wybrać? W kogo się zanurzyć? Nie mogła wziąć wszystkiego na raz, przecież.
Szukała i szukała. Chłopiec przeszedł obok jej nogi, wpatrzony w telefon, chyba chodzi do podstawówki. Nie, miał za mało słodyczy w sobie.
Jakiś dziadek, ledwo się włóczy między ludźmi. Nie, nie pachniał tak dobrze, jak inni. Nagle to zobaczyła – dziewczyna, dobrze zbudowana, są z Anną w podobnym wieku. Słodsza od wszystkiego co ją otacza. Tak, to w niej się zanurzy.
Anna uśmiechnęła się krzywo.
Dziewczyna stała pod latarnią, grzebała coś w telefonie – idealnie, nawet nie zorientuje się, gdy podejdzie.
Była już w drodze. Coraz bliżej i bliżej… Czuła się, jakby właśnie wchodziła do raju.
Już prawie, już prawie.
Czyjaś dłoń spoczęła na ramieniu Anny, umocniła uścisk i najdyskretniej, jak to możliwe, zaczęła pchać jej zwiotczałe ciało w najbliższą alejkę.
– Głupia, co ty odpieprzasz? – wyszeptał męski głos nad jej uchem.
Nie odpowiedziała.
Pchnął nią o ścianę. Chwilę jej zajęło otrząśnięcie się. Nadal z otwartymi ustami spojrzała w twarz nieznajomego.
To był jeden z jej sąsiadów. Miał krótkie brązowe włosy, dziwne oczy. Jego słodycz była inna, chociaż nie znaczy to oczywiście, że zła. Straciła szansę na tamtą dziewczynę, co za szkoda…
– Chcesz, żeby nas znaleźli, żeby łowcy zaczęli tutaj węszyć?! – powiedział. – Jak chcesz umrzeć, to rzuć się przed słońce, a nie zwracasz na siebie uwagę!
Świdrował ją wzrokiem przez kilka chwil. Pewnie gdyby miał ku temu warunki, już by ją zatłukł.
Po chwili jednak przyjrzał się lepiej. Jego uwagę przykuło coś na szyi Anny.
Wpatrywał się tak chwilę. Zmieszanie na jego twarzy kwitło z każdą sekundą.
– O… – powiedział sam do siebie pod nosem. – Czyli to tak.
Nie miał chwili na większą refleksję. Anna rzuciła się całym ciałem, jej zęby zatopiły się w jego barku. Chłopak zawył przez zaciśnięte zęby.
– Co ty odwalasz…? – wycedził przez zęby.
Jak z niemowlęcej butelki, pyszności zaczęły spływać do jej ust. Ostatnio, kiedy tak się czuła… Była jeszcze mała, była zima, wróciła z dworu, mama dała jej ciepłej herbaty.
Coraz więcej rozkoszy w jej ustach. Głowa przestała boleć, otoczenie stało się cichsze, kończyny nabrały na sile. Z jej głowy zniknęła cała mgła.
Chłopak zaparł się, z całych sił pchnął w dziewczynę.
Anna odleciała z dwa lub trzy metry. Jej zęby zostawiły na ramieniu sąsiada czerwony ślad i oderwały kawałek mięsa. Język Anny zmył z warg resztki posiłku.
Chłopak spojrzał na nią bezradnie.
Umysł dziewczyny zaczął znowu w pełni pracować. W jednej chwili przed jej oczami przeleciało wszystko to, co wydarzyło się przez ostatnią godzinę.
Spojrzała to na chłopaka, to na siebie. Jej ciało zaczęło drżeć, mina zrzedła. Spojrzała na swoje dłonie, przejechała językiem po każdym z zębów. Słodycz…
Kark jej zesztywniał.
– Spokojnie… Spokojnie – szepnął zmęczonym tonem sąsiad. – Wszystko będzie dobrze.
Wrzask wydostał się z jej gardła. Nie wiedziała na co patrzeć. Zerwała się z nóg i morderczym wręcz tempem zaczęła uciekać.
V
Gnała, potrącając i odpychając napotkane na drodze osoby. Nie czuła zmęczenia, jej serce biło jak dzwon. Mocniej i mocniej.
Staranowała jakąś kobietę. Odgłos huknięcia o asfalt doszedł do jej uszu.
Wszyscy zaczęli się za nią oglądać. Wizja lasu oczu zajęła jej myśli.
Może to tylko w jej głowie, ale zdaje się, że biegła szybciej niż niejeden olimpijczyk.
Jej wzrok padł na ziemię. “Nie patrzcie, nie patrzcie” – zaczęło skandować w jej głowie.
Ona… co ona zrobiła temu chłopakowi? Co? Czy może być? Nie. Nie. Nie.
Coś zadudniło z lewej. Błysk światła. Auto przejechało centymetry za nią.
Ktoś się na nią patrzał? Na pewno tak. Sąsiad, ten tutaj i wcześniejszy – widzieli ją. Doniosą na nią.
Łezka za łezką zaczęły wychodzić z jej oczodołów. Czy to tak się skończy?
Nikt o tym oczywiście nie mówi oficjalnie, ale wszyscy wiedzą jaki los spotyka chorych.
Nie zorientowała się, a była już pod drzwiami swojego bloku. Jednym ruchem rozwarła drzwi, które po niecałej sekundzie przywaliły o ścianę, roznosząc po okolicy metaliczny stukot.
Pomijała co drugi albo trzeci schodek.
Wejście do mieszkania potraktowała tak samo, jak wcześniejsze.
Jej plecy spoczęły na drzwiach, jakby zakluczenie nie było wystarczającym zabezpieczeniem.
Po chwili osunęła się na ziemię. Siedziała na podłodze, zwinęła się w kłębek. Szlochy wyszły z jej ust.
To nie może być. To nie może być. – zaczęła mówić sama do siebie – NIE. NIE. NIE.
W jednej chwili zerwała się z ziemi i pobiegła do łazienki. Światło przecięło ciemność pomieszczenia.
Zwolniła. Powoli zaczęła zbliżać się do lustra. Głowa nisko, nie chciała tego widzieć.
Raz… dwa… trzy.
Spojrzała w lustro. Jej oczy – jak u żmii. Skóra – niemalże biała. Nie mogła przestać patrzeć. Chciała dłońmi zasłonić oczy, ale gdy tylko spróbowała, zobaczyła to – jej palce teraz przypominały szpony jakiejś bestii.
Zakręciło jej się w głowie, upadła na plecy. Dobrze, nie chciała na to patrzeć.
Zmarnowana nie miała nawet siły, by się podnieść.
Gdy łowcy ją znajdą, zostanie zabita jak pies. Boże, poratuj.
Powinna rzucić się przed słońce? Oszczędziłoby jej cierpienia i upokorzenia. Nie. Nie wie jak bolesny i długi jest to proces.
Gdyby tylko czas mógł się teraz zatrzymać.
Pukanie. Ktoś zapukał do jej drzwi. Znowu i znowu – łącznie trzy razy.
Nie. Nie może otworzyć.
Nagle to poczuła. Nie wypiła wcześniej wystarczająco dużo.
W brzuchu jej zaburczało, pustka wróciła. Ślina zaczęła zbierać się w jamie ustnej.
Nie może otworzyć… ale skoro i tak ją zabiją, to co szkodzi najeść się ten ostatni raz. Ktokolwiek byłby po drugiej stronie.
Witaj. :)
Technikalia i pojawiające się podczas czytania sugestie oraz wszelkie wątpliwości (zawsze – jedynie do przeanalizowania):
Spróbowała wstać, poruszyć ręką, jednak jej ciało nie reagowało. Wróciła spojrzeniem do falującej kołdry.
Paraliż senny. Powinna lepiej spać, wszyscy jej to mówili: od babci, do wykładowców. Sama to wiedziała, ale jak tu pogodzić to wszystko.
Rozejrzała się po pokoju; wszystko porozwalane, gdzie nie spojrzeć, tam ubrania na ziemi. Jej wzrok zdążył się już zaadaptować do wszechobecnej ciemnoty, widziała prawie wszystko, poza jednym rogiem. Cała okoliczna ciemność zdawała się umówić na spotkanie w jednym miejscu – kącie jej pokoju. – powtórzenia?
Że też nie ma w pokoju zegara ściennego. – może na końcu wykrzyknik albo wielokropek?
Spojrzała znowu w otchłań, było w niej coś dziwnie hipnotyzującego; absolutna nicość, nigdzie się nie zaczynająca i niekończąca. – tu mam wątpliwość, czemu jedno jest razem, a drugie osobno?
Patrzyła tak chwilę, gdy przez jej głowę przeleciała pewna uwaga – Otchłań wydawała się być jakby większa? – czemu po myślniku jest wielka litera?
Zapukała do drzwi – Nic. Znowu, mocniej – Nikt nie zareagował. – tu podobnie; reszty podobnych przykładów nie wypisuję, lecz trzeba się nad nimi zastanowić
Coś zaczęło się wyłaniać z pustki. Jedne punkty zaczęły odstawać od drugich, formując przy tym owalny kształt. To coś zaczęło się zbliżać do sparaliżowanej dziewczyny, coraz bardziej odrywało się od ciemności.
Było coraz bliżej i bliżej, aż w końcu stanęło nad Anną. – powtórzenia?; powtórzeń jest dalej jeszcze więcej (szczególnie zaimków osobowych, np. wszelkie formy „ona”: „ona/jej/niej/ją”), ja reszty nie wypisuję, bo być może niektóre są celowo użyte, ale warto się nad nimi zastanowić
Skąpana w czerni postać spojrzała na dziewczynę swoimi ostrymi jak u węża ślepiami. – trochę mi zgrzytają „ostre ślepia” (?)
Jedynym (przecinek?) co w tej chwili do niej dochodziło, była szalejąca na dole muzyka.
Wstał i nie oglądając się pobiegł do inne pokoju. – tu chyba brakuje liter?
Ostatnio gdzie była to… impreza? Tak! Jeśli pamięć nie szwankuje, to ostatnio gdzie była, to na domówce z Marcelą. – oba wytłuszczone zdania do przebudowy, bo mają niepoprawną składnię?
Jakieś dziesięć minut stąd jest apteka – pomyślała. – tu podobnie?
Auto przejechało obok niej, niosąc za sobą fale wiatru. – czy tu nie chodziło o liczbę pojedynczą?
Kto to widział tak jechać. – może na końcu pytajnik albo wykrzyknik?
Ten fragment jest niezrozumiały – skoro jest na drodze, jadą auta, a ona idzie lub stoi, piszesz o ziemi i kilometrach, skąd tam nagle wzięła się podłoga, na którą kapie ślina bohaterki?:
„Zacisnęła zęby tak, że aż ją zabolały. Auto przejechało obok niej, niosąc za sobą fale wiatru.
Anna poczuła jak wszystkie objawy wracają do niej ze zdwojoną siłą. W głowie załupało, w uszach zakuło, oczy oślepiło, chyba nawet pustka w brzuchu nabrała głębi.
Nogi ugięły się pod dziewczyną, a ona sama wrzasnęła.
Chciała skulić się na ziemi, dać temu czemuś, co ją męczy, za wygraną.
– Cholerny… – wycedziła przez zęby w kierunku prowadzącego auto. Kto to widział tak jechać.
Kilka chwil w ciszy własnych myśli i otoczenia.
Była głodna, tylko to brzmiało teraz w jej głowie.
Pustka w jej żołądku postępowała jak nigdy. Musiała ją zapełnić.
Chciała… pragnęła tego czegoś, co miał w sobie tamten nieznajomy.
Ślina zaczęła sączyć się w jej ustach, spływała po wardze i zakrapiała podłogę.
Dalej bolała ją głowa, dalej świszczało jej w uszach, dalej ledwo widziała. Ale wiedziała, gdzie ma iść.
Mogła ją wyczuć z kilometrów. Słodycz. Czuła ją, niedaleko. Ludzie, dużo ludzi. Dużo słodyczy,
Chwilę zajęło jej dotarcie do centrum”.
Ale wiedziała, gdzie ma iść. – dokąd?
Zaczęła oglądać się za każdym, kto ją mijał; chłopak, dziewczyna, kobieta, jakiś dziadek, dziecko – z nich wszystkich emanowała ten aromat, ten przecudowny aromat. – literówka?
Nie mogła wziąć wszystkiego na raz, przecież. – zdanie znowu niepoprawne składniowo, zawiera tez ortograf?
Szukała i szukała. Chłopiec przeszedł obok jej nogi, wpatrzony w telefon, chyba chodzi do podstawówki. Nie, miał za mało słodyczy w sobie. Jakiś dziadek, ledwo się włóczy między ludźmi. Nie, nie pachniał tak dobrze, jak inni. Nagle to zobaczyła – dziewczyna, dobrze zbudowana, są z Anną w podobnym wieku. Słodsza od wszystkiego co ją otacza. Tak, to w niej się zanurzy. Anna uśmiechnęła się krzywo. – tu niespodziewanie (w paru innych miejscach – podobnie), pisząc o tych samych wydarzeniach, rozgrywających się jedno po drugim, nagle czasowniki w czasie przeszłym przeplatasz tymi w czasie teraźniejszym – czemu?
Słodsza od wszystkiego (przecinek?) co ją otacza.
Dziewczyna stała pod latarnią, grzebała coś w telefonie – idealnie, nawet nie zorientuje się, gdy podejdzie. – nieco zgrzyta mi tu styl (?)
Głowa przestała boleć, otoczenie stało się cichsze, kończyny nabrały na sile. – i tu?
Miał krótkie (przecinek?) brązowe włosy, dziwne oczy.
Pewnie (i tu?) gdyby miał ku temu warunki, już by ją zatłukł.
Nie wiedziała (i tu?) na co patrzeć.
A tu – o co chodzi? – o „las oczu” w sensie: „wiele oczu patrzy” (to może dać kursywą?)?:
„Staranowała jakąś kobietę. Odgłos huknięcia o asfalt doszedł do jej uszu. Wszyscy zaczęli się za nią oglądać. Wizja lasu oczu zajęła jej myśli”.
Nikt o tym oczywiście nie mówi oficjalnie, ale wszyscy wiedzą (przecinek?) jaki los spotyka chorych.
To nie może być. To nie może być. – zaczęła mówić sama do siebie – NIE. NIE. NIE. – błędny zapis wypowiedzi?
Zmarnowana nie miała nawet siły, by się podnieść. – tego też nie rozumiem – czemu: „zmarnowana”?
Nie wie (przecinek?) jak bolesny i długi jest to proces.
Klikam za pomysł, spore zaskoczenie „innością” bohaterki oraz emocje Anny, choć tekst wymaga jeszcze podszlifowania w wielu kwestiach językowych, a także logicznych.
Pozdrawiam serdecznie. :)
Pecunia non olet
Heja, Bruce. Dzięki za komentarz i sugestie. Nałożę poprawki, gdy będę w domu. Nie jestem do końca pewien, ale z tego co kojarzę, to moje teksty nie mogą być jeszcze "klikane". Pozdrawiam!
Kapibara
Nie jestem do końca pewien, ale z tego co kojarzę, to moje teksty nie mogą być jeszcze "klikane".
Nie bardzo to rozumiem… O ile wiem, każdy tekst może być klikany. 
Pozdrawiam i dziękuję. :)
Pecunia non olet