- Opowiadanie: OldGuard - Bal z okazji Końca Świata

Bal z okazji Końca Świata

Dzię­ku­ję Me­len­du­ro­wi za bły­ska­wicz­ną betę. Tekst chcia­łam opu­bli­ko­wać na spo­koj­nie pod ko­niec ty­go­dnia, ale spoj­rza­łam w ka­len­darz i po pro­stu pa­so­wa­ło dzi­siaj :)

 

Tych kilka cy­ta­tów z roz­dzia­łu II po­cho­dzi z Bi­blii Ty­siąc­le­cia.

 

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Bal z okazji Końca Świata

I

 

Kometa była wi­docz­na już od ty­go­dnia. Naj­pierw jako jasna plama, tylko tro­chę więk­sza od gwiaz­dy, potem spu­chła do roz­mia­rów żół­tej kuli. Rządy ogło­si­ły stan wy­jąt­ko­wy, jakby ka­ta­stro­fę dało się za­trzy­mać ko­lej­ny­mi de­kre­ta­mi. Na­ukow­cy po­da­wa­li licz­by – ki­lo­me­try, pręd­ko­ści, kąty ude­rze­nia – ale sta­ty­sty­ka była bez­względ­na. Świą­ty­nie na całym świe­cie za­peł­ni­ły się więc po brze­gi, bo gdy trwo­ga, to do Boga. Ja­kie­go­kol­wiek. Nawet ta­kie­go, w któ­re­go nie wie­rzy­ło się jesz­cze dzień wcze­śniej.

Zo­sta­ły tylko dwa dni.

Czter­dzie­ści osiem go­dzin.

Dwa ty­sią­ce osiem­set osiem­dzie­siąt minut.

I ani jed­nej wię­cej.

Każ­de­mu po równo, ale nie było mowy o spra­wie­dli­wo­ści.

Ro­ma­in pa­trzył na matkę – więź­nia wła­sne­go ciała, przy­ku­tą do łóżka od lat, dry­fu­ją­cą gdzieś na obrze­żach świa­do­mo­ści. Czy jej dwa dni, wy­peł­nio­ne bez­ru­chem i pół­mro­kiem, zna­czy­ły tyle samo, co dwa dni nowo na­ro­dzo­ne­go sio­strzeń­ca, który nie zdą­żył jesz­cze nawet po­znać ko­lo­ru nieba? Jeśli jedno i dru­gie nie miało po­czu­cia upły­wa­ją­ce­go czasu, czy coś to zmie­nia­ło?

Takie i inne myśli krą­ży­ły mu po gło­wie. Zmar­no­wał na nie cenne mi­nu­ty, za­miast – jak ra­dzi­ły po­rad­ni­ki o god­nym umie­ra­niu – rzu­cić się na głę­bo­ką wodę, wy­krzy­czeć świa­tu swoją wście­kłość albo speł­nić cho­ciaż jedno ab­sur­dal­ne ma­rze­nie. Nie, on sie­dział w dusz­nym po­ko­ju, wdy­cha­jąc za­pach leków i sta­re­go kurzu.

– Mleko bę­dzie trze­ba znieść do piw­ni­cy, bo się ze­psu­je – wy­chry­pia­ła nagle matka spod maski tle­no­wej.

Spoj­rzał na nią za­sko­czo­ny.

– Mleko?

Prze­cież go nie pili. On był uczu­lo­ny, ona od mie­się­cy przyj­mo­wa­ła tylko kro­plów­ki i papki.

– I okna po­za­my­kać, żeby pyłu nie na­le­cia­ło.

Po­ki­wał głową, nie mając siły na pro­sto­wa­nie jej rze­czy­wi­sto­ści. Wró­cił wzro­kiem do te­le­wi­zo­ra. Czer­wo­ny pasek na dole ekra­nu wrzesz­czał o Ar­ma­ge­do­nie, a re­por­ter, z obłę­dem w oczach, stał na tle pło­ną­ce­go mar­ke­tu. Świat roz­pa­dał się od środ­ka, zanim jesz­cze obe­rwał z ze­wnątrz. Wiele osób wy­szło, a w za­sa­dzie wy­bie­gło w po­pło­chu na ulicę i da­wa­ło upust na­gro­ma­dzo­nym emo­cjom. Wy­wró­co­ne kosze na śmie­ci, pęk­nię­te szyby w oknach, roz­bi­te la­tar­nie, dziec­ko pła­czą­ce gdzieś w tle. Na każ­dym ka­na­le po­dob­ne ob­raz­ki.

E-ma­il przy­szedł wie­czo­rem.

 

Nadaw­ca: nie­zna­ny.

Tytuł: Bal z oka­zji Końca Świa­ta.

 

Drogi go­ściu,

Skoro i tak nie masz już nic do stra­ce­nia, po­zwól, że za­pro­szę Cię na ostat­ni bal w hi­sto­rii świa­ta. Walc po­nie­sie nas w stro­nę ni­co­ści, a my wy­pi­je­my za to, co było i za to, co nigdy nie na­dej­dzie. Mu­zy­ka bę­dzie grała, do­pó­ki nie zga­śnie świa­tło.

Start: jutro o go­dzi­nie 21:00. Punk­tu­al­ność nie jest wy­ma­ga­na, ale pa­mię­taj, zegar tyka.

PS. Maski mile wi­dzia­ne.

 

Ro­ma­in prze­czy­tał ca­łość raz jesz­cze i otwo­rzył za­łącz­nik. Pro­ste, czar­no-bia­łe za­pro­sze­nie bez żad­nych ozdob­ni­ków. Na nim jego imię i na­zwi­sko oraz adres re­zy­den­cji na obrze­żach mia­sta.

Kątem oka za­uwa­żył, że matka już śpi. Po­pra­wił koc, który zsu­nął się z jej chu­dych ra­mion, i wy­łą­czył te­le­wi­zor.

 

II

 

Obu­dził się nad ranem. Krę­go­słup pro­te­sto­wał sztyw­no­ścią po nocy spę­dzo­nej w fo­te­lu, ale o dziwo, umysł był czy­sty. Spał głę­bo­ko, bez snów, jakby jego pod­świa­do­mość uzna­ła, że rze­czy­wi­stość i tak do­star­cza kosz­ma­rów w nad­mia­rze. 

W domu pa­no­wa­ła cisza, któ­rej można do­świad­czyć tylko pod­czas kilku krót­kich chwil przed wscho­dem słoń­ca. Zwiew­na, obie­cu­ją­ca dobry dzień. Zmą­cił ją, wsta­jąc z wy­sił­kiem. Spoj­rzał na matkę, która od­dy­cha­ła z tru­dem, wspo­ma­ga­na przez apa­ra­tu­rę. Jej świat za­padł się do środ­ka już dawno i żyła w bez­piecz­nym ko­ko­nie nie­pa­mię­ci. Ro­ma­in po­czuł ukłu­cie za­zdro­ści, bo naj­gor­sze było ocze­ki­wa­nie. Ten stan za­wie­sze­nia, w któ­rym wszyst­ko jesz­cze trwa, ale nic już nie ma sensu.

Ma­chi­nal­nie się­gnął po pi­lo­ta. Rzu­cił okiem na wia­do­mo­ści. Wideo po­ka­zy­wa­ło mo­dlą­cych się ludzi. Wa­ty­kan, Mekka, Je­ro­zo­li­ma. Może też po­wi­nien po­jed­nać się z Bo­giem? Od lat nie był w ko­ście­le, ale jeśli ist­nia­ła szan­sa na życie po życiu, warto było ją wy­ko­rzy­stać, bo może jed­nak Bla­ise Pas­cal miał rację?

Ubrał się w naj­lep­szą ko­szu­lę, spodnie od gar­ni­tu­ru spiął pa­skiem. Zre­zy­gno­wał z ma­ry­nar­ki, bo, cho­ciaż go­dzi­na była wcze­sna, to ro­bi­ło się coraz cie­plej.

Po dro­dze spo­tkał kilku są­sia­dów, jed­ne­go z tru­dem roz­po­znał – strach wy­krzy­wiał mu rysy twa­rzy ni­czym pa­ra­liż. Kiwał głową zna­jo­mym na dzień dobry, część od­po­wia­da­ła tym samym. Przy zej­ściu do metra sie­dział męż­czy­zna w gar­ni­tu­rze, z po­lu­zo­wa­nym kra­wa­tem, opar­ty ple­ca­mi o me­ta­lo­wą ba­rier­kę. Oczy miał pół­przy­mknię­te, usta lekko roz­chy­lo­ne. Nikt się nie za­trzy­my­wał. Ro­ma­in też chciał minąć go obo­jęt­nie, ale coś ka­za­ło mu spoj­rzeć drugi raz. Do­pie­ro wtedy zro­zu­miał, że męż­czy­zna już nie żyje.

Do ko­ścio­ła wszedł aku­rat wtedy, gdy ksiądz czy­tał:

 

I gwiaz­dy spa­dły z nieba na zie­mię, po­dob­nie jak drze­wo fi­go­we wstrzą­sa­ne sil­nym wia­trem zrzu­ca na zie­mię swe nie­doj­rza­łe owoce.

Niebo zo­sta­ło usu­nię­te jak księ­ga, którą się zwija, a każda góra i wyspa z miejsc swych po­ru­szo­ne.

A kró­lo­wie ziem­scy, wiel­mo­że i wo­dzo­wie, bo­ga­cze i możni, i każdy nie­wol­nik, i wolny ukry­li się do ja­skiń i gór­skich skał.

I mówią do gór i do skał: „Pad­nij­cie na nas i za­kryj­cie nas przed ob­li­czem Za­sia­da­ją­ce­go na tro­nie i przed gnie­wem Ba­ran­ka, bo nad­szedł Wiel­ki Dzień Jego gnie­wu, a któż zdoła się ostać?”

 

Wy­szedł z ko­ścio­ła przed koń­cem mszy, bo czuł się jak in­truz na cu­dzym po­grze­bie. Lu­dzie wokół niego mo­dli­li się na­praw­dę, ze łzami w oczach i z za­ci­śnię­ty­mi na ró­żań­cu dłoń­mi, a on stał mię­dzy nimi i cze­kał na coś, co nie przy­cho­dzi­ło. Żal albo skru­chę.

Na ze­wnątrz było już cie­plej. Kometa wi­sia­ła nad mia­stem nawet w dzień – blada, pra­wie nie­wi­docz­na na ja­snym nie­bie, ale jeśli wie­dzia­ło się, gdzie pa­trzeć, to trud­no było prze­stać. Wzrok wra­cał do niej sam, tak jak język wraca do bo­lą­ce­go zęba. Ro­ma­in stał chwi­lę na scho­dach ko­ścio­ła i pa­trzył. Ktoś obok niego przy­sta­nął i też uniósł głowę.

– Więk­sza niż wczo­raj.

– Tak.

Męż­czy­zna kiw­nął głową i po­szedł w swoją stro­nę.

Mia­sto wy­glą­da­ło, jakby ktoś spu­ścił z niego po­wie­trze. Nie było już wczo­raj­sze­go cha­osu. Zo­sta­ła po tym tylko sce­no­gra­fia – śmie­ci przy kra­węż­ni­kach, napis spre­jem na bia­łej ścia­nie ap­te­ki (I CO TERAZ?). Na środ­ku skrzy­żo­wa­nia stało luk­su­so­we auto z wy­bi­tą przed­nią szybą i otwar­ty­mi drzwia­mi.

Ro­ma­in szedł bez celu. Minął pie­kar­nię – otwar­tą, co go za­sko­czy­ło. Przez wi­try­nę wi­dział ko­bie­tę w far­tu­chu, która wy­kła­da­ła na półkę chle­by. Zwy­kłe, po­dłuż­ne, z na­cię­tą skór­ką i po­sy­pa­ne mąką. Za­trzy­mał się, ona pod­nio­sła głowę. Spoj­rze­li na sie­bie przez szybę. Wzru­szy­ła ra­mio­na­mi, ge­stem za­pra­sza­jąc do środ­ka.

– Za­wsze pie­kłam – po­wie­dzia­ła. – Nie za­mie­rzam prze­stać.

– Może le­piej być teraz gdzie in­dziej?

– Nie będę uda­wać kogoś, kim nie je­stem.

Kupił bułkę. Gdy usiadł w parku na ławce, go­łę­bie biły się o rzu­co­ne okru­chy z tą samą głu­pią za­cie­kło­ścią co za­wsze. My­ślał o sło­wach pie­kar­ki, potem o balu. W za­pro­sze­niu na­pi­sa­li, że maski są mile wi­dzia­ne. Czy to tylko ele­ment dress code’u, a może gra, w któ­rej na ostat­niej pro­stej trze­ba zdjąć z sie­bie cię­żar wła­sne­go na­zwi­ska, błę­dów, hi­sto­rii, do­świad­czeń i ocze­ki­wań?

Do sio­stry za­dzwo­nił przed po­łu­dniem. Ode­bra­ła po trze­cim sy­gna­le, co było do­brym zna­kiem, bo przez ostat­nie dwa lata zda­rza­ło jej się wcale nie od­bie­rać.

– Je­steś w mie­ście? – za­py­ta­ła za­miast przy­wi­ta­nia.

– Tak. Mogę wpaść?

Chwi­la wa­ha­nia.

– Wpad­nij.

Miesz­ka­ła na czwar­tym pię­trze w ka­mie­ni­cy bez windy. Klat­ka scho­do­wa pach­nia­ła wil­go­cią i go­to­wa­ną ka­pu­stą. Po dro­dze Ro­ma­in minął ko­bie­tę w śred­nim wieku, która scho­dzi­ła z małą wa­liz­ką. Spoj­rze­li na sie­bie krót­ko.

– Jadę do ro­dzi­ców – po­wie­dzia­ła.

– Dobra de­cy­zja.

Jo­an­na otwo­rzy­ła drzwi, zanim zdą­żył za­pu­kać. Sio­stra była bled­sza niż zwy­kle i miała włosy upię­te nie­dba­le, a kilka ciem­nych ko­smy­ków opa­da­ło na twarz. W miesz­ka­niu za­le­ga­ła cisza. Taka, która to­wa­rzy­szy tylko śpią­cym nie­mow­lę­tom. Na ka­na­pie le­ża­ły bu­tel­ki, żółty kocyk i bro­szu­ry ze szpi­ta­la – bez­u­ży­tecz­ne in­struk­cje ob­słu­gi przy­szło­ści. Ro­ma­in usiadł na krze­śle przy oknie. Sio­stra zro­bi­ła her­ba­tę. Przez chwi­lę żadne z nich nic nie mó­wi­ło.

– Co z mamą?

– To, co za­wsze.

Kiw­nę­ła głową. Wzię­ła kubek obu­rącz, jakby chcia­ła się ogrzać, cho­ciaż w sa­lo­nie było cie­pło. Spoj­rzał w stro­nę po­ko­ju dzie­cię­ce­go.

– Jak go na­zwa­łaś?

– Leon.

– Mogę go zo­ba­czyć?

We­szli razem do ma­łe­go po­ko­ju, w któ­re­go cen­trum stało łó­żecz­ko, a w łó­żecz­ku spał chłop­czyk. Ro­ma­in długo wpa­try­wał się w jego spo­koj­ną twa­rzycz­kę i jed­no­cze­śnie my­ślał o sło­wach z e-ma­ila. O tym, że zegar tyka, ale prze­cież zegar tykał za­wsze, tylko wcze­śniej nikt go wy­raź­nie nie sły­szał. Męż­czy­zna przyj­rzał się dziec­ku. Może w in­nych oko­licz­no­ściach w ogóle by go nie po­znał? A może tra­cił wła­śnie szan­sę na zo­sta­nie naj­lep­szym wuj­kiem?

Wy­szedł przed zmro­kiem. Na ze­wnątrz kometa pło­nę­ła już wy­raź­niej, do­mi­nu­jąc nad świa­tła­mi la­tar­ni. Ro­ma­in wsu­nął ręce do kie­sze­ni. Miał plan. Wró­cić do domu, umyć się, za­ło­żyć ko­szu­lę i nie za­kła­dać maski. Jeśli ma to być ostat­ni ta­niec, za­tań­czy go po swo­je­mu. Wcze­śniej mu­siał jed­nak po­że­gnać się z matką.

 

III

 

Stał przy oknie, opie­ra­jąc czoło o zimną szybę. Kometa była już wy­raź­nie wi­docz­na, nawet przez łunę miej­skich la­tar­ni. Przy­po­mi­na­ła oko boga. Wpa­try­wał się w nią przez chwi­lę, a potem od­wró­cił się ku łóżku matki.

Wła­ści­wie to nie ona od­dy­cha­ła. To ma­szy­na wy­ko­ny­wa­ła za nią całą tę mo­zol­ną pracę, mia­ro­wo pom­pu­jąc tlen przez cien­ką rurkę. Twarz ko­bie­ty w pół­mro­ku była nie­na­tu­ral­nie gład­ka. Wie­czor­na ciem­ność za­tar­ła zmarszcz­ki, które przez lata rzeź­bił ból. Wy­glą­da­ła mło­dziej, jakby śmierć, sto­ją­ca już w progu, za­czę­ła ją po­wo­li re­tu­szo­wać, przy­wra­ca­jąc rysy, które Ro­ma­in pa­mię­tał z dzie­ciń­stwa.

Przy­cią­gnął krze­sło. Me­ta­lo­we nogi za­zgrzy­ta­ły o pod­ło­gę. Usiadł i wziął jej dłoń – chudą, z bla­dy­mi ży­ła­mi roz­ga­łę­zio­ny­mi ni­czym rzeki na sta­rej, po­żół­kłej mapie.

– Pa­mię­tasz tę bajkę o gwiezd­nym smoku? Opo­wia­da­łaś mi ją wie­czo­ra­mi, kiedy nie chcia­łem się kłaść i roz­ra­bia­łem. Mó­wi­łaś, że smok mknie przez niebo i po­że­ra nie­grzecz­ne dzie­ci. – Urwał, pa­trząc w okno. – Chyba wszy­scy by­li­śmy cho­ler­nie nie­grzecz­ni, mamo.

Matka nie od­po­wie­dzia­ła. Rzad­ko od­po­wia­da­ła. Cza­sa­mi w nie­wy­tłu­ma­czal­nym przy­pły­wie sił rzu­ca­ła kilka bez­sen­sow­nych zdań i wra­ca­ła tam, gdzie on nie miał wstę­pu. Ro­ma­in sie­dział długo, trzy­ma­jąc jej kru­chą dłoń. My­ślał o mrocz­nej ta­jem­ni­cy, którą nosił w sobie. O tych wszyst­kich no­cach, gdy bu­dził się i przez krót­ką se­kun­dę – zanim pa­mięć w pełni wró­ci­ła na swoje miej­sce – za­po­mi­nał o jej ist­nie­niu. Ta se­kun­da była je­dy­nym mo­men­tem ulgi, gdy na uła­mek chwi­li zrzu­cał z ple­ców cały cię­żar jej cier­pie­nia. Czuł do sie­bie obrzy­dze­nie za tę ulgę, a jed­no­cze­śnie pra­gnął tego bar­dziej niż cze­go­kol­wiek in­ne­go.

Wstał. Ruchy miał po­wol­ne, nie­mal ce­re­mo­nial­ne. Pod­szedł do apa­ra­tu­ry przy ścia­nie. Re­gu­la­to­ry i za­wo­ry, które od mie­się­cy ob­słu­gi­wał z ru­ty­no­wą pre­cy­zją, teraz wy­da­wa­ły się skom­pli­ko­wa­ne. Po­ło­żył dłoń na po­krę­tle butli.

Nie mo­dlił się. Nie wie­dział do kogo. Nie tłu­ma­czył się, bo i przed kim? Był tylko ten ryt­micz­ny dźwięk ma­szy­ny, słaby świst wspo­ma­ga­ne­go od­de­chu i jego wła­sne, przy­spie­szo­ne tętno.

Za­krę­cił zawór.

Ma­szy­na mru­cza­ła jesz­cze przez chwi­lę, a potem wy­da­ła z sie­bie długi, ga­sną­cy syk i umil­kła. Ro­ma­in wró­cił na krze­sło. Po­now­nie ujął matkę za rękę. Jej od­dech sta­wał się rzad­szy, płyt­szy.

Nie pła­kał. Pa­trzył tylko na coraz wol­niej uno­szą­cą się klat­kę pier­sio­wą. Kiedy po­czuł, że jej dłoń stała się cięż­ka w ten spe­cy­ficz­ny, osta­tecz­ny spo­sób, wstał. Po­pra­wił koc, pod­cią­ga­jąc go pod samą brodę.

Zga­sił lamp­kę. Przed wyj­ściem za­trzy­mał się w drzwiach. Przez chwi­lę pa­trzył na syl­wet­kę ko­bie­ty, która dała mu życie.

– Do­bra­noc, mamo.

Wy­szedł, nie oglą­da­jąc się wstecz. Miał na sobie naj­lep­szą ko­szu­lę i zmie­rzał na ostat­ni bal.

 

IV

 

Adres z za­pro­sze­nia pro­wa­dził na obrze­ża mia­sta. Pałac stał na końcu alei, skry­wa­jąc się za wy­so­kim że­liw­nym ogro­dze­niem. Ze­rwa­ny łań­cuch leżał w tra­wie, a brama, choć cięż­ka, ustą­pi­ła z ci­chym ję­kiem. Lokaj w nie­ska­zi­tel­nie bia­łych rę­ka­wicz­kach cze­kał na progu, jakby to był zwy­czaj­ny wto­rek, a nie ostat­ni wto­rek ludz­ko­ści. Ro­ma­in po­ka­zał mu za­pro­sze­nie, ale męż­czy­zna ledwo rzu­cił na nie okiem i ge­stem wska­zał drogę.

Sala ba­lo­wa pło­nę­ła świa­tłem ty­sią­ca świec, które stały w cięż­kich kan­de­la­brach, w krysz­ta­ło­wych ży­ran­do­lach, na ba­lu­stra­dach i ni­skich, bo­ga­to za­sta­wio­nych sto­li­kach. Za­trzy­mał się w progu, mru­żąc oczy przed bla­skiem. Ludzi było może dwu­stu. Ubra­ni z prze­py­chem – ko­bie­ty w dłu­gich suk­niach, czar­nych, kre­mo­wych, czer­wo­nych, a męż­czyź­ni w smo­kin­gach albo fra­kach. Nie­któ­rzy mieli me­da­le na pier­si, inni łzy w oczach.

Or­kie­stra grała walca.

Ro­ma­in schro­nił się pod cie­niem ma­syw­ne­go fi­la­ru. Przy­glą­dał się parom na par­kie­cie. Nie­któ­re twa­rze skry­wa­ły się za ma­ska­mi, inne je przy­po­mi­na­ły ze swo­imi zbyt sztucz­ny­mi uśmie­cha­mi i pu­stym wzro­kiem. Kel­ner prze­mknął obok niego ni­czym duch, nio­sąc tacę. Ro­ma­in wziął kie­li­szek. Wino było cierp­kie.

– Pierw­szy raz na balu?

Stała opar­ta o ko­lum­nę, jakby była jej czę­ścią. Ciem­no­gra­na­to­wa suk­nia opi­na­ła ciało, a jasne włosy, upię­te z non­sza­lanc­ką pre­cy­zją, lśni­ły w bla­sku świec. Twarz zdo­bi­ła maska we­nec­ka z wiel­kim pió­rem.

– Tak bar­dzo to widać?

– Zga­dy­wa­łam. To pew­nie pierw­szy raz więk­szo­ści osób tutaj.

Przez chwi­lę stali obok sie­bie w mil­cze­niu i pa­trzy­li na wi­ru­ją­cy tłum. Dźwię­ki nio­sły się aż pod skle­pie­nie, wy­peł­nia­jąc każdy kąt sali. Kiedy dziew­czy­na za­pro­po­no­wa­ła ta­niec, za­wa­hał się.

– Nie znam walca.

– Nikt tu nie zna. Ale wszy­scy tań­czą.

Miała rację. Na par­kie­cie krę­ci­ło się może pięć­dzie­siąt par i wśród nich nie było ani jed­nej, która po­ru­sza­ła­by się ide­al­nie w takt mu­zy­ki. Ktoś się po­tknął i za­śmiał cicho, ktoś inny przy­dep­tał rąbek sukni part­ner­ki, a star­sza ko­bie­ta w szma­rag­do­wej kre­acji tań­czy­ła sama, z za­mknię­ty­mi ocza­mi i nikt nie pa­trzył na nią z po­li­to­wa­niem.

Ro­ma­in wziął dziew­czy­nę za rękę i za­pro­wa­dził na śro­dek sali. Walc oka­zał się ła­twiej­szy, niż my­ślał, albo to mu­zy­ka była na tyle cier­pli­wa, że wy­ba­cza­ła po­tknię­cia i brak rytmu. Szyb­ko prze­stał li­czyć kroki, za­miast tego sku­pił się na za­pa­chu jej per­fum. Mógł­by je po­lu­bić. Bar­dzo.

– Skąd je­steś? – za­py­ta­ła.

Za­czął mówić, dużo i cha­otycz­nie, a ona od­po­wia­da­ła w po­dob­nym stylu. Wi­szą­ca nad nimi świa­do­mość końca roz­wią­zy­wa­ła ję­zy­ki. Padło kilka zdań o matce, która zo­sta­ła w domu, i o ojcu, któ­re­go od dawna ni­g­dzie nie było. O speł­nio­nych ma­rze­niach i nie­speł­nio­nych am­bi­cjach. O ulu­bio­nych sma­kach lodów, o wscho­dach i za­cho­dach słoń­ca, o sztu­ce i pro­zie życia. Każdy temat był ważny i żaden nie prze­trwał wię­cej niż kilka minut. Od­kry­li, że przez czte­ry lata miesz­ka­li w tym samym mie­ście. Dzie­li­ło ich le­d­wie kilka ulic – wy­star­cza­ją­co mało, aby wpaść na sie­bie pod­czas spa­ce­ru, gdyby tylko los oka­zał się odro­bi­nę ła­skaw­szy.

– Znasz bar Sha­ke­Be­er?

– Cho­dzi­łem tam przy­naj­mniej raz w mie­sią­cu.

Mil­cza­ła przez chwi­lę.

– Ja też.

Pa­trzy­li na sie­bie. Nie było w tym ni­cze­go spek­ta­ku­lar­ne­go, żad­ne­go dra­ma­tycz­ne­go wde­chu, żad­ne­go drże­nia warg. Tylko pełna świa­do­mość, że by­wa­li bli­sko przez lata, od­dzie­le­ni je­dy­nie przez przy­pa­dek i nie­uwa­gę.

– Jak masz w ogóle na imię?

– Ju­liet.

– Ro­ma­in.

 

V

 

Gdzieś po pół­no­cy za­czę­ły pękać po­zo­ry.

Naj­pierw za­mi­go­ta­ły świe­ce. Wszyst­kie naraz, lekko, jakby sala ba­lo­wa wy­da­ła z sie­bie głę­bo­kie, przed­śmiert­ne wes­tchnie­nie. Parę se­kund póź­niej Ro­ma­in po­czuł pod sto­pa­mi drże­nie. Więk­szość par prze­sta­ła tań­czyć, cho­ciaż or­kie­stra grała dalej.

Przy jed­nym ze sto­li­ków męż­czy­zna w śred­nim wieku wstał i pod­szedł do ko­bie­ty w czer­wo­nej sukni. Tej, z którą tań­czył przez cały wie­czór. Przy­klęk­nął przy niej. Ro­ma­in nie sły­szał słów, wi­dział tylko jej twarz – naj­pierw za­sko­cze­nie, potem łzy.

Ka­wa­łek dalej ktoś inny wy­rzu­cał z sie­bie gniew­ne, sy­czą­ce słowa, gwał­tow­nie tnąc po­wie­trze rę­ko­ma. Nie­któ­rzy lu­dzie pró­bo­wa­li w kilka minut do­mknąć ra­chun­ki, któ­rych nie po­tra­fi­li wy­rów­nać przez lata.

– Boję się – po­wie­dzia­ła.  

Spoj­rzał na nią. W bla­sku do­ga­sa­ją­cych świec jej oczy wy­da­wa­ły się nie­na­tu­ral­nie wiel­kie.

– Ja też.

– Ale nie samej śmier­ci. Boję się, że to wszyst­ko nie miało sensu.

Ro­ma­in my­ślał o tym przez chwi­lę. Przed ocza­mi sta­nę­ło mu jego życie. Wzlo­ty i cał­kiem sporo upad­ków.

– To teraz bez zna­cze­nia.

Ju­liet pa­trzy­ła na niego długo. Or­kie­stra za­czę­ła grać no­we­go walca. Wol­niej­sze­go niż po­przed­nie, jakby chcie­li w ten spo­sób za­trzy­mać czas.

– Zo­sta­niesz ze mną do końca?

Nie od­po­wie­dział sło­wa­mi. Za­miast tego uniósł dłoń, palce drża­ły, gdy do­tknął kra­wę­dzi maski. Potem, jed­nym płyn­nym ru­chem ją zdjął. Twarz, która się pod nią skry­wa­ła, była za­ska­ku­ją­co zwy­czaj­na.

Ju­liet nie po­wie­dzia­ła nic, ale w jej spoj­rze­niu od­na­lazł od­bi­cie wła­sne­go stra­chu i spóź­nio­nej na­dziei. Świa­tło świec lekko drża­ło, ale mię­dzy nimi za­pa­no­wał spo­kój. Byli dwoj­giem ludzi sto­ją­cych w oku cy­klo­nu, gdzie wiatr na se­kun­dę prze­sta­je sza­leć. Ko­bie­ta ści­snę­ła mocno jego dłoń, on przy­cią­gnął ją nieco bli­żej. 

 

VI

 

O trze­ciej niebo po­ja­śnia­ło. W sali zro­bi­ło się cie­plej, a za wy­so­ki­mi okna­mi noc za­czę­ła zmie­niać kolor na ośle­pia­ją­cy, nie­na­tu­ral­ny błę­kit, jakby ktoś za ho­ry­zon­tem roz­darł za­sło­nę rze­czy­wi­sto­ści i za­pa­lił dru­gie, zimne słoń­ce. Kilka osób, wie­dzio­nych in­stynk­tem, po­de­szło do szyb, a ich syl­wet­ki stały się czar­ny­mi wy­ci­nan­ka­mi na tle nie­bie­ska­wej po­żo­gi. Inni od­wró­ci­li się tyłem, za­ci­ska­jąc po­wie­ki.

Skrzy­pek w or­kie­strze prze­stał grać na kilka se­kund – smy­czek za­wisł w po­wie­trzu, drżąc razem z dło­nią mu­zy­ka. Potem jed­nak, z ja­ki­miś nie­ludz­kim spo­ko­jem, wró­cił do gry.

Ro­ma­in trzy­mał Ju­liet za ręce. Nie tań­czy­li już. Stali po­środ­ku par­kie­tu, w samym sercu tego umie­ra­ją­ce­go mi­kro­świa­ta. Wokół nich pary za­sty­ga­ły w dziw­nych po­zach – nie­któ­rzy szep­ta­li do sie­bie ostat­nie słowa, inni trwa­li w bez­ru­chu, nie wie­dząc, co zro­bić z dłoń­mi, gdy zie­mia pod sto­pa­mi za­czę­ła pul­so­wać. Drże­nie było już wy­raź­ne, mia­ro­we i ni­skie.

– My­ślisz, że gdzieś tam – za­czę­ła Ju­liet – jest coś jesz­cze? Ja­ki­kol­wiek ciąg dal­szy?

– Nie wiem, ale mam taką na­dzie­ję.

Świa­tło za okna­mi rosło, sta­jąc się białe i gęste. Wy­ma­zy­wa­ło cie­nie, wy­ma­zy­wa­ło barwy sukni i blask or­de­rów. Świe­ce w kan­de­la­brach gasły jedna po dru­giej.

Or­kie­stra grała. Grała coraz gło­śniej, pró­bu­jąc za­głu­szyć grzmot, który sta­wał się coraz sil­niej­szy.

Ro­ma­in pa­trzył na Ju­liet i my­ślał o tym, że przez wiele sobót sie­dzie­li w tym samym barze, roz­dzie­le­ni tylko przez dwa metry po­wie­trza i ty­sią­ce nie­istot­nych myśli.

Po­my­ślał: to wszyst­ko, czego mi bra­ko­wa­ło.

Po­my­ślał: to jest nie­ludz­ko, po­twor­nie nie­spra­wie­dli­we.

Ko­bie­ta opar­ła głowę na jego ra­mie­niu. De­li­kat­nie, z taką na­tu­ral­no­ścią, jakby ro­bi­ła to przez całe życie. Po­wie­trze zro­bi­ło się cięż­kie i go­rą­ce, pach­nia­ło sto­pio­nym me­ta­lem i ozo­nem. Ro­ma­in po­czuł na skó­rze pierw­szy po­wiew fali ude­rze­nio­wej, jesz­cze de­li­kat­ny, nie­mal czuły.

Or­kie­stra grała. Do końca.

Koniec

Komentarze

Co tu dużo mówić :) Pod wrażeniem jestem jak prosta jest to historia, nie ma fantasy, wiedźminów, orków, półorków, pólelfów, póolbrzymów, krasnoludów, półkrasnoludów, świętego Mikołaja i cholera wie czego jeszcze a… się nie nudziłem :)

 

Co było w becie zostaje, w becie zostaje a i zaskoczyłaś mnie tymi ostanimi zdaniami :)

 

Tekst jest prosty a jednocześnie odpowiednio melancholiczny, nie tłumaczysz smutków a je pokazujesz co odpowiednio mnie zmusza do refleksji. 

 

Rozpisałbym się więcej bo czasu brakuje a i nie wyzwanie czas napisać / skończyć:)

 

Mogę tylko powiedzieć Chapeu-Bas. Czy jakoś tak.

 

Podwójny klik :) Z dłuższym komentarzem uzasadniającym tę decyzję, niebawem wrócę ;) (kradzione od Jima)

Koenrad zmruczył oczy. → Co zrobił??? Wiem, że miał kocie oczy, ale chyba nimi nie mruczał. :) // możecie pisać "Melendur"

W domu panowała cisza, której można doświadczyć tylko podczas tych kilku krótkich chwil przed wschodem słońca. Zwiewna, obiecująca dobry dzień.

Ha, myślisz, że zaraz napiszę, jaki tu znalazłem błąd? Żadnego. Podobało mi się. Choć bez “tych” też by mi się podobało.

 

ale jak wiedziało się, gdzie patrzeć, to trudno było przestać. Wzrok wracał do niej sam, tak jak język wraca do bolącego zęba

Też ładne.

 

a ich sylwetki stały się czarnymi wycinankami na tle niebieskawej pożogi.

Jeszcze ładniejsze.

 

omyślał: to jest, czego mi brakowało przez całe życie.

Pomyślał: to jest nieludzko, potwornie niesprawiedliwe.

Kobieta oparła głowę na jego ramieniu. Delikatnie, z taką naturalnością, jakby robiła to przez całe życie

A tu… masz powtórzonko. Błagam, zrób coś z tym, bo to finał.

 

No dobrze… już w “Cienie umierają dwa razy” czułem “coś” szczególnego – dobór słów, budowanie nastroju, metafory, które nie drażnią, tylko wywołują skojarzenia. Przede wszystkim umiejętność wywołania u czytelnika określonego nastroju, utrzymania jego uwagi, przyciągnięcia. Od “Cieni” jeszcze się odrywałem.

Ale przy tym opowiadaniu równie dobrze mógłbym mieć apokalipsę za oknem, a i tak bym jej nie zauważył, bo przeczytałem całość jednym tchem. Zupełnie wsiąkłem w opowiadanie i totalnie miałaś moją uwagę przez trzydzieści minut, Autorko.

 

Motyw tak wyświechtany w literaturze i filmie, że tylko osnowa z niego została. Ale podałaś go prześlicznie i zupełnie oczarowałaś.

 

I na koniec coś zabawnego. Przeglądałem forum. Zajrzałem do nominowalni i pomyślałem właśnie o tym, że bardzo chciałbym zobaczyć tam Twój tekst, i że ucieszyłabyś się z piórka. A chwilę potem natknąłem się na to opowiadanie. 

melendur,

 

raz jeszcze Ci dziękuję, że znalazłeś na szybko czas, aby rzucić okiem na ten twór :)

 

nie ma fantasy, wiedźminów, orków, półorków, pólelfów, póolbrzymów, krasnoludów, półkrasnoludów, świętego Mikołaja i cholera wie czego jeszcze

Nie umiem w klasyczne fantasy, ale jest to jakieś wyzwanie ;)

 

Z dłuższym komentarzem uzasadniającym tę decyzję, niebawem wrócę ;) (kradzione od Jima)

Cieszę się, bo komentarzy nigdy dość wink

 

Podwójny klik :)

heart

 

marzan,

 

Ha, myślisz, że zaraz napiszę, jaki tu znalazłem błąd? Żadnego. Podobało mi się. Choć bez “tych” też by mi się podobało.

Tak, nabrałeś mnie :P ale, ale – usunęłam “tych”, bo minimalizm to dobra rzecz :)

 

 

A tu… masz powtórzonko. Błagam, zrób coś z tym, bo to finał.

Żeby tak się wy*** przed metą ^^ zmieniłam, dzięki!

 

 

No dobrze… już w “Cienie umierają dwa razy” czułem “coś” szczególnego – dobór słów, budowanie nastroju, metafory, które nie drażnią, tylko wywołują skojarzenia. Przede wszystkim umiejętność wywołania u czytelnika określonego nastroju, utrzymania jego uwagi, przyciągnięcia. Od “Cieni” jeszcze się odrywałem.

Ale przy tym opowiadaniu równie dobrze mógłbym mieć apokalipsę za oknem, a i tak bym jej nie zauważył, bo przeczytałem całość jednym tchem. Zupełnie wsiąkłem w opowiadanie i totalnie miałaś moją uwagę przez trzydzieści minut, Autorko.

Bardzo przyjemnie mi to czytać blush “Cienie” ucierpiały podobno na zbyt krótkiej formie, tu jest 2x więcej znaków, więc może dlatego wyszło lepiej. 

 

Motyw tak wyświechtany w literaturze i filmie, że tylko osnowa z niego została. Ale podałaś go prześlicznie i zupełnie oczarowałaś.

Tak, dlatego niektóre fragmenty z tego tekstu przeleżały w mojej prywatnej poczekalni 2-3 lata i niedawno przy odświeżaniu staroci je znalazłam. Leżałyby dłużej, ale zainspirowała mnie pewna piosenka na podstawie pewnego wiersza i potem było już z górki.

 

I na koniec coś zabawnego. Przeglądałem forum. Zajrzałem do nominowalni i pomyślałem właśnie o tym, że bardzo chciałbym zobaczyć tam Twój tekst, i że ucieszyłabyś się z piórka. A chwilę potem natknąłem się na to opowiadanie. 

Dziękuję za klika i nominację blush to zawsze cieszy, ale największą wartością są komentarze i fakt, że ktoś to czyta. A jeśli się podoba, to tylko lepiej :))). Ale fakt, z piórka bym się ucieszyła, bo chcąc dać komuś bibliotecznego klika, nie musiałabym iść do HP cheeky

 

Those who don't believe in magic will never find it

Cześć, 

Jakie to było piękne. Takie proste, bez fajerwerków, a tak chwytające za serce. Poruszyło mnie i pewnie będę o tym myśleć dłuższy czas. I będę sobie wyobrażać tę parę w obliczu końca świata.

Lubię czytać takie czułe opowieści czasem, choć sama ani nigdy bym nie chciała, ani nie umiała takich pisać smiley

Pozdrawiam.

Motyw tak wyświechtany w literaturze i filmie, że tylko osnowa z niego została. Ale podałaś go prześlicznie i zupełnie oczarowałaś.

 

Ten sam motyw wyświetchtany w literaturze i filmie na który ludzie gnają do kin tysiącami a do spotkań autorskich z takimi autorami ustawiają się tłumy :)

 

To co mówilem koleżance na priv ;) Nie trzeba szukać kwadratowych jaj, gdzie ich nie ma, żeby coś dobrze napisać, czasem wystarczy coś znaleść coś prostego, fajnie opakować i czyta sie miło.

 

Koenrad zmruczył oczy. → Co zrobił??? Wiem, że miał kocie oczy, ale chyba nimi nie mruczał. :) // możecie pisać "Melendur"

Wiele osób wyszło, a w zasadzie wybiegło w popłochu na ulicę i dawało upust nagromadzonym emocjom. Wywrócone kosze na śmieci, pęknięte szyby w oknach, rozbite latarnie, dziecko płaczące gdzieś w tle.

Bardzo w tym zestawieniu wandalizmu nie pasuje mi to płaczące, niewinne dziecko.

Nadawca: nieznany.

Tytuł: Bal z okazji Końca Świata.

Czyste czepialstwo, odbierz te słowa bardzo subiektywnie, ale nie znoszę pogrubiania w tekstach. 

Przy zejściu do metra siedział mężczyzna w garniturze, z poluzowanym krawatem, oparty plecami o metalową barierkę.

Mam nadzieję, że linia była zautomatyzowana, bo jak nie, to maszynista musiał naprawdę kochać swoją pracę :D

– Pamiętasz tę bajkę o gwiezdnym smoku? Opowiadałaś mi ją wieczorami, kiedy nie chciałem się kłaść i rozrabiałem. Mówiłaś, że smok mknie przez niebo i pożera niegrzeczne dzieci. – Urwał, patrząc w okno. – Chyba wszyscy byliśmy cholernie niegrzeczni, mamo.

Piękny dialog!

Najpierw zadrżały świece. Wszystkie naraz, lekko, jakby sala balowa wydała z siebie głębokie, przedśmiertne westchnienie. Parę sekund później Romain poczuł pod stopami drżenie.

Powtórzonko bezczelnie się wkradło na bal bez zaproszenia.

 

Czy to jest to opowiadanie do którego zainspirowało Cię moje “Ikhlwa i ihawu”? Jestem ciekawy, który moment tak zadziałał. Ale cieszę się bardzo. I tak, jest tu wyczuwalne “więcej żalu”, które lubię. A udało Ci się nie przesadzić, jest w punkt.

Opowiadanie prowadzone jest świetnie – powoli, a wciąga. Te z pozoru nieistotne rzeczy, jak szybkie odwiedziny u siostry dodają głębi i znaczenia. Bardzo mi się podobały wstawki zarówno z mamą, jak i ta z kościoła. Szkoda w sumie, że nie dodałaś jakiegoś jedno-dwuzdaniowego wspomnienia z mamą przed wyłączeniem aparatury. Ale pozytywnego. Ta myśl o zajmowaniu się nią i poranną, sekundową ulgą trafiła, ale zabrakło mi jakiegoś kontrastu do tego.

Bal nie jest najdłuższą częścią, ale udało Ci się to fajnie zbalansować, żeby utrzymać moją uwagę do końca i nie przesadzić. Byłem pewien, że zakończysz to pocałunkiem przed samym uderzeniem asteroidy, ale na szczęście nie poszłaś w tym kierunku. Bo to nie jest romans (może i o miłości też, ale nie romans), przynajmniej moim zdaniem, a tekst o czasie, którego nie wykorzystaliśmy. O godnym końcu, konfrontacji z nim. O relacjach, które mogły być inne, albo po prostu być.

Ale najbardziej ruszyła mnie jednak ta niesprawiedliwość – matka, która w sumie już nie żyje, siostrzeniec, który dopiero miał zacząć żyć. Jak to sama napisałaś na początku tekstu – “Każdemu po równo, ale nie było mowy o sprawiedliwości”. Daje do myślenia.

Największym minusem jest pewnie powtarzalność schematu, nie przeszkadzało mi to, ale mogłaś dodać jakiś detal, który dodałby coś świeżego, szczególnie na początku historii. Zgrzytnęło mi też to zaproszenie na bal, każdy je dostał? 

No i może przekaz jest momentami zbyt czytelny, wręcz wciśnięty czytelnikowi. Brakuje mi miejsc, gdzie sam sobie mogłem coś dopowiedzieć, albo dłużej pomyśleć. Ale to też subiektywne, bo ja za to często zawijam. :D Ciężko złapać ten balans.

Nie zmienia to faktu, że tekst czytało mi się wyśmienicie, jest emocjonalny, bardzo dobrze napisany (kolejny raz muszę pochwalić opisy), refleksyjny. W moim odczuciu zasługuje na uwagę Loży, więc chętnie dobiję do nominacji. Gratuluję udanego tekstu.

Pozdrawiam.

 

You cannot petition the Lord with prayer!

Czuć jakość. W mojej ocenie świetnie napisane. 

 

Od początku czytania zastanawiałem się kto by w takiej sytuacji poszedł do “roboty” (przykładowo kamerzysta, bo reportera bardziej rozumiem), ale piekarka mnie na chwilę uspokoiła. Na koniec zastanowił mnie jednak znowu lokaj. Z drugiej strony różni są ludzie. 

Pomyślał: to jest to, czego mi brakowało. – tu mi dopiero zawyrcało, ale nie wiem czy mam racjęindecision

Witaj. :)

Ze spraw technicznych nie mam pewności, czy ten przecinek nie jest zbędny:

Wisząca nad nimi świadomość końca, rozwiązywała języki.

I jeszcze nieco zgrzyta mi nieco ta końcówka:

Pomyślał: to jest, czego mi brakowało.

 

Idealnie pokazałaś zwyczajne podejście do niezwykłej przyszłości, zbliżającej się szybkimi krokami. :) Niebywale dramatycznie wygląda tu każdy bohater, każdy los, każde pogrzebane plany i marzenia. Zakończenie piorunujące. :)

Uwspółcześnieni Romeo i Julia są równie tragicznymi postaciami, jak w słynnym dziele Szekspira. Tu także największą tragedią jest dla nich brak czasu na rozwinięcie skrzydeł łączącej ich, prostej i dobrej miłości. 

 

Pozdrawiam serdecznie, podwójny klik, powodzenia. :) 

Pecunia non olet

UnaBomba,

 

Hej, cieszę się, że do mnie zajrzałaś i że ta wizyta była udana! blush

 

Lubię czytać takie czułe opowieści czasem, choć sama ani nigdy bym nie chciała, ani nie umiała takich pisać

Tak, nasze pisanie się trochę różni, ale to jest właśnie piękne na tym forum, że mamy tutaj taką mieszankę tekstów i każdy znajdzie coś dla siebie :))

 

MichaelBullfinch,

 

czyżbyś niedawno obchodził urodziny? Dotychczas wydawało mi się, że masz 27 lat ;) Jeśli tak, to wszystkiego dobrego!

 

 

Bardzo w tym zestawieniu wandalizmu nie pasuje mi to płaczące, niewinne dziecko.

Jest tam dla kontrastu, zobaczę, czy ktoś jeszcze podniesie ten argument.

 

Mam nadzieję, że linia była zautomatyzowana, bo jak nie, to maszynista musiał naprawdę kochać swoją pracę :D

To akurat nie maszynista, ot ktoś, kto odebrał sobie życie w zwykły wtorek. Ale może zastąpię zejście do metra parkową ławką, żeby nie budziło takich skojarzeń.

 

Powtórzonko bezczelnie się wkradło na bal bez zaproszenia.

Racja, zmienione!

 

Czy to jest to opowiadanie do którego zainspirowało Cię moje “Ikhlwa i ihawu”?

W zasadzie… nie :) Spodobał mi się pomysł mieszania doświadczeń podróżniczych z fantastyką. Słusznym argumentem było też to, że w naszych tekstach rzadko sięgamy do nietypowych krajów i miejsc. Moim pomysłem było więc opko osadzone w Dhace, bo miałam okazję kilka razy odwiedzić Bangladesz i wywarł na mnie spore, chociaż raczej negatywne, wrażenie. Jest zarys, są elementy fantasy, jest parę fragmentów, ale na razie idzie do szuflady, bo czegoś tam brakuje.

 

I tak, jest tu wyczuwalne “więcej żalu”, które lubię

Ale fakt, uwaga z “Mostu” dała mi do myślenia i w tym tekście starałam się, aby emocje wybrzmiały lepiej.

 

Szkoda w sumie, że nie dodałaś jakiegoś jedno-dwuzdaniowego wspomnienia z mamą przed wyłączeniem aparatury. Ale pozytywnego. Ta myśl o zajmowaniu się nią i poranną, sekundową ulgą trafiła, ale zabrakło mi jakiegoś kontrastu do tego.

1-2 zdania to nie jest dużo, pomyślę, czy da się coś takiego wsadzić.

 

Zgrzytnęło mi też to zaproszenie na bal, każdy je dostał? 

Hmm, pomyślę, jak to ograć.

 

No i może przekaz jest momentami zbyt czytelny, wręcz wciśnięty czytelnikowi. Brakuje mi miejsc, gdzie sam sobie mogłem coś dopowiedzieć, albo dłużej pomyśleć. Ale to też subiektywne, bo ja za to często zawijam. :D Ciężko złapać ten balans.

Tak, trudno znaleźć złoty środek, pewnie trafią mi się jeszcze teksty, gdzie przekaz będzie delikatniejszy i nie wybrzmi.

 

W moim odczuciu zasługuje na uwagę Loży, więc chętnie dobiję do nominacji. Gratuluję udanego tekstu.

Dziękuję za dwa kliczki heart

 

tlok303,

 

hej, chyba nie mieliśmy jeszcze okazji wpaść na siebie na forum. Dzięki za zajrzenie do mnie!

 

Od początku czytania zastanawiałem się kto by w takiej sytuacji poszedł do “roboty” (przykładowo kamerzysta, bo reportera bardziej rozumiem), ale piekarka mnie na chwilę uspokoiła. Na koniec zastanowił mnie jednak znowu lokaj. Z drugiej strony różni są ludzie. 

Starałam się właśnie pokazać, że reakcje mogą być przeróżne. Część osób, dla których praca to sens istnienia albo misja, działałaby do końca. Część miałaby to już gdzieś.

 

Wskazany fragment poprawiłam, dzięki!

 

bruce,

 

przecinek chyba zbędny, poprawiam :) Wskazany fragment również.

 

Uwspółcześnieni Romeo i Julia są równie tragicznymi postaciami, jak w słynnym dziele Szekspira.

Trochę się wahałam, czy te imiona nie będą zbyt dużym banałem, ale niech jest jak jest :)

 

Pozdrawiam serdecznie, podwójny klik, powodzenia. :) 

Dziękuję! heart

 

 

 

Those who don't believe in magic will never find it

To ja bardzo dziękuję. :) Uwrażliwiłaś Portal jeszcze mocniej dzięki tak świetnemu opowiadaniu. heartkiss

Pecunia non olet

To ja bardzo dziękuję. :) Uwrażliwiłaś Portal jeszcze mocniej dzięki tak świetnemu opowiadaniu. heartkiss

heartheart

Those who don't believe in magic will never find it

Hejka!

Przeczytałam i muszę przyznać, że opowiadanie zrobiło na mnie duże wrażenie, chociaż jest dość spokojne. Klimat końca świata, ale takiego cichego, bez paniki, bardziej takie: wszyscy wiedzą, że to już koniec i jakoś się z tym godzą, jest dość niepokojące, ale to dzięki temu wciągałam się w tekst coraz bardziej.  

Chyba najtrudniejszy w całym opowiadaniu, ale też najbardziej prawdziwy był motyw z matką. Kobieta właściwie od początku jest pokazana jako ktoś, kto już trochę jest poza światem, leży, nie ma z nią normalnego kontaktu, wszystko zależy od maszyn i w tym całym końcu świata ona jakby już i tak jest „na końcu” wcześniej niż reszta.

Sam pomysł balu bardzo mi się podobał, maski, muzyka, ludzie tańczący jakby to był normalny wieczór, mimo że wiadomo, że to ostatnie chwile. Jedynie Juliet trochę mniej do mnie przemówiła, miałam wrażenie, że jest bardziej symboliczna niż prawdziwa, ale nie psuło to jakoś mocno całości.

Po przeczytaniu zostaje taki dziwny spokój i smutek jednocześnie.

Pozdrawiam i chętnie nominuję!

Nie ma ucieczki od mroku, jeśli to on sam prowadzi twoje kroki.

Hej, OldGuard, wpadam sobie na chwilkę, a tu takie cudeńko! :)

Pyszna lektura, potrafisz przytrzymać czytelnika przy tekście! :)

Przez pierwszą połowę miałam wciąż przed oczami film “Tylko nie patrz w górę”. Trochę o czym innym, wiadomo, ale katastroficzność też była tam tylko pretekstem do przyjrzenia się ludzkości. Potem pomyślałam, że to trochę tak, jak ktoś dowiaduje się, że umie i zostało mu dwa dni życia, tylko tutaj dotyczy to wszystkich. I ta perspektywa powala również dlatego, że nie będzie nikogo, kto będzie nas pamiętał, nikogo kto będzie dalej żył, i chyba wówczas tym trudniej jest odejść. Bo nawet, jeśli jest coś po drugiej stronie, to po tej już nic nie będzie. 

Twój tekst to katastrofa złagodzona mitem Romea i Julii, miłości ponad wszystko, której wprawdzie nie ma w tekście, ale istnieje przez samo przywołanie imion. Miłości, która się nie zdarzyła, choć tyle razy mogła. Jest w tym coś bardzo prawdziwego, jakaś istota naszego życia, jej sedno. 

Ciekawe, że tak bardzo opowiadanie wchodzi nam pod skórę. 

Co oczywiście świadczy o jego niezaprzeczalnej wartości. Klikam dwoma łapkami! 

Pozdrawiam wiosennie i idę myśleć nad piórkiem! :)

betweenthelines,

 

cześć, dzięki za wizytę! 

 

Chyba najtrudniejszy w całym opowiadaniu, ale też najbardziej prawdziwy był motyw z matką.

Dopisałam go na końcu i nie byłam przekonana do niego praktycznie do ostatniej chwili. 

 

Jedynie Juliet trochę mniej do mnie przemówiła, miałam wrażenie, że jest bardziej symboliczna niż prawdziwa, ale nie psuło to jakoś mocno całości

Mogę się z tym w pewnym sensie zgodzićm bo ona wskakuję w drugiej połowie tekstu i pewnie można by ją rozbudować. Z drugiej strony całość jest zza pleców Romaina i dowiadujemy się o niej tyle co on, więc ta symboliczna rola pasuje w takim kontekście. Cieszę się, że jednak nie psuło to odbioru :)

 

Pozdrawiam i chętnie nominuję!

heart

 

JolkaK,

 

cieszę się, że ostatnio dość często do mnie zaglądasz :D

 

Przez pierwszą połowę miałam wciąż przed oczami film “Tylko nie patrz w górę”

Tak, to był m.in. powód, dla którego niektóre fragmenty przeleżały w wirtualnej szufladzie parę lat, bo uznałam, że motyw jest już za bardzo ograny. Ale przez ten misz-masz Romea i Julii w obliczu zagłady mogłam sobie po nie znów sięgnąć.

 

Klikam dwoma łapkami! 

Pozdrawiam wiosennie i idę myśleć nad piórkiem! :)

Dziękuję za klika i miły komentarz heart Pozdrawiam również, chociaż w moich rejonach wiosna nie chce się rozkręcić 

 

 

 

Those who don't believe in magic will never find it

czyżbyś niedawno obchodził urodziny? Dotychczas wydawało mi się, że masz 27 lat ;) Jeśli tak, to wszystkiego dobrego!

Racja, bardzo dziękuję heart

Jest tam dla kontrastu, zobaczę, czy ktoś jeszcze podniesie ten argument.

Zgodziłbym się, gdyby poprzednie zdanie nie brzmiało: “Wiele osób wyszło, a w zasadzie wybiegło w popłochu na ulicę i dawało upust nagromadzonym emocjom”. Ale to tylko sugestia, po prostu w tak dopieszczonym tekście czepiam się na siłę.

To akurat nie maszynista, ot ktoś, kto odebrał sobie życie w zwykły wtorek. Ale może zastąpię zejście do metra parkową ławką, żeby nie budziło takich skojarzeń.

Tak, tak, nie doprecyzowałem. Chodziło mi o sam fakt, że w takiej sytuacji bohater przemieszcza się metrem, więc o ile nie było zautomatyzowane, to jakiś maszynista musiał naprawdę kochać pracę :D Nie odebrałem człowieka w garniturze jako maszynisty, spokojnie. 

Moim pomysłem było więc opko osadzone w Dhace, bo miałam okazję kilka razy odwiedzić Bangladesz i wywarł na mnie spore, chociaż raczej negatywne, wrażenie. Jest zarys, są elementy fantasy, jest parę fragmentów, ale na razie idzie do szuflady, bo czegoś tam brakuje.

No to czekam aż w końcu szufladę opuści!

 

Pozdrawiam jeszcze raz i powodzenia przy głosowaniu! 

You cannot petition the Lord with prayer!

Cześć,

To bardzo dobre opowiadanie. Wciągnęło mnie od pierwszych zdań i utrzymało uwagę do samego końca. Ciekawiło mnie, czym jest ów bal i co się tam wydarzy – i choć trochę się zawiodłem, że ostatecznie nic się nie wydarzyło, całość i tak wypada bardzo dobrze.

Podoba mi się, że skupiasz się na jednej postaci, zamiast na ludzkości jako całości.

Fragmenty z wizytą u siostry, u pani w piekarni czy z matką są poruszające.

Gratuluję bardzo dobrego tekstu.

Pozdrawiam

rr

MichaelBullfinch,

 

wezmę sobie te uwagi do serca i pomyślę nad nimi przez weekend z czystszym umysłem :)

 

Pozdrawiam jeszcze raz i powodzenia przy głosowaniu! 

Dziękuję i wzajemnie! heart

 

Robert Raks,

 

zawsze, gdy widzę Twój nick, nuci mi się “Autobiografia” ;)

 

Ciekawiło mnie, czym jest ów bal i co się tam wydarzy – i choć trochę się zawiodłem, że ostatecznie nic się nie wydarzyło, całość i tak wypada bardzo dobrze.

To prawda, chociaż nie można powiedzieć, żeby było bez fajerwerków. Czy tam jednego, potężnego fajerwerku.

 

Dziękuję za wizytę i miły komentarz! 

 

Those who don't believe in magic will never find it

Dobra, mam chwilę to dam dłużej.

 

 

Dlaczego zgłaszam do piórka, bo?

 

Nie odkrywasz koła na nowa, nie szukasz kwadratowych jaj, ma prostą konstrukcję i tak w krótkim tekście pokazałaś a nie opisałaś tragedię gościa który został pozostawiony w bardzo beznadziejnej z pozoru sytuacji. Pokazujesz nieuchronność sytuacji – śmierć matki, tragedię niedawno narodzonego dziecka i zaraz potem Romain odcina aparaturę matce. Kurde, sam chciałbym w tak kompaktowy sposób powkładać do tekstu taką kontrukcję w taki sposób.

 

Już na wstępie poczułem atmosferę dekandencji, potem przeszło przez melancholię. Idealnie na parze pokazałaś pięknie pewien żal który nawet sie udzielił mnie, że to koniec a jednocześnie ciągle czułem tę nieuchronność. Oczywiście mówię o tym fragmencie poznania Romain’a i Juliet. NIe opisując przy tym trzech akapitów, a jednym akapitem mówiącym wszystko. To chyba najmocniejszy fragment całej opowieści, gdzie poczułem ten żal, że tak to się kończy :)

 

Paradoksalnie romansideł nie lubię, ale jak melodramat jest podszyty odpowiednim sosem, jest dodatkiem, a tutaj tak jest i on wzbogaca co wymawia przez ten tekst – czyli nieuchronną katastrofę i koniec świata, to jest świetny dodatek bo pokazuje co by było gdyby, a i tak sie nie spełni. Świetnie to wydobyłaś.

 

Natomiast to co jest najważniejsze – co często też pisałem na wattpadzie niektórym – ksiązka jest od emocji. Ma wzbudzac emocje. Ale nie podawaj ich łopatą :]

 

Ale ty zrobiłaś w tej kwestii to, do czego sam dążę – show not tell. Zrobiłaś to świetnie.

 

Rzadko kiedy takie rzeczy piszę, ale też rzadko kiedy miałem okazje betować mam nadzieje piórkowy tekst ;)

 

Ale parafrazując nieśmiertelnego jerrego rainera, wszyscy jesteśmy zaledwie początkujacymi pisarzami, to w sumie się zastanwiam czy kwestia piekarni miała jakieś znaczenie :) W sumie spełnia to rolę tego, ze piekarka po prostu robi to co robiła zawsze w obliczu tragedii i co ma robić jak robiła to całe życie, ale …. mogło by by też tego nie być.

 

Generalnie – zazdro sposobu jak to opakowałaś, świetna robota :)

 

 

p.s

 

ale i tak uważam, że diuk i whintehorn był spoko :) 

 

Koenrad zmruczył oczy. → Co zrobił??? Wiem, że miał kocie oczy, ale chyba nimi nie mruczał. :) // możecie pisać "Melendur"

melendur,

 

hej, dzięki, że wróciłeś z rozbudowanym komentarzem. Lubię takie!

 

Kurde, sam chciałbym w tak kompaktowy sposób powkładać do tekstu taką kontrukcję w taki sposób.

Umniejszasz sobie, w Twoich tekstach widzę sporo potencjału, mówiłam Ci już, że jak wyjdziesz z ram wiedźminowskich, to najpewniej rozwiniesz skrzydła, na co czekasz. Ale mimo wszystko bardzo dziękuję blush

 

To chyba najmocniejszy fragment całej opowieści, gdzie poczułem ten żal, że tak to się kończy :)

Tak, też mi szkoda, że nie mieli happy-endu, ale gdyby był, nie mielibyśmy Romea i Juliet. A nieszczęśliwa miłość porusza też bardziej jakieś struny.

 

Paradoksalnie romansideł nie lubię, ale jak melodramat jest podszyty odpowiednim sosem, jest dodatkiem, a tutaj tak jest i on wzbogadza co wymawia przez ten tekst

Ja też. Mało tego romansu w moich tekstach, ale staram się wychodzić poza swoje schematy, dlatego w kolejnym będzie więcej luzu i humoru (przynajmniej ja to tak widzę, a czy to odpowiednio wybrzmi, zobaczymy :))

 

Rzadko kiedy takie rzeczy piszę, ale też rzadko kiedy miałem okazje betować mam nadzieje piórkowy tekst ;)

Dziękuję! I raz jeszcze dzięki za błyskawiczną betę, bo była bardzo wartościowa.

 

czy kwestia piekarni miała jakieś znaczenie :) W sumie spełnia to rolę tego, ze piekarka po prostu robi to co robiła zawsze w obliczu tragedii i co ma robić jak robiła to całe życie, ale …. mogło by by też tego nie być.

Tak, obeszłoby się, ale jest tam przede wszystkim, aby uwiarygodnić ludzi, którzy w obliczu końca nadal wykonują swoją pracę. Podejrzewam, że duża część osób po prostu by rzuciła wszystko w cholerę, ale dla innych praca jest na tyle istotną częścią życia/misją, że trwaliby na posterunku do końca. 

 

ale i tak uważam, że diuk i whintehorn był spoko :) 

Być może w jednym i drugim nie powiedziałam ostatniego słowa. Zakończenia są tam na tyle otwarte, że można do tego wrócić.

 

Dzięki za rewizytę! heart

Those who don't believe in magic will never find it

Trochę sparafrazuję komentarze, które sam otrzymałem przy opowiadaniu “Spleć z głosów kwiat piekielny”. Otóż nie wszystko mi tutaj zagrało i pewne rzeczy bym poprawił/zmienił.

Tylko po co?

Wyszło świetnie, trafiło idealnie w mój gust, i choć widzę podobieństwa do kilku filmów katastroficznych, styl i przekazane emocje są same w sobie nagrodą dla czytelnika. Scena z matką i sam bal na pewno lepsze niż początek, ale nie schodzisz poniżej poziomu “bardzo dobre”. Klikam i nominuję.

Zanais,

 

wow, sprawiłeś mi sporą niespodziankę samą tą wizytą, bo nie wiedziałam, że jeszcze zaglądasz na forum. A komentarz, klik i nominacja to wisienka (a w zasadzie wisienki) na torcie. Dzięki wielkie, doceniam! blush

 

Trochę sparafrazuję komentarze, które sam otrzymałem przy opowiadaniu “Spleć z głosów kwiat piekielny”.

Szkoda, że opko zniknęło z forum, bo chyba nie miałam okazji się z nim zapoznać, a nadrobiłabym. Chyba, że jest w którejś z poprzednich antologii piórkowych? 

 

 

Those who don't believe in magic will never find it

Bo ogólnie nie zaglądam, ale czasem przy śniadaniu sobie spojrzę, jeszcze rzadziej przeczytam, a komentarz i nominację robię chyba pierwszy raz od kilku lat… Więc widzisz, jak mi się spodobało :)

 

Jest w Fantastycznych Piórach 2021, więc możesz pobrać i przeczytać :)

No ładne, choć nie urzekło tak jak “Studnia…” Jeśli czegoś mi zabrakło, to tła apokaliptycznego, jakie by się musiało dziać wokół bohatera, na ulicach, rozpaczających ludzi itp. A tak jest tylko romantyczne, no ale może tak miało być, nie marudzę więcej. Daję brakującego (chyba?) kliczka.

Zanais,

 

 komentarz i nominację robię chyba pierwszy raz od kilku lat… Więc widzisz, jak mi się spodobało :)

Jakkolwiek nie skończy to opowiadanie po wizycie Lożan, to już sam ten fakt poczytuję sobie jako sukces :)))

 

Jest w Fantastycznych Piórach 2021, więc możesz pobrać i przeczytać :)

Zgrałam, rzuciłam okiem na kilka pierwszych zdań i jednak czytałam, ale odświeżę sobie całość i tak!

 

Agroeling,

 

cieszę się, że wpadłeś pod kolejne opowiadanie :)

 

choć nie urzekło tak jak “Studnia…”

Cieszę się, że “studnia” tak się spodobała, bo mam motywację, aby napisać dalszą część :)

 

Jeśli czegoś mi zabrakło, to tła apokaliptycznego, jakie by się musiało dziać wokół bohatera, na ulicach, rozpaczających ludzi itp.

Hmm, jest – są m.in obrazki zniszczonych ulic (zarówno w pierwszym, jak i drugim fragmencie), jak i wzmianki o szukaniu pocieszenia/ratunku w Bogu. Może rzeczywiście mało i wypadałoby ten chaos podkręcić, ale potraktowałam to bardziej jako tło, a całość jest głównie o emocjach.

 

Daję brakującego (chyba?) kliczka.

A dziękuję bardzo, faktycznie jeszcze jednego brakowało! :)

Those who don't believe in magic will never find it

Hmmm. Mam zagwozdkę.

Z jednej strony tekst ładnie napisany. Z drugiej – taki spokojnie obyczajowy. Asteroida niszczy świat, ale ratuje fantastykę.

Bardzo rodzinna i intymna ta Twoja zagłada. Owszem, jakiś tam sklep płonie i widać odrobinę wandalizmu na ulicach. Ale poza tym życie toczy się do końca. Dziennikarze pracują, elektrownie też, nawet pani w piekarni.

Fajne jest to, że pokazujesz różne aspekty żegnania się ze światem – tu siostra, tam matka, gdzie indziej niezrealizowana miłość.

Ciekawe, kto zorganizował ten bal.

Tekst może skłaniać do refleksji. Jak to jest, kiedy każdy wie, że umrze, ale nikt nie przejmuje się pisaniem testamentów?

Mam nadzieję, że udałoby się coś zrobić z taką asteroidą, żeby odpowiednio wcześnie zmienić jej tor. W odróżnieniu od dinozaurów mamy spore mózgi i dużo narzędzi.

A właśnie – dinozaury wymierały długo. Dlaczego dla ludzi to ma być szybciutko? Aż taki wielki kawał kamienia ma nas walnąć, że całą planetę szlag trafi na miejscu?

Po długim namyśle, ale będę na TAK, czyli.

Babska logika rządzi!

Finkla,

 

nie spodziewałam się Ciebie tak szybko z oceną :)

 

Asteroida niszczy świat, ale ratuje fantastykę.

Jeszcze smok mignął ;)

 

Ciekawe, kto zorganizował ten bal.

Pewnie jakiś bogacz, który nie miał się jak ewakuować, więc w ramach kaprysu zorganizował bal.

 

Tekst może skłaniać do refleksji. Jak to jest, kiedy każdy wie, że umrze, ale nikt nie przejmuje się pisaniem testamentów?

Pewnie w głównej mierze depresyjnie, ale może właśnie wtedy ktoś spełniłby dawno odkładane marzenie? Tylko w sumie po co, skoro nie będzie miał okazji tego wspominać? Chyba jedynie dla samego “tu i teraz”.

 

Mam nadzieję, że udałoby się coś zrobić z taką asteroidą, żeby odpowiednio wcześnie zmienić jej tor. W odróżnieniu od dinozaurów mamy spore mózgi i dużo narzędzi.

Ja też, ale mam nadzieję, że nie przyjdzie nam się o tym przekonać.

 

Dlaczego dla ludzi to ma być szybciutko?

Dla fabuły :)

 

Po długim namyśle, ale będę na TAK, czyli.

Czyli coś w tych polskich przysłowiach jest, skoro “do trzech razy sztuka” się sprawdziło ;)

 

Dzięki! smiley

 

Those who don't believe in magic will never find it

nie spodziewałam się Ciebie tak szybko z oceną :)

Dlaczego nie? Byłabym wcześniej, ale piątunio to ten jedyny dzień w tygodniu, kiedy po robocie na ogół już nigdzie nie lecę, więc udało się nie zasnąć wkrótce po powrocie do chaty.

Babska logika rządzi!

Piątki powinny być zdecydowanie częściej ;) 

Those who don't believe in magic will never find it

Święte słowa! :-)

Babska logika rządzi!

Opowiadanie bardzo ładne. Wizja końca świata przywodzi na myśl Tytanica i to chyba zamierzony efekt. 

Czooołemm Stara Gwardio!

Żeby nie było, że jestem goniącym sensację, tekst dałem “do przeczytania” zanim zrobił aż taki szum. A że “do przeczytania” to nie “przeczytane”, cóż…

 

Mi się ta asteroida z “Blaskiem fantastycznym” Prachetta skojarzyła, ale nie wiem dlaczego. Chyba tylko przez to, że jest asteroida XD. Nikt nie mówił, że skojarzenia muszą mieć sens. Może też dlatego do samego końca podejrzewałem, że cała ta asteroida to jednak przekręt skorumpowanych korporacji i ktoś to przez przypadek ujawni lub odkręci…

 

Baaardzo fajne metafory. Np.:

Wyszedł z kościoła przed końcem mszy, bo czuł się jak intruz na cudzym pogrzebie.

Miasto wyglądało, jakby ktoś spuścił z niego powietrze.

Asteroida była już wyraźnie widoczna, nawet przez łunę miejskich latarni. Wyglądała jak oko boga.

Wyglądała młodziej, jakby śmierć, stojąca już w progu, zaczęła ją powoli retuszować, przywracając rysy, które Romain pamiętał z dzieciństwa.

Niby proste, ale użyte w dobrym momencie, łączące nieoczywiste elementy.

 

Emocjonalny tekst. Poruszający, dlatego, że bardzo obrazowo napisany. Delikatna nutka rozczarowania wynika z tego, że nie zaserwowałaś żadnej emocji, której bym się nie spodziewał po pierwszym akapicie i tytule. Nie zrozum źle, nie zarzucam “tanich emocji”.

 

Gratuluję, bo naprawdę udanie połączyłaś emocje z obrazami. No mogłem się poczuć jak członek tego wszystkiego i zadać sobie te same pytania co bohater.

 

Pozdrawiam!

I rzekł Pan: umieścisz cztery “e” w “beeeecki”. Ani mniej ani więcej. Nie umieścisz trzech “e” ani “pięciu “e”. Dwa są wykluczone. I Pan uśmiechnął się, a lud spożywał owce i leniwce, karpie i sardele, orangutany i płatki śniadaniowe i nietoperze...

Cześć,

 

To jest jedno z tych bardzo niewielu opowiadań, o których nie wiem co napisać. Nie wiem, dlatego, że nie umiem pisać o uczuciach. Opis syna zajmującego się matką po prostu rozwalił mnie na kawałki. Musiałem zrobić sobie przerwę w czytaniu i odejść od kompa na kilka minut. A najlepsze jest to, że napisałaś te sceny bez jednego fajerwerku, bez efekciarstwa, bez ozdobników. Bardzo prosta, stonowana narracja. To nie jest poziom forumowy, to się powinno wydać i to dla szerokiej publiki. 

 

Romain patrzył na Juliet i myślał o tym, że przez wiele sobót siedzieli w tym samym barze, rozdzieleni tylko przez dwa metry powietrza i tysiące nieistotnych myśli.

zdanie – perełka, zostanie ze mną na długo

 

Dzięki za to opowiadanie. 

 

M.

Jestem bandzior! Świr! Sadysta! Niepoprawny optymista!

CZARNA2,

 

dziękuję! Tak, parę zdań (i data publikacji) nawiązują do Titanica, bo motyw orkiestry grającej do końca był tam chyba najsilniejszy.

 

beeeecki,

 

Żeby nie było, że jestem goniącym sensację, tekst dałem “do przeczytania” zanim zrobił aż taki szum.

Zrobił szum mówisz? :P Nie postrzegam tego tak, bo raczej w liczbie wizyt mieści się w portalowej normie, ale jeśli ten szum ma przyciągnąć nowych czytających, to bardzo się cieszę, bo o to w końcu chodzi na forum :)

 

Może też dlatego do samego końca podejrzewałem, że cała ta asteroida to jednak przekręt skorumpowanych korporacji i ktoś to przez przypadek ujawni lub odkręci…

Ciekawy pomysł, nie wpadłabym na to ;)

 

Baaardzo fajne metafory. Np.:

Dziękuję! Zauważyłam przy okazji, że nadużywałam tam “wygląda”, więc jedno podmieniłam :)

 

Delikatna nutka rozczarowania wynika z tego, że nie zaserwowałaś żadnej emocji, której bym się nie spodziewał po pierwszym akapicie i tytule. Nie zrozum źle, nie zarzucam “tanich emocji”.

Rozumiem, nie było w końcu żadnego twistu, który miałby przełamać schemat, ale też nie miało go być. Całość miała mieć wydźwięk refleksyjny.

 

Dzięki za wizytę!

 

MordercaBezSerca,

 

Cześć, cieszę się, że wpadłeś!

 

Opis syna zajmującego się matką po prostu rozwalił mnie na kawałki. Musiałem zrobić sobie przerwę w czytaniu i odejść od kompa na kilka minut.

Czyli nick to jednak droczenie się z użytkownikami, bo skoro ten kawałek poruszył, to jednak “Morderca” ma serce ;)

 

To nie jest poziom forumowy, to się powinno wydać i to dla szerokiej publiki. 

Dziękuję! Bardzo miło czytać coś takiego w poniedziałkowy poranek blush

 

Do zobaczenia pod innymi tekstami!

Those who don't believe in magic will never find it

Czyli nick to jednak droczenie się z użytkownikami, bo skoro ten kawałek poruszył, to jednak “Morderca” ma serce ;)

Prawdziwy morderca nie ma serca. Prawdziwy morderca ma… pompę paliwową ;D 

Jestem bandzior! Świr! Sadysta! Niepoprawny optymista!

Cześć, OldGuard!

Bardzo solidne opowiadanie. Znana historia, ale ukazałaś przekrój prawdopodobnych reakcji społecznych chyba z większą lekkością i trafnością niż cokolwiek podobnego, co czytałem. Zresztą widać, choćby po imionach bohaterów, że utwór celowo pogrywa z różnymi kontekstami, nie dystansuje się od nich. Jednocześnie za pośrednictwem tej apokaliptycznej wizji mówisz coś o codzienności, taki sposób przekonywania do brania spraw w swoje ręce i aktywnego korzystania z życia, na ile komu umożliwiają to inne zobowiązania, może mi się podobać, nie razi tanim dydaktyzmem.

Przypomniałem sobie, jak kiedyś czytałem anegdotę o pacjencie, który był na profilaktycznym badaniu USG i technik stażysta ucieszył się głośno, że widzi prostatę (znalezienie zdrowej prostaty nie jest, nomen omen, proste). A ten delikwent uznał to za wyrok, przemodelował swoje życie dość radykalnie, zaczął spełniać różne marzenia, po paru tygodniach wrócił zapytać, czy to umieranie będzie bardzo bolało, i usłyszał, że jego prostata jest całkowicie prawidłowa… Albo inne skojarzenie, na dużo poważniejszą nutę – ile rodzin przynajmniej pomyślało o postąpieniu tak jak Romain, gdy na początku pandemii zaczęło stawać się jasne, że będzie zakaz odwiedzin w szpitalach i domach opieki i pacjenci będą umierać w samotności?

Pod względem językowym opowiadanie wydaje mi się lepsze od Twoich poprzednich, które czytałem, dobór słów i fraz wyważony, pasujący do tematu. Nawet pojedyncze miejsca zastanawiające pod kątem interpunkcji (“tańczyła sama, z zamkniętymi oczami i nikt nie patrzył na nią z politowaniem”; “potem, jednym płynnym ruchem ją zdjął”) wyglądają bardziej na świadome próby stylizacji niż na błędy. Nie jestem natomiast przekonany w sprawie wyboru asteroidy (planetoidy) jako przyczyny katastrofy. Po wysiłkach z lat dwutysięcznych praktycznie wszystkie planetoidy o rozmiarach grożących globalną katastrofą w razie zderzenia i poruszające się w pobliżu orbity Ziemi zostały sklasyfikowane i objęte monitoringiem, a ich tory lotu są obliczane na setki lat naprzód; jedynym takim nowym obiektem odkrytym w ciągu ostatnich kilkunastu lat jest https://en.wikipedia.org/wiki/2022_AP7. Z tego względu bardziej prawdopodobnym zagrożeniem wydałaby mi się nieznana kometa długookresowa: oczywiście musielibyśmy mieć niesamowitego pecha, żeby taka trafiła w Ziemię, ale w razie czego mogłoby to zostać wykryte zaledwie kilka miesięcy przed zderzeniem, co pewnie dałoby nam jeszcze dość czasu na wystrzelenie rakiety z ładunkiem jądrowym celem odchylenia jej toru lotu, ale niekoniecznie na plan B.

Gratuluję szybkiego trafienia do Biblioteki. Widzę już, że dojdzie też do głosowania piórkowego. Jak wspomniałem, nie jest to oryginalny pomysł, ale czy cała literatura musi być na siłę oryginalna? Mam jeszcze prawie miesiąc do namysłu, przekonam się, na ile tekst mi zapadnie w pamięć i czy przyjdą mi do głowy jakieś nowe uwagi, ale w tej chwili skłaniam się wyraźnie w stronę TAK-a.

Pozdrawiam serdecznie,

Ślimak Zagłady

 Śli­ma­ku,

 

cie­szę się, że wi­dzi­my się po­now­nie pod moim opo­wia­da­niem i że tym razem ko­men­tarz jest bar­dziej przy­chyl­ny smiley

 

Przy­po­mnia­łem sobie, jak kie­dyś czy­ta­łem aneg­do­tę o pa­cjen­cie, który był na pro­fi­lak­tycz­nym ba­da­niu USG i tech­nik sta­ży­sta ucie­szył się gło­śno, że widzi pro­sta­tę (zna­le­zie­nie zdro­wej pro­sta­ty nie jest, nomen omen, pro­ste). A ten de­li­kwent uznał to za wyrok, prze­mo­de­lo­wał swoje życie dość ra­dy­kal­nie, za­czął speł­niać różne ma­rze­nia

W sumie wy­szło mu na dobre. Py­ta­nie, czy po zwe­ry­fi­ko­wa­niu, nadal utrzy­mał tę mo­ty­wa­cję carpe diem, czy jed­nak wszyst­ko wró­ci­ło do “normy”.

 

 

Pod wzglę­dem ję­zy­ko­wym opo­wia­da­nie wy­da­je mi się lep­sze od Two­ich po­przed­nich, które czy­ta­łem, dobór słów i fraz wy­wa­żo­ny, pa­su­ją­cy do te­ma­tu.

Sta­ram się wy­cią­gać wnio­ski z ko­men­ta­rzy, a Twój o pew­nej przy­pad­ko­wo­ści w do­bo­rze słów dał mi do my­śle­nia. Dla­te­go do­ce­niam każdą uwagę, a już szcze­gól­nie te, które punk­tu­ją kon­kret­ne man­ka­men­ty, bo widzę do­kład­niej na co zwra­cać uwagę.

 

Nie je­stem na­to­miast prze­ko­na­ny w spra­wie wy­bo­ru aste­ro­idy (pla­ne­to­idy) jako przy­czy­ny ka­ta­stro­fy.

Dzię­ki za linka, cie­ka­wy wątek. Po­grze­ba­łam też sobie w tym te­ma­cie i może da się to obro­nić – jeśli taki obiekt nad­le­ciał­by od stro­ny słoń­ca, mógł­by nie zo­stać wy­kry­ty do czasu, aż by­ło­by za późno [w tym miejscu był link, ale po kliknięciu pojawia się błąd, więc zostawiam tytuł artykułu: Słońce ukrywa śmiercionośne asteroidy. Tych kolizji nie unikniemy… / geekweek]

 

Gra­tu­lu­ję szyb­kie­go tra­fie­nia do Bi­blio­te­ki. Widzę już, że doj­dzie też do gło­so­wa­nia piór­ko­we­go. Jak wspo­mnia­łem, nie jest to ory­gi­nal­ny po­mysł, ale czy cała li­te­ra­tu­ra musi być na siłę ory­gi­nal­na? Mam jesz­cze pra­wie mie­siąc do na­my­słu, prze­ko­nam się, na ile tekst mi za­pad­nie w pa­mięć i czy przyj­dą mi do głowy ja­kieś nowe uwagi, ale w tej chwi­li skła­niam się wy­raź­nie w stro­nę TAK-a.

Cie­szę się smiley cho­ciaż oczy­wi­ście cze­kam na osta­tecz­ną de­cy­zję. Wszel­kie ko­lej­ne uwagi, jeśli przyj­dą do głowy, też chęt­nie przyj­mę.

 

Those who don't believe in magic will never find it

Jakże zwyczajnie opisałaś nadzwyczajną w dodatku ostateczna sytuację!

Pewnie bal nie byłby dla mnie najlepszą oprawą końca wszystkiego, ale opowiedziałaś  wszystko z takim wyczuciem i z taka elegancją, że do niczego nie mam zastrzeżeń.

Szalenie satysfakcjonujące opowiadanie. :)

 

– Znasz bar ShakeBeer? → Wystarczy jedna spacja po półpauzie.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Staram się wyciągać wnioski z komentarzy, a Twój o pewnej przypadkowości w doborze słów dał mi do myślenia. Dlatego doceniam każdą uwagę, a już szczególnie te, które punktują konkretne mankamenty, bo widzę dokładniej na co zwracać uwagę.

Dziękuję! Nie zamierzam sobie przypisywać jakiejś nadmiernej roli, nie była to jakaś wyjątkowo głęboka uwaga, ale bardzo się cieszę, skoro uważasz, że Ci pomogła.

Pogrzebałam też sobie w tym temacie i może da się to obronić – jeśli taki obiekt nadleciałby od strony słońca, mógłby nie zostać wykryty do czasu, aż byłoby za późno [w tym miejscu był link, ale po kliknięciu pojawia się błąd, więc zostawiam tytuł artykułu: Słońce ukrywa śmiercionośne asteroidy. Tych kolizji nie unikniemy… / geekweek]

Tytuł brzmi rażąco “clickbaitowo”, ale musi chodzić o planetoidy z grupy Atiry. Są rzeczywiście najtrudniejsze w obserwacjach, ale stosunkowo mało liczne, obecnie nie przecinają toru ruchu Ziemi i mają skłonność do stabilności orbit. Wydaje mi się, że również w tej grupie co najmniej znaczna większość obiektów dość dużych, by grozić globalną katastrofą w razie kolizji, została już wykryta. Niemniej astronomią interesuję się kompletnie amatorsko, więc też chętnie poznałbym opinię eksperta, na ile da się to obronić.

Reg,

 

Pewnie bal nie byłby dla mnie najlepszą oprawą końca wszystkiego,

U mnie też nie, bo nie umiem tańczyć, chociaż może w takich okolicznościach bym się tym nie przejmowała ;)

 

Dziękuję za wizytę i miły komentarz! heart Cieszę się, że tekst przypadł do gustu!

 

Ślimaku,

 

tak, tytuł clickbaitowy, w końcu to Interia i jeszcze sprzed 2,5 roku, gdy tego typu zabiegi były wyjątkowo modne. W każdym razie artykuł odnosi się bardziej do Grupy Apolla i Grupy Ateny (z jej słynnym ostatnio Apophisem). 

 

Niemniej astronomią interesuję się kompletnie amatorsko, więc też chętnie poznałbym opinię eksperta, na ile da się to obronić.

Ja też, czasem tylko wyceluję sobie teleskopem w księżyc. Mam jednak nadzieję, że jeśli gdzieś naciągam rzeczywistość, uda się to wybaczyć w imię fabuły – w końcu nawet lepsi ode mnie sięgali po ten motyw (pierwsze z brzegu: Armageddon czy Dzień Zagłady). Chociaż pewnie Dariusz Hoffmann rozjechałby ich w swoich “poważnych analizach” ;) 

Those who don't believe in magic will never find it

Cieszę się, że tekst przypadł do gustu!

OldGuard, nie mógł nie przypaść. :)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Witaj, OldGuard!

 

Bardzo mi się podobało. Niesamowite jest to, że opowiadanie jest o zupełnie zwykłym człowieku, który właściwie nie robi nic niezwykłego, a po przeczytaniu pozostaje wrażenie, że przeczytało się coś pięknego. Jak już ktoś przede mną napisał, nie ma fantastycznych stworów, ekscytujących przygód, ale i tak czyta się płynnie i jest interesująco przez cały czas. Wydaje mi się, że trzeba naprawdę dobrze pisać, żeby dobrze napisać taką historię.

Moje największe zadowolenie wzbudził fakt, że Juliet po zdjęciu maski okazała się zwyczajna. Nie była uderzająco piękna, nie miała zachwycających malinowych ust ani nic z tych rzeczy, była zwyczajna i to było wystarczające :).

 

Pozdrawiam serdecznie i dziękuję za niezwykle przyjemną lekturę!

Iyumi,

 

dziękuję heart sprawiłaś mi dużą przyjemność swoim komentarzem. Trochę wierzę, że w tej codziennej zwyczajności dużo się kryje, więc ogromnie się cieszę, że historia zadziałała właśnie w ten sposób :)

Those who don't believe in magic will never find it

Spokojna apokalipsa?

Z jednej strony wzmożona religijność, z drugiej bal – życie chwilą, zabawa. Zupełnie jak w relacjach z wieku czarnej śmierci. Mamy w tle odrobinę widoków niecodziennych i gwałtownych. Dodatkowo dowiadujemy się o zaniedbanej relacji bohatera z siostrą i stajemy się świadkami eutanazji. Te dwa wątki przywodzą mi na myśl dramat obyczajowy, a nawet kryminał noir – podobne problemy rodzinne miewają w książkach melancholijni detektywi.

Mimo wszystko rzeczywiście jest dość spokojnie i zwyczajnie.

Motyw zwyczajnego końca świata – lubię. Kojarzy mi się z "Ostatnią nocą przed końcem świata" Bradbury'ego i trochę z wierszem Miłosza. To dobre skojarzenia. Kiedy pisałem drugi akapit komentarza, przypadkiem pojawiło się jeszcze jedno – “Melancholia” von Triera.

Pochwał Ci już wystarczy ;) Przyznam tylko, że opowiadanie pomyślałaś i napisałaś jak należy.

 

Szczegóły techniczne.

1. Zgadzam się ze Ślimakiem, że najsensowniejszym scenariuszem jest tu kometa długookresowa. Cóż, niech będzie, że tym razem zamiast komety z Obłoku Oorta przyleciał “zwykły kamień”. Prawdopodobieństwo jednak nurkuje. Inna rzecz, że Twoja asteroida jest najwyraźniej monstrualnych rozmiarów, co wynika już z pierwszego zdania "Balu…". Jeżeli tydzień przed zderzeniem obiekt widać jako plamkę, to nawet przy niezwykle małej prędkości względnej musi on być większy od Ceres. Łatwo policzyć: 10 km/s (ciut poniżej dopuszczalnego minimum) ­­– rozmiar Ceres, 55 km/s (wartość najbardziej prawdopodobna) – przerasta Marsa. To bardziej planeta. Weź pod uwagę, że asteroida wielkości “dinobójczyni” przestałaby być dla gołego oka punktem dopiero w okolicach orbity geostacjonarnej. Mniej niż godzinę przed zderzeniem.

2. Fala uderzeniowa nie zapowiada się żadnym powiewem, do momentu dotarcia impulsu powietrze jest niezmącone.

Total recognition is cliché; total surprise is alienating.

jeroh,

 

hej, dzięki za wizytę i komentarz! Przewija się w nim słowo “melancholia” i to też miało wybrzmieć, co u mnie raczej nie jest trudne, bo mam wrażenie, że często uderzam w te tony. Tutaj to zagrało, ale muszę na to uważać :)

 

Kurczę, same ładne skojarzanie to w Tobie wywołało ;)

 

Co do szczegółów technicznych, widocznie mści się na mnie opuszczanie lekcji fizyki w LO. Zdecydowanie wolałam j. polski ;) W każdym razie uwaga pewnie słuszna i osoby bardziej “techniczne” mogą się na tym zatrzymać. Z drugiej strony to nie jest też żadne sci-fi, asteroida to tylko pretekst (chociaż ogromny) do pokazania emocji.

Zgaduję, że zamiana “asteroida” na “kometa” pewnie niewiele by tu załatwiła i trzeba by tu dodawać jakieś techniczne szczegóły, które w zasadzie nie wiem, czy są tutaj potrzebne?

Tę falę uderzeniową postaram się jakoś ograć, chociaż psuje mi to ładne zdanie :( :P

Those who don't believe in magic will never find it

Kometa nadałaby się lepiej także ze względu na komę, której rozmiar może być różny i różnie postrzegany oraz definiowany. Do komety trudniej by mi się było przyczepić ;) Ale nie zamierzam Cię usilnie nakłaniać do modyfikacji. Tym bardziej do dodawania technicznych szczegółów.

chociaż psuje mi to ładne zdanie :( :P

Znam ten ból. Czasem zresztą zdanie nie jest ani ładne, ani brzydkie, po prostu pasuje. Zmieniasz je i nagle cały akapit ci nie brzmi.  

Total recognition is cliché; total surprise is alienating.

Witaj OldGuard!

Opowiadnie płynnie przeprowadza czytelnika przez całą gamę emocji, które mogłyby towarzyszyć ludziom w obliczu globalnej zagłady. Niezwykle trudno pokazać ten temat w atrakcyjny sposób, bo był już eksplorowany wielokrotnie, ale Tobie się to udało. Jest coś ujmującego w scenach, które tworzysz, są z jednej strony łagodne, z drugiej nasycone emocjami. 

Mnie klimat skojarzył się z “Melancholią” von Triera i widzę, że jeroh już wymienił ten film. Z kolei końcowe sceny na balu pomiędzy kochankami to udana kropka nad i, przywołująca na myśl wiersz “Miłość od pierwszego wejrzenia” Szymborskiej (pięknie zaśpiewany w “Czerwonym” Kieślowskiego).

Świetny tekst!

Dziń dybry,

 

przylatuję na smoczych skrzydłach z oceną Piórkową!

Czyżby do trzech razy sztuka? laugh

Zobaczmy…

 

Hmm, czyżby inspiracją był film

?

 

Czyżby, czyżby…

 

Każdemu po równo, ale nie było mowy o sprawiedliwości.

O! Podoba mi się to zdanie. To naprawdę ładne zdanie…

 

Zmarnował na nie cenne minuty, zamiast – jak radziły poradniki o godnym umieraniu – rzucić się na głęboką wodę, wykrzyczeć światu swoją wściekłość albo spełnić chociaż jedno absurdalne marzenie.

Tak mi się przypomniał odcinek o tym z Simpsonów… :P

https://www.youtube.com/watch?v=qwQI30VFcC0

Bawi mnie ten fragment do dziś :P

 

 

Alte Wächterin, was hast du hier eigentlich gemacht??

To najbardziej dojrzały tekst, jaki miałam przyjemność od Ciebie przeczytać. Mało tego, trochę się nawet z niego nauczyłam, porobiłam sobie notatki zaznaczając formy stylistyczne, których użyłaś i które zrobiły na mnie największe wrażenie.

 

No i jak solidnie napisane, nie miałam się do czego przyczepić.

Cóż mam rzec, jestem zachwycona.

 

 

7 TAKów i tylko 2 NIEty dają nam pełnego TAKa.

No i się sprawdziło: do trzech razy sztuka! laugh

 

Gratuluję i pozdrawiam serdecznie!

Bez sztuki można przeżyć, ale nie można żyć

Kronos,

 

dzięki za wizytę! 

 

Niezwykle trudno pokazać ten temat w atrakcyjny sposób, bo był już eksplorowany wielokrotnie, ale Tobie się to udało.

Cieszę się, że tak uważasz, bo fragmenty tego tekstu leżakowały lata właśnie z tego powodu, że nie jest to nic świeżego.

 

przywołująca na myśl wiersz “Miłość od pierwszego wejrzenia” Szymborskiej

 

Uwielbiam Szymborską, ale akurat w tym przypadku większą inspiracją był wiersz Jonasza Kofty.

 

HollyHell91,

 

Czyżby do trzech razy sztuka?

 

laugh

 

Hmm, czyżby inspiracją był film

 

Nie do końca. Parę lat temu powstały pierwsze fragmenty tego opowiadania, które wtedy miało się nazywać “3 dni”. Matka była wtedy żoną, ale scena z kościoła czy zamieszek w mieście mniej więcej się ostały. Potem jednak doszłam do wniosku, że to jednak za baaaaardzo ograny motyw. Jakiś czas temu wpadła inspiracja na drugą część tekstu i wplotłam pierwszą :)

 

Każdemu po równo, ale nie było mowy o sprawiedliwości.

O! Podoba mi się to zdanie. To naprawdę ładne zdanie…

 

Mądrość życiowa mojego ojca :P

 

 

Bawi mnie ten fragment do dziś :P

 

Mam spore zaległości w Simpsonach, ale śmiechłam :)

 

 

Alte Wächterin, was hast du hier eigentlich gemacht??

 

Aj, niemiecki :P uważam, że niemiecki ma tylko 1 ładne słówko (i jest to jedno z najładniejszych słówek ever), więc zdanie musiałam sobie wbić w translator. Mimo że uczyłam się niemieckiego 9 lat ;)

 

To najbardziej dojrzały tekst, jaki miałam przyjemność od Ciebie przeczytać. Mało tego, trochę się nawet z niego nauczyłam, porobiłam sobie notatki zaznaczając formy stylistyczne, których użyłaś i które zrobiły na mnie największe wrażenie.

 

Dziękuję! To bardzo miłe. Nie będę zgadywać, które formy Cię tak ujęły, ale cieszę się, że jakieś tak zagrały :)

 

Cóż mam rzec, jestem zachwycona.

 

blush

 

7 TAKów i tylko 2 NIEty dają nam pełnego TAKa.

No i się sprawdziło: do trzech razy sztuka! laugh

 

Dzięki! Coś jednak jest w przysłowiach ;) 

 

Those who don't believe in magic will never find it

uważam, że niemiecki ma tylko 1 ładne słówko (i jest to jedno z najładniejszych słówek ever

A jakież to?

 

Dzięki! Coś jednak jest w przysłowiach ;) 

laugh

Bez sztuki można przeżyć, ale nie można żyć

Podbijam pytanie o to ładne niemieckie słowo. :-)

Babska logika rządzi!

Żadne tam zakręty ;) czy motyle, ale poduszka (Kissen) heart

Those who don't believe in magic will never find it

Hej! 

 

A nie mogli po prostu wysłać Willisa z ekipą? :D

 

No, ale wtedy nie dostalbyśmy tak dobrego opowiadania. Bardzo mi się podobało! Udało ci się oddać klimat zbliżającego się armagedonu, a poprzez spokój głównego bohatera podkreśliłaś nieuchronność końca świata. Kurczę, tak się wciągnęłam w ten ponury klimat, że aż sama zerknęłam przez okno czy coś przypadkiem na nas właśnie nie leci! 

Ciekawie przełamałaś wyobrażenie ostatnich godzin przed katastrofą, bo zamiast pogrążonych w kompletnym chaosie miast i ludzi ogarniętych paniką, pokazałaś panów w dystyngowanych garniturach i panie w pięknych sukniach, którzy wirują pod kryształowymi żyrandolami, gdy orkiestra gra walca.

Toż to prawdziwa fantastyka! Ludzkość nie potrafi tak godnie umierać, a rządy pewnie nic by nie ogłosiły. :D

 

Wykonanie świetne. Płynęłam przez tekst kompletnie pochłonięta lekturą. Kilka zdań szczególnie mi się sposobało. Np: 

Ten stan zawieszenia, w którym wszystko jeszcze trwa, ale nic już nie ma sensu.

Świat rozpadał się od środka, zanim jeszcze oberwał z zewnątrz.

Wzrok wracał do niej sam, tak jak język wraca do bolącego zęba.

I wyjątkowy bad ass:

Jeśli ma to być ostatni taniec, zatańczy go po swojemu.

 

Jeśli miałabym się do czegoś przyczepić, to czasami miałam wrażenie, że jest odrobinę… za “słodko”. Ta okiestra, która gra do samego końca oraz: 

– Jak masz w ogóle na imię?

– Juliet.

– Romain.

 

Ale niech będzie słodko i emocjonalnie, a co tam! W końcu to ostatni bal. :) 

Dorzucę swój głos na piórko i trzymam kciuki! 

 

Pozdrawiam :) 

 

EDIT

Zajrzałam do komentarzy i widziałam dyskusję o niemieckim. :D Tak… no… niemiecki jest specyficzny, ale niektóre słowa są naprawdę sprytne! Nawet nie można ich przetłumaczyć jednym słowem. “Wanderlust” to żądza przygód albo pasja do podróżowania. Lubię też słowo “Schnapsidee”, czyli jakiś durny pomysł, na który wpadamy po alkoholu. To, że w Polsce nie mamy na to żadnego określenia uważam za olbrzymie niedopatrzenie! :D 

 

Podążaj za białym królikiem.

Czyżby Polacy za mało się upijali, żeby po alkoholu wpaść na jakieś śmieszne słowo opisujący poalkoholowe pomysły? ;-)

Babska logika rządzi!

Marszawa,

 

dzięki za odwiedziny!

 

Kurczę, tak się wciągnęłam w ten ponury klimat, że aż sama zerknęłam przez okno czy coś przypadkiem na nas właśnie nie leci! 

 

Akurat 3 dni po publikacji były doniesienia o jasnym bolidzie widzianym na niebie :P

 

Toż to prawdziwa fantastyka! Ludzkość nie potrafi tak godnie umierać, a rządy pewnie nic by nie ogłosiły. :D

 

Pewnie część pakowałaby się na Marsa.

 

Jeśli miałabym się do czegoś przyczepić, to czasami miałam wrażenie, że jest odrobinę… za “słodko”. Ta okiestra, która gra do samego końca oraz: 

 

Przy obu wstawkach miałam wątpliwości :) Ostatnie zdanie to poniekąd nawiązanie do dnia publikacji, bo 14/04 była rocznica zderzenia się Titanica z górą lodową. Z kolei Romeo i Julia to mogło być balansowanie na granicy kiczu, ale pasowało do koncepcji :)

 

Dorzucę swój głos na piórko i trzymam kciuki! 

heart

 

Lubię też słowo “Schnapsidee”, czyli jakiś durny pomysł, na który wpadamy po alkoholu.

Czyżby Polacy za mało się upijali, żeby po alkoholu wpaść na jakieś śmieszne słowo opisujący poalkoholowe pomysły? ;-)

 

Się ma Oktoberfest, się ma Schnapsidee. Ale bardzo fajne słówko!

 

 

Those who don't believe in magic will never find it

Cześć! Ładnie napisane, oszczędne, ale nie proste, poruszające opowiadanie. Potrafisz zarzucić hak na uwagę i ją utrzymać bez strzelania fajerwerkami. Każdy bohater jest jakiś, łatwo było mi uwierzyć i wyobrazić sobie to wszystko.

 

Gratuluję udanego tekstu, to dobra literatura. :-)

 

Kilkam!

 

 

prosiaczku,

 

cześć! Fajnie, że wpadłeś. Dziękuję za miły komentarz i dorzucenie kliczka, sprawiło mi to sporo przyjemności. Przede wszystkim cieszy mnie, że tekst się spodobał :) 

Those who don't believe in magic will never find it

Wracam!

Tylko na chwilkę, komentarz już był, obiecałam, że pomyślę na piórkiem, a obietnic należy dotrzymywać. :)

Łączenie znanych wątków po nowemu często przynosi dobre wyniki. Tak było też w tym przypadku. Katastrofa złagodzona romantycznością – taki koniec świata wydaje się… nieco mniej straszny.

Będę na tak, uważam, że ten tekst na to zasługuje. 

Pozdrawiam serdecznie i powodzenia w dalszym pisaniu! :) 

jeroh,

 

zmieniłam asteroidę na kometę jednak, skoro tak podpowiadasz. I tak to w sumie kwestia drugorzędna w tym tekście, a skoro ma mieć więcej sensu, to niech tak będzie :)

 

 

JolkaK,

 

Bardzo mi przyjemnie! Dziękuję i niezmiernie się cieszę heart

 

 

 

Those who don't believe in magic will never find it

Świetnie, teraz mam dodatkową uwagę :) Proponuję, żebyś zmieniła w drugim zdaniu “jasna” na “blada”. Przy komecie rzecz bardziej rzuca się w oczy, ale tu od początku coś nie grało: “była widoczna już od tygodnia. Najpierw jako jasna plama”. Blask powinien przecież rosnąć stopniowo, najpierw obiekt byłby na granicy percepcji. Akurat kometa potrafi gwałtownie się powiększyć i pojaśnieć, dopóki jednak jest małą plamą, pozostaje słaba.

Total recognition is cliché; total surprise is alienating.

Nowa Fantastyka