Wróciłam z pracy jak zwykle parę minut po osiemnastej. Marzyłam o gorącej kawie z kropelką likieru i świętym spokoju. Zamknęłam kwartał. Narobiłam się, nie ma co. Wypracowałam dobrą premię. Ciekawe, co na kolację.
W domu nikt mnie nie witał. Milutko. Poszłam od razu do kuchni. Kuba wkładał naczynia do zmywarki.
– No hej, jesteś wreszcie.
I tyle? Żadnego „jak ci minął dzień?”, „jak się czujesz?”, „może zrobić ci kawę?” Tylko suche „no hej”. Jak do koleżanki, a nie żony i matki dwóch wspólnych przecież córek.
– Cześć, zrobisz mi coś do picia?
– Zrób sama, ja padam na twarz po całym dniu.
– A czym się niby tak zmęczyłeś?
– Nie zaczynaj, proszę cię.
I tak codziennie. Ja wracam wykończona, zarabiam na całą rodzinę, a on z miną męczennika użala się nad swoim losem, a przecież całe dni siedzi w domu.
– Gdzie dziewczyny?
– Dzisiaj śpią u babci.
– Czyli mamy wolny wieczór?
– Korzystaj. Otwórz wino, zrób sobie spa, co tylko chcesz. Ja naprawdę muszę się położyć i wreszcie odpocząć.
I poszedł. Wziął i po prostu poszedł. W lodówce miałam przygotowany obiad. Zraziki wołowe z kaszą. Podgrzałam w mikrofali. Siedząc przy stole, uświadomiłam sobie coś. Gdzie się podziały wszystkie magnesy z lodówki? A zdjęcia z Zanzibaru? Do licha, gdzie są jakiekolwiek zdjęcia? Przecież od zawsze miałam ściany upstrzone plakatami, fotografiami, grafikami i wszystkim, co dobrze wyglądało i tworzyło rodzinną atmosferę. W salonie nad komodą wisiało tylko moje wyróżnienie z pracy za najlepszą sprzedaż w historii naszego oddziału.
Pobiegłam na górę, do sypialni. Na klatce schodowej wisiały przecież zdjęcia Natalki i Niny. Gdzie one się podziały?
– Kuba! Kuba!
Usłyszałam tylko echo. Weszłam do sypialni. Nikogo nie było. Pokoje dziewczynek. U Natalki stało tylko pojedyncze łóżko, u Niny biurko i regały z książkami. To nie były w ogóle ich pokoje. Zaczęłam biegać po całym domu i krzyczeć. Wołałam raz córki, raz męża, ale wszędzie była tylko pustka.
W końcu zeszłam do kuchni po telefon. To na pewno ma jakieś racjonalne wyjaśnienie. Schodząc, widziałam na wyspie moją torbę. Dobiegłam do niej, ale kiedy tylko zbliżyłam dłoń, zamieniła się w kupkę piasku. Po prostu się rozsypała. Potem to samo stało się z blatem, szafkami. Wszystko wokół zamieniło się w piasek. Osunęłam się na podłogę.
Obudziło mnie mocne światło. Słyszałam dziwny szelest. Coś jakby folia? Nie mogłam się ruszyć. Leżałam przywiązana do twardego, zimnego czegoś. Światło mnie tak raziło w oczy, że nie mogłam ich otworzyć.
– Co z tą?
– Zużyła się. Do utylizacji.
– Coś pobieramy?
Światło trochę przygasło. Mogłam otworzyć oczy zaledwie odrobinę. To wystarczyło, żeby zobaczyć dwie smukłe postaci nachylające się nade mną.
– Macicę na pewno. Reszta zużyta.
– Budzimy?
– Nie trzeba. Już nie śpi.
Światło zgasło zupełnie. Mimo strachu otworzyłam oczy. Ktoś chciał mi pobrać macicę, więc niech zobaczę chociaż twarz tego potwora. Nie tego się jednak spodziewałam. Podświadomość mi mówiła, że to osobniki rodzaju męskiego, ale na wszelkie świętości, nie przypominali żadnego mężczyzny na tym świecie. Obaj identyczni. Wysocy na jakieś dwa metry. Bardzo szczupli. Ich ręce były tak długie, że sięgały kolan. Głowy zupełnie pozbawione włosów, jakby wydłużone. Skórę mieli chyba w ciemnozielonym kolorze, ale przy każdym ruchu zmieniała odcień. Oczy ogromne, w dość ludzkim kształcie, po prostu bardzo duże i zupełnie czarne. Byli na swój sposób piękni, ale i straszni.
Nie mogłam się ruszyć. Byłam w stanie tylko patrzeć i myśleć. Czułam, że łzy spływają mi do uszu. Myślałam o Natalce. Zbliżały się jej dwunaste urodziny. Już duża z niej była panienka. Ciekawe, czy faktycznie zostanie dentystką. Nina to nastolatka. Przechodziła okres buntu taki jak ja w wieku szesnastu lat. O nią zawsze się martwiłam. Wydawała się tak wrażliwa. Kuba… Codziennie po pracy miałam gotowe danie na talerzu, tylko do podgrzania. Zawsze coś innego. Nie pamiętałam, kiedy ostatnio robiłam pranie. Nie bywałam na wywiadówkach. To wszystko robił on.
– Macica nada się jeszcze na dwa życia. Dobry gatunek. Zdrowa, silna, ukrwiona powyżej przeciętnej. Jedna z lepszych tym miesiącu.
– Poszczęściło się. Królowa Matka narzekała na ostatnie dostawy. Komórki obumierały, naczynia pękały. Tylko jedna na dziesięć dawała owoce.
– Ta jej się spodoba.
To, co słyszałam, kojarzyło mi się z odkładanymi na metalową tacę narzędziami. To nie było dobre. Kiedy Natalka wepchnęła sobie fasolkę do nosa, pojechaliśmy z Kubą na pogotowie. Lekarz wyjmował ziarenko, Kuba ją mocno trzymał na kolanach, a ja nie mogłam tego słuchać i czekałam na korytarzu. Stamtąd pamiętam ten metaliczny dźwięk. A gdy lekarz odłożył na tacę wielkie szczypce, to tak to właśnie brzmiało.
– Zrobione. Organ zabezpieczony. Zaniosę do chłodni.
Gdy jeden wyszedł, drugi nachylił się nad moją twarzą.
– Teraz ostatnia wola. Wy, ludzie, bardzo cenicie sobie wolny wybór. Daję ci go teraz: chcesz być fotelem czy abażurem?
W zamku Królowej Matki powstawała nowa komnata. Ostatnia macica była wyjątkowej jakości. Już pracowała. Już dzieliła się i rosła. Władczyni była zadowolona – rzadko trafiał się tak dobry egzemplarz.
Lubiła uczestniczyć w urządzaniu pokoi swoich dzieci. Dbała o każdy szczegół. Każdy element musiał być nie tylko funkcjonalny, ale i piękny.
Ta komnata była wyjątkowa. W ciągu dnia jasna i spokojna. Światło rozlewało się miękko po ścianach, odbijając od gładkich powierzchni. Wszystko było na swoim miejscu. Czyste. Doskonałe. Ale prawdziwe piękno budziło się wieczorem.
Nowa lampa zapłonęła ciepłym, pulsującym światłem. Królowa Matka uniosła lekko głowę, przyglądając się uważnie ścianie. Cienie poruszały się powoli, niemal oddychając. Tworzyły zmienne, niepowtarzalne wzory. Delikatne prześwity, drobne nieregularności, struktura tak subtelna, że aż hipnotyzująca. Uśmiechnęła się. Najbardziej podobały jej się piegi. Setki drobnych punktów rozsianych po powierzchni jak rozgwieżdżone niebo. Każdy inny. Każdy na swoim miejscu.
Podeszła bliżej i przesunęła dłonią po abażurze. Materiał był miękki. Ciepły. Jeszcze świeży.
– Wyjątkowy okaz – szepnęła z uznaniem.
Hej,
Łapanka robiona w przelocie:
Jako ludzie bardzo cenicie sobie wolny wybór
Lepiej: Wy, ludzie, cenicie sobie wolny wybór
Tworzyły wzory, których nie dało się powtórzyć
Płynniej w całości opisu zabrzmi: Tworzyły zmienne, niepowtarzalne wzory. Albo bardziej poetycko, np. Rozkwitały w zmienne, niepowtarzalne wzory
Co do metafory z oddychającymi cieniami, niech się forumowi poeci wypowiedzą :)
Całość zgrabna i wcale nie wygląda jak opowiadanie wrzucane pierwszego kwietnia!
Podobała mi się zmiana postrzegania męża przez bohaterkę, to przemyślany element, dodaje głębi całości.
Jest fantastyka, jednocześnie poznajemy bohaterkę i jej myśli, więc nie odbiegamy tak daleko od ludzkich spraw.
Jest i drugie dno, bo “abażur” to synonim ozdobnika, który minimaliści wyrzucają z opowiadania, bo tylko zwiększa ilość znaków. A tutaj gra istotną rolę. Ładne.
Schodząc
z góry, widziałam na wyspie moją torbę. Dobiegłam do niej, ale kiedy tylko zbliżyłam dłoń, zamieniła się w kupkę piasku.
Skórę mieli chyba w ciemnozielonym kolorze, ale przy każdym ruchu zmieniała
swójodcień.
Czułam, że łzy spływały mi do uszu.
Spływają.
https://pl.wikipedia.org/wiki/Nast%C4%99pstwo_czas%C3%B3w
Matriarchat gorszy niż patriarchat? ;) Dobra, to jest mocne, można nawet powiedzieć, że sięga pod skórę.
Fantasy chyba nie, bardziej horror.
Total recognition is cliché; total surprise is alienating.
Dzięki za komentarze. Wprowadziłam poprawki :)
marzan,
zwróciłeś uwagę na dwie kwestie, nad którymi się zastanawiałam.
Przemyślenia o mężu i zmianę postrzegania dorzuciłam już po napisaniu tekstu. Uznałam, że będzie to bardziej naturalne i w sumie logiczne. Mam czasem tendencję do odczłowieczania postaci.
I ten abażur… Tak mi jakoś mało wyszło brutalności, nie chciałam przegiąć. Pomyślałam, co zrobić z tą kobietą leżącą na stole operacyjnym, potem o skórze, Edzie Gainie. A potem wyszedł z tego ostatni fragment i tak to :)
jeroh,
Wyszło spontanicznie z tym matriarchatem, ale myślę, że coś w tym jest ;)