- Opowiadanie: Alicja Jonasz - Cyganka

Cyganka

Tekst ma już swoje lata, ale cią­gle do niego po­wra­cam i marzy mi się, aby po­cią­gnąć tę hi­sto­rię dalej. Opar­ty jest na au­ten­tycz­nym zda­rze­niu – Cy­gan­ka w sa­mo­cho­dzie pro­szą­ca mnie o za­pię­cie sznu­ra pereł. :) 

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Cyganka

– Zło­ciut­ka, za­pnij mi perły na szyi, bo palce za grube – sły­szę, gdy od­wra­cam się w stro­nę szosy.

Kilka me­trów dalej stoi gra­na­to­wy mer­ce­des. Cha­rak­te­ry­stycz­ne logo – trój­ra­mien­na gwiaz­da, błysz­czy w pro­mie­niach stycz­nio­we­go słoń­ca. Do­sko­na­le znam się na mar­kach sa­mo­cho­dów. To je­dy­na rzecz, któ­rej na­uczył mnie oj­ciec, nie­ży­ją­cy od bli­sko dwu­dzie­stu lat me­cha­nik sa­mo­cho­do­wy. Taka sche­da po nim, myślę z prze­ką­sem. Oj­ciec pił na po­tę­gę. Je­dy­ne, co ro­zu­mia­łam z jego pi­jac­kie­go beł­ko­tu, to po­wta­rza­ne z pasją marki sa­mo­cho­dów. Czę­sto mnie z nich eg­za­mi­no­wał, aby potem chwa­lić się przed ko­le­ga­mi, że mała odzie­dzi­czy­ła po nim za­mi­ło­wa­nie do me­cha­ni­ki. Gła­skał mnie uty­tła­ny­mi w sma­rze, trzę­są­cy­mi się od al­ko­ho­lu, ła­pa­mi. Nie­na­wi­dzi­łam tego do­ty­ku. Wła­ści­wie to nigdy nie wi­dzia­łam ojca trzeź­we­go, ani wtedy, gdy przy­cho­dził do szko­ły, a ja usil­nie pró­bo­wa­łam się go po­zbyć, tłu­ma­cząc, że wy­cho­waw­czy­ni po­szła już do domu, ani wtedy, gdy leżał w szpi­ta­lu na wpół zżar­ty przez raka i wy­kra­dał pie­lę­gniar­kom spi­ry­tus sa­li­cy­lo­wy, by wypić go dusz­kiem w ubi­ka­cji.

– Zło­ciut­ka – po­wta­rza głos.

Który to już raz w ty­go­dniu? Stra­ci­łam ra­chu­bę. Prze­sta­łam li­czyć, gdy sy­tu­acja po­wtó­rzy­ła się po raz dwu­na­sty. Może nie po­win­nam prze­stać my­śleć o od­wró­ce­niu tego czar­ne­go sce­na­riu­sza? Prze­cież za­wsze jest na­dzie­ja… Do tej pory roz­ma­wia­ły­śmy przez okno od stro­ny pa­sa­że­ra, miało opusz­czo­ną do po­ło­wy szybę. Dziś Cy­gan­ka lekko uchy­li­ła drzwi. A więc coś się zmie­ni­ło. Nie­wie­le, ale jed­nak! Jeśli skon­cen­tru­ję się na szcze­gó­łach, może zdo­łam do­strzec wię­cej ta­kich od­stępstw.

– Zło­ciut­ka, po­dejdź tu na chwi­lę – mówi przy­mil­nie. – Pomóż czło­wie­ko­wi w po­trze­bie.

Za pierw­szym razem ule­głam od­ru­cho­wi czy­sto ludz­kie­mu. Chcia­łam pomóc. Nawet prze­ło­ży­łam to­reb­kę na lewe ramię i zer­k­nąw­szy na ze­ga­rek, zro­bi­łam krok w kie­run­ku mer­ce­de­sa. Matka cze­ka­ła na mnie od go­dzi­ny. Znowu bę­dzie ma­ru­dzi­ła, że nigdy mi się nie spie­szy. Ostat­nio ma­ru­dzi­ła zbyt czę­sto. De­ner­wo­wa­ło ją wszyst­ko. A to nie ta pi­ża­ma, a to man­da­ryn­ki za kwa­śne, szpi­tal­ne je­dze­nie nie­do­bre, córka cią­gle za­pra­co­wa­na, przy­cho­dzi zbyt rzad­ko i tylko na kilka minut. Nie dba o matkę tak, jak matka dbała kie­dyś o nią. Za każ­dym razem to samo. Aku­rat ten motyw nigdy nie zmie­nia się w czar­nym sce­na­riu­szu. Czy gdy­bym po­de­szła do sa­mo­cho­du i po­chy­li­ła się nad starą, pró­bu­jąc za­piąć te cho­ler­ne perły, matka mar­twi­ła­by się moją długą nie­obec­no­ścią? Czy uchro­ni­ło­by to przed śmier­cią tamtą ko­bie­tę? Tamta ko­bie­ta miała dziec­ko, ja nie mam dzie­ci. Nigdy nie chcia­łam mieć.

– Zło­ciut­ka – głos na­le­ga.

Coś za­czy­na się dziać.

Nasze spoj­rze­nia spo­ty­ka­ją się na uła­mek se­kun­dy. Ma czar­ne, smut­ne oczy. Sta­rość nie ode­bra­ła im bla­sku. Są pięk­ne. Nie do­strze­gam w nich nic, co mo­gła­bym zin­ter­pre­to­wać jako ostrze­że­nie, żad­ne­go cie­nia, naj­mniej­szej rysy. Cy­gan­ka musi być mi­strzy­nią ka­mu­fla­żu.

– Po­dejdź, zło­ciut­ka – po­wta­rza i wy­cią­ga rękę w moją stro­nę, eks­po­nu­jąc perły dla uwia­ry­god­nie­nia proś­by.

Dłoń trzy­ma­ją­ca bły­skot­kę jest długa i smu­kła, po­wle­czo­na po­marsz­czo­ną skórą o od­cie­niu bursz­ty­nu. Szpi­cza­ste pa­znok­cie czer­wie­nią się na tle sza­re­go futra, w które ubra­na jest Cy­gan­ka. Wszyst­ko zdaje się krzy­czeć:

– Po­dejdź bez obawy! Bo­ga­ci Cy­ga­nie nie krad­ną, jeż­dżą wy­pa­sio­nym mer­ce­de­sem, ich ko­bie­ty noszą futra i mają perły! Nie muszą kraść!

– A pani syn? – prze­no­szę wzrok na sie­dzą­ce­go obok sta­rej Cy­ga­na. – Dla­cze­go on nie po­mo­że?

Jest przy­naj­mniej dwa razy młod­szy od niej. Okrą­gła twarz, duży nos i usta, małe, ka­pra­we oczka nie wzbu­dza­ją za­ufa­nia. Jest w nim coś ta­kie­go, co z miej­sca na­ka­zu­je za­cho­wać ostroż­ność. Uśmie­cha się de­li­kat­nie, lecz jakby od nie­chce­nia. Musi już wie­dzieć, że tym razem nic nie wskó­ra­ją. Jego uśmiech zdaje się mówić: Nie ma sensu silić się na coś wię­cej.

– Nie wziął oku­la­rów – mówi stara, mru­żąc oczy.

Ona też już się do­my­śla. Śle­dzi każdy mój ruch.

– Ślepy nie po­wi­nien sia­dać za kie­row­ni­cę – stwier­dzam, mi­mo­wol­nie się­ga­jąc do kie­sze­ni kurt­ki.

Nie, nie po te­le­fon, ot tak, po pro­stu, zwy­kły od­ruch za­kło­po­ta­nia. Sły­szę trzask za­my­ka­nych drzwi. Cygan szyb­ko wci­ska sprzę­gło, wbija bieg i zer­k­nąw­szy w bocz­ne lu­ster­ko, daje gazu. Sa­mo­chód rusza do tyłu. Po­win­nam ich za­trzy­mać, od­dy­cham tylko z ulgą. Chwi­lę potem roz­le­ga się huk…

Wkrót­ce osa­czą mnie wąt­pli­wo­ści i po­czu­cie winy. Ko­lej­ny raz stchó­rzy­łam. Po­ja­wi się strach, nie­zno­śny, do­kucz­li­wy, wy­ci­ska­ją­cy z serca wszyst­ko, co ważne, kur­czą­cy je do wiel­ko­ści piłki ping­pon­go­wej, małej, kru­chej, pu­stej w środ­ku. Wszyst­ko po­wró­ci. Na­stęp­na szan­sa wkrót­ce. Czy dam wtedy radę? Za­da­wa­łam sobie to py­ta­nie już ty­le­kroć, za każ­dym razem obie­cu­jąc, że dam. Dam radę! Tym­cza­sem ko­lej­ny raz stchó­rzy­łam. Jak prze­rwać to błęd­ne koło, ciąg wciąż po­wta­rza­ją­cych się zda­rzeń?

***

Jem obiad, na­le­śni­ki z serem, moje ulu­bio­ne. Jest cie­płe, przy­tul­ne po­po­łu­dnie. Po­po­łu­dnie spę­dzo­ne wśród swo­ich. Po­wie­trze drży. Ro­dzi­na jest naj­więk­szą war­to­ścią, po­wta­rzam w my­ślach jak man­trę. Nie wolno mi o tym za­po­mi­nać, ina­czej prze­pad­nę, zginę wśród mgły. Tyle razy sły­sza­łam te słowa. Lu­dzie umiesz­cza­ją je na trans­pa­ren­tach. Ro­dzi­na naj­waż­niej­sza! Po­win­nam wy­ta­tu­ować to sobie na skó­rze.

– Halo, tu zie­mia! – sły­szę we­so­ły, do­brze zna­jo­my głos. – Może wy­bra­li­by­śmy się na za­ku­py?

Nie zno­szę za­ku­pów, ale Adam o tym nie wie. Chce spra­wić mi przy­jem­ność. Nowy ciuch po­lep­sza sa­mo­po­czu­cie każ­dej ko­bie­ty. Te­le­wi­zyj­ny slo­gan. Dzia­ła jak kie­li­szek bran­dy. Po­bu­dza. Ku­pi­my kilka blu­zek, bie­li­znę, głów­nie dla mnie. Ko­lej­ne rze­czy na wie­sza­ku w sza­fie, ko­lej­ne, któ­rych nigdy nie za­ło­żę.

– Tak, jedź­my – od­po­wia­dam.

Robię to dla niego. Nie za­słu­żył na praw­dę. Źle… Nie za­słu­żył na ból, a praw­da by­ła­by bo­le­sna. Ca­łu­je mnie w czoło, potem w szyję. Od­su­wam się, de­li­kat­nie, niby żar­tem. Prze­ły­kam ostat­ni kęs na­le­śni­ka, idę do ła­zien­ki, myję ręce, twarz. Spo­glą­dam w lu­stro. Obce oczy, maska. Trud­no ją zmyć, staje się to coraz trud­niej­sze.

Je­steś mi­strzy­nią ka­mu­fla­żu  jak ta Cy­gan­ka, myślę, od­wra­ca­jąc się od lu­stra. Jest mi nie­do­brze. Czuję na­pły­wa­ją­cą falę mdło­ści. Brzuch pul­su­je. Go­rą­co, coraz go­rę­cej. Pot. Nogi słab­ną. Nie chcą mnie dźwi­gać. Nie­po­trzeb­ny strup ciała. Sia­dam na ta­bo­re­cie i po­chy­lam się, kulę jak gą­sie­ni­ca do­tknię­ta źdźbłem trawy, mała, zie­lo­na, wy­stra­szo­na, która tylko to po­tra­fi, ucie­kać, kryć się w sobie, nic wię­cej. Je­stem tchó­rzem.

– Ko­cha­nie – sły­szę zza drzwi. – Ko­cha­nie, długo jesz­cze? Którą ci wziąć to­reb­kę?

Wszyst­ko jedno… Jest mi wszyst­ko jedno! Nie mogę mu tego po­wie­dzieć. Za­miast głę­bo­ko od­dy­chać, za­ci­skam usta. Muszę po­cze­kać.

– A może ple­cak? Ten po­ma­rań­czo­wy… – głos nie daje spo­ko­ju, wwier­ca się w świa­do­mość, zdaje się tra­fiać w każdy nerw.

Za­ty­kam uszy. Nie po­ma­ga.

– Ko­cha­nie?

Po­win­nam się ode­zwać. Adam nie lubi, gdy mil­czę. Mó­wie­nie jest dla niego ob­ja­wem zdro­wia. Mil­cze­nie nie­po­koi, za­trwa­ża.

– Mów do mnie – upo­mi­na się za­wsze.

– Ale co? – pytam. – Co mam mówić?

– Nie wiem! Po pro­stu mów! Co w pracy? Jak się czuje twoja matka? – tłu­ma­czy wy­raź­nie zde­ner­wo­wa­ny. – Wszyst­ko jedno co! Lubię, gdy opo­wia­dasz o sobie, o nas…

O nas… Tam, gdzie utknę­łam, nie ma nas, jest za to ból, strach i szan­sa, aby z tym skoń­czyć.

– Zaraz wyjdę – uspo­ka­jam go. – Wy­cze­szę włosy, po­ma­lu­ję usta.

– Bez tego je­steś pięk­na.

Wiem, że się uśmie­cha, gdy to mówi. Dow­cip­ku­je. Do­brze. Znowu się udało. Coraz trud­niej…

***

Je­dzie­my ru­chli­wą szosą. Przed i za nami ka­wal­ka­da brud­nych aut. Po­wie­trze szare, przy­mglo­ne, cuch­ną­ce spa­li­na­mi. W radiu śpie­wa Cze­sław Nie­men, "A my, jak we śnie, jak we śnie, jak we mgle." Do­słow­nie. Jak we mgle…

– Szef dał mi urlop – mówi nagle Adam. – To tylko czte­ry dni, ale może byśmy gdzieś wy­je­cha­li? Chyba naj­le­piej w góry, co? W Biesz­cza­dy?

Mówić, trze­ba mówić, żeby uśpić jego czuj­ność. "Na co nam świat, na co czas, to wszyst­ko trwa obok, obok nas". Lubię tę pio­sen­kę.

– Na co nam świat, na co czas… – po­wta­rzam szep­tem, a potem już gło­śno: – Wspa­nia­le!

Mam suchy, drew­nia­ny głos. Adam zerka na mnie. Jeden, dwa, trzy, liczę w my­ślach. Coś go za­nie­po­ko­iło. Szyb­ko od­wra­cam twarz. Pa­trzę za okno. Na pła­chet­ce brud­ne­go śnie­gu stad­ko wron, a może gaw­ro­nów, nigdy ich nie roz­po­zna­ję. Chcia­ła­bym, że­by­śmy się za­trzy­ma­li. Chcia­ła­bym po­pa­trzeć na nie przez chwi­lę, ale nie, le­piej nie.

– Nie cie­szysz się? – pyta Adam, a ja za­czy­nam pa­nicz­nie szu­kać słów. Zgu­bi­łam wszyst­kie, mam pustą głowę.

– Alu, mów do mnie…

***

I znowu to samo. Ośle­pia­ją­cy blask stycz­nio­we­go słoń­ca. Zmar­z­nię­te grud­ki śnie­gu chrzęsz­czą pod sto­pa­mi. Je­stem po pracy. Spie­szę się. Matka od­cho­dzi pew­nie od zmy­słów. Mam dla niej w to­reb­ce coś spe­cjal­ne­go, książ­kę, stary ro­mans Ste­pha­nie Lau­rens. Ner­wo­wo się­gam do kie­sze­ni, wy­cią­gam te­le­fon i spo­glą­da­jąc na ekra­nik, przy­spie­szam. Jest już późno. Sły­szę dźwięk ha­mu­ją­ce­go nie­opo­dal sa­mo­cho­du, trzask otwie­ra­nych drzwi.

– Zło­ciut­ka, za­pnij mi perły na szyi, bo palce za grube – roz­le­ga się zna­jo­my, pi­skli­wy głos Cy­gan­ki.

Nie pa­trzę w jej stro­nę. Czar­ne, smut­ne oczy mo­gły­by po­zba­wić mnie od­wa­gi. Pod­cho­dzę bez wa­ha­nia. Na ustach sta­rej wy­kwi­ta uśmiech bez­mier­nej ulgi. Ryba bie­rze. Zło­ciut­ka ryba. Tego wła­śnie pra­gnę­ła – szyb­kiej re­ak­cji do­bre­go, na­iw­ne­go serca… Serca, które łatwo można oszu­kać.

Koniec

Komentarze

Hej! Lubię takie mikro pętelki czasowe:) Może istotnie trzeba z niej wyjść i pociągnąć historię dalej? A tak na marginesie zaciekawiło mnie technicznie “okno od strony pasażera” które “miało opuszczoną do połowy szybę”. ;) Pozdrawiam. 

LL

Witaj. :)

Gorzko, bardzo drastycznie pokazane relacje międzyludzkie; strasznie brzmią w ustach bohaterki. Zwłaszcza zdania o obojętności i graniu przed Adamem.

Niby niczego nie podajesz wprost, ale podświadomie czuje się, że Ali zagraża śmiertelne niebezpieczeństwo. Zakończenie daje informację, że rzeczywiście przepadła…

 

Klikam do Biblioteki za niesamowity nastrój grozy, napięcia, niepewności i makabrycznej tajemnicy oraz zła, zawieszonego w powietrzu – niedopowiedzianego, a mimo to stuprocentowo pewnego. To sztuka tak pisać, brawa! :) 

 

Pozdrawiam serdecznie. :) 

Pecunia non olet

Cześć

Dla mnie, za grozę nie odpowiada tutaj Cyganka, ani ten z okrągłym plackiem w miejscu twarzy z kaprawymi oczkami. Za duszny, ciężki kaliber tego szorta uznaję relacje rodzinne. Smutne dzieciństwo i późniejsze dźwiganie bagażu w dorosłości, co zresztą bardzo dobrze pokazujesz w relacjach bohaterki z chłopakiem. 

Widzę ten tekst, jako wprowadzenie do dłuższego opowiadania. 

Klik!

Pozdrawiam

Edit: Bieszczady są dobre na wszystko! ;-)

Nowa Fantastyka