- Opowiadanie: StaryScislaka - Sery Bagenonu, czyli anex do Symfonii Pieśni Żałosnych

Sery Bagenonu, czyli anex do Symfonii Pieśni Żałosnych

Dobrze, co mam na to powiedzieć? Co się mówi w takich momentach?

Sery Bagenonu powstały gdy byłem jeszcze studentem, jako część wspólnego projektu, który robiłem wtedy z kumplem. Jest to tekst do bólu meta,  przesiąknięty abstrakcyjnym humorem, obskurnymi nawiązaniami i stanowiący in-lore część jednego z najważniejszych tekstów religijnych. Tak, jeżeli ktoś patrzył na moje pozostałe teksty i ich... dosyć brutalną naturę, to ten tekst, w tym samym uniwersum, jest brany na poważnie jako tekst religijny.

Sery Bagenonu są prześmiewcze, czasem celowo świntuszą (ja naprawdę nie jestem stoopkarzem, przysięgam, to tylko żarty) i mam nadzieję, że komuś poprawią humor.

Miłego czytania ...i przepraszam.

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Sery Bagenonu, czyli anex do Symfonii Pieśni Żałosnych

I ujrzeli wielki Bage­non, mia­sto roz­le­głe, z którym żadne z wiel­kich gro­dów cesar­skich, ni bogata Nova, ni bapo­néj­ski Baar nie mogły się rów­nać.

 

Mia­sto ota­czał wysoki mur z czer­wo­nej gliny, cegieł i pia­skowca pustyni, a co sie­dem­dzie­siąt dłu­go­ści wzdłuż muru stały okrą­głe baszty. Główna brama wyra­stała z ziemi niby góra, niczym drzewa naj­więk­sze pięła się ku słońcu, tak, że nawet lata­jący wie­lo­ryb był przy niej malut­ki, niczym szczur przed wro­tami pałacu.

 

Brama miała kolor mor­skiej toni, głę­boki gra­nat wśród pustyn­nych pia­sków, a zdo­bie­nia wyko­nano z naj­czyst­szego złota. Nad wiel­kimi wro­tami wid­niał wyko­nany z rubi­nów napis.

 

 – Tu leży ten, który nie poznał drogi do drzewa – odczy­tał wie­lo­ryb, po czym klap­nął na ziemi nie­zręcz­nie i bezceremonialnie zasnął, gdyż jego zmęczenie było strasz­li­we i wielkie.

 

Gdy tylko podróż­nicy zjechali z wie­lo­rybiego grzbietu, wybiegł ku nim oddział wojow­ni­ków o moc­nej budo­wie, ubra­nych jedy­nie w skó­rzaną bie­li­znę z rze­my­ków. Ujrzaw­szy nagusów, Nœmi Ægis, córka kar­to­grafa, oblała się rumień­cem, a szla­chetny rycerz Unless Franck dał znak, by wszy­scy zachowali ostrożność, bo nie­wia­dome były cele nad­cho­dzą­cych pół­go­la­sów.

 

Wojo­wie prędko oto­czyli zmę­czonych ewan­ge­li­za­to­rów i śpią­cego wierz­chowca, a jeden z nich, ubrany oprócz rzemyków, rów­nież w skó­rzane ochra­nia­cze i czer­woną pele­rynę, wyszedł na przód, woła­jąc słowa, któ­rych wędrowcy nie rozu­mieli, (a kro­ni­karz nie ma zamiaru wymy­ślać), po czym rzu­cił im pod nogi dymiącą kulę, która uśpiła wszyst­kich, poza sztuk­mi­strzem Bigu­sem Bonu­sem, który zawczasu wyko­nał ręką gest obronny.

 

Bigus miał mało czasu, pętla nagusów była coraz mocniej zaciśnięta, a on, jak oto­czony niedź­wiedź, został zmu­szony do despe­ra­cji. Naj­pierw odpo­wied­nio usta­wił głos, szyb­kie zła­pa­nie dobrego dźwięku pozwo­liło mu puścić w stronę wro­gów falę ude­rze­niową, która prze­wró­ciła część niespo­dzie­wa­jących się oporu wojow­ni­ków, zry­wa­jąc z nich resztki ską­pej gar­de­roby. Następ­nie chwy­cił palec i wyko­nu­jąc szyb­kie gesty, wznie­cił małą burzę pia­skową, po czym dmu­cha­jąc z całych sił, zamro­ził wznie­siony piach. Ude­rzał pro­mie­niami kuli­stymi, zio­nął ogniem i odrzu­cał kolej­nych zbli­ża­ją­cych się gola­sów falami ener­gii kine­tycz­nej. Walka trwała kolej­nych parę chwil, aż w końcu, po boha­ter­skim sta­wia­niu oporu, Bigus Bonus upadł na kolana, splu­nął krwią i ostat­kiem sił rzu­ca­jąc nie­oby­czajne słowa, stra­cił przy­tom­ność.

 

 

Ciem­ność nastała w gło­wach nie­do­szłych misjo­na­rzy. Zły sen, który ich zmo­rzył był jak pozba­wia­jąca wszel­kiej myśli i snów pustynna otch­łań.

 

 

Pierw­szy ock­nął się Unless. Czuł jedy­nie tępy ból głowy utrud­nia­jący wszelką myśl, ciało miał kom­plet­nie wyzute z ener­gii, obo­lałe i bez­władne.

 

 Mimo nie­przy­jem­no­ści i otę­pie­nia przez umysł szla­chet­nego ryce­rza prze­szła myśl, że potrze­buje oce­nić swoją sytu­ację, ale kumu­la­cja bólu i zmę­cze­nia nie pozwa­lała nawet na otwar­cie oczu. Po chwili bez­sku­tecz­nej walki z zamkniętymi oczyma Unless sku­pił swoją uwagę na resz­cie obo­lałego ciała. Czuł zimno. Zimna, naga skóra doty­kała jesz­cze zim­niej­szą posadzkę, która była niby szkło, albo wyszli­fo­wany kamień. Deli­katny ruch cia­łem zdra­dził, że były to płyty lub kafle oddzie­lone od sie­bie bar­dzo cienką fugą.

 

Nagie ciało. Nagie…

 

Unless z tru­dem pojął, że skoro jest nagi, to ktoś musiał go roze­brać. Ostat­nie co pamię­tał atak pół­na­gich wojow­ni­ków z wiel­kiego mia­sta. Czy to oni go roze­brali? Pew­nie tak. Został roze­brany i przy­nie­siony na zimną posadzkę przez grupę nie­skrom­nych sodo­mi­tów. Pyta­nie, czy ten sam los spo­tkał pozo­sta­łych, a jeżeli tak, to rów­nież jego szla­chet­nego kuzyna i Ægis. Biedną Ægis, czy została skrzyw­dzona? Być może, może nie, nie mniej jed­nak syn rodu Franc­ków wie­dział, że będzie musiał pomścić tę znie­wagę.

 

Unless usły­szał kasła­nie, mokre, jakby pełne flegmy. Kto to mógł być? Czło­nek grupy, czy może straż­nik? Zaraz po kasła­niu sły­chać było cichy pomruk i wes­tchnie­nie, dźwięk jakby kla­śnię­cia, bar­dzo gło­śny i wysoki pisk i zachry­pły kobiecy głos. 

 

– Łapy przy sobie! – W tym momen­cie, pod pre­sją cie­ka­wo­ści, oczy Unlessa Francka w końcu ustą­piły, a przed nim uka­zała się nie­zwy­kła scena.

 

Przed nim sie­działa, przy­kry­wa­jąc dłońmi piersi i łono naga Ægis, obok, rów­nież roze­brany do rosołu, trzy­ma­jący zaczer­wie­nioną twarz, mam­ro­czący coś o prze­pro­si­nach Aaron-Domi­nic, a w kącie kawa­łek dalej plu­jący krwią Bigus.

 

– Gdzie jeste­śmy? – Zapy­tał sła­bym gło­sem Unless – Co to za miej­sce?

 

– Nie wiem – powie­działa led­wie sły­szal­nie Nœmi – chyba w jakimś pałacu.

 

Wszy­scy rozejrzeli się po otaczającej ich wielkiej sali. Osadzony na kolo­sal­nych kolum­nach sufit przy­po­mi­nał nocne niebo. Ściany wypeł­niały roślinne orna­menty oraz naturalny bluszcz i wino­rośl. Wzdłuż ścian stali wojow­nicy przy­odziani tak samo, jak siepacze, któ­rzy wcze­śniej poj­mali grupę, a w dło­niach trzy­mali trąby. Na środku halli rosło wiel­kie drzewo, na któ­rego czubku, w wiel­kim kwie­cie, leżała kobieta.

 

Gdy kobieta spo­strze­gła wybu­dzo­nych misjo­na­rzy, podnio­sła dłoń, a cała grupa została bez­wol­nie przyciągnięta przed jej obli­cze. Obo­lali święci podróż­nicy nie pro­te­sto­wali, nie mieli na to sił. Pozwo­lili kobie­cej magii się unieść i usa­do­wić wygod­nie na leżą­cych pod drze­wem podusz­kach z naj­de­li­kat­niej­szego jedwa­biu. Patrząc na domi­nu­ją­cą postać kobiety, podróż­nicy zauważyli, że była doj­rzała, lecz piękna. Jej nie­ska­zi­telne rysy twa­rzy, pod­kre­ślał mały, zgrabny nos, nie­zbyt dłu­gie, kru­czo­czarne, krę­cone włosy uwy­dat­niały piękno oczu o kolo­rze butel­ko­wej zie­leni. Ciało miała matrony – zgrabne, ale doj­rzałe, sze­ro­kie bio­dra i wydatny biust. Ubrana była jedy­nie w lekką zwiewną suk­nię, która jed­nak nie przy­sła­niała ni krztyny boskiego ciała, dzięki swym prze­zro­czy­stym war­to­ściom.

 

Wład­czyni unio­sła dłoń jesz­cze raz, tym razem przy­cią­ga­jąc jedy­nie Aarona. Nœmi zapro­te­sto­wała, wykrzy­ku­jąc ze wszyst­kich sił imię swego bli­skiego towa­rzy­sza, jed­nak kró­lowa za nic miała bła­ga­nia, ruchem wol­nej ręki przy­wo­łu­jąc straż­nika, który pew­nym ruchem zakne­blo­wał córkę kar­to­grafa.

 

Otę­piały Aaron-Domi­nic przy­le­ciał bez­wład­nie do kwiatu, który natych­miast zamknął za nim swe płatki. Wład­czyni uśmiech­nęła się i obli­zu­jąc wargi, chwy­ciła mło­dzieńca jedną dło­nią za włosy, a drugą popro­wa­dziła jego dłoń do swojej piersi. Następ­nie wypowie­działa słowa w zaka­za­nym języku, a przez świę­tego prze­szły dresz­cze. Aaron poczuł, że kobieta pene­truje mu mózg, ale nie mógł zapro­te­sto­wać. Kazała mu chwy­cić ją moc­niej, a aaro­nowe myśli zaczęły prze­pły­wać do kró­lew­skiej głowy. Nastało połą­cze­nie umy­słów. Do świę­tej głowy zaczęły prze­pły­wać słowa i język wład­czyni, a ona poznała aaro­nowy język, myśli, sekrety i stra­chy. Gdy kró­lowa pozy­skała wszyst­kie infor­ma­cje, któ­rych potrze­bo­wała, poca­ło­wała świę­tego, a kwiat się otwo­rzył.

 

Oszo­ło­miony i wyraź­nie podnie­cony całą sytu­acją Aaron został przy­wró­cony na miej­sce, a wład­czyni sfru­nęła na dół, cału­jąc resztę uczest­ni­ków podróży, czy­niąc im to samo co Aaro­nowi. Pro­te­stu­jącą niemo Ægis wład­czyni mocno chwy­ciła i wyszep­tała słowa w zaka­za­nym języku do nie­wie­ściego ucha. Nœmi uspo­ko­iła się, roz­luź­niła i osu­nęła na kolana, a straż­nik wyjął z jej ust kne­bel.

 

– Drodzy podróż­nicy, jam jest wielka Bagena, mistrzyni roz­ko­szy, ta, dla któ­rej męż­czyźni zosta­wiali swe ojczy­zny i swych bogów i dla któ­rej żony pozo­sta­wiły swe dzieci i mężów, kró­lowa Bage­nonu, wład­czyni ziemi i nieba, od oce­anu aż dotąd. Oddaj­cie pokłon, szu­ka­jący drogi, a zosta­nie wam poka­zana, poca­łuj­cie stopy, a poczu­je­cie roz­kosz i mądro­ści, któ­rych nikt nie widział, chwal­cie mą cześć, a pozna­cie, czym jest raj i jak żyją bogo­wie.

 

Na te słowa chór wojow­ni­ków zawo­łał – Tako rze­cze Bagena! – i zaczął grać na swych trą­bach. Dźwięki te chwy­ciły serca podróż­nych, gdyż były prze­siąk­nięte obrzy­dliwą magią, a głowy dalej mieli prze­peł­nione bólem i otę­pie­niem. Upa­dali na kolana kolejno Bigus Bonus, Aaron zwany Domi­ni­kiem i Nœmi Ægis, któ­rej umysł był opę­tany przez słowa w złym języku. Jedy­nym, który nie upadł był Unless Franck, rycerz Chry­stusa, który przez lata służby w zako­nie rycer­skim został przygotowany do obrony umy­słu przed zło­wro­gimi siłami magii. Bagena spojrzała na niego gniew­nie i ruchem ręki podwo­iła i potro­iła siłę uroku, lecz Unless nie ustą­pił. Wtedy usły­szał Franck w swym uchu głos anioła pań­skiego, który swym spo­koj­nym, chło­pię­cym gło­sem zaczął uspo­ka­jać roz­sier­dzo­nego męż­czy­znę.

 

– Udaj wojow­niku pana, że rów­nież zosta­łeś zaklęty, tylko tak ura­tu­jesz całą bożą misję. Upad­nij na kolana, lecz strzeż się, by nie uczy­nić wię­cej, bo jeżeli wię­cej uczy­nisz, osłab­niesz tak bar­dzo, że zosta­niesz dosię­gnięty przez zło­wrogi czar, który nisz­czy umysł. Nie całuj stóp Bageny ani czci nie odda­waj, lecz uda­waj, że podą­żasz za bage­no­wym gło­sem. – Tak też uczy­nił Unless, klę­ka­jąc na jedno kolano.

 

 Otwarły się wów­czas otaczające ze wszech stron halli wrota i weszli słu­żący – ładni, mło­dzi chło­pacz­ko­wie w bia­łych sza­tach i dziew­częta w zło­tych łań­cu­chach, które mimo urody, były niczym przy Bage­nie. Służba wnio­sła pół­mi­ski i tace z winem, owo­cami, mię­sem i sło­dy­czami, piwem i serami bez­lak­to­zo­wymi i bez­ka­ze­ino­wymi, oraz wszel­kimi sub­stan­cjami, które wpra­wiają w stan wiel­kiej rado­ści. Wszy­scy zaczęli jeść, pić i zaba­wiać się, a Bagena cho­dziła od podróż­nika, do podróż­nika prze­ka­zu­jąc swą mądrość, oraz pre­zen­tu­jąc swe piękno i uroki.

 

 

Minęło kilka dni, zanim zwa­li­ste ciel­sko Świę­typsa odzy­skało siły. Wie­lo­ryb wzbił się maje­sta­tycz­nie, kom­plet­nie igno­ru­jąc cięż­kie łań­cu­chy i grube liny, któ­rymi go przy­szpi­lili do ziemi wojow­nicy Bageny. Olbrzym wle­ciał do Bage­nonu, nisz­cząc gzymsy bogato zdo­bio­nej bramy.

 

Wie­lo­ryb nie wie­dział, gdzie zniknęli pozostali towa­rzy­sze podróży, jed­nakowoż nie było to w tym momen­cie prio­ry­te­tem; Świę­ty­pies czuł głód, po tak dłu­giej podróży i rege­ne­ru­ją­cej drzemce, jedyne co lata­jący wie­lo­ryb potrze­bo­wał to ser. Pyszny, pach­nący ser z prze­ro­stem ple­śni, któ­rego wielki (duszą i cia­łem) filo­zof trak­to­wał jako ale­go­rię świata, był praw­dzi­wie jedy­nym pra­gnie­niem naj­więk­szego ze ssa­ków.

 

Świę­ty­pies zanu­cił tylko sobie znaną pieśń, zro­bił piruet, któ­rym zrzu­cił ostat­nich kur­czowo wiszących na nim straż­ników i użył swego wiel­kiego otworu noso­wego, by wyczuć naj­bliż­sze źró­dło boskiej sub­stan­cji. Nie było to trudne. Bage­non, jako mia­sto praw­dzi­wie prze­po­tężne, wykształ­cił liczne ryneczki i tar­go­wi­ska, w któ­rych można było zna­leźć naj­róż­niej­sze przy­smaki, skarby i nie­rzadko rze­czy pocho­dze­nia magicz­nego. Na jed­nym z licz­nych ryn­ków, zwa­nych przez miej­sco­wych kozim, była słynna na cały kraj manu­fak­tura sera, i do niej właśnie skie­ro­wał się Świę­ty­pies.

 

Wie­lo­ryb z gra­cją wylą­do­wał na środku rynku i zaczął pra­wić swe mądro­ści.

 

– Kna­dzy i kna­go­wie, czym jest świat jak nie serem, co dobry jest samo pod pie­rzynką z ple­śni? Czymże są włosy jak nie rosną­cymi na głowach grzy­bami?

 

I stanęli wokół niego sero­wa­rzy i oddali pokłon, gdyż słowa, które wypowiadał, były pełne mądro­ści. Obda­ro­wali go serem, który zjadł, oczyszczając swój umysł i wtedy właśnie poczuł, że kogoś mu w tym momen­cie bra­kuje.

 

 

Sta­nęła wów­czas Bagena nad misjo­na­rzami. 

 

– Mówi­łam wam „oddaj­cie pokłon, to wskażę drogę” i tak też uczy­nię, doświad­czy­li­ście dziś owocu roz­ko­szy, mądro­ści mędr­ców, mleka i wina, któ­rymi pły­nie Bage­non. Mówi­cie, że szu­ka­cie drogi, a ja nimi wła­dam. Wasze umy­sły dążą razem ze słoń­cami do ziemi ubo­giej, gdzie rzą­dzą ludzie bez serca, któ­rzy orzą zie­mię kamie­ni­stą, którą lód gruby skuwa przez połowę cyklu. Tam dokąd idzie­cie, nie znaj­dzie­cie bogactw ani piękna, a tylko chłód, nie­bez­pie­czeń­stwa i dzi­kie bestie, spo­tka­cie na tam­tych zie­miach wście­kłych magów i kani­bali ludo­ja­dów. Jeżeli więc pra­gnie­cie, może­cie odejść, ale wstrzymajcie pośpiech, może­cie pozo­stać tutaj tak długo, jak zapra­gnie­cie.

 

Po tych sło­wach chór wojow­ni­ków ponow­nie zawo­łał – Tako rze­cze Bagena!

 

– Nie pra­gniemy cię nie­po­koić, o dobra gospo­dyni, star­czy jedno słowo, że jeste­śmy cię­ża­rem, a odej­dziemy, by dopeł­nić naszą misję – powiedział Unless.

 

– Droga pani, jesteś łaskawa i dobra, z wielką chę­cią sko­rzy­stamy z pro­po­zy­cji i pozosta­niemy – powie­dział Aaron.

 

Wtedy wstała Bagena i powie­działa: – Uca­łuj­cie stopy, a dozna­cie roz­ko­szy ciała i umy­słu, któ­rych ni­gdzie indziej nie spo­tka­cie, dotknij­cie je swymi wil­got­nymi war­gami, a zrozumiecie, co jest naj­wyż­szą z roz­ko­szy i wszystko, co dotych­czas znaliście, będzie niczym zły sen!

 

I raz jesz­cze zawo­łał chór wojow­ni­ków: – Tako rze­cze Bagena!

 

Uklę­kli więc Aaron i Bigus i uca­ło­wali.

 

– Nie jestem pew­na… znam drogę, nie potrze­buje roz­ko­szy. Na cóż roz­kosze, gdy świat widzi tylko powłoki, a uko­chany jest ślep­cem? – rzekła Nœmi, jak gdyby odzy­sku­jąc na chwilę zmy­sły.

 

– Jeżeli jesteś kar­to­gra­fem, to wskaż, gdzie jest droga? – I ponow­nie było sły­chać chór wojow­ni­ków. Nœmi spojrzała po sali i widząc jedy­nie ściany, nie potra­fiła określić kierunku, na co kon­ty­nu­owała kró­lowa – Widzisz dziecko? Nic nie wiesz o geo­gra­fii. Jesteś do niczego. Potrze­bu­jesz pomocy, drogi, mapy… – z każ­dym kolej­nym sło­wem zbli­żała lekko uchy­lone wargi ku uchu Ægis i znowu wyszep­tała słowa w złym języku, a Nœmi ponow­nie upadla na kolana i uca­ło­wała stopy Bageny, a po ciele prze­szła fala cie­pła i eufo­rii.

 

Ponow­nie jedy­nym, który nie uca­ło­wał był Unless, który schy­lił się, lecz zamiast cało­wać stopy, uca­ło­wał swój palec poło­żony mię­dzy jego war­gami, a stopą wład­czyni.

 

Trwały więc dalej zabawy i nie­czy­ste gry bluź­nier­cze, a serce dzie­dzica Franc­ków pło­nęło z żalu, lecz na twa­rzy nie mógł niczego poka­zać, uni­kał więc wszech­wi­dzą­cego wzroku Bageny. Gdy inni pili, jedli i bez­boż­nie ba­wili, Unless stał z boku, a gdy zoba­czył wul­garne gesty Aarona, zasłabł i zapragnął świeżego powie­trza.

 

Sługa zapro­wa­dził ryce­rza na schowany za nie­prze­pusz­cza­ją­cymi świa­tła kotarami taras i zapy­tał, czy potrze­buje cze­goś więcej, na co misjo­narz odpowie­dział, że nie.

 

Gdy sługa odszedł Unless oparł się o balu­stradę i spoj­rzaw­szy na metro­po­lię, splu­nął siar­czy­ście. Deli­katna bryza wie­czor­nego wia­tru roz­wiała jego dłu­gie, fali­ste loki. Franck myślał o misji, pró­bu­jąc oczy­ścić umysł ze wszel­kich nie­czy­stych obra­zów, które doświad­czył od początku bageń­skiej orgii. Czuł się słaby i poko­nany, ale wie­dział, że musi dzia­łać dalej, ina­czej dusze wszyst­kich misjo­na­rzy i całego narodu, do któ­rego zmie­rzali, spłoną w odmę­tach pie­kła.

 

Gdy tak roz­my­ślał, usły­szał zza ple­ców głos Bageny.

 

– Czy nie sma­kuje ci moje wino i jadło i roz­kosze?

 

– Pani, twe owoce i wino i szczo­dre dary zaprawdę są wspa­niałe.

 

– Więc czemu usta masz spierzch­nięte, a oczy zmę­czone? Czyś nie skosz­to­wał soczystych, raj­skich owo­ców, z których leją się soki i czy nie zanu­rzy­łeś swych warg w kie­li­chach z winem i nie raczy­łeś się dobrami pięk­no­ści mego domu? – Odparła Bagena chwy­ta­jąc kosmyk unles­sow­skich wło­sów.

 

– Czemu tak uwa­żasz, o pani?

 

Kró­lowa na te słowa chwy­ciła go za udo. 

 

– Cało­wa­łeś stopy, lecz nie wil­goć poczu­łam, a podraż­nioną, suchą skórę. Obser­wuję cię Unles­sie, jesteś czło­wie­kiem o wiel­kim sercu i wiel­kiej sile, lecz twój umysł błą­dzi mimo wielu moż­li­wych roz­ko­szy…

 

– Pani… – Odpowie­dział prze­stra­szony Unless.

 

– Twa dusza poszu­kuje roz­ko­szy innych niż owoce, jadło i napoje, więk­szych niż mądrość, którą przekazuję i uroki służek, gotowych się oddać na jedno skinienie. Słod­szych nawet niż samo spoj­rze­nie na me boskie ciało. Poszu­ku­je­sz… – Po tych sło­wach Bagena przy­mru­żyła oczy i uca­ło­wała Unlessa, który w zasko­cze­niu wyba­łu­szył swe oczy tak, że kątem oka spo­strzegł lecą­cego ku jed­nemu z ryn­ków Świę­typsa. Rycerz natych­miast deli­kat­nie ode­pchnął zasko­czoną kró­lową, wybeł­ko­tał, że bar­dzo żałuje, ale zaraz wróci do roz­mowy, gdyż musi szybko udać się na stronę.

 

Wbiegł do sali, po dro­dze prze­wra­ca­jąc się o kom­plet­nie otę­piałą alko­ho­lem, zio­łami i magią Nœmi, która coś zaczęła chi­cho­tać na tematy, które oso­bie tak świę­to­bli­wej nie przy­stają. Unless spo­licz­ko­wał córkę kar­to­grafa, odmó­wił egzor­cyzm i wyko­nał znak krzyża na czole. Ægis nagle oprzytomniała i wpa­dła w panikę, nie wiedząc, gdzie są, dla­czego Unless na niej leży i czemu nie mają ubrań.

 

– Jeste­śmy w Bage­nonie, kró­lowa jest wiedźmą, Aaron i Bigus dalej są pod wpły­wem uroku, a Bagena domy­śliła się, że jestem odporny i teraz ma mnie na oku.

 

– To, co teraz? – Zapy­tała Ægis.

 

– Mnie obserwuje… chociaż… może… może nie wie, że zosta­łaś odcza­ro­wana! Musisz uciec i zna­leźć Świę­typsa, widzia­łem, jak leciał w stronę rynku, na pół­noc stąd. Znajdź wie­lo­ryba, przy­leć tutaj, roz­wal ścianę, a potem zoba­czymy – odwró­cił się – Ocho, Bagena idzie, uda­waj, że nie kontaktujesz. Odwrócę jej uwagę – po tych sło­wach Unless wstał i wró­cił do roz­mowy z Bageną prze­pra­sza­jąc za znik­nię­cie, na co wład­czyni odpowie­działa, że nawet lubi nie­win­nych chło­pacz­ków i chęt­nie go popro­wa­dzi.

 

Gdy nastała noc, w sali zostało roz­pa­lo­nych kilka ognisk, przy któ­rych Aaron, Bigus oraz słu­żący odda­wali się lubież­nym zaba­wom. W tym cza­sie Unless z Bageną znik­nęli w kwie­cie na czubku drzewa, a Ægis po cichu wyszła na taras.

 

Córka kar­to­grafa nie potrze­bo­wała wiele czasu, by zlo­ka­li­zo­wać wska­zany przez Francka rynek. Wiszący nad nim ogon Świę­typsa na pewno zagadki nie utrud­niał, a roz­pa­lone świa­tła mia­sta pozwo­liły szybko przy­go­to­wać plan dosta­nia się na miej­sce.

 

Taras był dosyć wysoko nad zie­mią, ale Nœmi miała pomysł. Zer­wała szybko przy­kry­wa­jące wej­ście na bal­kon firany, zwią­zała je w jeden długi sznur i przy­wią­zała do balu­strady. Nie się­gały do ziemi, ale nie było wyj­ścia.

 

Dziew­czyna powoli zjeż­dżała po pro­wi­zo­rycz­nej linie, aż do końca, gdzie po oce­nie­niu odle­gło­ści od ziemi, stwier­dziła, że przy dobrych wia­trach i prze­my­śla­nym lądo­wa­niu, nie powinna zginąć. Zanim jed­nak zde­cy­do­wała się na skok, zawisła jesz­cze przez chwilę, tak, że firana się zerwała, a ucie­ki­nierka cudem nie zro­biła sobie krzywdy. Na ziemi Nœmi zawi­nęła ciało w firany i ruszyła przez mia­sto.

 

Bage­non nocą pach­niał korzen­nymi przy­pra­wami – cyna­mo­nem, goździ­kami, imbi­rem, kumi­nem i kolen­drą, oraz kadzi­dłami z żywicy. Prze­miesz­cza­jąc się po wąskich uliczkach Nœmi zwró­ciła uwagę, że w odróżnieniu od miast imperium, mimo zmroku, Bage­non tętnił życiem; gdzie nie spojrzeć mnó­stwo ludzi, zwie­rząt i kup­ców.

 

 Mię­dzy stra­ga­nami i prze­chod­niami bie­gały dzieci, które żebrały o monety i pró­bo­wały zabie­ga­nym miesz­kań­com sprze­dać wszystko – od gazet, przez kwiaty, po naj­pew­niej kra­dzione owoce i narzę­dzia.

 

Na skrzy­żo­wa­niach stali pobożni mędrcy, prorocy apo­ka­lipsy i wszel­kiego rodzaju magicy, muzycy i hochsz­ta­ple­rzy, gło­szący sza­lone i bez­bożne idee, wyko­nu­jący róż­nego rodzaju sztuczki, lub gra­jący dopeł­nia­jącą miej­ską kako­fo­nię muzykę.

 

Idąc przez metro­po­lię, dziew­czyna zwró­ciła uwagę na homo­ge­nicz­ność stro­jów miej­sco­wej lud­no­ści. Męż­czyźni byli ubrani w skąpą bie­li­znę z rze­my­ków lub opcjo­nal­nie zwiewne białe szaty, a kobiety jedy­nie w narzu­cone na ciało łań­cu­chy. Gdy przez myśl prze­szła ta rewe­la­cja, zauwa­żyła, że znie­sma­czony wzrok prze­chod­niów był skupiony na wiszących na niej firanach.

 

Nœmi oce­niła, ile jesz­cze czasu będzie musiał iść przez mia­sto i doszła do wnio­sku, że podróż, tym bar­dziej w takim tłu­mie, może zająć nawet godzinę drogi. Godzinę, w któ­rej cza­sie Bagena zwróci uwagę na braki w nowym asor­ty­men­cie i pośle za nią pół­nagą gwar­dię, która natych­miast spo­strzeże dziew­czynę ubraną w firanki.

 

Ægis zeszła do ciem­nej pobocz­nej alei i się przy­cza­iła. Gdy tylko obok prze­szła jakaś oble­czona łań­cu­chami dziew­czyna, Nœmi wysko­czyła zza rogu, ude­rzyła pra­wym pro­stym mię­dzy oczy i powa­liła zdez­o­rien­to­waną ofiarę na zie­mię.

 

Misjo­narka zdjęła firany i zało­żyła ścią­gnięte z powa­lo­nej dziew­czyny łań­cu­chy, przy oka­zji komen­tu­jąc pod nosem, że tubylcy nie mają za krztyny gustu, lub prak­tycz­no­ści, bo łań­cu­chowy kostium był ciężki i ogra­ni­cza­jący ruchy.

 

 

Przez kolejną godzinę Nœmi szła przed sie­bie wol­niej, ale bar­dziej pew­nie, a miesz­kańcy zaczęli ją kom­plet­nie igno­ro­wać, odda­jąc się w pełni noc­nemu życiu.

 

Świę­typsa Nœmi spo­strze­gła i usły­szała z daleka. Lata­jący wie­lo­ryb nie ukry­wał swojej obecności w żaden spo­sób, wisiał wygod­nie nad ryn­kiem sero­wa­rów, nucił, śpie­wał i pra­wił słowo ple­śni-na-serowe. Gdy tylko dziew­czyna pode­szła, ten wystrze­lił ze swo­jego otworu noso­wego pach­nącą serem brie chmurkę.

 

– Droga knago, a gdzie was ode­brało, gdy w drzemce i wśród serów sen­nych, a bło­go­sła­wio­nych spo­czy­wa­łem? – po czym dodał – Czy aby nie są ci łań­cu­cho­wie zbyt wiel­kim przy­kry­ciem? – Gdy Ægis to usły­szała, zapła­kała łzami rado­ści i przy­tu­liła doty­ka­jącą zie­mię płe­twę wiel­kiego ssaka.

 

– Gdy spa­łeś, zda­rzyły się straszne rze­czy! Aarona i pozo­sta­łych opę­tał zły urok, musimy lecieć na ratu­nek!

 

 – Sły­sze­li­ście kna­go­wie? – zawo­łał wielki misjo­narz.

 

Zgro­ma­dzony wokół niego tłum słu­cha­czy przy­tak­nął.

 

 – Tak, sły­sze­li­śmy, o Świę­typ­sie panie!

 

– Czas sera nad­szedł, wołaj­cie sławę ple­śni, kna­dzy i kna­go­wie, oto wezwa­nie, idźmy na pałac bez­mleczny i skończmy tyra­nię bez­lak­to­zow­ców!

 

Ruszyli więc sero­wa­rzy i wszy­scy, któ­rzy uwie­rzyli w słowa naj­więk­szego z filo­zo­fów, by zapro­wa­dzić rządy Ple­śni i Sero­wo­ści.

 

 

W tro­chę póź­niej­szym cza­sie usa­tys­fak­cjo­no­wana Bagena wypu­ściła wyczer­pa­nego Unlessa z wiel­kiego kwia­to­stanu i ponow­nie sta­nęła przed podróż­ni­kami.

 

– Obie­ca­łam wam nie­ziemskie roz­ko­sze za poca­ło­wa­nie stóp i to speł­ni­łam, każdy, kto skosz­to­wał – tu dotknęła stopą głowę zdy­sza­nego, klę­czą­cego Unlessa – doznał eks­tazy, której będzie łaknąć do końca życia, dla­tego mówię po raz trzeci, oddaj­cie cześć, a staniecie się niczym bogo­wie w raju.

 

A chór wojow­ni­ków ponow­nie zawo­łał i zadął w trąby.

 

Upadł wtedy po raz trzeci Bigus Bonus, by uwiel­bić Bagenę, ale w gło­wie Aarona prze­sko­czyła mała dariu­showa iskra.

 

– Gdzie Nœmi? – zapy­tał trzeźwo.

 

Na te słowa Bagena rozej­rzała się gwał­tow­nie, a słu­dzy, służki i wojow­nicy wzru­szyli ramio­nami.

 

– Wła­śnie… gdzie ona jes… – i nie dokoń­czyła, gdyż przez pół­nocną ścianę halli prze­bił się pro­wa­dzony przez córkę kar­to­grafa, czci­godną Nœmi Ægis, święty Świę­ty­pies, sero­władny wierz­cho­wiec – misjo­narz.

 

Ægis wydała z sie­bie try­um­falny okrzyk, Unless wydał z sie­bie wyczer­pane, suche, ale rado­sne wes­tchnię­cie, Aaron stał tępo wpa­trzony w całą sytu­ację, pró­bu­jąc sobie przy­po­mnieć, co powi­nien poczuć, lub zro­bić, a Bigus nie przerywał uwielbienia bage­no­wych stóp.

 

Nie minęła chwila, gdy z dol­nych pię­ter pałacu dobie­gły dźwięki walki.

 

Bagena prze­klęła brzydko i zaczęła w panice rzu­cać zaklę­ciami, rów­no­cze­śnie pró­bu­jąc zrzu­cić przy­kle­jo­nego do jej stopy Bigusa.

 

Chcący pomóc w walce Unless ledwo dychał, gdy Nœmi podała mu kawa­łek ple­śniowego sera. Rycerz zakonu naj­święt­szego Dariu­sha-Josepha sko­czył na równe nogi i jed­nym zgrab­nym cio­sem powa­lił sługusa, który ucie­ka­ł przed wykrzy­ku­ją­cym rewo­lu­cyjne hasła wie­lo­rybem.

 

W całym cha­osie Aaron-Domi­nic stał kom­plet­nie zagu­biony, wyplu­wa­jąc poje­dyn­cze sylaby. Nœmi powa­liła go, próbując przy­wró­cić do żywych, ale bez­sku­tecz­nie. Dziew­czyna zawo­łała Unlessa, który jed­nak też nie mógł pomóc, będąc zajęty walką z dwoma zawod­nicz­kami dam­skiego sumo. Ægis zapła­kała, ude­rza­jąc pół­przy­tom­nego potomka naj­święt­szego Dariu­sha-Josepha w piersi, bła­ga­jąc, by się wybu­dził z transu.

 

Gdy już kom­plet­nie stra­ciła nadzieję – prze­stała bić, schy­liła głowę i uca­ło­wała młodego arystokratę w usta. Otę­piały Aaron wzdry­gnął się, usiadł i zrzy­gał, po czym zapła­kał nad swoim nędz­nym losem.

 

– Wró­ci­łeś! – krzyk­nęła Ægis – Prze­stań się mazać i pomóż w walce!

 

Aaron może nie był naj­lep­szym wojow­ni­kiem, ale arystokratyczna edukacja wymagała znajomości cho­ciaż pod­staw szer­mierki, tak więc chwy­cił leżący nie­opo­dal szpi­ku­lec do szasz­ły­ków, który następ­nie wbił bie­gną­cemu w panice słu­dze w oko.

 

Serowi rewo­lu­cjo­ni­ści weszli do halli w ostat­nim momen­cie. Pozba­wieni ubrań i broni ewan­ge­li­za­to­rzy byli już oto­czeni i bli­scy kapi­tu­la­cji.

 

Wtedy w Aaro­nie wybu­dziły się moce krwii dariu­showej i z nie­po­zor­nego inte­lek­tu­ali­sty prze­mie­nił się w dziel­nego woja, który niczym lew bro­nił swych bli­skich i chwy­ta­jąc w pew­nym momen­cie lecący w stronę Nœmi miecz gołymi dłońmi, złamał go w pół (za co też dostał repry­mendę, gdyż prawdę powie­dziaw­szy, była to nie­po­trzebna poka­zówka, a miecz byłby bar­dziej przy­datny cały).

 

Przy­by­cie odsie­czy pozwo­liło misjo­narzom na zbli­że­nie się do wiedźmy, ale na dro­dze stał jesz­cze jeden prze­ciw­nik.

 

– Bigus! – Krzyk­nął Unless – Opa­mię­taj się, jako sztuk­mistrz powi­nieneś być odporny na klą­twy!

 

– Co? – Odpo­wie­dział skon­fun­do­wany sztuk­mistrz malu­jący pal­cem wzorki świetlne.

 

– No, odrzuć siły zła, które tobą rzą­dzą!

 

Bigus wyda­wał się wyraź­nie zdzi­wiony, że kto­kol­wiek cokol­wiek od niego wymaga.

 

– Jakie siły zła, o czym ty w ogóle do mnie roz­ma­wiasz?

 

– Rzuciła na ciebie klątwę! Jest wiedźmą kontrolującą umysły! – zawo­łała sfru­stro­wana Nœmi.

 

– Wcale nie – powie­dział Bigus – jestem odporny na taką magię.

 

– Jeżeli tak, to czemu odda­wa­łeś się czy­nom bez­boż­nym? – zapy­tał Aaron-Domi­nic.

 

– Wyście rów­nież to robili, to stwier­dzi­łem „Skoro można?” cały ten czas byłem pewny, że jeste­ście cno­tliwe aniołki, kto by pomy­ślał…

 

– Wiel­bi­łeś ją i cało­wa­łeś stopy! – krzyk­nął Unless.

 

– Unles­sie, Unles­sie, praw­dziwy męż­czy­zna doce­nia i uwiel­bia takie nogi nawet bez czaru!

 

– Jezu, Bigus – powie­działa zaże­no­wana Nœmi – pomóż wtedy to skoń­czyć.

Sztuk­mistrz chwilę pomy­ślał, kiw­nął głową, wstał, ubrał i uzbroił wszyst­kich.

 

– Wybacz piękna, stopy masz zaprawdę warte grze­chu – wyszep­tał, roniąc jedną łezkę, po czym szybkim ruchem ręki rzu­cił Bagenę w tłum ubra­nych w rze­myki i białe szaty seronapleśnian.

 

Gdy nastał ranek, pył opadł. Rewo­lu­cjo­ni­ści podzię­ko­wali podróż­ni­kom za pomoc, obie­cali Nœmi z prze­ką­sem, że pozwolą swoim kobie­tom nosić coś innego niż łań­cu­chy i obda­ro­wali misjo­narzy serem, maślanką i taką ilo­ścią wina by wystar­czało aż do końca podróży.

 

Świę­ty­pies z rado­ścią wygło­sił jesz­cze ostat­nie kaza­nie o wypró­bo­wa­nym serze wobec domieszki ziemi i jego dobro­dziej­stwach po sied­mio­krot­nym oczysz­cze­niu.

 

Misjo­na­rze wyru­szyli razem ze wscho­dzą­cym słoń­cem w stronę odle­głych krain, a w Bage­nonie, zwa­nym od teraz Ple­śnioserem, do dziś mówi się o boha­ter­skim wie­lo­rybie i pozbawionych gustu misjonarzach.

 

Koniec

Komentarze

Hej,

 

widzę, że wrzucasz całkiem sporo tekstów. Fajnie, ale… no właśnie “ale” – w dobrym tonie jest także zaglądać do innych, czytać i komentować. Forum to trochę barter i jeżeli zależy Ci na komentarzach, warto poudzdzielać się w innych miejscach. A wtedy zapewne i do Ciebie zawita więcej czytających.

hej, wiem, sorry, nie będę się głupio tłumaczył, dzięki za zwrócenie uwagi, bo się jak zwykle zbyt skupiłem na sobie i papierowych czytadłach. Postaram się to w tym miesiącu zmienić. 

Nowa Fantastyka