Dawno mnie nie było, to chociaż króciutki tekst wrzucę ;)
Dawno mnie nie było, to chociaż króciutki tekst wrzucę ;)
Pracownik w nienagannie odprasowanej koszuli tłukł w klawiaturę komputera. Przyglądała się jego palcom tańczącym po klawiszach. Siedzieli naprzeciwko siebie, oddzieleni biurkiem, suchym milczeniem i kartkami formularza na blacie. Zegar na ścianie tykał.
– Przepraszam.
Dźwięk jej głosu wydawał się nie na miejscu w tym małym, surowym pomieszczeniu. Głowa mężczyzny ani drgnęła, ale jasne oczy przesunęły się, aby na nią spojrzeć. Palce wciąż uderzały w klawiaturę. Nic nie powiedział, ale uznała kontakt wzrokowy za wystarczającą ilość uwagi.
– Czy to już? – zapytała.
– Co: już? – odpowiedział pytaniem.
– Czy to już sen.
Przypatrywał jej się dłuższą chwilę, ani na sekundę nie przerywając wprowadzania danych do komputera. Zastanawiała się, czy zrobił choć jedną literówkę. W końcu uniósł kąciki ust w sardonicznym uśmiechu.
– Ale ma pani pomysły.
Powrócił wzrokiem do ekranu monitora. Prychnęła cicho pod nosem i zacisnęła mocniej dłonie złożone na kolanach. Zerkała na zegar, ale tarcza za każdym razem wyglądała tak samo, wszystkie cyfry były na swoich miejscach, a wskazówki poruszały się tak, jak powinny. Nagle trzask klawiszy ucichł. Zastąpiło go ciche klikanie myszki. Stojąca na drugim krańcu stołu drukarka zazgrzytała hałaśliwie.
Mężczyzna oderwał się wreszcie od komputera, obrócił razem z biurowym fotelem i poderwał kartkę z tacki drukarki. Przebiegł wzrokiem po treści wydruku, marszcząc brwi, po czym przesunął po blacie. Obok ze stukiem położył długopis.
– Proszę podpisać. Czytelnie – nakazał beznamiętnym tonem.
Po czym bez słowa wrócił do trzaskania w klawiaturę. Chwyciła długopis i zaczęła obracać go w palcach. Nachyliła się nad papierem. Pod datą i adresami widniał nagłówek:
ZGODA NA UDZIAŁ W PROJEKCIE
Poniżej rozpoczynała się litania klauzul, których nie zamierzała czytać. Z zamyślenia wyrwała ją cisza. Nie całkowita, bo wciąż zakłócana tykaniem zegara, ale nie słyszała już stuku klawiszy. Poczuła na sobie wzrok mężczyzny. Ich spojrzenia znów się spotkały – zacisnęła usta i szybko zdjęła zatyczkę z długopisu.
Podpisała zgodę.
– Kiedy zaczynam?
Zabrał papier, zerknął bez zainteresowania na podpis i złożył kartkę na pół.
– Już zaczęliśmy – odparł.
*
Nie pamiętała powrotu do mieszkania. Mały, beżowy pokój przywitał ją półmrokiem i bałaganem, który pozostawiła przed wyjściem: skotłowaną kołdrą, brudnymi naczyniami w zlewie i ubraniami rzuconymi na jedyne krzesło. Zasłonięte dzienne rolety blokowały światło, zamknięte okiennice tłumiły huk ulicznego ruchu. Zatrzasnęła za sobą drzwi – upewniła się, że przekręciła zamek – i oparła się o nie plecami.
Była w domu.
Wciąż ubrana w płaszcz podeszła do biurka. Dwie kartki leżały na sobie, ta z wierzchu była nieznacznie przesunięta. W poprzek miejsca, gdzie jedna zachodziła na drugą, ołówkiem została narysowana krótka linia. Przyjrzała się jej. Idealnie równa – tak, jak ją zostawiła przed wyjściem.
Dopiero teraz zdjęła płaszcz, odrzucając go na łóżko. Z torby wyjęła grubą teczkę. Wszystkie ankiety, wnioski i zgody, które podpisała albo które załączono do innych papierów i formularzy, wymagane, by mogła dołączyć do projektu sterowanego snu. Drugą ręką chwyciła za telefon i odpaliła aplikację banku. Stan konta urósł – zaliczka już wpłynęła. Odetchnęła i dopiero wtedy usiadła na brzegu materaca.
Prawie podskoczyła, gdy usłyszała dźwięk telefonu. Ekran zajaśniał. Przez chwilę wpatrywała się w nazwę kontaktu i słuchała fabrycznej melodyjki, nim w końcu wzięła urządzenie do ręki i przesunęła zieloną słuchawkę.
– Cześć, Sonia.
– No cześć, dziewczyno! – Głos przyjaciółki kipiał podekscytowaniem. – I co? Byłaś tam?
– Taak, byłam. Trzymali mnie ze cztery godziny. Wrażenia jak z wizyty w urzędzie, mówię ci. – Ruszyła do kuchni (tak naprawdę to aneksu kuchennego, ale czuła się normalniej, gdy nazywała tę część pokoju kuchnią) z kubkiem zimnej herbaty w dłoni. – Typek, z którym podpisywałam umowę, był normalnie jak jakiś robot.
– Czyli podpisałaś? Łał. Szkoda, że mi się nie udało. Też bym chciała taką kasę za spanie.
Uśmiechnęła się mimowolnie, bo jednak nie było jej do śmiechu, choć sama nie wiedziała, czemu. Wylała starą herbatę do zlewu i zaczęła robić nową. Jedną ręką szło to trochę ślamazarnie.
– No nie wiem, czy to będzie tylko spanie. Może jeszcze to ja będę zazdrościć tobie – zażartowała.
– Jasne, jasne. Ale tak szczerze, to bardzo spoko, że ci się udało. Wiem, że potrzebowałaś teraz hajsu i w ogóle…
– Zdzwonimy się później, dobra? Jeszcze wracam do domu – skłamała. – Wyślesz mi numer tego, no wiesz… Twojego znajomego, co brał w tym udział?
– Todda? No pewnie. Daj znać, jak będzie po pierwszym dniu, co? A raczej nocy. – Sonia zaśmiała się wesoło.
– Pewnie. To na razie.
– Miłych snów!
Rozłączyła się. Miała wrażenie, że na dno żołądka opada ciężar. Też myślała, że to będzie szybka i łatwa robota, ale teraz, po przejrzeniu i podpisaniu stosu papierów, nie była już taka pewna. Po chwili telefon zawibrował, a na ekranie pojawiła się wiadomość z numerem.
Wzięła oddech i zadzwoniła.
*
Muzyka w klubie omal nie rozrywała głośników. Dudnienie na tyle skutecznie utrudniało rozmowy, że bywalcy musieli krzyczeć sobie do ucha, by cokolwiek usłyszeć. Miejscówkę urządzono w starym budynku po jakiejś fabryce. Postanowiono dać mu trzecie życie – po tym pierwszym, industrialnym, i po drugim, jako przystani squattersów. Nawet nie zmazano grafitti. Pewnie w zamierzeniu miały nadawać charakteru. Może i słusznie, bo przychodzące tutaj nastolatki nie dbały o gołe, betonowe ściany z bohomazami, tylko o alkohol i chwilę dzikiego zapomnienia.
Czuła się za stara – i na pewno też taka była – by tutaj przychodzić. Dawno już minęły czasy, kiedy wciskała się w mini, glany i krzykliwą kurtkę z ćwiekami. Może dziesięć lat temu, kiedy jeszcze myślała o zrobieniu sobie włosów na jeża.
Stała w wejściu i patrzyła na telefon. Żadnej wiadomości od Todda. Zegar wskazywał siedem minut po wpół do pierwszej w nocy. Dwie pijane małolaty przeszły obok, krzycząc do siebie zachrypłymi głosami i wybuchając co chwila śmiechem. Spod włochatych, poliestrowych futer świeciły gołymi łydkami.
Tyle zapamiętała. Chwilę potem siedziała przy barze. Todd zajmował stołek obok i rozglądał się nerwowo na boki. Na ladzie stała tacka z dwoma rządkami szotów zielonych jak filmowe odpady radioaktywne. Teczka z papierami leżała obok. Klubowe dudnienie zagłuszało stukot klawiszy i zgrzyt drukarki.
– Jesteś tutaj? – ryknął Todd, by przekrzyczeć muzykę. Cały czas grzebał coś w telefonie.
– Jestem – odkrzyknęła. Wypili po szocie. – Co to za projekt? O co w tym chodzi?
– O mieszanie we łbie. – Ledwie słyszała go przez bijący z głośników łomot. Od razu wychylił kolejnego szota. – O sen, który oni kontrolują.
– Po co?
– Pewnie po to, żeby mieć władzę – odkrzyknął. – Jeśli możesz stworzyć dowolny sen i wmówić każdemu, że jest prawdziwy, to możesz wszystko.
Pojawiła się druga kolejka szotów, tak samo zielona, tak samo fluorescencyjna.
– I jak to sprawdzają? – zapytała.
– Właśnie po to potrzebują nas. Naszych reakcji.
– Sonia mówiła, że to tylko ankiety.
Nie odpowiedział. Kolorowe lasery cięły zadymione powietrze, biała poświata mrugała epileptycznie na jego twarzy.
– Mam swoje metody – powiedział ze wzrokiem utkwionym w ekranie. – Żeby wiedzieć. To całkiem proste, wiesz? – Wypił znowu. Ona też. – Patrz na gazety. Jakiś tekst. Albo na godzinę. Za drugim razem zawsze się zmieni.
Zaśmiała się. Szoty znikały jeden po drugim. Chciała już je skończyć, ale ciągle pojawiały się następne.
– Godzinę? To właśnie ciągle sprawdzasz?
– Zawsze się zmieni – odparł, wciąż nie patrząc na nią.
Zadzwonił jej telefon, ta nudna, wbita w podświadomość melodyjka. Poklepała się po kieszeniach, przesunęła dłonią po ladzie, nawet zajrzała pod stołek barowy. Niczego nie znalazła.
– To tylko ankiety – powiedziała Sonia, uśmiechnięta, wyszminkowana, ubrana w zgrabną czarną sukienkę. Siedziała obok swojego znajomego, wzięła jeden z radioaktywnych kieliszków. Dzwonek wciąż grał, tak blisko, tuż obok. – Powiedz jej, Todd. Wiesz, że potrzebuje kasy…
– Słuchaj. – Todd zignorował Sonię i wreszcie na nią spojrzał. – Niczego nie podpisuj.
Wtedy nagle sobie przypomniała.
– Ale ja już podpisałam.
A potem się obudziła.
*
Telefon dzwonił na poduszce tuż obok jej twarzy. Głowę miała ciężką, powieki jak złączone klejem. Na oślep poszukała dłonią komórki. Melodyjka natrętnie brzęczała w uszach, gdy kciukiem bezskutecznie przesuwała po ekranie. W końcu znalazła przycisk z boku obudowy i trzymała go wciśnięty tak długo, aż dzwonek ucichł.
Ziewnęła szeroko i z trudem obróciła się na plecy. W skroniach uciskał ból, a w gardle czuła suchość. Rzeczywiście była już za stara na kluby, skoro dostawała kaca po paru szotach. Kiedyś to byłaby dla niej zaledwie rozgrzewka w pierwszym barze przed zmierzchem.
Wreszcie udało jej się otworzyć oczy. Chciała spojrzeć na godzinę na telefonie, ale przypomniała sobie, że przecież go wyłączyła. Zza zasłoniętych rolet sączyło się ostre, ciepłe światło. Może było koło południa. Ziewnęła znowu i niechętnie wstała z łóżka.
Z biurka zgarnęła teczkę wypchaną papierami, wsadziła ją pod pachę i poszła do kuchni. Wykafelkowane i pomalowane na turkusowo pomieszczenie było wciśnięte pomiędzy pokój i łazienkę, odgrodzone drzwiami tak starymi, że biała farba zdążyła zżółknąć jak zęby palacza. Lubiła tę kuchnię, nawet jeśli remont był tu potrzebny już od dobrych dwudziestu lat, bo przypominała jej dzieciństwo.
Wstawiła wodę na kawę, jednocześnie zapalając papierosa. Teczkę rzuciła na mały, plastikowy stolik, jedyny, jaki mieścił się w malutkiej kuchni. Na blacie walały się stare, pomięte paragony, pomarszczone jabłka oraz długopisy, z których połowa była wypisana. Wzięła pierwszy lepszy do ręki.
– Pora zarobić – powiedziała sama do siebie.
Wyciągnęła dużą kopertę, a z niej kopię ankiety. Pierwsze pola do wypełnienia głosiły: DATA oraz GODZINA.
Spojrzała na zegar na ścianie. Nie chodził. Musiała znowu zapomnieć o wymianie baterii. Przyglądała się martwej tarczy przez chwilę, po czym spuściła wzrok na papier i wpisała dwunastą siedemnaście. Godzina dobra jak każda inna.
Przesunęła wzrokiem niżej. Pierwsze pytanie.
ILE SNÓW PAMIĘTA PAN/I Z POPRZEDNIEJ NOCY?
Stukała końcówką długopisu w pustą kartkę pod pytaniem, zostawiając szlaczek z malutkich kropek atramentu. Po namyśle wpisała jedynkę.
Kolejny wiersz formularza głosił:
PROSZĘ OPISAĆ KAŻDY ZE SNÓW Z JAK NAJWIĘKSZĄ LICZBĄ SZCZEGÓŁÓW.
Zaczęła od opisu ulicy przed klubem. Pisała szybko i niedbale, byleby skończyć jak najszybciej. W dokumencie przewidziano dużo więcej miejsca, niż mogłaby zapełnić, nawet gdyby pamiętała kilka długich snów. Zastanawiała się, czego konkretnie oczekiwali organizatorzy projektu.
Postawiła ostatnią kropkę i przerzuciła stronę formularza, by przeczytać kolejne polecenie.
CZY TERAZ PAN/I ŚNI?
Zatrzymała się wzrokiem na pytaniu.
Zamrugała.
CZY TERAZ PAN/I ŚNI?
– To jakiś żart? – zapytała na głos.
Zerknęła na nieruchomy zegar, a potem znów na formularz.
Po chwili wahania wpisała: NIE.
*
Szła chodnikiem, wsłuchana w stukot własnych obcasów i hurkot tramwajów, do boku przyciskając brązową kopertę z wypełnioną ankietą. Krawężniki i karoserie błyszczały w ostrym słońcu. Przez zaciemnione okulary zerkała na wystawy sklepowe, przechodniów i auta podążające w górę i dół ulicy.
Była już blisko kawiarni, pod którą umówiła się z Sonią. Naprzeciwko lokalu znajdowała się skrzynka pocztowa. Projekt wymagał dostarczania formularzy listownie, każdego dnia; nawet dołączali znaczki. Podeszła do pomalowanego na czerwono blaszanego kubła, w którym brakowało klapki, i wrzuciła kopertę szybkim, ukradkowym ruchem, jakby się czegoś wstydziła. Nigdzie nie dostrzegała przyjaciółki, więc stanęła blisko wejścia i zapaliła papierosa.
Zerknęła na telefon. Trzynasta dwadzieścia cztery. Za późno na śniadanie, ale jeszcze wystarczająco wcześnie na kawę. Samochody przemykające ulicą połyskiwały jak żuki, żuki na kołach, z wycieraczkami w miejscu czułek i reflektorami zamiast ślepi. Zza jednego z nich wyszła Sonia i pomachała na jej widok.
– Cześć! – zawołała przyjaciółka wesoło, po czym przebiegła przez ulicę małymi kroczkami. Uścisnęły się na powitanie. – Już nie mogę się doczekać, aż mi wszystko opowiesz!
– Na razie nie ma tego za wiele – odpowiedziała z uśmiechem. – Chodźmy, muszę napić się mocnej kawy.
– Pozwalają wam w pracy na takie rzeczy?
Zaśmiały się. Zgasiła papierosa o murowany parapet kawiarni i weszły do środka. Światło sączyło się przez szyby i spływało po liściach roślin ustawionych w każdym wolnym zakamarku. Zajęły stolik tuż przy witrynie, skąd miała widok na ulicę, żuki i czerwoną skrzynkę pocztową. Ta ostatnia, z powodu wyrwanej klapki na listy, wyglądała na nieustannie głodną.
Zamówiły po filiżance kawy.
– No, opowiadaj! – ponagliła ją Sonia. – Jak było?
– Na razie nudno. Wypełniam ankiety, tak jak mówiłaś. – Pocierała złączone na blacie dłonie, by czymś zająć palce. Wzrokiem szukała zegara na ścianie, ale wszędzie tylko pięły się pędy i zielone liście, jak w dżungli.
– Ankiety? I o co pytają?
Wzruszyła ramionami.
– Właściwie to o bzdury. Co mi się śniło, ile miałam snów, każą je opisywać…
Przełknęła ślinę. O pytaniu, które było w formularzu zaraz po poleceniu opisania snów, nie chciała wspominać.
– Ciekawe, po co. Może chodzi o jakieś badania nad poprawą pamięci? Dają wam jakieś prochy?
W tym momencie pracownica kawiarni przyniosła zamówienie do ich stolika; uśmiechała się życzliwie, gdy stawiała na blat talerzyki z filiżankami wypełnionymi niemal po sam brzeg. Na czarnej powierzchni napojów połyskiwały maleńkie pęcherzyki powietrza. Sonia rozerwała saszetkę cukru i wsypała do swojej filiżanki, po czym, mieszając kawę łyżeczką, stwierdziła:
– Też bym tak chciała. Kasa za spanie! Parę ankiet i po robocie.
– Myślę, że chodzi im o coś innego. Nie o pamięć – wyjaśniła, widząc pytające spojrzenie Soni. – Tylko o to, czy umiemy odróżnić sen od rzeczywistości.
– To chyba nic trudnego. W rzeczywistości nie dzieją się tak porąbane rzeczy jak w snach, co nie?
Pokręciła głową.
– Oni jakoś… wpływają na te sny. Tak mi się wydaje. Żeby były bardziej realistyczne.
– To brzmi nudno – stwierdziła Sonia. – Kto by chciał mieć sny, które równie dobrze mogłyby dziać się naprawdę? Już na co dzień mam dość rzeczywistości, dziękuję bardzo, nie potrzebuję jej jeszcze w trakcie snu. – Zaśmiała się.
– Nie wiem. Todd mówi, że to po to, by mieć władzę. – Wzruszyła ramionami z uśmiechem. – Ale są triki, żeby się zorientować. Na przykład zegary, gazety… Jeśli śnisz, to wystarczy spojrzeć dwa razy. Wtedy się zmienią.
– Łał, ledwo zaczęłaś i już masz swoje sztuczki. Nic dziwnego, że to ciebie przyjęli, a nie mnie.
– O tych metodach akurat dowiedziałam się od Todda – przyznała. – Było czuć, że ma to obcykane.
Sonia opierała łokcie o blat stolika, w dłoniach trzymała filiżankę parującej kawy. Jej bialutkie zęby rozciągały się w uśmiechu nad brzegiem naczynia. W oczach odbiło się zaciekawienie.
– Kim jest Todd?
Zamarła ze swoją filiżanką w pół drogi do ust. Przeniosła spojrzenie na Sonię.
– Twój znajomy – powiedziała ostrożnie.
Przyjaciółka zmarszczyło lekko brwi i pokręciła głową, najpierw niepewnie, potem bardziej zdecydowanie. Nie przestawała się uśmiechać.
– Nie znam żadnego Todda. On też jest z projektu?
Zamrugała. Przesunęła wzrok na ścianę, ale przecież nie było tam żadnego zegara, tylko liście i pędy pochłaniające sufit kawiarni jak drapieżna roślina, za oknem błyszczały w słońcu chodniki i samochody, pełznące powoli w górę i w dół ulicy jak przerośnięte żuki. Dziewczyna z obsługi kawiarni podeszła znowu, z uśmiechem położyła na blacie mały, oprawiony w skórę folder na paragon.
– Zapłacę – wymamrotała szybko i otworzyła folder, by uniknąć spojrzenia Soni.
W środku była karteczka na śliskim papierze z kasy fiskalnej, na której nadrukowano pojedyncze zdanie:
CZY TERAZ PAN/I ŚNI?
*
Trzasnęła drzwiami za sobą. Wpatrywała się w półmrok mieszkania. Przez chwilę nasłuchiwała, choć nie wiedziała, co spodziewała się usłyszeć. Poza tykaniem zegara panowała cisza.
Szybkim krokiem ruszyła do biurka, po drodze odsuwając gwałtownie biurowe krzesło, uderzyła przypadkiem udem o krawędź mebla, syknęła z bólu i zaklęła pod nosem. Kartki leżały na blacie, tak jak je zostawiła, chwila, nie – były przesunięte, niewiele, ale jednak. Może przez to, że wpadła na biurko. Zaklęła znowu. W złości zrzuciła je na podłogę.
Prawie pobiegła do kuchni. Teczka leżała na stoliku, tam, gdzie rano wypełniała ankiety. Chwyciła ją i potrząsała jak szalona, póki z głośnym szelestem i furkotem nie wypadły wszystkie papiery, jakby teczka wyrzygiwała całą zawartość. Zaczęła je przerzucać jak kret rozgrzebujący kopiec.
Odgarnęła na bok ankiety, zrzuciła ze stołu formularz zapisu do projektu, chwyciła zgodę, którą podpisała – zerknęła na klauzule, które wcześniej zignorowała, zaburzenia snu, pamięci, nudności, powikłania związane ze stresem, wszystko to mniej warte niż kwota umowna, którą oferowali za udział – odrzuciła za siebie na czyste, wciąż lśniące po remoncie kafelki, aż w końcu znalazła. Umowa miała ze dwadzieścia stron, które teraz leżały rozsypane w stosie. Zaczęła je gorączkowo zbierać.
Nagle przestała. Stała w bezruchu, po czym obejrzała się na zgodę leżącą na podłodze, zadrukowaną stroną do dołu. Pochyliła się i podniosła ją.
Przełknęła ślinę i odwróciła papier.
Nagłówek, pod datą i adresami, głosił:
ZGODA NA UDZIAŁ W PROJEKCIE
Poniżej zaczynała się litania klauzul. Zaburzenia snu, pamięci, nudności, powikłania związane ze stresem.
Zamknęła oczy. Zacisnęła mocno powieki. Otworzyła je znowu.
ZGODA NA UDZIAŁ W PROJEKCIE
I klauzule. Zaburzenia snu, pamięci, nudności, powikłania związane ze stresem.
Jej dłoń zawędrowała do kieszeni płaszcza, gdzie znalazła zmięty w kulkę paragon. Wyciągnęła go i rozłożyła pognieciony papierek. Dane kawiarni, identyfikator pracownika, dużymi literami napis ZAMÓWIENIE: STOLIK 5, a poniżej dwie kawy, podatek, kwota końcowa, dopisany niebieskim długopisem uśmieszek.
Oddychała płytko. Wcisnęła paragon z powrotem do kieszeni, wepchnęła pomieszane strony umowy do teczki i zerknęła na zegar. Piętnasta dziewiętnaście. Powinna zdążyć.
*
Wyszła z kuchni i stanęła przed budynkiem firmy. Minęła czerwoną, pozbawioną klapki skrzynkę pocztową, czekającą na listy jak wygłodniałe zwierzę. Za sobą słyszała warkot silników i szum aut, ale ucichł, gdy przebiła się przez drzwi obrotowe do białego, częściowo przeszklonego holu. Przeszła obok pustej recepcji wprost do wind – stukot obcasów odbijał się echem – i wcisnęła przycisk.
Gdy rozsunęły się drzwi pierwszej windy, weszła do środka, do korytarza żółtego jak musztarda. Gumoleum tłumiło dźwięk jej kroków. Pachniało starością jak w szpitalu wybudowanym w latach osiemdziesiątych i tak też zresztą wyglądało, jak wtedy, gdy miała piętnaście lat i złamała nogę. Szła przed siebie, mijając pomieszczenia po lewej i prawej stronie, aż do samego końca, do pojedynczych drzwi z białą futryną.
Nacisnęła klamkę. Drzwi otworzyły się.
Zamrugała. Biurko, komputer, zegar na ścianie. Trzask klawiatury, który ucichł.
– W czym mogę pomóc? – zapytał mężczyzna, spoglądając na nią.
Czuła się nieswojo pod jego spojrzeniem. Zegar tykał. Za oknem gałąź kołysała się, poruszona wiatrem. Obejrzała się; drzwi były ciemne, mahoniowe, w takiej samej framudze. Ścisnęła mocniej torbę.
– Chodzi o ten projekt…
Podeszła do biurka, wygrzebując z torby teczkę. Po chwili wahania podała ją pracownikowi. Spojrzał na papiery, potem na nią, aż w końcu wziął je do ręki.
Usiadła powoli naprzeciwko niego. Czytał, marszcząc brwi. Odruchowo wyciągnęła szyję, by widzieć, który formularz akurat czytał. Mogła dostrzec tylko kawałek tekstu, zaczynający się od słowa UMOWA, i ciąg cyfr, identyfikator jej zgłoszenia: 0037-1142-1324-1519.
– Czy coś się nie zgadza? – zapytał w końcu.
– Tak. Tak, nie zgadza się – powiedziała, walcząc o utrzymanie mocnego głosu. – Projekt miał się odbywać tylko nocami. W trakcie snu, tak? Przecież już dawno powinnam się obudzić. To trwa za długo. Są całe… sekwencje… – Poruszyła dłońmi, jakby zakreślała w powietrzu jakiś kształt. – Budzę się, ale się nie budzę! Nawet się uderzyłam, a mimo to wciąż śpię!
Przyglądał się jej ze zmarszczonymi brwiami i poważnym wyrazem twarzy. Odłożył papiery, oparł łokcie o biurko, splótł palce na blacie. Patrzyli na siebie.
– Dlaczego pani uważa, że teraz śpi? – zapytał.
Przez chwilę panowało milczenie.
– Co? – odpowiedziała.
– Dlaczego pani uważa, że to – rozejrzał się po pomieszczeniu – nie jest prawdziwe?
– Bo…
Zawahała się. Spojrzała na zegar. Cyfry pozostawały na tarczy na swoim miejscu, wskazówki poruszały się tak, jak powinny. Zerknęła na umowę na stole, na identyfikator. Zero zero trzy siedem, myślnik, jeden jeden cztery dwa, tak, ten sam, co przed chwilą. Podniosła głowę. Pracownik przyglądał jej się z wyczekiwaniem. Na piersi miał przyczepioną plakietkę, na której widniało nazwisko: Todd Lawrence.
– To niemożliwe – szepnęła.
– Widzę, że przyniosła pani ze sobą ankietę – odezwał się mężczyzna, wyciągając z teczki kopertę. – Skoro tak, nie musi jej pani nadawać pocztą. Od razu ją przyjmę.
Patrzyła na niego tępo. Czuła się oszołomiona, jakby dopiero co uderzyła się głową o szafkę.
– Tak… tak, zostawię.
– Przy wejściu stoi skrzynka pocztowa, gdyby pani potrzebowała – dodał. Resztę dokumentów złożył w równy stos i schował z powrotem do teczki, po czym przesunął ku niej po blacie. – Czy to już wszystko?
Po dłuższej chwili wzięła teczkę.
– T… tak.
Schowała papiery do torby i wstała. Tykający zegar, kołysząca się gałąź za oknem, mahoniowe drzwi i mahoniowa framuga. Niepewnie podeszła do wyjścia. Obejrzała się na mężczyznę. Odwrócił się już do komputera; usłyszała trzask klawiatury.
Wyszła.
*
Todd przestał wciskać klawisze i spojrzał na drzwi. Po chwili sięgnął po kopertę i rozdarł papier. Wyciągnął ze środka ankietę, po czym przerzucił od razu na konkretną stronę.
CZY TERAZ PAN/I ŚNI?
Pod spodem, wpisana długopisem, widniała odpowiedź:
NIE
Wydarł stronę i położył przed sobą. Resztę ankiety wyrzucił do kubła pod biurkiem.
Odwrócił się do komputera i przepisał identyfikator z narożnika kartki: 0037-1142-1324-1519. Pokazała się lista kolejnych dat. Wybrał najwcześniejszą. Wyskoczył formularz wyboru z dwiema opcjami: TAK i NIE.
Kliknął myszą, po czym wrócił do pracy.
Wciągnęło mnie to opowiadanie. Świetnie trzyma napięcie przez cały czas.
Pozdrawiam serdecznie :)
Hej, ciekawe, niejednoznaczne, wciągające. Gdyby przerodziło się w coś więcej, nie narzekałbym :) Pozdrawiam
LL
Dziękuję ślicznie za lekturę i opinie <3
deviantart.com/sil-vah
Witaj, Silvo, miło znów Cię widzieć. 
Zgadzam się z Przedmówcami – opowiadanie znakomicie dozuje napięcie i trzyma Czytelników do końca w niepewności oraz zagadkowości co do zasad, szczegółów, specyfiki, konkretnych reguł praktycznych i celu opisywanego projektu. :) W sumie odnoszę wrażenie, że bohaterka non stop tylko śpi i śni, albo też – odwrotnie – nie zasnęła ani razu, a spotykane osoby starają się jej wmówić co innego. :) Świetnie z tą atmosferą współgrają porównania, zauważanie szczegółów, ciągłe zegary, które “chodzą” albo nagle są zepsute, pojawiające się imię Todda w rozmaitych odsłonach, teczki, arkusze, wrażenia i narastający niepokój dziewczyny.
Pisząc komentarz zaczęłam ze sporym zdumieniem zastanawiać się, czy w ogóle znane jest imię bohaterki… Bo inne imiona – a jakże! :)
Klimatyczny horror psychologiczny, brawa! :)
Kliczek, pozdrawiam serdecznie. :)
Pecunia non olet