Rzecz jest o spotkaniu niemożliwym. Trochę metafizyki, trochę realizmu magicznego. Kilka ciekawostek:
pl.wikipedia.org/wiki/Wzgórze_przy_ulicy_Wilczej
pl.wikipedia.org/wiki/Pałac_Hollenderów_we_Wrocławiu
www.youtube.com/watch?v=5-FFVcHlT9k
Rzecz jest o spotkaniu niemożliwym. Trochę metafizyki, trochę realizmu magicznego. Kilka ciekawostek:
pl.wikipedia.org/wiki/Wzgórze_przy_ulicy_Wilczej
pl.wikipedia.org/wiki/Pałac_Hollenderów_we_Wrocławiu
www.youtube.com/watch?v=5-FFVcHlT9k
Miasto nad Odrą i Oławą nie było zwykłe.
Nie miało jednej historii, tylko warstwy – jakby ktoś budował je, burzył i odbudowywał w tym samym miejscu tak długo, aż przestało pamiętać, czym jest naprawdę.
Na mapach wyglądało normalnie. Ulice, mosty, rynek, Wzgórze przy Wilczej.
Ale nocą, kiedy gasły światła, w szczelinach bruku pojawiało się coś jeszcze: cichy oddech. Jakby pod ziemią leżało ogromne zwierzę, które nie spało nigdy do końca.
Ludzie się do tego przyzwyczaili.
Nie nazywali tego.
Tylko nieliczni wiedzieli, że miasto nie stoi na ziemi.
Miasto stoi na czymś, co pamięta.
Z pociągu wysiada trzynastoletni Maciek, trzymając futerał ze skrzypcami tak mocno, jak gdyby w środku było coś żywego. Dworzec oddycha ciężko: stal, pot, kroki, głosy. Miasto nie mówi – ono szumi.
– Nie podoba mi się tutaj. – Mruży oczy. – Głowa mnie boli.
Matka poprawia mu kołnierz, jakby to mogło uporządkować świat.
– Pomyśl, po co tu przyjechałeś. W liceum muzycznym wszystko masz w jednym miejscu. Nauczysz się żyć.
Maciek kiwa głową, choć nie rozumie jeszcze, co to znaczy. Kiedy otwiera futerał, by sprawdzić, czy skrzypce są całe, wydaje mu się przez chwilę, że jedna ze strun drga sama – jak gdyby odpowiadała na hałas miasta.
Zamyka szybko.
Ze Wzgórza przy Wilczej schodzi staruszek, którego prawie nikt już nie pamięta z imienia. Niektórzy mówią na niego Edward, ale on sam rzadko go używa.
Nabiera wodę z rzeki do metalowego kubka. Woda jest mętna, jak gdyby niosła w sobie wspomnienie czegoś, co nie chce opaść na dno.
– Jeszcze nie teraz – mruczy. – Ale niedługo.
Od czasu powodzi w dziewięćdziesiątym siódmym wszystko widzi inaczej. Pamięta, jak woda głęboka po pas stała na ulicach, jak niosła drzwi, psy, lodówki i ludzi, którzy wierzyli, że zdążą. W nocy słyszy, jak ziemia oddycha pod tym, co zostało.
Czasem ma wrażenie, że wzgórze rośnie – powoli, cierpliwie, jak coś, co chce sięgnąć nieba.
– Noe też nie wiedział, kiedy to się zacznie – mówi do psa, który zawsze pojawia się obok, choć nikt nie widział, skąd przychodzi.
Edward nie boi się końca świata. Czeka na niego tak, jak inni czekają na list.
Henry McGovern podpisuje dokumenty bez patrzenia przez okno.
Pałac Hollendrów stoi niedaleko Wzgórza przy Wilczej – wystarczająco blisko, żeby widzieć jego linię nad drzewami, i wystarczająco daleko, żeby udawać, że to nie to samo miejsce. Jest dokładnie taki, jak powinien być: wystarczająco stary, żeby robić wrażenie, i wystarczająco odnowiony, żeby nie przypominać o przeszłości.
– Gratuluję – mówi notariusz.
Henry skinieniem głowy przyjmuje słowa jak coś oczywistego.
Zatrzymuje się dopiero w pustej sali. Echo wraca szybciej niż powinno. Przez moment ma wrażenie, że ktoś stoi za nim – ktoś, kto znał to miejsce wcześniej, zanim ściany wyschły po wielkiej wodzie.
Odwraca się. Nikogo nie ma.
Na podłodze, przy listwie, zostaje cienka, ciemniejsza linia. Prawie niewidoczna. Jak ślad po wodzie, która już tu nie płynie.
Henry przykłada do niej czubek buta. Jakby sprawdzał, czy to naprawdę tylko brud.
Przez chwilę widzi coś innego: kuchenny stół, za niski jak na jego wzrost. Metalowy kubek. Kobietę, która mówi, żeby nie wchodził do wody, a on i tak wchodzi, bo chce zobaczyć, jak daleko sięga.
Mruga. Sala wraca.
– Akustyka – mówi ciszej niż wcześniej.
Nie uczy się polskiego. Nie potrzebuje słów, żeby być rozumianym. Siła, prestiż – to wystarcza.
Ale kiedy wychodzi z pałacu, nie patrzy już tylko przed siebie.
Maciek ma czterdzieści trzy lata, kiedy pierwszy raz pojawia się w okolicach Wilczej. Nowy rewir. Nowy – to miasto zawsze zaskakuje.
Grał w wielu miejscach: salach, które błyszczały niby szkło, i takich, gdzie publiczność słuchała z zamkniętymi oczami, jakby chciała coś sobie przypomnieć. Nigdy nie przestał się bać przed wyjściem na scenę – i właśnie dlatego wiedział, że musi grać dalej.
Na wzgórze wchodzi bez pośpiechu.
Podejście jest strome, ale każdy krok brzmi znajomo. Czyżby już tu kiedyś był? Nie jako on, tylko jako dźwięk?
Na szczycie pies zaczyna szczekać. Nie lubi obcych – tych z innego świata.
– Spokojnie – mówi ktoś, kto mógłby być prorokiem.
Maciek widzi starca stojącego przy ogrodzeniu. Wszystko wokół wygląda na zadbane, ale nie w sposób zwyczajny – raczej tak, jak gdyby miejsce samo o siebie dbało.
– Gdzie ja jestem? – pyta.
– Blisko – odpowiada Edward. – Zawsze jesteś bliżej niż myślisz. To święte miejsce.
Maciek się uśmiecha.
– Czego tu potrzeba?
Starzec patrzy na niego długo, jakby sprawdzał, czy pytanie jest poważne.
– Herbaty miętowej. Nic więcej.
– To mało.
– To wystarczy.
Przez chwilę stoją w ciszy. Wiatr prześlizguje się przez wzgórze niby ręka po gryfie – i Maciek słyszy melodię, której nigdy wcześniej nie grał, a jednak zna ją na pamięć.
Tym razem nie zamyka futerału.
– Spotkamy się jeszcze? – pyta.
– Już się spotkaliśmy – odpowiada Edward. – Reszta to tylko powtórzenia, powroty.
Po chwili dodaje ciszej:
– Koniec świata nie przychodzi. On się przypomina.
Na kładce nad Oławą spotykają się trzej mężczyźni, którzy kiedyś związali swe losy z tym miastem.
Nie ma w tym nic niezwykłego – poza tym, że każdy z nich przyszedł z innego czasu.
Rzeka płynie wolno, ale jej powierzchnia odbija niebo takim, jakie będzie jutro.
Henry stoi jako pierwszy od strony wzgórza.
Przez moment patrzy na wodę uważniej niż wcześniej. Jakby próbował zobaczyć, gdzie kończy się jej poziom.
– Jak rozwiązać problem głodu? – pyta w końcu. – Ograniczyć liczbę ludzi?
Maciek opiera się o barierkę.
– Jedzenia jest dość – mówi spokojnie. – Tylko nie wszyscy jedzą. Bo niektórzy nie mogą się nachapać.
Henry nie odpowiada od razu.
– A jeśli ktoś naprawdę nie ma? – pyta. – Nie dlatego, że ktoś mu zabrał. Po prostu nie ma.
Maciek patrzy na niego.
– To wtedy ktoś inny ma za dużo.
Cisza nie jest już taka sama jak wcześniej.
Edward zamyka oczy.
– Jutro to się skończy.
Obaj patrzą na niego.
– Jutro? – pyta Maciek.
Starzec kiwa głową.
– Jutro wszystko będzie na swoim miejscu. Każdy dostanie tyle, ile się należy.
– Czyli ile? – pyta Henry.
Edward otwiera oczy.
– Tyle, ile umie unieść.
Rzeka na chwilę się cofa – ledwie o centymetr, ale wystarczy, żeby odsłonić linię brudu na betonie. Ten sam poziom. Ta sama wysokość.
Henry cofa stopę od krawędzi.
Maciek podnosi skrzypce. Nie pamięta, kiedy wyjął je z futerału.
Gra jeden dźwięk.
Czysty. Prosty. Taki, który nie należy do niego.
Echo nie wraca. Nie wraca echo.
Henry pierwszy raz od dawna nie wie, co powiedzieć.
Patrzy na linię na betonie i przez krótką chwilę rozumie, że to nie woda się cofnęła.
Maciek opuszcza skrzypce. Dłoń mu nie drży.
Przez moment w powietrzu zostaje jeszcze jeden dźwięk – choć nikt go nie słyszy.
Edward patrzy gdzieś ponad nimi, jakby widział dalszy ciąg rzeki.
– Szczęśliwi ludzie… – mówi, lecz nie kończy.
Rzeka rusza dalej.
Zbiera wodę
Nabiera?
Odwraca się. Nikogo nie ma.
Na podłodze, przy listwie, zostaje cienka, ciemniejsza linia. Prawie niewidoczna. Jak ślad po wodzie, której już tu nie ma.
Może nie bezpośrednie powtórzenie, ale zatrzymało mnie troszkę.
Nowe miejsce. To miasto zawsze zaskakuje.
Grał w wielu miejscach:
Wiatr prześluzguje
Literówka.
Nagromadziło się “jakby”, szczególnie w pierwszej części tekstu.
Hmm, szczerze będę musiał chyba przeczytać jeszcze raz, bo już późno, a nie do końca zrozumiałem co chcesz powiedzieć. Napisane jest bardzo ładnie. Może to przez imię, może przez wzgląd na resztę Twoich tekstów, ale znowu czułem jakbyś dzielił się ważnym dla siebie przeżyciem, czymś nostalgiczny, ważnym dla Ciebie. Pozdrawiam!
You cannot petition the Lord with prayer!
Witaj, Maćku. :)
Zatrzymał mnie ten fragment:
Edward nie boi się końca świata.
I przyszła wtedy refleksja – sądzę, że każdy powinien się bać końca świata. Jeśli nie ze względu na siebie (bo tu faktycznie – zazwyczaj nie trzeba, rozumiem, podejście do zagadnienia zależy od człowieka), to – z powodu innych: ich cierpienia, płaczu, zawodu, nieszczęść, niespełnionych nadziei i niezrealizowanych marzeń. Widoku innych, którzy tego końca świata nie chcą. :) Przypomniał mi się od razu, dotykający tej samej tematyki i nominowany obecnie do Kwietniowego Piórka, tekst OldGuard. :)
Z kolei zdanie o tym, że każdy dostanie tyle, ile mu się należy, przywodzi mi na myśl opowiadanie Michaela, też aktualnie nominowane. ;)
Pokazujesz smutne i pełne refleksji obrazy. Przypominasz to, co zniknęło i już nigdy nie powróci… Pamiętam ten straszliwy rok, pamiętam audycje w TV, pokazujące skalę zniszczenia i tragedię tylu ludzi… Pamiętam solidarność narodu. I artystów, śpiewających słynny przebój dla powodzian… “Powódź tysiąclecia” pozostanie mi w pamięci już na zawsze.
Podobnie, jak i niedawno, przy kolejnej tragicznej powodzi, człowiek starał się pomóc, na ile mógł, a jednocześnie zdawał sobie sprawę, jak to niewiele wobec ogromnych oczekiwań poszkodowanych… Stracić nagle przez potężny żywioł wszystko, a – być może – i wszystkich, to koszmar ponad miarę wyobraźni.
A najgorsze, jak sam wspominasz w szorcie, przywołując przykład Noego, że nie można takiej tragedii przewidzieć, przygotować się, ochronić, stuprocentowo zabezpieczyć… 
Znowu jest w Twoim szorcie nostalgia, pamięć, różnorodne refleksje, zapowiedź ostateczności, smutek i żal za tym, co bezpowrotnie utracone. 
Klikam podwójnie za nostalgiczny klimat (który staje się wizytówką Twoich tekstów) i pozdrawiam serdecznie, powodzenia. :)
Edit:
Wklejam link do piosenki:
https://www.youtube.com/watch?v=9MbztVISRbA&list=RD9MbztVISRbA&start_radio=1
I – zapomniałabym – BRAWA ZA TYTUŁ! 
Pecunia non olet
Do sko na łe! Świetne! Jedno z twoich dwóch– trzech najlepszych opek ever! Tak! W tym opowiadaniu, choć tak krótkie, jest wszystko! Zaskoczyłeś mnie. To jest wyjscie poza tutejszą skalę. Klikam, jeśli się da.
Już tylko spokój może nas uratować
Cześć,
jakby to napisać – to opowiadanie “jakozą” stoi – jakby 15x, jak podobnie, do tego kilka razy inne jaki. Jasne, to trudno wyplenić, ale nagromadzenie tego w takim szorciaku rzuca się w oczy.
Masz imponującą normę wrzucania opek, szkoda, że w dużej mierze aktywność na forum ograniczasz do swoich tekstów ;)
Ok, pomarudzone. Szort przyjemny, bardzo w twoim stylu, gdyby nie ta “jakoza" czytałoby się dobrze.
Those who don't believe in magic will never find it
Maćku, szczególne wspomnienia zawarłeś w szorcie. A nadzwyczajne jest to, że być może wielu skojarzą się z czymś, czego sami doświadczyli, czego byli świadkami, to Twoje zdania są bardzo szczególne, bo szalenie osobiste. Są po prostu piękne.
Nie pozostaje mi nic innego, jak odwiedzić klikarnię i nominowalnię. :)
Pamięta, jak woda stała po pas na ulicach… → Czy woda na pewno miała pas, po który stała na ulicach?
Pewnie miało być: Pamięta, jak woda, głęboka po pas, stała na ulicach…
Jest stromo, ale każdy krok brzmi znajomo. → Czy to celowy rym?
Wiatr prześluzguje się przez wzgórze… → Literówka.
Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.
Hejka!
Opowiadanie działa bardziej jak doświadczenie niż klasyczna fabuła i to jest jego największa siła. Szczególnie dobrze wypadają drobne, niepokojące detale: drgająca struna, linia po wodzie, echo, które wraca za szybko, budują klimat lepiej niż wprost nazwane zagrożenie. Momentami styl jest bardzo gęsty, wręcz poetycki do granic, co z jednej strony buduje klimat, ale z drugiej spowalniało mi rytm czytania. Końcówka jest mocna, ale bardziej rezonuje niż uderza. Udany tekst.
Pozdrawiam.
Nie ma ucieczki od mroku, jeśli to on sam prowadzi twoje kroki.
Jak obiecałem, tak też robię. Wczoraj byłem zbyt już zmęczony, żeby docenić tekst wystarczająco, bo oprócz wątku powodzi i nostalgii Autora, reszta mi jakoś uciekła. Teraz przeczytałem uważniej, podzielam zdanie komentujących, to naprawdę świetny tekst. Podczas trwania powodzi tysiąclecia jeszcze nie było mnie na świecie, ale temat jest mi znany, moja rodzina, jak i tysiące innych, ucierpiała na niej bardzo.
Świetne nawiązanie do Noego, ale to moja słabość, bardzo doceniam.
Nostalgia, umiejscowienie siebie we wspomnieniach, no, wiesz jak budować klimat.
Ładne użycie czasu teraźniejszego.
Bardzo mi się podoba, czułem, że jest w tym coś więcej, dlatego już wczoraj wiedziałem, że muszę przeczytać jeszcze raz, na świeżo, ze skupieniem.
Klik oczywisty, czy nominuję, jeszcze muszę się zastanowić.
Pozdrawiam Cię, gratuluję kolejnego udanego, pełnego emocji tekstu.
You cannot petition the Lord with prayer!
Dzięki, Drodzy Moi, za opinie i kliknięcia. Wrócę z dłuższym komentarzem do komentarzy. Teraz napiszę tylko trzy rzeczy: 1) przeżyłem, i ją pamiętam, powódź we Wrocławiu, nosiłem wraz z dziadkiem worki na plecach; wybór miejsca akcji (Wrocław) ma tu duże znaczenie; inne miasta – Poznań, Kraków, Warszawa – nie sprawdziłyby się; 2) bohaterowie to archetypy, są nośnikami sposobów rozumienia świata; 3) bohaterowie to archetypy, ale też i osoby z krwi i kości; jeśli kojarzycie KFC i Pizza Hut, to już wiecie, kim jest (był swego czasu) Henry.
Z jednej strony mamy Pałac Hollendrów, z drugiej Wzgórze przy Wilczej. Jedno od drugiego oddalone jest o 10 minut drogi pieszo. Bywając tam i rozmawiając z ludźmi, takimi właśnie jak pan Edward, nie można było nie napisać tego opowiadania. I tak długo zwlekałem. :)
Pozdrawiam Wszystkich tu obecnych! :)
przeżyłem, i ją pamiętam, powódź we Wrocławiu, nosiłem wraz z dziadkiem worki na plecach
Maćku, przytulam, chylę czoła, podziwiam. 

Pecunia non olet
Dzięki, Bruce. Ja tylko robiłem to, co robili inni. To dawało nam nadzieję.
Co do tekstu i Twojego komentarza… Dziękuję za podwójne kliknięcie. Za ciepłe słowa. Za docenienie klimatu i tytułu. I za piosenkę. Już zapomniałem, że Niemen w nagraniu uczestniczył. :)
Z pozdrowieniami – Maciek
Ja wiem, rozumiem, ale pamiętam, jak trudno było wtedy… 
Pecunia non olet
Witaj Reg.
Nie pozostaje mi nic innego, jak odwiedzić klikarnię i nominowalnię.
Aż tak. Tylko nie to. Człowiek się musi potem męczyć z korektami i redakcjami. ;)
A tak na poważnie… Dla mnie największą nagrodą są Twoje łapanki i Twój komentarz. I wiesz, że piszę to bez lizusowstwa, bo wielokrotnie to już podkreślałem.
Pięknie dziękuję – MZ:)
Bruce, jedna z moich bliskich koleżanek ucierpiała w powodzi w 2025 roku. Jestem w szoku, jak bardzo niektórzy ludzie zdają się godzić ze swym losem, np. w takich Racławicach Śl. Są tam domy i rodziny w tych domach mieszkające, które “podlewa” średnio raz na 5-6 lat. I nic. Nie wieszają się. Ja bym już dawno ze sobą skończył. Taka prawda.
Ale – bo powiało pesymizmem, wręcz tragizmem – by nie było za smutno, powiem tylko, że Wrocławia ostatnio nie zalało i chyba już nie zaleje. Jest bezpieczny.
No, to mi, Rybaku, radość przed nocą (u mnie na zegarze 22.00) zrobiłeś. Dzięki wielkie. Dodam tylko, że jeszcze to i owo szlifowałem. A to, że opowiadanko w ogóle powstało, sprawił przypadek. Po prostu wszedłem na szczególne wzgórze, skojarzyłem pewne fakty i nie mogłem tego nie opowiedzieć. :)
Bruce, jedna z moich bliskich koleżanek ucierpiała w powodzi w 2025 roku. Jestem w szoku, jak bardzo niektórzy ludzie zdają się godzić ze swym losem, np. w takich Racławicach Śl. Są tam domy i rodziny w tych domach mieszkające, które “podlewa” średnio raz na 5-6 lat. I nic. Nie wieszają się. Ja bym już dawno ze sobą skończył. Taka prawda.
Maćku, to chyba, jak z utworem o nieprzesadzaniu drzew. Jedni ludzi dają radę, inni – nie… 
Ale – bo powiało pesymizmem, wręcz tragizmem – by nie było za smutno, powiem tylko, że Wrocławia ostatnio nie zalało i chyba już nie zaleje. Jest bezpieczny.
To na pewno pocieszające. 
Niestety, pojawiła się przecież kolejna wersja utworu, po kolejnej powodzi. Inne tereny w niej ucierpiały i ludzie znów przeżyli niewyobrażalną tragedię, rozgrywającą się na naszych oczach. Oby nigdy więcej. 
Pozdrawiam serdecznie. :)
Pecunia non olet
Hej, Maćku, zajrzałam i nie żałuję!
Nastrojowe, dobrze zbudowane i nieprzegadane opko. Były wprawdzie momenty, które mnie zatrzymywały, ale wiesz jak to jest z subiektywnym odczytywaniem, każdy rozumie trochę coś innego… Niemniej to jest bardzo dobry tekst!
Trochę czepiania:
Niektórzy mówią na niego Edward, ale on sam rzadko go używa.
Trochę źle zbudowane zdanie, różne podmioty i rozłazi się to używanie.
Pałac Hollendrów stoi niedaleko Wzgórza przy Wilczej – wystarczająco blisko, żeby widzieć jego linię nad drzewami, i wystarczająco daleko, żeby udawać, że to nie to samo miejsce. Jest dokładnie taki, jak powinien być: wystarczająco stary, żeby robić wrażenie, i wystarczająco odnowiony, żeby nie przypominać o przeszłości.
To musiałam przeczytać kilka razy. Czyją linię można widzieć nad drzewami? Pałacu, czy wzgórza? Bo jeśli bohater jest w pałacu, to widzi linię wzgórza. Czy bohater jest w pałacu, czy oglądamy go z daleka? Bo wygląda jakby była to ekspozycja z daleka – pałac stoi blisko, ale nie na tle, żeby stopić się ze wzgórzem. Jednak potem okazuje się, że bohater wychodzi z pałacu… Namieszałam, ale chciałam wyjaśnić, o co mi chodzi. Jeśli niewystarczająco, to daj znać. :)
Klikam do biblioteki! :)
Nie, nie, wszystko klarownie wyjaśniłaś, już zabieram się za poprawianie tego, dzięki wielkie, Jolu (imienniczko Reg… no proszę, proszę). :)
Zastanawiam się jeszcze nad tytułem, choć jest chyba niezły… No nie wiem… Może “Miasto pamięta wcześniej”? Tytuł ustawia odbiór, ustawia interpretację. Sam nie wiem…
Serwus maciekzolnowski
Fajny, dobry szort.
Klik symboliczny.
Dzięki, Drogi Robercie. Klik może i symboliczny, ale się liczy. Dla mnie.
Hej, nie wiedziałam, jak Reg ma na imię! :)
Tytuł jest dla mnie w porządku, nie zmieniałabym. :)
Pozwól, że spytam. Na imię Ci Jola czy to tylko ksywka? Nawiasem mówiąc: szkoda, że na “Nowej” nie używamy prawdziwych imion i nazwisk. Ksywy często nic nie mówią.