I
Asteroida była widoczna już od tygodnia. Najpierw jako jasna plama, tylko trochę większa od gwiazdy, potem spuchła do rozmiarów żółtej kuli. Rządy ogłosiły stan wyjątkowy, jakby katastrofę dało się zatrzymać kolejnymi dekretami. Naukowcy podawali liczby – kilometry, prędkości, kąty uderzenia – ale statystyka była bezwzględna. Świątynie na całym świecie zapełniły się więc po brzegi, bo gdy trwoga, to do Boga. Jakiegokolwiek. Nawet takiego, w którego nie wierzyło się jeszcze dzień wcześniej.
Zostały tylko dwa dni.
Czterdzieści osiem godzin.
Dwa tysiące osiemset osiemdziesiąt minut.
I ani jednej więcej.
Każdemu po równo, ale nie było mowy o sprawiedliwości.
Romain patrzył na matkę – więźnia własnego ciała, przykutą do łóżka od lat, dryfującą gdzieś na obrzeżach świadomości. Czy jej dwa dni, wypełnione bezruchem i półmrokiem, znaczyły tyle samo, co dwa dni nowo narodzonego siostrzeńca, który nie zdążył jeszcze nawet poznać koloru nieba? Jeśli jedno i drugie nie miało poczucia upływającego czasu, czy coś to zmieniało?
Takie i inne myśli krążyły mu po głowie. Zmarnował na nie cenne minuty, zamiast – jak radziły poradniki o godnym umieraniu – rzucić się na głęboką wodę, wykrzyczeć światu swoją wściekłość albo spełnić chociaż jedno absurdalne marzenie. Nie, on siedział w dusznym pokoju, wdychając zapach leków i starego kurzu.
– Mleko będzie trzeba znieść do piwnicy, bo się zepsuje – wychrypiała nagle matka spod maski tlenowej.
Spojrzał na nią zaskoczony.
– Mleko?
Przecież go nie pili. On był uczulony, ona od miesięcy przyjmowała tylko kroplówki i papki.
– I okna pozamykać, żeby kurzu nie naleciało.
Pokiwał głową, nie mając siły na prostowanie jej rzeczywistości. Wrócił wzrokiem do telewizora. Czerwony pasek na dole ekranu wrzeszczał o Armagedonie, a reporter, z obłędem w oczach, stał na tle płonącego marketu. Świat rozpadał się od środka, zanim jeszcze oberwał z zewnątrz. Wiele osób wyszło, a w zasadzie wybiegło w popłochu na ulicę i dawało upust nagromadzonym emocjom. Wywrócone kosze na śmieci, pęknięte szyby w oknach, rozbite latarnie, dziecko płaczące gdzieś w tle. Na każdym kanale podobne obrazki.
E-mail przyszedł wieczorem.
Nadawca: nieznany.
Tytuł: Bal z okazji Końca Świata.
Drogi gościu,
Skoro i tak nie masz już nic do stracenia, pozwól, że zaproszę Cię na ostatni bal w historii świata. Walc poniesie nas w stronę nicości, a my wypijemy za to, co było i za to, co nigdy nie nadejdzie. Muzyka będzie grała, dopóki nie zgaśnie światło.
Start: jutro o godzinie 21:00. Punktualność nie jest wymagana, ale pamiętaj, zegar tyka.
PS. Maski mile widziane.
Romain przeczytał całość raz jeszcze i otworzył załącznik. Proste, czarno-białe zaproszenie bez żadnych ozdobników. Na nim jego imię i nazwisko oraz adres rezydencji na obrzeżach miasta.
Kątem oka zauważył, że matka już śpi. Poprawił koc, który zsunął się z jej chudych ramion, i wyłączył telewizor.
II
Obudził się nad ranem. Kręgosłup protestował sztywnością po nocy spędzonej w fotelu, ale o dziwo, umysł był czysty. Spał głęboko, bez snów, jakby jego podświadomość uznała, że rzeczywistość i tak dostarcza koszmarów w nadmiarze.
W domu panowała cisza, której można doświadczyć tylko podczas kilku krótkich chwil przed wschodem słońca. Zwiewna, obiecująca dobry dzień. Zmącił ją, wstając z wysiłkiem. Spojrzał na matkę, która oddychała z trudem, wspomagana przez aparaturę. Jej świat zapadł się do środka już dawno i żyła w bezpiecznym kokonie niepamięci. Romain poczuł ukłucie zazdrości, bo najgorsze było oczekiwanie. Ten stan zawieszenia, w którym wszystko jeszcze trwa, ale nic już nie ma sensu.
Machinalnie sięgnął po pilota. Rzucił okiem na wiadomości. Wideo pokazywało modlących się ludzi. Watykan, Mekka, Jerozolima. Może też powinien pojednać się z Bogiem? Od lat nie był w kościele, ale jeśli istniała szansa na życie po życiu, warto było ją wykorzystać, bo może jednak Blaise Pascal miał rację?
Ubrał się w najlepszą koszulę, spodnie od garnituru spiął paskiem. Zrezygnował z marynarki, bo, chociaż godzina była wczesna, to robiło się coraz cieplej.
Po drodze spotkał kilku sąsiadów, jednego z trudem rozpoznał – strach wykrzywiał mu rysy twarzy jak paraliż. Kiwał głową znajomym na dzień dobry, część odpowiadała tym samym. Przy zejściu do metra siedział mężczyzna w garniturze, z poluzowanym krawatem, oparty plecami o metalową barierkę. Oczy miał półprzymknięte, usta lekko rozchylone. Nikt się nie zatrzymywał. Romain też chciał minąć go obojętnie, ale coś kazało mu spojrzeć drugi raz. Dopiero wtedy zrozumiał, że mężczyzna już nie żyje.
Do kościoła wszedł akurat wtedy, gdy ksiądz czytał:
I gwiazdy spadły z nieba na ziemię, podobnie jak drzewo figowe wstrząsane silnym wiatrem zrzuca na ziemię swe niedojrzałe owoce.
Niebo zostało usunięte jak księga, którą się zwija, a każda góra i wyspa z miejsc swych poruszone.
A królowie ziemscy, wielmoże i wodzowie, bogacze i możni, i każdy niewolnik, i wolny ukryli się do jaskiń i górskich skał.
I mówią do gór i do skał: „Padnijcie na nas i zakryjcie nas przed obliczem Zasiadającego na tronie i przed gniewem Baranka, bo nadszedł Wielki Dzień Jego gniewu, a któż zdoła się ostać?”
Wyszedł z kościoła przed końcem mszy, bo czuł się jak intruz na cudzym pogrzebie. Ludzie wokół niego modlili się naprawdę, ze łzami w oczach i z zaciśniętymi na różańcu dłońmi, a on stał między nimi i czekał na coś, co nie przychodziło. Żal albo skruchę.
Na zewnątrz było już cieplej. Asteroida wisiała nad miastem nawet w dzień – blada, prawie niewidoczna na jasnym niebie, ale jak wiedziało się, gdzie patrzeć, to trudno było przestać. Wzrok wracał do niej sam, tak jak język wraca do bolącego zęba. Romain stał chwilę na schodach kościoła i patrzył. Ktoś obok niego przystanął i też uniósł głowę.
– Większa niż wczoraj.
– Tak.
Mężczyzna kiwnął głową i poszedł w swoją stronę.
Miasto wyglądało, jakby ktoś spuścił z niego powietrze. Nie było już wczorajszego chaosu. Została po tym tylko scenografia – śmieci przy krawężnikach, napis sprejem na białej ścianie apteki (I CO TERAZ?). Na środku skrzyżowania stało luksusowe auto z wybitą przednią szybą i otwartymi drzwiami.
Romain szedł bez celu. Minął piekarnię – otwartą, co go zaskoczyło. Przez witrynę widział kobietę w fartuchu, która wykładała na półkę chleby. Zwykłe, podłużne, z naciętą skórką i posypane mąką. Zatrzymał się, ona podniosła głowę. Spojrzeli na siebie przez szybę. Wzruszyła ramionami, gestem zapraszając do środka.
– Zawsze piekłam – powiedziała. – Nie zamierzam przestać.
– Może lepiej być teraz gdzie indziej?
– Nie będę udawać kogoś, kim nie jestem.
Kupił bułkę. Gdy usiadł w parku na ławce, gołębie biły się o rzucone okruchy z tą samą głupią zaciekłością co zawsze. Myślał o słowach piekarki, potem o balu. W zaproszeniu napisali, że maski są mile widziane. Czy to tylko element dress code’u, a może gra, w której na ostatniej prostej trzeba zdjąć z siebie ciężar własnego nazwiska, błędów, historii, doświadczeń i oczekiwań?
Do siostry zadzwonił przed południem. Odebrała po trzecim sygnale, co było dobrym znakiem, bo przez ostatnie dwa lata zdarzało jej się wcale nie odbierać.
– Jesteś w mieście? – zapytała zamiast przywitania.
– Tak. Mogę wpaść?
Chwila wahania.
– Wpadnij.
Mieszkała na czwartym piętrze w kamienicy bez windy. Klatka schodowa pachniała wilgocią i gotowaną kapustą. Po drodze Romain minął kobietę w średnim wieku, która schodziła z małą walizką. Spojrzeli na siebie krótko.
– Jadę do rodziców – powiedziała, jakby tłumaczyła się sama przed sobą.
– Dobra decyzja.
Joanna otworzyła drzwi, zanim zdążył zapukać. Siostra była bledsza niż zwykle i miała włosy upięte niedbale, a kilka ciemnych kosmyków opadało na twarz. W mieszkaniu zalegała cisza. Taka, która towarzyszy tylko śpiącym niemowlętom. Na kanapie leżały butelki, żółty kocyk i broszury ze szpitala – bezużyteczne instrukcje obsługi przyszłości. Romain usiadł na krześle przy oknie. Siostra zrobiła herbatę. Przez chwilę żadne z nich nic nie mówiło.
– Jak mama?
– Tak samo jak zawsze.
Kiwnęła głową. Wzięła kubek oburącz, jakby chciała się ogrzać, chociaż w salonie było ciepło. Spojrzał w stronę pokoju dziecięcego.
– Jak go nazwałaś?
– Leon.
– Mogę go zobaczyć?
Weszli razem do małego pokoju, w którego centrum stało łóżeczko, a w łóżeczku spał chłopczyk. Romain długo wpatrywał się w jego spokojną twarzyczkę i jednocześnie myślał o słowach z e-maila. O tym, że zegar tyka, ale przecież zegar tykał zawsze, tylko wcześniej nikt go wyraźnie nie słyszał. Mężczyzna przyjrzał się dziecku. Może w innych okolicznościach w ogóle by go nie poznał? A może tracił właśnie szansę na zostanie najlepszym wujkiem?
Wyszedł przed zmrokiem. Na zewnątrz asteroida płonęła już wyraźniej, dominując nad światłami latarni. Romain wsunął ręce do kieszeni. Miał plan. Wrócić do domu, umyć się, założyć koszulę i nie zakładać maski. Jeśli ma to być ostatni taniec, zatańczy go po swojemu. Wcześniej musiał jednak pożegnać się z matką.
III
Stał przy oknie, opierając czoło o zimną szybę. Asteroida była już wyraźnie widoczna, nawet przez łunę miejskich latarni. Wyglądała jak oko boga. Wpatrywał się w nią przez chwilę, a potem odwrócił się ku łóżku matki.
Właściwie to nie ona oddychała. To maszyna wykonywała za nią całą tę mozolną pracę, miarowo pompując tlen przez cienką rurkę. Twarz kobiety w półmroku była nienaturalnie gładka. Wieczorna ciemność zatarła zmarszczki, które przez lata rzeźbił ból. Wyglądała młodziej, jakby śmierć, stojąca już w progu, zaczęła ją powoli retuszować, przywracając rysy, które Romain pamiętał z dzieciństwa.
Przyciągnął krzesło. Metalowe nogi zazgrzytały o podłogę. Usiadł i wziął jej dłoń – chudą, z bladymi żyłami rozgałęzionymi jak rzeki na starej, pożółkłej mapie.
– Pamiętasz tę bajkę o gwiezdnym smoku? Opowiadałaś mi ją wieczorami, kiedy nie chciałem się kłaść i rozrabiałem. Mówiłaś, że smok mknie przez niebo i pożera niegrzeczne dzieci. – Urwał, patrząc w okno. – Chyba wszyscy byliśmy cholernie niegrzeczni, mamo.
Matka nie odpowiedziała. Rzadko odpowiadała. Czasami w niewytłumaczalnym przypływie sił rzucała kilka bezsensownych zdań i wracała tam, gdzie on nie miał wstępu. Romain siedział długo, trzymając jej kruchą dłoń. Myślał o mrocznej tajemnicy, którą nosił w sobie. O tych wszystkich nocach, gdy budził się i przez krótką sekundę – zanim pamięć w pełni wróciła na swoje miejsce – zapominał o jej istnieniu. Ta sekunda była jedynym momentem ulgi, gdy na ułamek chwili zrzucał z pleców cały ciężar jej cierpienia. Czuł do siebie obrzydzenie za tę ulgę, a jednocześnie pragnął tego bardziej niż czegokolwiek innego.
Wstał. Ruchy miał powolne, niemal ceremonialne. Podszedł do aparatury przy ścianie. Regulatory i zawory, które od miesięcy obsługiwał z rutynową precyzją, teraz wydawały się skomplikowane. Położył dłoń na pokrętle butli.
Nie modlił się. Nie wiedział do kogo. Nie tłumaczył się, bo i przed kim? Był tylko ten rytmiczny dźwięk maszyny, słaby świst wspomaganego oddechu i jego własne, przyspieszone tętno.
Zakręcił zawór.
Maszyna mruczała jeszcze przez chwilę, a potem wydała z siebie długi, gasnący syk i umilkła. Romain wrócił na krzesło. Ponownie ujął matkę za rękę. Jej oddech stawał się rzadszy, płytszy.
Nie płakał. Patrzył tylko, jak klatka piersiowa unosi się coraz wolniej. Kiedy poczuł, że jej dłoń stała się ciężka w ten specyficzny, ostateczny sposób, wstał. Poprawił koc, podciągając go pod samą brodę.
Zgasił lampkę. Przed wyjściem zatrzymał się w drzwiach. Przez chwilę patrzył na sylwetkę kobiety, która dała mu życie.
– Dobranoc, mamo.
Wyszedł, nie oglądając się wstecz. Miał na sobie najlepszą koszulę i zmierzał na ostatni bal.
IV
Adres z zaproszenia prowadził na obrzeża miasta. Pałac stał na końcu alei, skrywając się za wysokim żeliwnym ogrodzeniem. Zerwany łańcuch leżał w trawie jak martwy wąż, a brama, choć ciężka, ustąpiła z cichym jękiem. Lokaj w nieskazitelnie białych rękawiczkach czekał na progu, jakby to był zwyczajny wtorek, a nie ostatni wtorek ludzkości. Romain pokazał mu zaproszenie, ale mężczyzna ledwo rzucił na nie okiem i gestem wskazał drogę.
Sala balowa płonęła światłem tysiąca świec, które stały w ciężkich kandelabrach, w kryształowych żyrandolach, na balustradach i niskich, bogato zastawionych stolikach. Zatrzymał się w progu, mrużąc oczy przed blaskiem. Ludzi było może dwustu. Ubrani z przepychem – kobiety w długich sukniach, czarnych, kremowych, czerwonych, a mężczyźni w smokingach albo frakach. Niektórzy mieli medale na piersi, inni łzy w oczach.
Orkiestra grała walca.
Romain schronił się pod cieniem masywnego filaru. Przyglądał się parom na parkiecie. Niektóre twarze skrywały się za maskami, inne je przypominały ze swoimi zbyt sztucznymi uśmiechami i pustym wzrokiem. Kelner przemknął obok niego niczym duch, niosąc tacę. Romain wziął kieliszek. Wino było cierpkie.
– Pierwszy raz na balu?
Stała oparta o kolumnę, jakby była jej częścią. Ciemnogranatowa suknia opinała ciało, a jasne włosy, upięte z nonszalancką precyzją, lśniły w blasku świec. Twarz zdobiła maska wenecka z wielkim piórem.
– Tak bardzo to widać?
– Zgadywałam. To pewnie pierwszy raz większości osób tutaj.
Przez chwilę stali obok siebie w milczeniu i patrzyli na wirujący tłum. Dźwięki niosły się aż pod sklepienie, wypełniając każdy kąt sali. Kiedy dziewczyna zaproponowała taniec, zawahał się.
– Nie znam walca.
– Nikt tu nie zna. Ale wszyscy tańczą.
Miała rację. Na parkiecie kręciło się może pięćdziesiąt par i wśród nich nie było ani jednej, która poruszałaby się idealnie w takt muzyki. Ktoś się potknął i zaśmiał cicho, ktoś inny przydeptał rąbek sukni partnerki, a starsza kobieta w szmaragdowej kreacji tańczyła sama, z zamkniętymi oczami i nikt nie patrzył na nią z politowaniem.
Romain wziął dziewczynę za rękę i zaprowadził na środek sali. Walc okazał się łatwiejszy, niż myślał, albo to muzyka była na tyle cierpliwa, że wybaczała potknięcia i brak rytmu. Szybko przestał liczyć kroki, zamiast tego skupił się na zapachu jej perfum. Mógłby je polubić. Bardzo.
– Skąd jesteś? – zapytała.
Zaczął mówić, dużo i chaotycznie, a ona odpowiadała w podobnym stylu. Wisząca nad nimi świadomość końca rozwiązywała języki. Padło kilka zdań o matce, która została w domu, i o ojcu, którego od dawna nigdzie nie było. O spełnionych marzeniach i niespełnionych ambicjach. O ulubionych smakach lodów, o wschodach i zachodach słońca, o sztuce i prozie życia. Każdy temat był ważny i żaden nie przetrwał więcej niż kilka minut. Odkryli, że przez cztery lata mieszkali w tym samym mieście. Dzieliło ich ledwie kilka ulic – wystarczająco mało, aby wpaść na siebie podczas spaceru, gdyby tylko los okazał się odrobinę łaskawszy.
– Znasz bar ShakeBeer?
– Chodziłem tam przynajmniej raz w miesiącu.
Milczała przez chwilę.
– Ja też.
Patrzyli na siebie. Nie było w tym niczego spektakularnego, żadnego dramatycznego wdechu, żadnego drżenia warg. Tylko pełna świadomość, że bywali blisko przez lata, oddzieleni jedynie przez przypadek i nieuwagę.
– Jak masz w ogóle na imię?
– Juliet.
– Romain.
V
Gdzieś po północy zaczęły pękać pozory.
Najpierw zamigotały świece. Wszystkie naraz, lekko, jakby sala balowa wydała z siebie głębokie, przedśmiertne westchnienie. Parę sekund później Romain poczuł pod stopami drżenie. Większość par przestała tańczyć, chociaż orkiestra grała dalej.
Przy jednym ze stolików mężczyzna w średnim wieku wstał i podszedł do kobiety w czerwonej sukni. Tej, z którą tańczył przez cały wieczór. Przyklęknął przy niej. Romain nie słyszał słów, widział tylko jej twarz – najpierw zaskoczenie, potem łzy.
Kawałek dalej ktoś inny wyrzucał z siebie gniewne, syczące słowa, gwałtownie tnąc powietrze rękoma. Niektórzy ludzie próbowali w kilka minut domknąć rachunki, których nie potrafili wyrównać przez lata.
– Boję się – powiedziała.
Spojrzał na nią. W blasku dogasających świec jej oczy wydawały się nienaturalnie wielkie.
– Ja też.
– Ale nie samej śmierci. Boję się, że to wszystko nie miało sensu.
Romain myślał o tym przez chwilę. Przed oczami stanęło mu jego życie. Wzloty i całkiem sporo upadków.
– To teraz bez znaczenia.
Juliet patrzyła na niego długo. Orkiestra zaczęła grać nowego walca. Wolniejszego niż poprzednie, jakby chcieli w ten sposób zatrzymać czas.
– Zostaniesz ze mną do końca?
Nie odpowiedział słowami. Zamiast tego uniósł dłoń, palce drżały, gdy dotknął krawędzi maski. Potem, jednym płynnym ruchem ją zdjął. Twarz, która się pod nią skrywała, była zaskakująco zwyczajna.
Juliet nie powiedziała nic, ale w jej spojrzeniu odnalazł odbicie własnego strachu i spóźnionej nadziei. Światło świec lekko drżało, ale między nimi zapanował spokój. Byli jak dwoje ludzi stojących w oku cyklonu, gdzie wiatr na sekundę przestaje szaleć. Kobieta ścisnęła mocno jego dłoń, on przyciągnął ją nieco bliżej.
VI
O trzeciej niebo pojaśniało. W sali zrobiło się cieplej, a za wysokimi oknami noc zaczęła zmieniać kolor na oślepiający, nienaturalny błękit, jakby ktoś za horyzontem rozdarł zasłonę rzeczywistości i zapalił drugie, zimne słońce. Kilka osób, wiedzionych instynktem, podeszło do szyb, a ich sylwetki stały się czarnymi wycinankami na tle niebieskawej pożogi. Inni odwrócili się tyłem, zaciskając powieki.
Skrzypek w orkiestrze przestał grać na kilka sekund – smyczek zawisł w powietrzu, drżąc razem z dłonią muzyka. Potem jednak, z jakimś nieludzkim spokojem, wrócił do gry.
Romain trzymał Juliet za ręce. Nie tańczyli już. Stali pośrodku parkietu, w samym sercu tego umierającego mikroświata. Wokół nich pary zastygały w dziwnych pozach – niektórzy szeptali do siebie ostatnie słowa, inni trwali w bezruchu, nie wiedząc, co zrobić z dłońmi, gdy ziemia pod stopami zaczęła pulsować. Drżenie było już wyraźne, miarowe i niskie.
– Myślisz, że gdzieś tam – zaczęła Juliet – jest coś jeszcze? Jakikolwiek ciąg dalszy?
– Nie wiem, ale mam taką nadzieję.
Światło za oknami rosło, stając się białe i gęste. Wymazywało cienie, wymazywało barwy sukni i blask orderów. Świece w kandelabrach gasły jedna po drugiej.
Orkiestra grała. Grała coraz głośniej, jakby chciała zagłuszyć grzmot, który stawał się coraz silniejszy.
Romain patrzył na Juliet i myślał o tym, że przez wiele sobót siedzieli w tym samym barze, rozdzieleni tylko przez dwa metry powietrza i tysiące nieistotnych myśli.
Pomyślał: to wszystko, czego mi brakowało.
Pomyślał: to jest nieludzko, potwornie niesprawiedliwe.
Kobieta oparła głowę na jego ramieniu. Delikatnie, z taką naturalnością, jakby robiła to przez całe życie. Powietrze zrobiło się ciężkie i gorące, pachniało stopionym metalem i ozonem. Romain poczuł na skórze pierwszy powiew fali uderzeniowej, jeszcze delikatny, niemal jak dotyk.
Orkiestra grała. Do końca.