I ujrzeli wielki Bagenon, miasto rozległe, z którym żadne z wielkich grodów cesarskich, ni bogata Nova, ni baponéjski Baar nie mogły się równać.
Miasto otaczał wysoki mur z czerwonej gliny, cegieł i piaskowca pustyni, a co siedemdziesiąt długości wzdłuż muru stały okrągłe baszty. Główna brama wyrastała z ziemi niby góra, niczym drzewa największe pięła się ku słońcu, tak, że nawet latający wieloryb był przy niej malutki, niczym szczur przed wrotami pałacu.
Brama miała kolor morskiej toni, głęboki granat wśród pustynnych piasków, a zdobienia wykonano z najczystszego złota. Nad wielkimi wrotami widniał wykonany z rubinów napis.
– Tu leży ten, który nie poznał drogi do drzewa – odczytał wieloryb, po czym klapnął na ziemi niezręcznie i bezceremonialnie zasnął, gdyż jego zmęczenie było straszliwe i wielkie.
Gdy tylko podróżnicy zjechali z wielorybiego grzbietu, wybiegł ku nim oddział wojowników o mocnej budowie, ubranych jedynie w skórzaną bieliznę z rzemyków. Ujrzawszy nagusów, Nœmi Ægis, córka kartografa, oblała się rumieńcem, a szlachetny rycerz Unless Franck dał znak, by wszyscy zachowali ostrożność, bo niewiadome były cele nadchodzących półgolasów.
Wojowie prędko otoczyli zmęczonych ewangelizatorów i śpiącego wierzchowca, a jeden z nich, ubrany oprócz rzemyków, również w skórzane ochraniacze i czerwoną pelerynę, wyszedł na przód, wołając słowa, których wędrowcy nie rozumieli, (a kronikarz nie ma zamiaru wymyślać), po czym rzucił im pod nogi dymiącą kulę, która uśpiła wszystkich, poza sztukmistrzem Bigusem Bonusem, który zawczasu wykonał ręką gest obronny.
Bigus miał mało czasu, pętla nagusów była coraz mocniej zaciśnięta, a on, jak otoczony niedźwiedź, został zmuszony do desperacji. Najpierw odpowiednio ustawił głos, szybkie złapanie dobrego dźwięku pozwoliło mu puścić w stronę wrogów falę uderzeniową, która przewróciła część niespodziewających się oporu wojowników, zrywając z nich resztki skąpej garderoby. Następnie chwycił palec i wykonując szybkie gesty, wzniecił małą burzę piaskową, po czym dmuchając z całych sił, zamroził wzniesiony piach. Uderzał promieniami kulistymi, zionął ogniem i odrzucał kolejnych zbliżających się golasów falami energii kinetycznej. Walka trwała kolejnych parę chwil, aż w końcu, po bohaterskim stawianiu oporu, Bigus Bonus upadł na kolana, splunął krwią i ostatkiem sił rzucając nieobyczajne słowa, stracił przytomność.
Ciemność nastała w głowach niedoszłych misjonarzy. Zły sen, który ich zmorzył był jak pozbawiająca wszelkiej myśli i snów pustynna otchłań.
Pierwszy ocknął się Unless. Czuł jedynie tępy ból głowy utrudniający wszelką myśl, ciało miał kompletnie wyzute z energii, obolałe i bezwładne.
Mimo nieprzyjemności i otępienia przez umysł szlachetnego rycerza przeszła myśl, że potrzebuje ocenić swoją sytuację, ale kumulacja bólu i zmęczenia nie pozwalała nawet na otwarcie oczu. Po chwili bezskutecznej walki z zamkniętymi oczyma Unless skupił swoją uwagę na reszcie obolałego ciała. Czuł zimno. Zimna, naga skóra dotykała jeszcze zimniejszą posadzkę, która była niby szkło, albo wyszlifowany kamień. Delikatny ruch ciałem zdradził, że były to płyty lub kafle oddzielone od siebie bardzo cienką fugą.
Nagie ciało. Nagie…
Unless z trudem pojął, że skoro jest nagi, to ktoś musiał go rozebrać. Ostatnie co pamiętał atak półnagich wojowników z wielkiego miasta. Czy to oni go rozebrali? Pewnie tak. Został rozebrany i przyniesiony na zimną posadzkę przez grupę nieskromnych sodomitów. Pytanie, czy ten sam los spotkał pozostałych, a jeżeli tak, to również jego szlachetnego kuzyna i Ægis. Biedną Ægis, czy została skrzywdzona? Być może, może nie, nie mniej jednak syn rodu Francków wiedział, że będzie musiał pomścić tę zniewagę.
Unless usłyszał kasłanie, mokre, jakby pełne flegmy. Kto to mógł być? Członek grupy, czy może strażnik? Zaraz po kasłaniu słychać było cichy pomruk i westchnienie, dźwięk jakby klaśnięcia, bardzo głośny i wysoki pisk i zachrypły kobiecy głos.
– Łapy przy sobie! – W tym momencie, pod presją ciekawości, oczy Unlessa Francka w końcu ustąpiły, a przed nim ukazała się niezwykła scena.
Przed nim siedziała, przykrywając dłońmi piersi i łono naga Ægis, obok, również rozebrany do rosołu, trzymający zaczerwienioną twarz, mamroczący coś o przeprosinach Aaron-Dominic, a w kącie kawałek dalej plujący krwią Bigus.
– Gdzie jesteśmy? – Zapytał słabym głosem Unless – Co to za miejsce?
– Nie wiem – powiedziała ledwie słyszalnie Nœmi – chyba w jakimś pałacu.
Wszyscy rozejrzeli się po otaczającej ich wielkiej sali. Osadzony na kolosalnych kolumnach sufit przypominał nocne niebo. Ściany wypełniały roślinne ornamenty oraz naturalny bluszcz i winorośl. Wzdłuż ścian stali wojownicy przyodziani tak samo, jak siepacze, którzy wcześniej pojmali grupę, a w dłoniach trzymali trąby. Na środku halli rosło wielkie drzewo, na którego czubku, w wielkim kwiecie, leżała kobieta.
Gdy kobieta spostrzegła wybudzonych misjonarzy, podniosła dłoń, a cała grupa została bezwolnie przyciągnięta przed jej oblicze. Obolali święci podróżnicy nie protestowali, nie mieli na to sił. Pozwolili kobiecej magii się unieść i usadowić wygodnie na leżących pod drzewem poduszkach z najdelikatniejszego jedwabiu. Patrząc na dominującą postać kobiety, podróżnicy zauważyli, że była dojrzała, lecz piękna. Jej nieskazitelne rysy twarzy, podkreślał mały, zgrabny nos, niezbyt długie, kruczoczarne, kręcone włosy uwydatniały piękno oczu o kolorze butelkowej zieleni. Ciało miała matrony – zgrabne, ale dojrzałe, szerokie biodra i wydatny biust. Ubrana była jedynie w lekką zwiewną suknię, która jednak nie przysłaniała ni krztyny boskiego ciała, dzięki swym przezroczystym wartościom.
Władczyni uniosła dłoń jeszcze raz, tym razem przyciągając jedynie Aarona. Nœmi zaprotestowała, wykrzykując ze wszystkich sił imię swego bliskiego towarzysza, jednak królowa za nic miała błagania, ruchem wolnej ręki przywołując strażnika, który pewnym ruchem zakneblował córkę kartografa.
Otępiały Aaron-Dominic przyleciał bezwładnie do kwiatu, który natychmiast zamknął za nim swe płatki. Władczyni uśmiechnęła się i oblizując wargi, chwyciła młodzieńca jedną dłonią za włosy, a drugą poprowadziła jego dłoń do swojej piersi. Następnie wypowiedziała słowa w zakazanym języku, a przez świętego przeszły dreszcze. Aaron poczuł, że kobieta penetruje mu mózg, ale nie mógł zaprotestować. Kazała mu chwycić ją mocniej, a aaronowe myśli zaczęły przepływać do królewskiej głowy. Nastało połączenie umysłów. Do świętej głowy zaczęły przepływać słowa i język władczyni, a ona poznała aaronowy język, myśli, sekrety i strachy. Gdy królowa pozyskała wszystkie informacje, których potrzebowała, pocałowała świętego, a kwiat się otworzył.
Oszołomiony i wyraźnie podniecony całą sytuacją Aaron został przywrócony na miejsce, a władczyni sfrunęła na dół, całując resztę uczestników podróży, czyniąc im to samo co Aaronowi. Protestującą niemo Ægis władczyni mocno chwyciła i wyszeptała słowa w zakazanym języku do niewieściego ucha. Nœmi uspokoiła się, rozluźniła i osunęła na kolana, a strażnik wyjął z jej ust knebel.
– Drodzy podróżnicy, jam jest wielka Bagena, mistrzyni rozkoszy, ta, dla której mężczyźni zostawiali swe ojczyzny i swych bogów i dla której żony pozostawiły swe dzieci i mężów, królowa Bagenonu, władczyni ziemi i nieba, od oceanu aż dotąd. Oddajcie pokłon, szukający drogi, a zostanie wam pokazana, pocałujcie stopy, a poczujecie rozkosz i mądrości, których nikt nie widział, chwalcie mą cześć, a poznacie, czym jest raj i jak żyją bogowie.
Na te słowa chór wojowników zawołał – Tako rzecze Bagena! – i zaczął grać na swych trąbach. Dźwięki te chwyciły serca podróżnych, gdyż były przesiąknięte obrzydliwą magią, a głowy dalej mieli przepełnione bólem i otępieniem. Upadali na kolana kolejno Bigus Bonus, Aaron zwany Dominikiem i Nœmi Ægis, której umysł był opętany przez słowa w złym języku. Jedynym, który nie upadł był Unless Franck, rycerz Chrystusa, który przez lata służby w zakonie rycerskim został przygotowany do obrony umysłu przed złowrogimi siłami magii. Bagena spojrzała na niego gniewnie i ruchem ręki podwoiła i potroiła siłę uroku, lecz Unless nie ustąpił. Wtedy usłyszał Franck w swym uchu głos anioła pańskiego, który swym spokojnym, chłopięcym głosem zaczął uspokajać rozsierdzonego mężczyznę.
– Udaj wojowniku pana, że również zostałeś zaklęty, tylko tak uratujesz całą bożą misję. Upadnij na kolana, lecz strzeż się, by nie uczynić więcej, bo jeżeli więcej uczynisz, osłabniesz tak bardzo, że zostaniesz dosięgnięty przez złowrogi czar, który niszczy umysł. Nie całuj stóp Bageny ani czci nie oddawaj, lecz udawaj, że podążasz za bagenowym głosem. – Tak też uczynił Unless, klękając na jedno kolano.
Otwarły się wówczas otaczające ze wszech stron halli wrota i weszli służący – ładni, młodzi chłopaczkowie w białych szatach i dziewczęta w złotych łańcuchach, które mimo urody, były niczym przy Bagenie. Służba wniosła półmiski i tace z winem, owocami, mięsem i słodyczami, piwem i serami bezlaktozowymi i bezkazeinowymi, oraz wszelkimi substancjami, które wprawiają w stan wielkiej radości. Wszyscy zaczęli jeść, pić i zabawiać się, a Bagena chodziła od podróżnika, do podróżnika przekazując swą mądrość, oraz prezentując swe piękno i uroki.
Minęło kilka dni, zanim zwaliste cielsko Świętypsa odzyskało siły. Wieloryb wzbił się majestatycznie, kompletnie ignorując ciężkie łańcuchy i grube liny, którymi go przyszpilili do ziemi wojownicy Bageny. Olbrzym wleciał do Bagenonu, niszcząc gzymsy bogato zdobionej bramy.
Wieloryb nie wiedział, gdzie zniknęli pozostali towarzysze podróży, jednakowoż nie było to w tym momencie priorytetem; Świętypies czuł głód, po tak długiej podróży i regenerującej drzemce, jedyne co latający wieloryb potrzebował to ser. Pyszny, pachnący ser z przerostem pleśni, którego wielki (duszą i ciałem) filozof traktował jako alegorię świata, był prawdziwie jedynym pragnieniem największego ze ssaków.
Świętypies zanucił tylko sobie znaną pieśń, zrobił piruet, którym zrzucił ostatnich kurczowo wiszących na nim strażników i użył swego wielkiego otworu nosowego, by wyczuć najbliższe źródło boskiej substancji. Nie było to trudne. Bagenon, jako miasto prawdziwie przepotężne, wykształcił liczne ryneczki i targowiska, w których można było znaleźć najróżniejsze przysmaki, skarby i nierzadko rzeczy pochodzenia magicznego. Na jednym z licznych rynków, zwanych przez miejscowych kozim, była słynna na cały kraj manufaktura sera, i do niej właśnie skierował się Świętypies.
Wieloryb z gracją wylądował na środku rynku i zaczął prawić swe mądrości.
– Knadzy i knagowie, czym jest świat jak nie serem, co dobry jest samo pod pierzynką z pleśni? Czymże są włosy jak nie rosnącymi na głowach grzybami?
I stanęli wokół niego serowarzy i oddali pokłon, gdyż słowa, które wypowiadał, były pełne mądrości. Obdarowali go serem, który zjadł, oczyszczając swój umysł i wtedy właśnie poczuł, że kogoś mu w tym momencie brakuje.
Stanęła wówczas Bagena nad misjonarzami.
– Mówiłam wam „oddajcie pokłon, to wskażę drogę” i tak też uczynię, doświadczyliście dziś owocu rozkoszy, mądrości mędrców, mleka i wina, którymi płynie Bagenon. Mówicie, że szukacie drogi, a ja nimi władam. Wasze umysły dążą razem ze słońcami do ziemi ubogiej, gdzie rządzą ludzie bez serca, którzy orzą ziemię kamienistą, którą lód gruby skuwa przez połowę cyklu. Tam dokąd idziecie, nie znajdziecie bogactw ani piękna, a tylko chłód, niebezpieczeństwa i dzikie bestie, spotkacie na tamtych ziemiach wściekłych magów i kanibali ludojadów. Jeżeli więc pragniecie, możecie odejść, ale wstrzymajcie pośpiech, możecie pozostać tutaj tak długo, jak zapragniecie.
Po tych słowach chór wojowników ponownie zawołał – Tako rzecze Bagena!
– Nie pragniemy cię niepokoić, o dobra gospodyni, starczy jedno słowo, że jesteśmy ciężarem, a odejdziemy, by dopełnić naszą misję – powiedział Unless.
– Droga pani, jesteś łaskawa i dobra, z wielką chęcią skorzystamy z propozycji i pozostaniemy – powiedział Aaron.
Wtedy wstała Bagena i powiedziała: – Ucałujcie stopy, a doznacie rozkoszy ciała i umysłu, których nigdzie indziej nie spotkacie, dotknijcie je swymi wilgotnymi wargami, a zrozumiecie, co jest najwyższą z rozkoszy i wszystko, co dotychczas znaliście, będzie niczym zły sen!
I raz jeszcze zawołał chór wojowników: – Tako rzecze Bagena!
Uklękli więc Aaron i Bigus i ucałowali.
– Nie jestem pewna… znam drogę, nie potrzebuje rozkoszy. Na cóż rozkosze, gdy świat widzi tylko powłoki, a ukochany jest ślepcem? – rzekła Nœmi, jak gdyby odzyskując na chwilę zmysły.
– Jeżeli jesteś kartografem, to wskaż, gdzie jest droga? – I ponownie było słychać chór wojowników. Nœmi spojrzała po sali i widząc jedynie ściany, nie potrafiła określić kierunku, na co kontynuowała królowa – Widzisz dziecko? Nic nie wiesz o geografii. Jesteś do niczego. Potrzebujesz pomocy, drogi, mapy… – z każdym kolejnym słowem zbliżała lekko uchylone wargi ku uchu Ægis i znowu wyszeptała słowa w złym języku, a Nœmi ponownie upadla na kolana i ucałowała stopy Bageny, a po ciele przeszła fala ciepła i euforii.
Ponownie jedynym, który nie ucałował był Unless, który schylił się, lecz zamiast całować stopy, ucałował swój palec położony między jego wargami, a stopą władczyni.
Trwały więc dalej zabawy i nieczyste gry bluźniercze, a serce dziedzica Francków płonęło z żalu, lecz na twarzy nie mógł niczego pokazać, unikał więc wszechwidzącego wzroku Bageny. Gdy inni pili, jedli i bezbożnie bawili, Unless stał z boku, a gdy zobaczył wulgarne gesty Aarona, zasłabł i zapragnął świeżego powietrza.
Sługa zaprowadził rycerza na schowany za nieprzepuszczającymi światła kotarami taras i zapytał, czy potrzebuje czegoś więcej, na co misjonarz odpowiedział, że nie.
Gdy sługa odszedł Unless oparł się o balustradę i spojrzawszy na metropolię, splunął siarczyście. Delikatna bryza wieczornego wiatru rozwiała jego długie, faliste loki. Franck myślał o misji, próbując oczyścić umysł ze wszelkich nieczystych obrazów, które doświadczył od początku bageńskiej orgii. Czuł się słaby i pokonany, ale wiedział, że musi działać dalej, inaczej dusze wszystkich misjonarzy i całego narodu, do którego zmierzali, spłoną w odmętach piekła.
Gdy tak rozmyślał, usłyszał zza pleców głos Bageny.
– Czy nie smakuje ci moje wino i jadło i rozkosze?
– Pani, twe owoce i wino i szczodre dary zaprawdę są wspaniałe.
– Więc czemu usta masz spierzchnięte, a oczy zmęczone? Czyś nie skosztował soczystych, rajskich owoców, z których leją się soki i czy nie zanurzyłeś swych warg w kielichach z winem i nie raczyłeś się dobrami piękności mego domu? – Odparła Bagena chwytając kosmyk unlessowskich włosów.
– Czemu tak uważasz, o pani?
Królowa na te słowa chwyciła go za udo.
– Całowałeś stopy, lecz nie wilgoć poczułam, a podrażnioną, suchą skórę. Obserwuję cię Unlessie, jesteś człowiekiem o wielkim sercu i wielkiej sile, lecz twój umysł błądzi mimo wielu możliwych rozkoszy…
– Pani… – Odpowiedział przestraszony Unless.
– Twa dusza poszukuje rozkoszy innych niż owoce, jadło i napoje, większych niż mądrość, którą przekazuję i uroki służek, gotowych się oddać na jedno skinienie. Słodszych nawet niż samo spojrzenie na me boskie ciało. Poszukujesz… – Po tych słowach Bagena przymrużyła oczy i ucałowała Unlessa, który w zaskoczeniu wybałuszył swe oczy tak, że kątem oka spostrzegł lecącego ku jednemu z rynków Świętypsa. Rycerz natychmiast delikatnie odepchnął zaskoczoną królową, wybełkotał, że bardzo żałuje, ale zaraz wróci do rozmowy, gdyż musi szybko udać się na stronę.
Wbiegł do sali, po drodze przewracając się o kompletnie otępiałą alkoholem, ziołami i magią Nœmi, która coś zaczęła chichotać na tematy, które osobie tak świętobliwej nie przystają. Unless spoliczkował córkę kartografa, odmówił egzorcyzm i wykonał znak krzyża na czole. Ægis nagle oprzytomniała i wpadła w panikę, nie wiedząc, gdzie są, dlaczego Unless na niej leży i czemu nie mają ubrań.
– Jesteśmy w Bagenonie, królowa jest wiedźmą, Aaron i Bigus dalej są pod wpływem uroku, a Bagena domyśliła się, że jestem odporny i teraz ma mnie na oku.
– To, co teraz? – Zapytała Ægis.
– Mnie obserwuje… chociaż… może… może nie wie, że zostałaś odczarowana! Musisz uciec i znaleźć Świętypsa, widziałem, jak leciał w stronę rynku, na północ stąd. Znajdź wieloryba, przyleć tutaj, rozwal ścianę, a potem zobaczymy – odwrócił się – Ocho, Bagena idzie, udawaj, że nie kontaktujesz. Odwrócę jej uwagę – po tych słowach Unless wstał i wrócił do rozmowy z Bageną przepraszając za zniknięcie, na co władczyni odpowiedziała, że nawet lubi niewinnych chłopaczków i chętnie go poprowadzi.
Gdy nastała noc, w sali zostało rozpalonych kilka ognisk, przy których Aaron, Bigus oraz służący oddawali się lubieżnym zabawom. W tym czasie Unless z Bageną zniknęli w kwiecie na czubku drzewa, a Ægis po cichu wyszła na taras.
Córka kartografa nie potrzebowała wiele czasu, by zlokalizować wskazany przez Francka rynek. Wiszący nad nim ogon Świętypsa na pewno zagadki nie utrudniał, a rozpalone światła miasta pozwoliły szybko przygotować plan dostania się na miejsce.
Taras był dosyć wysoko nad ziemią, ale Nœmi miała pomysł. Zerwała szybko przykrywające wejście na balkon firany, związała je w jeden długi sznur i przywiązała do balustrady. Nie sięgały do ziemi, ale nie było wyjścia.
Dziewczyna powoli zjeżdżała po prowizorycznej linie, aż do końca, gdzie po ocenieniu odległości od ziemi, stwierdziła, że przy dobrych wiatrach i przemyślanym lądowaniu, nie powinna zginąć. Zanim jednak zdecydowała się na skok, zawisła jeszcze przez chwilę, tak, że firana się zerwała, a uciekinierka cudem nie zrobiła sobie krzywdy. Na ziemi Nœmi zawinęła ciało w firany i ruszyła przez miasto.
Bagenon nocą pachniał korzennymi przyprawami – cynamonem, goździkami, imbirem, kuminem i kolendrą, oraz kadzidłami z żywicy. Przemieszczając się po wąskich uliczkach Nœmi zwróciła uwagę, że w odróżnieniu od miast imperium, mimo zmroku, Bagenon tętnił życiem; gdzie nie spojrzeć mnóstwo ludzi, zwierząt i kupców.
Między straganami i przechodniami biegały dzieci, które żebrały o monety i próbowały zabieganym mieszkańcom sprzedać wszystko – od gazet, przez kwiaty, po najpewniej kradzione owoce i narzędzia.
Na skrzyżowaniach stali pobożni mędrcy, prorocy apokalipsy i wszelkiego rodzaju magicy, muzycy i hochsztaplerzy, głoszący szalone i bezbożne idee, wykonujący różnego rodzaju sztuczki, lub grający dopełniającą miejską kakofonię muzykę.
Idąc przez metropolię, dziewczyna zwróciła uwagę na homogeniczność strojów miejscowej ludności. Mężczyźni byli ubrani w skąpą bieliznę z rzemyków lub opcjonalnie zwiewne białe szaty, a kobiety jedynie w narzucone na ciało łańcuchy. Gdy przez myśl przeszła ta rewelacja, zauważyła, że zniesmaczony wzrok przechodniów był skupiony na wiszących na niej firanach.
Nœmi oceniła, ile jeszcze czasu będzie musiał iść przez miasto i doszła do wniosku, że podróż, tym bardziej w takim tłumie, może zająć nawet godzinę drogi. Godzinę, w której czasie Bagena zwróci uwagę na braki w nowym asortymencie i pośle za nią półnagą gwardię, która natychmiast spostrzeże dziewczynę ubraną w firanki.
Ægis zeszła do ciemnej pobocznej alei i się przyczaiła. Gdy tylko obok przeszła jakaś obleczona łańcuchami dziewczyna, Nœmi wyskoczyła zza rogu, uderzyła prawym prostym między oczy i powaliła zdezorientowaną ofiarę na ziemię.
Misjonarka zdjęła firany i założyła ściągnięte z powalonej dziewczyny łańcuchy, przy okazji komentując pod nosem, że tubylcy nie mają za krztyny gustu, lub praktyczności, bo łańcuchowy kostium był ciężki i ograniczający ruchy.
Przez kolejną godzinę Nœmi szła przed siebie wolniej, ale bardziej pewnie, a mieszkańcy zaczęli ją kompletnie ignorować, oddając się w pełni nocnemu życiu.
Świętypsa Nœmi spostrzegła i usłyszała z daleka. Latający wieloryb nie ukrywał swojej obecności w żaden sposób, wisiał wygodnie nad rynkiem serowarów, nucił, śpiewał i prawił słowo pleśni-na-serowe. Gdy tylko dziewczyna podeszła, ten wystrzelił ze swojego otworu nosowego pachnącą serem brie chmurkę.
– Droga knago, a gdzie was odebrało, gdy w drzemce i wśród serów sennych, a błogosławionych spoczywałem? – po czym dodał – Czy aby nie są ci łańcuchowie zbyt wielkim przykryciem? – Gdy Ægis to usłyszała, zapłakała łzami radości i przytuliła dotykającą ziemię płetwę wielkiego ssaka.
– Gdy spałeś, zdarzyły się straszne rzeczy! Aarona i pozostałych opętał zły urok, musimy lecieć na ratunek!
– Słyszeliście knagowie? – zawołał wielki misjonarz.
Zgromadzony wokół niego tłum słuchaczy przytaknął.
– Tak, słyszeliśmy, o Świętypsie panie!
– Czas sera nadszedł, wołajcie sławę pleśni, knadzy i knagowie, oto wezwanie, idźmy na pałac bezmleczny i skończmy tyranię bezlaktozowców!
Ruszyli więc serowarzy i wszyscy, którzy uwierzyli w słowa największego z filozofów, by zaprowadzić rządy Pleśni i Serowości.
W trochę późniejszym czasie usatysfakcjonowana Bagena wypuściła wyczerpanego Unlessa z wielkiego kwiatostanu i ponownie stanęła przed podróżnikami.
– Obiecałam wam nieziemskie rozkosze za pocałowanie stóp i to spełniłam, każdy, kto skosztował – tu dotknęła stopą głowę zdyszanego, klęczącego Unlessa – doznał ekstazy, której będzie łaknąć do końca życia, dlatego mówię po raz trzeci, oddajcie cześć, a staniecie się niczym bogowie w raju.
A chór wojowników ponownie zawołał i zadął w trąby.
Upadł wtedy po raz trzeci Bigus Bonus, by uwielbić Bagenę, ale w głowie Aarona przeskoczyła mała dariushowa iskra.
– Gdzie Nœmi? – zapytał trzeźwo.
Na te słowa Bagena rozejrzała się gwałtownie, a słudzy, służki i wojownicy wzruszyli ramionami.
– Właśnie… gdzie ona jes… – i nie dokończyła, gdyż przez północną ścianę halli przebił się prowadzony przez córkę kartografa, czcigodną Nœmi Ægis, święty Świętypies, serowładny wierzchowiec – misjonarz.
Ægis wydała z siebie tryumfalny okrzyk, Unless wydał z siebie wyczerpane, suche, ale radosne westchnięcie, Aaron stał tępo wpatrzony w całą sytuację, próbując sobie przypomnieć, co powinien poczuć, lub zrobić, a Bigus nie przerywał uwielbienia bagenowych stóp.
Nie minęła chwila, gdy z dolnych pięter pałacu dobiegły dźwięki walki.
Bagena przeklęła brzydko i zaczęła w panice rzucać zaklęciami, równocześnie próbując zrzucić przyklejonego do jej stopy Bigusa.
Chcący pomóc w walce Unless ledwo dychał, gdy Nœmi podała mu kawałek pleśniowego sera. Rycerz zakonu najświętszego Dariusha-Josepha skoczył na równe nogi i jednym zgrabnym ciosem powalił sługusa, który uciekał przed wykrzykującym rewolucyjne hasła wielorybem.
W całym chaosie Aaron-Dominic stał kompletnie zagubiony, wypluwając pojedyncze sylaby. Nœmi powaliła go, próbując przywrócić do żywych, ale bezskutecznie. Dziewczyna zawołała Unlessa, który jednak też nie mógł pomóc, będąc zajęty walką z dwoma zawodniczkami damskiego sumo. Ægis zapłakała, uderzając półprzytomnego potomka najświętszego Dariusha-Josepha w piersi, błagając, by się wybudził z transu.
Gdy już kompletnie straciła nadzieję – przestała bić, schyliła głowę i ucałowała młodego arystokratę w usta. Otępiały Aaron wzdrygnął się, usiadł i zrzygał, po czym zapłakał nad swoim nędznym losem.
– Wróciłeś! – krzyknęła Ægis – Przestań się mazać i pomóż w walce!
Aaron może nie był najlepszym wojownikiem, ale arystokratyczna edukacja wymagała znajomości chociaż podstaw szermierki, tak więc chwycił leżący nieopodal szpikulec do szaszłyków, który następnie wbił biegnącemu w panice słudze w oko.
Serowi rewolucjoniści weszli do halli w ostatnim momencie. Pozbawieni ubrań i broni ewangelizatorzy byli już otoczeni i bliscy kapitulacji.
Wtedy w Aaronie wybudziły się moce krwii dariushowej i z niepozornego intelektualisty przemienił się w dzielnego woja, który niczym lew bronił swych bliskich i chwytając w pewnym momencie lecący w stronę Nœmi miecz gołymi dłońmi, złamał go w pół (za co też dostał reprymendę, gdyż prawdę powiedziawszy, była to niepotrzebna pokazówka, a miecz byłby bardziej przydatny cały).
Przybycie odsieczy pozwoliło misjonarzom na zbliżenie się do wiedźmy, ale na drodze stał jeszcze jeden przeciwnik.
– Bigus! – Krzyknął Unless – Opamiętaj się, jako sztukmistrz powinieneś być odporny na klątwy!
– Co? – Odpowiedział skonfundowany sztukmistrz malujący palcem wzorki świetlne.
– No, odrzuć siły zła, które tobą rządzą!
Bigus wydawał się wyraźnie zdziwiony, że ktokolwiek cokolwiek od niego wymaga.
– Jakie siły zła, o czym ty w ogóle do mnie rozmawiasz?
– Rzuciła na ciebie klątwę! Jest wiedźmą kontrolującą umysły! – zawołała sfrustrowana Nœmi.
– Wcale nie – powiedział Bigus – jestem odporny na taką magię.
– Jeżeli tak, to czemu oddawałeś się czynom bezbożnym? – zapytał Aaron-Dominic.
– Wyście również to robili, to stwierdziłem „Skoro można?” cały ten czas byłem pewny, że jesteście cnotliwe aniołki, kto by pomyślał…
– Wielbiłeś ją i całowałeś stopy! – krzyknął Unless.
– Unlessie, Unlessie, prawdziwy mężczyzna docenia i uwielbia takie nogi nawet bez czaru!
– Jezu, Bigus – powiedziała zażenowana Nœmi – pomóż wtedy to skończyć.
Sztukmistrz chwilę pomyślał, kiwnął głową, wstał, ubrał i uzbroił wszystkich.
– Wybacz piękna, stopy masz zaprawdę warte grzechu – wyszeptał, roniąc jedną łezkę, po czym szybkim ruchem ręki rzucił Bagenę w tłum ubranych w rzemyki i białe szaty seronapleśnian.
Gdy nastał ranek, pył opadł. Rewolucjoniści podziękowali podróżnikom za pomoc, obiecali Nœmi z przekąsem, że pozwolą swoim kobietom nosić coś innego niż łańcuchy i obdarowali misjonarzy serem, maślanką i taką ilością wina by wystarczało aż do końca podróży.
Świętypies z radością wygłosił jeszcze ostatnie kazanie o wypróbowanym serze wobec domieszki ziemi i jego dobrodziejstwach po siedmiokrotnym oczyszczeniu.
Misjonarze wyruszyli razem ze wschodzącym słońcem w stronę odległych krain, a w Bagenonie, zwanym od teraz Pleśnioserem, do dziś mówi się o bohaterskim wielorybie i pozbawionych gustu misjonarzach.