- Opowiadanie: Krzysztof Kapibara - Witamy w Lasku Małym

Witamy w Lasku Małym

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Biblioteka:

Użytkownicy, beeeecki

Oceny

Witamy w Lasku Małym

I

 

„Lasek Mały, wszyst­ko zo­sta­je tu mię­dzy nami” – gło­si­ła ta­bli­ca. Mi­chał skrzy­wił się na widok nie­zbyt uda­ne­go rymu.

Sie­dział w fo­te­lu już dwu­na­stą go­dzi­nę, ostat­ni po­stój zro­bi­li tylko przez pro­ble­my z pę­che­rzem sio­stry. Pas, cho­ciaż luźno za­pię­ty, nie­ustan­nie ocie­rał mu szyję.

Ocza­mi wy­obraź­ni zo­ba­czył sie­bie w obłą­kań­czym szale – osuwa się na plecy, wierzga lub szarpie wszystko, co wpadnie mu w ręce.

Łyp­nął na sie­dzą­cą obok Ma­ry­się. Sio­stra spała w fo­te­li­ku, głową opie­ra­ła się o ramię, a z otwar­tych ust są­czy­ła się stru­żka śliny.

Od ogło­sze­nia prze­pro­wadz­ki po­nu­re wizje nie da­wa­ły mu spo­ko­ju. Bę­dzie mu­siał za­po­mnieć o wszyst­kich przy­wi­le­jach cy­wi­li­zo­wa­nych miast. Jego roz­ryw­ki praw­do­po­dob­nie ogra­ni­czą się do czy­ta­nia ksią­żek i spo­tkań z lo­kal­ną mło­dzie­żą. Oczy­wi­ście, o ile z kim­kol­wiek uda mu się wy­trzy­mać.

Lasek Mały był ukry­tą w pusz­czy wsią, ca­łość skła­da­ła się z za­le­d­wie kil­ku­dzie­się­ciu domów uło­żo­nych wokół du­że­go placu. Ro­dzi­na wy­szła z auta. Mi­chał prze­cią­gnął się, a krę­go­słup za­pro­te­sto­wał sztyw­no­ścią. Pierw­sze, co zro­bi­ła Ma­ry­sia, to za­sy­gna­li­zo­wa­ła mamie, że chce do to­a­le­ty. Dziew­czyn­ka ska­ka­ła z nogi na nogę, wy­gię­ła twarz w gry­ma­sie i nawet tro­chę się za­czer­wie­ni­ła. 

Ro­dzi­ce po­bie­gli do drzwi no­we­go domu, zo­sta­wia­jąc chło­pa­ka sa­me­go. Na miej­scu pa­no­wa­ła cisza, któ­rej wcze­śniej mógł do­świad­czyć tylko wcze­snym ran­kiem, gdy więk­szość świa­ta jesz­cze spała. Tutaj jed­nak był śro­dek dnia. 

Ro­zej­rzał się wokół. Wio­ska wy­glą­da­ła jak z po­przed­nie­go wieku. Kilku prze­chod­niów – głów­nie stare ko­bie­ty – mie­rzy­ło go wzro­kiem. Nie minie kilka go­dzin, a każdy w wio­sce bę­dzie znał ich ro­dzi­nę. 

Coś zwró­ci­ło jego uwagę. Ubrany w szmaty i łachmany mężczyzna z białą jak śnieg brodą siedział na ławce. Gibał się w tę i we w tę, nie odrywając wzroku od Michała i mamrotał pod nosem. U jego nogi leżał rząd szklanych butelek.

Pi­ja­czy­na pod­niósł ton, tak że każdy na ulicy mógł go usły­szeć. 

– Nie je­ste­ście stąd. Nie stąd! – wy­krzy­czał chra­pli­wie.

Dreszcz prze­biegł chło­pa­ko­wi po karku. Cof­nął się o krok, za­wró­cił i wbiegł do otwar­te­go domu. Prze­kro­czył próg, pod­ło­ga za­skrzy­pia­ła.

Wizja sto­ją­ce­go w ramie drzwi pi­ja­ka mi­gnę­ła mu przed nosem. Po­wo­li spoj­rzał za sie­bie. Pusto, znik­nął. Nie było go ani w drzwiach, ani na ławce. Za­mknął więc drzwi, dwu­krot­nie upew­nia­jąc się, że są za­blo­ko­wa­ne.

Na­stęp­ne­go dnia pi­ja­czy­na był mar­twy. Ciało męż­czy­zny le­ża­ło bez­wład­nie na ławce, jego twarz zo­sta­ła roz­szar­pa­na przez ptac­two.

Ma­ry­sia pierw­sza to zo­ba­czy­ła. Dziew­czyn­ka wy­prze­dzi­ła ro­dzi­ców, wy­bie­gła ra­do­śnie z domu. Kilka se­kund, a ciszę prze­rwa­ły krzyk i szlo­chy.

Sama soł­tys od­wie­dzi­ła ro­dzi­nę. Zło­ży­ła no­wo­przy­by­łym naj­szczer­sze prze­pro­si­ny za za­ist­nia­łą sy­tu­ację, po­psio­czy­ła tro­chę na pi­ja­ka. W ra­mach re­kom­pen­sa­ty za­ofe­ro­wa­ła Ma­ry­si miej­sce na or­ga­ni­zo­wa­nym przez księ­dza z lo­kal­nej pa­ra­fii obo­zie let­nim.

Na­za­jutrz pijak znowu sie­dział na ławce. Pod jego no­ga­mi wa­la­ła się dwu­krot­ność po­przed­nich bu­te­lek. 

Nikt. Nikt poza Mi­cha­łem nie pa­mię­tał, by kto­kol­wiek ostat­nio umarł.

 

II

 

Mi­chał prze­tarł mokre od potu czoło. Ro­dzi­ce wy­go­ni­li go z domu. Po­słał gniew­ne spoj­rze­nie w stro­nę jed­ne­go z okien, lecz nie do­cze­kał się od­po­wie­dzi.

Jak dotąd ogra­ni­czał przebywanie na dworze. Nie cho­dzi­ło tylko o zmar­twych­wsta­łe­go pi­ja­ka, to dawno temu uznał za zwid czy efekt prze­mę­cze­nia.

Po pro­stu nie czuł ta­kiej po­trze­by; zo­ba­czył rap­tem paru ró­wie­śni­ków, każdy bez wy­jąt­ku łaził i wy­glą­dał jak skoń­czo­ny pro­stak. O czym miał­by z nimi roz­ma­wiać? 

Po­gwiz­du­jąc pod nosem, prze­cha­dzał się po ko­lej­nych uli­cach, po­sy­łał przy tym nie­pew­ne spoj­rze­nia w oko­li­cę. 

Po dro­dze spo­tkał kilkoro przechodniów, kiwał im głową, a oni się uśmie­cha­li. Od razu za­po­mi­nał o spo­tka­niu i truch­tał dalej.

Dom zgu­bił kilka prze­cznic temu. Mógł­by gdzieś przy­siąść, a po go­dzi­nie czy dwóch wró­cić ze smut­ną in­for­ma­cją, iż nie udało mu się spo­tkać ni­ko­go cie­ka­we­go.

Dość szyb­ko upa­trzył sobie kąt. Jedno z drzew było wy­raź­nie więk­sze od po­zo­sta­łych, jego ko­ro­na prze­ra­sta­ła więk­szość oko­licz­nych domów. Ide­al­nie.

Sta­nął w cie­niu, ple­ca­mi oparł się o gruby konar, tań­czą­ca od po­wie­wów wia­tru trawa mu­ska­ła jego kost­ki.

Wziął głę­bo­ki wdech i na­peł­nił płuca po­wie­trzem. Cho­ciaż tlen nie ma smaku, od­niósł wra­że­nie, jakby wła­śnie obu­dził w sobie nowe kubki sma­ko­we.

Za­czął za­my­kać oczy. Za­pa­dła ciem­ność. Stał tak, nie cze­ka­jąc na nic kon­kret­ne­go. Se­kun­dy i mi­nu­ty zlały się w jedno, a on sam od­pły­nął błogo.

Może ta wieś nie jest taka zła?

– Hej – ode­zwał się nie­zna­jo­my głos, wy­cią­ga­jąc chło­pa­ka z transu.

Mru­gnął kilka razy, bo mgła przed ocza­mi była wy­jąt­ko­wo upar­ta. Zobaczył nie­zna­jo­mą dziew­czy­nę, o nader oso­bli­wym spoj­rze­niu. 

– Cześć. 

– Co tak sie­dzisz tutaj sam? – za­py­ta­ła. 

– Od­po­czy­wam. Od­po­czy­wa­łem, zna­czy się. 

Zbli­ży­ła się i zaj­rza­ła mu w oczy.

– Ty je­steś tym nowym? Maja coś mi tam mó­wi­ła, że ktoś nowy się do nas wpro­wa­dził ostat­nio. Ile już tutaj miesz­kasz?

– Bę­dzie ja­kieś dzie­sięć dni.

– Czemu o wszyst­kim za­wsze muszę do­wia­dy­wać się ostat­nia? – wes­tchnę­ła, a w jej gło­sie po­ja­wił się wy­rzut i pre­ten­sja. – Za­kła­dam, że jesz­cze nie po­zna­łeś się ze wszyst­ki­mi.

– W sumie to nie znam tu pra­wie ni­ko­go.

Spró­bo­wał się uśmiech­nąć, ale nic z tego nie wy­szło.

– Świet­nie! – krzyk­nę­ła z bły­skiem w oku. – Może po­ka­żę ci, co i jak, no wiesz.

– By­ło­by miło.

– Dobra, naj­pierw po­ka­żę ci…

– Cze­kaj – prze­rwał. – Jak masz na imię?

Na jej twa­rzy wy­stą­pił ru­mie­niec, po chwi­li znik­nął i za­stą­pił go chy­try uśmiech.

– O… – wy­krztu­si­ła z gar­dła – rze­czy­wi­ście. Wy­bacz, pro­szę. Na imię mam Flora, a ty? 

– Mi­chał.

Flora za­czę­ła mówić, on jed­nak nic nie usły­szał, po­dą­żał wzro­kiem za wło­sa­mi, które od­gar­nę­ła za ucho. Słoń­ce moc­niej za­bły­sło, a one za­lśni­ły w zło­tych pa­smach.

 

III

 

Naj prze­wi­nie­niem dla lo­kal­nej spo­łecz­no­ści było nie­od­da­nie pie­nię­dzy za wzię­te na kre­chę piwo. Miej­sco­wi nie lu­bi­li też wcią­gać w swoje spra­wy ludzi z ze­wnątrz. Bo, co taki mieszczuch bę­dzie wie­dział o ich życiu.  

„Nie je­ste­ście stąd. Nie stąd”.

Mi­chał sta­nął w miej­scu, gdy Flora szła dalej.

– O co cho­dzi? Stało się coś? – za­py­ta­ła.

„W Lasku Małym wszyst­ko zo­sta­je mię­dzy nami”.

Po­chy­li­ła się i zlu­stro­wa­ła chłopaka. 

– Spo­koj­nie. Są rze­czy, o któ­rych nie warto my­śleć.

– Co? 

– Chodź. To zaj­mie tylko chwi­lę.

Zła­pa­ła go za dłoń i po­cią­gnę­ła. Dał się poprowadzić parę me­trów, osta­tecz­nie jed­nak za­parł się, na znak sprze­ci­wu. Oby­dwo­je po­czu­li, jak at­mos­fe­ra na­bie­ra cię­ża­ru.

– Nie wiem do końca, jak to wy­tłu­ma­czyć – pod­jął nie­zgrab­nie. – Pro­szę, nie uznaj mnie za wa­ria­ta, ale gdy tutaj przy­je­cha­li­śmy, spo­tka­łem ja­kie­goś me­ne­la… 

Flora po­ło­ży­ła palec na jego ustach, sku­tecz­nie go uci­sza­jąc.

– Nie tutaj.

Po­pro­wa­dzi­ła go na ubo­cze, sta­nę­li po­mię­dzy dwoma do­ma­mi. Flora opa­dła mu na pierś i przy­szpi­li­ła do ścia­ny. 

– Są rze­czy, o któ­rych się tutaj nie mówi. Nie ma sensu, żebym teraz ci tłu­ma­czy­ła. Jutro wszyst­ko zro­zu­miesz. 

– Jutro?

Spró­bo­wał się od­su­nąć. Spoj­rzeć jej w twarz, upew­nić się, czy nie jest ofia­rą żartu.

Ona nie po­zwo­li­ła mu się jed­nak ru­szyć. Zwięk­szy­ła na­cisk i przy­tu­li­ła, na­stęp­nie bez ostrze­że­nia mu­snę­ła usta­mi jego po­li­czek.

Cie­pło roz­pły­nę­ło się po całym jego ciele. Ra­mio­na, dło­nie, aż w końcu do­tar­ło do klat­ki.

– Po­cze­kaj do jutra. Do­sta­niesz na­gro­dę. 

– Tak… tak. Tak – od­parł za­wsty­dzo­ny po chwi­li ciszy.

Wy­szła z za­uł­ka, gdy Mi­chał wpa­try­wał się w nią tak, że można by to uznać za nie­od­po­wied­nie. Uczy­ni­ła lekki gest, za­pra­sza­jąc go do sie­bie. 

Wkro­czył na teren głów­ne­go placu. Miesz­kań­cy wzno­si­li stra­ga­ny i na­mio­ty, na samym środ­ku skła­da­ne było coś na kształt wiel­kie­go pa­le­ni­ska. Lu­dzie pod­cho­dzi­li i ka­wa­łek po ka­wał­ku wrzu­ca­li do ka­mien­ne­go kręgu wszyst­ko, co się pali.

– Po co to wszyst­ko?

– Jutro or­ga­ni­zu­je­my taki mały fe­sti­wal. Zo­ba­czysz.

Wró­cił wzro­kiem do pa­le­ni­ska, które nie miało nic wspól­ne­go z by­ciem małym.

Gdzie by nie spoj­rzał, wi­dział sze­ro­kich jak dęby męż­czyzn. No­si­li stoły lub la­ta­ren­ki i usta­wia­li je w rów­nych od­stę­pach. Tym­cza­sem ko­bie­ty w po­de­szłym wieku pro­wa­dzi­ły za­żar­te dys­ku­sje na te­ma­ty, któ­rych mógł­by się tylko do­my­ślać. 

Spo­strzegł, że Flora znik­nę­ła. 

Spo­glą­dał to tu, to tam. Nic. Jesz­cze raz do­kład­niej. Jest. Flora stała przy gru­pie dwóch chło­pa­ków i dwóch dziew­czyn. Roz­ma­wia­ła ro­ze­śmia­na, ge­sty­ku­lu­jąc. 

Mu­sia­ła po­czuć jego spoj­rze­nie, bo od razu obej­rza­ła się przez ramię. Uśmiech­nę­ła się za­chę­ca­ją­co, jakby po­sy­ła­ła mu ciche za­pro­sze­nie. 

Po­cząt­ko­wo do grupy pod­szedł dość sztyw­no. Flora bez wąt­pie­nia była pięk­no­ścią, ale ci, któ­rzy ją ota­cza­li, nie­ko­niecz­nie.

Przed­sta­wi­ła wszyst­kich. To Mi­chał. A tu Zuzia, Ha­li­na, Bar­tek i Kazik.

Dalej stał wy­pro­sto­wa­ny jak żoł­nierz. Bar­tek klep­nął go w plecy, Kazik skar­cił ko­le­gę. Ha­li­na przy­wi­ta­ła się z grzecz­no­ścią i ele­gan­cją praw­dzi­wej damy. Zuzia tylko stała z boku, wi­docz­nie skrę­po­wa­na. 

Flora wy­szła przed swo­ich ko­le­gów. Opa­dła Mi­cha­ło­wi na klat­kę. Od­ru­cho­wo ją zła­pał, a ona wtu­li­ła się w niego tak, jak wcze­śniej. 

Po­pa­trzył w stro­nę nowo po­zna­nej grupy, pró­bu­jąc jed­no­cze­śnie za­pa­no­wać nad za­kło­po­ta­niem. Bart­ko­wi i Ka­zi­ko­wi zaj­ście zda­wa­ło się im­po­no­wać, Ha­li­na stała nie­wzru­szo­na, a Zuzia uchy­li­ła głowę tak, że włosy za­sło­ni­ły więk­szość jej twa­rzy.

 

IV

 

Opar­ła się o drze­wo. Trawa ła­sko­ta­ła jej stopy. Szum brzo­zo­wych liści zo­stał za­głu­szo­ny przez stu­kot serca. Po­wo­li osu­nę­ła się na zie­mię i zwi­nę­ła w kłę­bek.

– Ma­ry­siu – ode­zwał się prze­cią­gle głos. – Twoi przy­ja­cie­le się o cie­bie mar­twią. Nie rób im przy­kro­ści i wyjdź. 

Jęk­nę­ła, po czym od razu za­kry­ła usta. Ośli­zgły szmer wy­brzmiał zza jej ple­ców. Trzy, pięć me­trów. Oby jak naj­da­lej.

– Nie­grzecz­na. Wred­na. Zło­śli­wa.

Scho­wa­ła za­czer­wie­nio­ną twarz w udach. Nie spoj­rzy na to już wię­cej. Już nie.

Ohyd­ne od­gło­sy na­bie­ra­ły na sile. 

Ści­snę­ło ją w żo­łąd­ku. Cho­ciaż nic nie wi­dzia­ła, była pewna. Zna­lazł ją.

Jego twarz zo­sta­ła za­sło­nię­ta przez białą maskę. Cały czas krył się w pół­mro­ku, ba­lan­su­jąc na gra­ni­cy cu­dze­go spoj­rze­nia. Po­chy­lił się nad Ma­ry­sią. 

Czuła obec­ność i bli­skość, ale nic się nie dzia­ło. Stał tylko jak pająk nad zła­pa­ną w sieć muchą.

Kro­pla wody spa­dła z nieba i roz­bi­ła się o zie­mię, po niej ko­lej­na i ko­lej­na. Uniósł się za­pach mo­krej kory i ziemi.

Usły­sza­ła kroki – dużo kro­ków – tłu­mio­ne war­stwą mo­krych liści i roz­pać­ka­nej ziemi. Ucie­kać? Nie zdą­ży­ła­by.

Inne dzie­ci po­de­szły do niej ru­chem przy­po­mi­na­ją­cym na­krę­ca­ne za­baw­ki. 

W jed­nej chwi­li ru­szy­li na ro­ze­dr­ga­ną Ma­ry­się. Siłą po­ło­ży­li ją na ziemi, spę­ta­li ręce i nogi. W po­wie­trzu uniósł się kłu­ją­cy za­pach siar­ki. Pró­bo­wa­ła się wy­ry­wać, szar­pać. Nic z tego. 

Ledwo wi­dząc, spo­strze­gła, jak do grona do­łą­cza ko­lej­na po­stać. Klęk­nę­ła przy niej i wy­cią­gnę­ła ku niebu maskę. Cie­pło szyb­ko roz­la­ło się po ciele Ma­ry­si, a świat zdał się dziw­nie od­le­gły.

– Ko­cham cię. 

– Ja cie­bie też – od­par­ła bez­wied­nie.

Wy­sko­czył z łóżka, stra­cił dech, za­kasz­lał. My­ślał, że się udusi, w ostat­niej chwi­li zła­pał jed­nak pół od­de­chu. Plecy miał spo­co­ne, a z oczu… pła­kał? Po­trzą­snął głową w na­dziei na opa­mię­ta­nie się. 

Ma­ry­sia jest bez­piecz­na, jego sio­stra sie­dzi teraz na obo­zie let­nim i pew­nie jesz­cze się nie obu­dzi­ła. Nie trze­ba było wczo­raj my­śleć o tym pi­ja­czy­nie. 

Nie, gdy wła­śnie po­znał naj­pięk­niej­szą dziew­czy­nę w życiu, a ona za­pro­si­ła go do swo­je­go domu. Nie trze­ba było.

Oparł się o kra­wędź łóżka i po­zwo­lił or­ga­ni­zmo­wi wró­cić do normy. Raz, dwa, trzy… li­czył wde­chy. Jego serce nie biło już tak in­ten­syw­nie, roz­pro­sto­wał więc plecy i się roz­cią­gnął. 

Jest bez­piecz­na.

 

V

 

Stał pod domem Flory, dzień chy­lił się ku koń­co­wi. Stuk­nął grzecz­nie o drzwi.

Cisza. Odzew, coraz gło­śniej­sze kroki nad­cho­dzi­ły z we­wnątrz. Za­wia­sy ru­szy­ły, drzwi za­skrzy­pia­ły. Flora przy­wi­ta­ła go pro­mien­nym uśmie­chem.

– Wejdź.

Wszedł po­słusz­nie. Od razu ude­rzy­ła w niego kwiatowa woń la­wen­dy. Gar­dło mu się zwę­zi­ło, za­kasz­lał.

– Usiądź, a ja ogar­nę coś do picia. – Wska­za­ła pal­cem na wej­ście do jed­ne­go z pokoi.

Znik­nę­ła za jego ple­ca­mi. Ob­ró­cił głowę, lecz ona była już w innym po­ko­ju. 

Spo­dzie­wał się, że za­pro­szo­ny zo­sta­nie do sa­lo­nu, tym­cza­sem wska­za­ny mu pokój naj­praw­do­po­dob­niej na­le­żał do niej.

Usiadł sztyw­no na łóżku. Nie wie­dząc, co ze sobą zro­bić, utkwił wzrok w pod­ło­dze. 

Dzi­siej­szy sen. Nie. Nie bę­dzie o tym my­ślał.

Nie spo­strzegł, gdy we­szła do po­ko­ju. W dło­niach trzy­ma­ła bu­tel­kę słod­kie­go na­po­ju i słone prze­ką­ski. Nikt się nie ode­zwał. Od­sta­wi­ła je­dze­nie na podłogę i przy­sia­dła obok niego. Dłoń miał za­ci­śnię­tą tak, że jeden z pa­znok­ci wbi­jał mu się w skórę. Spoj­rzał ukrad­kiem na Florę.

Wciąż nie do końca pewny otwo­rzył usta, ale nie wy­du­sił z sie­bie nic kon­kret­ne­go. 

Dziew­czy­na pa­trzy­ła tylko za okno. Wtem za­uwa­żył, jak ciem­no zro­bi­ło się na ze­wnątrz.

Wy­cią­gnął rękę, do­pie­ro teraz za­uwa­żył, jak czer­wo­na i wil­got­na była. 

Dłoń spo­czę­ła na barku dziew­czy­ny, nie za­re­ago­wa­ła. Szturch­nął ją lekko, tak lekko, że bli­żej było temu do gła­ska­nia.

W końcu, nie ru­sza­jąc głową, mu­snę­ła go wzro­kiem.

– No tak. Naj­moc­niej prze­pra­szam.

– Spoko. Zna­czy się no… nie ma pro­ble­mu. – Uśmiech­nął się i wy­pu­ścił z ust tro­chę po­wie­trza.

Za­chi­cho­ta­ła pod nosem, cał­ko­wi­cie ob­ró­ci­ła głowę, jej oczy za­lśni­ły. 

Nie mógł ode­rwać od niej wzro­ku. Była pięk­na.

Od­su­nę­ła się do tyłu. Chciał za nią po­dą­żyć, ale na­ka­za­ła mu się nie ru­szać.

Sie­dzia­ła teraz za nim. Opie­ra­ła się o jego plecy, jej usta nie­mal sty­ka­ły się z jego uchem. 

– Wy­bacz. Pew­nie je­stem zbyt na­chal­na, praw­da?

– Nie… skąd­że.

– Wiem, jak to wy­glą­da. Pew­nie my­ślisz, że kleje się do cie­bie, bo cze­goś chcę. Że je­stem jakąś tanią laską.

– Nie mów tak, pro­szę.

– Nie wiem, jak to na­zwać. Odkąd tylko cię zo­ba­czy­łam… chcia­łam. Nie. Pra­gnę­łam, żebyś był mój. Żebyś był jed­nym z nas. Wiesz, nigdy wcze­śniej jesz­cze nie byłam w związ­ku.

– Ja też.

Wy­co­fa­ła się w głąb łóżka.

– Chodź tutaj.

Od­wró­cił się, a ona za­chę­ca­ją­cym ru­chem zbli­ży­ła go do sie­bie.

– Obie­ca­łam ci na­gro­dę, pa­mię­tasz? – Chwy­ci­ła Mi­cha­ła za nad­gar­stek i po­pro­wa­dzi­ła dłoń tak, że ta spo­czę­ła na jej pier­si. – Czu­jesz coś?

Palce mu za­drża­ły, a nad­gar­stek ze­sztyw­niał. Nie po­wi­nien. Już od­su­wał dłoń, ale coś mu nie po­zwo­li­ło.

– Czuję.

Nadal trzy­ma­ła jego dłoń na pier­si. Jej głowa po­wo­li zbli­ża­ła się do twa­rzy chło­pa­ka.

Ich usta były pra­wie złą­czo­ne. Nie cze­kał. Sam zbli­żył się do niej i zwień­czył mo­ment.

 

VI

 

Wtem coś po­czuł, uścisk. Nad­gar­stek trzy­ma­ny przez Florę za­piekł. 

Na­cisk nie malał – rósł. Skurcz prze­szył jego ciało od dłoni do ple­ców. 

Flora nie re­ago­wa­ła, z każdą se­kun­dą umac­nia­ła chwyt.

Jak zła­pa­ne przez dra­pież­ni­ka zwie­rzę wił się i szar­pał, ma­chał ręką w tę i we w tę. 

Spró­bo­wał się od­su­nąć, lecz Flora zła­pa­ła go za głowę i znów przy­cią­gnę­ła do swo­ich ust. 

W na­głym przy­pły­wie sił po­rwał się na tyle do tyłu, by ro­ze­rwać po­łą­czo­ne wargi. 

Nie cze­kał. Z całej siły ude­rzył czo­łem o jej głowę. Jęk­nę­ła, a jej głowa trza­snę­ła o ścia­nę.

Za­wi­ro­wa­ło mu przed ocza­mi. Upadł na podłogę. Je­dy­nym, co do niego do­cie­ra­ło, był na­si­la­ją­cy się pisk, łzy za­czę­ły spły­wać po po­licz­kach. Mamo! Tato!

– Wra­caj! – rzu­ci­ła Flora.

Nie od­po­wie­dział nic sen­sow­ne­go, je­dy­nie ma­ja­czył. 

Prze­cią­gnę­ła się od nie­chce­nia, mi­nę­ła go i schy­li­ła do szaf­ki. 

Pisk rósł. Sta­wał się coraz bar­dziej dojmujący. Nagle prze­stał. 

Mi­chał pod­niósł się szyb­ko z ziemi. Flora spoj­rza­ła na niego i wró­ci­ła do prze­szu­ki­wa­nia za­war­to­ści szafy. 

Wy­biegł z domu, jakby go­ni­ło go co naj­mniej dzie­się­ciu zbi­rów. Zimna bryza prze­szy­ła jego ciało, wy­pu­ścił od­dech, a z jego ust wy­le­cia­ła gęsta chmur­ka.

Cała wieś ską­pa­na była w ciem­no­ści. Je­dy­nym źró­dłem świa­tła poza gwiaz­da­mi był uno­szą­cy się ponad wszyst­kie domy pło­mień. Głów­ny plac. 

Mu­siał wró­cić do domu. Nie. Wszy­scy po­win­ni być na placu, to tam musi iść. 

Na miej­sce do­tarł cały zdy­sza­ny. Fleg­ma sta­nę­ła mu w prze­ły­ku, krztu­sił się przez chwi­lę, aż fi­nal­nie splu­nął na zie­mię.

Wo­dził wzro­kiem po oko­li­cy, wy­pa­tru­jąc krew­nych. Za­trzy­mał się. Za gi­gan­tycz­nym pło­mie­niem cza­iła się po­stać. Snuła się i gi­ba­ła nie­znacz­nie jak czy­ha­ją­cy wąż.

– Czemu ucie­kłeś? 

Za­kłu­ło go w zła­ma­nym nad­garst­ku.

– Nie pod­chodź do mnie!

Już otwie­rał usta, by krzy­czeć. W ostat­niej chwi­li spo­strzegł, że wszy­scy ze­bra­ni wpa­tru­ją się w niego.

Armia bia­łych twa­rzy. Wszy­scy stali nie­ru­cho­mo jak po­są­gi, ogień rzu­cał na ich maski po­ma­rań­czo­wy blask.

– Ko­cham cię.

– Od­suń­cie się!

Tłum po­stą­pił o krok, potem ko­lej­ny i ko­lej­ny. Każ­de­mu ru­cho­wi to­wa­rzy­szy­ło głę­bo­kie tup­nię­cie. Okrą­ży­li go.

– Mi­chał – za­brzmiał zna­jo­my głos.

Obej­rzał się od­ru­cho­wo. Ma­ry­sia stała w tłu­mie, nawet mimo maski ją po­zna­wał, za­wsze by ją po­znał.

– Bła­gam – mruk­nął pod nosem.

Tłum się nie za­trzy­my­wał. Parę se­kund i wszy­scy ze­bra­ni chwy­ci­li go jak jeden mąż.

Leżał na ziemi, nawet się nie wił.

Flora sta­nę­ła nad jego głową, w ręce trzy­ma­ła białą maskę. Schy­li­ła się i przy­wdzia­ła mu nową twarz.

– Ani jedno z moich słów nie było kłam­stwem. 

Star­ga­ła no­szo­ną przez chło­pa­ka ko­szu­lę. Jej palce za­nu­rzy­ły się w mię­sie jego brzu­cha. Szarp­nę­ła.

Na za­bar­wio­nej krwią ziemi spo­czy­wa­ło ciało Mi­cha­ła. Nie ru­szał się, od­de­chu też mu bra­ko­wa­ło. Każdy mógł teraz zo­ba­czyć, co jeden z no­wych miesz­kań­ców miał w środ­ku.

 

VII

 

Utu­lił i po­że­gnał sio­strę, po­zdro­wił ro­dzi­ców. 

Szedł po chod­ni­ku, wsłu­chu­jąc się w sze­lest liści i świer­got pta­ków. Nie­dłu­go ko­niec wa­ka­cji. Nie mar­twił go fakt, iż nie bę­dzie już mieć wol­ne­go. Co to, to nie. Za­sta­na­wiał się, do ja­kiej klasy go przy­dzie­lą. 

Zmarsz­czył lekko brwi.

Jak dotąd każdą chwi­lę dnia sta­rał się spę­dzać z Florą. Co się sta­nie, jeśli zo­sta­ną roz­dzie­le­ni? 

Będąc w po­ło­wie drogi, spo­strzegł, jak jeden z jego są­sia­dów – pan Mau­ry­cy – ma­lu­je pod oknem swego domu napis „Lasek Mały, wszyst­ko zo­sta­je tu mię­dzy nami”. Uśmiech­nął się, a ocie­ra­ją­cy czoło męż­czy­zna zro­bił to samo.

Do­tarł. Pierw­sze, dru­gie – łącz­nie trzy stuk­nię­cia, drzwi za­skrzy­pia­ły.

Flora przy­wi­ta­ła go pro­mien­nym uśmie­chem, a na­stęp­nie rzu­ci­ła mu się w ra­mio­na.

– Ro­dzi­ce będą sie­dzie­li do późna w urzę­dzie. Mamy czas dla sie­bie.

Objął ją w uści­sku i prze­kro­czył próg. Drzwi domu za­trza­snę­ły się, po­sy­ła­jąc w oko­li­cę huk.

Koniec

Komentarze

A zatem witam pobetowo i raz jeszcze bardzo dziękuję za zaproszenie oraz za tak miłe podziękowania, Krzysztofie Kapibaro. :) 

Opowiadanie nie jest łatwe, bo też i niełatwe problemy porusza. Sporo w nim niejasności, zagadkowości, tajemnic i niedopowiedzianych do końca scen… Skojarzyłam je z horrorem “Miasto widmo” z 2002 roku, gdzie także pewne wątki widz ma sobie sam dopowiedzieć, czym twórcy filmu chcieli spotęgować – i tak już ogromne – poczucie niepewności oraz grozy. :) 

Kliczek, pozdrawiam serdecznie. :) 

Pecunia non olet

Cześć, Bruce

Dziękuję za komentarz i wcześniejszą pomoc w becie.

 

Pozdrawiam!

Kapibara

Przykro mi to pisać, Krzysztofie, ale nie udało mi się pojąć, co miałeś nadzieję opowiedzieć. Nie wiem, czemu miał służyć opis kilku krótkich scenek, które nijak się ze sobą nie łączą. Nie wykluczam, że skupiona na wyłapywaniu usterek mogłam czego nie dostrzec albo coś ominąć i dlatego opowiadanie jawi mi się jako jedna wielka zagadka, której nie umiem rozwiązać.

 

wierz­ga lub szar­pie wszyst­kim, co wpad­nie mu w ręce. → …wierz­ga lub szar­pie wszyst­ko, co wpad­nie mu w ręce.

Szarpać można coś, nie czymś.

 

z otwar­tych ust są­czy­ła się stru­ga śliny. → Skoro sączyła się, to płynęła powoli, więc nie mogła to być struga.

Proponuję: …z otwar­tych ust są­czy­ła się strużka śliny.

 

Jego roz­ryw­ka praw­do­po­dob­nie ogra­ni­czy się do czy­ta­nia ksią­żekspo­tkań z lo­kal­ną mło­dzie­żą. → Piszesz o czytaniu i spotkaniach, więc: Jego roz­ryw­ki praw­do­po­dob­nie ogra­ni­czą się do czy­ta­nia ksią­żek i spo­tkań z lo­kal­ną mło­dzie­żą.

 

Dziew­czyn­ka ska­ka­ła z nogi na nogę… → Nie wydaje mi się, żeby dziewczynka, która musi skorzystać z toalety, skakała z nogi na nogę, bo wtedy mogłaby się zsikać.

Proponuję: Dziew­czyn­ka niecierpliwie przebierała nogami

 

wy­gię­ła twarz w gry­ma­sie i nawet tro­chę się za­czer­wie­ni­ła. → Nie bardzo wiem, jak można wygiąć twarz, choćby i w grymasie.

Proponuję: Gry­ma­s wykrzywił jej twarz i nawet tro­chę się za­czer­wie­ni­ła

 

Kilku prze­chod­niów, głów­nie stare ko­bie­ty… → Głównie kobiety, ale rozumiem, że byli tam też mężczyźni, więc: Kilkoro prze­chod­niów, głów­nie stare ko­bie­ty

 

Ubra­ny w szma­ty i łach­ma­ny męż­czy­zna z białą jak śnieg brodą sie­dział na ławce. U jego nogi spo­czy­wał rząd szkla­nych bu­te­lek. Gibał się w tę i we w tę, nie od­ry­wa­jąc wzro­ku od Mi­cha­ła, mam­ro­tał pod nosem. → Czy dobrze rozumiem, że rząd butelek u nogi mężczyzny gibał się w tę i we w tę, w dodatku nie odrywał oczu od Michała?

A może miało być: Ubra­ny w szma­ty i łach­ma­ny męż­czy­zna z białą jak śnieg brodą sie­dział na ławce. Gibał się w tę i we w tę, nie od­ry­wa­jąc wzro­ku od Mi­cha­ła i mam­ro­tał pod nosem. U jego nogi leżał rząd szkla­nych bu­te­lek.

 

Jak dotąd ogra­ni­czał wy­cho­dze­nie na dwór. Nie cho­dzi­ło tylko… → Nie brzmi to najlepiej.

Proponuję pierwsze zdanie: Jak dotąd ogra­ni­czał przebywanie na dworze.

 

Se­kun­dy i mi­nu­ty zlały się dla niego w jedno… → Czy zaimek jest konieczny? Był sam – czy to wrażenie mogło dotyczyć kogoś innego?

 

Uka­za­ła mu się nie­zna­jo­ma dziew­czy­na, o nader oso­bli­wym spoj­rze­niu. → Dziewczyna chyba się nie objawiła, więc raczej: Zobaczył nieznajomą dziewczynę, o nader oso­bli­wym spoj­rze­niu.

 

– O… – wy­krztu­si­ła z gar­dła – rze­czy­wi­ście. → A może wystarczy: – O… – wy­krztu­si­ła – rze­czy­wi­ście. Lub: – O… – wy­krztu­si­ła gardłowo – rze­czy­wi­ście.

 

Naj­gor­szym prze­wi­nie­niem dla lo­kal­nej spo­łecz­no­ści… → Raczej: Naj­większym prze­wi­nie­niem dla lo­kal­nej spo­łecz­no­ści

 

Bo, co taki miesz­cza­nin bę­dzie wie­dział o ich życiu. → Raczej: Bo, co taki miesz­czuch bę­dzie wie­dział o ich życiu.

 

Po­chy­li­ła się i zlu­stro­wa­ła kom­pa­na. → Raczej: Po­chy­li­ła się i zlu­stro­wa­ła chłopaka

 

Dał się po­nieść parę me­trów… → Dał się prowadzić parę me­trów

 

Uczy­ni­ła lekki gest dło­nią, za­pra­sza­jąc go do sie­bie. → Zbędne dookreślenie – gesty wykonuje się rękami/ dłońmi.

Wystarczy: Uczy­ni­ła lekki gest, za­pra­sza­jąc go do sie­bie.

 

Roz­ma­wia­ła ro­ze­śmia­na, ge­sty­ku­lu­jąc rę­ko­ma→ Wystarczy: Roz­ma­wia­ła ro­ze­śmia­na, ge­sty­ku­lu­jąc

 

Po­cząt­ko­wo do grupy pod­szedł dość sztyw­no. → Czy mam rozumieć, że najpierw szedł sztywno, a po chwili był na luzie?

A może: Pod­szedł do grupy dość sztyw­no.

 

a Zuzia uchy­li­ła głowę tak, że włosy za­sło­ni­ły więk­szość jej twa­rzy. → Pewnie miało być: …a Zuzia pochy­li­ła głowę tak, że włosy za­sło­ni­ły więk­szość jej twa­rzy.

 

– Twoi przy­ja­cie­le się o cie­bie 

mar­twią. Nie rób im przy­kro­ści i wyjdź. → Zbędny enter.

 

po­znał naj­pięk­niej­szą dziew­czy­nę w swoim życiu… → Zbędny zaimek – czy mógł poznać dziewczynę w cudzym życiu?

 

Od razu ude­rzy­ła w niego kwie­ci­sta woń la­wen­dy. → Kwiecista może być sukienka z deseniem w kwiaty.

Proponuję: Od razu ude­rzy­ła w niego kwiatowa/ intensywna woń la­wen­dy.

 

Od­sta­wi­ła je­dze­nie na zie­mię… → Rzecz dzieje się mieszkaniu, więc: Od­sta­wi­ła je­dze­nie na podłogę

 

Upadł na zie­mię. → Upadł na podłogę.

 

łzy za­czę­ły spły­wać po jego po­licz­kach. → Zbędny zaimek.

 

Pisk rósł. Sta­wał się coraz bar­dziej utra­pia­ją­cy. → Pisk rósł. Sta­wał się coraz bar­dziej niepokojący/ dojmujący.

 

Mi­chał pod­niósł się szyb­ko z ziemi. → Mi­chał pod­niósł się szyb­ko z podłogi.

 

Za­ku­ło go w zła­ma­nym nad­garst­ku. → Pewnie miało być: Za­kłu­ło go w zła­ma­nym nad­garst­ku.

Sprawdź znaczenie słów zakućzakłuć.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Odkryłem nową zabawę: komentarze od – regulatorzy są wartością samą w sobie i jajcarskie:

– Nie bardzo wiem, jak można wygiąć twarz, choćby i w grymasie. 

– Nie wydaje mi się, żeby dziewczynka, która musi skorzystać z toalety, skakała z nogi na nogę, bo wtedy mogłaby się zsikać.

- Czy dobrze rozumiem, że rząd butelek u nogi mężczyzny gibał się w tę i we w tę, w dodatku nie odrywał oczu od Michała?

Jak widać ciężka praca korektorska może nieść przy okazji spory ładunek kabaretowy;) 

"Sukces to ponoszenie porażek bez utraty entuzjazmu" - W. Churchill

Lesnylutku, czuję się mocno wzruszona i doceniona. Bardzo dziękuję. ;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Alesh proszę bardzo:) 

"Sukces to ponoszenie porażek bez utraty entuzjazmu" - W. Churchill

;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Klimatyczny horror. Od momentu ze zmarłym i „zresetowanym” pijakiem czuć, że Lasek Mały to pułapka.

Postać Flory wyszła fajnie – gra pozorów, urok nastolatki, a później ta mroczna siła. Niby klasyka horroru, ale dobrze tu prowadzona.

W IV rozdziale jest taki skok od perspektywy Marysi do Michała. To jego sen, że w pewnym momencie wyskakuje z łóżka?

Pozdrawiam!

Cześć ;)

Czytało się bardzo dobrze, dość płynnie, chociaż w pewnym momencie trochę zaczęło mi się to dłużyć i czekałem na moment kulminacyjny… i trochę nie wiem, co mam o nim myśleć ;D

Nie bardzo zrozumiałem, o co w tym wszystkim mogło chodzić. 

Trochę mi brakło klimatu tego miasteczka, a szkoda, bo potencjał był ogromny. 

 

Pozdrawiam serdecznie! ;)

To już pobetowo, więc krócej.

 

Masz tutaj niezły pomysł, do którego dobrze dobrałeś postacie. Bohaterowie pasują do gęstniejącej atmosfery, co dobrze buduje napięcie. Tutaj właściwie trudno mi mieć uwagę do obranej strategii.

Kluczem, w mojej skromnej ocenie, będzie na przyszłość praca nad tempem i rytmem, bo “wybijaczy” jest trochę i niepotrzebnie psują efekt.

 

Tak czy inaczej, duszny klimat małej miejscowości atakującej wielkomiejskiego przybysza mrocznym sekretem zasługuje moim zdaniem na klika – choć polecam nanieść poprawi od reg, pewnie odpadnie wtedy trochę “wybijaczy” ;).

Pozdrawiam!

I rzekł Pan: umieścisz cztery “e” w “beeeecki”. Ani mniej ani więcej. Nie umieścisz trzech “e” ani “pięciu “e”. Dwa są wykluczone. I Pan uśmiechnął się, a lud spożywał owce i leniwce, karpie i sardele, orangutany i płatki śniadaniowe i nietoperze...

(Chyba wypadałoby przeczytać w końcu komentarze XD)

Kapibara

Cześć, Reg,

 

Dziękuję za łapankę. Jak zawsze super robota

Niestety nie udało mi się sprostać twoim oczekiwanią. Szkoda. Mam nadzieję, że przyszłe pracę spodobają ci się bardziej.

 

Pozdrawiam serdecznie!

Kapibara

Cześć, Lesnylutek,

 

Miło, że wpadłeś. Nie wiem jaka jest twoja opinia na temat opowiadania, ale fajnie, że przynajmniej komentarz Reg przysporzył ci uśmiechu. ;) 

 

Pozdrawiam!

Kapibara

Hej, Grzesiek,

 

Dziękuję za komentarz. 

To jego sen, że w pewnym momencie wyskakuje z łóżka?

Tak, to sen. Następnym razem postaram się o większą klarowność w tekście.

 

Pozdrawiam!

Kapibara

Cześć, Dovio,

 

Trochę mi brakło klimatu tego miasteczka, a szkoda, bo potencjał był ogromny.

Dużo horrorów “ktoś gdzieś przyjeżdza i dzieją się tam straszne rzeczy” najpierw buduje obraz danego miejsca i dopiero, gdy czytelnik się z nim zaznajomi, zaczyna sieczkę.

Czemu u mnie jest inaczej? Nie byłem pewny, jak forum zareaguje na pracę, gdzie przez dwadzieścia tysięcy znaków nie dzieję się nic fantastycznego, po za jakimiś wskazówkami itp.

Z perspektywy czasu myślę, że mógłbym jednak dłuzej trzymać w ukryciu fakt, że coś w miasteczku jest nie tak. 

Cóż, jest to jakieś doświadczenie na przyszłość.

 

Pozdrawiam i dziękuję za komentarz!

Kapibara

Siema, beeeecki,

 

Dziękuję za porady oraz ciężką pracę podczas bety.

Kluczem, w mojej skromnej ocenie, będzie na przyszłość praca nad tempem i rytmem, bo “wybijaczy” jest trochę i niepotrzebnie psują efekt.

Mam tego świadomość. Staram się z każdego tekstu wyciągać jakąś naukę i myślę, że następny tekst będzie o wiele lepszy pod tym względem. 

 

Pozdrawiam!

 

Kapibara

Dziękuję za łapankę. Jak zawsze super robota

Niestety nie udało mi się sprostać twoim oczekiwanią. Szkoda. Mam nadzieję, że przyszłe pracę spodobają ci się bardziej.

Bardzo proszę, Krzysztofie. Dziękuję za uznanie i miło mi, że mogłam się przydać. :)

A że nie sprostałeś oczekiwaniom – cóż, wszak dopiero zaczynasz przygodę z pisaniem i jestem przekonana, że w przyszłości będzie coraz lepiej. :)

Powodzenia.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka