Lubię niespodzianki, dlatego uważam, że kwiecień jest piękny. Jednego dnia jest zimno, pada deszcz i wieje jak w Kieleckiem, a kolejnego świeci cudowne słoneczko.
Czekałem na wymarzony urlop z myślą, że wybiorę się za miasto i pozwiedzam okoliczne lasy. Potrzebowałem szumu drzew, kojącego wiatru i tego niepowtarzalnego świeżego powietrza. Czułem się jednocześnie zmęczony i podekscytowany. Miałem po dziurki w uszach miejskiego gwaru, śpieszących się ludzi – przecież życie to nie tor wyścigowy.
Tym razem los chciał, że wybrałem rower, a nie samochód.
No dobra, to nie był przypadek. Mogę być przedstawicielem Sybarytów, bo lubię wygodę i jeżeli nie ma potrzeby wysilania się, to tego nie robię. Rower stał od zeszłego sezonu pod ścianą i przejechałem się na nim może kilka razy do sklepu. Odkurzyłem go co nieco, nasmarowałem łańcuch antystatycznym preparatem, a później zaśmiałem się na myśl, że przecież wybieram się do lasu. Zastanawiałem się tylko, czy opony są wystarczająco szerokie. Nie chcąc psuć sobie dobrego nastroju, wyjechałem następnego dnia o poranku.
Nie sądziłem, że moja kondycja jest aż tak zła. Pokonałem dwanaście kilometrów i zatrzymałem się na przystanku, wyglądającym jak bunkier, który mógłby przetrwać bombardowanie z powietrza. Grube betonowe ściany i kilka spróchniałych desek do siedzenia – naprawdę piękne zestawienie. Biorąc pod uwagę okoliczności, na tle pięknej zieleni lasu, prezentował się obco – element przeszłości, do której nie chciałem wracać.
Wyciągnąłem kanapki z plecaka, odwinąłem z aluminiowej folii i wziąłem pierwszy kęs. Przygotowałem się dobrze, bo miałem jeszcze kawę w termosie. Boże… uwielbiam kawę. Pomimo zmęczenia czułem się zrelaksowany i zadowolony. Tylko ja, śpiew ptaków, delikatny wiatr i szumiące, kołyszące się drzewa. Posiliłem się i ruszyłem dalej.
Już nie pamiętam, kiedy zgubiłem drogę. Robiło się coraz ciemniej, a mój smartfon zipał ostatnim podrygiem baterii. Nie przejąłem się specjalnie. Okoliczne lasy to nie Puszcza Białowieska.
Dalszą jazdę uznałem za bezcelową. Zrobiło się ciemno, a zmęczone mięśnie nóg, zaczynały odmawiać posłuszeństwa. W zalegającym mroku dojrzałem przystanek. Teren opadał, dlatego uradowany dotoczyłem się na miejsce i zsiadłem z roweru. Klapnąłem na ławeczkę i wyciągnąłem termos. Liczyłem na to, że zostało w nim odrobinę kawy.
Las ucichł, szykując się do snu. Ptactwo aktywne w dzień oddawało prym zwierzętom nocnym. Jakaś sowa pohukiwała w ciemności. Dopiero teraz dotarło do mnie, że do tej pory nie minąłem się z żadnym samochodem, innym rowerzystą, cholera… nawet sarna nie przebiegła mi drogi. Zaczynałem czuć się nieswojo i byłem niespokojny, ponieważ miałem wrażenie, że coś mnie tu nie chce, jakbym przeszkadzał – ja, element zbędny, zakłócający naturalny porządek.
Bateria w smartfonie padła. Nie miałem nic innego do roboty, jak tylko położyć się i przespać. Początkowo otwierałem co chwilę oczy, bo wydawało mi się, że coś wyskoczy na mnie z zarośli, ale w końcu zasnąłem.
Obudził mnie szmer. Zerwałem się i zacząłem nasłuchiwać. Ktoś lub coś przedzierało się przez krzaki. Trzask łamanych gałęzi sprawił, że wyobraziłem sobie łosia. Otarłem pot z czoła. Wytężałem wzrok, ale daremnie – mogłem jedynie czekać, aż w końcu wylezie z gęstwiny.
– Cholera!
Głos należał do mężczyzny.
Znieruchomiałem. Miałem nadzieję, że mnie nie dostrzegł. Gramolił się przez rów i sapał jak lokomotywa.
– Do diaska! – wrzasnął. – Kopią gdzie popadnie i robią, co dusza zapragnie. Zajmę się tym!
Zamilkł. Chyba się zorientował, że nie jest sam.
– A ty to kto? – zapytał.
– Dobry wieczór – bąknąłem.
Przyczłapał bliżej.
Ujrzałem na jego głowie koronę z korzeni i długą brodę przypominającą splątany mech. Wzrok, jakim na mnie patrzył, sprawiał, że czułem się, jakby znał wszystkie moje sekrety. Twarz miał białą niczym kartka papieru. Oprócz strachu i bijącego szybko serca wzbudzał u mnie ciekawość. Chciałem wiedzieć, kim jest.
– Zgubiłem się – powiedziałem.
Patrzył na rower i kiwał głową, jakby liczył szprychy.
– Nie wyglądasz na głupiego – skwitował. – Nudzi ci się, że błąkasz się po lesie? Czego szukałeś?
– Niczego, proszę pana. Ja tylko…
– Dobra, dobra. Wiem, o co wam chodzi.
Wyciągnął rękę w moją stronę i ze złością przemówił:
– Szlajacie się po lasach, jakby do was należały. Śmiecicie, zaprószając często ogień, a jesienią oblegacie jak szarańcza, bo to dla was pora wielkiego grzybobrania. Ostatnio nawet wieszacie tabliczki: teren prywatny. Żałosne… Wiesz, że gdybym chciał, mógłbym cię uśmiercić?
Zatkało mnie. Postanowiłem przeczekać, aż szaleniec pójdzie w swoją stronę.
– Jutro ma cię tu nie być – odchrząknął i splunął.
Z mroku wyłoniły się dwa wielkie jelenie, stanęły po bokach starca i wróciły z nim do lasu. Na końcu usłyszałem z oddali:
– Ech, ci ludzie.
Cześć. Bardzo miło się czytalo, choć przyznam, że myślałam iż borowy jednak go zabije, a przynajmniej przepędzi natychmiast. Nie jestem fanką rowerów, i jak musiałam dojechać 4 km do pracy to prawie umarłam, a dochodziłam do siebie z półgodziny. A dwieście km to jednak sporo inna sprawa, że chyba nie do objechania w dzień. Ale jak mówię nie jestem fanką rowerów i pewnie do lasu to na piechotę bym szła. W każdym bądź razie bardzo zacny kawałek.
Cześć
Cieszę się, że do mnie zaglądnęłaś.
Lubię jeździć rowerem. Dystans dwustu kilometrów jest w zasięgu, można jeszcze się wyleżeć, odpocząć, napić smacznej kawki (i nie, nie z termosu), ale świeżo parzonej , np. na palniku alkoholowym, zrobionym z puszki, spać w namiocie albo pod gołym niebem. Najlepsze w tym jest to, że ogranicza tylko moc nóg, a raczej brak mocy :-)
Optuję za tym, że lepiej się słabo toczyć, niż dobrze iść :-)
Borowy mógł to zrobić, ale widocznie miał lepszy dzień (noc).
Pozdrawiam
Ciekawa historyjka. Też się zdziwiłam, że Leszy nie zrobił narratorowi krzywdy, tylko trochę pogderał. Ale uświadomienie sobie, że przez tyle czasu nie widziało się żywej istoty, może spowodować dziwne uczucie.
Przecież tam jest dwanaście kilometrów, nie dwieście.
Śmiecicie, zapruszając często ogień,
Ojjj. Ten ogień to na pewno z Prus?
Babska logika rządzi!
Cześć, Finkla
Dzięki za wizytę. Straszny ogień z Prus się wkradł. Aj, jajaj. Poprawione :-)
Pozdrawiam
Ciekawe opowiadanko. Nie wyrwało mnie z butów, ale chociaż zachciało mi się pójść na rower :D
bogjelen
Cześć, bóg jeleń08
Buty na rower się przydają, to dobrze, że nie wyrwało :-)
Dzięki za wizytę.
Pozdrawiam
Właśnie wróciłam z wycieczki rowerowej. Lubię samotne wypady do lasu, a ostatnim moim celem są pomniki przyrody. Jednego razu z leśnej gęstwiny wyszedł mi na drogę taki “leśny dziad” – długa krzaczasta broda, takież same włosy, i zapytał: “Nie boi się pani wilków”. Serce biło mi jak oszalałe, więc zdołałam tylko wykrztusić: “Nie, wilków nie”, i zwiałam. Czytając Twoje opowiadanie, przypomniałam sobie właśnie to zdarzenie.
Cześć, Alicja
No, leśne dziady mogą wystraszyć :-)
Dzięki, że zajrzałaś.
Pozdrawiam
Witaj. :)
Kiedyś miałam podobne zdarzenie – podczas grzybobrania po “znanym moim teściom od lat lesie”, do którego zawiózł mnie Mąż, autentycznie zabłądziliśmy, zapadła noc i zupełnie nie potrafiliśmy znaleźć wyjścia, co wydawało się być z początku absolutnie niemożliwe i wręcz absurdalne. Udało się wyjść wreszcie na jakąś dziwaczną drogę, natrafić na przystanek, no i – ganiać kilometrami do samochodu. :)
Ja mam zresztą talent do gubienia się w lasach; jako świeżo upieczony belfer też zgubiłam się w jakimś nieznanym lesie z moją pierwszą wychowawczą klasą podczas akcji “Sprzątania świata”. Błądziliśmy długo z worami wypełnionymi po brzegi, już szarzało, wreszcie wyszliśmy na asfaltową drogę, zostawili wory w ustalony sposób na skraju lasu i przewozem górniczym wróciliśmy do Bytomia. Potem przyznano nam dyplomy “za ogromne poświęcenie w akcję ratowania planety”. 
A Leszy to super bohater, ja też kiedyś go wykorzystałam w mojej średniowiecznej opowieści. ;)
Boże… uwielbiam kawę.
Tego poglądu nigdy nie podzielę, ale – rozumiem, że każdy ma swoje ulubione smaki. :)
Pozdrawiam serdecznie, klik. :)
Pecunia non olet
Cześć, bruce
Dzięki za przeczytanie i klik.
Tak, lasy mają w sobie magię :-)
Pozdrawiam
Leszy. No cóż, sam go miałem w swoim Upiorze z Velen. Oklepany się wydaje potworek, ale za to najbardziej intrygujący ze wszystkich, który zawsze zrobi robotę :)
Pierwsze akapity dobre, fajnie budowałeś atmosferę. Potem jest go zapadnie zmroku, trochę liczyłem na większe pokazanie tej ciemności – tu był pierwszy zgrzyt. Drugi – to jednak zakończenie. Brakowało mi trochę jakiegoś pazura ;) Leszy od tak, który machnął ręką to co dla mnie za mało. Z drugiej strony – fajnie zbudowałeś klimat i jest dość sprawnie napisane i bardzo realistycznie podszedłeś do wątku Leszego. W tym sensie, że historia mogła by się wydarzyć od tak, jakbym sam poszedł. do lasu. Ba, nawet byłem, bo wróciłem z wycieczki górskiej.
No nie wiem co z tym opkiem zrobić. Ale ci tego chyba klika dam :)
Koenrad zmruczył oczy. → Co zrobił??? Wiem, że miał kocie oczy, ale chyba nimi nie mruczał. :) // możecie pisać "Melendur"
I ja dziękuję, pozdro! :)
Pecunia non olet
Cześć, melendur88
Dzięki, że zajrzałeś. Możliwe, że niewiele napięcia w tekście. Leszy mógł zamotać bohatera na jakieś bagna, ale tym razem, okazał taryfę ulgową.
Dzięki za klik.
Pozdrawiam
“wieje jak w Kieleckiem” – łagodnie powiedziane:)
Ciekawe, jak ów leśny człowiek wspominałby partyzantów i wojenne harce po lasach? No i co sądzi o leśnikach? Może ma dla nich więcej zrozumienia? A nuż właśnie wracał z wizyty w leśniczówce i to go przychylniej nastroiło do ludzi w ogólności. Bo wszak ledwo na nogach się trzymał, prawdaż…
Miło się czytało, dzięki!
Darz bór!
Cześć, Mehiko
Dzięki za odwiedziny i dobre słowa.
Trudno powiedzieć, jak zareagowałby. Jeżeli o mnie chodzi, wszystkich odpowiedzialnych za wojny, spakowałbym do wora, związał sznurem, żeby żaden nie wypadł i wysłał w kosmos.
A żołnierze? Jak nie mają gdzie biegać, niech biegają w kołowrotkach takich, jak dla chomików, tylko większych.
Pozdrawiam
Cześć. Pytałam właśnie ekspertki, o te km na rowerze. Cóż, twierdzi, że to realne. Ona sama w majóweczke, cięgiem 140 zrobiła i jeszcze przerwę na kawę i zapiekanki oraz opalanie sie nad wodą, miała. No ale ona na wyścigówce jeździ 70 km/h.
Wyścigowa dziewczyna :-)
Pozdrawiam
Świetnie mi się czytało.
Nie boję się ciemności. Nie boję się lasu. Ale… może czas zacząć się bać… :))
Pozdrawiam serdecznie :)
Cześć, Teo
Odważna dziewczyna z Ciebie.
Dzięki za odwiedziny i czytanie.
Pozdrawiam
Przyjemnie się czytało. Niby zwykła rowerowa wycieczka: trochę kawy, lasu i zmęczenia, a potem ładnie wjeżdża niepokój. Podobało mi się budowanie napięcia poprzez poczucie odizolowania: brak ludzi, samochodów, innych rowerzystów, nawet sarny na drodze. Działa to lepiej niż potwór wyskakujący z krzaków.
Mam trzy drobne wątpliwości:
Odkurzyłem go co nieco, nasmarowałem łańcuch antystatycznym preparatem, a później zaśmiałem się na myśl, że przecież wybieram się do lasu.
To zdanie sugeruje, że antystatyczność preparatu stoi w sprzeczności z wyjazdem do lasu. Tak miało być?
Pokonałem dwanaście kilometrów i zatrzymałem się na przystanku, wyglądającym jak bunkier, który mógłby przetrwać bombardowanie z powietrza.
Pamiętam te betonowe przystanki. Sam kiedyś chowałem się w takim przed urwaniem chmury. Czy „z powietrza” nie jest tu nadmiarowe?
W zalęgającym mroku dojrzałem przystanek.
Chyba literówka.
Finał łagodniejszy, niż można się spodziewać, ale pasuje do całości. Leszy pogderał, postraszył, oznajmił, kto tu naprawdę rządzi, i poszedł dalej.
Pozdrawiam.
No tośmy sobie, ..., polatali!
Cześć, Berig
Tak, w mojej ocenie preparaty antystatyczne do łańcuchów nie sprawdzą się w lesie. Tutaj mam na myśli piach, żwir itd. Taki preparat, żeby był najlepszy, to i tak z tego lipa ;-)
Też zastanawiałem się, czy z powietrza jest konieczne.
Dzięki za wizytę i czytanie.
Pozdrawiam
Hejka!
Bardzo dobrze się czytało. Początek jest spokojny, naturalny, taki codzienny, dzięki czemu łatwo wejść w historię i uwierzyć w bohatera. Potem stopniowo pojawia się niepokój i to jest duży plus. Nic nie jest podane wprost, tylko budowane powoli i konsekwentnie.
Najbardziej zapada w pamięć końcówka i samo spotkanie z mężczyzną. Uważam, że to bardzo dobrze poprowadzony fragment, bo pojawia się nagle, ale nie jest znikąd, już wcześniej narasta poczucie obcości lasu, więc jego wejście ma sens i ciężar. Sam mężczyzna jest ciekawy, bo nie jest tylko straszny albo dziwny dla efektu, ale ma w sobie coś bardziej symbolicznego, brzmi jak ktoś, kto nie tyle atakuje bohatera, co wyraża pewną logikę tego miejsca.
Pozdrawiam i klikam!
Nie ma ucieczki od mroku, jeśli to on sam prowadzi twoje kroki.
Cześć, betweenthelines
Dzięki za czytanie, dobre słowa i klik.
Cieszy mnie, że Ci się podobało.
Pozdrawiam
Bardzo przyjemny szorcik. Nie sądziłem, że pójdziesz w tę stronę, ale fajnie to wyszło.
Zrzędliwy ten Leszy! :D Mimo wszystko dość łagodny, ale dużo gada :D
Klikam!
Swoją drogą – fajne nowe profilowe!
Pozdrawiam.
You cannot petition the Lord with prayer!
Cześć, Michael
Co Ty spania nie masz? :-)
Dzięki za czytanie i klika.
Pozdrawiam
przecież życie to nie tor wyścigowy.
Aż sobie ten cytacik wybrałem. :)
Nastrojowy szort i fajna przygoda, ale szkoda, że ze szczęśliwym zakończeniem i że nie poszedłeś w stronę horroru. Okej, nie słuchaj mnie, ja już tak mam. Lubię się bać, zwłaszcza w lesie. Las to ciemna sprawa. ;)
Cześć, Maciej
Tak, wyobraźnia lubi pracować, szczególnie nocą w lesie ;-)
Jestem w trakcie pisania horroru, bo dawno nie było.
Dzięki za czytanie.
Pozdrawiam
Miła przejażdżka po lesie nie jest zła, ale nocleg w kwietniu… Chyba chłodem wiało. A Leszy utyskiwał, jak ma ostatnio w zwyczaju. Dobrze się czytało. :)
W zalęgającym mroku dojrzałem przystanek. → Czy mrok na pewno zalęgał, czy może raczej miało być: W zalegającym mroku dojrzałem przystanek.
Teren opadał nieznacznie w dół… → Masło maślane – cz coś może opadać w górę?
Wystarczy: Teren opadał nieznacznie…
– Jutro ma cię tu nie być. – Odchrząknął i splunął. → – Jutro ma cię tu nie być – odchrząknął i splunął.
Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.
Serwus,
Czytało się dobrze i z zaciekawieniem. Historia wciągała, ale na końcu pojawia się tajemnicza postać (jak dowiedziałem się z komentarzy – Leszy), trochę ponarzekała i po prostu sobie poszła… i tyle. Ani strasznie, ani śmiesznie.
W sumie jest okej, ale – jak wspomniał Melendur – „brakowało mi trochę jakiegoś pazura”.
Pozdroklik
rr
Cześć, regulatorzy
Tak, Leszy ostatnio narzeka :-)
Dziękuję za odwiedziny i czytanie. Naniosłem poprawki – dzięki za wyłapanie.
Pozdrawiam
Cześć, Robert Raks
Cieszę się, że mogłem Cię zaciekawić. Mam nadzieję, że w kolejnych tekstach trochę Cię wystraszę :-) Zapraszam
Dzięki za klik.
Pozdrawiam
No i teraz będę sprawdzać stan baterii w telefonie przed jakimkolwiek wyjściem do lasu ;) .
Podobało mi się i leci ocena. Pozdrawiam!
Cześć, Grzesiek_W
Dzięki za odwiedziny, czytanie i ocenę.
Power bank można zrobić z dynama rowerowego :-)
Pozdrawiam
Bardzo proszę, Heskecie. Miło mi, że mogłam się przydać. :)
Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.
Cześć, Hesket.
Nastrojowy szort. Myślę, że praca zyskałaby, gdyby zdarzenia w nocy miały więcej napięcia, a leszy pokazał, jakkolwiek pazur, zamiast tylko psioczyć na ludzi.
Miłego dnia.
Pozdrawiam i idę przejść się do lasu.
Kapibara
Cześć, Krzysztof
Zdecydowanie zyskałby, może następnym razem będzie lepiej :-)
Dzięki za czytanie.
Pozdrawiam