Cześć! ;)
Kolejna część z serii Praca Cię Znajdzie. Tym razem chciałem zrobić to trochę inaczej. Opowiadanie wydaję mi się na tyle specyficzne, że wrzucam w kategorię Inne.
Pozdrawiam i miłego czytania ;)
Cześć! ;)
Kolejna część z serii Praca Cię Znajdzie. Tym razem chciałem zrobić to trochę inaczej. Opowiadanie wydaję mi się na tyle specyficzne, że wrzucam w kategorię Inne.
Pozdrawiam i miłego czytania ;)
Obudziłem się wcześnie, poszedłem do łazienki i spojrzałem w lustro.
Zobaczyłem przystojnego, młodego faceta, z niewielkim zarostem.
Uśmiechnąłem się. Było dobrze.
Wyszedłem z domu i komunikacją miejską pojechałem do pośredniaka – nie żebym szukał roboty, po prostu chciałem podbić papierek i wrócić do domu.
Miałem z tego ubezpieczenie, więc opłacało się odstać swoje w kolejce.
Usiadłem na ławce.
Dookoła kilka osób. Starzy, młodzi, niektórych nawet kojarzyłem.
W końcu, doczekałem się. „Stanowisko szóste, wolne”, usłyszałem mechaniczny głos z głośnika. Wstałem, poprawiłem ubranie i podszedłem do okienka.
Po drugiej stronie szyby siedział gość w średnim wieku. Z jakiegoś dziwnego powodu nosił różowy garnitur, jakby zaraz miał poprowadzić wielkie show. Na plakietce z imieniem miał napisane… Pan Zdrapka.
Nie spodziewałem się tego, ale… Jakie to miało znaczenie? Byle podbił mi wizytę, bo nie chciałem przebywać tu ani chwili dłużej.
Koleś patrzył w komputer, jakby siedział przed nim pierwszy raz w życiu.
Westchnąłem zniecierpliwiony, przerywając nieznośną ciszę.
Noga mi drgała, jakby i ona chciała stąd uciec.
Zacisnąłem dłonie i odchrząknąłem.
Dopiero wtedy facet po drugiej stronie podniósł wzrok i uśmiechnął się szeroko, odsłaniając białe zęby.
– Panie Wojtku… – powiedział teatralnie, zbliżając twarz do szyby. – Jest pan młodym, dwudziestopięcioletnim mężczyzną. Widzę zarys mięśni pod tą koszulą, więc raczej do słabeuszy pan nie należy. Proszę mi powiedzieć zatem… czemu nie chce się pan podjąć pracy?
Nie wiedziałem, co odpowiedzieć. Zacząłem pocić się jak przysłowiowa świnia. Wytarłem wilgotne dłonie o spodnie.
– No cóż… – wykrztusiłem drżącym głosem. – Staram się, ale widocznie… to chyba nie dla mnie, nie? Skoro tyle czasu tu przychodzę i… – rozłożyłem ręce – i nic!
Gość za szybą uśmiechnął się i wyciągnął z szuflady pięć… zdrapek?
Nie mogłem w to uwierzyć. Patrzyłem na nie i miałem wrażenie, że jestem w jakiejś ukrytej kamerze.
Zacząłem pocić się jeszcze bardziej. Czułem, jak serce wali mi coraz szybciej.
– Panie Wojtku… – odezwał się znowu, z wciąż szerokim uśmiechem. – Zobaczymy, czy ma pan szczęście. Proszę wylosować zdrapkę.
Wahałem się, ale on nie spuszczał ze mnie wzroku.
Wyciągnąłem drżącą rękę i chwyciłem pierwszą lepszą zdrapkę.
Drapałem paznokciem i po chwili moim oczom ukazał się napis „BRAK WYGRANEJ”.
– No cóż, los bywa przewrotny, prawda? – zaśmiał się mężczyzna. – Ale! Jest i dobra wiadomość! Znalazłem dla pana idealną pracę!
Poczułem dreszcze.
Czasem tak bywało. W takich sytuacjach szedłem na miejsce i od razu mówiłem, co i jak. Zwykle to wystarczało w końcu… kto chciałby przyjąć kogoś, kto na rozmowie kwalifikacyjnej mówi, że nie chce mu się pracować?
– Co… co to za praca? – zapytałem, już odtwarzając w głowie swój sprytny plan.
– Zapraszam ze mną, zaraz wszystko pan zobaczy!
***
Udaliśmy się na parking urzędu pracy, gdzie stał kolorowy bus, wyglądający, jakby woził dzieci do przedszkola.
Widniały na nim napisy takie jak „Praca jest super”, „Kocham pracę”, czy „Nie ma to jak praca”, oraz „Praca Cię Znajdzie” – to ostatnie zabrzmiało złowieszczo, aż mnie ciarki przeszły!
Zaśmiałem się. Co za odklejeniec miałby jeździć czymś takim… i po co?
– Proszę wsiadać! – powiedział do mnie Pan Zdrapka.
Zrobiłem to niechętnie.
Naprawdę chciałem mieć to wszystko z głowy.
Prawda, cała sytuacja była dość nietypowa, ale… może zastosowali wobec mnie mocniejsze środki?
Nie wiedziałem.
Bus ruszył. Radio nadawało skoczną muzykę, a koleś z pośredniaka ciągle dziwnie się uśmiechał.
Nagle… zamarłem! Otworzyłem szeroko oczy z wrażenia i przykleiłem twarz do szyby.
Zobaczyłem ogromną rakietę! Stała na jakiejś platformie i… tak się z niej dymiło delikatnie! Ten widok był niesamowity! Aż wstrzymałem oddech.
– Widział pan?! – zapytałem z przejęciem. – Jaka ogromna rakieta!
Facet zaśmiał się, nie odrywając wzroku od drogi.
– Niezła, co?
– Jest… piękna! Aż chciałoby się nią przelecieć!
Bus skręcił nagle w prawo i zatrzymał się.
Zaniepokoiło mnie to. Powiedziałem coś złego? Nie rozumiałem, ale gość… wysiadł z pojazdu.
Zrobiłem to samo i nagle wszystkie moje obawy nie miały znaczenia.
Gapiłem się na rakietę z rozdziawioną gębą.
– Proszę za mną – powiedział Pan Zdrapka.
Ruszyłem więc i po kilku krokach zbliżyliśmy się do rakiety.
Podszedł do mnie jakiś typ i wręczył dużą torbę.
– Tu się rozstajemy – oznajmił gość z pośredniaka.
– Jak to? Nie rozumiem… – W gardle całkiem mi zaschło.
– Poleci pan tą rakietą! Tak! Prosto na Księżyc!
Nie wiedziałem, czy robi sobie ze mnie jaja, czy o co chodzi. Patrzyłem na niego, jak na wariata, a serducho waliło mi coraz mocniej.
– Ale…
– Nie ma żadnego ale! – przerwał mi. – Lot potrwa tydzień. W rakiecie jest zapas jedzenia i wody. Oczywiście, lot nie wlicza się do czasu pracy, który potrwa pięć dni!
Ruszył z powrotem.
– Do zobaczenia i miłej pracy! I proszę pamiętać jedno… – Odwrócił się. – Praca zawsze cię znajdzie.
Wtedy widziałem go ostatni raz.
Wszystko wydawało się nierealne.
Jak sen.
Gdy siedziałem w środku, szczypałem się po całym ciele, chcąc przerwać ten koszmar.
Ale byłem tu…
A rakieta… wystartowała.
Leciałem na Księżyc.
STACJA MILUŚ
Po tygodniu spędzonym w rakiecie czułem się potężnie znudzony. Zjadłem wszystko, co się dało i miałem wrażenie, że przytyłem z dziesięć kilo.
W lodówce znajdował się kurczak, kebab i pizza – w ilości absurdalnej, jakby rakietą leciało przynajmniej kilka osób.
Dopiero później zdałem sobie sprawę, że nie zostało nic na drogę powrotną.
W rakiecie, jak to w rakiecie… oprócz lodówki miałem również kuchenkę i pokój do spania… i toaletę.
Wnętrze było kolorowe, pełne rysunków, które wyglądały jak namalowane przez dziecko.
I jeszcze ten napis… „Stacja Miluś – sięgamy gwiazd”.
Poczułem się nim mocno zażenowany. Widniał na samym środku ściany i po tygodniu lotu tak wrył mi się w głowę, że widziałem go nawet w snach.
Akurat spałem, gdy rakietą zatrzęsło. Zerwałem się na równe nogi, jak rażony piorunem. Myślałem, że wpadliśmy do czarnej dziury, czy coś. Może orłem w szkole nie byłem, ale coś o nich słyszałem.
I kiedy już byłem gotowy na spotkanie ze Świętym Piotrem, drżenie ustało, a drzwi rakiety zaczęły się powoli otwierać.
Nie myśląc za wiele, włożyłem skafander i hełm, a po chwili… ujrzałem srebrzysty glob.
Otworzyłem usta ze zdziwienia.
Wciąż nie wierzyłem, że to wszystko dzieje się naprawdę.
Księżyc… srebrny, pełen pyłu i kraterów… przede mną.
Poczułem się jak Neil Armstrong, zrobiłem mały krok dla człowieka, z dumą prężąc pierś. Uśmiechałem się od ucha do ucha, maszerowałem powoli i nagle ujrzałem kogoś… mężczyznę w średnim wieku, z czarną bródką i krótkimi włosami.
Na skafandrze miał naszywkę „Marek – szef”. Wyciągnął do mnie dłoń i powiedział:
– Więc to ty jesteś tym nowym. Marek. Szef.
– Wiem, widzę twoją naszywkę – odezwałem się, podając mu dłoń. – Wojtek.
Marek uśmiechnął się, klepiąc mnie po plecach.
– Spostrzegawczy jesteś, a to bardzo dobrze, bo kosmos… nie lubi słabeuszy.
Nie wiem, co to miało znaczyć, więc tylko uśmiechnąłem się i skinąłem głową.
– Chodź, poznasz resztę załogi.
Wyszedłem z rakiety i zanim ruszyłem dalej, spojrzałem na Ziemię.
Błękitna kulka pośród pustki. Ten widok sprawił, że łzy napłynęły mi do oczu.
Gdzieś tam, daleko, znajdował się mój dom.
– Piękna, co? – powiedział cicho Marek. – Człowiek całe życie patrzył w niebo, a teraz niebo patrzy na nas.
– Tak… to… prawda… – wykrztusiłem.
Marek klepnął mnie w plecy.
– Chodź na stację. Chłopaki już na ciebie czekają.
Ruszyłem więc za szefem. Księżycowy pył unosił się, gdy ciężkie buty sunęły po jego powierzchni.
Niebo było całkiem czarne, pełne gwiazd. Czułem, że ten widok długo nie da o sobie zapomnieć.
Dotarliśmy przed budynek stacji. Nie wydawała się szczególnie duża. Prawie jak typowy dom jednorodzinny. Była cała biała, z kopułą zamiast dachu, na środku której tkwiła antena satelitarna.
Marek otworzył drzwi i… zaskoczyło mnie to.
Otóż nie skorzystał z klamki, nie użył przycisku, ani nie zeskanował oka.
Po prostu wyjął haczyk z dziurki. Wyglądało to jak wejście do kurnika, a nie do nowoczesnej stacji kosmicznej.
– Nie ma klamki? – zapytałem.
Marek prychnął, jakbym zadał najgłupsze pytanie na świecie. Położył mi dłoń na ramieniu i odparł poważnym tonem.
– Synu… człowiek nie zdobył kosmosu wygodą.
Po tych słowach odwrócił się i wszedł do środka.
Znaleźliśmy się w jakimś salonie. Dookoła białe ściany i podłoga, a na środku stał całkiem ładny, szklany stolik. Obok niego stalowe krzesła, które wyglądały na dość niewygodne.
Marek zdjął hełm i odłożył na wieszak. Uczyniłem to samo.
Po chwili zobaczyłem dwóch facetów, mniej więcej w moim wieku. Uśmiechnęli się na mój widok, powoli podchodząc.
– Witamy nowego kolegę na stacji Miluś! Jestem Kamil! – Wyciągnął dłoń.
Kamil miał krótkie czarne włosy i wyłupiaste oczy. Biła od niego taka pozytywna energia, że od razu zrobił na mnie wrażenie.
– Karol. – Drugi mężczyzna podał mi dłoń.
Karol… powiedzieć, że był chudy to jakby powiedzieć, że słońce jest trochę ciepłe.
Ten gość wyglądał jak szkielet. Koścista dłoń, zapadnięte policzki… aż się wystraszyłem, żeby mu ręki nie złamać.
Panował tu taki przyjemny klimat, że aż poczułem się jak w domu.
– No dobra, skoro powitanie mamy za sobą, kilka zasad, które panują na stacji – powiedział Marek, klaszcząc. – Na początek pewnie zastanawiasz się, co tu w zasadzie robimy? – Skinąłem głową. – Otóż, badamy kratery, szukamy anomalii. Do dyspozycji mamy takie oto skanery. – Wręczył mi sprzęt przypominający mały tablet. – Po zeskanowaniu wyświetlają się wszystkie informacje o obiekcie. Jeśli skaner wyda czerwony alarm, zgłaszasz to bezpośrednio do mnie.
Druga sprawa, spóźnia się transport z zaopatrzeniem. Mieli być wczoraj, więc od razu mówię, racje żywnościowe są delikatnie ograniczone.
Wzdrygnąłem się. Może posiłek w mojej rakiecie to właśnie wspomniane racje? Postanowiłem nic o tym nie wspominać.
– I ostatnia rzecz. Widzisz te paprotki?
– Jasne, co z nimi?
– Otóż jakiś czas temu zepsuł nam się system wytwarzania tlenu i teraz produkują go dla nas te oto maleństwa. Więc staraj się oddychać raczej płytko, inaczej wszyscy się tu udusimy.
Załoga Milusia zaśmiała się, a ja otworzyłem oczy z przerażenia. Miałem nadzieję, że Marek tylko żartuje, ot takie straszenie nowego.
– To tyle, jakbyś miał jeszcze jakieś pytania, daj znać. Jeśli nie, możesz iść spać. Pewnie jesteś zmęczony po podróży, a od jutra… zaczynamy pracę!
***
Obudził mnie jakiś dziwny, przenikliwy pisk dobiegający z głośników. Zerwałem się na równe nogi, jak rażony piorunem. Serce waliło mi mocno jak młot pneumatyczny. Szeroko otwartymi oczami rozglądałem się w poszukiwaniu zagrożenia.
Czy to pożar? Bomba? Co się dzieje?! – takie myśli krążyły mi w głowie.
O mało co nie zemdlałem, gdy drzwi mojego pokoju otworzyły się i do środka wszedł Kamil, przecierając oczy.
– Obudziłeś się już? – zapytał najspokojniej na świecie.
W rękach trzymał biały skafander, który rzucił na podłogę.
– Co… co się dzieje? – Głos drżał mi tak bardzo, że słowa ledwo wychodziły z gardła.
– Nic, idziemy do roboty. Budzik się włączył. – Po tych słowach opuścił pokój.
Nie wierzyłem własnym uszom. To miał być budzik?! Brzmiało jak apokalipsa, jakbyśmy już żegnali się z życiem.
Westchnąłem.
Włożyłem skafander przyniesiony przez Kamila. Był na mnie za duży, rękawy wisiały jak bandaże u mumii. Do tego niektóre miejsca miał posklejane dwustronną taśmą.
Z hełmem… wcale nie lepiej. Popękany, posklejany, jak jakiś kosmiczny Frankenstein.
Miałem nadzieję, że na zewnątrz nie rozerwie mnie od środka.
Wyszedłem z pokoju.
W kuchni Karol przygotowywał posiłek, raczej skromny. Chleb, musztarda i ser.
– Częstuj się. – Podał mi tacę.
– Dzięki. – Wziąłem niewielką kromkę chleba i… walnąłem nią w hełm. Zapomniałem, że ciągle mam go na głowie.
Marek, który popijał herbatę obok, prychnął śmiechem.
– Kosmos bywa nieprzewidywalny – powiedział, przybierając poważny ton.
– Gdzie jest Kamil? – zapytałem, nie widząc go nigdzie w pobliżu.
– Poszedł już do pracy. On zawsze lubi tak z rana – odparł Karol.
Z rana? W zasadzie znajdowaliśmy się po jasnej stronie księżyca, więc ciągle było jasno.
– No dobra. – Marek podniósł się z krzesła. – Czas brać się do roboty!
Chwycił skaner i wyszedł.
Uczyniłem to samo.
Wciąż nie mogłem uwierzyć, że naprawdę tu jestem. Coś niesamowitego. Widok na Ziemię… nigdy go nie zapomnę. Zapierał dech w piersi.
– Halo, Halo! – Czyjś pełen zakłóceń głos dobiegł z mojej kieszeni. Dopiero teraz zauważyłem, że mam w niej krótkofalówkę.
– Słuchaj, na skanerze masz mapę. Wyznaczyłem ci teren, który powinieneś zeskanować. Tu Kamil, jak coś.
Chciałem cokolwiek odpowiedzieć, ale nawet nie umiałem obsłużyć tego sprzętu.
Machnąłem ręką, otworzyłem mapę i ruszyłem naprzód.
Przypominała trochę mapę Google, ale na Księżycu. Z jakiegoś dziwnego powodu, rozbawiło mnie to.
Znalazłem pierwszy krater na swoim terenie i wykonałem skan. Wszystko wskazywało na to, że jest w porządku.
Podszedłem do następnego, skan, okej.
Robota była kosmicznie nudna. Wiem, baza, Księżyc, kratery, ale po zeskanowaniu piątego miejsca, ziewnąłem.
I wtedy wydarzyło się coś niespodziewanego…
Ciągle miałem wrażenie, że coś mnie obserwuje, patrzy na każdy mój krok.
Warga zaczęła mi drżeć z nerwów, ale pomyślałem, że to tylko Księżyc, że… może być dziwnie.
Wykonywałem dalej swoją pracę i usłyszałem kroki. Jednak gdy tylko spojrzałem w tamtą stronę, nikogo nie zauważyłem.
Czy ktoś sobie ze mnie żartował? Nie wiedziałem, ale poczułem pot na twarzy.
Drżącą ręką wyciągnąłem skaner, podchodząc do kolejnego krateru… i zobaczyłem je…
Oczy… dwa, białe światełka wpatrujące się, jakby przeszywały mnie na wylot.
Krzyknąłem na całe gardło i uciekłem ile miałem sił w nogach, co chwilę oglądając się za siebie.
Słysząc kroki, przyspieszyłem. Nie wiedziałem, że mam tyle sił w nogach.
Spanikowany, rozglądając się dookoła, wpadłem na Kamila i razem przewróciliśmy się na powierzchnię Księżyca.
– Stary, co jest?! – krzyknął Kamil.
– Tam… tam… – Nie mogłem złapać tchu.
Wyciągnąłem drżącą rękę i palcem wskazałem przed siebie.
– Co jest?! Mów chłopie wreszcie! – Mężczyzna chwycił mnie za boki i potrząsnął jak szmacianą lalką.
– Potwór! Tam… tam jest potwór! – krzyknąłem, wybałuszając oczy.
– Potwór? – powtórzył Kamil i zaśmiał się.
Nie wiedziałem, co się dzieje, co w tym zabawnego?! Przed chwilą coś próbowało mnie zjeść!
– Nie, to żaden potwór! – dodał, śmiejąc się coraz bardziej.
– W takim razie co? – Nic z tego nie rozumiałem.
– To pewnie Burek! – odparł.
Otworzyłem usta ze zdziwienia, aż hełm zaparował.
– Jaki… Burek? To czyjś… pies? – pytałem z niedowierzaniem.
– Burek to taki nasz przyjaciel stacji. Zobaczysz, na pewno przyjdzie do nas po pracy! Zawsze tak robi.
Chciałem zapytać o coś jeszcze, ale Kamil poklepał mnie w ramię i wrócił do przerwanego zajęcia najwyraźniej uznając rozmowę za zakończoną.
Podczas dalszego skanowania nie zauważyłem oczu, ani nic dziwnego. Jednak ciągle miałem się na baczności, zachowując czujność!
Nie wiedziałem, ile minęło czasu, tutaj ciągle wszystko wyglądało tak samo, gdy odezwała się krótkofalówka.
– Na dzisiaj koniec – mówił Marek. – Zbierajcie się do bazy – dodał.
Poczułem ulgę.
Cały czas zastanawiałem się, czym może być Burek. Do głowy przychodziły mi różne pomysły. Może to faktycznie pies? Albo dwie lampy? A może łazik?! – To ostatnie wydało mi się najbardziej prawdopodobne! Łazik badający Księżyc! Nie były to oczy, lecz jego światła!
Dumny z siebie, że tak szybko odkryłem tajemnicę kosmicznej bazy, wróciłem na stację, szeroko się uśmiechając.
***
Wszyscy wrócili. Kamil wyciągnął z magazynu stare radio, które trzeszczało jakby miało ze sto lat. Kiwał głową do rytmu, ale ja słyszałem tylko zakłócenia.
Karol rozłożył stalowe krzesło i usiadł na nim.
Marek wpatrywał się w Ziemię.
A ja? Czekałem… na Burka.
Rozejrzałem się po nowych kolegach. Wszyscy sprawiali wrażenie, jakby byli na grillu na działce, a nie w kosmosie.
W pewnym momencie Kamil przyniósł ze stacji pokrojony chleb. Nie miałem pojęcia, po co mu to potrzebne. Przecież nie mógłby tu zjeść! Ściągnięcie hełmu przyniosłoby mu natychmiastową śmierć.
Nagle znów to usłyszałem… kroki.
Słyszałem je mimo trzasków wydawanych przez radio.
Coś się zbliżało.
Głośno przełknąłem ślinę.
Spojrzałem na pozostałych, uśmiechali się, Marek uniósł w moją stronę kciuk, a ja czułem, jak coraz bardziej zasycha mi w gardle.
I wtedy to zobaczyłem.
To nie był łazik… to nie były dwie lampy… nie… to było… coś dziwnego.
Mało brakowało, a krzyknąłbym tak głośno, że usłyszeliby to na Ziemi, ale Karol położył mi dłoń na ramieniu i powiedział cicho:
– Nie krzycz… on tego nie lubi.
W naszą stronę powoli zmierzał blady stwór. Poruszał się na grubych nogach, wyposażonych w długie, spiczaste szpony. Na głowie miał dwa wielkie czułki, którymi poruszał w miarę, jak znajdował się coraz bliżej.
Stwór… on miał ze trzy metry! A Kamil, jak gdyby nigdy nic, podszedł do niego wyciągając dłoń i powiedział:
– Cześć, Burek! – Po czym rzucił w jego stronę kromkę chleba.
Burek natychmiast chwycił ją w locie, obnażając przy tym długie, ostre kły.
– Co to do cholery jest?! – zawołałem. – Przecież… przecież to jakiś potwór!
Marek podszedł do mnie uśmiechając się.
– Nie wszystko co żyje musi być człowiekiem – powiedział, biorąc kawałek chleba i rzucając Burkowi.
– Ludzie! Wy tu karmicie chlebem jakieś obce stworzenie! – Nie wytrzymałem. – Czy NASA… wie o tym?
– Nie mam pojęcia, ale młody, posłuchaj mnie uważnie… – mówił Marek, patrząc mi głęboko w oczy. – Wszechświat nie ma obowiązku być zrozumiały.
Po tych słowach oddalił się.
Kamil wciąż rzucał Burkowi chleb, który ten łapał, wydając przy tym niemal metaliczny dźwięk.
– Wojtek, patrz teraz! – powiedział Karol i wziął jedzenie.
– Burek! Burek! Do nogi! – zawołał, wyciągając dłoń.
Stwór uniósł czułki i powoli zbliżył się do Karola.
Wstrzymałem oddech. Miałem wrażenie, że potwór weźmie nie tylko chleb, ale i całego mężczyznę.
Ale nie… Burek powoli zbliżył się do niego, wystawił język i delikatnie zabrał kromkę, po czym oddalił się w ciemne zakamarki Księżyca.
– Fantastyczny jest – stwierdził Kamil.
Po tym wydarzeniu, wszyscy udali się do stacji, gdzie zjedliśmy kolację.
Czułem się niesamowicie zmęczony, ale nie mogąc zasnąć myślałem o sytuacji z obcym stworem.
Jak to możliwe, że nikt nie traktował tego poważnie?! Nie mieściło się to w głowie!
Zastanawiałem się, czy następny dzień przyniesie kolejne niespodzianki.
Z tą myślą, zapadłem w sen.
***
Znowu obudził mnie alarm.
Włożyłem poszarpany skafander, gotowy na kolejny dzień pełen wrażeń.
W salonie nie było nikogo, tak samo w kuchni. Czyżbym spóźnił się do pracy?
Wyjrzałem przez niewielkie okrągłe okno i zobaczyłem coś… dziwnego.
Kamil, Karol i Marek coś montowali. Mieli ze sobą wielkie kartony i kilka pustych puszek po konserwach.
Zmrużyłem oczy. Nic z tego nie rozumiałem, ale budowali z takim zapałem, że musiało być to ważne.
Wyglądało jak przytulny domek, więc uznałem, że najprawdopodobniej chcieli stworzyć coś w rodzaju drugiego magazynu.
Gdy wyszedłem na zewnątrz, Kamil z Markiem przybijali ostatnią część, deskę, na której Karol własnoręcznie napisał czarnym markerem „Dom Burka”. Nie wierzyłem własnym oczom!
– Jest piękny! – skomentował Kamil.
– Myślicie, że mu się spodoba? – zastanawiał się Karol.
– Będzie zachwycony – odparł Marek, a w jego oczach zamigotały delikatnie łzy.
Patrzyli z dumą na swoje dzieło i wyglądało na to, że tylko ja odczuwałem niemały niepokój.
– Zbudowaliście mu budę? – zapytałem, nie wierząc w to, co mówię.
– A czemu nie? Biedak pewnie nie ma gdzie się podziać – mówił Kamil. – Pewnie chodzi spać na ciemną stronę Księżyca, a tak to przynajmniej zostanie z nami. – Uśmiechnął się.
– Panowie, zanim ruszymy do pracy – odezwał się Marek poważnym tonem – muszę was poinformować, że dostawy jedzenia jak nie było tak nie ma, więc trzeba delikatnie ograniczyć racje żywnościowe.
Poczułem, jak cały się rumienie. Moja rakieta załadowana była pożywieniem, którym z nikim się nie podzieliłem. Ale skąd miałem wiedzieć, jaka sytuacja panuje na stacji?!
– Jasna sprawa, szefie – odparł Kamil. – Jakoś sobie poradzimy. Nie takie kryzysy przeżywaliśmy, nie?
– Tak, masz rację. Kosmos testuje odważnych.
Udaliśmy się do pracy, w której nie działo się nic ciekawego. Ciągle poszukiwałem wzrokiem Burka, ale nigdzie go nie widziałem.
Praca ciągnęła się tak strasznie, że miałem wrażenie, iż nie skończy się nigdy. I jeszcze ta ciągła jasność… dosłownie jakby czas stał w miejscu.
Kiedy zmęczenie i nuda zaczęły dawać mi się we znaki, usłyszałem komunikat z krótkofalówki.
– Koniec na dzisiaj, wracamy na bazę – powiedział Marek.
Tak mnie to ucieszyło, że chciałem podskoczyć.
Z radością udałem się na odpoczynek.
***
Gdy dotarłem do stacji, zobaczyłem przed budą lewitujące kromki chleba. Przyczepiono je do powierzchni jakąś nitką. Wszyscy znajdowali się w budynku i machali do mnie przez okno, żebym do nich dołączył.
– Co się dzieje? – zapytałem.
– Burek zaraz powinien przyjść – wyjaśnił Kamil. – Zobaczymy, czy domek mu się spodoba! – dodał z szerokim uśmiechem.
Czekaliśmy jakiś czas, podczas którego nie działo się kompletnie nic. Powoli zacząłem tracić zainteresowanie, gdy zobaczyłem znajomy kształt.
Burek nadchodził.
Powoli, rozglądając się na boki, oczy świeciły mu na biało jak latarnie.
Węszył po powierzchni księżyca, unosząc czułki.
– Zbliża się… – powiedział cicho wyraźnie podekscytowany Kamil.
Wszyscy w bazie wstrzymali oddech.
Burek istotnie podszedł do budy, chłonąc kawałki chleba.
Kamil był tak podekscytowany, że podświadomie chwycił mnie za ramię, patrząc w oczekiwaniu.
Zbliżyłem twarz do szyby.
Burek… trzymetrowy obcy stwór… wszedł do środka, zwijając się w kulkę.
– O cholera! – krzyknął Kamil. – Szefie, naprawdę mu się podoba!
Marek miał łzy w oczach. Otarł je kciukiem i powiedział:
– Daliśmy radę, panowie, możemy być z siebie dumni!
– Proponuję to uczcić – powiedział Karol, przynosząc szklanki z jakąś ciemną cieczą w środku. – Jak specjalna okazja to musi być kawa!
Również dostałem szklankę. Stuknąłem się z kolegami, po czym powoli wypiliśmy całą zawartość.
– Dziś wszyscy możemy świętować. Zrobiliśmy coś dobrego. Burek cały czas błąkał się po Księżycu i spał pod gołym niebem, a teraz? I on ma swoje miejsce – mówił dumny z siebie Marek.
– Skąd w ogóle to coś się tutaj wzięło? – zapytałem.
Marek wzruszył ramionami.
– Nie mam pojęcia. Może było zawsze? Pamiętaj, młody, że kosmos jest wielki, a my tacy mali. Tak wielu rzeczy jeszcze nie wiemy. Ale każdy potrzebuje domu.
– Nawet trzymetrowy stwór ze szponami większymi ode mnie?
Marek spojrzał na mnie surowo.
– Tak, nawet on.
Impreza nie trwała długo. Po wypitej kawie, każdy udał się do swojego pokoju. Dziwna sprawa, ale chyba pierwszy raz w życiu piłem kawę przed spaniem.
Leżałem w łóżku i myślałem. Nie spodziewałem się czegoś takiego. Stacja Miluś zaskakiwała mnie na każdym kroku. Stacja… i ludzie, którzy w niej przebywali. Odcięci od Ziemi przez długi czas. Szczerze mówiąc, nie dziwię się, że mogą czuć się trochę… samotni. Dlatego tak zaprzyjaźnili się z Burkiem. I muszę przyznać – sam zaczynałem go lubić.
Uśmiechnąłem się.
Trzymetrowa, sympatyczna bestia na Księżycu. Kto by pomyślał?
***
Kolejny dzień, kolejny alarm. Ten sam dziurawy skafander, skaner i kratery.
Burka nie było w budzie, widocznie miał ważne sprawy do załatwienia.
Zastanawiałem się, co może robić na Księżycu przez cały czas? Musiałem czymś zająć myśli, bo od skanowania kraterów kręciło mi się w głowie z nudów.
– Wojtek, zbadaj skaner numer siedem siedem zero – powiedział Marek przez trzeszczącą krótkofalówkę.
Spojrzałem na mapę, udałem się na miejsce – pik – zielono, żadnych anomalii.
Zastanawiałem się, czy w ogóle kiedykolwiek jakąś wykryto.
Dzień dłużył się w nieskończoność, więc gdy po kilku godzinach Marek w końcu ogłosił koniec pracy, byłem wniebowzięty.
W bazie panowała jednak grobowa atmosfera.
– Słuchajcie – odezwał się Marek. – Wciąż nie mam żadnych wieści od agencji w sprawie pożywienia. – Głos drżał mu z nerwów.
Spuścił głowę, jakby na butach miał coś ciekawego.
– Spokojnie, szefie, damy radę. – Kamil położył mężczyźnie dłoń na ramieniu, na co ten szczerze się uśmiechnął.
– Jesteśmy z tobą – dodał Karol.
– Też dam radę – powiedziałem, czując jedność z całą drużyną.
– Dziękuję wszystkim. Zapewniam, że będzie dobrze. Wszechświat bywa nieprzewidywalny, ale mogę wam obiecać… poradzimy sobie z każdym problemem! Jak zawsze od tych ośmiu lat, które tu jesteśmy!
Tego dnia nie było świętowania ani trzeszczącego radia. Każdy minę miał ponurą.
Zjedliśmy skromny posiłek składający się z kromki suchego chleba.
Siedząc w salonie, zobaczyłem przez okno zbliżającego się Burka.
Patrzył, jakby na coś czekał.
– Cholera, pewnie przyszedł po chleb… – powiedział Karol.
Marek pokręcił głową. Jedzenia ledwo starczało dla nas, Burek również musiał pościć.
Kamil wyszedł na zewnątrz.
– Wybacz, chłopie – powiedział do Burka. – Wiem, że pewnie jesteś głodny, ale nic dla ciebie nie mamy.
Burek podniósł czułki, wydając z siebie głęboki, metaliczny pomruk.
Kamil złożył dłonie jak do modlitwy i powiedział:
– Wybacz, Burek. – Po tych słowach wrócił do bazy.
Stwór ciągle stał i wpatrywał się w bazę.
W środku panowała cisza tak gęsta, że można byłoby kroić ją nożem.
Kamil podszedł do okna i drżącym głosem powiedział:
– Nie odchodzi… patrzy…
Nikt nie wiedział, co robić.
Rozejrzałem się po drużynie, ale każdy miał wzrok utkwiony w podłodze.
Kamil odszedł od okna i udał do kuchni. Słyszałem, jak otwiera szafki i lodówkę.
– Coś musimy dla niego mieć… – stwierdził.
Spojrzał na chleb. Było go tak mało. Zaledwie cztery kromki, po jednej dla każdego z nas.
– Kamil… – powiedział Marek spokojnie. – Burek wytrzyma. Dostawa zapasów na pewno przybędzie, a wtedy wszyscy zrobimy jedną wielką ucztę.
– No wiem… – Zrezygnowany Kamil osunął się na podłogę, chowając twarz w dłoniach.
Nagle coś się wydarzyło…
Coś mocno uderzyło w drzwi.
Huk rozszedł się po całej stacji. Poczułem dreszcze na całym ciele.
– To Burek! – zawołał Karol z salonu. – Chyba… chyba chce wejść do środka!
Pobiegliśmy czym prędzej na miejsce i huk powtórzył się znowu.
Drzwi wygięły się pod wpływem uderzenia, a haczyk zadrżał żałośnie.
– Długo nie wytrzymają… – wykrztusiłem spanikowany. Czułem jak robi mi się gorąco na całym ciele.
Kolejne uderzenie. Drzwi ledwo wisiały.
Głośno przełknąłem ślinę. Serce waliło mi w piersi jak nigdy.
Kamil podszedł do drzwi, wyciągając ręce, jakby miało to coś pomóc.
– Burek! – krzyknął. – Uspokój się! Do budy!
Burek jednak nie posłuchał i po chwili wydarzyło się coś strasznego…
Kolejne uderzenie.
Drzwi przeleciały przez cały pokój, przewracając Kamila.
Ogromny stwór wdarł się do środka, rycząc jak oszalały.
– Burek… spokojnie… – mówił Kamil z wyciągniętą ręką, w miarę jak obcy zbliżał się do niego.
Kamil drżał na całym ciele. Próbował na czworaka cofnąć się pod ścianę, cicho łkając.
Wtedy stało się coś, czego nikt się nie spodziewał.
Burek zaatakował.
Rzucił się na Kamila, który krzyknął tak głośno, że aż zadzwoniło mi w uszach.
Stwór zaczął go rozszarpywać, jak wygłodniałe zwierzę. W jednej chwili pomieszczenie wypełniło się krwią, która była wszędzie.
Staliśmy w szoku, niezdolni się ruszyć.
Karol otworzył usta ze zdziwienia. Wzrok miał mętny, jakby nieobecny.
– O… O cholera… on… on go… zabił… – Wskazał drżącą ręką Burka, który z głośnym mlaskaniem pożywiał się Kamilem.
– Musimy stąd uciekać! – krzyknął Marek, łapiąc Karola za boki.
Mężczyzna jakby się ocknął. Przetarł twarz ręką i ruszył za Markiem do kuchni.
Udałem się za nimi, nie bardzo wiedząc, co robić.
Schowałem się w szafie, Karol wszedł pod stół, a Marek pod kuchenkę.
Usłyszeliśmy kroki… Burek tutaj był.
Przez szparę widziałem, jak chodzi z postawionymi na baczność czułkami.
Chodził i węszył.
Karol pod stołem trząsł się, cały czerwony na twarzy. Zasłonił usta dłońmi, zamykając oczy, z których leciały mu łzy.
Burek był blisko niego i w pewnym momencie… spojrzał na Karola jasnymi, świecącymi oczami.
Mężczyzna wrzasnął.
– Nie! Zostaw mnie! Proszę! – krzyczał, ale Burek nie posłuchał.
Wielką łapą przewrócił stół i ryknął przeraźliwie, tak głośno, że chyba słychać było go na Ziemię. Karol zaczął się czołgać, a stwór chwycił go za nogę, wbijając w nią ostre jak brzytwa zęby.
Mężczyzna przeraźliwie wrzasnął, gdy krew pociekła strumieniem na podłogę.
Zacząłem płakać. Karol nie miał szans.
Tak bardzo chciałem cokolwiek zrobić, ale nie miałem pojęcia, co! Wszystko działo się tak szybko!
W tym momencie spod kuchenki wyszedł Marek, trzymał coś w rękach, niebieską butlę! Palnik gazowy!
Poczułem niesamowitą ulgę! I aż… krzyknąłem z radości.
Burek stracił zainteresowanie Karolem i spojrzał w stronę Marka.
– Ludzkość nie powstała po to, by dać się zastraszać – mówił mężczyzna, celując palnikiem w stwora. – Byliśmy dla ciebie mili i tak się nam odpłacasz? Daliśmy ci dom! Schronienie i jedzenie! – krzyczał, a pot spływał mu po czole. – Ale teraz, panie Burek, pocałuj mnie pan w dupę!
Nacisnął spust palnika i… usłyszałem tylko suche kliknięcie.
– Szefie… – odezwał się Karol, łkając. – Nie ma… nie ma gazu.
Marek wypuścił palnik z rąk.
– O cholera… – powiedział.
Burek w okamgnieniu rzucił się na niego, wbijając w szyję zęby.
Krew trysnęła na całe pomieszczenie, wpadając przez szczelinę do mojej kryjówki.
Zrobiło mi się słabo, gdy słyszałem agonalne krzyki Marka.
Gdy potwór pożywiał się szefem, Karol wstał i kulejąc próbował wydostać się z pomieszczenia.
Kibicowałem, żeby mu się udało. Był już tak blisko, już prawie poczuł smak wolności, gdy nagle… Burek skoczył na niego, przygniatając do podłogi.
Mężczyzna wydał z siebie jedynie stłumiony dźwięk, po czym Burek oderwał mu głowę, jak szmacianej lalce.
Zasłoniłem usta dłonią, żeby nie krzyknąć.
Widziałem, jak cały świat traci barwy, czułem się coraz bardziej słaby, aż w końcu… nastała ciemność…
***
Nie wiem, jak długo byłem nieprzytomny, ale gdy się ocknąłem, nigdzie nie dostrzegłem Burka. Przez szparę w drzwiach widziałem jedynie poszarpane, niedojedzone ciała Marka i Kamila i poczułem, jak robi mi się niedobrze.
Usłyszałem kroki… ktoś chodził po stacji.
Ciśnienie od razu mi się podniosło. Spodziewałem się, że potwór przyjdzie i po mnie, ale nie… do kuchni weszło dwóch mężczyzn w skafandrach. Nieśli jakąś wielką skrzynię.
– Co za masakra… – powiedział jeden z nich.
– Tyle krwi… – dodał drugi.
Powoli otworzyłem drzwi szafy, które wydały z siebie nieprzyjemne skrzypnięcie.
Mężczyźni od razu popatrzyli w moją stronę.
– O cholera! Ktoś żyje!
Upadłem na podłogę, cały drżąc, a oni… podeszli do mnie, dotykając, jakby chcieli się upewnić, czy jestem prawdziwy.
Dopiero wtedy zauważyłem napis na skrzyni „Stacja Miluś – zaopatrzenie żywnościowe”. Wydałem z siebie cichy szloch, czując jak łzy spływają mi po twarzy.
– Widziałeś co się stało? – zapytał jeden z mężczyzn. – Kto to wszystko zrobił?! – dodał.
Spojrzałem na nich, a później na przedmiot, który przynieśli.
– Spóźniliście… – odparłem drżącym głosem. – To był Burek.
Wrzuciłeś tekst dwa razy, usuń jeden.
"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."
Ciekawa ta praca na Księżycu, owszem. Świetnie mi się czytało :) Gratuluję pomysłu!
Pozdrawiam serdecznie :)
Bardjaskier
Zrobione ;)
Teo Max
Dzięki! Cieszę się, że opowiadanie się podobało! ;)
Ciekawie się czytało i dobry pomysł na opowiadanie. Dla mnie to trochę klimat jak Kapitan Bomba. Jeśli to część serii to zajrzę i do innych. Pozdrawiam!
Dzięki! Bardzo mi miło, że opowiadanie siadło! ;)
I w sumie… trochę tak, Kapitan Bomba w Januszexie na księżycu ;D
Jak zajrzysz do innych części to mam nadzieję, że też się spodobają! ;)
Pozdrawiam! ;)
Cześć
Dobrze stopniujesz wprowadzanie w historię. Ekspozycja nie wskazuje na późniejsze wydarzenia przez co świetnie zaskakujesz czytelnika. Niepotrzebnie wizualnie wydłużasz tekst ładując się co chwilę od nowej linii, czemu to ma służyć? Rozumiem, że gdy pojawia się akcja jest to uzasadnione, ale stosujesz to po całości.
Myślę, że chłopaki są w psychiatryku. Burek świetnie współgra z całością. Podoba mi się żartobliwy ton opowiadania.
Klik!
Pozdrawiam
Cześć ;)
Dzięki za klik i cieszę, że opowiadanie się podobało! ;)
Co do akapitów… przyznam szczerze… nigdy nie zwracałem na to uwagi, czasem robię je tak odruchowo. Postaram się bardziej na to patrzeć przy kolejnych tekstach ;D
Fajnie, że zakończenie zaskoczyło! ;)
Pozdrawiam serdecznie! ;)
Cześć.
Fajny pomysł, podobał mi się oczywiście Burek. Wyprawa na księżyc przypomniała mi opowiadanie, które pisałem w podstawówce jako wypracowanie. Miło cofnąć się o tyle lat.
Dziękuję i pozdrawiam.
Cześć! ;)
Super, że Burek się spodobał! ;D
A i cieszę się, że w jakiś sposób przywróciłem wspomnienia z dawnych lat ^^
Pozdrawiam serdecznie! ;)
Super się czytało. Pomysł naprawdę dobry! Trochę szczerze mówiąc podejrzewałem, jak to się skończy, ale i tak finał był ekscytujący. Brawo! Najlepsze zdanie w tym tekście: "wszechświat nie ma obowiązku być zrozumiały".
bogjelen
Cześć! ;)
Ciesze się, że czytało się super! ;)
A już tym bardziej, że jeden z cytatów Marka zapadł w pamięć! ;D
Pozdrawiam serdecznie! ;)
No cóż, Dovio, tym razem obyło się bez maskotek, ale zadbałeś, by zostały godnie zastąpione przez Burka.
Wyznam, że bardzo niewiarygodny wydaje mi się sposób, w jaki Wojtek trafił na Księżyc – bez przygotowania, bez żadnych badań, bez jakiegokolwiek instruktażu, w dodatku poleciał sam – niewiarygodne! A przecież miał tylko odhaczyć się w urzędzie zatrudnienia…
Późniejsze wydarzenia na Srebrny Globie, zwłaszcza po pojawieniu się Burka, były dość przewidywalnie, zwłaszcza przy opóźniającej się dostawie wiktuałów.
Nie czytało nie najgorzej, ale też nie mogę powiedzieć, że opowiadanie mnie porwało, tym bardziej, że wykonanie, niestety, pozostawia wiele do życzenia.
Obudziłem się wcześnie rano… → Wystarczy: Obudziłem się wcześnie…
Zbędne dookreślenie – raczej nie mógł obudzić się wcześnie w południe lub wieczorem.
…facet po drugiej stronie podniósł wzrok i uśmiechnął szeroko… → Pewnie miało być: …facet po drugiej stronie podniósł wzrok i uśmiechnął się szeroko…
– Staram się, ale widocznie to chyba nie dla mnie, nie? Skoro tyle czasu tu przychodzę i… – Rozłożyłem ręce – i nic! → Potraktowałabym to jak wtrącenie i zapisała małą literą: – Staram się, ale widocznie to chyba nie dla mnie, nie? Skoro tyle czasu tu przychodzę i… – rozłożyłem ręce – i nic!
Gość za okienkiem uśmiechnął się i wyciągnął z szuflady pięć… zdrapek? → Raczej: Gość w okienku/ za szybą uśmiechnął się i wyciągnął z szuflady pięć… zdrapek?
…z wciąż szerokim uśmiechem. → Wystarczy jedna spacja.
…i po chwili moim oczom ukazał się napis „BRAK WYGRANEJ”. → A może zwyczajnie: …i po chwili zobaczyłem napis „BRAK WYGRANEJ”.
W radiu grała skoczna muzyczka… → Muzyka nie gra – grają muzycy na instrumentach.
Proponuję: Radio nadawało skoczną muzyczkę…
Bus skręcił nagle w prawo i zatrzymał. → Co/ kogo zatrzymał bus?
Pewnie miało być: Bus skręcił nagle w prawo i zatrzymał się.
Poszedłem więc i po kilku krokach zbliżyliśmy się do rakiety.
Podszedł do mnie jakiś typ i wręczył dużą torbę. → Nie brzmi to najlepiej.
Proponuję pierwsze zdanie: Ruszyłem więc i po kilku krokach zbliżyliśmy się do rakiety.
Odwrócił się i zaczął odchodzić.
– Do zobaczenia i miłej pracy! I proszę pamiętać jedno… – Odwrócił się. → Nie brzmi to najlepiej.
Proponuję w pierwszym zdaniu: Ruszył z powrotem.
Wtedy zobaczyłem go ostatni raz. → Wtedy widziałem go ostatni raz.
…na spotkanie ze świętym Piotrem… → …na spotkanie ze Świętym Piotrem…
…mężczyznę w średnim wieku, z czarną bródką i krótkimi włosami. → Zobaczył to wszystko, mimo że mężczyzna był w hełmie?
Była cała biała, z okrągłą kopułą zamiast dachu… → Zbędne dookreślenie – kopuła jest okrągła z definicji.
…na środku której stała antena satelitarna. → Raczej: …na środku której tkwiła antena satelitarna. Lub: …na środku której zamontowano antenę satelitarną.
Otóż nie nacisnął klamki, nie wcisnął przycisku… → Nie brzmi to najlepiej.
Proponuję: Otóż nie skorzystał z klamki, nie użył przycisku…
Wstałem na równe nogi, jak rażony piorunem. → Skoro jak rażony piorunem, to raczej: Zerwałem się na równe nogi, jak rażony piorunem.
Z szeroko otwartymi oczami rozglądałem się… → Nie rozglądał się z oczami.
Wystarczy: Szeroko otwartymi oczami rozglądałem się…
Zapierał dech w piersiach. → Zapierał dech w piersi.
Z jakiegoś dziwnego powodu, rozbawiło mnie to. → Co dziwnego było w powodzie?
…wpadłem na Kamila i razem upadliśmy na powierzchnię Księżyca. → Nie brzmi to najlepiej.
Proponuję: …wpadłem na Kamila i razem przewróciliśmy się na powierzchnię Księżyca.
Na głowie miał dwie wielkie czułki… → Czułek jest rodzaju męskiego, więc: Na głowie miał dwa wielkie czułki…
Czułem się niesamowicie zmęczony, a o sytuacji z obcym stworem myślałem, nie mogąc zasnąć. → A może: Czułem się niesamowicie zmęczony, ale nie mogąc zasnąć, myślałem o sytuacji z obcym stworem.
Poczułem, jak cały się rumienie. → Poczułem, że cały się rumienię.
– Koniec na dzisiaj, wracamy na bazę – powiedział Marek. → – Koniec na dzisiaj, wracamy do bazy – powiedział Marek.
Choć zdaję sobie sprawę, że Marek nie musiał mówić poprawnie.
Z uśmiechem na twarzy udałem się na odpoczynek. → Czy dookreślenie jest konieczne? Czy mógł mieć uśmiech w innym miejscu, nie na twarzy?
A może: Z radością udałem się na odpoczynek.
– Proponuję wziąć za to toast! → Toastu nie można wziąć!!! Toast można wznieść. Picie kawy nie jest toastem.
Sugeruję: – Proponuję to uczcić!
Za SJP PWN: toast «krótka przemowa wygłoszona w czasie przyjęcia dla uczczenia kogoś lub czegoś, po której następuje wypicie kieliszka alkoholu»
Burek cały czas błąkał się po Księżycu, śpiąc pod gołym niebem… → Czy dobrze rozumiem, że Burek śpiąc, błąkał się? To był prawdziwy lunatyk. :)
A może miało być: Burek cały czas błąkał się po Księżycu i spał pod gołym niebem…
Po wypitej kawie, każdy udał się do pokojów. → Do ilu pokojów udał się każdy?
Proponuję: Wypiwszy kawę, każdy udał się do swojego pokoju.
Chodził i wąchał. → Raczej: Chodził i węszył.
Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.
Cześć! ;)
Szkoda, że nie porwało, ale fajnie, że chociaż nie czytało się najgorzej! ;)
I tak, to jak Wojtek trafił na Księżyc było dość… specyficzne, ale o to chodziło ;D Pan Zdrapka nie ma żadnych skrupułów przed wsadzeniem gościa do rakiety, chociaż facet godzinę wcześniej siedział w pośredniaku ;D
Dzięki za wskazanie błędów, szkoda, że znowu było ich tak dużo :( Na pewno wszystkie poprawię! ;)
Pozdrawiam serdecznie! ;)
Ech, Dovio, nie tracę nadziei, że niebawem napiszesz opowiadanie, które mnie porwie i zadziwi. I tego Ci życzę. Powodzenia! :)
Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.
Zobaczymy, również mam taką nadzieję! ;D. Na pewno będę próbował jeszcze czymś zaskoczyć ;)
Dovio, jestem pewna, że na próbach się nie skończy, że od prób przejdziesz do czynów. :)
Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.