- Opowiadanie: Krzysztof Kapibara - Słodycz

Słodycz

Pozdrawiam i serdecznie dziękuje Młodemu Pisarzowi, Lugosi i Ostamowi za betę!

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

Słodycz

I

 

Anna otwo­rzy­ła oczy. Pokój za­le­wa­ły cie­nie, a jej klat­ka pier­sio­wa uno­si­ła się ryt­micz­nie, bez naj­mniej­sze­go udzia­łu woli. Spró­bo­wa­ła wstać, po­ru­szyć ręką, jed­nak jej ciało nie re­ago­wa­ło. Wró­ci­ła spoj­rze­niem do fa­lu­ją­cej koł­dry.

Pa­ra­liż senny. Po­win­na le­piej spać, wszy­scy jej to mó­wi­li: od babci, do wy­kła­dow­ców. Sama to wie­dzia­ła, ale jak tu po­go­dzić to wszyst­ko.

Ro­zej­rza­ła się po po­ko­ju; wszyst­ko po­roz­wa­la­ne, gdzie nie spoj­rzeć, tam ubra­nia na ziemi. Jej wzrok zdą­żył się już za­adap­to­wać do wszech­obec­nej ciem­no­ty, wi­dzia­ła pra­wie wszyst­ko, poza jed­nym ro­giem. Cała oko­licz­na ciem­ność zda­wa­ła się umó­wić na spo­tka­nie w jed­nym miej­scu – kącie jej po­ko­ju. 

Która jest? Że też nie ma w po­ko­ju ze­ga­ra ścien­ne­go. Po­now­nie spró­bo­wa­ła ru­szyć ręką, się­gnąć po le­żą­cy na szaf­ce noc­nej te­le­fon – nic. Gdyby mogła, pew­nie by wes­tchnę­ła.

Spoj­rza­ła znowu w ot­chłań, było w niej coś dziw­nie hip­no­ty­zu­ją­ce­go; ab­so­lut­na ni­cość, ni­g­dzie się nie za­czy­na­ją­ca i nie­koń­czą­ca.

Pa­trzy­ła tak chwi­lę, gdy przez jej głowę prze­le­cia­ła pewna uwaga – Ot­chłań wy­da­wa­ła się być jakby więk­sza? Nie­ko­niecz­nie więk­sza, ale zda­wa­ła się roz­prze­strze­niać.

Ktoś kie­dyś chyba coś o tym mówił, żeby “nie pa­trzeć w ot­chłań”.

Po kilku… se­kun­dach? Mi­nu­tach? Ciem­ność fak­tycz­nie się po­sze­rzy­ła. Teraz nie zaj­mo­wa­ła już tylko rogu, czy kąta. Nie spo­sób było ją zi­gno­ro­wać.

Kro­pel­ka potu spły­nę­ła po czole Anny, a dreszcz prze­le­ciał po dłoni. Znowu spró­bo­wa­ła się ru­szyć, tym razem nogą – dalej nic. 

Coś za­czę­ło się wy­ła­niać z pust­ki. Jedne punk­ty za­czę­ły od­sta­wać od dru­gich, for­mu­jąc przy tym owal­ny kształt. To coś za­czę­ło się zbli­żać do spa­ra­li­żo­wa­nej dziew­czy­ny, coraz bar­dziej od­ry­wa­ło się od ciem­no­ści.

Było coraz bli­żej i bli­żej, aż w końcu sta­nę­ło nad Anną. Ską­pa­na w czer­ni po­stać spoj­rza­ła na dziew­czy­nę swo­imi ostry­mi jak u węża śle­pia­mi.

Oczy dziew­czy­ny za­szkli­ły się, pra­wie nic już nie wi­dzia­ła. Pa­nicz­nie pró­bo­wa­ła zmu­sić koń­czy­ny do ruchu. serce po­de­szło jej pod gar­dło, za­pła­ka­na chcia­ła krzy­czeć, ale pa­ra­liż jej nie po­zwo­lił. 

Po­stać po­chy­li­ła się nad nią, jak ro­dzic nad ko­ły­ską. Za­czę­ła zbli­żać się do szyi dziew­czy­ny. Pod­ło­ga za­skrzy­pia­ła, a Anna po­czu­ła na skó­rze zimny jak noc po­wiew.

 

II

 

Prze­wra­ca­ła się z boku na bok, drew­nia­na pod­ło­ga nie da­wa­ła spo­ko­ju. Chcia­ła wró­cić do snu, ale ból głowy jej nie po­zwa­lał. 

Wy­krzy­wi­ła twarz w gry­ma­sie i w końcu otwo­rzy­ła oczy. Kilka strzyk­nięć w sta­wach prze­cię­ło ciszę, gdy pod­no­si­ła się z ziemi. 

Par­kiet za­dud­nił od wi­bra­cji. Mu­zy­ka… Pusz­cza­ne przez są­sia­dów utwo­ry, bar­dziej niż mu­zy­kę przy­po­mi­na­ły po­łą­cze­nie brzę­czą­cej pral­ki i ar­cha­icz­nej kon­so­li do gier.

Pul­so­wa­nie prze­ro­dzi­ło się w upo­rczy­we łu­pa­nie. Anna miała wra­że­nie, jakby ktoś wbi­jał jej kilof w po­ty­li­cę. Wy­cho­dzą­ce od są­sia­dów po­brzę­ki­wa­nia za­czę­ły wbi­jać się w jej uszy jak igły. 

Włą­czy­ła świa­tło. Błysk lampy ośle­pił dziew­czy­nę. Za­mknę­ła oczy tak mocno, jak tylko mogła.

Mi­nę­ło parę chwil, zanim prze­mo­gła się i po­now­nie je otwar­ła. Pod­bie­gła do znaj­du­ją­cej się w kuch­ni szaf­ki i ner­wo­wym ru­chem za­czę­ła grze­bać w le­kach.

Ta­blet­ki prze­ciw­bó­lo­we. Pod­de­ner­wo­wa­na wy­ci­snę­ła z bli­ste­ra dwie pi­guł­ki, po czym je po­łknę­ła.

Se­kun­dy za­czę­ły prze­la­ty­wać jej przez myśli; jeden, dwa, trzy… W jed­nej chwi­li pre­sja za­czę­ła zbie­rać się w jej prze­ły­ku. Na­pię­cie po­fru­nę­ło pro­sto do gar­dła. Zwró­ci­ła ta­blet­kę na blat, w ustach miała po­smak soli i ziemi.

Ból i wszyst­kie inne ob­ja­wy znowu ude­rzy­ły. Nogi jakby zwiot­cza­ły, za­chwia­ła się. Obraz przed jej ocza­mi się roz­mył.

Je­dy­nym co w tej chwi­li do niej do­cho­dzi­ło, była sza­le­ją­ca na dole mu­zy­ka. Jej po­licz­ki się za­czer­wie­ni­ły, brwi zmarsz­czy­ły.

Mu­snę­ła wzro­kiem drzwi i na wpół roz­cień­czo­ne po­zo­sta­ło­ści ta­blet­ki. Nie­pew­nie od­wró­ci­ła wzrok od pi­gu­ły. 

Stopy otu­li­ło cie­pło, gdy za­ło­ży­ła na nie fu­trza­ne kap­cie. Po­drep­ta­ła na pię­tro niżej. Na klat­ce było znacz­nie zim­niej. Po­mi­mo mu­zy­ki, każdy z jej kro­ków niósł za sobą jedno, lub dwu­krot­ne echo. 

Za­pu­ka­ła do drzwi – Nic. Znowu, moc­niej – Nikt nie za­re­ago­wał.

Po­iry­to­wa­na za­czę­ła ude­rzać w pły­to­we drzwi, moc­niej i moc­niej. Jak w tran­sie wa­li­ła pię­ścią w za­blo­ko­wa­ne przej­ście. Nie była do końca pewna, czy robi to ze wzglę­du na zwró­ce­nie uwagi, czy może po pro­stu chcia­ła wy­ła­do­wać złość.

– JUŻ! – ode­zwał się męski głos zza drzwi.

Anna ock­nę­ła się, cof­nę­ła o krok. Drzwi otwo­rzył jej dłu­go­wło­sy chło­pak. Był od niej tro­chę młod­szy, a jego oczy były sze­ro­kie jak mo­ne­ty.

– Co tam? – za­py­tał, jak gdyby nigdy nic.

– Pro­szę, ścisz­cie tę mu­zy­kę. Głowa mnie boli – od­par­ła bła­gal­nym tonem Anna. 

– Nie? – Chło­pak pod­niósł brew.

Spo­glą­da­li tak chwi­lę na sie­bie w ciszy.

– Bar­dzo was pro­szę… Ścisz­cie tę mu­zy­kę – po­wtó­rzy­ła.

Dłu­go­wło­sy nie od­po­wie­dział. Zmie­rzył ją wzro­kiem, po czym za­czął za­my­kać drzwi. Anna bez na­my­słu wci­snę­ła stopę mię­dzy próg. Jej ręka opar­ła się o lo­do­wa­te w do­ty­ku drzwi. Chło­pak spoj­rzał na nią z pre­ten­sją.

– WY­ŁĄCZ­CIE TĘ ZA­SRA­NĄ MU­ZY­KĘ! – wy­dar­ła się Anna, a jej głos zda­wał się ro­zejść na całe pię­tro. 

Chło­pa­ko­wi opa­dła szczę­ka, prze­wró­cił się na zie­mię i bez­rad­nie spo­glą­dał na dziew­czy­nę. Nic nie mó­wiąc, za­czął ner­wo­wo przy­ta­ki­wać głową. Wstał i nie oglą­da­jąc się po­biegł do inne po­ko­ju. 

Po chwi­li mu­zy­ka cał­ko­wi­cie uci­chła.

Anna wy­pu­ści­ła od­dech z ust. Mimo, że ból głowy nie minął, po­czu­ła krztę ulgi.

W po­ko­ju wró­ci­ła do leków. Zna­la­zła nową ta­blet­kę, po­łknę­ła ją. Na nie­szczę­ście dziew­czy­ny – ta­blet­ka skoń­czy­ła tak jak po­przed­nia.

– Co jest? – wy­mru­cza­ła do sie­bie Anna, ście­ra­jąc jed­no­cze­śnie z ust reszt­ki wy­plu­tej śliny.

In­for­ma­cje na ulot­ce nie wska­zy­wa­ły­by na nic, tłu­ma­czą­ce­go zda­rze­nie. Do upły­wu waż­no­ści zo­sta­ło jesz­cze parę mie­się­cy.

Anna przy­pa­dła do szaf­ki z le­ka­mi. Po chwi­li na bla­cie pię­trzy­ły się opa­ko­wa­nia ta­ble­tek, brzę­cza­ły bu­tel­ki z sy­ro­pa­mi – wszyst­ko, co miało choć­by cień szan­sy na uci­sze­nie upo­rczy­we­go łu­pa­nia w gło­wie.

Spró­bo­wa­ła wszyst­kie­go. Wszyst­kie­go. Wszyst­ko też zwró­ci­ła. Mdły smak soli roz­go­ścił się na jej pod­nie­bie­niu.

Bez­rad­nie wpa­try­wa­ła się w mały sto­sik me­dy­ka­men­tów. Jej wargi prze­mo­kłe i le­pią­ce się od śliny.

Burk­nię­cie wy­brzmia­ło z jej brzu­cha. W sumie, to nic nie jadła, odkąd się obu­dzi­ła. Jej ciało za­mar­ło na chwi­lę. Jaki był dzień? Czemu obu­dzi­ła się na ziemi? To prze­klę­te łu­pa­nie głowy i cała resz­ta. Ostat­nio gdzie była to… im­pre­za? Tak! Jeśli pa­mięć nie szwan­ku­je, to ostat­nio gdzie była, to na do­mów­ce z Mar­ce­lą. To wszyst­ko… czy wy­pi­ła aż tyle? Może Mar­ce­la zro­bi­ła jej ja­kie­goś schrza­nio­ne­go drin­ka? Z jej ta­len­tem wszyst­ko jest moż­li­we.

Co zro­bić? – za­czę­ła się za­sta­na­wiać. Nie wy­trzy­ma­ła­by z tym cho­ler­nym bólem głowy.

We­wnętrz­na pust­ka za­czę­ła po­stę­po­wać za­ska­ku­ją­co szyb­ko. W jed­nej chwi­li pod­upa­dła lekko na ko­la­na, jej ciało jakby się skur­czy­ło. Prawa dłoń spo­czę­ła na brzu­chu.

Z bez­rad­no­ścią jej oczy za­czę­ły latać to tu, to tam. Spoj­rza­ła za okno, parę po­je­dyn­czych gwiazd od­zna­cza­ło się na czar­nym nie­bie.

Ja­kieś dzie­sięć minut stąd jest ap­te­ka – po­my­śla­ła. 

Za­mie­ni­ła kap­cie na buty, za­rzu­ci­ła kurt­kę przez rękę. Nie chcia­ła nawet pa­trzeć na swoje włosy, była pewna, że co drugi ster­czy w pio­nie.

Wy­szła znowu na nie­ogrze­wa­ną klat­kę, trzask drzwi za­sy­gna­li­zo­wał ca­łe­mu oto­cze­niu jej wyj­ście.

 

III

 

Chłód prze­szy­wał jej ciało. Łu­pa­nie w gło­wie, cho­ciaż nie stra­ci­ło na sile, ze­szło na drugi plan wzglę­dem pust­ki w żo­łąd­ku. 

Ten, który wcze­śniej łupał ki­lo­fem o jej głowę, mu­siał ude­rzyć teraz w żo­łą­dek.

Jesz­cze gdyby to był stop­nio­wy roz­wój sy­tu­acji, ale nie – ta pust­ka w brzu­chu po­ja­wi­ła się ot tak. Pstryk­nię­cie palca i pro­szę.

Ktoś szedł z na­prze­ciw­ka. Kap­tur za­sła­niał twarz, ale po kroku po­zna­ła, że to męż­czy­zna. Pa­trzy na nią? Chyba nie.

Mi­nę­li się. Wcze­śniej nie czuła cze­goś ta­kie­go, ale za­kap­tu­rzo­ny zda­wał się… słod­ki? Nie w takim ro­man­tycz­nym sen­sie, oczy­wi­ście. Było w tej oso­bie coś, co bar­dzo chcia­ła mieć.

Za­uwa­ży­ła, że stoi w miej­scu. Ten dziw­ny aro­mat w za­kap­tu­rzo­nym – naj­wy­raź­niej ją zbyt za­in­te­re­so­wał. 

Obej­rza­ła się za nim; był już da­le­ko. Woń też za­czę­ła się od­da­lać. 

Wpa­try­wa­ła się tak jesz­cze chwi­lę w nie­zna­jo­me­go, jego fi­gu­ra sta­wa­ła się coraz bar­dziej roz­my­ta. Nie wi­dzia­ła obec­nie zbyt do­brze, co za tym idzie za­kap­tu­rzo­ny dość szyb­ko zmył się z resz­tą oto­cze­nia.

Blask wy­ło­nił się zza za­ma­za­ne­go ho­ry­zon­tu. Sły­sza­ła to zbyt ostro. Ślizg i brzę­cze­nie za­ję­ły ciszę. Blask za­mie­nił się w cały po­jazd, był coraz bli­żej. 

Za­ci­snę­ła zęby tak, że aż ją za­bo­la­ły. Auto prze­je­cha­ło obok niej, nio­sąc za sobą fale wia­tru.

Anna po­czu­ła jak wszyst­kie ob­ja­wy wra­ca­ją do niej ze zdwo­jo­ną siłą. W gło­wie za­łu­pa­ło, w uszach za­ku­ło, oczy ośle­pi­ło, chyba nawet pust­ka w brzu­chu na­bra­ła głębi.

Nogi ugię­ły się pod dziew­czy­ną, a ona sama wrza­snę­ła. 

Chcia­ła sku­lić się na ziemi, dać temu cze­muś, co ją męczy, za wy­gra­ną.

– Cho­ler­ny… – wy­ce­dzi­ła przez zęby w kie­run­ku pro­wa­dzą­ce­go auto. Kto to wi­dział tak je­chać.

Kilka chwil w ciszy wła­snych myśli i oto­cze­nia. 

Była głod­na, tylko to brzmia­ło teraz w jej gło­wie. 

Pust­ka w jej żo­łąd­ku po­stę­po­wa­ła jak nigdy. Mu­sia­ła ją za­peł­nić. 

Chcia­ła… pra­gnę­ła tego cze­goś, co miał w sobie tam­ten nie­zna­jo­my.

Ślina za­czę­ła są­czyć się w jej ustach, spły­wa­ła po war­dze i za­kra­pia­ła pod­ło­gę.

Dalej bo­la­ła ją głowa, dalej świsz­cza­ło jej w uszach, dalej ledwo wi­dzia­ła. Ale wie­dzia­ła, gdzie ma iść. 

Mogła ją wy­czuć z ki­lo­me­trów. Sło­dycz. Czuła ją, nie­da­le­ko. Lu­dzie, dużo ludzi. Dużo sło­dy­czy.

 

IV

 

Chwi­lę za­ję­ło jej do­tar­cie do cen­trum. 

Jak na bu­fe­cie. Za­czę­ła oglą­dać się za każ­dym, kto ją mijał; chło­pak, dziew­czy­na, ko­bie­ta, jakiś dzia­dek, dziec­ko – z nich wszyst­kich ema­no­wa­ła ten aro­mat, ten prze­cu­dow­ny aro­mat. 

Nie­któ­rzy się jej bali, nie­któ­rzy nie byli świa­do­mi jej obec­no­ści. Oczy Anny i ja­kiejś dziew­czyn­ki spo­tka­ły się, pa­trzy­ły na sie­bie parę se­kund, aż znie­sma­czo­ne dziec­ko od­wró­ci­ło wzrok i zbli­ży­ło do pro­wa­dzą­cej je matki. 

Kogo by tu wy­brać? W kogo się za­nu­rzyć? Nie mogła wziąć wszyst­kie­go na raz, prze­cież. 

Szu­ka­ła i szu­ka­ła. Chło­piec prze­szedł obok jej nogi, wpa­trzo­ny w te­le­fon, chyba cho­dzi do pod­sta­wów­ki. Nie, miał za mało sło­dy­czy w sobie. 

Jakiś dzia­dek, ledwo się włó­czy mię­dzy ludź­mi. Nie, nie pach­niał tak do­brze, jak inni. Nagle to zo­ba­czy­ła – dziew­czy­na, do­brze zbu­do­wa­na, są z Anną w po­dob­nym wieku. Słod­sza od wszyst­kie­go co ją ota­cza. Tak, to w niej się za­nu­rzy.

Anna uśmiech­nę­ła się krzy­wo. 

Dziew­czy­na stała pod la­tar­nią, grze­ba­ła coś w te­le­fo­nie – ide­al­nie, nawet nie zo­rien­tu­je się, gdy po­dej­dzie. 

Była już w dro­dze. Coraz bli­żej i bli­żej… Czuła się, jakby wła­śnie wcho­dzi­ła do raju.

Już pra­wie, już pra­wie.

Czy­jaś dłoń spo­czę­ła na ra­mie­niu Anny, umoc­ni­ła uścisk i naj­dy­skret­niej, jak to moż­li­we, za­czę­ła pchać jej zwiot­cza­łe ciało w naj­bliż­szą alej­kę.

– Głu­pia, co ty od­pie­przasz? – wy­szep­tał męski głos nad jej uchem.

Nie od­po­wie­dzia­ła.

Pchnął nią o ścia­nę. Chwi­lę jej za­ję­ło otrzą­śnię­cie się. Nadal z otwar­ty­mi usta­mi spoj­rza­ła w twarz nie­zna­jo­me­go.

To był jeden z jej są­sia­dów. Miał krót­kie brą­zo­we włosy, dziw­ne oczy. Jego sło­dycz była inna, cho­ciaż nie zna­czy to oczy­wi­ście, że zła. Stra­ci­ła szan­sę na tamtą dziew­czy­nę, co za szko­da… 

– Chcesz, żeby nas zna­leź­li, żeby łowcy za­czę­li tutaj wę­szyć?! – po­wie­dział. – Jak chcesz umrzeć, to rzuć się przed słoń­ce, a nie zwra­casz na sie­bie uwagę! 

Świ­dro­wał ją wzro­kiem przez kilka chwil. Pew­nie gdyby miał ku temu wa­run­ki, już by ją za­tłukł. 

Po chwi­li jed­nak przyj­rzał się le­piej. Jego uwagę przy­ku­ło coś na szyi Anny. 

Wpa­try­wał się tak chwi­lę. Zmie­sza­nie na jego twa­rzy kwi­tło z każdą se­kun­dą.

– O… – po­wie­dział sam do sie­bie pod nosem. – Czyli to tak.

Nie miał chwi­li na więk­szą re­flek­sję. Anna rzu­ci­ła się całym cia­łem, jej zęby za­to­pi­ły się w jego barku. Chło­pak zawył przez za­ci­śnię­te zęby.

– Co ty od­wa­lasz…? – wy­ce­dził przez zęby.

Jak z nie­mow­lę­cej bu­tel­ki, pysz­no­ści za­czę­ły spły­wać do jej ust. Ostat­nio, kiedy tak się czuła… Była jesz­cze mała, była zima, wró­ci­ła z dworu, mama dała jej cie­płej her­ba­ty.

Coraz wię­cej roz­ko­szy w jej ustach. Głowa prze­sta­ła boleć, oto­cze­nie stało się cich­sze, koń­czy­ny na­bra­ły na sile. Z jej głowy znik­nę­ła cała mgła.

Chło­pak za­parł się, z ca­łych sił pchnął w dziew­czy­nę. 

Anna od­le­cia­ła z dwa lub trzy metry. Jej zęby zo­sta­wi­ły na ra­mie­niu są­sia­da czer­wo­ny ślad i ode­rwa­ły ka­wa­łek mięsa. Język Anny zmył z warg reszt­ki po­sił­ku.

Chło­pak spoj­rzał na nią bez­rad­nie.

Umysł dziew­czy­ny za­czął znowu w pełni pra­co­wać. W jed­nej chwi­li przed jej ocza­mi prze­le­cia­ło wszyst­ko to, co wy­da­rzy­ło się przez ostat­nią go­dzi­nę.

Spoj­rza­ła to na chło­pa­ka, to na sie­bie. Jej ciało za­czę­ło drżeć, mina zrze­dła. Spoj­rza­ła na swoje dło­nie, prze­je­cha­ła ję­zy­kiem po każ­dym z zębów. Sło­dycz…

Kark jej ze­sztyw­niał.

– Spo­koj­nie… Spo­koj­nie – szep­nął zmę­czo­nym tonem są­siad. – Wszyst­ko bę­dzie do­brze.

Wrzask wy­do­stał się z jej gar­dła. Nie wie­dzia­ła na co pa­trzeć. Ze­rwa­ła się z nóg i mor­der­czym wręcz tem­pem za­czę­ła ucie­kać. 

 

V

 

Gnała, po­trą­ca­jąc i od­py­cha­jąc na­po­tka­ne na dro­dze osoby. Nie czuła zmę­cze­nia, jej serce biło jak dzwon. Moc­niej i moc­niej.

Sta­ra­no­wa­ła jakąś ko­bie­tę. Od­głos huk­nię­cia o as­falt do­szedł do jej uszu. 

Wszy­scy za­czę­li się za nią oglą­dać. Wizja lasu oczu za­ję­ła jej myśli. 

Może to tylko w jej gło­wie, ale zdaje się, że bie­gła szyb­ciej niż nie­je­den olim­pij­czyk. 

Jej wzrok padł na zie­mię. “Nie pa­trz­cie, nie pa­trz­cie” – za­czę­ło skan­do­wać w jej gło­wie. 

Ona… co ona zro­bi­ła temu chło­pa­ko­wi? Co? Czy może być? Nie. Nie. Nie.

Coś za­dud­ni­ło z lewej. Błysk świa­tła. Auto prze­je­cha­ło cen­ty­me­try za nią. 

Ktoś się na nią pa­trzał? Na pewno tak. Są­siad, ten tutaj i wcze­śniej­szy – wi­dzie­li ją. Do­nio­są na nią.

Łezka za łezką za­czę­ły wy­cho­dzić z jej oczo­do­łów. Czy to tak się skoń­czy? 

Nikt o tym oczy­wi­ście nie mówi ofi­cjal­nie, ale wszy­scy wie­dzą jaki los spo­ty­ka cho­rych. 

Nie zo­rien­to­wa­ła się, a była już pod drzwia­mi swo­je­go bloku. Jed­nym ru­chem roz­war­ła drzwi, które po nie­ca­łej se­kun­dzie przy­wa­li­ły o ścia­nę, roz­no­sząc po oko­li­cy me­ta­licz­ny stu­kot.

Po­mi­ja­ła co drugi albo trze­ci scho­dek. 

Wej­ście do miesz­ka­nia po­trak­to­wa­ła tak samo, jak wcze­śniej­sze. 

Jej plecy spo­czę­ły na drzwiach, jakby za­klu­cze­nie nie było wy­star­cza­ją­cym za­bez­pie­cze­niem.

Po chwi­li osu­nę­ła się na zie­mię. Sie­dzia­ła na pod­ło­dze, zwi­nę­ła się w kłę­bek. Szlo­chy wy­szły z jej ust.

To nie może być. To nie może być. – za­czę­ła mówić sama do sie­bie – NIE. NIE. NIE.

W jed­nej chwi­li ze­rwa­ła się z ziemi i po­bie­gła do ła­zien­ki. Świa­tło prze­cię­ło ciem­ność po­miesz­cze­nia. 

Zwol­ni­ła. Po­wo­li za­czę­ła zbli­żać się do lu­stra. Głowa nisko, nie chcia­ła tego wi­dzieć.

Raz… dwa… trzy.

Spoj­rza­ła w lu­stro. Jej oczy – jak u żmii. Skóra – nie­mal­że biała. Nie mogła prze­stać pa­trzeć. Chcia­ła dłoń­mi za­sło­nić oczy, ale gdy tylko spró­bo­wa­ła, zo­ba­czy­ła to – jej palce teraz przy­po­mi­na­ły szpo­ny ja­kiejś be­stii. 

Za­krę­ci­ło jej się w gło­wie, upa­dła na plecy. Do­brze, nie chcia­ła na to pa­trzeć.

Zmar­no­wa­na nie miała nawet siły, by się pod­nieść. 

Gdy łowcy ją znaj­dą, zo­sta­nie za­bi­ta jak pies. Boże, po­ra­tuj.

Po­win­na rzu­cić się przed słoń­ce? Oszczę­dzi­ło­by jej cier­pie­nia i upo­ko­rze­nia. Nie. Nie wie jak bo­le­sny i długi jest to pro­ces.

Gdyby tylko czas mógł się teraz za­trzy­mać.

Pu­ka­nie. Ktoś za­pu­kał do jej drzwi. Znowu i znowu – łącz­nie trzy razy. 

Nie. Nie może otwo­rzyć.

Nagle to po­czu­ła. Nie wy­pi­ła wcze­śniej wy­star­cza­ją­co dużo.

W brzu­chu jej za­bur­cza­ło, pust­ka wró­ci­ła. Ślina za­czę­ła zbie­rać się w jamie ust­nej.

Nie może otwo­rzyć… ale skoro i tak ją za­bi­ją, to co szko­dzi na­jeść się ten ostat­ni raz. Kto­kol­wiek byłby po dru­giej stro­nie.

Koniec

Komentarze

Witaj. :)

 

Technikalia i pojawiające się podczas czytania sugestie oraz wszelkie wątpliwości (zawsze – jedynie do przeanalizowania):

Spróbowała wstać, poruszyć ręką, jednak jej ciało nie reagowało. Wróciła spojrzeniem do falującej kołdry.

Paraliż senny. Powinna lepiej spać, wszyscy jej to mówili: od babci, do wykładowców. Sama to wiedziała, ale jak tu pogodzić to wszystko.

Rozejrzała się po pokoju; wszystko porozwalane, gdzie nie spojrzeć, tam ubrania na ziemi. Jej wzrok zdążył się już zaadaptować do wszechobecnej ciemnoty, widziała prawie wszystko, poza jednym rogiem. Cała okoliczna ciemność zdawała się umówić na spotkanie w jednym miejscu – kącie jej pokoju. – powtórzenia?

Że też nie ma w pokoju zegara ściennego. – może na końcu wykrzyknik albo wielokropek?

Spojrzała znowu w otchłań, było w niej coś dziwnie hipnotyzującego; absolutna nicość, nigdzie się nie zaczynającaniekończąca. – tu mam wątpliwość, czemu jedno jest razem, a drugie osobno?

Patrzyła tak chwilę, gdy przez jej głowę przeleciała pewna uwaga – Otchłań wydawała się być jakby większa? – czemu po myślniku jest wielka litera?

Zapukała do drzwi – Nic. Znowu, mocniej – Nikt nie zareagował. – tu podobnie; reszty podobnych przykładów nie wypisuję, lecz trzeba się nad nimi zastanowić

Coś zaczęło się wyłaniać z pustki. Jedne punkty zaczęły odstawać od drugich, formując przy tym owalny kształt. To coś zaczęło się zbliżać do sparaliżowanej dziewczyny, coraz bardziej odrywało się od ciemności.

Było coraz bliżej i bliżej, aż w końcu stanęło nad Anną. – powtórzenia?; powtórzeń jest dalej jeszcze więcej (szczególnie zaimków osobowych, np. wszelkie formy „ona”: „ona/jej/niej/ją”), ja reszty nie wypisuję, bo być może niektóre są celowo użyte, ale warto się nad nimi zastanowić

Skąpana w czerni postać spojrzała na dziewczynę swoimi ostrymi jak u węża ślepiami. – trochę mi zgrzytają „ostre ślepia” (?)

Jedynym (przecinek?) co w tej chwili do niej dochodziło, była szalejąca na dole muzyka.

Wstał i nie oglądając się pobiegł do inne pokoju. – tu chyba brakuje liter?

Ostatnio gdzie była to… impreza? Tak! Jeśli pamięć nie szwankuje, to ostatnio gdzie była, to na domówce z Marcelą. – oba wytłuszczone zdania do przebudowy, bo mają niepoprawną składnię?

Jakieś dziesięć minut stąd jest apteka – pomyślała. – tu podobnie?

Auto przejechało obok niej, niosąc za sobą fale wiatru. – czy tu nie chodziło o liczbę pojedynczą?

Kto to widział tak jechać. – może na końcu pytajnik albo wykrzyknik?

 

 

Ten fragment jest niezrozumiały – skoro jest na drodze, jadą auta, a ona idzie lub stoi, piszesz o ziemi i kilometrach, skąd tam nagle wzięła się podłoga, na którą kapie ślina bohaterki?:

„Zacisnęła zęby tak, że aż ją zabolały. Auto przejechało obok niej, niosąc za sobą fale wiatru.

Anna poczuła jak wszystkie objawy wracają do niej ze zdwojoną siłą. W głowie załupało, w uszach zakuło, oczy oślepiło, chyba nawet pustka w brzuchu nabrała głębi.

Nogi ugięły się pod dziewczyną, a ona sama wrzasnęła. 

Chciała skulić się na ziemi, dać temu czemuś, co ją męczy, za wygraną.

– Cholerny… – wycedziła przez zęby w kierunku prowadzącego auto. Kto to widział tak jechać.

Kilka chwil w ciszy własnych myśli i otoczenia. 

Była głodna, tylko to brzmiało teraz w jej głowie. 

Pustka w jej żołądku postępowała jak nigdy. Musiała ją zapełnić. 

Chciała… pragnęła tego czegoś, co miał w sobie tamten nieznajomy.

Ślina zaczęła sączyć się w jej ustach, spływała po wardze i zakrapiała podłogę.

Dalej bolała ją głowa, dalej świszczało jej w uszach, dalej ledwo widziała. Ale wiedziała, gdzie ma iść. 

Mogła ją wyczuć z kilometrów. Słodycz. Czuła ją, niedaleko. Ludzie, dużo ludzi. Dużo słodyczy,

Chwilę zajęło jej dotarcie do centrum”.

 

Ale wiedziała, gdzie ma iść. – dokąd?

Zaczęła oglądać się za każdym, kto ją mijał; chłopak, dziewczyna, kobieta, jakiś dziadek, dziecko – z nich wszystkich emanowała ten aromat, ten przecudowny aromat. – literówka?

Nie mogła wziąć wszystkiego na raz, przecież. – zdanie znowu niepoprawne składniowo, zawiera tez ortograf?

 

Szukałaszukała. Chłopiec przeszedł obok jej nogi, wpatrzony w telefon, chyba chodzi do podstawówki. Nie, miał za mało słodyczy w sobie. Jakiś dziadek, ledwo się włóczy między ludźmi. Nie, nie pachniał tak dobrze, jak inni. Nagle to zobaczyła – dziewczyna, dobrze zbudowana, z Anną w podobnym wieku. Słodsza od wszystkiego co ją otacza. Tak, to w niej się zanurzy. Anna uśmiechnęła się krzywo. – tu niespodziewanie (w paru innych miejscach – podobnie), pisząc o tych samych wydarzeniach, rozgrywających się jedno po drugim, nagle czasowniki w czasie przeszłym przeplatasz tymi w czasie teraźniejszym – czemu?

 

Słodsza od wszystkiego (przecinek?) co ją otacza.

Dziewczyna stała pod latarnią, grzebała coś w telefonie – idealnie, nawet nie zorientuje się, gdy podejdzie. – nieco zgrzyta mi tu styl (?)

Głowa przestała boleć, otoczenie stało się cichsze, kończyny nabrały na sile. – i tu?

Miał krótkie (przecinek?) brązowe włosy, dziwne oczy.

Pewnie (i tu?) gdyby miał ku temu warunki, już by ją zatłukł. 

Nie wiedziała (i tu?) na co patrzeć.

 

A tu – o co chodzi? – o „las oczu” w sensie: „wiele oczu patrzy” (to może dać kursywą?)?:

„Staranowała jakąś kobietę. Odgłos huknięcia o asfalt doszedł do jej uszu. Wszyscy zaczęli się za nią oglądać. Wizja lasu oczu zajęła jej myśli”. 

 

Nikt o tym oczywiście nie mówi oficjalnie, ale wszyscy wiedzą (przecinek?) jaki los spotyka chorych. 

To nie może być. To nie może być. – zaczęła mówić sama do siebie – NIE. NIE. NIE. – błędny zapis wypowiedzi?

 

Zmarnowana nie miała nawet siły, by się podnieść. – tego też nie rozumiem – czemu: „zmarnowana”?

Nie wie (przecinek?) jak bolesny i długi jest to proces.

 

Klikam za pomysł, spore zaskoczenie „innością” bohaterki oraz emocje Anny, choć tekst wymaga jeszcze podszlifowania w wielu kwestiach językowych, a także logicznych.

Pozdrawiam serdecznie. :)

Pecunia non olet

Heja, Bruce. Dzięki za komentarz i sugestie. Nałożę poprawki, gdy będę w domu. Nie jestem do końca pewien, ale z tego co kojarzę, to moje teksty nie mogą być jeszcze "klikane". Pozdrawiam!

Kapibara

Nie jestem do końca pewien, ale z tego co kojarzę, to moje teksty nie mogą być jeszcze "klikane".

Nie bardzo to rozumiem… O ile wiem, każdy tekst może być klikany. surprise

Pozdrawiam i dziękuję. :) 

Pecunia non olet

Nowa Fantastyka