- Opowiadanie: Hesket - Wycieczka do lasu

Wycieczka do lasu

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Wycieczka do lasu

Lubię niespodzianki, dlatego uważam, że kwiecień jest piękny. Jednego dnia jest zimno, pada deszcz i wieje jak w Kieleckiem, a kolejnego świeci cudowne słoneczko.

Czekałem na wymarzony urlop z myślą, że wybiorę się za miasto i pozwiedzam okoliczne lasy. Potrzebowałem szumu drzew, kojącego wiatru i tego niepowtarzalnego świeżego powietrza. Czułem się jednocześnie zmęczony i podekscytowany. Miałem po dziurki w uszach miejskiego gwaru, śpieszących się ludzi – przecież życie to nie tor wyścigowy.

Tym razem los chciał, że wybrałem rower, a nie samochód.

No dobra, to nie był przypadek. Mogę być przedstawicielem Sybarytów, bo lubię wygodę i jeżeli nie ma potrzeby wysilania się, to tego nie robię. Rower stał od zeszłego sezonu pod ścianą i przejechałem się na nim może kilka razy do sklepu. Odkurzyłem go co nieco, nasmarowałem łańcuch antystatycznym preparatem, a później zaśmiałem się na myśl, że przecież wybieram się do lasu. Zastanawiałem się tylko, czy opony są wystarczająco szerokie. Nie chcąc psuć sobie dobrego nastroju, wyjechałem następnego dnia o poranku.

Nie sądziłem, że moja kondycja jest aż tak zła. Pokonałem dwanaście kilometrów i zatrzymałem się na przystanku, wyglądającym jak bunkier, który mógłby przetrwać bombardowanie z powietrza. Grube betonowe ściany i kilka spróchniałych desek do siedzenia – naprawdę piękne zestawienie. Biorąc pod uwagę okoliczności, na tle pięknej zieleni lasu, prezentował się obco – element przeszłości, do której nie chciałem wracać.

Wyciągnąłem kanapki z plecaka, odwinąłem z aluminiowej folii i wziąłem pierwszy kęs. Przygotowałem się dobrze, bo miałem jeszcze kawę w termosie. Boże… uwielbiam kawę. Pomimo zmęczenia czułem się zrelaksowany i zadowolony. Tylko ja, śpiew ptaków, delikatny wiatr i szumiące, kołyszące się drzewa. Posiliłem się i ruszyłem dalej.

Już nie pamiętam, kiedy zgubiłem drogę. Robiło się coraz ciemniej, a mój smartfon zipał ostatnim podrygiem baterii. Nie przejąłem się specjalnie. Okoliczne lasy to nie Puszcza Białowieska.

Dalszą jazdę uznałem za bezcelową. Zrobiło się ciemno, a zmęczone mięśnie nóg, zaczynały odmawiać posłuszeństwa. W zalęgającym mroku dojrzałem przystanek. Teren opadał nieznacznie w dół, dlatego uradowany dotoczyłem się na miejsce i zsiadłem z roweru. Klapnąłem na ławeczkę i wyciągnąłem termos. Liczyłem na to, że zostało w nim odrobinę kawy.

Las ucichł, szykując się do snu. Ptactwo aktywne w dzień oddawało prym zwierzętom nocnym. Jakaś sowa pohukiwała w ciemności. Dopiero teraz dotarło do mnie, że do tej pory nie minąłem się z żadnym samochodem, innym rowerzystą, cholera… nawet sarna nie przebiegła mi drogi. Zaczynałem czuć się nieswojo i byłem niespokojny, ponieważ miałem wrażenie, że coś mnie tu nie chce, jakbym przeszkadzał – ja, element zbędny, zakłócający naturalny porządek.

Bateria w smartfonie padła. Nie miałem nic innego do roboty, jak tylko położyć się i przespać. Początkowo otwierałem co chwilę oczy, bo wydawało mi się, że coś wyskoczy na mnie z zarośli, ale w końcu zasnąłem.

Obudził mnie szmer. Zerwałem się i zacząłem nasłuchiwać. Ktoś lub coś przedzierało się przez krzaki. Trzask łamanych gałęzi sprawił, że wyobraziłem sobie łosia. Otarłem pot z czoła. Wytężałem wzrok, ale daremnie – mogłem jedynie czekać, aż w końcu wylezie z gęstwiny.

– Cholera!

Głos należał do mężczyzny.

Znieruchomiałem. Miałem nadzieję, że mnie nie dostrzegł. Gramolił się przez rów i sapał jak lokomotywa.

– Do diaska! – wrzasnął. – Kopią gdzie popadnie i robią, co dusza zapragnie. Zajmę się tym!

Zamilkł. Chyba się zorientował, że nie jest sam.

– A ty to kto? – zapytał.

– Dobry wieczór – bąknąłem.

Przyczłapał bliżej.

Ujrzałem na jego głowie koronę z korzeni i długą brodę przypominającą splątany mech. Wzrok, jakim na mnie patrzył, sprawiał, że czułem się, jakby znał wszystkie moje sekrety. Twarz miał białą niczym kartka papieru. Oprócz strachu i bijącego szybko serca wzbudzał u mnie ciekawość. Chciałem wiedzieć, kim jest.

– Zgubiłem się – powiedziałem.

Patrzył na rower i kiwał głową, jakby liczył szprychy.

– Nie wyglądasz na głupiego – skwitował. – Nudzi ci się, że błąkasz się po lesie? Czego szukałeś?

– Niczego, proszę pana. Ja tylko…

– Dobra, dobra. Wiem, o co wam chodzi.

Wyciągnął rękę w moją stronę i ze złością przemówił:

– Szlajacie się po lasach, jakby do was należały. Śmiecicie, zaprószając często ogień, a jesienią oblegacie jak szarańcza, bo to dla was pora wielkiego grzybobrania. Ostatnio nawet wieszacie tabliczki: teren prywatny. Żałosne… Wiesz, że gdybym chciał, mógłbym cię uśmiercić?

Zatkało mnie. Postanowiłem przeczekać, aż szaleniec pójdzie w swoją stronę.

– Jutro ma cię tu nie być. – Odchrząknął i splunął.

Z mroku wyłoniły się dwa wielkie jelenie, stanęły po bokach starca i wróciły z nim do lasu. Na końcu usłyszałem z oddali:

– Ech, ci ludzie.

 

Koniec

Komentarze

Cześć. Bardzo miło się czytalo, choć przyznam, że myślałam iż borowy jednak go zabije, a przynajmniej przepędzi natychmiast. Nie jestem fanką rowerów, i jak musiałam dojechać 4 km do pracy to prawie umarłam, a dochodziłam do siebie z półgodziny. A dwieście km to jednak sporo inna sprawa, że chyba nie do objechania w dzień. Ale jak mówię nie jestem fanką rowerów i pewnie do lasu to na piechotę bym szła. W każdym bądź razie bardzo zacny kawałek.

Cześć 

Cieszę się, że do mnie zaglądnęłaś. 

Lubię jeździć rowerem. Dystans dwustu kilometrów jest w zasięgu, można jeszcze się wyleżeć, odpocząć, napić smacznej kawki (i nie, nie z termosu), ale świeżo parzonej , np. na palniku alkoholowym, zrobionym z puszki, spać w namiocie albo pod gołym niebem. Najlepsze w tym jest to, że ogranicza tylko moc nóg, a raczej brak mocy :-) 

Optuję za tym, że lepiej się słabo toczyć, niż dobrze iść :-) 

Borowy mógł to zrobić, ale widocznie miał lepszy dzień (noc). 

Pozdrawiam 

Ciekawa historyjka. Też się zdziwiłam, że Leszy nie zrobił narratorowi krzywdy, tylko trochę pogderał. Ale uświadomienie sobie, że przez tyle czasu nie widziało się żywej istoty, może spowodować dziwne uczucie.

Przecież tam jest dwanaście kilometrów, nie dwieście.

Śmiecicie, zapruszając często ogień,

Ojjj. Ten ogień to na pewno z Prus?

Babska logika rządzi!

Cześć, Finkla

Dzięki za wizytę. Straszny ogień z Prus się wkradł. Aj, jajaj. Poprawione :-)

Pozdrawiam

Ciekawe opowiadanko. Nie wyrwało mnie z butów, ale chociaż zachciało mi się pójść na rower :D

bogjelen

Cześć, bóg jeleń08

Buty na rower się przydają, to dobrze, że nie wyrwało :-)

Dzięki za wizytę.

Pozdrawiam

Właśnie wróciłam z wycieczki rowerowej. Lubię samotne wypady do lasu, a ostatnim moim celem są pomniki przyrody. Jednego razu z leśnej gęstwiny wyszedł mi na drogę taki “leśny dziad” – długa krzaczasta broda, takież same włosy, i zapytał: “Nie boi się pani wilków”. Serce biło mi jak oszalałe, więc zdołałam tylko wykrztusić: “Nie, wilków nie”, i zwiałam. Czytając Twoje opowiadanie, przypomniałam sobie właśnie to zdarzenie. 

Cześć, Alicja

No, leśne dziady mogą wystraszyć :-)

Dzięki, że zajrzałaś.

Pozdrawiam

Nowa Fantastyka