- Opowiadanie: OldGuard - Bal z okazji Końca Świata

Bal z okazji Końca Świata

Dzię­ku­ję Me­len­du­ro­wi za bły­ska­wicz­ną betę. Tekst chcia­łam opu­bli­ko­wać na spo­koj­nie pod ko­niec ty­go­dnia, ale spoj­rza­łam w ka­len­darz i po pro­stu pa­so­wa­ło dzi­siaj :)

 

Tych kilka cy­ta­tów z roz­dzia­łu II po­cho­dzi z Bi­blii Ty­siąc­le­cia.

 

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Biblioteka:

marzan, MichaelBullfinch, JolkaK, Zanais

Oceny

Bal z okazji Końca Świata

I

 

Aste­ro­ida była wi­docz­na już od ty­go­dnia. Naj­pierw jako jasna plama, tylko tro­chę więk­sza od gwiaz­dy, potem spu­chła do roz­mia­rów żół­tej kuli. Rządy ogło­si­ły stan wy­jąt­ko­wy, jakby ka­ta­stro­fę dało się za­trzy­mać ko­lej­ny­mi de­kre­ta­mi. Na­ukow­cy po­da­wa­li licz­by – ki­lo­me­try, pręd­ko­ści, kąty ude­rze­nia – ale sta­ty­sty­ka była bez­względ­na. Świą­ty­nie na całym świe­cie za­peł­ni­ły się więc po brze­gi, bo gdy trwo­ga, to do Boga. Ja­kie­go­kol­wiek. Nawet ta­kie­go, w któ­re­go nie wie­rzy­ło się jesz­cze dzień wcze­śniej.

Zo­sta­ły tylko dwa dni.

Czter­dzie­ści osiem go­dzin.

Dwa ty­sią­ce osiem­set osiem­dzie­siąt minut.

I ani jed­nej wię­cej.

Każ­de­mu po równo, ale nie było mowy o spra­wie­dli­wo­ści.

Ro­ma­in pa­trzył na matkę – więź­nia wła­sne­go ciała, przy­ku­tą do łóżka od lat, dry­fu­ją­cą gdzieś na obrze­żach świa­do­mo­ści. Czy jej dwa dni, wy­peł­nio­ne bezruchem i pół­mro­kiem, zna­czy­ły tyle samo, co dwa dni nowo na­ro­dzo­ne­go sio­strzeń­ca, który nie zdą­żył jesz­cze nawet po­znać ko­lo­ru nieba? Jeśli jedno i dru­gie nie miało po­czu­cia upły­wa­ją­ce­go czasu, czy coś to zmie­nia­ło?

Takie i inne myśli krą­ży­ły mu po gło­wie. Zmar­no­wał na nie cenne mi­nu­ty, za­miast – jak ra­dzi­ły po­rad­ni­ki o god­nym umie­ra­niu – rzu­cić się na głę­bo­ką wodę, wy­krzy­czeć świa­tu swoją wście­kłość albo speł­nić cho­ciaż jedno ab­sur­dal­ne ma­rze­nie. Nie, on sie­dział w dusz­nym po­ko­ju, wdy­cha­jąc za­pach leków i sta­re­go kurzu.

– Mleko bę­dzie trze­ba znieść do piw­ni­cy, bo się ze­psu­je – wy­chry­pia­ła nagle matka spod maski tle­no­wej.

Spoj­rzał na nią za­sko­czo­ny.

– Mleko?

Prze­cież go nie pili. On był uczu­lo­ny, ona od mie­się­cy przyj­mo­wa­ła tylko kro­plów­ki i papki.

– I okna po­za­my­kać, żeby kurzu nie na­le­cia­ło.

Po­ki­wał głową, nie mając siły na pro­sto­wa­nie jej rze­czy­wi­sto­ści. Wró­cił wzro­kiem do te­le­wi­zo­ra. Czer­wo­ny pasek na dole ekra­nu wrzesz­czał o Ar­ma­ge­do­nie, a re­por­ter, z obłę­dem w oczach, stał na tle pło­ną­ce­go mar­ke­tu. Świat roz­pa­dał się od środ­ka, zanim jesz­cze obe­rwał z ze­wnątrz. Wiele osób wy­szło, a w za­sa­dzie wy­bie­gło w po­pło­chu na ulicę i da­wa­ło upust na­gro­ma­dzo­nym emo­cjom. Wy­wró­co­ne kosze na śmie­ci, pęk­nię­te szyby w oknach, roz­bi­te la­tar­nie, dziec­ko pła­czą­ce gdzieś w tle. Na każ­dym ka­na­le po­dob­ne ob­raz­ki.

E-ma­il przy­szedł wie­czo­rem.

 

Nadaw­ca: nie­zna­ny.

Tytuł: Bal z oka­zji Końca Świa­ta.

 

Drogi go­ściu,

Skoro i tak nie masz już nic do stra­ce­nia, po­zwól, że za­pro­szę Cię na ostat­ni bal w hi­sto­rii świa­ta. Walc po­nie­sie nas w stro­nę ni­co­ści, a my wy­pi­je­my za to, co było i za to, co nigdy nie na­dej­dzie. Mu­zy­ka bę­dzie grała, do­pó­ki nie zga­śnie świa­tło.

Start: jutro o go­dzi­nie 21:00. Punk­tu­al­ność nie jest wy­ma­ga­na, ale pa­mię­taj, zegar tyka.

PS. Maski mile wi­dzia­ne.

 

Ro­ma­in prze­czy­tał ca­łość raz jesz­cze i otwo­rzył za­łącz­nik. Pro­ste, czar­no-bia­łe za­pro­sze­nie bez żad­nych ozdob­ni­ków. Na nim jego imię i na­zwi­sko oraz adres re­zy­den­cji na obrze­żach mia­sta.

Kątem oka za­uwa­żył, że matka już śpi. Po­pra­wił koc, który zsu­nął się z jej chu­dych ra­mion, i wy­łą­czył te­le­wi­zor.

 

II

 

Obu­dził się nad ranem. Krę­go­słup pro­te­sto­wał sztyw­no­ścią po nocy spę­dzo­nej w fo­te­lu, ale o dziwo, umysł był czy­sty. Spał głę­bo­ko, bez snów, jakby jego pod­świa­do­mość uzna­ła, że rze­czy­wi­stość i tak do­star­cza kosz­ma­rów w nad­mia­rze. 

W domu pa­no­wa­ła cisza, któ­rej można do­świad­czyć tylko pod­czas kilku krót­kich chwil przed wscho­dem słoń­ca. Zwiew­na, obie­cu­ją­ca dobry dzień. Zmą­cił ją, wsta­jąc z wy­sił­kiem. Spoj­rzał na matkę, która od­dy­cha­ła z tru­dem, wspo­ma­ga­na przez apa­ra­tu­rę. Jej świat za­padł się do środ­ka już dawno i żyła w bez­piecz­nym ko­ko­nie nie­pa­mię­ci. Ro­ma­in po­czuł ukłu­cie za­zdro­ści, bo naj­gor­sze było ocze­ki­wa­nie. Ten stan za­wie­sze­nia, w któ­rym wszyst­ko jesz­cze trwa, ale nic już nie ma sensu.

Ma­chi­nal­nie się­gnął po pi­lo­ta. Rzu­cił okiem na wia­do­mo­ści. Wideo po­ka­zy­wa­ło mo­dlą­cych się ludzi. Wa­ty­kan, Mekka, Je­ro­zo­li­ma. Może też po­wi­nien po­jed­nać się z Bo­giem? Od lat nie był w ko­ście­le, ale jeśli ist­nia­ła szan­sa na życie po życiu, warto było ją wy­ko­rzy­stać, bo może jed­nak Bla­ise Pas­cal miał rację?

Ubrał się w naj­lep­szą ko­szu­lę, spodnie od gar­ni­tu­ru spiął pa­skiem. Zre­zy­gno­wał z ma­ry­nar­ki, bo, cho­ciaż go­dzi­na była wcze­sna, to ro­bi­ło się coraz cie­plej.

Po dro­dze spo­tkał kilku są­sia­dów, jed­ne­go z tru­dem roz­po­znał – strach wy­krzy­wiał mu rysy twa­rzy jak pa­ra­liż. Kiwał głową zna­jo­mym na dzień dobry, część od­po­wia­da­ła tym samym. Przy zej­ściu do metra sie­dział męż­czy­zna w gar­ni­tu­rze, z po­lu­zo­wa­nym kra­wa­tem, opar­ty ple­ca­mi o me­ta­lo­wą ba­rier­kę. Oczy miał pół­przy­mknię­te, usta lekko roz­chy­lo­ne. Nikt się nie za­trzy­my­wał. Ro­ma­in też chciał minąć go obo­jęt­nie, ale coś ka­za­ło mu spoj­rzeć drugi raz. Do­pie­ro wtedy zro­zu­miał, że męż­czy­zna już nie żyje.

Do ko­ścio­ła wszedł aku­rat wtedy, gdy ksiądz czy­tał:

 

I gwiaz­dy spa­dły z nieba na zie­mię, po­dob­nie jak drze­wo fi­go­we wstrzą­sa­ne sil­nym wia­trem zrzu­ca na zie­mię swe nie­doj­rza­łe owoce.

Niebo zo­sta­ło usu­nię­te jak księ­ga, którą się zwija, a każda góra i wyspa z miejsc swych po­ru­szo­ne.

A kró­lo­wie ziem­scy, wiel­mo­że i wo­dzo­wie, bo­ga­cze i możni, i każdy nie­wol­nik, i wolny ukry­li się do ja­skiń i gór­skich skał.

I mówią do gór i do skał: „Pad­nij­cie na nas i za­kryj­cie nas przed ob­li­czem Za­sia­da­ją­ce­go na tro­nie i przed gnie­wem Ba­ran­ka, bo nad­szedł Wiel­ki Dzień Jego gnie­wu, a któż zdoła się ostać?”

 

Wy­szedł z ko­ścio­ła przed koń­cem mszy, bo czuł się jak in­truz na cu­dzym po­grze­bie. Lu­dzie wokół niego mo­dli­li się na­praw­dę, ze łzami w oczach i z za­ci­śnię­ty­mi na ró­żań­cu dłoń­mi, a on stał mię­dzy nimi i cze­kał na coś, co nie przy­cho­dzi­ło. Żal albo skru­chę.

Na ze­wnątrz było już cie­plej. Aste­ro­ida wi­sia­ła nad mia­stem nawet w dzień – blada, pra­wie nie­wi­docz­na na ja­snym nie­bie, ale jak wie­dzia­ło się, gdzie pa­trzeć, to trud­no było prze­stać. Wzrok wra­cał do niej sam, tak jak język wraca do bo­lą­ce­go zęba. Ro­ma­in stał chwi­lę na scho­dach ko­ścio­ła i pa­trzył. Ktoś obok niego przy­sta­nął i też uniósł głowę.

– Więk­sza niż wczo­raj.

– Tak.

Męż­czy­zna kiw­nął głową i po­szedł w swoją stro­nę.

Mia­sto wy­glą­da­ło, jakby ktoś spu­ścił z niego po­wie­trze. Nie było już wczo­raj­sze­go cha­osu. Zo­sta­ła po tym tylko sce­no­gra­fia – śmie­ci przy kra­węż­ni­kach, napis spre­jem na bia­łej ścia­nie ap­te­ki (I CO TERAZ?). Na środ­ku skrzy­żo­wa­nia stało luk­su­so­we auto z wy­bi­tą przed­nią szybą i otwar­ty­mi drzwia­mi.

Ro­ma­in szedł bez celu. Minął pie­kar­nię – otwar­tą, co go za­sko­czy­ło. Przez wi­try­nę wi­dział ko­bie­tę w far­tu­chu, która wy­kła­da­ła na półkę chle­by. Zwy­kłe, po­dłuż­ne, z na­cię­tą skór­ką i po­sy­pa­ne mąką. Za­trzy­mał się, ona pod­nio­sła głowę. Spoj­rze­li na sie­bie przez szybę. Wzru­szy­ła ra­mio­na­mi, ge­stem za­pra­sza­jąc do środ­ka.

– Za­wsze pie­kłam – po­wie­dzia­ła. – Nie za­mie­rzam prze­stać.

– Może le­piej być teraz gdzie in­dziej?

– Nie będę uda­wać kogoś, kim nie je­stem.

Kupił bułkę. Gdy usiadł w parku na ławce, go­łę­bie biły się o rzu­co­ne okru­chy z tą samą głu­pią za­cie­kło­ścią co za­wsze. My­ślał o sło­wach pie­kar­ki, potem o balu. W za­pro­sze­niu na­pi­sa­li, że maski są mile wi­dzia­ne. Czy to tylko ele­ment dress code’u, a może gra, w któ­rej na ostat­niej pro­stej trze­ba zdjąć z sie­bie cię­żar wła­sne­go na­zwi­ska, błę­dów, hi­sto­rii, do­świad­czeń i ocze­ki­wań?

Do sio­stry za­dzwo­nił przed po­łu­dniem. Ode­bra­ła po trze­cim sy­gna­le, co było do­brym zna­kiem, bo przez ostat­nie dwa lata zda­rza­ło jej się wcale nie od­bie­rać.

– Je­steś w mie­ście? – za­py­ta­ła za­miast przy­wi­ta­nia.

– Tak. Mogę wpaść?

Chwi­la wa­ha­nia.

– Wpad­nij.

Miesz­ka­ła na czwar­tym pię­trze w ka­mie­ni­cy bez windy. Klat­ka scho­do­wa pach­nia­ła wil­go­cią i go­to­wa­ną ka­pu­stą. Po dro­dze Ro­ma­in minął ko­bie­tę w śred­nim wieku, która scho­dzi­ła z małą wa­liz­ką. Spoj­rze­li na sie­bie krót­ko.

– Jadę do ro­dzi­ców – po­wie­dzia­ła, jakby tłu­ma­czy­ła się sama przed sobą.

– Dobra de­cy­zja.

Jo­an­na otwo­rzy­ła drzwi, zanim zdą­żył za­pu­kać. Sio­stra była bled­sza niż zwy­kle i miała włosy upię­te nie­dba­le, a kilka ciem­nych ko­smy­ków opa­da­ło na twarz. W miesz­ka­niu zalegała cisza. Taka, która to­wa­rzy­szy tylko śpią­cym nie­mow­lę­tom. Na ka­na­pie le­ża­ły bu­tel­ki, żółty kocyk i bro­szu­ry ze szpi­ta­la – bez­u­ży­tecz­ne in­struk­cje ob­słu­gi przy­szło­ści. Ro­ma­in usiadł na krze­śle przy oknie. Sio­stra zro­bi­ła her­ba­tę. Przez chwi­lę żadne z nich nic nie mó­wi­ło.

– Jak mama?

– Tak samo jak za­wsze.

Kiw­nę­ła głową. Wzię­ła kubek obu­rącz, jakby chcia­ła się ogrzać, cho­ciaż w sa­lo­nie było cie­pło. Spoj­rzał w stro­nę po­ko­ju dzie­cię­ce­go.

– Jak go na­zwa­łaś?

– Leon.

– Mogę go zo­ba­czyć?

We­szli razem do ma­łe­go po­ko­ju, w któ­re­go cen­trum stało łó­żecz­ko, a w łó­żecz­ku spał chłop­czyk. Ro­ma­in długo wpa­try­wał się w jego spo­koj­ną twa­rzycz­kę i jed­no­cze­śnie my­ślał o sło­wach z e-ma­ila. O tym, że zegar tyka, ale prze­cież zegar tykał za­wsze, tylko wcze­śniej nikt go wy­raź­nie nie sły­szał. Męż­czy­zna przyj­rzał się dziec­ku. Może w in­nych oko­licz­no­ściach w ogóle by go nie po­znał? A może tra­cił wła­śnie szan­sę na zo­sta­nie naj­lep­szym wuj­kiem?

Wy­szedł przed zmro­kiem. Na ze­wnątrz aste­ro­ida pło­nę­ła już wy­raź­niej, do­mi­nu­jąc nad świa­tła­mi la­tar­ni. Ro­ma­in wsu­nął ręce do kie­sze­ni. Miał plan. Wró­cić do domu, umyć się, za­ło­żyć ko­szu­lę i nie za­kła­dać maski. Jeśli ma to być ostat­ni ta­niec, za­tań­czy go po swo­je­mu. Wcze­śniej mu­siał jed­nak po­że­gnać się z matką.

 

III

 

Stał przy oknie, opie­ra­jąc czoło o zimną szybę. Aste­ro­ida była już wy­raź­nie wi­docz­na, nawet przez łunę miej­skich la­tar­ni. Wy­glą­da­ła jak oko boga. Wpa­try­wał się w nią przez chwi­lę, a potem od­wró­cił się ku łóżku matki.

Wła­ści­wie to nie ona od­dy­cha­ła. To ma­szy­na wy­ko­ny­wa­ła za nią całą tę mo­zol­ną pracę, mia­ro­wo pom­pu­jąc tlen przez cien­ką rurkę. Twarz ko­bie­ty w pół­mro­ku była nie­na­tu­ral­nie gład­ka. Wie­czor­na ciem­ność za­tar­ła zmarszcz­ki, które przez lata rzeź­bił ból. Wy­glą­da­ła mło­dziej, jakby śmierć, sto­ją­ca już w progu, za­czę­ła ją po­wo­li re­tu­szo­wać, przy­wra­ca­jąc rysy, które Ro­ma­in pa­mię­tał z dzie­ciń­stwa.

Przy­cią­gnął krze­sło. Me­ta­lo­we nogi za­zgrzy­ta­ły o pod­ło­gę. Usiadł i wziął jej dłoń – chudą, z bla­dy­mi ży­ła­mi roz­ga­łę­zio­ny­mi jak rzeki na sta­rej, po­żół­kłej mapie.

– Pa­mię­tasz tę bajkę o gwiezd­nym smoku? Opo­wia­da­łaś mi ją wie­czo­ra­mi, kiedy nie chcia­łem się kłaść i roz­ra­bia­łem. Mó­wi­łaś, że smok mknie przez niebo i po­że­ra nie­grzecz­ne dzie­ci. – Urwał, pa­trząc w okno. – Chyba wszy­scy by­li­śmy cho­ler­nie nie­grzecz­ni, mamo.

Matka nie od­po­wie­dzia­ła. Rzad­ko od­po­wia­da­ła. Cza­sa­mi w nie­wy­tłu­ma­czal­nym przy­pły­wie sił rzu­ca­ła kilka bez­sen­sow­nych zdań i wra­ca­ła tam, gdzie on nie miał wstę­pu. Ro­ma­in sie­dział długo, trzy­ma­jąc jej kru­chą dłoń. My­ślał o mrocz­nej ta­jem­ni­cy, którą nosił w sobie. O tych wszyst­kich no­cach, gdy bu­dził się i przez krót­ką se­kun­dę – zanim pa­mięć w pełni wró­ci­ła na swoje miej­sce – za­po­mi­nał o jej ist­nie­niu. Ta se­kun­da była je­dy­nym mo­men­tem ulgi, gdy na uła­mek chwi­li zrzu­cał z ple­ców cały cię­żar jej cier­pie­nia. Czuł do sie­bie obrzy­dze­nie za tę ulgę, a jed­no­cze­śnie pra­gnął tego bar­dziej niż cze­go­kol­wiek in­ne­go.

Wstał. Ruchy miał po­wol­ne, nie­mal ce­re­mo­nial­ne. Pod­szedł do apa­ra­tu­ry przy ścia­nie. Re­gu­la­to­ry i za­wo­ry, które od mie­się­cy ob­słu­gi­wał z ru­ty­no­wą pre­cy­zją, teraz wy­da­wa­ły się skom­pli­ko­wa­ne. Po­ło­żył dłoń na po­krę­tle butli.

Nie mo­dlił się. Nie wie­dział do kogo. Nie tłu­ma­czył się, bo i przed kim? Był tylko ten ryt­micz­ny dźwięk ma­szy­ny, słaby świst wspo­ma­ga­ne­go od­de­chu i jego wła­sne, przy­spie­szo­ne tętno.

Za­krę­cił zawór.

Ma­szy­na mru­cza­ła jesz­cze przez chwi­lę, a potem wy­da­ła z sie­bie długi, ga­sną­cy syk i umil­kła. Ro­ma­in wró­cił na krze­sło. Po­now­nie ujął matkę za rękę. Jej od­dech sta­wał się rzad­szy, płyt­szy.

Nie pła­kał. Pa­trzył tylko, jak klat­ka pier­sio­wa unosi się coraz wol­niej. Kiedy po­czuł, że jej dłoń stała się cięż­ka w ten spe­cy­ficz­ny, osta­tecz­ny spo­sób, wstał. Po­pra­wił koc, pod­cią­ga­jąc go pod samą brodę.

Zga­sił lamp­kę. Przed wyj­ściem za­trzy­mał się w drzwiach. Przez chwi­lę pa­trzył na syl­wet­kę ko­bie­ty, która dała mu życie.

– Do­bra­noc, mamo.

Wy­szedł, nie oglą­da­jąc się wstecz. Miał na sobie naj­lep­szą ko­szu­lę i zmie­rzał na ostat­ni bal.

 

IV

 

Adres z za­pro­sze­nia pro­wa­dził na obrze­ża mia­sta. Pałac stał na końcu alei, skry­wa­jąc się za wy­so­kim że­liw­nym ogro­dze­niem. Ze­rwa­ny łań­cuch leżał w tra­wie jak mar­twy wąż, a brama, choć cięż­ka, ustą­pi­ła z ci­chym ję­kiem. Lokaj w nie­ska­zi­tel­nie bia­łych rę­ka­wicz­kach cze­kał na progu, jakby to był zwy­czaj­ny wto­rek, a nie ostat­ni wto­rek ludz­ko­ści. Ro­ma­in po­ka­zał mu za­pro­sze­nie, ale męż­czy­zna ledwo rzu­cił na nie okiem i ge­stem wska­zał drogę.

Sala ba­lo­wa pło­nę­ła świa­tłem ty­sią­ca świec, które stały w cięż­kich kan­de­la­brach, w krysz­ta­ło­wych ży­ran­do­lach, na ba­lu­stra­dach i ni­skich, bo­ga­to za­sta­wio­nych sto­li­kach. Za­trzy­mał się w progu, mru­żąc oczy przed bla­skiem. Ludzi było może dwu­stu. Ubra­ni z prze­py­chem – ko­bie­ty w dłu­gich suk­niach, czar­nych, kre­mo­wych, czer­wo­nych, a męż­czyź­ni w smo­kin­gach albo fra­kach. Nie­któ­rzy mieli me­da­le na pier­si, inni łzy w oczach.

Or­kie­stra grała walca.

Ro­ma­in schro­nił się pod cie­niem ma­syw­ne­go fi­la­ru. Przy­glą­dał się parom na par­kie­cie. Nie­któ­re twa­rze skry­wa­ły się za ma­ska­mi, inne je przy­po­mi­na­ły ze swo­imi zbyt sztucz­ny­mi uśmie­cha­mi i pu­stym wzro­kiem. Kel­ner prze­mknął obok niego ni­czym duch, nio­sąc tacę. Ro­ma­in wziął kie­li­szek. Wino było cierp­kie.

– Pierw­szy raz na balu?

Stała opar­ta o ko­lum­nę, jakby była jej czę­ścią. Ciem­no­gra­na­to­wa suk­nia opi­na­ła ciało, a jasne włosy, upię­te z non­sza­lanc­ką pre­cy­zją, lśni­ły w bla­sku świec. Twarz zdo­bi­ła maska we­nec­ka z wiel­kim pió­rem.

– Tak bar­dzo to widać?

– Zga­dy­wa­łam. To pew­nie pierw­szy raz więk­szo­ści osób tutaj.

Przez chwi­lę stali obok sie­bie w mil­cze­niu i pa­trzy­li na wi­ru­ją­cy tłum. Dźwięki nio­sły się aż pod skle­pie­nie, wy­peł­nia­jąc każdy kąt sali. Kiedy dziew­czy­na za­pro­po­no­wa­ła ta­niec, za­wa­hał się.

– Nie znam walca.

– Nikt tu nie zna. Ale wszy­scy tań­czą.

Miała rację. Na par­kie­cie krę­ci­ło się może pięć­dzie­siąt par i wśród nich nie było ani jed­nej, która po­ru­sza­ła­by się idealnie w takt muzyki. Ktoś się po­tknął i za­śmiał cicho, ktoś inny przy­dep­tał rąbek sukni part­ner­ki, a star­sza ko­bie­ta w szma­rag­do­wej kre­acji tań­czy­ła sama, z za­mknię­ty­mi ocza­mi i nikt nie pa­trzył na nią z po­li­to­wa­niem.

Ro­ma­in wziął dziew­czy­nę za rękę i za­pro­wa­dził na śro­dek sali. Walc oka­zał się ła­twiej­szy, niż my­ślał, albo to mu­zy­ka była na tyle cier­pli­wa, że wy­ba­cza­ła po­tknię­cia i brak rytmu. Szyb­ko prze­stał li­czyć kroki, za­miast tego sku­pił się na za­pa­chu jej per­fum. Mógł­by je po­lu­bić. Bar­dzo.

– Skąd je­steś? – za­py­ta­ła.

Za­czął mówić, dużo i cha­otycz­nie, a ona od­po­wia­da­ła w po­dob­nym stylu. Wi­szą­ca nad nimi świa­do­mość końca roz­wią­zy­wa­ła ję­zy­ki. Padło kilka zdań o matce, która zo­sta­ła w domu, i o ojcu, któ­re­go od dawna ni­g­dzie nie było. O speł­nio­nych ma­rze­niach i nie­speł­nio­nych am­bi­cjach. O ulu­bio­nych sma­kach lodów, o wscho­dach i za­cho­dach słoń­ca, o sztu­ce i pro­zie życia. Każdy temat był ważny i żaden nie prze­trwał wię­cej niż kilka minut. Od­kry­li, że przez czte­ry lata miesz­ka­li w tym samym mie­ście. Dzie­li­ło ich le­d­wie kilka ulic – wy­star­cza­ją­co mało, aby wpaść na sie­bie pod­czas spa­ce­ru, gdyby tylko los oka­zał się odro­bi­nę ła­skaw­szy.

–  Znasz bar Sha­ke­Be­er?

– Cho­dzi­łem tam przy­naj­mniej raz w mie­sią­cu.

Mil­cza­ła przez chwi­lę.

– Ja też.

Pa­trzy­li na sie­bie. Nie było w tym niczego spektakularnego, żad­ne­go dra­ma­tycz­ne­go wde­chu, żad­ne­go drże­nia warg. Tylko pełna świa­do­mość, że by­wa­li bli­sko przez lata, od­dzie­le­ni je­dy­nie przez przy­pa­dek i nie­uwa­gę.

– Jak masz w ogóle na imię?

– Ju­liet.

– Ro­ma­in.

 

V

 

Gdzieś po pół­no­cy za­czę­ły pękać po­zo­ry.

Naj­pierw za­mi­go­ta­ły świe­ce. Wszyst­kie naraz, lekko, jakby sala ba­lo­wa wy­da­ła z sie­bie głę­bo­kie, przed­śmiert­ne wes­tchnie­nie. Parę se­kund póź­niej Ro­ma­in po­czuł pod sto­pa­mi drże­nie. Więk­szość par prze­sta­ła tań­czyć, cho­ciaż or­kie­stra grała dalej.

Przy jed­nym ze sto­li­ków męż­czy­zna w śred­nim wieku wstał i pod­szedł do ko­bie­ty w czer­wo­nej sukni. Tej, z którą tań­czył przez cały wie­czór. Przy­klęk­nął przy niej. Ro­ma­in nie sły­szał słów, wi­dział tylko jej twarz – naj­pierw za­sko­cze­nie, potem łzy.

Ka­wa­łek dalej ktoś inny wy­rzu­cał z sie­bie gniew­ne, sy­czą­ce słowa, gwał­tow­nie tnąc po­wie­trze rę­ko­ma. Nie­któ­rzy lu­dzie pró­bo­wa­li w kilka minut do­mknąć ra­chun­ki, któ­rych nie po­tra­fi­li wy­rów­nać przez lata.

– Boję się – po­wie­dzia­ła.  

Spoj­rzał na nią. W bla­sku do­ga­sa­ją­cych świec jej oczy wy­da­wa­ły się nie­na­tu­ral­nie wiel­kie.

– Ja też.

– Ale nie samej śmier­ci. Boję się, że to wszyst­ko nie miało sensu.

Ro­ma­in my­ślał o tym przez chwi­lę. Przed ocza­mi sta­nę­ło mu jego życie. Wzlo­ty i cał­kiem sporo upad­ków.

– To teraz bez zna­cze­nia.

Ju­liet pa­trzy­ła na niego długo. Or­kie­stra za­czę­ła grać no­we­go walca. Wol­niej­sze­go niż po­przed­nie, jakby chcie­li w ten spo­sób za­trzy­mać czas.

– Zo­sta­niesz ze mną do końca?

Nie od­po­wie­dział sło­wa­mi. Za­miast tego uniósł dłoń, palce drża­ły, gdy do­tknął kra­wę­dzi maski. Potem, jed­nym płyn­nym ru­chem ją zdjął. Twarz, która się pod nią skry­wa­ła, była zaskakująco zwy­czaj­na.

Ju­liet nie po­wie­dzia­ła nic, ale w jej spoj­rze­niu od­na­lazł od­bi­cie wła­sne­go stra­chu i spóź­nio­nej na­dziei. Świa­tło świec lekko drża­ło, ale mię­dzy nimi za­pa­no­wał spo­kój. Byli jak dwoje ludzi sto­ją­cych w oku cy­klo­nu, gdzie wiatr na se­kun­dę prze­sta­je sza­leć. Ko­bie­ta ści­snę­ła mocno jego dłoń, on przy­cią­gnął ją nieco bli­żej. 

 

VI

 

O trze­ciej niebo po­ja­śnia­ło. W sali zro­bi­ło się cie­plej, a za wy­so­ki­mi okna­mi noc za­czę­ła zmie­niać kolor na ośle­pia­ją­cy, nie­na­tu­ral­ny błę­kit, jakby ktoś za ho­ry­zon­tem roz­darł za­sło­nę rze­czy­wi­sto­ści i za­pa­lił dru­gie, zimne słoń­ce. Kilka osób, wie­dzio­nych in­stynk­tem, po­de­szło do szyb, a ich syl­wet­ki stały się czar­ny­mi wy­ci­nan­ka­mi na tle nie­bie­ska­wej po­żo­gi. Inni od­wró­ci­li się tyłem, za­ci­ska­jąc po­wie­ki.

Skrzy­pek w or­kie­strze prze­stał grać na kilka se­kund – smy­czek za­wisł w po­wie­trzu, drżąc razem z dło­nią mu­zy­ka. Potem jed­nak, z ja­kimś nie­ludz­kim spo­ko­jem, wró­cił do gry.

Ro­ma­in trzy­mał Ju­liet za ręce. Nie tań­czy­li już. Stali po­środ­ku par­kie­tu, w samym sercu tego umie­ra­ją­ce­go mi­kro­świa­ta. Wokół nich pary za­sty­ga­ły w dziw­nych po­zach – nie­któ­rzy szep­ta­li do sie­bie ostat­nie słowa, inni trwa­li w bez­ru­chu, nie wie­dząc, co zro­bić z dłoń­mi, gdy zie­mia pod sto­pa­mi za­czę­ła pul­so­wać. Drże­nie było już wy­raź­ne, mia­ro­we i ni­skie.

– My­ślisz, że gdzieś tam – za­czę­ła Ju­liet – jest coś jesz­cze? Ja­ki­kol­wiek ciąg dal­szy?

– Nie wiem, ale mam taką na­dzie­ję.

Świa­tło za okna­mi rosło, sta­jąc się białe i gęste. Wy­ma­zy­wa­ło cie­nie, wy­ma­zy­wa­ło barwy sukni i blask or­de­rów. Świe­ce w kan­de­la­brach gasły jedna po dru­giej.

Or­kie­stra grała. Grała coraz gło­śniej, jakby chcia­ła za­głu­szyć grzmot, który sta­wał się coraz sil­niej­szy.

Ro­ma­in pa­trzył na Ju­liet i my­ślał o tym, że przez wiele sobót sie­dzie­li w tym samym barze, roz­dzie­le­ni tylko przez dwa metry po­wie­trza i ty­sią­ce nie­istot­nych myśli.

Po­my­ślał: to wszyst­ko, czego mi bra­ko­wa­ło.

Po­my­ślał: to jest nie­ludz­ko, po­twor­nie nie­spra­wie­dli­we.

Ko­bie­ta opar­ła głowę na jego ra­mie­niu. De­li­kat­nie, z taką na­tu­ral­no­ścią, jakby ro­bi­ła to przez całe życie. Po­wie­trze zro­bi­ło się cięż­kie i go­rą­ce, pach­nia­ło sto­pio­nym me­ta­lem i ozo­nem. Ro­ma­in po­czuł na skó­rze pierw­szy po­wiew fali ude­rze­nio­wej, jesz­cze de­li­kat­ny, nie­mal jak dotyk.

Or­kie­stra grała. Do końca.

Koniec

Komentarze

Co tu dużo mówić :) Pod wrażeniem jestem jak prosta jest to historia, nie ma fantasy, wiedźminów, orków, półorków, pólelfów, póolbrzymów, krasnoludów, półkrasnoludów, świętego Mikołaja i cholera wie czego jeszcze a… się nie nudziłem :)

 

Co było w becie zostaje, w becie zostaje a i zaskoczyłaś mnie tymi ostanimi zdaniami :)

 

Tekst jest prosty a jednocześnie odpowiednio melancholiczny, nie tłumaczysz smutków a je pokazujesz co odpowiednio mnie zmusza do refleksji. 

 

Rozpisałbym się więcej bo czasu brakuje a i nie wyzwanie czas napisać / skończyć:)

 

Mogę tylko powiedzieć Chapeu-Bas. Czy jakoś tak.

 

Podwójny klik :) Z dłuższym komentarzem uzasadniającym tę decyzję, niebawem wrócę ;) (kradzione od Jima)

Koenrad zmruczył oczy. → Co zrobił??? Wiem, że miał kocie oczy, ale chyba nimi nie mruczał. :) // możecie pisać "Melendur"

W domu panowała cisza, której można doświadczyć tylko podczas tych kilku krótkich chwil przed wschodem słońca. Zwiewna, obiecująca dobry dzień.

Ha, myślisz, że zaraz napiszę, jaki tu znalazłem błąd? Żadnego. Podobało mi się. Choć bez “tych” też by mi się podobało.

 

ale jak wiedziało się, gdzie patrzeć, to trudno było przestać. Wzrok wracał do niej sam, tak jak język wraca do bolącego zęba

Też ładne.

 

a ich sylwetki stały się czarnymi wycinankami na tle niebieskawej pożogi.

Jeszcze ładniejsze.

 

omyślał: to jest, czego mi brakowało przez całe życie.

Pomyślał: to jest nieludzko, potwornie niesprawiedliwe.

Kobieta oparła głowę na jego ramieniu. Delikatnie, z taką naturalnością, jakby robiła to przez całe życie

A tu… masz powtórzonko. Błagam, zrób coś z tym, bo to finał.

 

No dobrze… już w “Cienie umierają dwa razy” czułem “coś” szczególnego – dobór słów, budowanie nastroju, metafory, które nie drażnią, tylko wywołują skojarzenia. Przede wszystkim umiejętność wywołania u czytelnika określonego nastroju, utrzymania jego uwagi, przyciągnięcia. Od “Cieni” jeszcze się odrywałem.

Ale przy tym opowiadaniu równie dobrze mógłbym mieć apokalipsę za oknem, a i tak bym jej nie zauważył, bo przeczytałem całość jednym tchem. Zupełnie wsiąkłem w opowiadanie i totalnie miałaś moją uwagę przez trzydzieści minut, Autorko.

 

Motyw tak wyświechtany w literaturze i filmie, że tylko osnowa z niego została. Ale podałaś go prześlicznie i zupełnie oczarowałaś.

 

I na koniec coś zabawnego. Przeglądałem forum. Zajrzałem do nominowalni i pomyślałem właśnie o tym, że bardzo chciałbym zobaczyć tam Twój tekst, i że ucieszyłabyś się z piórka. A chwilę potem natknąłem się na to opowiadanie. 

melendur,

 

raz jeszcze Ci dziękuję, że znalazłeś na szybko czas, aby rzucić okiem na ten twór :)

 

nie ma fantasy, wiedźminów, orków, półorków, pólelfów, póolbrzymów, krasnoludów, półkrasnoludów, świętego Mikołaja i cholera wie czego jeszcze

Nie umiem w klasyczne fantasy, ale jest to jakieś wyzwanie ;)

 

Z dłuższym komentarzem uzasadniającym tę decyzję, niebawem wrócę ;) (kradzione od Jima)

Cieszę się, bo komentarzy nigdy dość wink

 

Podwójny klik :)

heart

 

marzan,

 

Ha, myślisz, że zaraz napiszę, jaki tu znalazłem błąd? Żadnego. Podobało mi się. Choć bez “tych” też by mi się podobało.

Tak, nabrałeś mnie :P ale, ale – usunęłam “tych”, bo minimalizm to dobra rzecz :)

 

 

A tu… masz powtórzonko. Błagam, zrób coś z tym, bo to finał.

Żeby tak się wy*** przed metą ^^ zmieniłam, dzięki!

 

 

No dobrze… już w “Cienie umierają dwa razy” czułem “coś” szczególnego – dobór słów, budowanie nastroju, metafory, które nie drażnią, tylko wywołują skojarzenia. Przede wszystkim umiejętność wywołania u czytelnika określonego nastroju, utrzymania jego uwagi, przyciągnięcia. Od “Cieni” jeszcze się odrywałem.

Ale przy tym opowiadaniu równie dobrze mógłbym mieć apokalipsę za oknem, a i tak bym jej nie zauważył, bo przeczytałem całość jednym tchem. Zupełnie wsiąkłem w opowiadanie i totalnie miałaś moją uwagę przez trzydzieści minut, Autorko.

Bardzo przyjemnie mi to czytać blush “Cienie” ucierpiały podobno na zbyt krótkiej formie, tu jest 2x więcej znaków, więc może dlatego wyszło lepiej. 

 

Motyw tak wyświechtany w literaturze i filmie, że tylko osnowa z niego została. Ale podałaś go prześlicznie i zupełnie oczarowałaś.

Tak, dlatego niektóre fragmenty z tego tekstu przeleżały w mojej prywatnej poczekalni 2-3 lata i niedawno przy odświeżaniu staroci je znalazłam. Leżałyby dłużej, ale zainspirowała mnie pewna piosenka na podstawie pewnego wiersza i potem było już z górki.

 

I na koniec coś zabawnego. Przeglądałem forum. Zajrzałem do nominowalni i pomyślałem właśnie o tym, że bardzo chciałbym zobaczyć tam Twój tekst, i że ucieszyłabyś się z piórka. A chwilę potem natknąłem się na to opowiadanie. 

Dziękuję za klika i nominację blush to zawsze cieszy, ale największą wartością są komentarze i fakt, że ktoś to czyta. A jeśli się podoba, to tylko lepiej :))). Ale fakt, z piórka bym się ucieszyła, bo chcąc dać komuś bibliotecznego klika, nie musiałabym iść do HP cheeky

 

Those who don't believe in magic will never find it

Cześć, 

Jakie to było piękne. Takie proste, bez fajerwerków, a tak chwytające za serce. Poruszyło mnie i pewnie będę o tym myśleć dłuższy czas. I będę sobie wyobrażać tę parę w obliczu końca świata.

Lubię czytać takie czułe opowieści czasem, choć sama ani nigdy bym nie chciała, ani nie umiała takich pisać smiley

Pozdrawiam.

Motyw tak wyświechtany w literaturze i filmie, że tylko osnowa z niego została. Ale podałaś go prześlicznie i zupełnie oczarowałaś.

 

Ten sam motyw wyświetchtany w literaturze i filmie na który ludzie gnają do kin tysiącami a do spotkań autorskich z takimi autorami ustawiają się tłumy :)

 

To co mówilem koleżance na priv ;) Nie trzeba szukać kwadratowych jaj, gdzie ich nie ma, żeby coś dobrze napisać, czasem wystarczy coś znaleść coś prostego, fajnie opakować i czyta sie miło.

 

Koenrad zmruczył oczy. → Co zrobił??? Wiem, że miał kocie oczy, ale chyba nimi nie mruczał. :) // możecie pisać "Melendur"

Wiele osób wyszło, a w zasadzie wybiegło w popłochu na ulicę i dawało upust nagromadzonym emocjom. Wywrócone kosze na śmieci, pęknięte szyby w oknach, rozbite latarnie, dziecko płaczące gdzieś w tle.

Bardzo w tym zestawieniu wandalizmu nie pasuje mi to płaczące, niewinne dziecko.

Nadawca: nieznany.

Tytuł: Bal z okazji Końca Świata.

Czyste czepialstwo, odbierz te słowa bardzo subiektywnie, ale nie znoszę pogrubiania w tekstach. 

Przy zejściu do metra siedział mężczyzna w garniturze, z poluzowanym krawatem, oparty plecami o metalową barierkę.

Mam nadzieję, że linia była zautomatyzowana, bo jak nie, to maszynista musiał naprawdę kochać swoją pracę :D

– Pamiętasz tę bajkę o gwiezdnym smoku? Opowiadałaś mi ją wieczorami, kiedy nie chciałem się kłaść i rozrabiałem. Mówiłaś, że smok mknie przez niebo i pożera niegrzeczne dzieci. – Urwał, patrząc w okno. – Chyba wszyscy byliśmy cholernie niegrzeczni, mamo.

Piękny dialog!

Najpierw zadrżały świece. Wszystkie naraz, lekko, jakby sala balowa wydała z siebie głębokie, przedśmiertne westchnienie. Parę sekund później Romain poczuł pod stopami drżenie.

Powtórzonko bezczelnie się wkradło na bal bez zaproszenia.

 

Czy to jest to opowiadanie do którego zainspirowało Cię moje “Ikhlwa i ihawu”? Jestem ciekawy, który moment tak zadziałał. Ale cieszę się bardzo. I tak, jest tu wyczuwalne “więcej żalu”, które lubię. A udało Ci się nie przesadzić, jest w punkt.

Opowiadanie prowadzone jest świetnie – powoli, a wciąga. Te z pozoru nieistotne rzeczy, jak szybkie odwiedziny u siostry dodają głębi i znaczenia. Bardzo mi się podobały wstawki zarówno z mamą, jak i ta z kościoła. Szkoda w sumie, że nie dodałaś jakiegoś jedno-dwuzdaniowego wspomnienia z mamą przed wyłączeniem aparatury. Ale pozytywnego. Ta myśl o zajmowaniu się nią i poranną, sekundową ulgą trafiła, ale zabrakło mi jakiegoś kontrastu do tego.

Bal nie jest najdłuższą częścią, ale udało Ci się to fajnie zbalansować, żeby utrzymać moją uwagę do końca i nie przesadzić. Byłem pewien, że zakończysz to pocałunkiem przed samym uderzeniem asteroidy, ale na szczęście nie poszłaś w tym kierunku. Bo to nie jest romans (może i o miłości też, ale nie romans), przynajmniej moim zdaniem, a tekst o czasie, którego nie wykorzystaliśmy. O godnym końcu, konfrontacji z nim. O relacjach, które mogły być inne, albo po prostu być.

Ale najbardziej ruszyła mnie jednak ta niesprawiedliwość – matka, która w sumie już nie żyje, siostrzeniec, który dopiero miał zacząć żyć. Jak to sama napisałaś na początku tekstu – “Każdemu po równo, ale nie było mowy o sprawiedliwości”. Daje do myślenia.

Największym minusem jest pewnie powtarzalność schematu, nie przeszkadzało mi to, ale mogłaś dodać jakiś detal, który dodałby coś świeżego, szczególnie na początku historii. Zgrzytnęło mi też to zaproszenie na bal, każdy je dostał? 

No i może przekaz jest momentami zbyt czytelny, wręcz wciśnięty czytelnikowi. Brakuje mi miejsc, gdzie sam sobie mogłem coś dopowiedzieć, albo dłużej pomyśleć. Ale to też subiektywne, bo ja za to często zawijam. :D Ciężko złapać ten balans.

Nie zmienia to faktu, że tekst czytało mi się wyśmienicie, jest emocjonalny, bardzo dobrze napisany (kolejny raz muszę pochwalić opisy), refleksyjny. W moim odczuciu zasługuje na uwagę Loży, więc chętnie dobiję do nominacji. Gratuluję udanego tekstu.

Pozdrawiam.

 

You cannot petition the Lord with prayer!

Czuć jakość. W mojej ocenie świetnie napisane. 

 

Od początku czytania zastanawiałem się kto by w takiej sytuacji poszedł do “roboty” (przykładowo kamerzysta, bo reportera bardziej rozumiem), ale piekarka mnie na chwilę uspokoiła. Na koniec zastanowił mnie jednak znowu lokaj. Z drugiej strony różni są ludzie. 

Pomyślał: to jest to, czego mi brakowało. – tu mi dopiero zawyrcało, ale nie wiem czy mam racjęindecision

Witaj. :)

Ze spraw technicznych nie mam pewności, czy ten przecinek nie jest zbędny:

Wisząca nad nimi świadomość końca, rozwiązywała języki.

I jeszcze nieco zgrzyta mi nieco ta końcówka:

Pomyślał: to jest, czego mi brakowało.

 

Idealnie pokazałaś zwyczajne podejście do niezwykłej przyszłości, zbliżającej się szybkimi krokami. :) Niebywale dramatycznie wygląda tu każdy bohater, każdy los, każde pogrzebane plany i marzenia. Zakończenie piorunujące. :)

Uwspółcześnieni Romeo i Julia są równie tragicznymi postaciami, jak w słynnym dziele Szekspira. Tu także największą tragedią jest dla nich brak czasu na rozwinięcie skrzydeł łączącej ich, prostej i dobrej miłości. 

 

Pozdrawiam serdecznie, podwójny klik, powodzenia. :) 

Pecunia non olet

UnaBomba,

 

Hej, cieszę się, że do mnie zajrzałaś i że ta wizyta była udana! blush

 

Lubię czytać takie czułe opowieści czasem, choć sama ani nigdy bym nie chciała, ani nie umiała takich pisać

Tak, nasze pisanie się trochę różni, ale to jest właśnie piękne na tym forum, że mamy tutaj taką mieszankę tekstów i każdy znajdzie coś dla siebie :))

 

MichaelBullfinch,

 

czyżbyś niedawno obchodził urodziny? Dotychczas wydawało mi się, że masz 27 lat ;) Jeśli tak, to wszystkiego dobrego!

 

 

Bardzo w tym zestawieniu wandalizmu nie pasuje mi to płaczące, niewinne dziecko.

Jest tam dla kontrastu, zobaczę, czy ktoś jeszcze podniesie ten argument.

 

Mam nadzieję, że linia była zautomatyzowana, bo jak nie, to maszynista musiał naprawdę kochać swoją pracę :D

To akurat nie maszynista, ot ktoś, kto odebrał sobie życie w zwykły wtorek. Ale może zastąpię zejście do metra parkową ławką, żeby nie budziło takich skojarzeń.

 

Powtórzonko bezczelnie się wkradło na bal bez zaproszenia.

Racja, zmienione!

 

Czy to jest to opowiadanie do którego zainspirowało Cię moje “Ikhlwa i ihawu”?

W zasadzie… nie :) Spodobał mi się pomysł mieszania doświadczeń podróżniczych z fantastyką. Słusznym argumentem było też to, że w naszych tekstach rzadko sięgamy do nietypowych krajów i miejsc. Moim pomysłem było więc opko osadzone w Dhace, bo miałam okazję kilka razy odwiedzić Bangladesz i wywarł na mnie spore, chociaż raczej negatywne, wrażenie. Jest zarys, są elementy fantasy, jest parę fragmentów, ale na razie idzie do szuflady, bo czegoś tam brakuje.

 

I tak, jest tu wyczuwalne “więcej żalu”, które lubię

Ale fakt, uwaga z “Mostu” dała mi do myślenia i w tym tekście starałam się, aby emocje wybrzmiały lepiej.

 

Szkoda w sumie, że nie dodałaś jakiegoś jedno-dwuzdaniowego wspomnienia z mamą przed wyłączeniem aparatury. Ale pozytywnego. Ta myśl o zajmowaniu się nią i poranną, sekundową ulgą trafiła, ale zabrakło mi jakiegoś kontrastu do tego.

1-2 zdania to nie jest dużo, pomyślę, czy da się coś takiego wsadzić.

 

Zgrzytnęło mi też to zaproszenie na bal, każdy je dostał? 

Hmm, pomyślę, jak to ograć.

 

No i może przekaz jest momentami zbyt czytelny, wręcz wciśnięty czytelnikowi. Brakuje mi miejsc, gdzie sam sobie mogłem coś dopowiedzieć, albo dłużej pomyśleć. Ale to też subiektywne, bo ja za to często zawijam. :D Ciężko złapać ten balans.

Tak, trudno znaleźć złoty środek, pewnie trafią mi się jeszcze teksty, gdzie przekaz będzie delikatniejszy i nie wybrzmi.

 

W moim odczuciu zasługuje na uwagę Loży, więc chętnie dobiję do nominacji. Gratuluję udanego tekstu.

Dziękuję za dwa kliczki heart

 

tlok303,

 

hej, chyba nie mieliśmy jeszcze okazji wpaść na siebie na forum. Dzięki za zajrzenie do mnie!

 

Od początku czytania zastanawiałem się kto by w takiej sytuacji poszedł do “roboty” (przykładowo kamerzysta, bo reportera bardziej rozumiem), ale piekarka mnie na chwilę uspokoiła. Na koniec zastanowił mnie jednak znowu lokaj. Z drugiej strony różni są ludzie. 

Starałam się właśnie pokazać, że reakcje mogą być przeróżne. Część osób, dla których praca to sens istnienia albo misja, działałaby do końca. Część miałaby to już gdzieś.

 

Wskazany fragment poprawiłam, dzięki!

 

bruce,

 

przecinek chyba zbędny, poprawiam :) Wskazany fragment również.

 

Uwspółcześnieni Romeo i Julia są równie tragicznymi postaciami, jak w słynnym dziele Szekspira.

Trochę się wahałam, czy te imiona nie będą zbyt dużym banałem, ale niech jest jak jest :)

 

Pozdrawiam serdecznie, podwójny klik, powodzenia. :) 

Dziękuję! heart

 

 

 

Those who don't believe in magic will never find it

To ja bardzo dziękuję. :) Uwrażliwiłaś Portal jeszcze mocniej dzięki tak świetnemu opowiadaniu. heartkiss

Pecunia non olet

To ja bardzo dziękuję. :) Uwrażliwiłaś Portal jeszcze mocniej dzięki tak świetnemu opowiadaniu. heartkiss

heartheart

Those who don't believe in magic will never find it

Hejka!

Przeczytałam i muszę przyznać, że opowiadanie zrobiło na mnie duże wrażenie, chociaż jest dość spokojne. Klimat końca świata, ale takiego cichego, bez paniki, bardziej takie: wszyscy wiedzą, że to już koniec i jakoś się z tym godzą, jest dość niepokojące, ale to dzięki temu wciągałam się w tekst coraz bardziej.  

Chyba najtrudniejszy w całym opowiadaniu, ale też najbardziej prawdziwy był motyw z matką. Kobieta właściwie od początku jest pokazana jako ktoś, kto już trochę jest poza światem, leży, nie ma z nią normalnego kontaktu, wszystko zależy od maszyn i w tym całym końcu świata ona jakby już i tak jest „na końcu” wcześniej niż reszta.

Sam pomysł balu bardzo mi się podobał, maski, muzyka, ludzie tańczący jakby to był normalny wieczór, mimo że wiadomo, że to ostatnie chwile. Jedynie Juliet trochę mniej do mnie przemówiła, miałam wrażenie, że jest bardziej symboliczna niż prawdziwa, ale nie psuło to jakoś mocno całości.

Po przeczytaniu zostaje taki dziwny spokój i smutek jednocześnie.

Pozdrawiam i chętnie nominuję!

Nie ma ucieczki od mroku, jeśli to on sam prowadzi twoje kroki.

Hej, OldGuard, wpadam sobie na chwilkę, a tu takie cudeńko! :)

Pyszna lektura, potrafisz przytrzymać czytelnika przy tekście! :)

Przez pierwszą połowę miałam wciąż przed oczami film “Tylko nie patrz w górę”. Trochę o czym innym, wiadomo, ale katastroficzność też była tam tylko pretekstem do przyjrzenia się ludzkości. Potem pomyślałam, że to trochę tak, jak ktoś dowiaduje się, że umie i zostało mu dwa dni życia, tylko tutaj dotyczy to wszystkich. I ta perspektywa powala również dlatego, że nie będzie nikogo, kto będzie nas pamiętał, nikogo kto będzie dalej żył, i chyba wówczas tym trudniej jest odejść. Bo nawet, jeśli jest coś po drugiej stronie, to po tej już nic nie będzie. 

Twój tekst to katastrofa złagodzona mitem Romea i Julii, miłości ponad wszystko, której wprawdzie nie ma w tekście, ale istnieje przez samo przywołanie imion. Miłości, która się nie zdarzyła, choć tyle razy mogła. Jest w tym coś bardzo prawdziwego, jakaś istota naszego życia, jej sedno. 

Ciekawe, że tak bardzo opowiadanie wchodzi nam pod skórę. 

Co oczywiście świadczy o jego niezaprzeczalnej wartości. Klikam dwoma łapkami! 

Pozdrawiam wiosennie i idę myśleć nad piórkiem! :)

betweenthelines,

 

cześć, dzięki za wizytę! 

 

Chyba najtrudniejszy w całym opowiadaniu, ale też najbardziej prawdziwy był motyw z matką.

Dopisałam go na końcu i nie byłam przekonana do niego praktycznie do ostatniej chwili. 

 

Jedynie Juliet trochę mniej do mnie przemówiła, miałam wrażenie, że jest bardziej symboliczna niż prawdziwa, ale nie psuło to jakoś mocno całości

Mogę się z tym w pewnym sensie zgodzićm bo ona wskakuję w drugiej połowie tekstu i pewnie można by ją rozbudować. Z drugiej strony całość jest zza pleców Romaina i dowiadujemy się o niej tyle co on, więc ta symboliczna rola pasuje w takim kontekście. Cieszę się, że jednak nie psuło to odbioru :)

 

Pozdrawiam i chętnie nominuję!

heart

 

JolkaK,

 

cieszę się, że ostatnio dość często do mnie zaglądasz :D

 

Przez pierwszą połowę miałam wciąż przed oczami film “Tylko nie patrz w górę”

Tak, to był m.in. powód, dla którego niektóre fragmenty przeleżały w wirtualnej szufladzie parę lat, bo uznałam, że motyw jest już za bardzo ograny. Ale przez ten misz-masz Romea i Julii w obliczu zagłady mogłam sobie po nie znów sięgnąć.

 

Klikam dwoma łapkami! 

Pozdrawiam wiosennie i idę myśleć nad piórkiem! :)

Dziękuję za klika i miły komentarz heart Pozdrawiam również, chociaż w moich rejonach wiosna nie chce się rozkręcić 

 

 

 

Those who don't believe in magic will never find it

czyżbyś niedawno obchodził urodziny? Dotychczas wydawało mi się, że masz 27 lat ;) Jeśli tak, to wszystkiego dobrego!

Racja, bardzo dziękuję heart

Jest tam dla kontrastu, zobaczę, czy ktoś jeszcze podniesie ten argument.

Zgodziłbym się, gdyby poprzednie zdanie nie brzmiało: “Wiele osób wyszło, a w zasadzie wybiegło w popłochu na ulicę i dawało upust nagromadzonym emocjom”. Ale to tylko sugestia, po prostu w tak dopieszczonym tekście czepiam się na siłę.

To akurat nie maszynista, ot ktoś, kto odebrał sobie życie w zwykły wtorek. Ale może zastąpię zejście do metra parkową ławką, żeby nie budziło takich skojarzeń.

Tak, tak, nie doprecyzowałem. Chodziło mi o sam fakt, że w takiej sytuacji bohater przemieszcza się metrem, więc o ile nie było zautomatyzowane, to jakiś maszynista musiał naprawdę kochać pracę :D Nie odebrałem człowieka w garniturze jako maszynisty, spokojnie. 

Moim pomysłem było więc opko osadzone w Dhace, bo miałam okazję kilka razy odwiedzić Bangladesz i wywarł na mnie spore, chociaż raczej negatywne, wrażenie. Jest zarys, są elementy fantasy, jest parę fragmentów, ale na razie idzie do szuflady, bo czegoś tam brakuje.

No to czekam aż w końcu szufladę opuści!

 

Pozdrawiam jeszcze raz i powodzenia przy głosowaniu! 

You cannot petition the Lord with prayer!

Cześć,

To bardzo dobre opowiadanie. Wciągnęło mnie od pierwszych zdań i utrzymało uwagę do samego końca. Ciekawiło mnie, czym jest ów bal i co się tam wydarzy – i choć trochę się zawiodłem, że ostatecznie nic się nie wydarzyło, całość i tak wypada bardzo dobrze.

Podoba mi się, że skupiasz się na jednej postaci, zamiast na ludzkości jako całości.

Fragmenty z wizytą u siostry, u pani w piekarni czy z matką są poruszające.

Gratuluję bardzo dobrego tekstu.

Pozdrawiam

rr

MichaelBullfinch,

 

wezmę sobie te uwagi do serca i pomyślę nad nimi przez weekend z czystszym umysłem :)

 

Pozdrawiam jeszcze raz i powodzenia przy głosowaniu! 

Dziękuję i wzajemnie! heart

 

Robert Raks,

 

zawsze, gdy widzę Twój nick, nuci mi się “Autobiografia” ;)

 

Ciekawiło mnie, czym jest ów bal i co się tam wydarzy – i choć trochę się zawiodłem, że ostatecznie nic się nie wydarzyło, całość i tak wypada bardzo dobrze.

To prawda, chociaż nie można powiedzieć, żeby było bez fajerwerków. Czy tam jednego, potężnego fajerwerku.

 

Dziękuję za wizytę i miły komentarz! 

 

Those who don't believe in magic will never find it

Dobra, mam chwilę to dam dłużej.

 

 

Dlaczego zgłaszam do piórka, bo?

 

Nie odkrywasz koła na nowa, nie szukasz kwadratowych jaj, ma prostą konstrukcję i tak w krótkim tekście pokazałaś a nie opisałaś tragedię gościa który został pozostawiony w bardzo beznadziejnej z pozoru sytuacji. Pokazujesz nieuchronność sytuacji – śmierć matki, tragedię niedawno narodzonego dziecka i zaraz potem Romain odcina aparaturę matce. Kurde, sam chciałbym w tak kompaktowy sposób powkładać do tekstu taką kontrukcję w taki sposób.

 

Już na wstępie poczułem atmosferę dekandencji, potem przeszło przez melancholię. Idealnie na parze pokazałaś pięknie pewien żal który nawet sie udzielił mnie, że to koniec a jednocześnie ciągle czułem tę nieuchronność. Oczywiście móię o tym fragmencie poznania Romain’a i Juliet. NIe opisując przy tym trzech akapitów, a jednym akapitem mówiącym wszystko. To chyba najmocniejszy fragment całej opowieści, gdzie poczułem ten żal, że tak to się kończy :)

 

Paradoksalnie romansideł nie lubię, ale jak melodramat jest podszyty odpowiednim sosem, jest dodatkiem, a tutaj tak jest i on wzbogadza co wymawia przez ten tekst – czyli nieuchronną katastrofę i koniec świata, to jest świetny dodatek bo pokazuje co by było gdyby, a i tak sie nie spełni. Świetnie to wydobyłaś.

 

Natomiast to co jest najważniejsze – co często też pisałem na wattpadzie niektórym – ksiązka jest od emocji. Ma wzbudzac emocje. Ale nie podawaj łopatom emocji.

 

Ale ty zrobiłaś w tej kwesti to, do czego sam dąże – show not tell. Zrobiłaś to świetnie.

 

Rzadko kiedy takie rzeczy piszę, ale też rzadko kiedy miałem okazje betować mam nadzieje piórkowy tekst ;)

 

Ale parafrazując nieśmiertelnego jerrego rainera, wszyscy jesteśmy zaledwie początkujacymi pisarzami, to w sumie się zastanwiam czy kwestia piekarni miała jakieś znaczenie :) W sumie spełnia to rolę tego, ze piekarka po prostu robi to co robiła zawsze w obliczu tragedii i co ma robić jak robiła to całe życie, ale …. mogło by by też tego nie być.

 

Generalnie – zazdro sposobu jak to opakowałaś, świetna robota :)

 

 

p.s

 

ale i tak uważam, że diuk i whintehorn był spoko :) 

 

Koenrad zmruczył oczy. → Co zrobił??? Wiem, że miał kocie oczy, ale chyba nimi nie mruczał. :) // możecie pisać "Melendur"

melendur,

 

hej, dzięki, że wróciłeś z rozbudowanym komentarzem. Lubię takie!

 

Kurde, sam chciałbym w tak kompaktowy sposób powkładać do tekstu taką kontrukcję w taki sposób.

Umniejszasz sobie, w Twoich tekstach widzę sporo potencjału, mówiłam Ci już, że jak wyjdziesz z ram wiedźminowskich, to najpewniej rozwiniesz skrzydła, na co czekasz. Ale mimo wszystko bardzo dziękuję blush

 

To chyba najmocniejszy fragment całej opowieści, gdzie poczułem ten żal, że tak to się kończy :)

Tak, też mi szkoda, że nie mieli happy-endu, ale gdyby był, nie mielibyśmy Romea i Juliet. A nieszczęśliwa miłość porusza też bardziej jakieś struny.

 

Paradoksalnie romansideł nie lubię, ale jak melodramat jest podszyty odpowiednim sosem, jest dodatkiem, a tutaj tak jest i on wzbogadza co wymawia przez ten tekst

Ja też. Mało tego romansu w moich tekstach, ale staram się wychodzić poza swoje schematy, dlatego w kolejnym będzie więcej luzu i humoru (przynajmniej ja to tak widzę, a czy to odpowiednio wybrzmi, zobaczymy :))

 

Rzadko kiedy takie rzeczy piszę, ale też rzadko kiedy miałem okazje betować mam nadzieje piórkowy tekst ;)

Dziękuję! I raz jeszcze dzięki za błyskawiczną betę, bo była bardzo wartościowa.

 

czy kwestia piekarni miała jakieś znaczenie :) W sumie spełnia to rolę tego, ze piekarka po prostu robi to co robiła zawsze w obliczu tragedii i co ma robić jak robiła to całe życie, ale …. mogło by by też tego nie być.

Tak, obeszłoby się, ale jest tam przede wszystkim, aby uwiarygodnić ludzi, którzy w obliczu końca nadal wykonują swoją pracę. Podejrzewam, że duża część osób po prostu by rzuciła wszystko w cholerę, ale dla innych praca jest na tyle istotną częścią życia/misją, że trwaliby na posterunku do końca. 

 

ale i tak uważam, że diuk i whintehorn był spoko :) 

Być może w jednym i drugim nie powiedziałam ostatniego słowa. Zakończenia są tam na tyle otwarte, że można do tego wrócić.

 

Dzięki za rewizytę! heart

Those who don't believe in magic will never find it

Trochę sparafrazuję komentarze, które sam otrzymałem przy opowiadaniu “Spleć z głosów kwiat piekielny”. Otóż nie wszystko mi tutaj zagrało i pewne rzeczy bym poprawił/zmienił.

Tylko po co?

Wyszło świetnie, trafiło idealnie w mój gust, i choć widzę podobieństwa do kilku filmów katastroficznych, styl i przekazane emocje są same w sobie nagrodą dla czytelnika. Scena z matką i sam bal na pewno lepsze niż początek, ale nie schodzisz poniżej poziomu “bardzo dobre”. Klikam i nominuję.

Nowa Fantastyka