Wulgaryzmy: najwięcej chyba po włosku. Włoskie dzieci nie powinny tego czytać.
Wulgaryzmy: najwięcej chyba po włosku. Włoskie dzieci nie powinny tego czytać.
Daj mi dłoń,
Tak daleko port.
Gdzie dziś dom?
– M. Dutkiewicz, Aleja Gwiazd
W dżungli
Wyruszyli o wschodzie słońca. Pięcioosobowa drużyna eskortowała dwóch łowców niebofretek, uśmiechniętego starca i ponurego młodzika.
Weszli do dżungli ścieżką, którą kapral Jesper Jensen wędrował tak często, że mógłby poruszać się po niej z zamkniętymi oczami – znał tu prawie każdy kamyk, nie zaskakiwał go żaden korzeń.
– Za chwilę zejdziemy ze szlaku, Jesperze, ale pozostaniemy w polu widzenia – odezwał się poufale starszy łowca, sześćdziesięcioletni Kovacs.
Kapral nie miał mu tego za złe. Wiedział, że staruszek ma syna w jego wieku, na dodatek również żołnierza.
Podrapał się po rudej brodzie i skinął głową. Myśliwi musieli jedynie sprawdzić wnyki, a on nie widział powodu, żeby pchać się przez kolczaste pnącza za eskortowanymi. Wilgotnej ziemi nie znaczyły ślady wielkich stóp. Żywił zatem nadzieję, że dzisiejszy poranek okaże się spokojny.
Nadzieja go zawiodła.
Giganci leżeli ukryci w gęstych zaroślach i pojawili się przed oddziałem niby wyczarowane drzewa, najniższy przerastał Jespera o dwie głowy. Siedmiu? Ośmiu? Trudno ocenić, wszystko działo się zbyt szybko. Piki i maczugi uniosły się, gdy ruszyli na ludzi, a oszczepy przecięły powietrze, zanim jeszcze ktokolwiek zdążył poderwać karabin.
Mimo wszystko żołnierze nie wpadli w panikę. Wycelowali broń.
W tym samym momencie dwa oszczepy dotarły do celu. Jeden trafił w gardło Fervaquesa, a drugi w brzuch Branieckiego.
– Ognia! – ryknął Jesper i sam pociągnął za spust.
Padły trzy strzały. Jeden z olbrzymów się przewrócił, jeden zwolnił, ale reszta biegła niewzruszona.
Wszyscy napastnicy popędzili na także już biegnących łowców niebofretek, których – nie wiadomo, w jaki sposób – giganci zawsze potrafili rozpoznać. Najpierw dopadli młodego. Chłopak potknął się, zarył rękami w glebę i za chwilę nabijana odłupkami maczuga roztrzaskała mu czaszkę.
Jesper sięgnął do kabury, wyciągnął pistolet. Ufał mu bardziej niż broni długiej. Brał przy tym pod uwagę niską jakość amunicji dostarczanej przez Kompanię.
Najwyraźniej stary Kovacs postanowił umrzeć, walcząc. Zabrnąwszy po pas w paprocie, odwrócił się w kierunku pogoni, podniósł karabin, wycelował i nacisnął spust. Proch na panewce rozbłysnął – ale ogień nie przeszedł do lufy. Kovacs zaklął. Odciągnął kurek, wyrwał z ładownicy papierową tuleję, rozdarł ją, dosypał prochu na panewkę i spróbował strzelić raz jeszcze. Znowu tylko światło, syk i dym.
No właśnie. Parszywe szczęście.
„Nie wierzcie w szczęście, tylko w taktykę i porządek!” Tak upominała ich twarda jak żelazo pani kapitan. Gdyby biedak nie pobiegł na oślep, miałby większe szanse na przeżycie.
Gigant, który wysforował się na czoło, doskoczył do Kovacsa.
Reszta wielkoludów ponownie zainteresowała się żołnierzami.
– Wszyscy uciekać!!! – wrzasnął jakimś cudem Braniecki, leżąc z kawałem drewna we flakach. – Zostawcie… mnie… kapralu…!
Jesper przesunął pistolet. Do końca zamierzał bronić starszego z eskortowanych. Gigant jednak ciągle był w ruchu i znajdował się za blisko ofiary.
Olbrzym uderzył Kovacsa w pierś nieuzbrojoną ręką, bez wielkiego impetu. Mimo to stary łowca poleciał do tyłu, a bezużyteczny karabin wypadł mu z rąk. Zanim człowiek upadł, napastnik złapał go za nogę i podniósł. Pochwycony Kovacs krzyknął raz – krótko, zduszonym głosem – kiedy gigant przywalił nim o pień drzewa. Drugie uderzenie złamało łowcy kręgosłup i obite ciało zawisło bezwładnie.
Ktoś oddał jeszcze jeden strzał. Rekrut Dąbrowski? Dzieciak szybko ładował broń.
Dopiero wtedy Jesper wystrzelił z pistoletu. Stało się, czego obawiał się wcześniej – zamiast giganta trafił starego łowcę niebofretek. Ale nie miało to już znaczenia.
W tym momencie dał się słyszeć śpiew szamana, powietrze zafalowało.
Jesper postanowił posłuchać Branieckiego.
– Uciekać! Wszyscy uciekać! – zawtórował umierającemu.
Poleciał jeszcze jeden oszczep, ale nie dotarł do żadnego z trzech biegnących żołnierzy.
Kiedy przekraczali bramę fortu, kapral z pełną mocą uświadomił sobie, że nikogo nie ochronił, a prócz tego stracił dwóch podwładnych. Czekała go nieprzyjemna rozmowa z panią kapitan.
Na początku garnizon twierdzy liczył pięćdziesięciu ludzi, teraz zostało ich trzydziestu trzech, a właściwie nawet mniej, jeśli wziąć pod uwagę rannych. Będzie jeszcze gorzej, dopóki Kompania nie przyśle nowych żołnierzy. Albo dopóki ktoś tam nie zda sobie sprawy, że tania broń oznacza więcej poległych.
Lista rzeczy do zastąpienia była długa: zawilgocony proch, fatalne lonty, niewymiarowe kule do pistoletów… Nic jednak nie pobije ostatniej dostawy granatów, które wybuchały w rękach.
Próżne myśli. Decydenci z Kompanii Południowej doskonale wszystko rozumieli, ale niestety, skurwiele liczyli pieniądze, a nie ludzi. W końcu przyślą do fortu więcej takich jak Jesper naiwniaków, przekonując ich, jak zwykle, wysokim żołdem. To się świetnie kalkulowało, ponieważ martwym żołnierzom nie trzeba było płacić wynagrodzenia.
Pojmował więc po części nastawienie pani kapitan, która nie modliła się ani do Kompanii, ani do szczęścia, ani nawet do Boga Wszechmogącego, tylko przez cały czas nękała tego biednego inżyniera z Wyszogrodu.
Fort
Marek oparł dłonie na chropowatej teczynie palisady, a potem wyprostował się i wpatrzył w zieloną otchłań. Przez wiele lat włóczęgi, życia wśród myśliwych, handlarzy, przemytników czy poszukiwaczy diamentów, niejednokrotnie zadawał sobie pytanie: Jak, do cholery, skończyłem w takim miejscu? A teraz zadawał je sobie tutaj: w drewnianym forcie wbitym w środek dżungli niczym kij w mrowisko.
Wyszogród wydawał się obecnie odległy jak sen. Tamta noc – dym, krzyki, krew przyjaciół na bruku – wciąż wracała w koszmarach. Powstanie wrześniowe zabrało Markowi nie tylko karierę uniwersyteckiego matematyka, pozbawiło go również wiary w ludzi. Gdy młody uczony przystępował do walki o wolność ojczyzny, wiele osób odsunęło się od niego, a gdy rewolta upadła, jeszcze więcej na jego temat bezwstydnie kłamało. Także co poniektórzy towarzysze broni zeznawali fałszywie ze strachu. Dobitnie się przekonał, że prawda i piękno istnieją przede wszystkim w przestrzeniach oraz światach abstrakcyjnych, i to do nich uciekał myślami, w nich właśnie szukał ukojenia, kiedy mongolska administracja pozbawiała go wolności i odzierała z godności ludzkiej. Potem była kolonia karna w Afryce, a następnie zmasowany atak gigantów. Razem z niewielką grupą skazańców Marek wydostał się wówczas z ogarniętego chaosem obozu i uwolnił od katorżniczej pracy.
Ciągle jednak musiał przetrwać na dzikim kontynencie. W pierwszej kolejności czekała go przeprawa przez tropikalny las, to opuszczone przez Boga, przeklęte miejsce, w którym powietrze gęstniało od wilgoci i strachu. Giganci, lamparty, jadowite węże, pasożyty… – w dżungli nieustannie należało się mieć na baczności.
A mimo to do niej wrócił. Kilka bowiem miesięcy temu poznał doktora Goldo z Kompanii Południowej, człowieka o złej sławie, ale o głębokiej kieszeni. Potentat uznał, że matematyk przyda się w jego forcie przy działach. „Będziesz balistykiem w mojej twierdzy”, tak właśnie powiedział, pomimo że formalnie rzecz biorąc, placówka stanowiła własność przedsiębiorstwa kolonialnego. Goldo spodziewał się również, że Wyszogrodczanin wesprze społeczność fortu wiedzą – choćby nawet ograniczoną – z zakresu inżynierii lądowej oraz medycyny, a także jako chemik amator. Najwyraźniej ów konus w binoklach dysponował nielichym wywiadem.
– Znów dumasz nad swoim życiem, matematyku? – Wera stanęła poniżej, jej głos jak zwykle był ostry.
Matematyku… Dalej tak go nazywała, chociaż obie wysłużone armaty spaczyły się już całkowicie.
Pokonawszy większość drogi w dół, zeskoczył z drabiny, chcąc zrobić wrażenie pełnego energii i zaangażowania.
– Myślę o lepszej broni dla naszych ludzi – skłamał.
– Moich ludzi. Dobrze, bo ja myślę o tym, że wciąż jej nie mają. – Splunęła w piasek pod jego nogami. – Porca miseria, dziś ponownie straciliśmy patrol! Tylko karabiny zostały. I ślady.
Nie musiał pytać czyje. Giganci. W kantynie wielokrotnie słyszał, że miejscowe olbrzymy składają pokonanych żołnierzy w ofierze swojemu bogu, Arghorowi. Tych wziętych żywcem miały w okrutny sposób zabijać na ołtarzu. Wszystko możliwe. Etnograf jednak wyjaśniał mu kiedyś, że giganci rzadko torturują kogokolwiek, nawet nieprzyjaciół, już prędzej ich zjadają. Ale najczęściej po prostu wrogów zabijają i grzebią. Tak czy inaczej, gdyby nie ci prymitywni tubylcy, fort mógłby pretendować do miana spokojnej przystani. Gdyby nie oni i nie pewna pani kapitan.
Spojrzał badawczo na Werę. Miała mundur przybrudzony błotem, a w sposobie, w jaki zaciskała wargi, kryła się dobrze już znana Markowi niecierpliwość.
– Strategia – wymamrotał. – Mówiłem, że potrzebujemy myślenia strategicznego. Odpowiednie planowanie ograniczyłoby liczbę twoich głupich patroli.
Wera odpowiedziała krótkim śmiechem, który zabrzmiał jak zgrzyt noża na kamieniu.
– Świetnie. Tylko że ostatnio twoje strategiczne ładunki nie wybuchły w odpowiednim momencie, narażając na krzywdę moich chłopców. Kiedy nareszcie zrobisz coś, co działa? Kiedy dasz mi granaty?
Powstanie. Laboratorium w Wyszogrodzie. Nowatorskie, bezpieczne, równo spalające się lonty do granatów. Tak, ale tu nie Wyszogród, a on tam jedynie pomagał, puszkarzem nie był. Nadal potrzebował czasu. Wera zaś bez przerwy go popędzała, jakby nie miała nic lepszego do roboty. Jak gdyby lubiła tracić czas na zbędne dyskusje.
– Wiesz, że to nie takie proste – powiedział, starając się zapanować nad emocjami. – Problem stabilnych lontów to co innego niż równanie, które mógłbym rozwiązać w głowie w trzy minuty. Warsztat jest skromny, brakuje materiałów, saperzy zgadzają się, że…
Wera podeszła bliżej, aż poczuł na twarzy jej oddech.
– Coraz częściej mam wrażenie, że jesteś bezużyteczny. Nie interesują mnie wymówki. – Jej dłoń spoczęła na kolbie pistoletu. – Albo dostarczysz działające granaty w ciągu tygodnia, albo wylecisz za bramę z łopatą i będziesz kopał wilcze doły na spółkę z rekrutami.
Marek zacisnął pięści.
Kiedy doktor Goldo przybędzie do fortu swoim aerostatem, jakoś się na niego wproszę. Czas opuścić to miejsce.
– Zrozumiałeś, strategu? – zapytała z przekąsem.
Złośliwa małpa. A czy Goldo nie może ci załatwić, pocieszna pani kapitan, dostawy lepszej broni? Bestia z bestią dogadają się najlepiej. Kapitan, cholera. Kto właściwie dał jej oficerski stopień? Chyba Kompania Południowa, bo na pewno nie skończyła akademii. Gdyby nie Kompania, mogłaby być co najwyżej sierżantem. Pasowałoby do niej. Fałszywa kapitan, małpa, bestia, moralne dno, barbarzyńska zdzira!
Zniecierpliwiona Wera podniosła brew.
Czuł, że złość wzbiera w nim jak fala, wiedział jednak, co się stanie, jeżeli wymknie mu się choć jedno obraźliwe słowo. Ostatni raz skończył się dla niego poluzowanym zębem i bólem żeber. „Dziesięć lat służby nauczyło mnie, że dowódca musi wzbudzać szacunek. W podobnych sytuacjach nie może sobie pozwolić na pobłażliwość. Zwłaszcza jeżeli jest kobietą” – mówiła potem z uśmiechem (uśmiechem występnym i złośliwym!), odprowadzając go do lazaretu.
Tym razem nie da jej pretekstu.
– Jasne, proszę pani – wycedził. – Granaty. Tydzień.
Wątpił, czy dotrzyma terminu.
Wera się uśmiechnęła.
Niech ją szlag.
– Wiedziałam, że dojdziemy do porozumienia. – Klepnęła go po policzku, niemal czule, i odeszła, zostawiając z poczuciem krzywdy i zaciśniętymi pięściami.
Starcie
Marek poczuł trafienie w szczękę, zanim zdał sobie sprawę, że Wera właśnie go uderzyła. Krew rozlała się szybko po języku, metaliczna i słona. Potknął się o skrzynkę z amunicją i upadł na plecy w błoto dziedzińca. Żołnierze wokół przystanęli na moment, paru się uśmiechnęło, ale żaden się nie wtrącił. Nie ich sprawa.
– Porca puttana! Myślisz, że masz prawo do oceniania mnie? – Kapitan stanęła nad nim. Jej mundur był zapięty pod szyję, włosy ciasno związane z tyłu, a w brązowych oczach płonął ten sam ogień, który widział w nich, kiedy walczyła. Oparła dłoń na rękojeści szabli. – Myślisz, że możesz mówić, jak mam dowodzić? Non ti permettere!
Neołacina przeplatana językiem italskim wydawała się idealna do rugania podwładnych. Tylko że Marek nie uważał się za podwładnego Wery.
Otarł krew z wargi. Wiedział, że powinien odpuścić, że każde słowo tylko bardziej kobietę rozzłości. Jednak wściekłość wrzała również w nim i dziś nie zamierzał się hamować.
– Mam być cicho?! – warknął, podnosząc się. – Nie mogę, kiedy twoje dowodzenie to wysyłanie ludzi na rzeź! Trzech żołnierzy zginęło dlatego, że kazałaś im frontalnie ruszyć na gigantów!
Wera zareagowała błyskawicznie. Chwyciła go za kołnierz, przyciągając jego twarz do swojej.
– A ty co byś zrobił na moim miejscu, matematyku? Gapił się na figury i równania, aż wrogowie rozerwaliby wszystkich na strzępy? – Jej oddech był gorący, wyczuwalna w nim nuta tytoniu mieszała się z otaczającym kapitan zapachem prochu i świeżego potu.
– Nie mieli szamana. Wystarczyło ich zaciągnąć do wąwozu i ostrzelać z góry! – Marek wyszarpnął się z uchwytu. – Ale kazałaś mi zostać z tyłu. Dlaczego? Po prostu dlatego, że nie lubisz słuchać rad! Jesteś arogancka, to rzymska pycha!
Przez ułamek sekundy wydawało się, że znów go uderzy. Żołnierze wokół zastygli, oczekując gwałtownych czynów. Ale Wera się zatrzymała. Jedynie jej spojrzenie nadal miotało iskry.
– Rzymska pycha? – Uśmiechnęła się.
Niech to. Przesadziłem? Nie! Tylko wygarnąłem jej prawdę.
– A ty jesteś słaby – powiedziała cicho. – Słaby, ale nieustępliwy i celnie trafiasz słowem. Sinceramente… Ta mieszanka cholernie mnie podnieca.
I znowu nie nadążał, znów przez chwilę nie wiedział, co się dzieje, gdy jej usta przywarły do jego, zaskakująco miękkie i pełne pasji. Pocałunek był brutalny, a nawet bolesny, bo zęby kapitan uderzyły we wciąż krwawiącą wargę. Marek odsunął się instynktownie, ale Wera złapała go za włosy, przyciągając z powrotem.
– Boisz się? – szepnęła mu ochryple w ucho, rzucając wyzwanie.
Mężczyzna zmilczał. Zamiast mówić, chwycił ją za talię i pchnął w stronę magazynu, razem wpadli do środka. Drzwi zatrzasnęły się przed zdumionymi żołnierzami, niewiedzącymi, jak zareagować. Tak czy inaczej, żaden nie zamierzał przeszkadzać.
Następnego ranka Marek obudził się z bólem głowy, zadrapaniami i siniakami. W dodatku chyba nadwyrężył ważny mięsień. Szyja bolała od ugryzienia.
Właścicielki zębów już nie było – pewnie od godziny patrolowała okolicę wraz z podkomendnymi. Na podłodze leżała jej lniana koszula, a na stole pistolet. Zostawiła go specjalnie, po raz kolejny. Z odciągniętym kurkiem. „Zawsze możesz strzelić sobie w łeb” – powiedziała kiedyś po awanturze, kładąc pistolet na biurku, obok tablic i notatników. Pomyślał teraz, że być może w ten dziwny sposób okazywała mu przychylność.
Bzdura. I żadne tam „trafiasz słowem”, nie jestem jakimś pieprzonym, mizernym i elokwentnym literatem, do diabła! Sama jesteś słaba i… Au! Cholerny mięsień biodrowo-lędźwiowy.
Wstał, przeciągając się jak najostrożniej. Wczorajsza wściekłość zniknęła, ale po chwilowej uldze znów odczuwał napięcie. I łudził się: może jednak po tej nocy rzadziej będą się ścierać… w dzień.
Dawno temu
Kolejnej nocy, krótko przed świtem, do drzwi jego kwatery ktoś gwałtownie załomotał. Płeć się nie zgadzała. To był młodziutki żołnierz, bodajże Dąbrowski.
– Panie inżynierze… Giganci. Następna fala. Mobilizujemy wszystkich.
Marek westchnął. Wera po raz kolejny zrobi coś bez dostatecznego namysłu, a on znowu będzie musiał wybierać – walczyć z nią czy z wrogiem.
– Idę – mruknął, przyjmując karabin.
Pierwszy kamień przepołowił maszt, na którym wisiały flagi Kompanii Południowej oraz Wielkiej Republiki Rzymskiej. Drugi uderzył w palisadę z hukiem, który Marek poczuł w kościach.
– Porca miseria! – Wera odwróciła się ku niemu i światło pochodni wyeksponowało jastrzębie rysy jej twarzy. – Gdzie są maledette granate? Gdzie moje granaty?!
Zmusił się, by zignorować dowódczynię. Spojrzał wzdłuż palisady na sąsiednią wieżę obserwacyjną, po czym krzyknął do żołnierzy:
– Zejdźcie stamtąd! Teraz!
Nikt się nie ruszył. Popatrzyli najpierw na niego, potem na Werę.
– Strzelać, aż skończy się proch! – ryknęła, machając karabinem. – To rozkaz kapitana!
Wtedy drugi kamień uderzył w jedną z wież. Drewno rozsypało się jak zapałki, a dwóch strzelców wylądowało z wrzaskiem na dziedzińcu. Marek miał nadzieję, że żaden nie przetrącił sobie karku
Nie czekał dłużej. Chwycił Werę za ramię i szarpnął ją w prawo, w stronę drabiny.
– Puść mnie, tchórzu! – krzyknęła, wyrywając się.
Złapał ją za barki.
– Posłuchaj. – Wypowiedział to słowo z naciskiem. – Mają szamana. Tarczę.
– Dlatego musimy prowadzić ogień, aż tarcza ustąpi! – upierała się.
– Ściany twierdzy nie wytrzymają długiego naporu, a tym bardziej brama. Potrzebujemy wypadu. Jeśli wciągniemy gigantów do wąwozu, pokonamy ich!
Miał na myśli szeroki parów pod fortecznym wzniesieniem. Żeby dotrzeć do twierdzy, najłatwiej było iść właśnie tamtędy.
Jej oczy nieco złagodniały.
– Jak?
– Ładunki wybuchowe! Wywołamy lawinę. Zbierz dwie drużyny, jedną z saperami. Na przynętę zmobilizuj paru łowców z niebofretkami w klatkach.
Przez chwilę się wahała, potem skinęła głową.
– Rób swoje. Lepiej dla ciebie, żeby to zadziałało.
Po zejściu z wieży – szybkim krokiem udał się do opiekuna arsenału.
Agresorzy już biegli przez zagłębienie – smagłe olbrzymy o płaskich czaszkach. Marek policzył ich wcześniej, patrząc przez lunetę. Jedenastu. To byli w pełni dojrzali wojownicy, średnio o pół metra wyżsi od czekających na komendę żołnierzy. Muskularne, niemal nagie ciała gigantów szokowały rytualnymi bliznami, w pazurzastych dłoniach trzymali piki, wielkie maczugi i kamienne topory. Natomiast z tyłu biegł trochę mniejszy, brodaty szaman, modląc się do Arghora i wyśpiewując tarczę przeciw kulom i strzałom.
Tak naprawdę nikt nie wiedział, w jaki sposób powstaje tarcza Arghora. Nie potrafiono też wyjaśnić, jak miejscowi giganci miotają kilkutonowymi kamieniami. Wielu wierzyło, że to prawdziwa magia. Niektórzy jednak opowiadali legendy o zadziwiających mechanizmach ukrytych w ruinach. Miały to być artefakty stworzone przez ludzi, którzy byli tutaj nie tylko przed Homo sapiens i Homo giganteus, lecz nawet przed dżunglą. Sceptycy twierdzili więc, że tarcza tudzież proca mają naukowe podstawy oraz że pechowym zrządzeniem losu w ręce olbrzymich dzikusów wpadła zaawansowana technika. Marek widział szczątki prastarych budowli na własne oczy. Jednak mechanizmów nie – ani w ruinach, ani przy wielkoludach.
Może te mechanizmy są małe. Albo niewidzialne. Brzmi jak głupota, ale alternatywą jest uwierzyć w magię lub w nadludzkiego Arghora.
Jakiś natrętny owad wleciał mu do nosa. Wysmarkał go.
Robactwo, dżungla, giganci. Aż trudno sobie wyobrazić, że dawno temu dookoła kwitła cywilizacja.
Marek wrócił myślami do teraźniejszości.
– Odpalać! – krzyknął, dając znak saperom.
Wkrótce ziemią wstrząsnęła eksplozja. Kamienne bloki oderwały się od zbocza góry, grzebiąc olbrzymy pod tonami skał. Szaman zdążył jedynie ryknąć, zanim zniknął w chmurze pyłu.
To nie był koniec. Chwilową ciszę rozdarły strzały. Trzech albo czterech wrogów odłączyło się wcześniej od głównej grupy, a teraz nacierało na żołnierzy z przeciwnej strony. Kapitan przygotowała swoich ludzi na ten atak. Wydawało się, że zwyciężą, nie ponosząc żadnych strat.
Tymczasem ostatni gigant spośród towarzyszących szamanowi – poraniony, a mimo to wciąż sprawny – przetoczył się przez gruz, wstał i pobiegł prosto na Marka.
– Arghor! Arghoorrr!!! – wrzeszczał napastnik, machając maczugą.
Matematyk wypuścił lunetę. Sięgnął po strzelbę, miał jednak za mało czasu.
Wtedy coś wyleciało zza niego.
Wera.
Wskoczyła gigantowi na plecy i próbowała dźgnąć go nożem. Olbrzym ryknął, chwytając ją za ramię i zrzucając. Poleciała na ziemię z rozoranym pazurem rękawem. Marek nie myślał. Podniósł porzuconą pikę, po czym uderzył z rozpędu w pierś agresora. Coś trzasnęło: drzewce lub żebro. Gigant zatoczył się, a Wera wstała i zakończyła walkę, strzelając mu w skroń.
Cisza.
Stali tak przez chwilę, dysząc, otoczeni dymem i śmiercią.
– Matematyk i wojowniczka. – Wera wypluła krew. – Idealna para.
Marek nie odpowiedział. Spojrzał w stronę dżungli.
Tam kiedyś były miasta.
– Na mnie masz patrzeć! – zdenerwowała się wojowniczka.
Oparł stopę na piersi giganta, przyciskając zmasakrowane ciało do ziemi. Wera siedziała kilka kroków dalej, jej rękaw ciemniał od krwi.
– Nie ruszaj się! – zawołał, gdy zaczęła wstawać.
Ściągnął jej mundur z lewego ramienia. Ciepła krew popłynęła mu między palcami.
Niedobrze.
Odciął nożem pasek od manierki i zacisnął go mocno powyżej bicepsa.
W czym oni maczają pazury?
– To nie jest zwykłe zadrapanie – powiedział, przyglądając się czarnym żyłkom rozchodzącym się od rany. – Trucizna.
Wera wykrzywiła usta w grymasie, który miał być uśmiechem:
– Więc co? Chcesz sobie possać?
– To działa tylko w bajkach.
Przyłożył manierkę do jej warg. Wypiła łapczywie kilka łyków.
– Nieś kapitan – polecił największemu żołnierzowi. – Jeśli zemdleje, spróbuj ocucić.
– Wykonać – rozkazała Wera.
Narkotyk
Szklane naczynia drżały w rytm jego kroków. Marek przeszukiwał półki, aż znalazł to, czego szukał – małą kolbę z etykietą „ekstrakt nr 9". Narkotyk z gruczołów niebofretek.
Oprócz tego, że wpływał na świadomość i uzależniał, miał zadziwiające właściwości lecznicze.
– Nie. – Wera półleżała na ławie blada jak papier, patrząc na Marka. – Nie chcę tego świństwa… – Usiadła z wysiłkiem. – Tchnienie Arghora? Goldo… Ten zgniły nibydoktor, Goldo, ci to zlecił? Najpierw myszy, potem psy, potem skazańcy… a teraz ja?
Prawda, słynne eksperymenty doktora Goldy.
Marek wzruszył ramionami. Rozsądne podejrzenie. W końcu to z inicjatywy tego niepozornego potentata Kompania zorganizowała fort w dżungli. Głównie ze względu na narkotyk właśnie, jako schronienie dla łowców niebofretek. Goldo pierwszy doszedł do wniosku, że wydzielina z gruczołów tych zwierząt ma znaczący potencjał handlowy. Największym kłopotem byli tubylcy. Giganci bowiem uważali niebofretki za zwierzęta święte, pośredniczące w kontakcie z Arghorem, którego czcili. Niemniej problem stanowiło również lepsze poznanie właściwości tchnienia.
– Czego chcesz od Goldy? Facet robi, co robi, dla pieniędzy, zupełnie tak jak ty – zadrwił Marek. – I oboje dla pieniędzy zabijacie.
– Nie pierdol.
To rzeczywiście nie jest najlepszy moment na stosunek.
Z tej riposty już jednak zrezygnował.
– Wybacz. Owszem, Goldo zlecił mi testy, ale proponuję żołnierzom tchnienie tylko wtedy, gdy potencjalne korzyści przewyższają ryzyko. Pamiętasz przypadek Kovala, prawda? Ten środek to twoja najlepsza szansa. Albo narkotyk, albo amputujemy rękę. Trzecia możliwość jest taka, że umrzesz w męczarniach w ciągu kilku godzin. – Potrząsnął kolbą. – Wybieraj.
Jej oczy błysnęły gniewem, nogi jednak odmówiły posłuszeństwa, jeszcze nim dotarła do Marka. Oparła się o półkę i powoli osunęła na ziemię.
– Niech będzie – poddała się w końcu.
Skinął głową i powlókł ją z powrotem na ławę.
– Podnieca cię, że… jak myszy? – Wyszczerzyła zęby.
– Hm?
– No, że wtłoczysz mi to w ramach eksperymentu jak jakiemuś maledetto zwierzakowi?
Nie odpowiedział. Przygotował dozownik pneumatyczny i odmierzył właściwą ilość substancji. Ścisnął kolec skrzydlicy Pterois medicinalis u nasady.
– Będzie bolało.
Gdy kolec wbił się ponad raną, Wera zasyczała. Jej paznokcie wpiły się Markowi w przedramię, jakby w odwecie.
– T-ty skurwysynu… – Jej oddech stał się nierówny.
Marek objął ją, gdy ciało zaczęło dygotać w konwulsjach.
– Trzymaj się.
Godzinę później leżała w lazarecie. Miała własną izbę. Wchodząc, Marek skinął głową chłopakowi pełniącemu obowiązki pielęgniarza. Ten opuścił pomieszczenie.
Marek spojrzał na pacjentkę. Czarne żyłki zaczęły zanikać. Jednak efekty uboczne nie oszczędziły Wery. Patrzyła przed siebie szeroko otwartymi oczami, jej źrenice rozszerzyły się do granic możliwości.
– Widzę ich… – szepnęła. – W ścianach… Arghor patrzy…
Poczuł, że krew odpływa mu z twarzy. Opanował się.
Halucynacje, należało się tego obawiać.
– Nieprawda. To tylko działanie narkotyku. – Wsunął jej pod głowę poduszkę. – Proszę. Najmiększa, jaką znalazłem w magazynie.
Wera wyraźnie się rozluźniła.
– Okazuje się, że bywasz użyteczny. Czasami.
Spojrzał jej w oczy. Teraz były normalne.
Milczał.
Zasypiali. Ona na łóżku, on na krześle.
– Arghor mówi, że będziesz następny… – odezwała się sennie, łapiąc go za nadgarstek. – I że… lubi twoje sny.
Chwilę potem odpłynęła w nieświadomość.
Późnym wieczorem zaczęła krzyczeć, budząc Marka.
W momencie, w którym otworzył oczy, właśnie szarpała się z pielęgniarzem.
– Oni tu są! – Wyrwała się i rzuciła biednym chłopakiem o ścianę, aż zaskrzypiało. – Trzeba ich zatrzymać, dajcie mi broń! Gdzie broń?!
Nagle skierowała uwagę na łóżko. Schowała twarz w dłoniach. Następnie chwyciła poduszkę, przytuliła ją, potrząsnęła głową i mocno zacisnęła szczęki.
Marek popatrzył na nią badawczo.
– Stało się coś?
Chwila zawahania.
– Byłeś tutaj? Nie marnuj czasu, nadal potrzebujemy granatów!
Kiedy Marek spojrzał na poduszkę, Wera odwróciła głowę.
Roma infirma
Widziała siebie jako małą dziewczynkę w ogrodach na Palatynie. Jej dłoń ginęła w potężnej, spokojnej dłoni ojca.
Niebo wyglądało niczym wielka odwrócona misa wypełniona ognikami. Zimne światełka tworzyły intrygujące wzory i ojciec opisał dla niej kilka konstelacji.
– Sama widzisz, Weroniko. Gwiazdy to geometria, czysta matematyka wygrawerowana w wieczności. Logos. Jeżeli kiedykolwiek się zgubisz, popatrz w niebo. Porządek stanowi podstawę wszystkiego, jest rzeczą, której nie mogą zniszczyć ani barbarzyńcy, ani wrogowie cesarza, ani zbuntowane masy.
Aspice caelum, aspice Romam.
Dla ojca Wery Rzym stanowił element idealnego świata. Świata, w którym wszystko – od ruchu planet po cenę zboża – tworzyło Wielki Ład.
Obraz zawirował, biały marmur kolumnady poznaczyła sadza. Wera czuła zapach i smak dymu. Była już dorosłą kobietą po Akademii, porucznikiem w lśniącej lorice, natomiast Rzym jej ojca właśnie umierał. Z daleka dochodziły odgłosy strzałów. Tuż przed nią opierał się o kolumnę stryj Lucjusz – senator, postać surowa, wykuta z cynizmu i determinacji. Jego toga, niegdyś śnieżnobiała, stała się teraz ciężka od błota, pokrywał ją popiół i krew z jątrzącej się rany.
– Twój ojciec był marzycielem – powiedział Lucjusz na tle łuny ognia rozciągającej się nad Kapitolem. – Gapił się w gwiazdy, podczas gdy powinien wypatrywać noży ukrytych pod szatami.
Chwycił Werę za ramiona.
– Zapomnij o porządku. Na pewno nie znajdziesz go tutaj, gdzie trzy frakcje rewolucyjne walczą każda z każdą, a na ulicach walają się trupy patrycjuszy. Jeżeli zamierzasz przeżyć, musisz się stać tak samo bezkompromisowa jak chaos, który nas pożera. Idź na południe – poradził. – Podobno gwiazdy są tam inne niż tutaj – dodał nie wiadomo po co.
Czas przyspieszył. Wszystko, co kochała, przepadło. Nadzieja na normalne życie blakła z każdym rokiem. Wera znalazła się w dusznym namiocie z przeciekającym dachem, gdzieś na końcu świata.
Naprzeciwko siedział niesławny doktor Goldo, człowieczek o śliskim uśmiechu, obracający w palcach złotą monetę. Obok niego stał Cocciarelli, oficer Kompanii Południowej, który intensywnie pachniał cygarami – osoba o tak samo paskudnej renomie.
– Niczego już nie posiadasz, najemniczko – powiedział Goldo. – Twoi nobliwi bliscy nie żyją i nie masz czego szukać w porewolucyjnym Rzymie. Jesteś nikim dla państwa, które cię odrzuciło.
Oficer położył na stole kontrakt z pieczęcią Kompanii.
– Ale my ciebie nie odrzucamy – oznajmił. – Potrzebujemy twojej nienawiści i twojego rzymskiego drylu. Damy ci stopień, damy pieniądze oraz damy cel. Będziesz pilnować naszych interesów. W zamian… Po prostu wykonuj, co zlecimy, i nie zadawaj niepotrzebnych pytań.
Podpisała. Pustka w jej sercu potrzebowała jakiegoś wypełnienia.
Znowu Rzym. Pośród tóg oraz błyszczących pancerzy wypatrzyła dziwnie znajomą sylwetkę. Marek! Tylko że młodszy. Wyróżniał się zarówno wyglądem, jak i zachowaniem – rozczochrany, w zakurzonym płaszczu skrojonym na północną modłę, kłócił się z architektami.
– Ta kopuła nie przetrwa nawet stulecia! – krzyczał matematyk, wygrażając palcem w kierunku ariańskiej katedry. – Szukacie piękna w ozdobach, a tymczasem ono występuje w relacjach, wasze liczby kłamią, ponieważ boicie się nieskończoności!
Potem wypowiedział jeszcze kilka innych zdań, nie tak podniosłych i mniej dla niej zrozumiałych. Coś o krzywych łańcuchowych, ekstremalnych działaniach, aksjomatach i pierwszych zasadach. Jego niebieskie oczy płonęły, kasztanowe włosy się rozwiewały. Wyglądał na wyższego niż w rzeczywistości.
W końcu rzymscy uczeni i dostojnicy, którzy wcześniej tylko parskali, wybuchnęli gromkim śmiechem. Arghor jednak, półprzezroczysty, górujący ponad zgromadzonymi niby tytan, nachylił się ku matematykowi z uwielbieniem.
Widzisz? – Głos boga wibrował w jej głowie. – Oni budowali z kamienia, on wznosił konstrukcję z prawdy. Oni spoglądali na dekoracje, on zaś potrafił zobaczyć sam szkielet wszechświata. To jest człowiek, który słyszy muzykę sfer. Ofiaruj mi go, córko porządku.
W objęciach Arghora
Cienie, powołane do życia przez dwie małe świece, drżały na ścianach magazynu. Wera też się trzęsła.
Maledetto bóg gigantów domaga się uwagi.
Otworzyła fiolkę z zielonkawym płynem. Napełniła dozownik. Słyszała bicie własnego serca i czuła, jak pot ścieka jej po plecach.
– Tylko trochę – wyjaśniła rozkołysanym cieniom. – Tylko tyle, żeby głowa przestała boleć.
Wbiła sobie kolec w ramię z wprawą, której nabrała przez ostatnie kilka dni.
Efekt był niemal natychmiastowy.
Świat eksplodował barwami, jakich dawniej nie znała. Kamienie szemrały, a ze światła i ciemności powoli wyklarowała się twarz – ta twarz.
– Arghorze… – Oddychała szybko i płytko.
Uśmiechał się do niej z półmroku. Usta Arghora się nie poruszały, ale słyszała jego głos we wnętrzu czaszki:
Dlaczego walczysz, córko? Przecież jesteś jedną z moich… Wykonaj, co ci poleciłem.
Nikogo nie złożę w ofierze, tak nisko jeszcze nie upadłam.
Brak reakcji – jak zwykle. Arghor nie odpowiadał ani na słowa pomyślane, ani na wymówione głośno.
Drzwi zaskrzypiały.
Wera odrzuciła dozownik, ale za późno. W progu stał Marek.
– Jak długo? – zapytał, niemal nie zdradzając uczuć. Zauważyła jednak, że przełknął nerwowo ślinę. Dwukrotnie.
Słaby, słaby. Czemu drążysz? Już i tak się boisz. Poza tym nie spodziewasz się chyba, że będę mówić ci wszystko? Właściwie powinieneś wiedzieć tylko tyle, że musisz mnie wspierać.
– Nie rozumiesz… – Wera otarła krew z nosa. – To nie tylko narkotyk. On przez niego przemawia. Pokazuje rzeczy…
– Głód cię zwodzi! Wierzysz w to, bo chcesz. – Marek uderzył pięścią w ścianę. – Krew z nosa i dziąseł jest oznaką przedawkowania. To trucizna. Dla ciała i rozumu.
Podeszła, chwiejąc się na nogach.
– A ty skąd wiesz? Nigdy nie próbowałeś tchnienia. – Dłoń Wery dotknęła jego piersi. – Być może boisz się zobaczyć prawdę?
Marek odsunął się gwałtownie, jakby jej ręka parzyła.
– Zgodziłaś się, że powinniśmy przeprowadzić zwiad w celu ustalenia miejsc rozmieszczenia ładunków i innych pułapek. Chciałbym, żebyśmy zrobili to dzisiaj. Ogarnij się do południa.
– Pamiętaj, że to ja tu dowodzę. – Westchnęła. – Dobrze. Ruszamy po południu.
– Jeżeli nie będziesz w stanie trzymać broni, zostawię cię na pastwę gigantów.
Gdy wyszedł, Wera wybuchnęła śmiechem, który po chwili zamienił się w łkanie.
Dżungla była zbyt głośna. Ptaki wrzeszczały, a każdy szelest liści przypominał szepty Arghora. Wera zaciskała zęby, aby nie jęczeć.
– To od emocji – powiedziała do Marka, gdy ten spojrzał na jej gniotące się nawzajem dłonie.
Położył palec na ustach.
W ogólnej kakofonii dominowało teraz szczekanie małp. Wyczuły parę intruzów? A może…? Giganci wyszli z gęstwiny jak widma – dwóch uzbrojonych w kościane maczugi, trzeci w zdobyczną maczetę.
Wera chwyciła pistolet, ale palce jej nie słuchały. Przez chwilę myślała, że broń wyślizgnie się z ręki.
Marek zastrzelił jednego olbrzyma, potem, z drugiego pistoletu, następnego. Trzeci pchnął go na ziemię.
Wera patrzyła, jak wróg unosi maczetę nad jego ciałem.
Matematyk musi przejść na drugą stronę – szepnął Arghor. – Pamiętaj o tym, córko.
Pistolet wypalił.
Haaa! Tego właśnie chcę! – usłyszała. – Dam ci rzeczy, o których nawet nie marzyłaś…! – Uparty głos ciągle dudnił pod czaszką.
Gigant runął, a Wera stała z dymiącą bronią, łzy płynęły jej po policzkach.
Pomóż widzącemu przejść na drugą stronę! Przejść. Zejść…
– Dlaczego?! – zwróciła się do pustego lasu. – Dlaczego każesz mi to robić?!
Marek sądził chyba, że krzyczy do niego. Wstał, obserwując ją uważnie.
– Bo chcę, żebyś walczyła. Na zewnątrz i w środku. Jeśli walczysz, to znaczy, że jeszcze nie przegrałaś.
Troszczy się o mnie? Ten słabeusz?
Zrobiło jej się ciepło.
Aż mnie grzeje ze złości. Albo to przez tchnienie Arghora.
– Bezczelność. Nie mów mi, co mam robić!
Marek znieruchomiał.
– Nareszcie wracasz do siebie.
Krew i namiętność
Wczesnym rankiem niedaleko fortu jeszcze raz zatrzęsła się ziemia.
Marek wysunął głowę nad barykadę ustawioną taktycznie u wylotu wąwozu. Ledwo zdążył uciec przed eksplozją, ale skutek jego działań wart był niewielkiego ryzyka. Na dobrą sprawę samodzielnie powstrzymał kolejne natarcie gigantów. A przynajmniej opóźnił.
Pył po wybuchu wciąż do końca nie opadł, gdy Wera przygwoździła Marka do ziemi. Jej uda ścisnęły go jak imadło.
– Co za nieodpowiedzialność. Jeszcze jeden maledetto akt bohaterstwa, a strzelę ci w kolano. Żebyś nie robił takich głupot! – Splunęła krwią na jego twarz.
Krew? Chyba nie brała znowu tchnienia?
– Przez ciebie przygryzłam sobie wargę.
Rozważył kilka obelg, ale żadnej nie wypowiedział głośno.
To dopiero byłby akt bohaterstwa.
Zamiast tego chwycił ją za kark i przyciągnął bliżej, ich usta i języki złączyły się w agresywnym pocałunku. Wera wydusiła z siebie coś pomiędzy warknięciem a jękiem. Paznokcie wpijały się Markowi w ramiona.
Huk!
Gigantyczny oszczep wbił się w drewno tuż ponad ich głowami. Natychmiast odskoczyli od siebie i sięgnęli po broń.
– Porca miseria! – Wera wyprysnęła zza barykady z pistoletami w obu dłoniach i zniknęła w chmurze dymu.
Rozległ się strzał.
Po chwili znów pojawiła się przy umocnieniach.
– To twoja wina, matematyku! Ale ten był chyba ostatni. Na razie.
Mężczyzna wciągnął ją z powrotem za osłonę, tym razem to on znalazł się na górze.
– Moja wina? – spytał zirytowany. Jej oddech był gorący, jak zwykle. – To ty kazałaś mi podpalać lonty, zanim przeprowadziłem w pamięci obliczenia!
Złapała go za włosy.
– Zawsze musisz nad wszystkim myśleć!
Następny pocałunek znowu bardziej przypominał potyczkę niż wzajemną czułość. Marek przewrócił kapitan na plecy, jego dłoń zatrzymała się na jej gardle, czuł pulsujący pod palcami szybki rytm.
– Tu? Teraz? – Wera rozpięła jego pas jedną ręką, z drugiej nie wypuszczała pistoletu.
– Trochę to zajmie… – Marek warknął, kiedy poczuł na palcach jej zęby. – Trochę to zajmie, zanim przyjdą. Wybuchy sprawiają zwykle, że są ostrożniejsi.
– Oh Gesù! Dawniej myślałam, że jesteś delikatnym romantykiem. – Wera śmiała się, kiedy rozrywał koszulę, którą miała pod kurtą munduru. Musiał sobie pomóc nożem.
Ich zbliżenie było szybkie, gwałtowne i pełne wściekłości, zmagali się tak samo zażarcie, jak kiedy walczyli o życie. Gdy skończyli, dym jeszcze się rozwiewał, ale nic nie zapowiadało nadejścia kolejnej bandy gigantów.
Wera wstała pierwsza.
– Jeżeli wyjdziemy z tego cało, przypomnij, że mam cię zastrzelić – rzuciła, zapinając mundur.
Zanim sam podniósł się na nogi, Marek przez chwilę kontemplował zgrabną sylwetkę Wery.
– Jeśli nie wyjdziemy cało – mruknął pod nosem – to przynajmniej umrę spełniony.
Zakłady
Dym z fajki kaprala Jensena rozproszył się nad stołem, mieszając z powietrzem wypełnionym wonią taniego alkoholu i stęchłego drewna.
– Postawię cały żołd na to, że nasza kapitan zabije go przed upływem miesiąca – ogłosił palacz. Podrapał się po brodzie. – No dobrze, nie wiem, czy zabije. Rzuci.
Starszy specjalista Koval splunął w kąt izby.
– Stracone pieniądze. Oni się będą tak męczyć nawzajem do końca świata. Postawię dwa żołdy na to, że w ciągu roku nic się nie zmieni.
W kącie pomieszczenia młody rekrut Dąbrowski nerwowo przełknął ślinę.
– A jeśli… jeśli jednak wezmą ślub?
Salwy śmiechu przerwał dopiero głuchy dźwięk noża wbijającego się w stół. To była sierżant de Rossi.
– Wtedy, chłopcze… – Sierżant wyrwała nóż z blatu i rzuciła nim w wielkiego chrząszcza, który wędrował po ścianie naprzeciwko (chybiła). – Wtedy osobiście odstrzelę sobie jajca. Co niemożliwe, to niemożliwe.
Zmieniał właśnie Werze opatrunek na przedramieniu, gdy ta drugą ręką chwyciła go za koszulę.
– Widziałeś, jak ten smarkacz Dąbrowski się na mnie gapi? – spytała, przyciągając Marka tak blisko, że poczuł słodkawy zapach wina w jej oddechu.
– Zainteresowana? – Mocniej nacisnął bandaż, co wywołało na twarzy kobiety grymas. Bólu, tak. Ale i przyjemności, był pewien.
Wera odpowiedziała ugryzieniem w ucho.
– Jedynie się zastanawiam, czy wysłać go jutro na samotny patrol… – szepnęła. Zwinna dłoń wędrowała w dół brzucha Marka.
Odepchnął kapitan gwałtownie.
– Jeśli poślesz dzieciaka na śmierć tylko dlatego, że cię pożąda – powiedział, sięgając po pistolet – to cię zastrzelę.
Wera wybuchnęła śmiechem, zapinając kaburę z własną bronią i rzucając pod ścianę.
– No to strzelaj, matematyku. Albo zamknij się i inaczej wykorzystaj fakt, że chwilowo jestem bezbronna.
Połowa fortecy wiedziała, gdzie spędzili noc. Odgłosy dochodzące z szopy w pobliżu lazaretu nie pozostawiały wątpliwości.
– Czy oni się pieprzą czy walczą na śmierć i życie? – zastanawiał się głośno Jensen, przykładając ucho do ściany.
– I czy to w ogóle jakaś różnica? – pytał smutny Dąbrowski, pociągając z butelki.
– Co jest gorsze? – dociekał filozoficznie Koval. – To, że się nienawidzą czy to, że bez siebie nie mogą żyć?
Daj mi dłoń
Oboje przystanęli, by złapać oddech. Ocierając pot z twarzy, Marek rozglądał się po wielkiej, nadzwyczaj symetrycznej jamie, która wkrótce mogła się okazać miejscem ich wiecznego spoczynku. Giganci byli blisko. Wielu zginęło, niemniej kilkunastu przetrwało wybuchy zastawionych przez niego pułapek i właśnie zaczynał tracić nadzieję, że wyjdzie z opresji cało. Dżungla wokół płonęła, a mimo to prześladowcy się nie wycofywali.
– Nie mam już siły uciekać – wydyszał.
– Zabrałam coś na taki wypadek.
Z sakwy taktycznej Wera wyjęła dwa napełnione dozowniki. Podwinęła rękaw.
– Co ty…
Chciał zaprotestować, ale się zreflektował. Tchnienie Arghora rzeczywiście mogło pomóc w tej sytuacji. Pozwolić na aktywowanie ukrytych rezerw organizmu.
Wera ze sprawnością doświadczonej narkomanki najpierw wtłoczyła umiarkowaną dawkę sobie, potem zajęła się Markiem. Kiedy wbijała kolec, skrzywił się i zacisnął powieki. To bolało, naprawdę cholernie bolało. Nie wiedział, czy powinien za to winić instrument, substancję czy Werę. Zacharczał przeciągle.
– Che diavolo…? – Kapitan wyglądała na zaskoczoną.
Otworzył oczy i potrząsnął głową. Przez chwilę miał wrażenie, że z dna jaru wystaje jakaś skomplikowana metalowa konstrukcja otoczona błękitnym światłem.
– Również zauważyłeś? To niesamowity teren, miejsce dawnej chwały i ukrytych ścieżek. Arghor mówi, że nas ochroni, zabierze przez… ścianę. Przeprowadzi do swojego królestwa. Konieczna jest tylko… moc. Posiadasz moc? Energię? – Przerwała. – Arghorze? Nie rozumiem…
– Oczywiście – powiedział bezbarwnie Marek. – Posiadam. Moja potencja… Jestem potężny.
– Nie wygłupiaj się. Widzisz, zdaję sobie sprawę, że drwisz – odpowiedziała. – Nie straciłam rozumu. Po prostu nie zawsze wyraźnie odczytuję jego… myśli. Teraz już to wiem. Poza tym słowo daję, że jeżeli się wysilisz, również i ty ją zobaczysz: twarz Arghora nad szeroką, czarną drogą usianą gwiazdami…
Marek zamknął oczy i przyłożył rękę do czoła. Westchnął.
Opierali się o siebie plecami.
Po przyjęciu narkotyku, wbrew oczekiwaniom, Marek czuł się jeszcze bardziej wyczerpany. Wera również słaniała się na nogach.
– To był, niemądra pani kapitan… – Przerwał, żeby złapać powietrze. – To był o ten jeden… dwuosobowy wypad za dużo.
Olbrzymy szły z trzech stron. W pobliżu środka wielkiej jamy przyparły ich do krawędzi zarośniętego paprociami dołu. Stok był stromy, głębokość nieokreślona.
– Wiesz… – Wera wystrzeliła kulę z ostatniego pistoletu i odrzuciła go. – Żałuję tylko, że nie zdążyłam cię zabić sama.
Sięgnęła po szablę.
W tej samej chwili Marek szarpnął towarzyszkę, ratując ją przed lecącym toporem.
– Nie dostałabyś wtedy… dowodu mojego oddania – wysapał, wciskając jej w dłoń granat. Od żarzącego się knota odpalił długi lont. Na przycinanie nie mieli czasu.
Najbliżsi giganci cofnęli się trwożliwie. Ostatnio nauczyli się respektu wobec dymiących lontów.
Odsłonili jednak stojących z tyłu oszczepników.
Wera skoczyła w dół, w paprocie, ciągnąc Marka za sobą. Z impetem spadli w półmrok i polecieli między omszałe głazy. Coś pisnęło. Łasicowate stworzenie w ostatnim momencie umknęło przed toczącymi się ciałami. Niebofretka? Wera półprzytomnie spojrzała na trzymany w ręku przedmiot. Zmarszczyła brwi, a potem – chociaż dżungla wokół stała w ogniu, choć oboje leżeli potłuczeni i pomimo że czyhali na nich wrogowie – niespodziewanie się rozpromieniła.
– Incredibile, granat! – wykrzyknęła. – Nareszcie! O to chodziło! Od początku wierzyłam, że masz moc.
Lont się kończył.
Pocałunek smakował krwią i prochem.
Wojna i śmiech
Martin Koval popatrzył mimochodem na niskiego mężczyznę, który opierał się o ścianę kantyny. Ściskający w dłoniach kubek z kawą doktor Goldo odwzajemnił spojrzenie. Starszy specjalista miał przez moment poczucie, że w oczach niepozornego potentata czai się jakaś głębia. Ukryta wiedza. Obca siła.
Potrząsnął głową.
Co za bzdury.
– A zatem, ostatecznie, nikt nie wygrał naszego zakładu – powiedział Jesper, przetasowując sfatygowane karty.
– Nikt – potwierdził Martin. – Zabili ich giganci, i to zanim cokolwiek się rozstrzygnęło. – Na kilka chwil żołnierze taktownie spuścili głowy w milczeniu. – Niemniej… Zaraz, zaraz. – Uniósł palec. – Byli parą i umarli razem w walce. Zgodnie ze starym zwyczajem Cesarstwa oznacza to, że zawarli małżeństwo przed obliczem boga wojny!
– Cholera – zaklęła sierżant de Rossi, sięgając po pistolet. – A ja tak bardzo lubiłam swoje jajca.
W izbie rozległ się śmiech.
Wciąż szeroko się szczerząc, Martin ponownie skierował wzrok ku ścianie. Goldy już przy niej nie było.
Witaj. :)
Włoskich wulgaryzmów na szczęście nie zrozumiem, niemniej – dziękuję za uprzedzenie. ;)
Świetne motto. :)
Kwestie techniczne i sugestie oraz wątpliwości (tylko do przemyślenia):
„Nie wierzcie w szczęście, tylko w taktykę i porządek!” (brak tu jakiegoś znaku interpunkcyjnego – nie wiem, jaki chciałeś zamieścić – albo części zdania?) Tak upominała ich twarda jak żelazo pani kapitan.
Nie musiał pytać (przecinek?) czyje.
Chwyciła go za kołnierz, przyciągając jego twarz do swojej. – powtórzenie/styl? – może drugie pominąć?
– Posłuchaj. – Wypowiedział to słowo z naciskiem. – tu chyba małą literą i bez kropki, bo jest „gębowe”?
– Pamiętaj, że to ja tu dowodzę. – Westchnęła. – tu też?
– To był, niemądra pani kapitan… – Przerwał, żeby złapać powietrze. – i tu?
Miały to być artefakty stworzone przez ludzi, którzy byli tutaj nie tylko przed Homo sapiens i Homo giganteus, lecz nawet przed dżunglą. – powtórzenie?
Może te mechanizmy są małe. Albo niewidzialne. – mam wątpliwość, czy to nie zdania pytające (?)
– No, że wtłoczysz mi to w ramach eksperymentu (przecinek?) jak jakiemuś maledetto zwierzakowi?
Niebo wyglądało niczym wielka (przecinek?) odwrócona misa wypełniona ognikami.
Maledetto bóg gigantów domaga się uwagi. – czy tu nie ma być gdzieś znaków interpunkcyjnych?
Marek przewrócił kapitan na plecy, jego dłoń zatrzymała się na jej gardle, czuł pulsujący pod palcami (przecinek?) szybki rytm.
– Czy oni się pieprzą (przecinek?) czy walczą na śmierć i życie?
Nade wszystko zachwycił mnie wykreowany świat: święte stworzenia, bijący się o nie giganci i ich wygląd oraz sposoby prowadzenia walki przez te stwory. Do tego dochodzą: przeszłość obojga głównych bohaterów i ich cele oraz marzenia. Wszystkie makabryczne sceny zabójstw opisałeś bardzo realistycznie. Wspominane wielokrotnie, niecne zasady działania Kompanii również zasługują na brawa – wszystko opiera się na zyskach i kasie, niestety…
Klikam podwójnie za oryginalność oraz pomysł na przerażający świat fantastyczny. :)
Powodzenia przy nominacjach, pozdrawiam serdecznie i świątecznie. ;)
Pecunia non olet
Tytuł, oczywiście, kojarzył mi się z “Aleją gwiazd”.
Fajny pomysł z narkotykiem pozwalającym na kontakt z bogiem. Prawdziwym, realnie istniejącym. Czy sugestia, że bóg lubi matematyków, jest świadoma? ;-)
Chętnie poznałabym więcej szczegółów na temat świata – czy to historia alternatywna, czy daleka przyszłość? Jeśli to drugie, to dlaczego Rzym się powtórzył? I to ze szczegółami dotyczącymi tóg i broni, którą można pod nimi ukryć. Region jak każdy inny nad Morzem Śródziemnym.
Babska logika rządzi!