– Powitajmy na spotkaniu dwoje nowych uczestników!
Nie lubił, gdy ludzie się na niego gapią. Zawsze był nieśmiały, nawet kiedy zawędrował wysoko na drabinie kariery. Ta była już odległą przeszłością, ale znów poczuł się, jak na zebraniu u szefa. Cóż, lepiej mieć wstyd szybko za sobą.
– Adam – zaczął i chrząknął nerwowo. – Zaczęło się z dziesięć lat temu. Miałem trudny okres w pracy, w domu też, małe dziecko, urwanie głowy… chciałem choć na chwilę zapomnieć.
Starsza pani naprzeciwko się uśmiechnęła, siedzący obok mężczyzna pokiwał głową. Terapeutka zachęciła Adama gestem, by mówił dalej.
– Na początku w parku albo w lasku obok bloku, kiedy już wyrwałem się z tego kołowrotu. No, to nie był taki prawdziwy las, krzaczory i siedlisko żuli, ale jakoś tam czułem się lepiej, miałem taką ulubioną ławeczkę, obsraną przez gołębie. Czułem… czułem ulgę. Mogłem zapomnieć. Odpłynąć.
Powiódł spojrzeniem po zgromadzonych. Wydawało mu się, że dostrzega w ich twarzach cień zrozumienia, przynajmniej u tych, którzy nie zerkali smętnie na własne buty.
– Potem również w domu, ukradkiem, kiedy już wszyscy spali. Nie było łatwo, wiecie, niemowlęta się budzą. Raz żona prawie mnie przyłapała, uciekłem do łazienki, udawałem, że źle się czuję. Wpadłem na pomysł, że będę jej mówił, że czuwam przy Myszce. Więc zamykałem się z małą w pokoju… a żona patrzyła na mnie jak na bohatera. Wiem, że to okropne.
Poczuł, że drżą mu dłonie, i bardzo chciał znów usiąść na krześle, albo nawet wybiec z sali. Terapeutka być może to dostrzegła, bo przechwyciła jego spłoszone spojrzenie.
– Nie spotykamy się, żeby oceniać, a tym bardziej siebie. Mówimy tyle, ile chcemy powiedzieć, pamiętacie? I nie musisz stać, możesz siedzieć, Adamie.
Słowa dodały mu otuchy. Wziął głębszy wdech, wyprostował plecy.
– Później było coraz gorzej. Wieczory już mi nie wystarczyły. Zresztą brak snu też zrobił swoje, chodziłem jak zombie. I nie było już tak miło jak za pierwszym razem, coraz trudniej przychodziło mi poczuć się lepiej, oderwać. Potrzebowałem więcej i częściej. Nie tylko w parku i w domu, gdziekolwiek. Pod sklepem, na przystanku, w autobusie… ludzie się na mnie gapili, ale nie obchodziło mnie to. Zupełnie, jakbym jechał długim tunelem, a świat tylko migał jak rozmazane smugi i kleksy na ścianach.
W pracy też mi się zdarzało. Mieliśmy pokój socjalny, ale rzadko ktoś tam zachodził, bo te snoby wolały wyjść na kawę, niż ją sobie zrobić. Więc głównie zaglądali tam stażyści, a oni byli kilka szczebli niżej, nic nikomu nie mówili. Pewnie myślicie, że szefowie coś zauważyli, ale gdzie tam, dla nich liczył się efekt. A ja wtedy jeszcze potrafiłem się sprężyć, zawsze byłem kreatywny, więc kiedy już doszedłem do siebie, odwalałem robotę z całego dnia w trzy godziny, i nawet mnie chwalili. Ale wiecie, jak to jest z uczniami, którzy ściągają pod ławką, jak raz zobaczą, że to działa, stają się leniwi. Więc coraz częściej zdarzały mi się dni, kiedy nie zrobiłem kompletnie nic. Zresztą, z tego całego niedosypiania w końcu się pochorowałem. Tydzień zwolnienia. Żona wzięła Myszkę do naszej sypialni, żebym miał pokój dla siebie i nie zarażał. A ja – zadrżała mu broda, a głos się załamał – jest mi tak wstyd!
Znów omiótł wzrokiem krąg. Kilka życzliwych twarzy zachęciło go do kontynuacji.
– Wtedy naprawdę mnie wzięło. Zupełnie odpłynąłem. Nie liczyło się już dla mnie nic innego. Znacie taki stan? – spytał, choć nie wiedział, czy tak wolno na spotkaniu, ale terapeutka skinęła głową.
– Flow – westchnął starszy mężczyzna, który do tej pory tylko gładził palcami siwą brodę. – Tak to nazywają. U każdego jest inny, ale równie katastrofalny.
– Pisałem i nie mogłem przestać. Zupełnie jakby uwięziły mnie własne słowa. Niewiele brakowało, żebym się zsikał w gacie, bo chciałem dokończyć akapit. Żona myślała, że tak mało jem przez chorobę, a ja nie czułem głodu ani pragnienia, tylko przemożną chęć, żeby zapisać myśli. A one wiodły mnie dalej i dalej, ku zatraceniu.
W końcu mnie przyłapała. Na początku myślała, że oglądam porno, więc musiałem się przyznać. Czy dacie wiarę, że się ucieszyła? Biedaczka, skąd miała wiedzieć, co ją czeka, skoro sam nie miałem pojęcia?
Starzec spojrzał mu głęboko w oczy i pokiwał głową. Adam poczuł ulgę, choć wstyd nadal go trapił.
– Domyślacie się, co było dalej, prawda? Zadowolenie trwało może z miesiąc. To ciągłe dopytywanie, co właśnie piszę, zupełnie wytrącało z rytmu. Domowe odgłosy doprowadzały mnie do szału. A to oznaczało, że potrzebowałem coraz więcej i więcej czasu, żeby znów wejść w stan natchnienia. Zaczęły mnie drażnić rozmowy, spotkania ze znajomymi, praca. Bo zwolnienie nie trwało wiecznie, musiałem przecież wrócić. A tam szefowie domykali właśnie dwa duże kontrakty, chcieli pełnego zaangażowania… to było jak tortura. Przez głowę przebiegały setki myśli, ale nie miałem kiedy ich zapisać. Kłóciłem się ze wszystkimi, traciłem cierpliwość, rzucałem bluzgami. Rozpaczliwie próbowałem w toalecie chociaż zanotować najważniejsze dialogi między bohaterami, zanim je zapomnę.
Z żoną… też nie szło najlepiej. Bo wieczorem chciałem zapisać to, co wymyśliłem w ciągu dnia, a rano to, co mi się przyśniło. Więc nie mieliśmy kiedy… no, wiecie. Była wspierająca, nawet wymyśliła, że ja napiszę scenkę, a potem przejdziemy do wykonania. Chyba oczekiwania ją przerosły i gubiła się w tych wszystkich rolach – a to księżna, a to służąca, elfkę jeszcze jakoś zrozumiała, ale przy samicy trolla zupełnie odpadła.
Poczuł, że twarz mu się rumieni i spuścił spojrzenie. Kiedy je podniósł, napotkał wzrok młodej dziewczyny w makijażu emo. Odgarnęła dłonią włosy z ucha i przesunęła językiem po wargach. Adam zmieszał się jeszcze bardziej i postanowił szybciej skończyć opowieść.
– W pracy przenieśli mnie na inne stanowisko, a po dwóch miesiącach zupełnie wylali. Żona wytrzymała jeszcze rok, potem wyprowadziła się do matki. Wiecie, nawet tego nie zauważyłem. Miałem oszczędności, wprawdzie na rachunki ledwo starczyło, ale jakoś leciało. Płatki owsiane na kolację i śniadanie, kasza z cebulą, parówka od święta. Ważne, żeby laptop działał. Bohaterowie, oni to mieli życie! A ja siedziałem w środku chlewu i pisałem przy zaciągniętych kotarach.
Otrzeźwiło mnie dopiero, kiedy Myszka zadzwoniła i powiedziała, że nie chce na urodziny kolejnego opowiadania, tylko iść na lodowisko. I poszedłem, tylko gwizdnęli mi laptopa z tej cholernej szafki, która się ledwo zamykała. Nie pamiętam, co się dalej działo, ale Misię odwiozła do domu policja, a ja wylądowałem najpierw w szpitalu na zszywaniu łuku brwiowego, a potem na komisariacie. I tak tu trafiłem.
Stał jeszcze przez moment nieruchomo, jakby szukał w głowie jakiejś zagubionej myśli, ale w końcu opadł na krzesło.
– Dziękujemy, Adamie. Czy ktoś jeszcze chce się czymś podzielić? – zagadnęła terapeutka.
– Skoro też jestem nowa… – odezwała się młoda kobieta.
– Mówimy wtedy, kiedy chcemy, to nie jest obowiązek – przypomniała opiekunka spotkania.
– Mam na imię Ada. Ja… ja zawsze byłam inna, miałam inną wyobraźnię, inną wrażliwość. Chciałam czuć więcej. Nie będę was zanudzała, ale byłam aktorką. W filmach. Takich niskobudżetowych, ale dość popularnych. Z płatnym dostępem.
Kilku uczestników spotkania, którzy wcześniej głównie studiowali układ słoi na deskach podłogi, teraz podniosło spojrzenie.
– To było fajne, ale potrzebowałam jeszcze więcej. I wtedy zaczęłam pisać. Na początku nieporadnie, ale szybko się rozwijałam, wiecie, znalazłam takie forum, o fantastyce.
Terapeutka ze smutkiem pokiwała głową.
– I zupełnie w to wsiąkłam. Na początku szefowi nawet się podobało. Wtedy były w modzie seriale fantasy, Gra o Tron, Wiedźmin, Ród Smoka. Więc jak mu zaproponowałam stylizowane scenki, to nawet się ucieszył, bo nie miał wtedy chyba własnych pomysłów, poza zwiększaniem liczby aktorek na planie. Na początku to działało, ale potem było coraz trudniej. Bo szef chciał ciągle tego samego, a ja potrzebowałam więcej czasu na pisanie. Zaczęły się przytyki, że nie jestem skupiona na robocie. No i w końcu uciekłam, bo z tej branży się nie odchodzi, tylko ucieka. Tłukłam się po jakichś norach przez dwa lata, nawet nie pamiętam, co robiłam, a nawet z kim, byle tylko coś napisać i wrzucić na forum. Ja… byłam tam gwiazdą, kimś innym. Tak myślałam. Aż w końcu sen minął, a ja obudziłam się w willi jakiegoś nadzianego gościa, który pływał w basenie twarzą do dołu. Zaczęli mnie przepytywać, co się stało, a ja potrafiłam mówić tylko o fabule książki, którą wymyśliłam. Jakbym utknęła w tej historii, powtarzałam to raz po raz, na komisariacie, na rozprawie, w szpitalu. Kiedy mnie wypuścili, dali karteczkę z telefonem i adresem. Trochę się wahałam, ale w końcu przyszłam.
– Cieszymy się, że jesteś tu z nami, Ado. Czy ktoś jeszcze chciałby zabrać głos?
Powoli szedł w stronę przystanku. Dostrzegł postać na ławeczce. Jesienny wiatr poruszał kasztanowe włosy i szarpał poły długiego, beżowego płaszcza, który wraz z workowatym wełnianym swetrem wcale nie pasował do opowieści o filmach dla dorosłych.
– Co za przypadek, że jedziemy w tę samą stronę – zagadnął.
– To zajezdnia – odpowiedziała i uśmiechnęła się do niego.
– No tak, idiota ze mnie.
– Może wcale nie? Albo może też jestem idiotką?
– Pamiętasz, co mówili? Żeby siebie nie oceniać?
– Kiedyś i tak nas ocenią. – Wzruszyła ramionami. – Wiesz, nie było mi łatwo o sobie mówić, pewnie trzy czwarte ukryłam. Podziwiam, że tak się otworzyłeś.
– Tak, mówić jest trudno. Łatwiej pisać.
Ugryzł się w język, ale ona znów obdarzyła go uśmiechem. Kiedy poruszyła ramieniem zauważył, że z torebki wystaje róg dużego kanciastego przedmiotu.
– O, jedzie autobus – przerwał niezręczną chwilę milczenia.
Ada niespodziewanie wstała i podeszła do niego tak blisko, że mogła szeptać do ucha.
– Zrobisz coś dla mnie? Boję się, że jak wsiądę, znów zacznę pisać. Złap mnie za rękę i trzymaj, tak bardzo mocno. Przepraszam, że o to proszę, ale czuję, że zaczyna się flow…
– Tak. Najmocniej jak potrafię, Ado.