Było wczesne popołudnie, jedno z tych smakowitych. W pięknym salonie, na piętrze domostwa wzniesionego wśród śląskich pagórków, siedziały dwie noblistki. Humor im dopisywał, bo dopiero co wróciły z literackiego rautu w Warszawie. Tam to jest życie i wrażliwość! Były szampany i brawo, bo na kartach ich najnowszej powieści kurze znów udało się uciec z garnka, a rosołku w niedzielę u Polaka nie było. Cóż za katharsis, a przesłanie jakie! Wyzwolony z przypalonego kotła z nieświeżą włoszczyzną drób uderza swymi oskubanymi skrzydłami w cały system prymarno-moralny panujący od wieków w naszym obrzydliwym kraju, burzy polską zaściankowość i wyssaną z mlekiem matki mentalność niszczycieli światów. Wierzcie mi, bo sam tam byłem, a wzruszyłem się tym wszystkim tak, że łzy mi nogawkami ciekły. Szampan był natomiast raczej przeciętny.
Gwar miejski sprzyja mędrkowaniu, ale nie rozmyślaniom sensu stricto, więc trzeba wrócić w końcu na łono natury i rozkoszną prowincję. No, oczywiście w granicach rozsądku. Wieś przez większość roku brzydko pachnie, podobnie jej mieszkańcy, dlatego trzeba znać umiar w ofiarnej i łaskawej w swej istocie fraternizacji. Z dworca szofer porwał je niemalże od wagonu, potem pruł terenowym merolem po dziurawych, niewspółczesnych drogach, nie zatrzymując się nawet, wbrew zwyczajowi naszych intelektualistek, po wiejskie jajka u pani Basi. Pani Basia się nie obrazi, a pracować trzeba. Noblistki wyspały się smakowicie w Europejskim, toteż po powrocie do wiejskiego azylu zdecydowały, że od razu wezmą się do roboty, i to najcięższej z możliwych, a zarazem najważniejszej w każdym zdrowym społeczeństwie, bo roboty pisarskiej. Ktoś musi nam przecież otwierać oczy! Literatura nie jest dla idiotów, a tych w naszym kraju jest na pęczki, więc starać trzeba się podwójnie. Na szczęście noblistki były dwie.
Kasetonowy sufit w roślinne ornamenty wisiał wysoko nad nimi, a otwarte na oścież okna wpuszczały kolejne podmuchy pachnącego kwieciem wiatru. Bawialnię dopiero co wysprzątała na połysk Ukrainka, oczywiście należycie popędzona rano przez pana Wiesia, więc w powietrzu unosił się zapach świeżości i nowatorskich pomysłów. Ponadto ktoś, choć noblistki nie do końca mogły stwierdzić kto, zawiesił pod ich nieobecność ogromne, ręcznie uszyte z materiałów wtórnych kotary, zamówione jakiś czas wcześniej w rzemieślniczej, arcyuroczej tkalni. Co prawda każda z nich wyszyte miała na dole „Made in Bangladesh”, ale to już niuans. Wielobarwne zasłony falowały kojąco na wietrze, a cekiny błyskały w ciepłych promieniach słońca. Spomiędzy płócien przelewał się z dworu śpiew dokazujących w ogrodzie ptaków. Dość powiedzieć więc, że atmosfera była twórcza. Po ukończonej niedawno powieści „Gotuj kurę swą w warzywach nieświeżych”, która właśnie odbijała się echem w całym wszechświecie i już zbierała pierwsze laury, noblistki ani myślały przerywać pracy. Oto więc smarowały dalej przekrojową, narodową epopeję we współczesnym, a jakże, wydaniu, o roboczym tytule „Czwarty świat”.
– Kochana, jak mogłybyśmy to pięknie rozwinąć?
– Co masz konkretnie na myśli, kochana? – Robot twórczy z serii 0SZ-U5T, imieniem Panna Chromiuk, słodko zamrugał tytanowymi powiekami. Paździerzuk przystroiła go, jak zwykle, w modną suknię, wełniany szal i perukę z dredami.
– No co, no… Skończyłam tydzień temu pierwszy rozdział, ten z doRZynkami. Dałam solidne podstawy, ale trzeba nam właśnie rozwinięcia. Prądu zdarzeń! – Paździerzuk gestykulowała żywo, dwa razy nieomal wylewając kawę. – Zarysowałam już wprost przerozkosznie korozję duchowości i straszliwość pryncypiów moralnych kreującą jestestwo mieszkańców Polaczkowa Podlaskiego, ale brakuje mi tu jakiegoś kośćca…
– Oj, masz rację, kochana, każda powieść, również przekrojowa, potrzebuje motywu przewodniego, głównego wątku, który jednocześnie żywo toczy nam akcję głównych bohaterów, a zarazem spina ze sobą wszystkie warstwy, łączy, jak to nazwałaś, ów kościec ideowy, z historiami bocznymi i fragmentarycznie przedstawionymi poczynaniami całej rzeszy postaci, które to zaś wprowadzają czytelnika w najdalsze niuanse kreowanego przez ciebie świata.
Procesory Panny Chromiuk działały widać bez zarzutu.
– Jak zwykle pięknie mówisz, kochana! Co ja bym bez ciebie zrobiła, sreberko? – Ludzka noblistka otarła łzę. – To dawaj, który z moich bohaterów mógłby być tym najgłówniejszym?
– Obawiam się, że żaden, kochana. Nikt z mieszkańców Polaczkowa Podlaskiego nie budzi choćby namiastki sympatii. Twój główny bohater musi być szary moralnie, niejednoznaczny. Z tego, co masz, nie wyprowadzisz takiej postaci.
– No, to dalej, kochana! Od czegoś tutaj jesteś! Zarysuj mi to pięknie.
– Hm… Daj mi chwilę, twoja prośba mnie zaskoczyła, dawno nie byłam ładowana.
Robotka zaczęła rozglądać się na boki. Wreszcie ognikowe źrenice jej szklanych oczu zatrzymały się na czymś za oknem.
– Hurra! Spójrz! – pisnęła metalicznie. – Coś mamy.
Ludzka noblistka powiodła wzrokiem za spojrzeniem tamtej. W polu, na przeciwległym do domostwa pagórku, robił w pocie czoła rolnik, siedząc okrakiem na dyszącej, przerdzewiałej maszynie.
– Co on? Orze? – Paździerzuk wydęła wargi.
– Nie, kochana, jest maj, więc ten pan raczej nawozi. Ale pomyśl tylko! Zmęczony życiem, acz wciąż pracowity gospodarz, archetypiczny siewca, niczym Boryna. Dopiszemy mu liczną rodzinę, wewnętrzne spory, i przedstawimy zetknięcie jego zatwardziałych, jednak wciąż dobrodusznych pobudek z rozjeżdżającymi się wizjami krewnych na życie, oraz jego starcie ze zmieniającym się światem. Taki rzymski pater familias, który walczy o utrzymanie patriarchatu dla dobra rodziny, jednak z odwrotnym skutkiem. Tutaj możemy nawet jeszcze pójść w zaułki psychologiczne, jak u Dostojewskiego w…
– To genialne, kochana! – Paździerzuk klasnęła z zachwytu i rzuciła się do laptopa. – Poczekaj, zaraz pobrniemy dalej, daj tylko zapisać.
Stukając tipsami w klawiaturę smarowała kolejne linijki eposu. Chromiuk doradzała co chwilę, to w sprawach warsztatu, to fabuły. Miała tę ostrość pióra, to trzeba przyznać.
Dwa czupiradła pracowały zawzięcie już od kilku minut, gdy nagle do salonu wpadł Oskarek, ambitny i wiecznie wszystkim podniecony asystencina, w drżącej ręce trzymając iphone’a.
– Pani Paździerzuk! Ach, mistrzyni! – wysapał styrany. Jego biuro-klitka znajduje się na drugim końcu domu, a dla miejskiego, uczonego ciałka niewprawionego w wysiłku to odległość iście olimpijska. – Dzwonią ze Sztokholmu!
– Co znowu? – burknęła Paździerzuk. – Pracujemy.
– Nobel! – wykrzyczał, ile sił w płucach Oskarek, i z nowego wysiłku aż zgiął się w pół.
– Dla kogo? – zapytała robotka, błyskając czerwonym już teraz okiem.
– Jak to „dla kogo”?! Dla naszej mistrzyni!
Paździerzuk aż wbiło w fotel.
– Kochani, ale z tego, co wiem, laureatów Nagrody Nobla w dziedzinie literatury Akademia Szwedzka wybiera w głosowaniu na początku października, a jest dopiero maj – zauważyła trzeźwo Chromiuk, odstawiając filiżankę na blat.
– Tak, tak, ale to aż niesłychane! Komitet specjalnie dla naszej mistrzyni zmienił harmonogram!
– Co ty bredzisz?! – Ludzka noblistka rozłożyła ręce.
– Proszę posłuchać. Po etapie zawężania listy kandydatów zrezygnowano z dalszej analizy i zestawiania ich twórczości! Wszyscy są tak oczarowani „Gotuj kurę swą w warzywach nieświeżych”, że przez aklamację uznano pani zwycięstwo w przyspieszonym głosowaniu! Ach! To precedens na skalę wszechświatową! Pani Paździerzuk, proszę bardzo na stronę, czekają na linii!
Ludzka, teraz już podwójna noblistka, wystrzeliła z fotela, w locie wyrwała Oskarkowi telefon, i zniknęła za drzwiami w głębinach korytarza. Do arcyczułych robouszu Panny Chromiuk zaczęły docierać kaskady podziękowań, grzeczności i podśmiechujek po angielsku. Cyfrowa noblistka zagryzła tytanowe wargi.
– Dosyć… – syknęła zaciskając pięści.
Telefoniczne ceregiele Paździerzuk przerwał potężny trzask rozbijanej szyby. Ludzka noblistka przeprosiła Szweda, powiedziała, że odzwoni i z duszą na ramieniu wpadła do salonu. Czyżby Pannie Chromiuk znów wyczerpała się bateryjka? Paździerzuk stanęła w progu, jak spetryfikowana, bo cyfrowa noblistka energii miała aż nadto. Widok był iście straszliwy. Robotka stalowym kułakiem swej prawicy rozbijała kolejne segmenty witryny w szklany proszek.
– Kochana, co ty wyprawiasz?! Porcelanki z Zimbabwe mi pobijesz! – Paździerzuk oburącz złapała się za kudły.
Chromiuk nie przejęła się stękami człowieczki, tylko dalej, ze strasznym, i bądź co bądź, nieludzkim zapałem masakrowała zapchaną drogocennymi pierdołami meblościankę. Wreszcie dobrała się do jej serca, do centralnej, okutej zdobieniami i zabezpieczonej najtwardszą szybą gablotki. Wewnątrz, na pikowanej podusi, podświetlony wewnętrznymi lampkami, pysznił się złoty medal noblowski w otwartym zamszowym etui. Jeden pancerny zamek pośrodku szklanych drzwiczek dzielił ją od trofeum.
– Kochana, opamiętaj się! Ani mi się waż choćby…
Nie zdążyła dokończyć kwestii, bo Chromiuk potężnym wystrzałem pięści przepchnęła zamek do wewnątrz, wyrywając go z szyb. Impet ciosu był tak wielki, że zamek, przeleciawszy o włos nad medalem, wbił się w tylne deski witryny. Cyfrowa noblistka zręcznymi szponami rozgarnęła resztki szyby i oburącz chwyciła futeralik z medalem. Dwa susy i była przy kotarach.
– Gdzie mi z tym!? – Ludzka noblistka tupnęła wełnianym pantoflem.
– Kochana, jeden Nobel jest mój! – wrzasnęła Chromiuk, grożąc jej stalową piąstką, po czym przeskoczyła parapet. Lśniącymi rękoma objęła rynnę, i wciąż trzymając medal pod pachą, zręcznie zjechała do ogrodu. Paździerzuk chwilę jeszcze stała jak wryta, w końcu jednak wyrwała się z szoku i dopadła dębowej ramy okna. Mogła już tylko oczami wielkości pięciozłotówek obserwować, jak chromowana kukła skokami przemierza złote pola, biegnąc ile sił w stalowych szczudłach, aż jej peruczkę i barwne fatałachy zwiało.
– Lecę do stolicy! – krzyknęła jeszcze robotycznym głosem cyfrowa noblistka. – Teraz moja kolej na szampany!