- Opowiadanie: Alicja Jonasz - Stary las

Stary las

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Stary las

 

– Pani Agniesz­ko, no niech­że pani nie bę­dzie taka upar­ta, to nie ma naj­mniej­sze­go sensu. Mają prze­cież wszyst­kie po­zwo­le­nia, stem­ple, pa­pie­ry…  – tłu­ma­czył po­jed­naw­czo le­śni­czy.

Przy­brał ton sta­re­go zna­jo­me­go, choć wi­dzie­li się w życiu może ze trzy razy, i to za­zwy­czaj prze­lo­tem, przy je­dy­nym we wsi skle­pie. Agniesz­ka za­ci­snę­ła dłoń na kra­wę­dzi ko­szy­ka. Miała po­twor­ną ocho­tę trza­snąć go w tę na­la­ną, czer­wo­ną mordę albo przy­naj­mniej roz­ma­zać na niej ko­lej­ne­go zbuka. Nie­ste­ty, zapas „po­ci­sków” malał w za­stra­sza­ją­cym tem­pie. Czuła, że nie­dłu­go bę­dzie mu­sia­ła się­gnąć po środ­ki per­swa­zji o zu­peł­nie innym ka­li­brze. Męż­czy­zna nie opusz­czał kry­jów­ki. Wy­czu­wał nie­bez­pie­czeń­stwo, in­stynk­tow­nie kuląc się za oka­za­łym pniem sosny. Co jakiś czas wy­chy­lał tylko spo­co­ną gębę, by kon­ty­nu­ować „ne­go­cja­cje”, które za­le­d­wie go­dzi­nę temu zle­cił mu te­le­fo­nicz­nie dy­rek­tor. Rola roz­jem­cy wy­jąt­ko­wo mu nie le­ża­ła. Wo­lał­by teraz sie­dzieć z pi­la­rza­mi na zwa­lo­nym pniu i ra­czyć się bim­brem Wa­len­cia­ka, jak to miał w zwy­cza­ju robić nie­mal co­dzien­nie.

Upar­ta sztu­ka – my­ślał.

Sy­tu­acja wy­glą­da­ła znacz­nie go­rzej, niż za­kła­dał. Jadąc tutaj, był pe­wien, że uwi­nie się z babą w try miga. Po­dob­no bry­ga­dzi­sta za­dzwo­nił do nad­le­śnic­twa już o świ­cie.

– Prze­rwa w ro­bo­cie, sze­fie – oznaj­mił wtedy Wa­len­ciak, a w jego gło­sie po­brzmie­wa­ła nuta rozbawienia.

Dy­rek­tor, jak to miał w zwy­cza­ju, od razu prze­szedł w tryb ry­cze­nia.

– Jak to, kurwa, prze­rwa?! – wrza­snął do słu­chaw­ki, aż za­trzesz­cza­ło w mem­bra­nie. – Za­miast chlać, bierz­cie się do ro­bo­ty! Macie ty­dzień na ten zrąb, ani dnia dłu­żej!

– Ale spra­wa jest, że tak po­wiem, ja­jecz­na, sze­fie – wy­ce­dził bry­ga­dzi­sta.

– Nie pie­prz­cie mi tu głu­pot! Wy­le­ci­cie dys­cy­pli­nar­nie, wy za­pi­ja­czo­ne mordy!

– Dy­rek­to­rze, mamy tu babę z ko­szem zbu­ków! – bro­nił się Wa­len­ciak. – Bom­bar­du­je nas, jakby na woj­nie była! Pod piły włazi, drzew nie daje tknąć! Drze się, że las stary, że żal, że każde drze­wo na wagę złota i inne takie far­ma­zo­ny. Wa­riat­ka, panie dy­rek­to­rze, czy­ste sza­leń­stwo w oczach!

Dy­rek­tor zro­bił więc to, co za­wsze – wy­słał le­śni­cze­go, swo­je­go czło­wie­ka od brud­nej ro­bo­ty. Sam rzad­ko bru­dził la­kier­ki w te­re­nie. Miało to swoje plusy. Nikt w oko­li­cy nie miał mu za złe, że sie­dzi w gar­ni­tu­rze za dę­bo­wym biur­kiem i pod­pi­su­je ko­lej­ne kon­trak­ty na wy­wóz­kę drew­na. Na tych trans­por­tach ko­rzy­sta­li wszy­scy. Le­śni­cze­mu też za­wsze coś skap­nę­ło z pań­skie­go stołu. Nie na­rze­kał. Wy­bu­do­wał dom, po­sta­wił nowe, kute ogro­dze­nie, sy­no­wi po­mógł przy kup­nie miesz­ka­nia. Uczci­wą pracą, z samej pań­stwo­wej pen­sji, w życiu by się tego nie do­ro­bił. A teraz ta baba mogła wszyst­ko ze­psuć. Na­ro­bi­ła więk­sze­go ra­ba­nu niż on przez trzy­dzie­ści lat ma­ta­cze­nia na po­sa­dzie. Choć świę­ty nigdy nie był i za koł­nierz nie wy­le­wał, teraz czuł re­al­ny strach. Po wa­len­cia­ko­wym sa­mo­go­nie cza­sem mie­sza­ło mu się w gło­wie, wi­dział rze­czy, któ­rych być nie po­win­no, ale to… to było praw­dzi­we. Praw­dzi­wy pro­blem. Jeśli ta baba pój­dzie do me­diów, jeśli zjadą się dzien­ni­ka­rze i za­czną wę­szyć w pa­pie­rach, to bę­dzie ko­niec. Za­sra­na obroń­czy­ni przy­ro­dy. Mu­siał ją prze­ko­nać – po do­bro­ci albo gro­szem. Ta druga me­to­da za­zwy­czaj dzia­ła­ła cuda.

– Pani Agniesz­ko – wy­chy­lił się nieco bar­dziej, zni­ża­jąc głos do po­uf­ne­go szep­tu, by pi­la­rze nie do­sły­sze­li. – Prze­cież oboje wiemy, jak jest… Pani na for­sie nie śpi, a ja dzie­lić się z bliź­nim po­tra­fię. Ta renta po świę­tej pa­mię­ci Zdzi­chu to pew­nie ledwo na wa­ci­ki star­cza, a có­recz­ka ro­śnie, po­trze­by ma… Do­ga­dać się trze­ba, pani Agniesz­ko. Po ludz­ku…

Nagle urwał. Od­niósł bo­wiem wra­że­nie, że coś otar­ło się o jego łydki. Usły­szał rów­nież dziw­ny od­głos, który zda­wał się wy­do­by­wać spod ziemi. To nie był dźwięk pę­ka­ją­cej ga­łę­zi ani sze­lest liści, a ra­czej głę­bo­ki, gar­dło­wy po­mruk, jakby ogrom­ne, uśpio­ne ciel­sko wła­śnie ob­ra­ca­ło się na drugi bok głę­bo­ko pod ściół­ką. Le­śni­czy za­marł, wbi­ja­jąc wzrok w leśne runo, lecz ni­cze­go nie do­strzegł.

– Co do cho­le­ry… – wy­chry­piał, czu­jąc, jak pot na karku nagle lo­do­wa­cie­je.

Od­po­wiedź przy­szła na­tych­miast. Naj­pierw po­czuł mokre mla­śnię­cie na czole. Mdły, siar­czy­sty smród zbuka zalał mu oczy i noz­drza, wy­wo­łu­jąc od­ruch wy­miot­ny. Chwi­lę póź­niej coś z nie­ludz­ką siłą ude­rzy­ło go pro­sto w kro­cze. Prze­szy­wa­ją­cy, elek­trycz­ny ból zwa­lił go z nóg. Upadł na ko­la­na, dła­wiąc się wła­snym krzy­kiem. Zdą­żył jesz­cze raz spoj­rzeć w dół i wy­szep­tać z nie­do­wie­rza­niem:

– Pani Agniesz­ko…

U jego stóp wiły się grube, po­kry­te ślu­zem i zie­mią ko­rze­nie. Ko­lej­ne pędy wy­peł­za­ły zaś spod ziemi i su­nę­ły po ściół­ce w jego kie­run­ku. Z ła­two­ścią prze­bi­ja­ły ma­te­riał spodni i wni­ka­ły pod skórę w głąb ciała. Krew try­snę­ła ob­fi­cie. Zdą­żył jesz­cze usły­szeć gło­śny, gar­dło­wy chi­chot i obłą­kań­cze krzy­ki pi­la­rzy, a potem ogar­nę­ła go ciem­ność.

Koniec

Komentarze

Serwus, Alicja.

Ciekawa historyjka, wciągająca, ale to chyba bardziej fragment niż szort. Pojedyncza scena, z której niewiele się dowiadujemy – kto, jak i dlaczego. Gdy zaczęło się coś dziać, opowieść już się kończyła.

Ogólnie fajne, ale za mało.

Pozdrawiam

rr

Podobało mi się, ale chciałoby się więcej, żeby historia była pełniejsza.

Jedyny minus to brak oznaczenia, że w tekście pojawiają się wulgaryzmy.

https://www.wattpad.com/story/406199428-chadowy-pamiętnik

No proszę moja imienniczka. Szort trochę mało rozbudowany ledwo się zaczęło, a już skończyło. Tak naprawdę mamy jedną scenkę, z której mało co wynika. Nie wiemy nic o Agnieszce, a przecież tutaj to chyba kluczowa bohaterka. Osobiście bardziej rozbudowała bym pod opowiadanie. Nie zaskoczył mnie koniec, właściwie nawet spodziewałam się go. Cuż nigdy nie wiadomo co śpi pod mchem.

Cześć! ;)

Dobrze się czytało, więc tempo i sposób pisania na pewno na plus! ;)

Szkoda, że opowieść skończyła się, kiedy zrobiło się naprawdę ciekawie i czuję lekki niedosyt. Całość powoli, stopniowo prowadziła do momentu kulminacyjnego, który był mega krótki, jakby opowiadanie urwało się w połowie ;D

 

Pozdrawiam serdecznie! ;)

Dziękuję. Spróbuję tekst rozbudować, dopracować. :)

Fajne opowiadanie, choć zakończenie trochę za szybkie. Chiałabym się dowiedzieć, co się stało z drwalami i z Agnieszką. Czy ona jest kim wiecej, niż się wydaje na pierwszy rzut oka? Ktoś napisał, że spodziewał się takiego zakończenia, a mnie ono zaskoczyło, tylko bym chciała trochę wiecej, bo takie jest trochę urwane. Podoba mi się też, że opowiadanie zaczyna się trochę w środku sceny, a potem dowiadujemy się, co doprowadziło do tej całej sytuacji. Pozdrawiam!

Hej,

 

nie napiszę nic innego niż inni komentujący – przyjemna lekturka, ale bardziej scenka niż opowiadanie. Widziałam, że jednak wrzucasz sporo tekstów, też dłuższych, więc pewnie i z dłuższą formą się u Ciebie zapoznam :)

Those who don't believe in magic will never find it

Moje uszanowanie!

 

Warsztatowo wszystko w porządku, nic nie wyłapałem. Zdania dobrze zbudowane, język poprawny i całkiem bogaty. Ostatnie zdanie (a więc kwestia ważna) jednak nieco mi zgrzyta;

 

a potem jego świat ostatecznie zgasł.

“Ostatecznie” i “zgasł” nie pasują mi tutaj. To pierwsze do wywalenia, drugie do zmiany na “zgasnął”.

 

Jeśli chodzi o treść, to nieźle oddałaś realia prowincjonalnych układów. Postać “wariatki” też ciekawa i pasująca do tego motywu, jednak nie zarysowana prawie w ogóle, a przynajmniej nie tak, jak zasługuje na to taki bohater, w takich okolicznościach. Co do pewnych sił, które bronią natury, owego strażnika lasu, leszego, zwał, jak zwał, to jest to motyw ciekawy, ale na pewno już nie oryginalny. Sama historia zbrodni i kary również dość błaha, choć poprawna. Na pewno pozbyłabyś się tej błahości, gdybyś rozbudowała (i to znacznie) opowiadanie i wprowadzała drzewną bestię stopniowo, w akompaniamencie napięcia i innych, pobocznych gróz i strachów.

Daję cztery gwiazdki z dużym minusem, bo cenię bardziej właśnie treść, niźli formę (z którą tutaj nie ma problemu, abstrahując od lakoniczności). Widzę w tekście potencjał, i widzę go również w Tobie, także mam nadzieję, że coś od Ciebie będę miał jeszcze okazję przeczytać.

 

Pozdrawiam serdecznie!

Kwestia wizji. CHRZANIĆ MATERIĘ, IDEA - TO JEST FIRMA!!!

Dziękuję serdecznie za komentarze, które są dla mnie wskazówką, jak dopracować teksty. Zdaję sobie sprawę, że to tylko scenka, którą należałoby rozwinąć. Pozdrawiam ciepło. 

Fajnie, fajnie… i koniec. Ale jak czytam innych, to nie tylko moje wrażenie.

 

Pozdrawiam!

heartheartheart

Kwestia wizji. CHRZANIĆ MATERIĘ, IDEA - TO JEST FIRMA!!!

Czołem!

Przybrał ton starego znajomego, choć widzieli się w życiu może ze trzy razy, i to zazwyczaj przelotem, przy jedynym we wsi sklepie.

Nie wiem, czy można się widywać “zazwyczaj” przy “ze trzech razach” :). Bo to wskazuje na kilka razy, a tu trudno o zasadę, od której ma być wyjątek.

Przybrał ton starego znajomego, choć widzieli się w życiu może ze trzy razy, i to zazwyczaj przelotem, przy jedynym we wsi sklepie. Agnieszka zacisnęła dłoń na krawędzi koszyka. Miała potworną ochotę trzasnąć go w tę nalaną, czerwoną mordę albo przynajmniej rozmazać na niej kolejnego zbuka. Niestety, zapas „pocisków” malał w zastraszającym tempie. Czuła, że niedługo będzie musiała sięgnąć po środki perswazji o zupełnie innym kalibrze. Mężczyzna nie opuszczał kryjówki. Wyczuwał niebezpieczeństwo, instynktownie kuląc się za okazałym pniem sosny. Co jakiś czas wychylał tylko spoconą gębę, by kontynuować „negocjacje”, które zaledwie godzinę temu zlecił mu telefonicznie dyrektor. Rola rozjemcy wyjątkowo mu nie leżała. Wolałby teraz siedzieć z pilarzami na zwalonym pniu i raczyć się bimbrem Walenciaka, jak to miał w zwyczaju robić niemal codziennie.

Dla mnie nieintuicyjne jest w tym akapicie przejście narracyjne. Tzn. zmieniasz perspektywę między leśniczym, a Agnieszką i to troszkę gubi, utrudnia wyklarować jasne spojrzenie jednej z postaci ba sytuację.

 

Szczerze mówiąc, to jest to kawał dobrego wstępu. Jakby to był prolog jakiejś dłuższej opowieści, to świetnie spełniałby swoją funkcję. Krótko, ale zbudowałaś bohaterów i stronnictwa o jasnych celach, z dużą nutą grozy i tzw. “klimatem”. Szkoda, że takie urwane.

Ale jeśli to miała być próbna scena, to jest to próba dobra.

 

Pozdrawiam!

I rzekł Pan: umieścisz cztery “e” w “beeeecki”. Ani mniej ani więcej. Nie umieścisz trzech “e” ani “pięciu “e”. Dwa są wykluczone. I Pan uśmiechnął się, a lud spożywał owce i leniwce, karpie i sardele, orangutany i płatki śniadaniowe i nietoperze...

Nie przekonała mnie ani zbukowa akcja pani Agnieszki broniącej lasu, ani pertraktacje leśniczego. Może gdyby scenka była dłuższa, i gdyby znalazło się fantastyczne wyjaśnienie, jakież to leśne moce dały się we znaki leśniczemu…

 

a w jego gło­sie po­brzmie­wa­ła roz­ba­wio­na nuta. ->Nie wydaje mi się, aby nuta mogła być rozbawiona.

Pewnie miało być: …a w jego gło­sie po­brzmie­wa­ła nuta roz­ba­wienia.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Hej. W pełni zgadzam się z poprzednikami, że scenka zbyt krótka. W ogóle nie widzę połączenia między Agnieszką a pojawiającymi się w końcówce siłami natury. Ale przy rozwinięciu mogłoby pójść w kierunku fajnych klimatów skandynawskich, opartych na symbiozie człowieka z prastarymi lasami… A tak technicznie zastanowiło mnie to: “za okazałym pniem sosny” czy “za pniem okazałej sosny”? Sam nie wiem… Pozdrawiam i czekam na więcej Sił Natury i uzupełnienie amunicji zbuków:) 

LL

Nawet niezły szorcik, ale – jak już zauważyli poprzedni komentujący – pozostawia uczucie niedosytu, a końcówka to taki trochę Bóg z maszyny.

Rozdzióbią nas kruki, wrony i ptaki ciernistych krzewów.

Nowa Fantastyka