- Opowiadanie: prosiaczek - Pragma

Pragma

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

Pragma

 Za Nel powoli rosła kolejka i choć ludzie jeszcze się nie irytowali, to cierpliwość niektórych więdła niczym zbrązowiała sałata leżąca w skrzyni pod fartuchem sprzedawczyni. Ta oparła dłonie na szerokich biodrach, wydęła wargę i dmuchnięciem poprawiła rudą grzywkę.

– Proszę podać mi pomidory z lewej – poprosiła dziewczyna, poprawiając siatkę ze starannie wybranymi wcześniej owocami.

– Przed chwilą chciała pani te. – Korpulentna ekspedientka wskazała leżące po prawej stronie skrzynki bladoczerwone warzywa. – Wszystkie są pyszne.

Nel przekrzywiła głowę, nie mogąc uwierzyć w te głupoty.

– Niektóre są z końca sierpnia, inne z września – powiedziała poważnym tonem. – Na pewno nie są tak samo pyszne. No, już z pewnością nie mają identycznych właściwości odżywczych. Poza tym mówiłam, że chcę te z mojej lewej. Czyli z pani prawej.

Kolejka wydłużyła się, ludzie wychylali się, zaciekawieni, dlaczego od pięciu minut nie ruszyli się o krok do przodu.

– Dodatkowo w skrzynce są wymieszane różne gatunki – ciągnęła Nel, mierząc spojrzeniem sprzedawczynię. – To nie pani wina i nie mam pretensji. Chcę jedynie zostać prawidłowo obsłużona. Mam do tego prawo.

Ekspedientka, czerwona na twarzy, nerwowo omiotła sklep spojrzeniem. Słyszała wcześniej, jak Nel przy stanowisku z rybami wymądrzała się na temat tego, że ryba najszybciej psuje się od głowy, i tak dalej, dlatego, niechętnie, ustąpiła i podała jej właściwe pomidory.

– Dziękuję bardzo.

Idąc najkrótszą drogą do kas, Nel obserwowała ludzi robiących zakupy. Niezdecydowanych, rozkojarzonych, nerwowych. Chaotycznych jak dzieciństwo, które zgotował jej ojciec. Nigdy nie wiedziała, czy jest zadowolony, zły czy smutny; nastroje, jeśli w ogóle je miewał, skrywał pod gęstymi wąsami. Oczy – wolałaby ich nigdy nie ujrzeć – przez większość czasu chował za przeciwsłonecznymi okularami. Kiedy je zdejmował, gadzie spojrzenie…

Potknęła się na ukruszonej płytce podłogi. Szybko złapała równowagę, poprawiła ciemną grzywkę. Stłumiła wspomnienia i wyłożyła na taśmę produkty spożywcze.

Na zewnątrz owionęła ją oceaniczna bryza. Po sklepowych aromatach nie został najsłabszy ślad. Mrużąc przed słońcem oczy, rozejrzała się po ascetycznym krajobrazie. Półpustynną przestrzeń urozmaicały skały oraz masywy wulkaniczne. Czasem w niskich, zakurzonych krzewach rosnących na piasku, w oddali, przebiegał pręgowiec berberyjski. Po drogach, przypominających pojedyncze szare nitki w jasnym materiale kapelusza, poruszały się auta. Ten pojazd, który właśnie zatrzymał się na parkingu, Nel zamówiła, będąc jeszcze w sklepie. Spocony kierowca otworzył jej drzwi, a ona weszła do klimatyzowanej kabiny.

– Niedługo sztuczna zabierze nam każdą pracę. – To było jedyne zdanie, jakie wypowiedział podczas tej podróży.

Jechali zygzakiem wzdłuż wybrzeża. Nel, zatopiwszy spojrzenie w Oceanie Atlantyckim, pomyślała o autonomicznym dostawcy jedzenia. Podobno stracił sygnał GPS i utracił orientację gdzieś na pustkowiu. Miała nadzieję, że pojutrze dostawa dotrze, choćby i od żywego kuriera, ponieważ nie chciała drugi raz w miesiącu jechać na zakupy. Uważała to za stratę czasu.

Zrobili pętlę i ujrzała jednopiętrowy, biały dom na zboczu. Poprosiła kierowcę, żeby zatrzymał się niecały kilometr przed podjazdem. Miała lekkie zakupy, a spacer jej się przyda.

Założyła kapelusz i powoli ruszyła w stronę domu. Samochód odjechał, wyspa połknęła jego dźwięki, czknęła silnym podmuchem wiatru. Przez chwilę Nel po lewej stronie miała ocean. Potem zostawiła go za sobą, skręcając w prawo, przez zieleń sukulentów, idąc znaną ścieżką w górę stromego wzniesienia. Oddech zrobił się głęboki, pod adidasami chrzęścił żwir. Zapiekły ją oczy i uznała, że to przez pylisty podmuch, jednak jakkolwiek bardzo chciałaby zrzucić dyskomfort na naturę, nie mogła zaprzeczyć, że prawdziwym powodem były wspomnienia – bolesne niczym kaktusy.

W domu zaparzyła sobie melisę. Potem długo, aż przestały drżeć dłonie, siedziała na werandzie, oglądając pielęgnowany od roku ogródek. Wiatr bawił się jej grzywką. Kiedy musnęła palcami kark, wyczuła opuszkami malutkie wgłębienie.

Tam znajdowała się Pragma. Tak nazywała wszczep. Sztuczną inteligencję.

Nel miała trzydzieści dwa lata i wiedziała, że niedługo umrze. Sama się na to zdecydowała.

 

 

***

 

 

Bilet na samolot kupił w ostatniej chwili, obudziwszy się o drugiej w nocy na siku. To było jak olśnienie, które niepodziewanie zgasło; zasnął zaraz po przelaniu opłaty. Nawet nie last minute, a kaprys nocy. Pęknięcie snu. Kiedy o siódmej rano się obudził, chwilę mu zajęło, zanim zorientował się, że to nie był sen, i pędem zaczął się pakować. Rzucał do walizki rzeczy bez ładu, co chwilę zerkając na godzinę – za niecałe dwie musiał być na lotnisku.

Podróż przespał.

Położony w ustroniu hotel znalazł po wylądowaniu, w czasie między wyjściem na lotnisko a odbiorem z taśmy bagażu. Walizka, choć spora, zdawała się lekka niczym piórko – takie czuł podekscytowanie. O wycieczce myślał dwa dni temu, sącząc colę z whisky, która nie mogła rozpuścić rozdrażnienia i niepokoju; emocje dały mu motywację do działania. Stał wtedy przed oknem w swoim mieszkaniu na dwunastym piętrze, skąd roztaczał się przepiękny widok na nocną Pragę. Miasto znał jak własną kieszeń. Rzecz w tym, że znów coś w niej zaczynało go uwierać, niepokoić. Musiał, po prostu musiał być gdzie indziej.

– Więc szukasz kolejnych wrażeń – powiedziała wczoraj Diana, uśmiechając się sardonicznie.

Przyjaciółkę poznał piętnaście lat temu w Lizbonie, na wymianie studenckiej. Odkąd wrócił do Pragi, przynajmniej raz w tygodniu rozmawiali przez sieć.

– Lubisz trywializować – odparł.

– Zatem czego?

Ściągnął gęste brwi w zastanowieniu, po czym wzruszył ramionami.

– Nie wiem. Cząstek sensu? Tego chyba nie da się opisać językiem.

Wyspa okazała się gorąca i sucha. Mimo to panował na niej przyjemny klimat, dzięki słońcu, które oblewało ją niczym lukier croissanta.

Nie interesowały go baseny, masaże, przymilne uśmiechy i cała ta otoczka dogadzania klientowi. W hotelu zostawił bagaż, zarzucił na ramiona plecak z prowiantem i wodą, po czym ruszył na spacer. Z asfaltowej drogi zboczył na szutrową ścieżkę, z niej zszedł w dzicz. Rozejrzawszy się po pofałdowanym terenie, postanowił pójść w stronę wody.

Miał nadzieję doświadczyć czegoś fascynującego. Kolekcjonował przeżycia, te najbardziej warte zapamiętania zapisując w postaci filmów, których nagrywanie umożliwiały specjalne soczewki. Spowity mgłą las Aokigahara w Japonii; czytanie powieści Remarque’a na dzikiej plaży Malediwów; wyobrażanie sobie, że jest nikim podczas nocy spędzanej w jaskini we Włoszech – szukał świeżości, innych perspektyw, szukał w tym oderwaniu swoistego dopełnienia.

Kawałek dalej ujrzał niewiele większy niż wózek golfowy pojazd. Stał samotnie, na środku pustkowia, z otwartym bagażnikiem. Dziwna sprawa. Po chwili namysłu poprawił plecak i podszedł tam. W środku nie było kierowcy. Na początku Pavel pomyślał, że się dokądś udał, ale prędko pojął, że ma przed sobą autonomiczne auto. Przestronny bagażnik wypełniały po brzegi produkty spożywcze. Ucztowały w nim tłuste karaluchy.

Pavel szybko zamrugał trzy razy, włączając nagrywanie soczewek.

Spojrzał w kierunku, w którym pojazd jechał. Dostrzegł wąski pas przerzedzonej, ugniecionej roślinności, więc właśnie tamtędy auto musiało często podróżować. Albo auta.

– Czym jesteś, kolego, i dokąd jechałeś? – zapytał Pavel.

Poklepał plastikową maskę i ruszył w stronę niedalekiego łagodnego wzniesienia. Zauważył, że coś tam połyskuje. Przyspieszył, czując rosnące zaciekawienie oraz to uczucie wkraczania w inny wymiar.

W powietrzu pojawił się nowy zapach, jeszcze zbyt niewyraźny, by w pełni go doświadczyć.

Wyspa zniekształcała czas. Rozciągał się i kurczył.

Na piaszczystej ziemi leżało coś, co przypominało człowieka. Szara sylwetka, na plecach panel fotowoltaiczny – to on odbijał słońce – oraz niepokojąco ludzka twarz. Android dostawca spojrzał na Pavla, uśmiechając się słabo.

– Przepraszam. Popełniłem błąd.

Obok leżały torby z zakupami.

– Co się stało?

Android milczał.

– Dlaczego autonomiczny kurier znalazł się w autonomicznym aucie? – Pavel kucnął, przyglądając mu się badawczo.

– Najszybsza droga. Niebezpieczna, ale najszybsza. Zresztą, najbardziej boję się tej ostatniej drogi. A ta nią nie była. Dziwne.

– Ostatniej?

– Każdy dostawca tam się udaje. Tam czeka go kres.

Pavel pokręcił głową, uznając, że android mówi od rzeczy.

– Czy do dostawy nie wystarczy autonomiczny pojazd?

Robot zamilkł.

– Mogę ci jakoś pomóc?

Android spojrzał na zakupy, potem na wzniesienie.

Pavel zadzwonił do firmy dostawczej, nikt nie odbierał, więc nagrał wiadomość o zagubionym kurierze na skrzynkę. Załatwiwszy sprawę, wzruszył ramionami i zabrał się za pakowanie produktów do swojego plecaka. Być może powinien je zostawić na miejscu, aż ktoś przyjedzie, lecz już od dawna nie przejmował się powinnościami.

Kiedy skończył, minął robota i ruszył przed siebie.

– Czeski film – rzucił na odchodne.

– Nie rozumiem – powiedział android.

Pavel parsknął.

– Ani ja, przyjacielu.

Pół godziny później dotarł na szczyt wzniesienia. Po drugiej stronie opadało znacznie bardziej stromo. Wzmógł się wiatr, zdawało się, że powoli zdmuchuje z nieboskłonu słońce.

Po drugiej stronie dostrzegł coś jeszcze – biały domek wtulony w skalne zbocze. Wyglądałby jak tik-tak zagubiony w kupce orzeszków, gdyby nie rozlewający się wszędzie fiolet lawendy.

Pavel zaczął tam zbiegać. Zastanawiał się, kim jest osoba, która złożyła zamówienie na jedzenie. Wyobrażał sobie jej wdzięczność, kiedy go zobaczy. Z drugiej strony, to zależy od opóźnienia dostawy. Poza tym może wziąć go za kuriera.

Snując scenariusze, zaczepił stopą o wystający kamień, stracił równowagę i runął w dół.

 

 

***

 

 

Przeciągnęła się na łóżku, ani za miękkim, ani za twardym, wyplątując umysł z popołudniowej drzemki. Czyżby ostatnio robiła je sobie częściej? Wstała i poszła wziąć prysznic. Myjąc ciało, znów wyczuła opuszkami to leciutkie wgłębienie z tyłu, na styku karku i potylicy. Sztuczna inteligencja, Pragma, miała dostęp do jej umysłu, ale nie mogła weń ingerować. Osoby biorące udział w projekcie badawczym umierały w młodym wieku, czego przyczyną było przyspieszone skracanie telomerów mózgu. Stanowiło to cenę rozwoju nauki. Za jakiś czas ludzki mózg wreszcie uda się sprząc z inteligencją, co będzie początkiem nowego gatunku. Z tego punktu widzenia Nel i jej podobni stanowili bramę do nowego, lepszego świata.

Spojrzała w idealnie czyste lustro. Z buzi podobna do porcelanowej lalki, o lazurowych oczach; to cień, czy smutek w nich widziała?

Pierwszy etap eksperymentu polegał na uczeniu się przez inteligencję jej umysłu. Drugi na sprzężeniu, które, póki co, doprowadzało właśnie do gwałtownego skracania telomerów.

Jestem świeczką, ale jeszcze mocno płonę.

Spokój zmąciło szuranie butów po ziemi, dosłyszała je przez uchylone okno łazienki. Zaskoczona, wyszła na werandę, zmrużyła oczy, robiąc daszek z dłoni. Postać szła w kierunku jej domu.

Nel stanęła w ogrodzie przy aloesie i obserwowała mężczyznę – z tej odległości mogła już rozpoznać płeć. Zatrzymał się dziesięć metrów od niej, pomachał ręką na powitanie. Białą lnianą koszulę miał zakurzoną, a ramię obtarte, lecz uśmiechał się.

– Cześć. Jestem Pavel.

Nel odwróciła się bokiem. Już chciała wracać, ale usłyszała:

– Poczekaj!

Podszedł bliżej, a ona została w tej bocznej pozycji.

– Mam na imię Pavel – powiedział, uznając, że za pierwszym razem go nie usłyszała.

– Nel – oparła sztywno.

Pavel zdjął i otworzył plecak, w którego zaczął coś wyjmować. Szybko zrozumiała, że to jej zakupy. Zrobiła krok w prawo, zwiększając dystans.

Tymczasem mężczyzna ułożył pakunki na ziemi. Czynność wykonał z zadowoleniem, czego Nel nie mogła pojąć.

– Zdaje się, że to twoje – powiedział, prostując się. – Spacerowałem i trafiłem na autonomiczny pojazd. Był zepsuty, więc zgłosiłem problem firmie i postanowiłem przynieść zakupy.

Nel stała w bezruchu. Wiatr bawił się jej mokrymi włosami, które w innych sytuacjach zawsze miała upięte z tyłu. W oddali zaśpiewał świergotek. Pavel, zmęczony drogą, napił się z butelki wody.

– Dziękuję – powiedziała Nel. – Zostaw to tam, gdzie leży.

– Mogę ci pomóc.

– Sama zaniosę wszystko do domu. Już wystarczająco mi pomogłeś.

– Trafiłem także na androida. Leżał kawałek od auta. Nie sądzisz, że to ciekawe, iż w autonomicznym pojeździe znalazł się robot?

Nel nieznacznie wzruszyła ramionami, nie odpowiedziała. Spuściła wzrok, zawstydzona.

Pavel przez chwilę wahał się, nie wiedząc, jak dziewczyna zareaguje na kolejne słowa.

– Myślałem, że…

– Jakoś ci się odwdzięczę? – dokończyła za niego, przechylając głowę. Uznała, że mężczyzna jest bardziej nieporadny niż niebezpieczny. – Nie przygotowałam się na gości.

Podszedł jeszcze bliżej, Nel leciutko zesztywniała. Pokazał jej zdjęcie na telefonie.

– Szukam tej jaskini. Wiesz może, jak tam trafić?

– Musisz zejść na dół i iść wzdłuż plaży. Tak znajdziesz pieczarę. Poczekaj.

Nel wróciła do domu, nic więcej nie tłumacząc. Po chwili przyniosła środek odkażający, którym bez pytania popsikała Pavlovi ramię. Jęknął, zdziwiony, ale zanim zdążył coś powiedzieć, Nel znów ruszyła do domu. Tym razem już z niego nie wyszła. Wydawało mu się, że dostrzega nieznaczny ruch okiennej rolety.

– Miło było cię poznać! – powiedział głośniej. Następnie wyłączył nagrywanie i skupił się na dalszej wędrówce.

Idea pieczary rozmyła się niczym zamek z piasku. Pavel wrócił do hotelowego pokoju, gdzie wyczerpany legł w łóżku. Zanim poszedł coś zjeść, kilka razy odtwarzał swoją dzisiejszą podróż. Auto pełne karaluchów, szary android kurier, upadek ze zbocza, i ta drobna dziewczyna o przenikliwym spojrzeniu; było w nim coś nieuchwytnego.

Nel natomiast próbowała skupić się na czymś pożytecznym, wytrącona z równowagi niecodziennym wydarzeniem. Wreszcie przestała myśleć o ich spotkaniu, przekonując samą siebie, że nie miało najmniejszego znaczenia, a poza tym więcej nigdy z Pavlem się nie zobaczą. Był jedynie przypadkowym turystą.

 

 

***

 

 

Wieczorem połączył się na wideo z przyjaciółką. Diana słuchała o jego przygodzie z rosnącym zainteresowaniem. Pokazał jej całe nagranie. Zanim skończył, weszła mu w słowo, twierdząc, że Nel musi być anankastyczna.

– Jaka?

– To znaczy, że jest osobą niezwykle praktyczną. Sztywną, wykonującą głównie użyteczne rzeczy. Zero luzu. Żyje skromnie, często trochę poniżej poziomu swoich zarobków. Nie potrafi odpoczywać, bo wtedy czuje się winna. W kontaktach z ludźmi jest chłodna, zdystansowana.

Pavel parsknął śmiechem.

– Co cię bawi?

– Brzmi jak diagnoza.

– Bardziej luźne uwagi.

– Nie wystarczy słowo pustelniczka?

– Nie sądziłam, że tak zafascynuje cię taka oszołomka.

Zatem o to chodziło – Diana była zazdrosna, czego nie potrafiła powiedzieć wprost. Pospieszna diagnoza nabrała teraz głębszego sensu.

– Zamierzasz szukać wrażeń do końca życia? – zapytała, wyrywając go z zamyślenia.

– Zamierzam znaleźć w nim tyle spełnień, ile możliwe.

– Poeta. Jak wyobrażasz sobie własną przyszłość?

Pavel zaśmiał się głośno. Nie wierzył w całe to gadanie o kreowaniu rzeczywistości, manifestowaniu. Głęboko w poważaniu miał dalekosiężne plany, skrupulatnie zapisywane w notatnikach i tabelkach.

– Znowu milczysz. Raz nie możesz przestać o sobie opowiadać, innym razem trzeba z ciebie wołami wyciągać…

– Czy nie tak rozmawiają ludzie?

– O to, co u mnie, w ogóle nie pytasz. Tylko ty o tobie. I milczący ty.

Patrzył już nie tyle na Dianę, co przez nią, zdając sobie sprawę, że nawet nie wie, jaki przyjaciółka ma kolor oczu. Pod powiekami załaskotało i ujrzał Nel, dziewczynę o oliwkowej cerze, nakrapianych złotem tęczówkach, w całej swej subtelności zdającą się skrywać siłę oceanu. Kiedy poczuł lawendowy zapach ogrodu, który zdawał się być nie kwiatów, a jej wonią, wymamrotał:

– Przepraszam, muszę kończyć.

Pomachał niemrawo i się rozłączył.

Nie wyobrażał sobie, że więcej nie zobaczy Nel.

 

 

***

 

 

Wszystko ucichło. Czas płynął jak melasa. Pajączek wyczuł drgania powietrza i w ostatniej chwili uciekł spod kół. Autonomiczny samochód zatrzymał się na szutrowej drodze przy zboczu punktualnie – w samo południe. Firma najwidoczniej nie miała wolnego androida, więc Nel musiała zejść i sama wnieść zakupy. Kiedy to zrobiła i wszystko rozpakowała, tknięta impulsem, postanowiła udać się do miasteczka. Uznała, że przydałaby się jeszcze jedna rzecz – sok aloesowy.

O bieloną ścianę z boku domu oparty stał skuter. Nel mogłaby się nim przejechać, byłoby przyjemnie, przez chwilę miała nawet wrażenie, że wiatr właśnie ukręcił specjalne usta tuż przy jej uszach i ją do tego czynu podpuszcza. Podniosła rękę do skrzynki z kluczykami, zawahała się, zamierając na moment w bezruchu, po czym odwróciła się na pięcie i poszła do domu poczekać, aż przyjedzie taksówka. Postanowiła ją zamówić, uznając, że to rozsądniejsze rozwiązanie.

Jadąc, nie mogła przestać myśleć o jutrzejszym locie do Wiednia. O wizycie kontrolnej w placówce badawczej. Zawsze się nimi stresowała, choć dotąd wszystko szło jak z płatka. Może to kwestia panującej tam atmosfery? Kremowe korytarze i gabinety urządzone przytulnie, żeby poczuć się bezpiecznie, prędzej niż zaufanie budziły dysonans. Uśmiechnięty personel sprawiał, że momentami bez mała wpadała w tryb zamrożenia. Przecież nikt z tych osób nie chciał jej dobra. Liczył się sukces naukowy. Stanowiło to kontrast wobec ojca, który pragnął Nel wychować na przyzwoitą kobietę, ale jedyne, co potrafił robić, to ją krzywdzić. Przypomniała sobie siarczyście wymierzony cios w policzek, a wyobrażenie było tak silne, że odwróciła twarz do szyby, żeby kierowca nie dostrzegł łez. Spojrzała przez opuszczone okno auta, rozległa przestrzeń wyspy pozwoliła, aby myśli się rozproszyły i osłabły, porwane wiatrem, roztopione słońcem.

Kierowca gwałtownie zahamował. Nel za przednią szybą dostrzegła jakiegoś mężczyznę. Pavla. Uniósł w przepraszającym geście rękę i poszedł dalej.

W sklepie panował niewielki ruch. Nel ceniła tę prostotę, tak różną od życia w dużym mieście.

Pavel stał na samoobsługowym stoisku z owocami i z apetytem zajadał morelę. Po palcach ciekł mu sok. Niebywałe! Nel próbowała najwyżej tych owoców, przy których stał sprzedawca. Małych – w grę wchodziła na przykład poziomka czy truskawka. Zachowanie mężczyzny oceniła jako częściowo pragmatyczne, ale jednocześnie nieakceptowalne. Raziło jej zmysł estetyki.

Pavel rzucił pestkę do koszyka, oblizał palce i ruszył dalej, w konsumpcyjnym roztargnieniu nie zauważając dziewczyny. Nel bezmyślnie za nim ruszyła. Zatrzymywał się co chwilę przed jakąś półką, oglądał produkty, raz coś brał, innym razem mruczał pod nosem i rozchwianym krokiem, lekko bujając tułowiem, trochę jak próbujący trzymać fason krab, przemieszczał się do kolejnej półki lub lodówki.

Alejka z jogurtami była przyjemnie chłodna, krótka i ciasna. Stali w niej tylko oni. Spojrzenie Pavla prześlizgnęło się po Nel, ale zaraz do niej wróciło. Uśmiechnął się i podszedł. Z koszykiem w dłoni, z którego prawie wysypywały się produkty. Nel miała dziwne poczucie obcowania ze sztuką naiwną.

– Cześć. Dostawca znów nawalił?

– Postanowiłam coś dokupić.

Milczeli. Jeśli wcześniej czas przypominał melasę, teraz, mimo że ruszyli do kasy, Nel miała wrażenie, że dosłownie się zatrzymał.

– Dałabyś zaprosić się na kawę? – zapytał Pavel.

– Dziś nie mogę.

– Jutro?

– Pomyślę.

Próbowała Pavla zbyć. Być może zobaczył w jej oczach coś innego, ponieważ dał telefon do siebie.

Na szczęście nie musieli korzystać ze starego stanowiska z taśmą, które działało pod nieobecność zwykłych bramek skanujących. Przeszli przez nie, pieniądze z kont zostały pobrane – z rachunku Nel jedynie za sok aloesowy – i znaleźli się pod prażącym słońcem. Zanim Pavel zdążył powiedzieć coś więcej, Nel weszła do taksówki, na pożegnanie niedbale machnąwszy mu dłonią.

W domu zajęła się pracą zdalną. Czas przyspieszył, dzień skracał się nieubłaganie jak telomery.

 

 

***

 

 

Pomarszczony ziemniaczek w mundurku rozpuszczał się w ustach. Rozpuszczał się też krem przeciwsłoneczny na twarzy, pianka w kieliszku pina colady, europejski tryb dnia oraz zabrane z kontynentu jako bagaż podręczny napięcie. Po tym ostatnim został zaledwie cień, tak bardzo nieprzystający do słonecznej wyspy, że aż nieznośny. Pavel postanowił coś z nim zrobić.

Niedługo później kroczył wzdłuż złocistej plaży w kierunku pieczary. Zgodnie ze słowami Nel, odszukał ją bez problemu. Macając skaliste zręby wejścia, włączywszy nagrywanie soczewek, wkroczył do środka, przez chwilę czując się intruzem. Jaskinia miała kilkanaście metrów głębokości, unosiła się nad nim chłodnym, nierównym sklepieniem. Wewnątrz ocean wybrzmiewał ciszej, jakby z oddali, z kremowej muszli przystawionej do ucha.

Pavel zdjął plecak i usiadł na gładkiej półce. Cień, który nosił w sobie, odtajał, spłynął palcami na ziemię, rozpierzchnął się po jaskini i umościł w kątkach, szczelinach i nierównościach.

Rok temu Pavel rzucił pracę, zerwał kontakty z fałszywymi przyjaciółmi i zaczął podróżować. Mógł sobie na to pozwolić, miał odłożone środki na kilka lat spokojnego życia. Tylko że nie chciał żyć spokojnie. Nie po to zrzucił dotychczasowe maski, aby zapaść w letarg.

Położył się na półce, pod głowę podkładając bluzę z plecaka. Zamknął oczy i dał kołysać się szumowi oceanu.

Pierwsze sześć miesięcy było wspaniałe. Przemierzył Wietnam, Tajlandię i Malezję, chłonąc orientalne kultury, smakując pysznych dań, nawiązując przelotne, lecz szczere relacje z mieszkańcami malowniczych terenów. Kiedy jesteś daleko od domu, dotychczasowa tożsamość co prawda nie znika, ale przekształca się, pod dotykiem doświadczanych wspaniałości i pod naporem nieoczekiwanych trudności.

Gdy niebo zaczęło ciemnieć, udał się pod biały dom. Zapukał do drzwi, lecz nikt nie otworzył. Spróbował dosłyszeć jakieś dźwięki z wnętrza. Być może Nel spała. Albo gdzieś wyszła. Poczuł rosnący zawód, ten jednak prędko zamienił się w nadzieję i ekscytację. Przecież dziewczyna tu mieszkała, więc za pewien czas wróci.

Postanowił zostawić jej niespodziankę.

 

 

***

 

 

Silny wiatr sprawił, że samolot przechyliło mocno na bok, zanim wylądował na lotnisku w Wiedniu. Pół godziny później Nel zameldowała się w hotelu w starej kamienicy. Walizki nawet nie otworzyła. Na zmianę to siedziała na łóżku wpatrzona w okno, to krążyła po ciasnym pokoju. Gdy nadszedł czas, zarzuciła płaszcz i wyszła na zewnątrz. Ulica tonęła w ulewie. Woda gromadziła się na chodnikach, spływała wzdłuż krawężników rwącymi strumieniami, chłostała autonomiczne samochody, okna budynków oraz ludzi w pośpiechu szukających schronienia. Nel szła spokojnym, odmierzonym krokiem. Burza ją uspokajała. Zawsze, kiedy lało jak z cebra, ojciec później wracał do domu. Jeśli przemokniesz do ostatniej nitki, to bankowo złapiesz przeziębienia – często powtarzał jej te słowa i widocznie nie chciał wyjść na hipokrytę. Poza tym przesadnie lękał się zachorowania.

Ośrodek ginął w rzęsistym deszczu. Nel pamiętała dokładnie, gdzie się znajdował. Była tu już kilkanaście razy. Przeszła przez pasy i wkroczyła do przestronnego holu. Zapadła cisza. Parasolka wystająca z ramienia samoistnie złożyła się i schowała do rękawa.

Zastanawiała się, jak to będzie, kiedy Sztuczna dostanie pełny dostęp do jej mózgu. Wyobrażała sobie, że przeciska się między jej własnymi myślami. O dziwo, ponoć pacjenci czasami odczuwali zawroty głowy i doświadczali więcej nieproszonych myśli, ale poza tym człowiek nie zauważał większych zmian. Poza negatywnymi skutkami ubocznymi, związanymi ze skracaniem telomerów.

Przeszła przez matowe drzwi numer siedem i znalazła się w długim korytarzu. Nie musiała dalej iść – taśma powoli posuwała ją do przodu. Rozwidlała się wielokrotnie i Nel wreszcie trafiła do gabinetu badań. Była tu sama. Wszechobecna biel – ściany, urządzenia, światło – sprawiła, że pomyślała o sobie jak o czystej karcie, która dopiero zostanie wypełniona. Dzięki Pragmie. Ale to nie tak, ja już jestem zapisana, wypełniona informacjami. Sztuczna musi się we mnie wpasować, nie uszkadzając aktualnego tekstu. Powinna się dostosować!

Położyła się na leżance, która po chwili wsunęła ją do pierścienia skanera funkcjonalnego rezonansu magnetycznego. Urządzenie zamigotało, zaszumiało i zakończyło pracę.

Dalej pojechała na taśmie do szarego pokoju z dwoma krzesłami i biurkiem. Siedział za nim łysy mężczyzna w nieokreślonym wieku. Doktor Philip. Uśmiechnął się do niej i przyjaznym gestem zaprosił na krzesło. Jego głos miał jednostajną, lepką słodycz.

– Zadam ci teraz kilka pytań. Odpowiadaj przecząco lub twierdząco.

– Dobrze.

– Nadal pracujesz jako analityk w banku?

– Tak.

– Mieszkasz na wyspie?

– Tak.

– Zauważyłaś jakieś niepokojące symptomy związane z Pragmą?

– Nie

– Czy w ostatnim czasie wydarzyło się coś ważnego w twoim życiu?

Na ułamek sekundy zawahała się, przypominając sobie spotkania z Pavlem.

– Nie.

– Wciąż jesteś zdecydowana na drugi etap? Jest to twoja dobrowolna decyzja?

– Tak.

Doktor Philip zamrugał kilkukrotnie, zapisując odpowiedzi. Spojrzenie złocistych oczu nagle straciło ostrość; przyszła analiza badań. Westchnął, przyjrzał się Nel z troską.

– Coś utrudnia nam zadanie – rzekł, splatając dłonie w piramidkę. – Informacje trafiające do chmury są zbyt skąpe.

– Coś? To znaczy?

– Inteligencja jest hamowana, przez co nie może nauczyć się twojego mózgu w wystarczającym stopniu, abyśmy mogli przejść do drugiego etapu eksperymentu.

– Proszę rozwinąć.

– Chodzi o neurony dzikiej róży. Odpowiadają za hamowanie sygnałów z innych neuronów. Innymi słowy, regulują przepływ informacji w mózgu. U innych pacjentów nie były tak aktywne jak u ciebie.

– Czy możemy coś z tym zrobić?

– To przejściowa sytuacja. Potrzebujemy jedynie więcej czasu.

– Jak niby to ma nam pomóc?

– Sztuczna nieustannie się zmienia. Zaufaj jej.

 

 

***

 

 

Wracając pewnego razu z kolejnej odkrytej plaży, zmęczony usiadł na kamieniu i wyjął z plecaka bułkę. Jak zwykle zaczęły podbiegać do niego głodne wiewiórki. Zauważył, że za każdym razem, kiedy kruszy pieczywo i nawołuje zwierzęta, cmokając, jedno z nich pojawia się za każdym razem. Ponadto w przeciwieństwie do innych zamiast zabrać zdobycz i uciec kawałek dalej, ucztuje tuż przy nim. Przyjazna wiewiórka miała nie płowy, a rudy ogon, i jedno oko. W miejscu drugiego widniała blizna.

Teraz widocznie pobudzona zapachem wędliny, wskoczyła mu na ramię. Pavel zamrugał trzy razy, chcąc uwiecznić tę chwilę.

– Zatem twierdzisz, że oswoiłeś wiewiórkę? – zapytała sarkastycznie Diana.

– Sama się oswoiła.

– Niebywałe. Zupełnie inaczej niż twoja przyjaciółka.

Zmarszczył brwi. Nie od razu zrozumiał, że chodzi o Nel.

– Nie widziałem jej od trzech dni.

– Na tak dużej wyspie to chyba nic nadzwyczajnego.

– Chodzę pod jej dom, więc…

Diana wybałuszyła oczy.

– Zdajesz sobie sprawę, że to stalking?

Pavel zachichotał.

– W każdym razie nie widziałem jej od trzech dni, ale wczoraj udało mi się ją spotkać. Wyobraź sobie, że ta wiewiórka pozwoliła mi trochę oswoić Nel.

 

 

***

 

 

Zastanawiała się, jak długo jeszcze pożyje. Według ośrodka badawczego osoby, które zdecydowały się na drugi etap, mogły liczyć najwyżej na rok. Przeważnie odchodzili z tego świata po sześciu do ośmiu miesięcy.

Z rozważań wyrwała ją niespodziewana wizyta mężczyzny. Miał na ramieniu pręgowca berberyjskiego. Pavel, z tym swoim beztroskim uśmiechem, zaprosił Nel na kawę. Tym razem zgodziła się.

Siedzieli w kawiarni na skraju lądu. Ocean cicho szumiał. Co pewien czas zrywał się silniejszy podmuch wiatru.

Pavel, rzuciwszy okiem na menu, zamówił frytki z majonezem i piwo. Trunek ledwo sączył, jadł powoli, co chwilę wycierając z tłuszczu palce. Nel, która wybrała sałatkę i kawę, uważnie go obserwowała. Na początku rozmawiali na błahe, bezpieczne tematy. Pęknięcie masek nastąpiło w nieoczekiwany sposób. Pavel zapytał Nel o plany na przyszłość. To ogólne pytanie sprawiło, że usta zadrżały, a w nakrapianych złotem oczach pojawił się cień.

– Przepraszam, jeśli jakoś cię uraziłem…

– W porządku – przerwała mu. Uznała, że nie ma nic do stracenia. Zerknęła na zegarek, na chmury leniwie płynące po błękitnym niebie. Przypomniała sobie słowa wypowiedziane, kiedy pierwszy raz się spotkali; miło było cię poznać. Stała wtedy przy uchylonym oknie, schowana za żaluzją, zdziwiona łaskotaniem za mostkiem. Teraz westchnęła, spojrzała mu prosto w oczy. – Moje dni są policzone. Dlatego planami nie wybiegam zbyt daleko.

Pavel zmrużył oczy; drwi z niego, żartuje, czy mówi poważnie? Dotychczasowy lekki uśmiech spełzł z jego twarzy.

Nel, rzeczowo i z lekkością, jakby mówiła o pogodzie, opowiedziała mu o Sztucznej, czyli o Pragmie. O danych analizowanych w chmurze. Wreszcie o wzmożonej aktywności neuronalnej, zwiększonym zapotrzebowaniu metabolicznym komórek, co doprowadziło do stresu oksydacyjnego i, w konsekwencji, szybszego skracania telomerów.

– Czekaj, czekaj – przerwał jej Pavel, odkładając kufel. – U ciebie to jeszcze nie nastąpiło, prawda?

– Zgadza się. Na razie Sztuczna uczy się. Tak jak uczyła się obrazów, muzyki i tekstów literackich, zanim sama zaczęła je tworzyć.

– Dlaczego się na to zgodziłaś?

Nel odchyliła się do tyłu na krześle, splotła ramiona.

– Każdy musi sobie coś znaleźć – powiedziała. – Dla mnie… to ma sens.

– Ale stracisz najlepsze lata… Mogłabyś jeszcze tyle doświadczyć, zobaczyć… – Przechylił głowę na bok, nie dowierzając. Zmarszczył brwi, nachylił się do niej. – Naprawdę uważasz, że na tym będzie polegał rozwój naszego gatunku? Na sprzężeniu Sztucznej z ludzkim umysłem?

Nel zrobiła gest dłonią i potrąciła filiżankę. Kawa rozlała się na stoliku, porcelana spadła i pękła na ziemi. Dziewczyna zamrugała, uderzona obrazem przeszłości, który rozkwitł jej przed oczami.

Zimny, pochmurny, drżący od niewypowiedzianych słów ojciec. Bezustannie zaciskał w pięść i rozluźniał wielkie dłonie. Było dżdżyste popołudnie, a oni siedzieli na ławce w parku, w bezruchu. Na szkolnym mundurku widniała wielka plama po herbacie, którą Nel, w dziecięcym rozkojarzeniu, rozlała. Ofermo, kretynko, do niczego się nie nadajesz – te słowa już nie padały z ust ojca. Złość i pogarda skumulowały się w oczach, podkrążonych, dziewczynce przypominających moczary pełne krokodyli. Czasem, wymierzając karę, szarpnął ją za włosy.

Przetarła stolik rękawem i wstała. Pavel zauważył, że drżą jej ręce, a policzki zbladły. Zamrugał, wyłączając nagrywanie.

– Mam ochotę się przejść – powiedziała.

Pavel skinął głową. Wstał i ruszyli w głąb lądu. Towarzyszył im pręgowiec. Pojawiał się i znikał w niskich roślinach.

– Nie chciałem być wścibski – przerwał ciszę Pavel.

– To nie twoja wina. – Na kilka sekund zamknęła oczy. – Po prostu sobie coś przypomniałam.

Zauważył, że teraz z kolei policzki Nel leciutko się zaróżowiły.

– A wracając do twojego pytania – podjęła – to uważam, że na świecie wiele osób nie zasługuje na życie.

Pavel nie skomentował tego. Nad czymś intensywnie się zastanawiał.

– A co z tymi telomerami?

– Zaczną się skracać w drugim etapie procesu.

– Kiedy?

– Jadę za miesiąc. Do Wiednia.

Weszli na wysokie wzniesienie, skąd, w którąkolwiek stronę by nie spojrzeli, roztaczał się widok na sporą część wyspy. Z czystego nieba lał się żar słońca. Wiatr był tu silniejszy. Mierzwił okoliczną roślinność, świszczał w formacjach skalnych, próbował rozpleść włosy Nel.

– Przepraszam za to w kawiarni – powiedziała. – Niezdara ze mnie.

Pavel uśmiechnął się, rozłożył szeroko ramiona.

– Za co? Przecież nic się nie stało.

Nel nieśmiało odwzajemniła uśmiech. W oczach zapiekły ją łzy.

 

 

***

 

 

Leniwa, podmywająca brzegi, cicho chlupocząca rzeka zmieniła się w rwący nurt. Nel miała wrażenie, że czas tak bardzo przyspieszył… Jakby ten miesiąc, który został jej do wyjazdu, stanowił klucz do czegoś ważnego.

Niemal codziennie spotykała się z Pavlem. Na początku sądziła, że to dlatego, iż brakowało jej kontaktu z tamtym androidem, z którym zawsze mogła zamienić parę słów podczas wypakowywania zakupów. Prędko jednak porzuciła tę hipotezę, niechętnie przed sobą przyznając, że po prostu potrzebowała czyjejś obecności. Może na swoich zasadach, zachowując dystans, ale jednocześnie łaknąc kolejnych wymian myśli.

– Jesteś taka metodyczna i… przewidywalna – powiedział podczas pracy w ogródku. – Wszystko w tej samej kolejności, o tej samej porze, w tym samym kierunku.

– Lubię optymalne rozwiązania. Życie jest dużo łatwiejsze, kiedy masz plan.

– Mnóstwo planów, tabelek i wykresów. – Pavel podszedł i kucnął obok. – Nie zawsze trzeba znać kolejny ruch.

Nel otrzepała dłonie i poszła do domu. Nie potrafiła ocenić, czy Pavel przekracza jej granice, czy robi coś innego.

– W takim razie przekonaj mnie – powiedziała głośniej przez uchylone okno.

I tak dzień później znaleźli się w pieczarze. Głosy wybrzmiewały w niej donośnie, jakoś tak obficie. Pavel miał wrażenie, że jaskinia tworzy ich – głosów – powidoki, przez co kiedy Nel kończyła swą myśl, a on zaczynał własną, splatały się w coś niepokojącego. Dlatego zaczęli mówić wolniej, dając sobie kilka sekund więcej na odpowiedź lub ripostę. Napięta sylwetka Nel rozprężyła się; może pozbyła się własnego cienia podobnie do niego, gdy pierwszy raz tu przyszedł?

– Jaki jest sens dawać Sztucznej mieszać sobie w głowie? – zapytał Pavel. – Przecież i tak już narobiła bałaganu… właściwie wszędzie, w sztuce, rzemiośle, w relacjach. Sztuczni terapeuci… Byłem u takiego i wyszedłem bardziej pusty niż przyszedłem. Jakim cudem ludzie pozwolili, aby zabrnęło to tak daleko?

– Wymieniasz rzeczy, które ci się nie podobają. A co z żywymi opowieściami, reagującymi na twój stan emocjonalny i się wraz z nim zmieniającymi? Albo projektowanie doświadczeń psychicznych? Nigdy nie próbowałeś na przykład dwunastu minut melancholii?

– Wszystko się zaciera.

– Prędzej rozszerza. Eksploracja rzeczywistości poza ludzkim poznaniem to fascynująca gałąź sztucznej inteligencji. Posłuchaj. Rozumiem, że nowe możliwości wywołują lęk, ale przecież na tym polega rozwój. Mój ojciec… był przykładem stagnacji. Nic mu nie pasowało, miał zamknięty umysł.

– Dlatego zdecydowałaś się na eksperyment? Bo masz otwarty umysł?

Nel podkurczyła nogi, splotła na nich ramiona. Zamilkła. Pavel podał jej z plecaka butelkę wody i czosnkową bułkę.

– Twój tata…

– Czasami miał przebłyski lepszego nastroju, ale przeważnie kumulował w sobie coś złego. Tak długo, aż pękał. Zostawmy ten temat.

Przez parę minut milczeli. Ocean szumiał, kołysał ich, rozpuszczał napięcie.

– Próbowałem sztucznej inteligencji, która tworzyła sens tam, gdzie go nie ma – odezwał się Pavel, kręcąc z dezaprobatą głową. – To taki spersonalizowany system znaczeń. Sens miał ewoluować razem ze mną i równolegle do mnie.

Nel spojrzała na niego zaciekawiona. W półcieniu wydawało mu się, że ma smutne oczy.

– Nic z tego nie wyszło. To znaczy przez chwilę miałem złudną nadzieję. Ale czułem się, jakbym tracił coś ważnego. – Wstał, przeciągnął się. – Chyba lepiej zwyczajnie iść w świat. Zawsze coś ci zaoferuje. Za półtora miesiąca lecę na pół roku do Chin. Później planuję Koreę.

Nel drgnęła. Pręgowiec berberyjski wyłonił się zza skalnego załomu, podbiegł i wspiął się na jej ramię. Powąchał czosnkową bułkę, trochę skubnął.

Pavel podał Nel rękę.

– Pójdziemy gdzieś?

Przyjęła pomoc. Idąc za nim w kierunku plaży, sięgnęła do spinki i rozpuściła włosy.

 

 

***

 

 

Zbliżał się termin wylotu do Wiednia. Nel w ostatnich dniach korespondowała z opiekującym się nią doktorem Philipem. Wcześniej uważał, że na drugi etap eksperymentu, w związku z silnym hamującym działaniem neuronów dzikiej róży, jest zbyt wcześnie. Parę dni temu zmienił zdanie, twierdząc, że obecne postępy Pragmy są wystarczające.

Siedziała na werandzie i próbowała dostrzec w ciemności ocean pod nocnym niebem. W końcu, trapiona niepokojem, zamrugała i odpaliła skrzynkę mailową. Cofnęła się do korespondencji mającej miejsce jeszcze przed rozpoczęciem eksperymentu.

„Jakie są realne zagrożenia drugiego etapu? Czytałam gdzieś, że niektórzy doświadczają depersonalizacji, derealizacji, omamów lub urojeń” – napisała.

„Eksperyment budzi wiele wątpliwości, ale to, co Pani wymieniła wyżej, jest stekiem kłamstw” – odpowiedział doktor Philip. – „Nie ma żadnych dowodów, które by to potwierdzały. Proszę się nie martwić. Zadbamy o Pani bezpieczeństwo”.

„A problemy z gospodarką hormonalną? Czy Sztuczna może w niej namieszać?”.

„Sztuczna ogranicza się do mózgu. Ma wpływ na Pani funkcje poznawcze. Tylko tyle i aż tyle”.

„Słyszałam, że może zmienić znaczenie, jakie mają dla nas wydarzenia oraz osoby. Na przykład donośne doświadczenie stanie się nieistotne. Do bliskiej osoby poczujemy niezrozumiałą obojętność. Poza tym, doktorze, Pragma wpływa też na ciało migdałowate, a zatem na emocje.”

„Widzę, że masz sporo wątpliwości. To naturalne. Myślę, że najlepiej będzie, jak spotkamy się na żywo i wszystko będę mógł wyjaśnić w cztery oczy”.

Nel zamrugała, wstała i wróciła do domu. Zatrzymała się przy wejściu, z dłonią na zimnej ścianie. Obeszła dom i stanęła przy skrzynce na klucze. Lubiła prostotę. Ceniła stare zwyczaje, urządzenia oraz skutery. Wzięła klucz do swojego i bez kasku, przemyślenia i przygotowania, w zwiewnej piżamie i klapkach, bez cienia wątpliwości odpaliła maszynę, by w ciemnościach rozświetlanych światłem reflektora ruszyć stromym zboczem na dół. Silnik cichutko bzyczał, spod kół uskakiwały kamyczki, a niskie krzewy szeleściły, gdy przez nie przejeżdżała, mocno zaciskając dłonie na kierownicy. Amortyzatory ledwie radziły sobie z nierównościami, skuter podskakiwał, bujał się, ale wreszcie dotarł na dół, do względnie dobrej szutrowej drogi, na której Nel przyspieszyła. Pędziła przed siebie, w rozpuszczonych włosach czując wiatr, w piersi ekscytację, tak często latami tłumioną przez ojca.

Zanim dojechała do asfaltowej drogi – widziała światła nielicznych jadących w oddali samochodów – zza chmur wyszedł księżyc, wiatr ucichł, a po swojej lewej i prawej stronie usłyszała liczne, narastające dźwięki. Równolegle do niej mknęły stada pręgowców berberyjskich, z każdą minutą rosnące, ponieważ nieustannie dobiegały kolejne wiewiórki, łącząc się z rwącą futrzastą masą, niczym wiatr mierzwiącą półpustynną roślinność.

Nel dojechała do głównej drogi. Zatrzymała się na chwilę, omiotła reflektorem przestrzeń – zabłyszczały dziesiątki wiewiórczych ślepi – po czym ruszyła dalej przez wyspę.

Jechała długo, chyba ze dwie godziny, zbaczając w zapomniane drogi i ścieżki, aż dotarła do nieznanego miejsca. Na jednym ze zboczy coś leżało. Zjechała tam, oblizując suche usta. Okazało się, że na ziemi spoczywał android. Rozejrzała się i zobaczyła, że wyżej jest jeszcze jeden. I trzeci, u samego wzniesienia. Wszystkie znajdowały się na piaszczystej drodze. Wjechała na samą górę. Nieopodal znajdował się jakby krater. W jego wnętrzu, w nienaturalnych pozycjach, powykręcane, uszkodzone, bez nóg, rąk albo głowy, siedziały i leżały sylwetki androidów. Na początku Nel widziała jedynie niepokojące kontury, później tam zaświeciła i zamarła.

Wyłączyła silnik, zostawiając włączony reflektor, po czym usiadła na zboczu i zawiesiła spojrzenie na tym osobliwym cmentarzu.

Znów naparły, ale tym razem pozwoliła wspomnieniom wypłynąć.

Ojciec szarpiący ją za włosy. Ojciec ignorujący jej pytania, siedzący w przesyconym papierosowym dymem fotelu, jak skała milczący z nieznanego powodu. Ojciec punktujący wszystkie jej niewłaściwe zachowania, patrzący na nią jak na śrubę, którą musi jeszcze mocniej dokręcić. Trzymała się wtedy kotary; gdzie była matka i jej suknia, żeby mogła się za nią schować?

Pękła niby mała dziewczynka, uwalniając morze łez. Płakała bez końca, tak długo, aż księżyc osuszył jej buzię.

Coś się poruszyło. Niemożliwe! To jej ojciec siedział na stosie androidów. Nel wstała i ruszyła na dół. Miała wrażenie, że wchodzi w moczary. Zbliżając się, widziała coraz więcej szczegółów. Szary płaszcz, kapelusz, wielkie dłonie oraz wąsy. Jedno ramię miał uniesione, machał nim w zwolnionym tempie. Zastygło. Najważniejsze były oczy – matowe, puste, nie tak przerażające, jak niegdyś.

– Już nie możesz – powiedziała cicho, stanowczo.

Miała wrażenie, że coś się jeszcze poruszy. Myliła się.

Wróciła z powrotem na górę, wraz z wyobrażeniem ojca zostawiając tam – głęboko – dziecięce brzemię, którego nigdy nie powinna była zmuszona nieść.

 

 

***

 

 

Pavel odwołał swój lot do Chin. Nie wykupił ubezpieczenia i cała suma przepadła, jednak w obliczu sytuacji Nel nie miało to dla niego znaczenia. Chodziło też o niego. Dziewczyna miała w sobie coś, czego mu brakowało. Nie potrafił tego zidentyfikować, ale w jej towarzystwie pustka, którą nosił od lat, zaczynała powoli się czymś zapełniać. Czymś, co nie potrzebowało protezy w postaci nagrań.

Zrobił sobie kawę i usiadł na balkonie. Bezchmurne niebo, błękitny ocean, gruchanie gołębi – nie dostrzegał tego, zatapiając się w napięciu. Palcami stukał o kubek.

Diana znowu chciała się z nim połączyć. Odmówił, wiedząc, że przyjaciółka będzie go przekonywać, że relacja z Nel jest błędem. Przesyłała mu linki do artykułów o komplikacjach drugiej fazy eksperymentu. Jedna z biorących w nim udział osób popełniła samobójstwo. Inna, kobieta w podobnym wieku do Nel, wpadła w epizod lekoopornej manii.

Postanowił przeprowadzić własne śledztwo. Dotarł do informacji dokładnie tłumaczących proces zachodzący podczas faz eksperymentu. W pierwszej Sztuczna stale skanowała mózg. Uczyła się go. Samo to nie zwiększało metabolizmu neuronów, lecz Pragma nie tylko czytała, ale także wzmacniała część sygnałów. Przez to wzrastał stres oksydacyjny. Część neuronów tego nie wytrzymywała. Na tym etapie, według słów Nel, neurony dzikiej róży hamowały działanie reszty neuronów, co Sztucznej, która przeciwnie, komórki pobudzała, nie pozwalało wystarczająco dokładnie zbadać mózgu. Dzięki temu zwykłe neurony pozostawały w dobrym stanie.

Wziął duży łyk kawy i wybrał połączenie do Nel. Nie odebrała.

W drugiej fazie, w której Pragma dostawała szerszy dostęp do tego, co dzieje się w mózgu, gwałtownemu skracaniu ulegały telomery komórek glejowych. Ich DNA zostawało zniszczone, stawały się zbyt aktywne, szalały, patologicznie rosło stężenie prozapalnych cytokin i… neurony spalały się.

Odstawił pusty kubek, zarzucił na ramiona plecak i zszedł na dół hotelu. Zamówił autonomiczną taksówkę i kazał jej pojechać do Nel. Po drodze zastanawiał się, w jaki sposób mógłby odwieźć ją od dalszego udziału w eksperymencie. Wcześniej próbował w delikatny sposób wpłynąć na decyzję kobiety. Wiedział, że jest uparta i wrażliwa, a proces, w który się uwikłała, jest dla niej ważny i zgodny z jej wartościami.

W okolicy panowała cisza. Drzwi były zamknięte, żaluzje opuszczone.

Przypomniał sobie wszystkie piękne chwile, godziny i bezczasy spędzone z Nel. Na rozwieszonych między palmami hamakach leżeli pół dnia, rozmawiając, milcząc, będąc obok siebie. W błogim rozmarzeniu gładził dłonią piasek, rozgrzany, drobny niczym mąka, i nie mógł wyjść z podziwu, jak bardzo Nel się zmieniła, odkąd ją poznał. I wciąż zmieniała, zmieniała się niczym zapach ogrodu tuż przed burzą.

– Wiec jesteś z Pragi – powiedziała z zaciekawieniem

– Miasta sztuki i galerii. Ile tam jest kin artystycznych, to się w głowie nie mieści! W Art District 7 i 8 jest kilka fantastycznych kawiarni. Chciałbym cię tam kiedyś zabrać.

– Nie rób tego Dianie – odpowiedziała, bawiąc się końcówką sznurka hamaka.

Na początku niechętnie godziła się na spontaniczne wyjścia, musiała wszystko mieć zaplanowane, wyliczone i ustalone, poczynając od czasu spotkania oraz kierunku, w którym się udawali, kończąc na zbiorze tematów tabu; ojciec wydawał się nietykalny. Z czasem jednak nastąpiły zmiany, w rozmowach coś się przesunęło, jakiś akcent, detal – dołeczek na policzku, gdy się uśmiechała. A teraz chciała swe życie skrócić. Na samą myśl poczuł skurcze brzucha i mdłości.

Nagle na elektronicznej poczcie pojawiła się wiadomość, wyrywając Pavla ze wspomnień.

„Poleciałam dzień wcześniej”.

„Podaj dokładny adres” – odpisał.

Najbliższy lot do Wiednia miał odbyć się jutro o ósmej rano. Pavel bez namysłu zarezerwował miejsce w samolocie. Nawet nie wrócił do hotelu, pojechał prosto na terminal. Kupił tam dużą kawę i usiadł na ławce, czekając na wiadomość od Nel. Wiedział, że tej nocy nie zaśnie, tak jak nie zasypia lotnisko.

Wstał i zaczął po nim krążyć. Szukał przykuwającego uwagę obrazu, zdarzenia… Rytm terminala stanowił jedynie słaby szum, tło dla czegoś znacznie istotniejszego.

Uświadomił sobie, że od pewnego czasu nie włączał nagrywania. Czuł się, jakby to życie uwieczniało jego.

 

 

***

 

 

Nel myślała o Pavle. Dzwonił wielokrotnie, a ona nie odbierała. Nie odpisywała na wiadomości. Chociaż czuła się z tym źle, wiedziała, że byłoby to niepragmatyczne. W końcu i tak niedługo porozmawiają. Zanim Pavel poleci do Chin. Tak, powinna zdążyć wrócić. Teraz natomiast musi skupić się na tym, co naprawdę ważne. Siedziała w kremowym holu, czekając na wezwanie. Poza nią było tu prawie pusto – mężczyzna w podeszłym wieku zajął miejsce naprzeciwko. Miał soczewki upodabniające oczy do kocich. W dłoniach trzymał kubek z gorącą herbatą. Nel wiedziała, że człowiek ten czeka na swoją kolej. Kiedy na końcu holu rozchyliły się drzwi, uśmiechnął się smutno i niepewnie podążył w ich stronę.

Wkrótce przyszedł czas na nią.

Doktor Philip czekał z uśmiechem na twarzy. Idealnie gładka, biała jak jego zęby koszula leciutko się zmarszczyła, kiedy pochylił się nad biurkiem.

– Możemy zaczynać – powiedział spokojnie.

Przesłał jej drugą umowę. Musiała ją podpisać przed dokręceniem śruby. Przed pełniejszym otworzeniem się na Sztuczną. Pomyślała o swoim ogrodzie. O lawendzie rosnącej bez planu. O Pavlu. O tym, że nie musi.

– Nel? – W złocistych oczach zagościł strach.

Dalsza część spotkania przebiegła bardzo szybko. Jak mrugnięcie okiem. Dlaczego podjęła taką decyzję?

Wiedeń oddychał spokojnie. Wzdłuż ulic szeleściły liście drzew, a ona spacerowała kładką nad Dunajem. Pod prąd rwącego nurtu płynęły sandacze. Usiadła na ławce, przeczesała włosy, i odpisała Pavlowi:

„Przepraszam, musiałam to zrobić sama. Wracam za trzy dni. Mam nadzieję, że się zobaczymy”.

Tuż przed nią zatrzymał się rumiany człowiek na rowerze. Z tyłu miał łubianki z truskawkami.

– Może chciałaby pani kupić?

– Poproszę – powiedziała.

Sprzedawca nachylił się nad łubiankami.

– Które?

Nel machnęła ręką.

– Jakiekolwiek.

Był ciepły wrzesień, poczucie zobowiązań gdzieś się ulatniało; nie musiała się stąd ruszać. Dotknęła potylicy, sprawdzając, czy naprawdę nic tam nie ma; wyczuła jedynie malutką bliznę. Kiedy zapadł zmierzch, oczarowana iluminacją miasta, wstała i ruszyła na spacer wzdłuż rzeki. Trotuarem z wielkiej, równej kostki szło się wygodnie. Zapach drzew, rzeki i oddawanego przez Wiedeń nagromadzonego za dnia ciepła wprawiły Nel w hipnotyczny nastrój.

I prawie nie zauważyła Pavla. Stał na mijanym przez nią moście. Zatrzymała się. Pomachała mu, a on rzucił się w jej stronę. Zanim dobiegł, zanim usta Nel zadrżały, uśmiechnęła się i odpowiedziała na pytanie, które miał za chwilę zadać.

– Nie zrobiłam tego.

 

 

 

Koniec
Nowa Fantastyka