Jest dziwnie.
Przejrzałem kilkukrotnie pod kątem błędów i niezgrabności, mam nadzieję, że nie przegapiłem zbyt wiele.
Jest dziwnie.
Przejrzałem kilkukrotnie pod kątem błędów i niezgrabności, mam nadzieję, że nie przegapiłem zbyt wiele.
[1]
Z zadumą przyglądałem się fotografiom opowiadającym o rzeczach, o których najlepiej zapomnieć. Dzwonek telefonu uświadomił mi, że najwyraźniej ktoś sobie o nich jednak przypomniał. Ile to już lat minęło od ostatniego połączenia? Pięć? Dwadzieścia? Emerytura zupełnie zaburzyła we mnie poczucie czasu. Nie zabiła jednak wspomnień, najwyraźniej pewne rzeczy nie giną w mrokach przeszłości.
Natrętny dźwięk nie ustawał. Chociaż bardzo chciałem go ignorować, doskonale wiedziałem, że to nie skończy się dobrze.
– Tak? – powiedziałem do słuchawki.
– Firma cię potrzebuje – usłyszałem głos, który mógł należeć tylko do Krzysztofa.
– Jestem na emeryturze, znajdźcie kogoś innego.
– Nie ma nikogo innego. Potrzebujemy zastępstwa, tylko jeden miesiąc, a potem pozwolimy ci odejść… Na zawsze – dodał.
– Nie zatrudniliście nowych pracowników? – prychnąłem. – Przecież to niepoważne.
– Daj spokój, młode pokolenie jest leniwe, roszczeniowe, a do tego wiecznie na el cztery. Dosłownie ręce opadają. A do tego, tak zwyczajnie po ludzku brakuje im jaj do tej roboty – westchnął. – Nawet nie wyobrażasz sobie, jak bardzo tęsknię za starą gwardią.
– Jeden miesiąc…?
– Jeden miesiąc – potwierdził Krzysztof, po czym zakończył połączenie.
Tymczasem ja jeszcze przez chwilę wpatrywałem się w telefon. Czy to możliwe, żeby w tak małym urządzeniu zamknąć jednocześnie okno na świat i najgorsze więzienie?
[2]
Szum, gdziekolwiek się nie pojawię, zawsze słyszę ten pierdolony szum. Czasami mam wrażenie, że jego źródłem jest moja własna głowa. Przeszkadza mi w skupieniu, ale jednocześnie… na jakiejś płaszczyźnie, pozwala mi dotrzeć dalej, głębiej. Tylko dlaczego jest taki nieprzyjemny? Zostałem wyrwany z zamyślenia przez klienta, który wpatrywał się we mnie z rozdziawionymi oczami. Dłużej niż wymagałaby tego elementarna przyzwoitość.
– Dzień dobry, jestem Cezary. – Momentalnie wróciła mi ostrość umysłu. – Reprezentuję Spółkę i mam dla pana ważną wiadomość.
– Ss… Spółkę? Tę Spółkę…? – Wychudzony, na oko czterdziestoletni, mężczyzna z nieudolnie maskowaną łysiną wyglądał na szczerze zdumionego.
– Tę samą, czy mogę się rozgościć? – zapytałem uprzejmie, chociaż wiedziałem, że gospodarz nie ma żadnego wyjścia.
– Ależ oczywiście… – powiedział po chwili wahania. – Proszę się czuć jak u siebie.
Otaksowałem wzrokiem mieszkanie klienta. Każdy centymetr jego powierzchni wręcz błagał o remont. Już na pierwszy rzut oka widać było brak kobiecej ręki. To dobrze, bo nie będzie komu płakać po stracie. Jednak wszystko po kolei…
– Proszę, niech pan spocznie. – Gestem wskazałem zapuszczoną kanapę, na której sam prawdopodobnie brzydziłbym się postawić ubłocone kalosze, a co dopiero usiąść.
– Dziękuję, postoję – odpowiedział lekko zaskoczony.
Cholera, czasem zbyt dosłownie odbieram słowa, przez co mimowolnie przejąłem rolę gospodarza. Kątem oka dostrzegłem, że klient spogląda w kierunku pilota. W jego oczach czaiła się desperacja. Ale i głupota, bo co niby planował zrobić z tym tandetnym kawałkiem plastiku. Rzucić we mnie, a następnie uciec? Niedorzeczne!
– Nie radzę – zagroziłem. – Proszę, załatwmy to szybko, kulturalnie, a następnie się rozejdziemy. Jak cywilizowani ludzie. – Nie czekałem na reakcję, tylko kontynuowałem: – Zapewne domyśla się pan już, w jakim celu przybyłem?
– Nie…
– O, to coś nowego.
– Proszę… Nie…
– Ach, takie „nie”. Cóż, to już mi się zdarzało wcześniej. Naprawdę bardzo mi przykro, ale takie po prostu jest życie, nic nie poradzimy.
– Mam pieniądze, proszę… Błagam… – szlochał mężczyzna.
– Proszę wziąć się w garść! – Uderzyłem gospodarza otwartą dłonią w policzek. – To nie są negocjacje, a tym bardziej pierdolone żarty. Rozumiesz?
Mężczyzna niechętnie kiwnął. Jeżeli uraziło go moje tykanie, to zupełnie nie dał po sobie tego poznać.
– Wybornie. Jak już nadmieniłem na wstępie, reprezentuję Spółkę. Według naszych informacji wkrótce umrzesz. Mówiąc precyzyjnie, zginiesz zaraz po tym, jak zaśniesz. Jeżeli jest to jakieś pocieszenie w twojej obecnej sytuacji, to wspomnę tylko, że śmierć na jawie jest znacznie gorsza. Aczkolwiek to tylko moja prywatna opinia, niepoparta badaniami naukowymi.
[3]
Sam nie wiem, czy walka w obliczu nieuchronnego stanowi przejaw odwagi, czy głupoty, ale mój ostatni klient zdecydowanie próbował. Przeczytałem w lokalnej gazecie o mężczyźnie, który przez dwa dni robił wszystko, by powstrzymać sen. Szło mu nawet nieźle, jednak w końcu postanowił pojechać do apteki, a wtedy zasnął za kółkiem. Zderzenie z drzewem przy prawie setce na liczniku mogło zakończyć się tylko w jeden sposób, trupem na miejscu.
– Gratuluję, pierwsze zlecenie wykonałeś bezbłędnie, zgodnie z przewidywaniami – powiedział Krzysztof, szczerząc zęby w wymuszonym uśmiechu.
– Nie uważasz, że ten entuzjazm na pokaz jest jednak trochę nie na miejscu? Ostatecznie zginął człowiek – odpowiedziałem szorstko.
– Zmieniłeś się, zmiękczyłeś na tej cholernej emeryturze – stwierdził Krzysztof. – Wybacz, ale nie jestem przekonany, że mógłbym polubić taką nową wersję ciebie.
– Mam to w dupie. Ludzie nie są jedynie statystyką, zasługują chociaż na minimum szacunku.
– Jak sobie chcesz. – Machnął od niechcenia dłonią.
[4]
Jeżeli miałbym wskazać jeden aspekt mojej pracy, który naprawdę lubiłem, było to podróżowanie. Czasami zdarzało się, że klient zwyczajnie wyjechał na wakacje, a informacja i tak musiała zostać przekazana. Bo jeżeli coś w życiu jest rzeczywiście nieuniknione, są to śmierć, podatki i wiadomość od Spółki.
Bezwstydnie wygrzewałem swoje czterdziestoletnie dupsko przy hotelowym basenie. Jak pomyślę, że w tym czasie w kraju mógłbym liczyć najwyżej na brak deszczu i temperaturę nieco powyżej dziesięciu stopni Celsjusza, to aż mnie skręcało. Szczęśliwie, aktualnie znajdowałem się w raju. Albo gdzieś bardzo blisko.
Muszę jednak przyznać, że wycieczka w takie miejsca poza sezonem ma też swoje minusy. Starzy ludzie. Cholernie dużo starszych ludzi. Oczywiście, oni sami w sobie nie są problemem. Problemem jest polityka hotelu, która zakłada dostosowanie wszystkich atrakcji pod klienta w określonym wieku. No i zapach. Starość pachnie źle, a mi to zwyczajnie przeszkadza. Czy z tego powodu jestem z automatu złym człowiekiem? Możliwe, że po prostu otacza mnie zbyt wielu ludzi młodych albo takich, którzy chcieliby być młodzi. Cholera, w mojej profesji rzadko ma się ten przywilej, że dożywa starości. Niby można przejść na emeryturę po dziesięciu latach pracy, ale poza mną chyba nikt się na to nie zdecydował. Czy to oznacza, że byłem leniwy? Nie, chyba nie. Myślę, że po prostu miałem już dość ludzkich tragedii.
A jednak w tym momencie życzyłem śmierci wszystkim starym ludziom przy basenie. Wszystkim, bez wyjątku, a także każdemu z osobna. Co jest ze mną nie tak? A może to świat zwariował?
– A kto to się tak ubrudził? – zapytał ni to żartem, ni na serio pracownik hotelu, wyrywając mnie z plątaniny myśli.
Już był gotów mnie przetrzeć. Jak jakieś dziecko. No pierdolnięty.
– Idź w cholerę! – warknąłem.
Odprowadziłem wzrokiem obrażonego mężczyznę, złorzeczącego mi pod nosem. Cóż, tym razem chyba zasłużyłem na słowa pogardy.
Kątem oka dostrzegłem mojego następnego klienta. Trzydziestokilkuletni blondyn, bardziej poparzony niż opalony. W towarzystwie żony i dwójki dzieci. Cholera by strzeliła te bachory. Tatusiek najwyraźniej przesadził z drinkami z all inclusive, niewyraźnym wzrokiem wodził za swoimi pociechami, ale raczej nie zdążyłby zareagować, gdyby groziło im jakiekolwiek niebezpieczeństwo. Biedny głupek.
Gdy wreszcie nawiązaliśmy kontakt wzrokowy, rad nierad musiałem zagaić. Tyle dobrego, że przynajmniej nie miałem bladego pojęcia, jak właściwie klient ma na imię. Tak było łatwiej, gdyż bezosobowo. Mnie to bardzo pasowało, gdyż nawet ja miałem w końcu jakieś skrupuły.
– Dzień dobry, reprezentuję Spółkę – powiedziałem. – Mam dla pana ważną wiadomość.
– Ale ja jestem na wakacjach… – odpowiedział klient, wyraźnie skonfundowany.
– Taka promocja, w ramach opaski, którą nosi pan na ręce – zażartowałem.
– To jakiś żart? Dziwna animacja hotelowa?
– Przykro mi, obawiam się, że nie mam do przekazania nic śmiesznego. Przez nadmiar alkoholu nie zdąży pan uratować sy… – urwałem, gdy dotarł do mnie sens wypowiadanych słów.
– Co?! – krzyknął klient. – Mówże, człowieku!
– Ja… – wydukałem. – Pana syn… On się utopi, przykro mi. A potem pan z rozpaczy wyskoczy przez okno…
– Co ty pierdo… – zaczął, po czym zamachnął się, by mnie uderzyć, ale chybił.
– Może jeszcze da się to odkręcić… – Sam nie wiem, dlaczego to powiedziałem. Czy to możliwe, że przez te wszystkie lata na emeryturze wyhodowałem sumienie? – Moment, tam w basenie!
Nie mam bladego pojęcia, dlaczego myślałem, że cokolwiek może wpłynąć na informację od Spółki, ale dzieciak mojego dzisiejszego klienta właśnie unosił się martwy na tafli basenu. Nikt nie ruszył mu z pomocą, każdy zajęty swoimi sprawami i alkoholem. Czy to możliwe, że nie dostrzegali, że coś jest z młodym nie tak? A może zwyczajnie mieli to gdzieś?
Nie musiałem czekać na poranne wydanie gazety, by przekonać się o kolejnej trafnej informacji, a co za tym idzie śmierci klienta. Hotelowy deptak ulokowany poniżej pokoi hotelowych został zamknięty z uwagi na wypadek. A ja wiedziałem dokładnie, jaki to był wypadek i jak do niego doszło.
***
– Słuchaj, mam już dość. Nie dam rady tego ciągnąć – powiedziałem do słuchawki. – Weźcie kogoś innego.
– Wiesz, że to tak nie działa, prawda? – odpowiedział Krzysztof. – Zgodziłeś się na miesiąc i teraz musisz odpracować calutki miesiąc. Co do jednego pierdolonego dnia. Znasz przecież konsekwencje, czyż nie?
– Tak – odburknąłem.
– Muszę jednak przyznać, że trochę niepokoi mnie odejście od scenariusza. Nie widziałeś, co powiedzieć?
– Ja… Chyba lekko wyszedłem z wprawy, to się już nie powtórzy.
– Wyśmienicie! Wracaj z tej rajskiej wyspy, bo kolejnego klienta masz w Olsztynie.
– Jasne.
[5]
Całkiem możliwe, że już kiedyś wspominałem, jak bardzo nienawidzę komunikacji miejskiej. Ścisk, smród i ogólna niewygoda powodowały u mnie dosłowne mdłości. Z jakiegoś względu zawsze wybierałem godzinne stanie w korku, ale we własnym aucie, z działającą i włączoną klimatyzacją oraz funkcją masażu w fotelach. I bez żadnych obcych w pobliżu. O zapachu „morska bryza”, czy co tam ostatnio zamontowałem. W każdym razie było niebieskie i pachniało dość świeżo. W odróżnieniu od pasażerów tramwaju.
– Dzień dobry, reprezentuję Spółkę i mam dla ciebie ważną wiadomość.
– Co…?! – odpowiedziała nastolatka, całkiem ładna, o długich, kruczoczarnych włosach splecionych w warkocz.
– Reprezentuję Spółkę! – krzyknąłem, licząc, że tym razem mnie usłyszy. – Mam ważną wiadomość, dla ciebie!
– Przepraszam, nic nie rozumiem!
– Kurwa mać! – zakląłem. – Nie wymyślaj, panienko, tu rzeczywiście jest głośno, ale nie aż tak!
– Ale warto było spróbować, prawda? – odpowiedziała dziewczyna.
– Pewnie. Niemniej… przejdźmy do rzeczy. Informacja dla ciebie jest następująca: jak wysiądziesz z tramwaju, zostaniesz porwana. Potem… – Sam nie wiem, dlaczego łamał mi się głos. – Zostaniesz wywieziona do lasu. Tam porywacze cię zgwałcą, zamordują, a ciało porzucą.
– Średnia perspektywa.
– Dobrze powiedziane – przytaknąłem. – Zaskakuje mnie twoja trzeźwa ocena sytuacji. Wiesz, zważywszy na okoliczności…
– Cóż, oglądam dużo telewizji, więc zasadniczo wiem, co myśleć.
– Nie boisz się?
– Boję, ale co to zmieni? Wyrok zapadł, prawda?
– Wyrok? – Z jakiegoś powodu byłem wstrząśnięty takim doborem słów. – Spółka nie wydaje wyroków, tylko przekazuje informację o sposobie śmierci. Wszystko zgodnie z normami europejskimi i certyfikatem ISO dziewięć siedem trzy…
– To chyba na jedno wychodzi – przerwała mi. – Nieboszczykowi chyba nie robi różnicy, czy kat przestrzega BHP. Trup to trup i kropka.
– W pewnym sensie masz rację, muszę się zgodzić. Co do zasady. Jednak dostrzegam poważną lukę w takim rozumowaniu. Widzisz, ja nie jestem katem, a jedynie posłańcem.
– Jest pan tego pewien?
– Ja…
Muszę przyznać, że zbiła mnie z pantałyku. W czasach przed emeryturą zdarzało mi się zastanawiać, czy klienci rzeczywiście ginęliby, gdybym nie przekazał im wiadomości. Zawsze jednak odkładałem podobne myśli na bok. Ostatecznie informację mógłby przekazać ktokolwiek. Czy to zmieniłoby cokolwiek? Czy ja mogę zmienić cokolwiek? A jeżeli tak, to czy powinienem?
Zacząłem zastanawiać się nad treścią wiadomości. A co, gdyby dziewczyna nie wysiadła, a została wyciągnięta? Wtedy po prostu do końca życia musiałaby unikać jazdy tramwajem… Boże, to się mogło udać!
– Wysiądę pierwszy, na najbliższym przystanku, a następnie pociągnę cię za sobą!
– I jak to niby miałoby zadziałać?
– Posłuchaj, wszystko przemyślałem…
– Podobno wyroki, przepraszam: informacje Spółki są ostateczne i nieodwracalne. Po cholerę w ogóle próbować?
– A co, jeżeli wcale tak nie jest? Jeżeli oni chcą, żebyś tak myślała? Żebyśmy wszyscy tak myśleli?!
– Ale przecież pan jest jednym z nich! – załkała. – Kto inny ma niby znać odpowiedzi na te wszystkie pytania, jak nie osoba ze środka?! Poza tym… dlaczego niby miałabym uwierzyć w dobre intencje kogoś, kto właśnie skazał mnie na śmierć?!
– Ja… myślę, że tak trzeba. A ty nie masz nic do stracenia.
***
Kolorowe paski, a w środku koło i dziwne symbole. Dziesiątki myśli i wspomnień atakowały moją głowę niczym huragan. Wybiegliśmy z tramwaju z dziewczyną, miała na imię Monika, chociaż nie powinienem tego wiedzieć. To wbrew zasadom. Chwila. Pomoc klientowi, wpływanie na treść informacji też jest wbrew zasadom. Co oni teraz ze mną zrobią?
Pamiętam, że uciekaliśmy. Ja i dziewczyna, razem. Moja gra słów jednak nie okazała się skuteczna, bo szybko nas znaleźli. Najwyraźniej osoba wyciągnięta siłą z tramwaju i tak z niego wysiada. Niedopatrzenie. A może zawsze liczył się tylko efekt? Oprawcy byli szybsi, mieli samochód, plan. Błyskawicznie przeszli od czynu do skutku. Monika krzyczała. Boże, cóż za upiorny był to dźwięk!
Niewiele widziałem, musiałem upaść gdzieś po drodze. Usłyszałem jedynie trzask zamykanych drzwi i pisk opon. Krzyk dziewczyny wprawdzie ustał, ale nie opuścił mojej głowy.
[6]
– I co ja mam z tobą zrobić? – W głosie Krzysztofa słychać było reprymendę. – Taka niesubordynacja, u człowieka z twoją reputacją? Jestem zawiedziony.
– Pierdol się – odburknąłem. – Co z dziewczyną?
– A co ma być? Zresztą, jakie to ma teraz znaczenie?
– Ty skurwysynu…
– Możliwe, że niepotrzebnie naciskałem na twój powrót – kontynuował Krzysztof. – Rozstroiłeś się, zapomniałeś, jakie są zasady. Zupełnie ci umknęło, że informacji nie wolno skracać, modyfikować, bo wtedy przestaje być faktem, a staje się opinią. A sprzedawanie opinii, to nie nasze zajęcie.
– Ja… – Sam nie wiedziałem, co powiedzieć. Byłem wściekły na Krzyśka, ale jednocześnie wiedziałem, że ma rację.
– Masz przejebane, ale już o tym wiesz, prawda?
– Co teraz? – odparłem zrezygnowany.
– Teraz zostało ci ostatnie zlecenie, a potem koniec.
[7]
Wpatrywałem się w taflę lustra. Kim był mężczyzna po drugiej stronie? Mną, to oczywiste. Z drugiej strony, kim byłem ja? Oprawcą? Posłańcem? Nieistotnym trybikiem potężnej maszyny, czy jej siłą napędową? Czy mogłem po prostu nie wypowiedzieć tych kilku bolesnych słów? Nie wiedziałem nawet, skąd się brały. Niby znałem całą historię i profil klientów, ale treść informacji pojawiała się nagle, prosto w mojej głowie, podczas spotkania. Nigdy tak naprawdę nie zastanawiałem się nad tym, czy mógłbym po prostu zamilknąć i odejść w drugą stronę. Co by wtedy nastąpiło?
– Dzień dobry, jestem przedstawicielem Spółki – powiedziałem do własnego odbicia. – Zginiesz w pożarze, a twoja śmierć pociągnie za sobą wiele niewinnych ofiar.
Musiałem być w jakimś transie, bo nie miałem pewności, czy się przesłyszałem, miałem urojenia, a może to była forma autoironii. Czy ja właśnie sam sobie przekazałem informację? Byłem jednoczenie posłańcem i klientem? Tak w ogóle można?
– Krzysztof! – krzyknąłem do słuchawki telefonu. – Odpowiedziała mi głucha cisza.
W geście bezsilności cisnąłem urządzeniem o ścianę. Roztrzaskało się na drobne kawałki.
– Cholera! Cholera, cholera… – powtarzałem do siebie.
Łudziłem się, że to tylko zły sen, ale podskórnie znałem prawdę. Umrę, a przeze mnie zginą też inni. Zrobiłem szybki rachunek sumienia, potem chłodną kalkulację plusów i minusów i w obu przypadkach doszedłem do wniosku, że rzeczywiście zasługuję na śmierć. Może nie był to najbardziej pokrzepiający wniosek, ale przynajmniej prawdziwy. Martwili mnie jednak inni. Nie chciałem… nie mogłem mieć już nikogo więcej na sumieniu.
Przekaz był jasny, zginę w pożarze. Skoro jednak nie mogłem uniknąć śmierci, to może chociaż dałbym radę odejść na własnych warunkach? W kantorku, bo tak nazywałem niewielkie pomieszczenie gospodarcze, trzymałem gruby sznur. Właściwie sam nie wiem, po co, ale tam był.
Prowizoryczny węzeł żeglarski, który prawdopodobnie miał jakąś specjalistyczną nazwę, musiał załatwić sprawę. Gdy już wisiałem i powoli czerniało mi w oczach, usłyszałem sygnał czujnika dymu. W tym całym zamieszaniu zapomniałem wyłączyć ogień spod patelni. Wyglądało na to, że rzeczywiście spłonę, a ze mną sąsiedzi.
Tylko… Czy to nie za wcześnie…?
– Nonsens, jesteśmy w głównym paśmie – wtrącił Krzysztof. – To doskonały moment.
***
W tej właśnie chwili zrozumiałem. Moim celem nigdy nie było ingerowanie w rzeczywistość, a jedynie przedstawianie jej taką, jaka jest. Chciałem coś zmienić, myślę… cóż, chyba raczej chciałbym myśleć, że z dobrych pobudek. Jednak spoglądając na to wszystko z boku, na chłodno, muszę powiedzieć, że powinienem ograniczyć się do suchych sprawozdań. Lepsi ode mnie źle wychodzili na zabawie w Boga, dlaczego więc w moim przypadku miało być inaczej? Cóż, nie miało.
Teraz dostrzegam wszystkie słowa wyświetlane na niewidocznym prompterze. Zamierzam je odczytać, chociaż mam świadomość konsekwencji. Jednak jestem tylko głosem, nie scenarzystą.
– Witajcie, drodzy widzowie. Mam na imię Cezary i jestem przedstawicielem Spółki. Mam dla was ważną wiadomość. Wszyscy umrzemy, wkrótce.
Cześć, Cezary!
Ładne małe opowiadanie w Twoim stylu, dość jednak typowo mówiące o predestynacji. Najłatwiej to odczytać jako przenośnię tego, że pracownik korporacji nie ma poczucia decydowania o własnym życiu, brakowałoby mi jednak jakiegoś kontrapunktu, że mimo wszystko ten poziom swobody przeciętnego człowieka jest wyższy niż kiedykolwiek wcześniej. Niejasno mi się przypomina pewne podobieństwo z Panią Metamorfoz Gekikary.
Naturalnie wolałbym, żeby to nie był Twój ostatni tekst. Ta uwaga – w połączeniu z tematyką oraz nienajlepszą, sprawiającą wrażenie dziwnego pośpiechu redakcją – włącza mi łagodny dzwonek alarmowy, może zresztą całkiem niepotrzebnie. Metaforycznie rzecz ujmując: nie wysiadaj przed Wysoką Bramą, a w razie gdyby coś za Tobą uparcie jechało, wezwij profesjonalną pomoc.
Pozdrawiam serdecznie,
Ślimak Zagłady
Na razie nie czepiałem się słówek – może zrobię to przy drugim czytaniu. Ot, taka kosmetyka, na przykład:
– Usłyszałem głos
Kwestia zapisu wielką lub małą literą w takich wypadkach była dyskutowana na forum i w końcu dałem się przekonać, że jeśli odnosi się bezpośrednio do treści poprzedzającego dialogu, a nie jest samodzielnym, nowym zdaniem, powinno być zapisane małą literą. Zapis zależy od tego, czy coś nastąpiło po wypowiedzi, czy w trakcie.
No i bądź tu mądry, czy rozpoznanie głosu nastąpiło w trakcie wypowiedzi (wtedy z małej) czy bohater trochę się namyślił (wtedy wielką). Kontekst wskazuje w tym przypadku na rozpoznanie w trakcie wypowiadania, bohater robi to odruchowo.
Tutaj niepełna wykładnia reguły, ale chociaż dobre źródło:
https://sjp.pwn.pl/poradnia/haslo/didaskalia-do-dialogu-w-prozie-powiesciowej;23020.html
W drugim akapicie jest dziwny myślnik na początku.
Miałem się nie czepiać, więc wracam do koncepcji opowiadania, a ta w zasadzie ma wszystko, czego potrzebuje dobrze napisana historia.
Jest bohater, którego poznajemy przez działanie, a czytelnik sam domyśla się tła – dobry i angażujący zabieg. Przykuwa uwagę i wywołuje zadowolenie w trakcie czytania.
Jest przekonująca ewolucja postaci, opisana na akurat tylu przypadkach, bym w to uwierzył.
Jest ciekawy wątek nieuchronności przeznaczenia, znów sprawnie zarysowany, a nie nałożony łopatą.
Jest mocne zakończenie, przełamujące granicę między fikcją a rzeczywistością – czego więcej chcieć?
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
Cześć, cezary_cezary
Bardzo dobre opowiadanie. Wymaga szlifu technicznego w interpunkcji i przeoczenia, literówki.
Tajemniczo przedstawiasz bohatera i Spółkę. Czym jest Spółka? Nie wiadomo, ale czy to ma znaczenie?
Wszystko jest tymczasowe.
Pozwolę sobie zacytować Zdzisława Beksińskiego: „Ty i ja, wszyscy płyniemy do wodospadu. Ty chcesz płynąć na kaktusie, a ja chcę siedzieć w wygodnym fotelu. I tak czeka nas ten sam wodospad, więc po co jeszcze siedzieć na kaktusie?”.
Klik!
Pozdrawiam
Dziękuję za Wasze komentarze!
Ślimaku
Dopiero po lekturze Twojego komentarza dotarło do mnie, że tekst w połączeniu z przedmową może brzmieć dwuznacznie. Dziękuję za troskę, ale nie ma powodów do niepokoju. Niemniej, przeredaguję tę przedmowę.
nienajlepszą, sprawiającą wrażenie dziwnego pośpiechu redakcją
Tutaj kłania się pisanie podczas urlopu. Tekst powstawał sobie spokojnie, napędzany słońcem, odpoczynkiem i sangrią. Aż tu nagle uparłem się żeby go dokończyć w środku nocy i opublikować. Przejrzę jeszcze całość pod kątem redakcyjnym, bo wyraźnie sporo mi umknęło.
Co do samego tekstu, kwestia przeznaczenia czy wolnej woli, to tylko jeden z aspektów, które chciałem poruszyć i wbrew pozorom nie najważniejszy. Starałem się troszkę wcisnąć podpowiedzi, szczególnie odnoszących się do prawdziwej natury narratora, ale jest szansa, że troszkę zbyt głęboko się to wszystko ukryło.
Marzanie
Z tym głosem masz rację, poprawię.
Bardzo mi miło, że po odłożeniu na bok usterek technicznych, tekst zrobił na Tobie dobre wrażenie.
Serdeczne dzięki za klika!
Heskecie
Dziękuję za tak pozytywny odbiór i klika!
Czym jest Spółka? Nie wiadomo, ale czy to ma znaczenie?
Zasadniczo ten aspekt nie musi być wyjaśniany, aczkolwiek pewne wskazówki starałem się jednak zamieścić, odnoszą się one też do prawdziwej tożsamości narratora. W zamyśle dojście do tego powinno dać też nieco inny odbiór całości.
Dzięki raz jeszcze!
Jak opisał mnie pewien zacny Bard: "Szyszkowy Czempion Nieskończoności – lord lata, imperator szortów, najwspanialsza portalowa Szyszunia"
Czaruś2, wróciłeś! Tęskniłam za bliźniakami, czułam się ostatnio jak jedna trzecia siebie!
Bardzo się cieszę, że jesteś z powrotem!
Tekst, jak zwykle u Ciebie (Was), na poziomie. Czytałam z przyjemnością. Wprawdzie o umieraniu i wypaleniu, ale Ty to potrafisz opowiadać takie rzeczy, więc wciągnęło.
Małe drobiazgi:
-Natrętny dźwięk nie ustawał.
Co to jest to na początku?
z rozdziawionymi oczami
To specjalnie, czy przez przypadek? :D Wyobraziłam to sobie! :D
urwałem, gdy dotarł do mnie sen wypowiadanych słów.
Literówka, choć taka poetycka
W opowiadaniu raz masz spółkę a raz Spółkę – celowo?
Nie widziałeś, co powiedzieć?
Literówka, choć znowu nie taka bez sensu :)
Mam nadzieję, że zostaniesz na dłużej! Nie znikaj!
Idę klikać!
Pozdrawiam majowo!
To pierwsze zetknięcie (albo drugie) z prozą Pana Lożanina. :)
Czy się zawiodłem? NIe. To opko jest pewnie częscią uniwersum i o tyle – tajemnicze Korpo jest pewnie czymś bardzo tajemniczym to bardzo oddaje klimaty dnia codziennego, mnie jako m.in pracownika innej korpo, to szybko kupiło. A i bohater jest pewnie w podobnym wieku co ja i zapewne ty sam również patrząc na licznik (rocznik 88 rulez:))
1-osobowe introspekcje, mam wrażenie, że sam w ostatnim opku(Modelowy ksiądz, zarpaszam :P) stosowałem w podobny, w tym sensie, że bohater jest ironiczne podejśćie do rzeczywistości, trochę cyniczne, zrezygnowany. Podobało mi się to.
Trochę mało odsłoniłeś tajemnic tutaj, ale zakładam, że to część większego uniwersum. Jak znajdę czas zaglądnę. (proszę o polcenie jak :))
Zgrzytów warsztatowych nie znalazłem, ale też na dokładne analizy słownictwa zachowuje na dni dyżurowe, więc się nie skupiałem specjalnie na tym.
Pozdrawiam i klik.
Koenrad zmruczył oczy. → Co zrobił??? Wiem, że miał kocie oczy, ale chyba nimi nie mruczał. :) // możecie pisać "Melendur"
Witaj!
Zgrabnie napisane, dające do myślenia opko. Podobała mi się pierwszoosobowa narracja, oparta o dialogi, która nadała tekstowi dynamikę. Nie czuć prawie 20k znaków. Ogólnie temat skojarzył mi się z filmem “Oszukać przeznaczenie”.
Mimo pozytywnego odbioru tekstu, poczułem mały niedosyt, bo temat moża było bardziej poeksplorować, jeszcze głębiej wejść w mechanizm nieuchronności przepowiedni i zjawisko samospełniającej się przepowiedni.
Tym niemniej wciągająca lektura! Polecam do biblioteki i pozdrawiam!
– Dzień dobry, reprezentuję spółkę – powiedziałem. – Mam dla pana ważną wiadomość.
(…)
– Ss… Spółkę? Tę spółkę…? – Wychudzony, na oko czterdziestoletni, mężczyzna z nieudolnie maskowaną łysiną wyglądał na szczerze zdumionego.
(…)
– Dzień dobry, jestem przedstawicielem Spółki – powiedziałem do własnego odbicia. – Zginiesz w pożarze, a twoja śmierć pociągnie za sobą wiele niewinnych ofiar.
(…)
– Witajcie, drodzy widzowie. Mam na imię Cezary i jestem przedstawicielem Spółki. Mam dla was ważną wiadomość. Wszyscy umrzemy, wkrótce.
Dlaczego słowo “spółka” w dialogu czasem z wielkiej, czasem z małej litery?
– Muszę jednak przyznać, że trochę niepokoi mnie odejście od scenariusza. Nie widziałeś, co powiedzieć?
Literówka?
Bliźniaczko
Bardzo miło mi Ciebie widzieć! Dziękuję za dobre słowa oraz łapankę. Babolki poprawiłem, ale…
Nie widziałeś, co powiedzieć?
Literówka, choć znowu nie taka bez sensu :)
Otóż nie tym razem. W pewnym momencie pojawia się też "prompter" i mialem nadzieję, że Czytelnicy dostrzegą moje (nieco zbyt) subtelne wskazówki odnośnie tożsamości narratora i tym samym drugiej warstwy tekstu. Trochę zawiodłem na tym polu.
Mam nadzieję, że zostaniesz na dłużej! Nie znikaj!
Dziękuję, to bardzo miłe. Póki co jestem na urlopie, więc mam czas. A później się zobaczy.
Melendurze
Dziękuję za wizytę! Cieszy mnie, że lektura Cię nie zawiodła. Aczkolwiek, z kronikarskiego obowiązku, nadmienię, że Lożaninem już nie jestem. Tylko plakietka została.
Trochę mało odsłoniłeś tajemnic tutaj, ale zakładam, że to część większego uniwersum. Jak znajdę czas zaglądnę. (proszę o polcenie jak :))
U mnie wszystkie teksty jakoś się łączą, więc tak naprawdę można je czytać niezależnie od siebie. Tajemnica w tekscie jest zasadniczo jedna, ale póki co Czytelnicy raczej idą z interpretacjami w innym kierunku. Prawdopodobnie to niedoskonałości warsztatowe po mojej stronie, albo trochę za dużo zostało w głowie.
Modelowy ksiądz, zarpaszam :P
Z pewnością zajrzę!
Dzięki za klika!
Kronosie Maximusie
Tobie rrównież dziękuję za odwiedziny oraz kliknięcie!
Dlaczego słowo “spółka” w dialogu czasem z wielkiej, czasem z małej litery?
Moja gafa, już poprawiłem.
Literówka?
Nie, celowy i przemyślany zapis. Tylko najwyraźniej mało czytelny w kontekscie reszty tekstu.
Pozwolę sobie zatem na małą podpowiedź: czy mamy pewność, że narrator jest fizycznie obecny podczas spotkań?
Pozdrawiam serdecznie!
Jak opisał mnie pewien zacny Bard: "Szyszkowy Czempion Nieskończoności – lord lata, imperator szortów, najwspanialsza portalowa Szyszunia"
No tak, jest coś o prompterze, są widzowie, scenarzysta, ale powiem szczerze, że umyka mi ta głębsza warstwa…
Jakąś podpowiedzią niech będą słowa Krzysztofa:
– Możliwe, że niepotrzebnie naciskałem na twój powrót – kontynuował Krzysztof. – Rozstroiłeś się, zapomniałeś, jakie są zasady. Zupełnie ci umknęło, że informacji nie wolno skracać, modyfikować, bo wtedy przestaje być faktem, a staje się opinią. A sprzedawanie opinii, to nie nasze zajęcie
Jak opisał mnie pewien zacny Bard: "Szyszkowy Czempion Nieskończoności – lord lata, imperator szortów, najwspanialsza portalowa Szyszunia"
Ave Cezarze!
Lange nich gesehen!
Z zadumą przyglądałem się fotografiom, które opowiadały o rzeczach, o których najlepiej zapomnieć.
Celowo powtarzasz które-których w pierwszym zdaniu?
Starość pachnie źle, a mi to zwyczajnie przeszkadza. Czy z tego powodu jestem z automatu złym człowiekiem? Możliwe, że zwyczajnie otacza mnie zbyt wielu ludzi młodych albo takich, którzy chcieliby być młodzi.
Powtórzonko?
Bardzo ciekawy tekst, trochę skojarzył się z Raportem Mniejszości, jeśli chodzi o refleksję na temat nieuniknioności.
Końcówka niepokojąca…
Ale czy znowu dziwnie? Hmm…
Odnośnie ukrytej tajemnicy – zastanawia mnie zacytowany przez Ciebie powyżej fragment oraz wspomniane “szumy”. Wskazują jednak na jakieś zautomatyzowanie bohatera albo jego działalności. Tym bardziej, że na końcu jest ów niewidoczny prompter. Ale przyznam, że nie potrafię tego rozgryźć do końca. Ale też ostatnio średnio mi w ogóle wychodzi rozgryzanie :)
No ciekawe, ciekawe, a przy okazji wierne Twojemu stylowi, że tak pozwolę sobie powiedzieć.
Fajnie, że napisałeś, pozostań chociaż na orbicie Portalu, bo któż będzie teksty opakowywał takimi pięknymi tytułami? 
Pozdrawiam!
I rzekł Pan: umieścisz cztery “e” w “beeeecki”. Ani mniej ani więcej. Nie umieścisz trzech “e” ani “pięciu “e”. Dwa są wykluczone. I Pan uśmiechnął się, a lud spożywał owce i leniwce, karpie i sardele, orangutany i płatki śniadaniowe i nietoperze...
Ciekawy tekst.
Nie wiem, czym właściwie jest Spółka. Opcji widzę sporo – od Trójcy przez różne Mojry do Przeznaczenia. Na pewno jest nieźle zorientowana.
Nasuwa się pytanie, czy to samospełniające się przepowiednie. Czy pierwszy facet zginąłby, gdyby zasnął zwyczajnie, we własnym łóżku, a nie za kierownicą?
Końcówka niepokojąca. Podsuwa myśli o wojnie.
Babska logika rządzi!
Witaj, Ave, Cezarze; miło, że wracasz na Portal z nowym tekstem. :)
Technikalia, które zatrzymały mnie przy czytaniu i sugestie oraz wątpliwości (jak zawsze – tylko do przeanalizowania):
Z zadumą przyglądałem się fotografiom, które opowiadały o rzeczach, o których najlepiej zapomnieć. – powtórzenie?
Z zamyślenia wyrwał mnie klient, który wpatrywał się we mnie z rozdziawionymi oczami. – i tu?
– Dzień dobry, mam na imię Cezary. – Momentalnie wróciła mi ostrość umysłu. – Reprezentuję Spółkę i mam dla pana ważną wiadomość. – i tu?
Przeszkadza mi w skupieniu, ale jednocześnie… na jakiejś płaszczyźnie, (zbędny przecinek?) pozwala mi dotrzeć dalej, głębiej.
– Proszę, niech pan spocznie – gestem wskazałem zapuszczoną kanapę, na której sam prawdopodobnie brzydziłbym się postawić ubłocone kalosze, a co dopiero usiąść. – błędny zapis dialogu? – wielką literą i po kropce?
– Mam to w dupie. Ludzie to nie tylko statystyki, zasługują chociaż na minimum szacunku. – powtórzenie?
Jeżeli miałbym wskazać jeden aspekt mojej pracy, który naprawdę lubiłem, to byłyby to podróże. Czasami zdarzało się bowiem tak, że klient zwyczajnie wyjechał na wakacje, a informacja i tak musiała być mu przekazana. Bo jeżeli coś w życiu jest rzeczywiście nieuniknione, to są to śmierć, podatki i wiadomość od Spółki. – i tu?
No pierdolnięty. – może z przecinkiem i wykrzyknikiem?
Tak było łatwiej, bo bardziej bezosobowo. – celowa ta (i inne, np. – Teraz widzę wyraźnie wszystkie słowa wyświetlane na niewidocznym prompterze) aliteracja?
A potem pan, z rozpaczy wyskoczy przez okno… – zbędny przecinek?
Nie widziałeś, co powiedzieć? – literówka? – czy tu nie miało być z „e”?
– A co (przecinek?) jeżeli wcale tak nie jest?
Jeżeli oni chcą (i tu?) żebyś tak myślała?
Musiałem być w jakimś transie, bo nie miałem pewności, czy się przesłyszałem, miałem urojenia, a może sam sobie sprawiłem głupi żart. Czy ja właśnie sam sobie przekazałem informację? – powtórzenie?
– Krzysztof! – krzyknąłem do słuchawki telefonu. – Odpowiedziała mi głucha cisza. – błędny zapis dialogu?
Łudziłem się, że to tylko zły sen, ale pod skórą znałem prawdę. – styl?
Przekaz był jasny, zginę w pożarze. Skoro jednak śmierć była nieunikniona, to może chociaż byłem władny odejść na własnych warunkach? – powtórzenia?
W moim odczuciu: grozy, napięcia oraz niepewności i nieuchronności jest tu tak wiele, tak spore jest zagęszczenie tych wszelkich cech dreszczowca, że spokojnie potraktowałam opko jako psychologiczny horror. Bohater uwikłany w dziwaczną sytuację przywodzi mi na myśl kafkowski świat, z którego nie ma wyjścia. :)
Kliczek, pozdrawiam serdecznie. ;)
Pecunia non olet
Hejka!
Wciągające i jednocześnie dziwnie niepokojące opowiadanie. Najbardziej spodobał mi się klimat i sam pomysł na Spółkę, absurdalny, ale momentami aż za bardzo realny. Właściwie do końca nie wiadomo, czym tak naprawdę jest Spółka, czy istnieje naprawdę, czy jest tylko symbolem czegoś większego. Niedopowiedzenie odgrywa tu znaczącą rolę, dzięki niemu historia daje do myślenia.
Pozdrawiam!
Nie ma ucieczki od mroku, jeśli to on sam prowadzi twoje kroki.
B(4xe)cki
Witaj! Dzięki za mini łapankę i komentarz!
Celowo powtarzasz które-których w pierwszym zdaniu?
Nic z tych rzeczy, po prostu była to jedna z miliarda usterek, które przegapiłem.
trochę skojarzył się z Raportem Mniejszości, jeśli chodzi o refleksję na temat nieuniknioności.
Bardzo przyjemne skojarzenie, miło mi!
Ale przyznam, że nie potrafię tego rozgryźć do końca. Ale też ostatnio średnio mi w ogóle wychodzi rozgryzanie :)
Mi znacznie gorzej idzie przekazywanie myśli, jak czytam w komentarzach. Moją intencją było “ukrycie” faktu, że bohater rozmawia z klientami z ekranów (i tak, wiem, że raz komuś przyłożył w twarz). Chciałem pokazać jak telewizja (i analogiczne media) odeszła od przekazywania wiadomości w ich pierwotnej formie, do kreowania światopoglądów. Stąd też oburzenie Krzysztofa i konsekwencje “odejścia od scenariusza” po stronie narratora. Pierwszą wskazówką miała być wzmianka o “inżynierii społecznej” w tytule, a potem różne “telewizyjne” dodatki. Najwyraźniej jednak poległem na tej linii.
Fajnie, że napisałeś, pozostań chociaż na orbicie Portalu, bo któż będzie teksty opakowywał takimi pięknymi tytułami?
Dzięki, nic nie obiecuję, ale się postaram!
Finklo
Tobie również dziękuję za wizytę!
Nie wiem, czym właściwie jest Spółka
Tym, co w niej dostrzegamy. Dla mnie posłużyła głównie za rekwizyt.
Czy pierwszy facet zginąłby, gdyby zasnął zwyczajnie, we własnym łóżku, a nie za kierownicą?
Trudno powiedzieć, dlatego też celowo nie pokazałem żadnej sceny, w której klient po prostu ślepo idzie za przekazaną informacją.
Bruce
Jak zawsze dziękuję Ci serdecznie za czas poświęcony na łapankę. Prawie wszystkie Twoje uwagi wykorzystałem, ale jak już tłumaczyłem wcześniej:
Nie widziałeś, co powiedzieć? – literówka? – czy tu nie miało być z „e”?
Akurat ten zapis jest celowy i nawiązuje do niewidzialnego promptera.
Bohater uwikłany w dziwaczną sytuację przywodzi mi na myśl kafkowski świat, z którego nie ma wyjścia. :)
A tak, sam miałem podobne skojarzenia podczas pisania.
Dzięki za dobre słowa!
Betweenthelines
Serdeczne dzięki za odwiedziny i komentarz!
Bardzo mi miło, że doceniłaś klimat opowiadania.
dzięki niemu historia daje do myślenia.
To też był mój cel. Żeby tekst został w głowie po zakończeniu lektury. Fajnie, że coś tam wyszło.
Jak opisał mnie pewien zacny Bard: "Szyszkowy Czempion Nieskończoności – lord lata, imperator szortów, najwspanialsza portalowa Szyszunia"
bohater rozmawia z klientami z ekranów
A jak w tym kontekście wygląda gadka, że lubi dorywać klientów na wakacjach, bo w Polsce zimno?
Babska logika rządzi!
Wszystko jasne, rozumiem, ukłony i serdeczności, Ave Cezarze! 
Pecunia non olet
A jak w tym kontekście wygląda gadka, że lubi dorywać klientów na wakacjach, bo w Polsce zimno?
Trochę jak zmyłka. Z drugiej strony, będąc postacią z odbiornika uderza klienta w twarz, ma uczucia, emocje. Poza tym, temperatura wpływa też na sprzęty. Niemniej, źle to wszystko chyba przemyślałem.
Jak opisał mnie pewien zacny Bard: "Szyszkowy Czempion Nieskończoności – lord lata, imperator szortów, najwspanialsza portalowa Szyszunia"