- Opowiadanie: cezary_cezary - Jak przekazać złą informację, czyli niezbyt długa historia o przeszłości, która dopadnie nas nawet na emeryturze, sprzeciwie wobec bezdusznej korporacji, a także o ukrytej inżynierii społecznej

Jak przekazać złą informację, czyli niezbyt długa historia o przeszłości, która dopadnie nas nawet na emeryturze, sprzeciwie wobec bezdusznej korporacji, a także o ukrytej inżynierii społecznej

Jest dziw­nie.

 

Przej­rza­łem kil­ku­krot­nie pod kątem błę­dów i nie­zgrab­no­ści, mam na­dzie­ję, że nie prze­ga­pi­łem zbyt wiele.

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Biblioteka:

marzan, JolkaK, beeeecki

Oceny

Jak przekazać złą informację, czyli niezbyt długa historia o przeszłości, która dopadnie nas nawet na emeryturze, sprzeciwie wobec bezdusznej korporacji, a także o ukrytej inżynierii społecznej

[1]

Z za­du­mą przy­glą­da­łem się fo­to­gra­fiom opowiadającym o rze­czach, o któ­rych naj­le­piej za­po­mnieć. Dzwo­nek te­le­fo­nu uświa­do­mił mi, że naj­wy­raź­niej ktoś sobie o nich jed­nak przy­po­mniał. Ile to już lat mi­nę­ło od ostat­nie­go po­łą­cze­nia? Pięć? Dwa­dzie­ścia? Eme­ry­tu­ra zu­peł­nie za­bu­rzy­ła we mnie po­czu­cie czasu. Nie za­bi­ła jed­nak wspo­mnień, naj­wy­raź­niej pewne rze­czy nie giną w mro­kach prze­szło­ści.

Na­tręt­ny dźwięk nie usta­wał. Cho­ciaż bar­dzo chcia­łem go igno­ro­wać, do­sko­na­le wie­dzia­łem, że to nie skoń­czy się do­brze.

– Tak? – po­wie­dzia­łem do słu­chaw­ki.

– Firma cię po­trze­bu­je – usły­sza­łem głos, który mógł na­le­żeć tylko do Krzysz­to­fa.

– Je­stem na eme­ry­tu­rze, znajdź­cie kogoś in­ne­go.

– Nie ma ni­ko­go in­ne­go. Po­trze­bu­je­my za­stęp­stwa, tylko jeden mie­siąc, a potem po­zwo­li­my ci odejść… Na za­wsze – dodał.

– Nie za­trud­ni­li­ście no­wych pra­cow­ni­ków? – prych­ną­łem. – Prze­cież to nie­po­waż­ne.

– Daj spo­kój, młode po­ko­le­nie jest le­ni­we, rosz­cze­nio­we, a do tego wiecz­nie na el czte­ry. Do­słow­nie ręce opa­da­ją. A do tego, tak zwy­czaj­nie po ludz­ku bra­ku­je im jaj do tej ro­bo­ty – wes­tchnął. – Nawet nie wy­obra­żasz sobie, jak bar­dzo tę­sk­nię za starą gwar­dią.

– Jeden mie­siąc…?

– Jeden mie­siąc – po­twier­dził Krzysz­tof, po czym za­koń­czył po­łą­cze­nie.

Tym­cza­sem ja jesz­cze przez chwi­lę wpa­try­wa­łem się w te­le­fon. Czy to moż­li­we, żeby w tak małym urzą­dze­niu za­mknąć jed­no­cze­śnie okno na świat i naj­gor­sze wię­zie­nie?

 

[2]

Szum, gdzie­kol­wiek się nie po­ja­wię, za­wsze sły­szę ten pier­do­lo­ny szum. Cza­sa­mi mam wra­że­nie, że jego źró­dłem jest moja wła­sna głowa. Prze­szka­dza mi w sku­pie­niu, ale jed­no­cze­śnie… na ja­kiejś płasz­czyź­nie, po­zwa­la mi do­trzeć dalej, głę­biej. Tylko dla­cze­go jest taki nie­przy­jem­ny? Zostałem wyrwany z zamyślenia przez klienta, który wpa­try­wał się we mnie z roz­dzia­wio­ny­mi ocza­mi. Dłu­żej niż wy­ma­ga­ła­by tego ele­men­tar­na przy­zwo­itość.

– Dzień dobry, jestem Ce­za­ry. – Mo­men­tal­nie wró­ci­ła mi ostrość umy­słu. – Re­pre­zen­tu­ję Spół­kę i mam dla pana ważną wia­do­mość.

– Ss… Spół­kę? Tę Spół­kę…? – Wy­chu­dzo­ny, na oko czter­dzie­sto­let­ni, męż­czy­zna z nie­udol­nie ma­sko­wa­ną ły­si­ną wy­glą­dał na szcze­rze zdu­mio­ne­go.

– Tę samą, czy mogę się roz­go­ścić? – za­py­ta­łem uprzej­mie, cho­ciaż wie­dzia­łem, że go­spo­darz nie ma żad­ne­go wyj­ścia.

– Ależ oczy­wi­ście… – po­wie­dział po chwi­li wa­ha­nia. – Pro­szę się czuć jak u sie­bie.

Otak­so­wa­łem wzro­kiem miesz­ka­nie klien­ta. Każdy cen­ty­metr jego po­wierzch­ni wręcz bła­gał o re­mont. Już na pierw­szy rzut oka widać było brak ko­bie­cej ręki. To do­brze, bo nie bę­dzie komu pła­kać po stra­cie. Jed­nak wszyst­ko po kolei…

– Pro­szę, niech pan spo­cznie. – Ge­stem wska­za­łem za­pusz­czo­ną ka­na­pę, na któ­rej sam praw­do­po­dob­nie brzy­dził­bym się po­sta­wić ubło­co­ne ka­lo­sze, a co do­pie­ro usiąść.

– Dzię­ku­ję, po­sto­ję – od­po­wie­dział lekko za­sko­czo­ny.

Cho­le­ra, cza­sem zbyt do­słow­nie od­bie­ram słowa, przez co mi­mo­wol­nie prze­ją­łem rolę go­spo­da­rza. Kątem oka do­strze­głem, że klient spo­glą­da w kie­run­ku pi­lo­ta. W jego oczach cza­iła się de­spe­ra­cja. Ale i głu­po­ta, bo co niby pla­no­wał zro­bić z tym tan­det­nym ka­wał­kiem pla­sti­ku. Rzu­cić we mnie, a na­stęp­nie uciec? Nie­do­rzecz­ne!

– Nie radzę – za­gro­zi­łem. – Pro­szę, za­ła­tw­my to szyb­ko, kul­tu­ral­nie, a na­stęp­nie się ro­zej­dzie­my. Jak cy­wi­li­zo­wa­ni lu­dzie. – Nie cze­ka­łem na re­ak­cję, tylko kon­ty­nu­owa­łem: – Za­pew­ne do­my­śla się pan już, w jakim celu przy­by­łem?

– Nie…

– O, to coś no­we­go.

– Pro­szę… Nie…

– Ach, takie „nie”. Cóż, to już mi się zda­rza­ło wcze­śniej. Na­praw­dę bar­dzo mi przy­kro, ale takie po pro­stu jest życie, nic nie po­ra­dzi­my.

– Mam pie­nią­dze, pro­szę… Bła­gam… – szlo­chał męż­czy­zna.

– Pro­szę wziąć się w garść! – Ude­rzy­łem go­spo­da­rza otwar­tą dło­nią w po­li­czek. – To nie są ne­go­cja­cje, a tym bar­dziej pier­do­lo­ne żarty. Ro­zu­miesz?

Męż­czy­zna nie­chęt­nie kiw­nął. Je­że­li ura­zi­ło go moje ty­ka­nie, to zu­peł­nie nie dał po sobie tego po­znać.

– Wy­bor­nie. Jak już nad­mie­ni­łem na wstę­pie, re­pre­zen­tu­ję Spół­kę. We­dług na­szych in­for­ma­cji wkrót­ce umrzesz. Mó­wiąc pre­cy­zyj­nie, zgi­niesz zaraz po tym, jak za­śniesz. Je­że­li jest to ja­kieś po­cie­sze­nie w two­jej obec­nej sy­tu­acji, to wspo­mnę tylko, że śmierć na jawie jest znacz­nie gor­sza. Acz­kol­wiek to tylko moja pry­wat­na opi­nia, nie­po­par­ta ba­da­nia­mi na­uko­wy­mi.

 

[3]

Sam nie wiem, czy walka w ob­li­czu nie­uchron­ne­go sta­no­wi prze­jaw od­wa­gi, czy głu­po­ty, ale mój ostat­ni klient zde­cy­do­wa­nie pró­bo­wał. Prze­czy­ta­łem w lo­kal­nej ga­ze­cie o męż­czyź­nie, który przez dwa dni robił wszyst­ko, by po­wstrzy­mać sen. Szło mu nawet nie­źle, jed­nak w końcu po­sta­no­wił po­je­chać do ap­te­ki, a wtedy za­snął za kół­kiem. Zde­rze­nie z drze­wem przy pra­wie setce na licz­ni­ku mogło za­koń­czyć się tylko w jeden spo­sób, tru­pem na miej­scu.

– Gra­tu­lu­ję, pierw­sze zle­ce­nie wy­ko­na­łeś bez­błęd­nie, zgod­nie z prze­wi­dy­wa­nia­mi – po­wie­dział Krzysz­tof, szcze­rząc zęby w wy­mu­szo­nym uśmie­chu.

– Nie uwa­żasz, że ten en­tu­zjazm na pokaz jest jed­nak tro­chę nie na miej­scu? Osta­tecz­nie zgi­nął czło­wiek – od­po­wie­dzia­łem szorst­ko.

– Zmie­ni­łeś się, zmięk­czy­łeś na tej cho­ler­nej eme­ry­tu­rze – stwier­dził Krzysz­tof. – Wy­bacz, ale nie je­stem prze­ko­na­ny, że mógł­bym po­lu­bić taką nową wer­sję cie­bie.

– Mam to w dupie. Lu­dzie nie są jedynie statystyką, za­słu­gu­ją cho­ciaż na mi­ni­mum sza­cun­ku.

– Jak sobie chcesz. – Mach­nął od nie­chce­nia dło­nią.

 

[4]

Je­że­li miał­bym wska­zać jeden aspekt mojej pracy, który na­praw­dę lu­bi­łem, było to podróżowanie. Cza­sa­mi zda­rza­ło się, że klient zwy­czaj­nie wy­je­chał na wa­ka­cje, a in­for­ma­cja i tak mu­sia­ła zostać prze­ka­za­na. Bo je­że­li coś w życiu jest rze­czy­wi­ście nie­unik­nio­ne, są to śmierć, po­dat­ki i wia­do­mość od Spół­ki.

Bez­wstyd­nie wy­grze­wa­łem swoje czter­dzie­sto­let­nie dup­sko przy ho­te­lo­wym ba­se­nie. Jak po­my­ślę, że w tym cza­sie w kraju mógł­bym li­czyć naj­wy­żej na brak desz­czu i tem­pe­ra­tu­rę nieco po­wy­żej dzie­się­ciu stop­ni Cel­sju­sza, to aż mnie skrę­ca­ło. Szczę­śli­wie, ak­tu­al­nie znaj­do­wa­łem się w raju. Albo gdzieś bar­dzo bli­sko.

Muszę jed­nak przy­znać, że wy­ciecz­ka w takie miej­sca poza se­zo­nem ma też swoje mi­nu­sy. Sta­rzy lu­dzie. Cho­ler­nie dużo star­szych ludzi. Oczy­wi­ście, oni sami w sobie nie są pro­ble­mem. Pro­ble­mem jest po­li­ty­ka ho­te­lu, która za­kła­da do­sto­so­wa­nie wszyst­kich atrak­cji pod klien­ta w okre­ślo­nym wieku. No i za­pach. Sta­rość pach­nie źle, a mi to zwy­czaj­nie prze­szka­dza. Czy z tego po­wo­du je­stem z au­to­ma­tu złym czło­wie­kiem? Moż­li­we, że po prostu ota­cza mnie zbyt wielu ludzi mło­dych albo ta­kich, któ­rzy chcie­li­by być mło­dzi. Cho­le­ra, w mojej pro­fe­sji rzad­ko ma się ten przy­wi­lej, że do­ży­wa sta­ro­ści. Niby można przejść na eme­ry­tu­rę po dzie­się­ciu la­tach pracy, ale poza mną chyba nikt się na to nie zde­cy­do­wał. Czy to ozna­cza, że byłem le­ni­wy? Nie, chyba nie. Myślę, że po pro­stu mia­łem już dość ludz­kich tra­ge­dii.

A jed­nak w tym mo­men­cie ży­czy­łem śmier­ci wszyst­kim sta­rym lu­dziom przy ba­se­nie. Wszyst­kim, bez wy­jąt­ku, a także każ­de­mu z osob­na. Co jest ze mną nie tak? A może to świat zwa­rio­wał?

– A kto to się tak ubru­dził? – za­py­tał ni to żar­tem, ni na serio pra­cow­nik ho­te­lu, wy­ry­wa­jąc mnie z plą­ta­ni­ny myśli.

Już był gotów mnie prze­trzeć. Jak ja­kieś dziec­ko. No pier­dol­nię­ty.

– Idź w cho­le­rę! – wark­ną­łem.

Od­pro­wa­dzi­łem wzro­kiem ob­ra­żo­ne­go męż­czy­znę, zło­rze­czą­ce­go mi pod nosem. Cóż, tym razem chyba za­słu­ży­łem na słowa po­gar­dy.

Kątem oka do­strze­głem mo­je­go na­stęp­ne­go klien­ta. Trzy­dzie­sto­kil­ku­let­ni blon­dyn, bar­dziej po­pa­rzo­ny niż opa­lo­ny. W to­wa­rzy­stwie żony i dwój­ki dzie­ci. Cho­le­ra by strze­li­ła te ba­cho­ry. Ta­tu­siek naj­wy­raź­niej prze­sa­dził z drin­ka­mi z all in­c­lu­si­ve, nie­wy­raź­nym wzro­kiem wo­dził za swo­imi po­cie­cha­mi, ale ra­czej nie zdą­żył­by za­re­ago­wać, gdyby gro­zi­ło im ja­kie­kol­wiek nie­bez­pie­czeń­stwo. Bied­ny głu­pek.

Gdy wresz­cie na­wią­za­li­śmy kon­takt wzro­ko­wy, rad nie­rad mu­sia­łem za­ga­ić. Tyle do­bre­go, że przy­naj­mniej nie mia­łem bla­de­go po­ję­cia, jak wła­ści­wie klient ma na imię. Tak było ła­twiej, gdyż bez­oso­bo­wo. Mnie to bar­dzo pa­so­wa­ło, gdyż nawet ja mia­łem w końcu ja­kieś skru­pu­ły.

– Dzień dobry, re­pre­zen­tu­ję Spół­kę – po­wie­dzia­łem. – Mam dla pana ważną wia­do­mość.

– Ale ja je­stem na wa­ka­cjach… – od­po­wie­dział klient, wy­raź­nie skon­fun­do­wa­ny.

– Taka pro­mo­cja, w ra­mach opa­ski, którą nosi pan na ręce – za­żar­to­wa­łem.

– To jakiś żart? Dziw­na ani­ma­cja ho­te­lo­wa?

– Przy­kro mi, oba­wiam się, że nie mam do prze­ka­za­nia nic śmiesz­ne­go. Przez nad­miar al­ko­ho­lu nie zdąży pan ura­to­wać sy… – urwa­łem, gdy do­tarł do mnie sens wy­po­wia­da­nych słów.

– Co?! – krzyk­nął klient. – Mówże, czło­wie­ku!

– Ja… – wy­du­ka­łem. – Pana syn… On się utopi, przy­kro mi. A potem pan z roz­pa­czy wy­sko­czy przez okno…

– Co ty pier­do… – za­czął, po czym za­mach­nął się, by mnie ude­rzyć, ale chy­bił.

– Może jesz­cze da się to od­krę­cić… – Sam nie wiem, dla­cze­go to po­wie­dzia­łem. Czy to moż­li­we, że przez te wszyst­kie lata na eme­ry­tu­rze wy­ho­do­wa­łem su­mie­nie? – Mo­ment, tam w ba­se­nie!

Nie mam bla­de­go po­ję­cia, dla­cze­go my­śla­łem, że co­kol­wiek może wpły­nąć na in­for­ma­cję od Spół­ki, ale dzie­ciak mo­je­go dzi­siej­sze­go klien­ta wła­śnie uno­sił się mar­twy na tafli ba­se­nu. Nikt nie ru­szył mu z po­mo­cą, każdy za­ję­ty swo­imi spra­wa­mi i al­ko­ho­lem. Czy to moż­li­we, że nie do­strze­ga­li, że coś jest z mło­dym nie tak? A może zwy­czaj­nie mieli to gdzieś?

Nie mu­sia­łem cze­kać na po­ran­ne wy­da­nie ga­ze­ty, by prze­ko­nać się o ko­lej­nej traf­nej in­for­ma­cji, a co za tym idzie śmier­ci klien­ta. Ho­te­lo­wy dep­tak ulo­ko­wa­ny po­ni­żej pokoi ho­te­lo­wych zo­stał za­mknię­ty z uwagi na wy­pa­dek. A ja wie­dzia­łem do­kład­nie, jaki to był wy­pa­dek i jak do niego do­szło.

 

***

– Słu­chaj, mam już dość. Nie dam rady tego cią­gnąć – po­wie­dzia­łem do słu­chaw­ki. – Weź­cie kogoś in­ne­go.

– Wiesz, że to tak nie dzia­ła, praw­da? – od­po­wie­dział Krzysz­tof. – Zgo­dzi­łeś się na mie­siąc i teraz mu­sisz od­pra­co­wać ca­lut­ki mie­siąc. Co do jed­ne­go pier­do­lo­ne­go dnia. Znasz prze­cież kon­se­kwen­cje, czyż nie?

– Tak – od­burk­ną­łem.

– Muszę jed­nak przy­znać, że tro­chę nie­po­koi mnie odej­ście od sce­na­riu­sza. Nie wi­dzia­łeś, co po­wie­dzieć?

– Ja… Chyba lekko wy­sze­dłem z wpra­wy, to się już nie po­wtó­rzy.

– Wy­śmie­ni­cie! Wra­caj z tej raj­skiej wyspy, bo ko­lej­ne­go klien­ta masz w Olsz­ty­nie.

– Jasne.

 

[5]

Cał­kiem moż­li­we, że już kie­dyś wspo­mi­na­łem, jak bar­dzo nie­na­wi­dzę ko­mu­ni­ka­cji miej­skiej. Ścisk, smród i ogól­na nie­wy­go­da po­wo­do­wa­ły u mnie do­słow­ne mdło­ści. Z ja­kie­goś wzglę­du za­wsze wy­bie­ra­łem go­dzin­ne sta­nie w korku, ale we wła­snym aucie, z dzia­ła­ją­cą i włą­czo­ną kli­ma­ty­za­cją oraz funk­cją ma­sa­żu w fo­te­lach. I bez żad­nych ob­cych w po­bli­żu. O za­pa­chu „mor­ska bryza”, czy co tam ostat­nio za­mon­to­wa­łem. W każ­dym razie było nie­bie­skie i pach­nia­ło dość świe­żo. W od­róż­nie­niu od pa­sa­że­rów tram­wa­ju.

– Dzień dobry, re­pre­zen­tu­ję Spół­kę i mam dla cie­bie ważną wia­do­mość.

– Co…?! – od­po­wie­dzia­ła na­sto­lat­ka, cał­kiem ładna, o dłu­gich, kru­czo­czar­nych wło­sach sple­cio­nych w war­kocz.

– Re­pre­zen­tu­ję Spół­kę! – krzyk­ną­łem, li­cząc, że tym razem mnie usły­szy. – Mam ważną wia­do­mość, dla cie­bie!

– Prze­pra­szam, nic nie ro­zu­miem!

– Kurwa mać! – za­klą­łem. – Nie wy­my­ślaj, pa­nien­ko, tu rze­czy­wi­ście jest gło­śno, ale nie aż tak!

– Ale warto było spró­bo­wać, praw­da? – od­po­wie­dzia­ła dziew­czy­na.

– Pew­nie. Nie­mniej… przejdź­my do rze­czy. In­for­ma­cja dla cie­bie jest na­stę­pu­ją­ca: jak wy­sią­dziesz z tram­wa­ju, zo­sta­niesz po­rwa­na. Potem… – Sam nie wiem, dla­cze­go łamał mi się głos. – Zo­sta­niesz wy­wie­zio­na do lasu. Tam po­ry­wa­cze cię zgwał­cą, za­mor­du­ją, a ciało po­rzu­cą.

– Śred­nia per­spek­ty­wa.

– Do­brze po­wie­dzia­ne – przy­tak­ną­łem. – Za­ska­ku­je mnie twoja trzeź­wa ocena sy­tu­acji. Wiesz, zwa­żyw­szy na oko­licz­no­ści…

– Cóż, oglą­dam dużo te­le­wi­zji, więc za­sad­ni­czo wiem, co my­śleć.

– Nie boisz się?

– Boję, ale co to zmie­ni? Wyrok za­padł, praw­da?

– Wyrok? – Z ja­kie­goś po­wo­du byłem wstrzą­śnię­ty takim do­bo­rem słów. – Spół­ka nie wy­da­je wy­ro­ków, tylko prze­ka­zu­je in­for­ma­cję o spo­so­bie śmier­ci. Wszyst­ko zgod­nie z nor­ma­mi eu­ro­pej­ski­mi i cer­ty­fi­ka­tem ISO dzie­więć sie­dem trzy…

– To chyba na jedno wy­cho­dzi – prze­rwa­ła mi. – Nie­bosz­czy­ko­wi chyba nie robi róż­ni­cy, czy kat prze­strze­ga BHP. Trup to trup i krop­ka.

– W pew­nym sen­sie masz rację, muszę się zgo­dzić. Co do za­sa­dy. Jed­nak do­strze­gam po­waż­ną lukę w takim ro­zu­mo­wa­niu. Wi­dzisz, ja nie je­stem katem, a je­dy­nie po­słań­cem.

– Jest pan tego pe­wien?

– Ja…

Muszę przy­znać, że zbiła mnie z pan­ta­ły­ku. W cza­sach przed eme­ry­tu­rą zda­rza­ło mi się za­sta­na­wiać, czy klien­ci rze­czy­wi­ście gi­nę­li­by, gdy­bym nie prze­ka­zał im wia­do­mo­ści. Za­wsze jed­nak od­kła­da­łem po­dob­ne myśli na bok. Osta­tecz­nie in­for­ma­cję mógł­by prze­ka­zać kto­kol­wiek. Czy to zmie­ni­ło­by co­kol­wiek? Czy ja mogę zmie­nić co­kol­wiek? A je­że­li tak, to czy po­wi­nie­nem?

Za­czą­łem za­sta­na­wiać się nad tre­ścią wia­do­mo­ści. A co, gdyby dziew­czy­na nie wy­sia­dła, a zo­sta­ła wy­cią­gnię­ta? Wtedy po pro­stu do końca życia mu­sia­ła­by uni­kać jazdy tram­wa­jem… Boże, to się mogło udać!

– Wy­sią­dę pierw­szy, na naj­bliż­szym przy­stan­ku, a na­stęp­nie po­cią­gnę cię za sobą!

– I jak to niby mia­ło­by za­dzia­łać?

– Po­słu­chaj, wszyst­ko prze­my­śla­łem…

– Po­dob­no wy­ro­ki, prze­pra­szam: in­for­ma­cje Spół­ki są osta­tecz­ne i nie­od­wra­cal­ne. Po cho­le­rę w ogóle pró­bo­wać?

– A co, je­że­li wcale tak nie jest? Je­że­li oni chcą, żebyś tak my­śla­ła? Że­by­śmy wszy­scy tak my­śle­li?!

– Ale prze­cież pan jest jed­nym z nich! – za­łka­ła. – Kto inny ma niby znać od­po­wie­dzi na te wszyst­kie py­ta­nia, jak nie osoba ze środ­ka?! Poza tym… dla­cze­go niby mia­ła­bym uwie­rzyć w dobre in­ten­cje kogoś, kto wła­śnie ska­zał mnie na śmierć?!

– Ja… myślę, że tak trze­ba. A ty nie masz nic do stra­ce­nia.

 

***

Ko­lo­ro­we paski, a w środ­ku koło i dziw­ne sym­bo­le. Dzie­siąt­ki myśli i wspo­mnień ata­ko­wa­ły moją głowę ni­czym hu­ra­gan. Wy­bie­gli­śmy z tram­wa­ju z dziew­czy­ną, miała na imię Mo­ni­ka, cho­ciaż nie po­wi­nie­nem tego wie­dzieć. To wbrew za­sa­dom. Chwi­la. Pomoc klien­to­wi, wpły­wa­nie na treść in­for­ma­cji też jest wbrew za­sa­dom. Co oni teraz ze mną zro­bią?

Pa­mię­tam, że ucie­ka­li­śmy. Ja i dziew­czy­na, razem. Moja gra słów jed­nak nie oka­za­ła się sku­tecz­na, bo szyb­ko nas zna­leź­li. Naj­wy­raź­niej osoba wy­cią­gnię­ta siłą z tram­wa­ju i tak z niego wy­sia­da. Nie­do­pa­trze­nie. A może za­wsze li­czył się tylko efekt?  Opraw­cy byli szyb­si, mieli sa­mo­chód, plan. Bły­ska­wicz­nie prze­szli od czynu do skut­ku. Mo­ni­ka krzy­cza­ła. Boże, cóż za upior­ny był to dźwięk!

Nie­wie­le wi­dzia­łem, mu­sia­łem upaść gdzieś po dro­dze. Usły­sza­łem je­dy­nie trzask za­my­ka­nych drzwi i pisk opon. Krzyk dziew­czy­ny wpraw­dzie ustał, ale nie opu­ścił mojej głowy.

 

[6]

– I co ja mam z tobą zro­bić? – W gło­sie Krzysz­to­fa sły­chać było re­pry­men­dę. – Taka nie­sub­or­dy­na­cja, u czło­wie­ka z twoją re­pu­ta­cją? Je­stem za­wie­dzio­ny.

– Pier­dol się – od­burk­ną­łem. – Co z dziew­czy­ną?

– A co ma być? Zresz­tą, jakie to ma teraz zna­cze­nie?

– Ty skur­wy­sy­nu…

– Moż­li­we, że nie­po­trzeb­nie na­ci­ska­łem na twój po­wrót – kon­ty­nu­ował Krzysz­tof. – Roz­stro­iłeś się, za­po­mnia­łeś, jakie są za­sa­dy. Zu­peł­nie ci umknę­ło, że in­for­ma­cji nie wolno skra­cać, mo­dy­fi­ko­wać, bo wtedy prze­sta­je być fak­tem, a staje się opi­nią. A sprze­da­wa­nie opi­nii, to nie nasze za­ję­cie.

– Ja… – Sam nie wie­dzia­łem, co po­wie­dzieć. Byłem wście­kły na Krzyś­ka, ale jed­no­cze­śnie wie­dzia­łem, że ma rację.

– Masz prze­je­ba­ne, ale już o tym wiesz, praw­da?

– Co teraz? – od­par­łem zre­zy­gno­wa­ny.

– Teraz zo­sta­ło ci ostat­nie zle­ce­nie, a potem ko­niec.

 

[7]

Wpa­try­wa­łem się w taflę lu­stra. Kim był męż­czy­zna po dru­giej stro­nie? Mną, to oczy­wi­ste. Z dru­giej stro­ny, kim byłem ja? Opraw­cą? Po­słań­cem? Nie­istot­nym try­bi­kiem po­tęż­nej ma­szy­ny, czy jej siłą na­pę­do­wą? Czy mo­głem po pro­stu nie wy­po­wie­dzieć tych kilku bo­le­snych słów? Nie wie­dzia­łem nawet, skąd się brały. Niby zna­łem całą hi­sto­rię i pro­fil klien­tów, ale treść in­for­ma­cji po­ja­wia­ła się nagle, pro­sto w mojej gło­wie, pod­czas spo­tka­nia. Nigdy tak na­praw­dę nie za­sta­na­wia­łem się nad tym, czy mógł­bym po pro­stu za­milk­nąć i odejść w drugą stro­nę. Co by wtedy na­stą­pi­ło?

– Dzień dobry, je­stem przed­sta­wi­cie­lem Spół­ki – po­wie­dzia­łem do wła­sne­go od­bi­cia. – Zgi­niesz w po­ża­rze, a twoja śmierć po­cią­gnie za sobą wiele nie­win­nych ofiar.

Mu­sia­łem być w ja­kimś tran­sie, bo nie mia­łem pew­no­ści, czy się prze­sły­sza­łem, mia­łem uro­je­nia, a może to była forma autoironii. Czy ja wła­śnie sam sobie prze­ka­za­łem in­for­ma­cję? Byłem jed­no­cze­nie po­słań­cem i klien­tem? Tak w ogóle można?

– Krzysz­tof! – krzyk­ną­łem do słu­chaw­ki te­le­fo­nu. – Od­po­wie­dzia­ła mi głu­cha cisza.

W ge­ście bez­sil­no­ści ci­sną­łem urzą­dze­niem o ścia­nę. Roz­trza­ska­ło się na drob­ne ka­wał­ki.

– Cho­le­ra! Cho­le­ra, cho­le­ra… – po­wta­rza­łem do sie­bie.

Łu­dzi­łem się, że to tylko zły sen, ale podskórnie zna­łem praw­dę. Umrę, a prze­ze mnie zginą też inni. Zro­bi­łem szyb­ki ra­chu­nek su­mie­nia, potem chłod­ną kal­ku­la­cję plu­sów i mi­nu­sów i w obu przy­pad­kach do­sze­dłem do wnio­sku, że rze­czy­wi­ście za­słu­gu­ję na śmierć. Może nie był to naj­bar­dziej po­krze­pia­ją­cy wnio­sek, ale przy­naj­mniej praw­dzi­wy. Mar­twi­li mnie jed­nak inni. Nie chcia­łem… nie mo­głem mieć już ni­ko­go wię­cej na su­mie­niu.

Prze­kaz był jasny, zginę w po­ża­rze. Skoro jed­nak nie mogłem uniknąć śmierci, to może cho­ciaż dałbym radę odejść na wła­snych wa­run­kach? W kan­tor­ku, bo tak na­zy­wa­łem nie­wiel­kie po­miesz­cze­nie go­spo­dar­cze, trzy­ma­łem gruby sznur. Wła­ści­wie sam nie wiem, po co, ale tam był.

Pro­wi­zo­rycz­ny węzeł że­glar­ski, który praw­do­po­dob­nie miał jakąś spe­cja­li­stycz­ną nazwę, mu­siał za­ła­twić spra­wę. Gdy już wi­sia­łem i po­wo­li czer­nia­ło mi w oczach, usły­sza­łem sy­gnał czuj­ni­ka dymu. W tym całym za­mie­sza­niu za­po­mnia­łem wy­łą­czyć ogień spod pa­tel­ni. Wy­glą­da­ło na to, że rze­czy­wi­ście spło­nę, a ze mną są­sie­dzi.

Tylko… Czy to nie za wcze­śnie…?

– Non­sens, je­ste­śmy w głów­nym pa­śmie – wtrą­cił Krzysz­tof. – To do­sko­na­ły mo­ment.

 

***

W tej wła­śnie chwi­li zro­zu­mia­łem. Moim celem nigdy nie było in­ge­ro­wa­nie w rze­czy­wi­stość, a je­dy­nie przed­sta­wia­nie jej taką, jaka jest. Chcia­łem coś zmie­nić, myślę… cóż, chyba ra­czej chciał­bym my­śleć, że z do­brych po­bu­dek. Jed­nak spo­glą­da­jąc na to wszyst­ko z boku, na chłod­no, muszę po­wie­dzieć, że po­wi­nie­nem ogra­ni­czyć się do su­chych spra­woz­dań. Lepsi ode mnie źle wy­cho­dzi­li na za­ba­wie w Boga, dla­cze­go więc w moim przy­pad­ku miało być ina­czej? Cóż, nie miało.

Teraz dostrzegam wszyst­kie słowa wy­świe­tla­ne na nie­wi­docz­nym promp­te­rze. Za­mie­rzam je od­czy­tać, cho­ciaż mam świa­do­mość kon­se­kwen­cji. Jed­nak je­stem tylko gło­sem, nie sce­na­rzy­stą.

– Wi­taj­cie, dro­dzy wi­dzo­wie. Mam na imię Ce­za­ry i je­stem przed­sta­wi­cie­lem Spół­ki. Mam dla was ważną wia­do­mość. Wszy­scy umrze­my, wkrót­ce.

Koniec

Komentarze

Cześć, Cezary!

Ładne małe opowiadanie w Twoim stylu, dość jednak typowo mówiące o predestynacji. Najłatwiej to odczytać jako przenośnię tego, że pracownik korporacji nie ma poczucia decydowania o własnym życiu, brakowałoby mi jednak jakiegoś kontrapunktu, że mimo wszystko ten poziom swobody przeciętnego człowieka jest wyższy niż kiedykolwiek wcześniej. Niejasno mi się przypomina pewne podobieństwo z Panią Metamorfoz Gekikary.

Naturalnie wolałbym, żeby to nie był Twój ostatni tekst. Ta uwaga – w połączeniu z tematyką oraz nienajlepszą, sprawiającą wrażenie dziwnego pośpiechu redakcją – włącza mi łagodny dzwonek alarmowy, może zresztą całkiem niepotrzebnie. Metaforycznie rzecz ujmując: nie wysiadaj przed Wysoką Bramą, a w razie gdyby coś za Tobą uparcie jechało, wezwij profesjonalną pomoc.

Pozdrawiam serdecznie,

Ślimak Zagłady

Na razie nie czepiałem się słówek – może zrobię to przy drugim czytaniu. Ot, taka kosmetyka, na przykład:

– Usłyszałem głos

Kwestia zapisu wielką lub małą literą w takich wypadkach była dyskutowana na forum i w końcu dałem się przekonać, że jeśli odnosi się bezpośrednio do treści poprzedzającego dialogu, a nie jest samodzielnym, nowym zdaniem, powinno być zapisane małą literą. Zapis zależy od tego, czy coś nastąpiło po wypowiedzi, czy w trakcie.

No i bądź tu mądry, czy rozpoznanie głosu nastąpiło w trakcie wypowiedzi (wtedy z małej) czy bohater trochę się namyślił (wtedy wielką). Kontekst wskazuje w tym przypadku na rozpoznanie w trakcie wypowiadania, bohater robi to odruchowo.

 

Tutaj niepełna wykładnia reguły, ale chociaż dobre źródło:

https://sjp.pwn.pl/poradnia/haslo/didaskalia-do-dialogu-w-prozie-powiesciowej;23020.html

 

 

W drugim akapicie jest dziwny myślnik na początku.

 

Miałem się nie czepiać, więc wracam do koncepcji opowiadania, a ta w zasadzie ma wszystko, czego potrzebuje dobrze napisana historia.

Jest bohater, którego poznajemy przez działanie, a czytelnik sam domyśla się tła – dobry i angażujący zabieg. Przykuwa uwagę i wywołuje zadowolenie w trakcie czytania.

Jest przekonująca ewolucja postaci, opisana na akurat tylu przypadkach, bym w to uwierzył.

Jest ciekawy wątek nieuchronności przeznaczenia, znów sprawnie zarysowany, a nie nałożony łopatą.

Jest mocne zakończenie, przełamujące granicę między fikcją a rzeczywistością – czego więcej chcieć?

It is not who I am underneath, but what I do that defines me

Cześć, cezary_cezary

Bardzo dobre opowiadanie. Wymaga szlifu technicznego w interpunkcji i przeoczenia, literówki. 

Tajemniczo przedstawiasz bohatera i Spółkę. Czym jest Spółka? Nie wiadomo, ale czy to ma znaczenie? 

Wszystko jest tymczasowe. 

Pozwolę sobie zacytować Zdzisława Beksińskiego: „Ty i ja, wszyscy płyniemy do wodospadu. Ty chcesz płynąć na kaktusie, a ja chcę siedzieć w wygodnym fotelu. I tak czeka nas ten sam wodospad, więc po co jeszcze siedzieć na kaktusie?”.

Klik!

Pozdrawiam

Dziękuję za Wasze komentarze!

 

Ślimaku

 

Dopiero po lekturze Twojego komentarza dotarło do mnie, że tekst w połączeniu z przedmową może brzmieć dwuznacznie. Dziękuję za troskę, ale nie ma powodów do niepokoju. Niemniej, przeredaguję tę przedmowę.

 

nienajlepszą, sprawiającą wrażenie dziwnego pośpiechu redakcją

Tutaj kłania się pisanie podczas urlopu. Tekst powstawał sobie spokojnie, napędzany słońcem, odpoczynkiem i sangrią. Aż tu nagle uparłem się żeby go dokończyć w środku nocy i opublikować. Przejrzę jeszcze całość pod kątem redakcyjnym, bo wyraźnie sporo mi umknęło.

 

Co do samego tekstu, kwestia przeznaczenia czy wolnej woli, to tylko jeden z aspektów, które chciałem poruszyć i wbrew pozorom nie najważniejszy. Starałem się troszkę wcisnąć podpowiedzi, szczególnie odnoszących się do prawdziwej natury narratora, ale jest szansa, że troszkę zbyt głęboko się to wszystko ukryło.

 

Marzanie

 

Z tym głosem masz rację, poprawię.

 

Bardzo mi miło, że po odłożeniu na bok usterek technicznych, tekst zrobił na Tobie dobre wrażenie.

 

Serdeczne dzięki za klika!

 

Heskecie

 

Dziękuję za tak pozytywny odbiór i klika!

 

Czym jest Spółka? Nie wiadomo, ale czy to ma znaczenie? 

Zasadniczo ten aspekt nie musi być wyjaśniany, aczkolwiek pewne wskazówki starałem się jednak zamieścić, odnoszą się one też do prawdziwej tożsamości narratora. W zamyśle dojście do tego powinno dać też nieco inny odbiór całości.

 

Dzięki raz jeszcze!

 

 

 

Jak opisał mnie pewien zacny Bard: "Szyszkowy Czempion Nieskończoności – lord lata, imperator szortów, najwspanialsza portalowa Szyszunia"

Czaruś2, wróciłeś! Tęskniłam za bliźniakami, czułam się ostatnio jak jedna trzecia siebie!

Bardzo się cieszę, że jesteś z powrotem! 

Tekst, jak zwykle u Ciebie (Was), na poziomie. Czytałam z przyjemnością. Wprawdzie o umieraniu i wypaleniu, ale Ty to potrafisz opowiadać takie rzeczy, więc wciągnęło. 

Małe drobiazgi: 

 

-Natrętny dźwięk nie ustawał.

Co to jest to na początku?

 

z rozdziawionymi oczami

To specjalnie, czy przez przypadek? :D Wyobraziłam to sobie! :D

 

urwałem, gdy dotarł do mnie sen wypowiadanych słów.

Literówka, choć taka poetycka 

 

W opowiadaniu raz masz spółkę a raz Spółkę – celowo?

 

Nie widziałeś, co powiedzieć?

Literówka, choć znowu nie taka bez sensu :) 

 

Mam nadzieję, że zostaniesz na dłużej!  Nie znikaj! 

Idę klikać!

Pozdrawiam majowo! 

 

To pierwsze zetknięcie (albo drugie) z prozą Pana Lożanina. :)

Czy się zawiodłem? NIe. To opko jest pewnie częscią uniwersum i o tyle – tajemnicze Korpo jest pewnie czymś bardzo tajemniczym to bardzo oddaje klimaty dnia codziennego, mnie jako m.in pracownika innej korpo, to szybko kupiło. A i bohater jest pewnie w podobnym wieku co ja i zapewne ty sam również patrząc na licznik (rocznik 88 rulez:))

 

1-osobowe introspekcje, mam wrażenie, że sam w ostatnim opku(Modelowy ksiądz, zarpaszam :P) stosowałem w podobny, w tym sensie, że bohater jest ironiczne podejśćie do rzeczywistości, trochę cyniczne, zrezygnowany. Podobało mi się to. 

 

Trochę mało odsłoniłeś tajemnic tutaj, ale zakładam, że to część większego uniwersum. Jak znajdę czas zaglądnę. (proszę o polcenie jak :))

 

Zgrzytów warsztatowych nie znalazłem, ale też na dokładne analizy słownictwa zachowuje na dni dyżurowe, więc się nie skupiałem specjalnie na tym.

 

Pozdrawiam i klik.

Koenrad zmruczył oczy. → Co zrobił??? Wiem, że miał kocie oczy, ale chyba nimi nie mruczał. :) // możecie pisać "Melendur"

Witaj!

 

Zgrabnie napisane, dające do myślenia opko. Podobała mi się pierwszoosobowa narracja, oparta o dialogi, która nadała tekstowi dynamikę. Nie czuć prawie 20k znaków. Ogólnie temat skojarzył mi się z filmem “Oszukać przeznaczenie”.

Mimo pozytywnego odbioru tekstu, poczułem mały niedosyt, bo temat moża było bardziej poeksplorować, jeszcze głębiej wejść w mechanizm nieuchronności przepowiedni i zjawisko samospełniającej się przepowiedni.

Tym niemniej wciągająca lektura! Polecam do biblioteki i pozdrawiam!

 

– Dzień dobry, reprezentuję spółkę – powiedziałem. – Mam dla pana ważną wiadomość.

(…)

– Ss… Spółkę? Tę spółkę…? – Wychudzony, na oko czterdziestoletni, mężczyzna z nieudolnie maskowaną łysiną wyglądał na szczerze zdumionego.

(…)

– Dzień dobry, jestem przedstawicielem Spółki – powiedziałem do własnego odbicia. – Zginiesz w pożarze, a twoja śmierć pociągnie za sobą wiele niewinnych ofiar.

(…)

– Witajcie, drodzy widzowie. Mam na imię Cezary i jestem przedstawicielem Spółki. Mam dla was ważną wiadomość. Wszyscy umrzemy, wkrótce.

Dlaczego słowo “spółka” w dialogu czasem z wielkiej, czasem z małej litery?

– Muszę jednak przyznać, że trochę niepokoi mnie odejście od scenariusza. Nie widziałeś, co powiedzieć?

Literówka?

 

Bliźniaczko

 

Bardzo miło mi Ciebie widzieć! Dziękuję za dobre słowa oraz łapankę. Babolki poprawiłem, ale…

 

Nie widziałeś, co powiedzieć?

 

Literówka, choć znowu nie taka bez sensu :) 

Otóż nie tym razem. W pewnym momencie pojawia się też "prompter" i mialem nadzieję, że Czytelnicy dostrzegą moje (nieco zbyt) subtelne wskazówki odnośnie tożsamości narratora i tym samym drugiej warstwy tekstu. Trochę zawiodłem na tym polu.

 

Mam nadzieję, że zostaniesz na dłużej! Nie znikaj! 

Dziękuję, to bardzo miłe. Póki co jestem na urlopie, więc mam czas. A później się zobaczy.

 

Melendurze

 

Dziękuję za wizytę! Cieszy mnie, że lektura Cię nie zawiodła. Aczkolwiek, z kronikarskiego obowiązku, nadmienię, że Lożaninem już nie jestem. Tylko plakietka została.

 

Trochę mało odsłoniłeś tajemnic tutaj, ale zakładam, że to część większego uniwersum. Jak znajdę czas zaglądnę. (proszę o polcenie jak :))

U mnie wszystkie teksty jakoś się łączą, więc tak naprawdę można je czytać niezależnie od siebie. Tajemnica w tekscie jest zasadniczo jedna, ale póki co Czytelnicy raczej idą z interpretacjami w innym kierunku. Prawdopodobnie to niedoskonałości warsztatowe po mojej stronie, albo trochę za dużo zostało w głowie.

 

Modelowy ksiądz, zarpaszam :P

Z pewnością zajrzę!

 

Dzięki za klika!

 

Kronosie Maximusie

 

Tobie rrównież dziękuję za odwiedziny oraz kliknięcie!

 

Dlaczego słowo “spółka” w dialogu czasem z wielkiej, czasem z małej litery?

 Moja gafa, już poprawiłem.

 

Literówka?

Nie, celowy i przemyślany zapis. Tylko najwyraźniej mało czytelny w kontekscie reszty tekstu.

 

Pozwolę sobie zatem na małą podpowiedź: czy mamy pewność, że narrator jest fizycznie obecny podczas spotkań?

 

Pozdrawiam serdecznie!

Jak opisał mnie pewien zacny Bard: "Szyszkowy Czempion Nieskończoności – lord lata, imperator szortów, najwspanialsza portalowa Szyszunia"

No tak, jest coś o prompterze, są widzowie, scenarzysta, ale powiem szczerze, że umyka mi ta głębsza warstwa…

Jakąś podpowiedzią niech będą słowa Krzysztofa:

 

– Możliwe, że niepotrzebnie naciskałem na twój powrót – kontynuował Krzysztof. – Rozstroiłeś się, zapomniałeś, jakie są zasady. Zupełnie ci umknęło, że informacji nie wolno skracać, modyfikować, bo wtedy przestaje być faktem, a staje się opinią. A sprzedawanie opinii, to nie nasze zajęcie

Jak opisał mnie pewien zacny Bard: "Szyszkowy Czempion Nieskończoności – lord lata, imperator szortów, najwspanialsza portalowa Szyszunia"

Ave Cezarze!

Lange nich gesehen!

Z zadumą przyglądałem się fotografiom, które opowiadały o rzeczach, o których najlepiej zapomnieć.

Celowo powtarzasz które-których w pierwszym zdaniu?

Starość pachnie źle, a mi to zwyczajnie przeszkadza. Czy z tego powodu jestem z automatu złym człowiekiem? Możliwe, że zwyczajnie otacza mnie zbyt wielu ludzi młodych albo takich, którzy chcieliby być młodzi.

Powtórzonko?

 

Bardzo ciekawy tekst, trochę skojarzył się z Raportem Mniejszości, jeśli chodzi o refleksję na temat nieuniknioności.

Końcówka niepokojąca…

Ale czy znowu dziwnie? Hmm…

 

Odnośnie ukrytej tajemnicy – zastanawia mnie zacytowany przez Ciebie powyżej fragment oraz wspomniane “szumy”. Wskazują jednak na jakieś zautomatyzowanie bohatera albo jego działalności. Tym bardziej, że na końcu jest ów niewidoczny prompter. Ale przyznam, że nie potrafię tego rozgryźć do końca. Ale też ostatnio średnio mi w ogóle wychodzi rozgryzanie :)

 

No ciekawe, ciekawe, a przy okazji wierne Twojemu stylowi, że tak pozwolę sobie powiedzieć.

 

Fajnie, że napisałeś, pozostań chociaż na orbicie Portalu, bo któż będzie teksty opakowywał takimi pięknymi tytułami? laugh

 

Pozdrawiam!

I rzekł Pan: umieścisz cztery “e” w “beeeecki”. Ani mniej ani więcej. Nie umieścisz trzech “e” ani “pięciu “e”. Dwa są wykluczone. I Pan uśmiechnął się, a lud spożywał owce i leniwce, karpie i sardele, orangutany i płatki śniadaniowe i nietoperze...

Ciekawy tekst.

Nie wiem, czym właściwie jest Spółka. Opcji widzę sporo – od Trójcy przez różne Mojry do Przeznaczenia. Na pewno jest nieźle zorientowana.

Nasuwa się pytanie, czy to samospełniające się przepowiednie. Czy pierwszy facet zginąłby, gdyby zasnął zwyczajnie, we własnym łóżku, a nie za kierownicą?

Końcówka niepokojąca. Podsuwa myśli o wojnie.

Babska logika rządzi!

Witaj, Ave, Cezarze; miło, że wracasz na Portal z nowym tekstem. :)

 

Technikalia, które zatrzymały mnie przy czytaniu i sugestie oraz wątpliwości (jak zawsze – tylko do przeanalizowania):

Z zadumą przyglądałem się fotografiom, które opowiadały o rzeczach, o których najlepiej zapomnieć. – powtórzenie?

Z zamyślenia wyrwał mnie klient, który wpatrywał się we mnie z rozdziawionymi oczami. – i tu?

– Dzień dobry, mam na imię Cezary. – Momentalnie wróciła mi ostrość umysłu. – Reprezentuję Spółkę i mam dla pana ważną wiadomość. – i tu?

Przeszkadza mi w skupieniu, ale jednocześnie… na jakiejś płaszczyźnie, (zbędny przecinek?) pozwala mi dotrzeć dalej, głębiej.

– Proszę, niech pan spocznie – gestem wskazałem zapuszczoną kanapę, na której sam prawdopodobnie brzydziłbym się postawić ubłocone kalosze, a co dopiero usiąść. – błędny zapis dialogu? – wielką literą i po kropce?

– Mam to w dupie. Ludzie to nie tylko statystyki, zasługują chociaż na minimum szacunku. – powtórzenie?

Jeżeli miałbym wskazać jeden aspekt mojej pracy, który naprawdę lubiłem, to byłyby to podróże. Czasami zdarzało się bowiem tak, że klient zwyczajnie wyjechał na wakacje, a informacja i tak musiała być mu przekazana. Bo jeżeli coś w życiu jest rzeczywiście nieuniknione, to są to śmierć, podatki i wiadomość od Spółki. – i tu?

No pierdolnięty. – może z przecinkiem i wykrzyknikiem?

Tak było łatwiej, bo bardziej bezosobowo. – celowa ta (i inne, np. – Teraz widzę wyraźnie wszystkie słowa wyświetlane na niewidocznym prompterze) aliteracja?

A potem pan, z rozpaczy wyskoczy przez okno… – zbędny przecinek?

Nie widziałeś, co powiedzieć? – literówka? – czy tu nie miało być z „e”?

– A co (przecinek?) jeżeli wcale tak nie jest?

Jeżeli oni chcą (i tu?) żebyś tak myślała?

Musiałem być w jakimś transie, bo nie miałem pewności, czy się przesłyszałem, miałem urojenia, a może sam sobie sprawiłem głupi żart. Czy ja właśnie sam sobie przekazałem informację? – powtórzenie?

– Krzysztof! – krzyknąłem do słuchawki telefonu. – Odpowiedziała mi głucha cisza. – błędny zapis dialogu?

Łudziłem się, że to tylko zły sen, ale pod skórą znałem prawdę. – styl?

Przekaz był jasny, zginę w pożarze. Skoro jednak śmierć była nieunikniona, to może chociaż byłem władny odejść na własnych warunkach? – powtórzenia?

 

W moim odczuciu: grozy, napięcia oraz niepewności i nieuchronności jest tu tak wiele, tak spore jest zagęszczenie tych wszelkich cech dreszczowca, że spokojnie potraktowałam opko jako psychologiczny horror. Bohater uwikłany w dziwaczną sytuację przywodzi mi na myśl kafkowski świat, z którego nie ma wyjścia. :)

Kliczek, pozdrawiam serdecznie. ;) 

Pecunia non olet

Hejka!

Wciągające i jednocześnie dziwnie niepokojące opowiadanie. Najbardziej spodobał mi się klimat i sam pomysł na Spółkę, absurdalny, ale momentami aż za bardzo realny.  Właściwie do końca nie wiadomo, czym tak naprawdę jest Spółka, czy istnieje naprawdę, czy jest tylko symbolem czegoś większego. Niedopowiedzenie odgrywa tu znaczącą rolę, dzięki niemu historia daje do myślenia. 

Pozdrawiam!

Nie ma ucieczki od mroku, jeśli to on sam prowadzi twoje kroki.

B(4xe)cki

 

Witaj! Dzięki za mini łapankę i komentarz!

 

Celowo powtarzasz które-których w pierwszym zdaniu?

Nic z tych rzeczy, po prostu była to jedna z miliarda usterek, które przegapiłem.

 

trochę skojarzył się z Raportem Mniejszości, jeśli chodzi o refleksję na temat nieuniknioności.

Bardzo przyjemne skojarzenie, miło mi!

 

Ale przyznam, że nie potrafię tego rozgryźć do końca. Ale też ostatnio średnio mi w ogóle wychodzi rozgryzanie :)

Mi znacznie gorzej idzie przekazywanie myśli, jak czytam w komentarzach. Moją intencją było “ukrycie” faktu, że bohater rozmawia z klientami z ekranów (i tak, wiem, że raz komuś przyłożył w twarz). Chciałem pokazać jak telewizja (i analogiczne media) odeszła od przekazywania wiadomości w ich pierwotnej formie, do kreowania światopoglądów. Stąd też oburzenie Krzysztofa i konsekwencje “odejścia od scenariusza” po stronie narratora. Pierwszą wskazówką miała być wzmianka o “inżynierii społecznej” w tytule, a potem różne “telewizyjne” dodatki. Najwyraźniej jednak poległem na tej linii.

Fajnie, że napisałeś, pozostań chociaż na orbicie Portalu, bo któż będzie teksty opakowywał takimi pięknymi tytułami? laugh

Dzięki, nic nie obiecuję, ale się postaram!

 

Finklo

 

Tobie również dziękuję za wizytę!

 

Nie wiem, czym właściwie jest Spółka

Tym, co w niej dostrzegamy. Dla mnie posłużyła głównie za rekwizyt.

 

Czy pierwszy facet zginąłby, gdyby zasnął zwyczajnie, we własnym łóżku, a nie za kierownicą?

Trudno powiedzieć, dlatego też celowo nie pokazałem żadnej sceny, w której klient po prostu ślepo idzie za przekazaną informacją.

 

Bruce

 

Jak zawsze dziękuję Ci serdecznie za czas poświęcony na łapankę. Prawie wszystkie Twoje uwagi wykorzystałem, ale jak już tłumaczyłem wcześniej:

 

Nie widziałeś, co powiedzieć? – literówka? – czy tu nie miało być z „e”?

Akurat ten zapis jest celowy i nawiązuje do niewidzialnego promptera.

Bohater uwikłany w dziwaczną sytuację przywodzi mi na myśl kafkowski świat, z którego nie ma wyjścia. :)

A tak, sam miałem podobne skojarzenia podczas pisania.

 

Dzięki za dobre słowa!

 

Betweenthelines

 

Serdeczne dzięki za odwiedziny i komentarz! 

 

Bardzo mi miło, że doceniłaś klimat opowiadania.

 

dzięki niemu historia daje do myślenia. 

To też był mój cel. Żeby tekst został w głowie po zakończeniu lektury. Fajnie, że coś tam wyszło.

 

Jak opisał mnie pewien zacny Bard: "Szyszkowy Czempion Nieskończoności – lord lata, imperator szortów, najwspanialsza portalowa Szyszunia"

bohater rozmawia z klientami z ekranów

A jak w tym kontekście wygląda gadka, że lubi dorywać klientów na wakacjach, bo w Polsce zimno?

Babska logika rządzi!

Wszystko jasne, rozumiem, ukłony i serdeczności, Ave Cezarze! heart

Pecunia non olet

A jak w tym kontekście wygląda gadka, że lubi dorywać klientów na wakacjach, bo w Polsce zimno?

Trochę jak zmyłka. Z drugiej strony, będąc postacią z odbiornika uderza klienta w twarz, ma uczucia, emocje. Poza tym, temperatura wpływa też na sprzęty. Niemniej, źle to wszystko chyba przemyślałem.

Jak opisał mnie pewien zacny Bard: "Szyszkowy Czempion Nieskończoności – lord lata, imperator szortów, najwspanialsza portalowa Szyszunia"

Nowa Fantastyka