- Opowiadanie: dovio - Praca Cię Znajdzie: Stacja Miluś

Praca Cię Znajdzie: Stacja Miluś

Cześć! ;)
Ko­lej­na część z serii Praca Cię Znaj­dzie. Tym razem chcia­łem zro­bić to tro­chę ina­czej. Opo­wia­da­nie wy­da­ję mi się na tyle spe­cy­ficz­ne, że wrzu­cam w ka­te­go­rię Inne. 
Po­zdra­wiam i mi­łe­go czy­ta­nia ;)

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Praca Cię Znajdzie: Stacja Miluś

Obu­dzi­łem się wcze­śnie, po­sze­dłem do ła­zien­ki i spoj­rza­łem w lu­stro.

Zo­ba­czy­łem przy­stoj­ne­go, mło­de­go fa­ce­ta, z nie­wiel­kim za­ro­stem. 

Uśmiech­ną­łem się. Było do­brze. 

 

Wy­sze­dłem z domu i ko­mu­ni­ka­cją miej­ską po­je­cha­łem do po­śred­nia­ka – nie żebym szu­kał ro­bo­ty, po pro­stu chcia­łem pod­bić pa­pie­rek i wró­cić do domu. 

Mia­łem z tego ubez­pie­cze­nie, więc opła­ca­ło się od­stać swoje w ko­lej­ce.  

Usia­dłem na ławce.

Do­oko­ła kilka osób. Sta­rzy, mło­dzi, nie­któ­rych nawet ko­ja­rzy­łem.

W końcu, do­cze­ka­łem się. „Sta­no­wi­sko szó­ste, wolne”, usły­sza­łem me­cha­nicz­ny głos z gło­śni­ka. Wsta­łem, po­pra­wi­łem ubra­nie i pod­sze­dłem do okien­ka. 

 

Po dru­giej stro­nie szyby sie­dział gość w śred­nim wieku. Z ja­kie­goś dziw­ne­go po­wo­du nosił ró­żo­wy gar­ni­tur, jakby zaraz miał po­pro­wa­dzić wiel­kie show. Na pla­kiet­ce z imie­niem miał na­pi­sa­ne… Pan Zdrap­ka. 

Nie spo­dzie­wa­łem się tego, ale… Jakie to miało zna­cze­nie? Byle pod­bił mi wi­zy­tę, bo nie chcia­łem prze­by­wać tu ani chwi­li dłu­żej. 

Koleś pa­trzył w kom­pu­ter, jakby sie­dział przed nim pierw­szy raz w życiu. 

Wes­tchną­łem znie­cier­pli­wio­ny, prze­ry­wa­jąc nie­zno­śną ciszę.

Noga mi drga­ła, jakby i ona chcia­ła stąd uciec. 

Za­ci­sną­łem dło­nie i od­chrząk­ną­łem. 

Do­pie­ro wtedy facet po dru­giej stro­nie pod­niósł wzrok i uśmiech­nął się sze­ro­ko, od­sła­nia­jąc białe zęby. 

– Panie Wojt­ku… – po­wie­dział te­atral­nie, zbli­ża­jąc twarz do szyby. – Jest pan mło­dym, dwu­dzie­sto­pię­cio­let­nim męż­czy­zną. Widzę zarys mię­śni pod tą ko­szu­lą, więc ra­czej do sła­be­uszy pan nie na­le­ży. Pro­szę mi po­wie­dzieć zatem… czemu nie chce się pan pod­jąć pracy?

Nie wie­dzia­łem, co od­po­wie­dzieć. Za­czą­łem pocić się jak przy­sło­wio­wa świ­nia. Wy­tar­łem wil­got­ne dło­nie o spodnie. 

– No cóż… – wy­krztu­si­łem drżą­cym gło­sem. – Sta­ram się, ale wi­docz­nie… to chyba nie dla mnie, nie? Skoro tyle czasu tu przy­cho­dzę i… – roz­ło­ży­łem ręce – i nic!

Gość za szybą uśmiech­nął się i wy­cią­gnął z szu­fla­dy pięć… zdra­pek? 

Nie mo­głem w to uwie­rzyć. Pa­trzy­łem na nie i mia­łem wra­że­nie, że je­stem w ja­kiejś ukry­tej ka­me­rze. 

Za­czą­łem pocić się jesz­cze bar­dziej. Czu­łem, jak serce wali mi coraz szyb­ciej. 

– Panie Wojt­ku… – ode­zwał się znowu, z wciąż sze­ro­kim uśmie­chem. – Zo­ba­czy­my, czy ma pan szczę­ście. Pro­szę wy­lo­so­wać zdrap­kę. 

Wa­ha­łem się, ale on nie spusz­czał ze mnie wzro­ku. 

Wy­cią­gną­łem drżą­cą rękę i chwy­ci­łem pierw­szą lep­szą zdrap­kę.

Dra­pa­łem pa­znok­ciem i po chwi­li moim oczom uka­zał się napis „BRAK WY­GRA­NEJ”. 

– No cóż, los bywa prze­wrot­ny, praw­da? – za­śmiał się męż­czy­zna. – Ale! Jest i dobra wia­do­mość! Zna­la­złem dla pana ide­al­ną pracę!

Po­czu­łem dresz­cze. 

Cza­sem tak by­wa­ło. W ta­kich sy­tu­acjach sze­dłem na miej­sce i od razu mó­wi­łem, co i jak. Zwy­kle to wy­star­cza­ło w końcu… kto chciał­by przy­jąć kogoś, kto na roz­mo­wie kwa­li­fi­ka­cyj­nej mówi, że nie chce mu się pra­co­wać? 

– Co… co to za praca? – za­py­ta­łem, już od­twa­rza­jąc w gło­wie swój spryt­ny plan. 

– Za­pra­szam ze mną, zaraz wszyst­ko pan zo­ba­czy!

 

 

 

***

 

 

Uda­li­śmy się na par­king urzę­du pracy, gdzie stał ko­lo­ro­wy bus, wy­glą­da­ją­cy, jakby woził dzie­ci do przed­szko­la. 

Wid­nia­ły na nim na­pi­sy takie jak „Praca jest super”, „Ko­cham pracę”, czy „Nie ma to jak praca”, oraz „Praca Cię Znaj­dzie” – to ostat­nie za­brzmia­ło zło­wiesz­czo, aż mnie ciar­ki prze­szły!

Za­śmia­łem się. Co za od­kle­je­niec miał­by jeź­dzić czymś takim… i po co? 

– Pro­szę wsia­dać! – po­wie­dział do mnie Pan Zdrap­ka. 

Zro­bi­łem to nie­chęt­nie. 

Na­praw­dę chcia­łem mieć to wszyst­ko z głowy. 

Praw­da, cała sy­tu­acja była dość nie­ty­po­wa, ale… może za­sto­so­wa­li wobec mnie moc­niej­sze środ­ki? 

Nie wie­dzia­łem. 

Bus ru­szył. Radio nadawało skoczną muzykę, a koleś z po­śred­nia­ka cią­gle dziw­nie się uśmie­chał. 

Nagle… za­mar­łem! Otwo­rzy­łem sze­ro­ko oczy z wra­że­nia i przy­kle­iłem twarz do szyby. 

Zo­ba­czy­łem ogrom­ną ra­kie­tę! Stała na ja­kiejś plat­for­mie i… tak się z niej dy­mi­ło de­li­kat­nie! Ten widok był nie­sa­mo­wi­ty! Aż wstrzy­ma­łem od­dech. 

– Wi­dział pan?! – za­py­ta­łem z prze­ję­ciem. – Jaka ogrom­na ra­kie­ta!

Facet za­śmiał się, nie od­ry­wa­jąc wzro­ku od drogi. 

– Nie­zła, co? 

– Jest… pięk­na! Aż chcia­ło­by się nią prze­le­cieć!

Bus skrę­cił nagle w prawo i za­trzy­mał się. 

Za­nie­po­ko­iło mnie to. Po­wie­dzia­łem coś złego? Nie ro­zu­mia­łem, ale gość… wy­siadł z po­jaz­du. 

Zro­bi­łem to samo i nagle wszyst­kie moje obawy nie miały zna­cze­nia. 

Ga­pi­łem się na ra­kie­tę z roz­dzia­wio­ną gębą.

– Pro­szę za mną – po­wie­dział Pan Zdrap­ka.

Ruszyłem więc i po kilku kro­kach zbli­ży­li­śmy się do ra­kie­ty. 

Pod­szedł do mnie jakiś typ i wrę­czył dużą torbę. 

– Tu się roz­sta­je­my – oznaj­mił gość z po­śred­nia­ka. 

– Jak to? Nie ro­zu­miem… – W gar­dle cał­kiem mi za­schło. 

– Po­le­ci pan tą ra­kie­tą! Tak! Pro­sto na Księ­życ!

Nie wie­dzia­łem, czy robi sobie ze mnie jaja, czy o co cho­dzi. Pa­trzy­łem na niego, jak na wa­ria­ta, a ser­du­cho wa­li­ło mi coraz moc­niej. 

– Ale… 

– Nie ma żad­ne­go ale! – prze­rwał mi. – Lot po­trwa ty­dzień. W ra­kie­cie jest zapas je­dze­nia i wody. Oczy­wi­ście, lot nie wli­cza się do czasu pracy, który po­trwa pięć dni!

Ruszył z powrotem. 

– Do zo­ba­cze­nia i miłej pracy! I pro­szę pa­mię­tać jedno… – Od­wró­cił się. – Praca za­wsze cię znaj­dzie. 

Wtedy widziałem go ostat­ni raz. 

Wszyst­ko wy­da­wa­ło się nie­re­al­ne.

Jak sen. 

Gdy sie­dzia­łem w środ­ku, szczy­pa­łem się po całym ciele, chcąc prze­rwać ten kosz­mar.

Ale byłem tu…

A ra­kie­ta… wy­star­to­wa­ła. 

Le­cia­łem na Księ­życ.

 

 

 

STA­CJA MILUŚ

 

 

Po ty­go­dniu spę­dzo­nym w ra­kie­cie czu­łem się po­tęż­nie znu­dzo­ny. Zja­dłem wszyst­ko, co się dało i mia­łem wra­że­nie, że przy­ty­łem z dzie­sięć kilo. 

W lo­dów­ce znaj­do­wał się kur­czak, kebab i pizza – w ilo­ści ab­sur­dal­nej, jakby ra­kie­tą le­cia­ło przy­naj­mniej kilka osób. 

Do­pie­ro póź­niej zda­łem sobie spra­wę, że nie zo­sta­ło nic na drogę po­wrot­ną. 

W ra­kie­cie, jak to w ra­kie­cie… oprócz lo­dów­ki mia­łem rów­nież ku­chen­kę i pokój do spa­nia… i to­a­le­tę. 

Wnę­trze było ko­lo­ro­we, pełne ry­sun­ków, które wy­glą­da­ły jak na­ma­lo­wa­ne przez dziec­ko. 

I jesz­cze ten napis… „Sta­cja Miluś – się­ga­my gwiazd”.

Po­czu­łem się nim mocno za­że­no­wa­ny. Wid­niał na samym środ­ku ścia­ny i po ty­go­dniu lotu tak wrył mi się w głowę, że wi­dzia­łem go nawet w snach. 

 

Aku­rat spa­łem, gdy ra­kie­tą za­trzę­sło. Ze­rwa­łem się na równe nogi, jak ra­żo­ny pio­ru­nem. My­śla­łem, że wpa­dli­śmy do czar­nej dziu­ry, czy coś. Może orłem w szko­le nie byłem, ale coś o nich sły­sza­łem. 

I kiedy już byłem go­to­wy na spo­tka­nie ze Świę­tym Pio­trem, drże­nie usta­ło, a drzwi ra­kie­ty za­czę­ły się po­wo­li otwie­rać. 

Nie my­śląc za wiele, wło­ży­łem ska­fan­der i hełm, a po chwi­li… uj­rza­łem sre­brzy­sty glob. 

Otwo­rzy­łem usta ze zdzi­wie­nia. 

Wciąż nie wie­rzy­łem, że to wszyst­ko dzie­je się na­praw­dę. 

Księ­życ… srebr­ny, pełen pyłu i kra­te­rów… przede mną. 

Po­czu­łem się jak Neil Arm­strong, zro­bi­łem mały krok dla czło­wie­ka, z dumą prę­żąc pierś. Uśmie­cha­łem się od ucha do ucha, ma­sze­ro­wa­łem po­wo­li i nagle uj­rza­łem kogoś… męż­czy­znę w śred­nim wieku, z czar­ną bród­ką i krót­ki­mi wło­sa­mi. 

Na ska­fan­drze miał na­szyw­kę „Marek – szef”. Wy­cią­gnął do mnie dłoń i po­wie­dział:

– Więc to ty je­steś tym nowym. Marek. Szef. 

– Wiem, widzę twoją na­szyw­kę – ode­zwa­łem się, po­da­jąc mu dłoń. – Woj­tek.

Marek uśmiech­nął się, kle­piąc mnie po ple­cach. 

– Spo­strze­gaw­czy je­steś, a to bar­dzo do­brze, bo ko­smos…  nie lubi sła­be­uszy. 

Nie wiem, co to miało zna­czyć, więc tylko uśmiech­ną­łem się i ski­ną­łem głową.

– Chodź, po­znasz resz­tę za­ło­gi.

Wy­sze­dłem z ra­kie­ty i zanim ru­szy­łem dalej, spoj­rza­łem na Zie­mię. 

Błę­kit­na kulka po­śród pust­ki. Ten widok spra­wił, że łzy na­pły­nę­ły mi do oczu. 

Gdzieś tam, da­le­ko, znaj­do­wał się mój dom. 

– Pięk­na, co? – po­wie­dział cicho Marek. – Czło­wiek całe życie pa­trzył w niebo, a teraz niebo pa­trzy na nas. 

– Tak… to… praw­da… – wy­krztu­si­łem.

Marek klep­nął mnie w plecy. 

– Chodź na sta­cję. Chło­pa­ki już na cie­bie cze­ka­ją. 

 

Ru­szy­łem więc za sze­fem. Księ­ży­co­wy pył uno­sił się, gdy cięż­kie buty su­nę­ły po jego po­wierzch­ni. 

Niebo było cał­kiem czar­ne, pełne gwiazd. Czu­łem, że ten widok długo nie da o sobie za­po­mnieć. 

Do­tar­li­śmy przed bu­dy­nek sta­cji. Nie wy­da­wa­ła się szcze­gól­nie duża. Pra­wie jak ty­po­wy dom jed­no­ro­dzin­ny. Była cała biała, z ko­pu­łą za­miast dachu, na środ­ku któ­rej tkwiła an­te­na sa­te­li­tar­na. 

Marek otwo­rzył drzwi i… za­sko­czy­ło mnie to. 

Otóż nie skorzystał z klam­ki, nie użył przy­ci­sku, ani nie ze­ska­no­wał oka. 

Po pro­stu wyjął ha­czyk z dziur­ki. Wy­glą­da­ło to jak wej­ście do kur­ni­ka, a nie do no­wo­cze­snej sta­cji ko­smicz­nej. 

– Nie ma klam­ki? – za­py­ta­łem. 

Marek prych­nął, jak­bym zadał naj­głup­sze py­ta­nie na świe­cie. Po­ło­żył mi dłoń na ra­mie­niu i od­parł po­waż­nym tonem. 

– Synu… czło­wiek nie zdo­był ko­smo­su wy­go­dą. 

Po tych sło­wach od­wró­cił się i wszedł do środ­ka. 

Zna­leź­li­śmy się w ja­kimś sa­lo­nie. Do­oko­ła białe ścia­ny i pod­ło­ga, a na środ­ku stał cał­kiem ładny, szkla­ny sto­lik. Obok niego sta­lo­we krze­sła, które wy­glą­da­ły na dość nie­wy­god­ne. 

Marek zdjął hełm i odło­żył na wie­szak. Uczy­ni­łem to samo. 

Po chwi­li zo­ba­czy­łem dwóch fa­ce­tów, mniej wię­cej w moim wieku. Uśmiech­nę­li się na mój widok, po­wo­li pod­cho­dząc. 

– Wi­ta­my no­we­go ko­le­gę na sta­cji Miluś! Je­stem Kamil! – Wy­cią­gnął dłoń. 

Kamil miał krót­kie czar­ne włosy i wy­łu­pia­ste oczy. Biła od niego taka po­zy­tyw­na ener­gia, że od razu zro­bił na mnie wra­że­nie. 

– Karol. – Drugi męż­czy­zna podał mi dłoń. 

Karol… po­wie­dzieć, że był chudy to jakby po­wie­dzieć, że słoń­ce jest tro­chę cie­płe. 

Ten gość wy­glą­dał jak szkie­let. Ko­ści­sta dłoń, za­pad­nię­te po­licz­ki… aż się wy­stra­szy­łem, żeby mu ręki nie zła­mać. 

Pa­no­wał tu taki przy­jem­ny kli­mat, że aż po­czu­łem się jak w domu. 

– No dobra, skoro po­wi­ta­nie mamy za sobą, kilka zasad, które pa­nu­ją na sta­cji – po­wie­dział Marek, klasz­cząc. – Na po­czą­tek pew­nie za­sta­na­wiasz się, co tu w za­sa­dzie ro­bi­my? – Ski­ną­łem głową. – Otóż, ba­da­my kra­te­ry, szu­ka­my ano­ma­lii. Do dys­po­zy­cji mamy takie oto ska­ne­ry. – Wrę­czył mi sprzęt przy­po­mi­na­ją­cy mały ta­blet. – Po ze­ska­no­wa­niu wy­świe­tla­ją się wszyst­kie in­for­ma­cje o obiek­cie. Jeśli ska­ner wyda czer­wo­ny alarm, zgła­szasz to bez­po­śred­nio do mnie. 

Druga spra­wa, spóź­nia się trans­port z za­opa­trze­niem. Mieli być wczo­raj, więc od razu mówię, racje żyw­no­ścio­we są de­li­kat­nie ogra­ni­czo­ne. 

Wzdry­gną­łem się. Może po­si­łek w mojej ra­kie­cie to wła­śnie wspo­mnia­ne racje? Po­sta­no­wi­łem nic o tym nie wspo­mi­nać. 

– I ostat­nia rzecz. Wi­dzisz te pa­prot­ki?

– Jasne, co z nimi? 

– Otóż jakiś czas temu ze­psuł nam się sys­tem wy­twa­rza­nia tlenu i teraz pro­du­ku­ją go dla nas te oto ma­leń­stwa. Więc sta­raj się od­dy­chać ra­czej płyt­ko, ina­czej wszy­scy się tu udu­si­my.

Za­ło­ga Mi­lu­sia za­śmia­ła się, a ja otwo­rzy­łem oczy z prze­ra­że­nia. Mia­łem na­dzie­ję, że Marek tylko żar­tu­je, ot takie stra­sze­nie no­we­go. 

– To tyle, jak­byś miał jesz­cze ja­kieś py­ta­nia, daj znać. Jeśli nie, mo­żesz iść spać. Pew­nie je­steś zmę­czo­ny po po­dró­ży, a od jutra… za­czy­na­my pracę!

 

 

 

 

***

 

 

Obu­dził mnie jakiś dziw­ny, prze­ni­kli­wy pisk do­bie­ga­ją­cy z gło­śni­ków. Zerwałem się na równe nogi, jak ra­żo­ny pio­ru­nem. Serce wa­li­ło mi mocno jak młot pneu­ma­tycz­ny. Sze­ro­ko otwar­ty­mi ocza­mi roz­glą­da­łem się w po­szu­ki­wa­niu za­gro­że­nia. 

Czy to pożar? Bomba? Co się dzie­je?! takie myśli krą­ży­ły mi w gło­wie. 

O mało co nie ze­mdla­łem, gdy drzwi mo­je­go po­ko­ju otwo­rzy­ły się i do środ­ka wszedł Kamil, prze­cie­ra­jąc oczy. 

– Obu­dzi­łeś się już? – za­py­tał naj­spo­koj­niej na świe­cie. 

W rę­kach trzy­mał biały ska­fan­der, który rzu­cił na pod­ło­gę. 

– Co… co się dzie­je? – Głos drżał mi tak bar­dzo, że słowa ledwo wy­cho­dzi­ły z gar­dła. 

– Nic, idzie­my do ro­bo­ty. Bu­dzik się włą­czył. – Po tych sło­wach opu­ścił pokój. 

Nie wie­rzy­łem wła­snym uszom. To miał być bu­dzik?! Brzmia­ło jak apo­ka­lip­sa, jak­by­śmy już że­gna­li się z ży­ciem. 

Wes­tchną­łem. 

Wło­ży­łem ska­fan­der przy­nie­sio­ny przez Ka­mi­la. Był na mnie za duży, rę­ka­wy wi­sia­ły jak ban­da­że u mumii. Do tego nie­któ­re miej­sca miał po­skle­ja­ne dwu­stron­ną taśmą. 

Z heł­mem… wcale nie le­piej. Po­pę­ka­ny, po­skle­ja­ny, jak jakiś ko­smicz­ny Fran­ken­ste­in. 

Mia­łem na­dzie­ję, że na ze­wnątrz nie ro­ze­rwie mnie od środ­ka. 

Wy­sze­dłem z po­ko­ju. 

W kuch­ni Karol przy­go­to­wy­wał po­si­łek, ra­czej skrom­ny. Chleb, musz­tar­da i ser.

– Czę­stuj się. – Podał mi tacę. 

– Dzię­ki. – Wzią­łem nie­wiel­ką krom­kę chle­ba i… wal­ną­łem nią w hełm. Za­po­mnia­łem, że cią­gle mam go na gło­wie. 

Marek, który po­pi­jał her­ba­tę obok, prych­nął śmie­chem. 

– Ko­smos bywa nie­prze­wi­dy­wal­ny – po­wie­dział, przy­bie­ra­jąc po­waż­ny ton. 

– Gdzie jest Kamil? – za­py­ta­łem, nie wi­dząc go ni­g­dzie w po­bli­żu. 

– Po­szedł już do pracy. On za­wsze lubi tak z rana – od­parł Karol. 

Z rana? W za­sa­dzie znaj­do­wa­li­śmy się po ja­snej stro­nie księ­ży­ca, więc cią­gle było jasno.

– No dobra. – Marek pod­niósł się z krze­sła. – Czas brać się do ro­bo­ty!

Chwy­cił ska­ner i wy­szedł. 

Uczy­ni­łem to samo. 

Wciąż nie mo­głem uwie­rzyć, że na­praw­dę tu je­stem. Coś nie­sa­mo­wi­te­go. Widok na Zie­mię… nigdy go nie za­po­mnę. Za­pie­rał dech w piersi. 

– Halo, Halo! – Czyjś pełen za­kłó­ceń głos do­biegł z mojej kie­sze­ni. Do­pie­ro teraz za­uwa­ży­łem, że mam w niej krót­ko­fa­lów­kę. 

– Słu­chaj, na ska­ne­rze masz mapę. Wy­zna­czy­łem ci teren, który po­wi­nie­neś ze­ska­no­wać. Tu Kamil, jak coś. 

Chcia­łem co­kol­wiek od­po­wie­dzieć, ale nawet nie umia­łem ob­słu­żyć tego sprzę­tu. 

Mach­ną­łem ręką, otwo­rzy­łem mapę i ru­szy­łem na­przód. 

Przy­po­mi­na­ła tro­chę mapę Go­ogle, ale na Księ­ży­cu. Z ja­kie­goś dziw­ne­go po­wo­du, roz­ba­wi­ło mnie to. 

Zna­la­złem pierw­szy kra­ter na swoim te­re­nie i wy­ko­na­łem skan. Wszyst­ko wska­zy­wa­ło na to, że jest w po­rząd­ku.

Pod­sze­dłem do na­stęp­ne­go, skan, okej. 

Ro­bo­ta była ko­smicz­nie nudna. Wiem, baza, Księ­życ, kra­te­ry, ale po ze­ska­no­wa­niu pią­te­go miej­sca, ziew­ną­łem. 

I wtedy wy­da­rzy­ło się coś nie­spo­dzie­wa­ne­go… 

Cią­gle mia­łem wra­że­nie, że coś mnie ob­ser­wu­je, pa­trzy na każdy mój krok. 

Warga za­czę­ła mi drżeć z ner­wów, ale po­my­śla­łem, że to tylko Księ­życ, że… może być dziw­nie. 

Wy­ko­ny­wa­łem dalej swoją pracę i usły­sza­łem kroki. Jed­nak gdy tylko spoj­rza­łem w tamtą stro­nę, ni­ko­go nie za­uwa­ży­łem. 

Czy ktoś sobie ze mnie żar­to­wał? Nie wie­dzia­łem, ale po­czu­łem pot na twa­rzy. 

Drżą­cą ręką wy­cią­gną­łem ska­ner, pod­cho­dząc do ko­lej­ne­go kra­te­ru… i zo­ba­czy­łem je… 

Oczy… dwa, białe świa­teł­ka wpa­tru­ją­ce się, jakby prze­szy­wa­ły mnie na wylot. 

Krzyk­ną­łem na całe gar­dło i ucie­kłem ile mia­łem sił w no­gach, co chwi­lę oglą­da­jąc się za sie­bie. 

Sły­sząc kroki, przy­spie­szy­łem. Nie wie­dzia­łem, że mam tyle sił w no­gach. 

Spa­ni­ko­wa­ny, roz­glą­da­jąc się do­oko­ła, wpa­dłem na Ka­mi­la i razem przewróciliśmy się na po­wierzch­nię Księ­ży­ca. 

– Stary, co jest?! – krzyk­nął Kamil. 

– Tam… tam… – Nie mo­głem zła­pać tchu.

Wy­cią­gną­łem drżą­cą rękę i pal­cem wska­za­łem przed sie­bie. 

– Co jest?! Mów chło­pie wresz­cie! – Męż­czy­zna chwy­cił mnie za boki i po­trzą­snął jak szma­cia­ną lalką.

– Po­twór! Tam… tam jest po­twór! – krzyk­ną­łem, wy­ba­łu­sza­jąc oczy. 

– Po­twór? – po­wtó­rzył Kamil i za­śmiał się. 

Nie wie­dzia­łem, co się dzie­je, co w tym za­baw­ne­go?! Przed chwi­lą coś pró­bo­wa­ło mnie zjeść!

– Nie, to żaden po­twór! – dodał, śmie­jąc się coraz bar­dziej. 

– W takim razie co? – Nic z tego nie ro­zu­mia­łem. 

– To pew­nie Burek! – od­parł. 

Otwo­rzy­łem usta ze zdzi­wie­nia, aż hełm za­pa­ro­wał. 

– Jaki… Burek? To czyjś… pies? – py­ta­łem z nie­do­wie­rza­niem. 

– Burek to taki nasz przy­ja­ciel sta­cji. Zo­ba­czysz, na pewno przyj­dzie do nas po pracy! Za­wsze tak robi.

Chcia­łem za­py­tać o coś jesz­cze, ale Kamil po­kle­pał mnie w ramię i wró­cił do prze­rwa­ne­go za­ję­cia naj­wy­raź­niej uzna­jąc roz­mo­wę za za­koń­czo­ną. 

Pod­czas dal­sze­go ska­no­wa­nia nie za­uwa­ży­łem oczu, ani nic dziw­ne­go. Jed­nak cią­gle mia­łem się na bacz­no­ści, za­cho­wu­jąc czuj­ność! 

Nie wie­dzia­łem, ile mi­nę­ło czasu, tutaj cią­gle wszyst­ko wy­glą­da­ło tak samo, gdy ode­zwa­ła się krót­ko­fa­lów­ka. 

– Na dzi­siaj ko­niec – mówił Marek. – Zbie­raj­cie się do bazy – dodał. 

Po­czu­łem ulgę. 

Cały czas za­sta­na­wia­łem się, czym może być Burek. Do głowy przy­cho­dzi­ły mi różne po­my­sły. Może to fak­tycz­nie pies? Albo dwie lampy? A może łazik?! – To ostat­nie wy­da­ło mi się naj­bar­dziej praw­do­po­dob­ne! Łazik ba­da­ją­cy Księ­życ! Nie były to oczy, lecz jego świa­tła!

Dumny z sie­bie, że tak szyb­ko od­kry­łem ta­jem­ni­cę ko­smicz­nej bazy, wró­ci­łem na sta­cję, sze­ro­ko się uśmie­cha­jąc.

 

***

 

Wszy­scy wró­ci­li. Kamil wy­cią­gnął z ma­ga­zy­nu stare radio, które trzesz­cza­ło jakby miało ze sto lat. Kiwał głową do rytmu, ale ja sły­sza­łem tylko za­kłó­ce­nia. 

Karol roz­ło­żył sta­lo­we krze­sło i usiadł na nim. 

Marek wpa­try­wał się w Zie­mię. 

A ja? Cze­ka­łem…  na Burka. 

Ro­zej­rza­łem się po no­wych ko­le­gach. Wszy­scy spra­wia­li wra­że­nie, jakby byli na gril­lu na dział­ce, a nie w ko­smo­sie. 

W pew­nym mo­men­cie Kamil przy­niósł ze sta­cji po­kro­jo­ny chleb. Nie mia­łem po­ję­cia, po co mu to po­trzeb­ne. Prze­cież nie mógł­by tu zjeść! Ścią­gnię­cie hełmu przy­nio­sło­by mu na­tych­mia­sto­wą śmierć. 

Nagle znów to usły­sza­łem… kroki. 

Sły­sza­łem je mimo trza­sków wy­da­wa­nych przez radio. 

Coś się zbli­ża­ło. 

Gło­śno prze­łkną­łem ślinę. 

Spoj­rza­łem na po­zo­sta­łych, uśmie­cha­li się, Marek uniósł w moją stro­nę kciuk, a ja czu­łem, jak coraz bar­dziej za­sy­cha mi w gar­dle. 

I wtedy to zo­ba­czy­łem. 

To nie był łazik… to nie były dwie lampy… nie… to było… coś dziw­ne­go. 

Mało bra­ko­wa­ło, a krzyk­nął­bym tak gło­śno, że usły­sze­li­by to na Ziemi, ale Karol po­ło­żył mi dłoń na ra­mie­niu i po­wie­dział cicho:

– Nie krzycz… on tego nie lubi.

W naszą stro­nę po­wo­li zmie­rzał blady stwór. Po­ru­szał się na gru­bych no­gach, wy­po­sa­żo­nych w dłu­gie, spi­cza­ste szpo­ny. Na gło­wie miał dwa wiel­kie czuł­ki, któ­ry­mi po­ru­szał w miarę, jak znaj­do­wał się coraz bli­żej. 

Stwór… on miał ze trzy metry! A Kamil, jak gdyby nigdy nic, pod­szedł do niego wy­cią­ga­jąc dłoń i po­wie­dział:

– Cześć, Burek! – Po czym rzu­cił w jego stro­nę krom­kę chle­ba.

Burek na­tych­miast chwy­cił ją w locie, ob­na­ża­jąc przy tym dłu­gie, ostre kły.

– Co to do cho­le­ry jest?! – za­wo­ła­łem. – Prze­cież… prze­cież to jakiś po­twór!

Marek pod­szedł do mnie uśmie­cha­jąc się. 

– Nie wszyst­ko co żyje musi być czło­wie­kiem – po­wie­dział, bio­rąc ka­wa­łek chle­ba i rzu­ca­jąc Bur­ko­wi. 

– Lu­dzie! Wy tu kar­mi­cie chle­bem ja­kieś obce stwo­rze­nie! – Nie wy­trzy­ma­łem. – Czy NASA… wie o tym?

– Nie mam po­ję­cia, ale młody, po­słu­chaj mnie uważ­nie… – mówił Marek, pa­trząc mi głę­bo­ko w oczy. – Wszech­świat nie ma obo­wiąz­ku być zro­zu­mia­ły. 

Po tych sło­wach od­da­lił się. 

Kamil wciąż rzu­cał Bur­ko­wi chleb, który ten łapał, wy­da­jąc przy tym nie­mal me­ta­licz­ny dźwięk. 

– Woj­tek, patrz teraz! – po­wie­dział Karol i wziął je­dze­nie. 

– Burek! Burek! Do nogi! – za­wo­łał, wy­cią­ga­jąc dłoń. 

Stwór uniósł czuł­ki i po­wo­li zbli­żył się do Ka­ro­la. 

Wstrzy­ma­łem od­dech. Mia­łem wra­że­nie, że po­twór weź­mie nie tylko chleb, ale i ca­łe­go męż­czy­znę. 

Ale nie… Burek po­wo­li zbli­żył się do niego, wy­sta­wił język i de­li­kat­nie za­brał krom­kę, po czym od­da­lił się w ciem­ne za­ka­mar­ki Księ­ży­ca. 

– Fan­ta­stycz­ny jest – stwier­dził Kamil. 

Po tym wy­da­rze­niu, wszy­scy udali się do sta­cji, gdzie zje­dli­śmy ko­la­cję.

Czu­łem się nie­sa­mo­wi­cie zmę­czo­ny, ale nie mogąc zasnąć myślałem o sytuacji z obcym stworem. 

Jak to moż­li­we, że nikt nie trak­to­wał tego po­waż­nie?! Nie mie­ści­ło się to w gło­wie! 

Za­sta­na­wia­łem się, czy na­stęp­ny dzień przy­nie­sie ko­lej­ne nie­spo­dzian­ki. 

Z tą myślą, za­pa­dłem w sen. 

 

***

 

 

Znowu obu­dził mnie alarm. 

Wło­ży­łem po­szar­pa­ny ska­fan­der, go­to­wy na ko­lej­ny dzień pełen wra­żeń. 

W sa­lo­nie nie było ni­ko­go, tak samo w kuch­ni. Czyż­bym spóź­nił się do pracy?

Wyj­rza­łem przez nie­wiel­kie okrą­głe okno i zo­ba­czy­łem coś… dziw­ne­go. 

Kamil, Karol i Marek coś mon­to­wa­li. Mieli ze sobą wiel­kie kar­to­ny i kilka pu­stych pu­szek po kon­ser­wach. 

Zmru­ży­łem oczy. Nic z tego nie ro­zu­mia­łem, ale bu­do­wa­li z takim za­pa­łem, że mu­sia­ło być to ważne. 

Wy­glą­da­ło jak przy­tul­ny domek, więc uzna­łem, że naj­praw­do­po­dob­niej chcie­li stwo­rzyć coś w ro­dza­ju dru­gie­go ma­ga­zy­nu. 

Gdy wy­sze­dłem na ze­wnątrz, Kamil z Mar­kiem przy­bi­ja­li ostat­nią część, deskę, na któ­rej Karol wła­sno­ręcz­nie na­pi­sał czar­nym mar­ke­rem „Dom Burka”. Nie wie­rzy­łem wła­snym oczom! 

– Jest pięk­ny! – sko­men­to­wał Kamil. 

– My­śli­cie, że mu się spodo­ba? – za­sta­na­wiał się Karol. 

– Bę­dzie za­chwy­co­ny – od­parł Marek, a w jego oczach za­mi­go­ta­ły de­li­kat­nie łzy. 

Pa­trzy­li z dumą na swoje dzie­ło i wy­glą­da­ło na to, że tylko ja od­czu­wa­łem nie­ma­ły nie­po­kój. 

– Zbu­do­wa­li­ście mu budę? – za­py­ta­łem, nie wie­rząc w to, co mówię. 

– A czemu nie? Bie­dak pew­nie nie ma gdzie się po­dziać – mówił Kamil. – Pew­nie cho­dzi spać na ciem­ną stro­nę Księ­ży­ca, a tak to przy­naj­mniej zo­sta­nie z nami. – Uśmiech­nął się. 

– Pa­no­wie, zanim ru­szy­my do pracy – ode­zwał się Marek po­waż­nym tonem – muszę was po­in­for­mo­wać, że do­sta­wy je­dze­nia jak nie było tak nie ma, więc trze­ba de­li­kat­nie ogra­ni­czyć racje żyw­no­ścio­we. 

Po­czu­łem, jak cały się ru­mie­nie. Moja ra­kie­ta za­ła­do­wa­na była po­ży­wie­niem, któ­rym z nikim się nie po­dzie­li­łem. Ale skąd mia­łem wie­dzieć, jaka sy­tu­acja pa­nu­je na sta­cji?!

– Jasna spra­wa, sze­fie – od­parł Kamil. – Jakoś sobie po­ra­dzi­my. Nie takie kry­zy­sy prze­ży­wa­li­śmy, nie?

– Tak, masz rację. Ko­smos te­stu­je od­waż­nych. 

 

Uda­li­śmy się do pracy, w któ­rej nie dzia­ło się nic cie­ka­we­go. Cią­gle po­szu­ki­wa­łem wzro­kiem Burka, ale ni­g­dzie go nie wi­dzia­łem. 

Praca cią­gnę­ła się tak strasz­nie, że mia­łem wra­że­nie, iż nie skoń­czy się nigdy. I jesz­cze ta cią­gła ja­sność… do­słow­nie jakby czas stał w miej­scu. 

Kiedy zmę­cze­nie i nuda za­czę­ły dawać mi się we znaki, usły­sza­łem ko­mu­ni­kat z krót­ko­fa­lów­ki.

– Ko­niec na dzi­siaj, wra­ca­my na bazę – po­wie­dział Marek. 

Tak mnie to ucie­szy­ło, że chcia­łem pod­sko­czyć. 

Z radością uda­łem się na od­po­czy­nek. 

 

 

***

 

Gdy do­tar­łem do sta­cji, zo­ba­czy­łem przed budą le­wi­tu­ją­ce krom­ki chle­ba. Przy­cze­pio­no je do po­wierzch­ni jakąś nitką. Wszy­scy znaj­do­wa­li się w bu­dyn­ku i ma­cha­li do mnie przez okno, żebym do nich do­łą­czył. 

– Co się dzie­je? – za­py­ta­łem. 

– Burek zaraz po­wi­nien przyjść – wy­ja­śnił Kamil. – Zo­ba­czy­my, czy domek mu się spodo­ba! – dodał z sze­ro­kim uśmie­chem. 

Cze­ka­li­śmy jakiś czas, pod­czas któ­re­go nie dzia­ło się kom­plet­nie nic. Po­wo­li za­czą­łem tra­cić za­in­te­re­so­wa­nie, gdy zo­ba­czy­łem zna­jo­my kształt. 

Burek nad­cho­dził. 

Po­wo­li, roz­glą­da­jąc się na boki, oczy świe­ci­ły mu na biało jak la­tar­nie. 

Wę­szył po po­wierzch­ni księ­ży­ca, uno­sząc czuł­ki. 

– Zbli­ża się… – po­wie­dział cicho wy­raź­nie pod­eks­cy­to­wa­ny Kamil. 

Wszy­scy w bazie wstrzy­ma­li od­dech. 

Burek istot­nie pod­szedł do budy, chło­nąc ka­wał­ki chle­ba. 

Kamil był tak pod­eks­cy­to­wa­ny, że pod­świa­do­mie chwy­cił mnie za ramię, pa­trząc w ocze­ki­wa­niu. 

Zbli­ży­łem twarz do szyby. 

Burek… trzy­me­tro­wy obcy stwór… wszedł do środ­ka, zwi­ja­jąc się w kulkę. 

– O cho­le­ra! – krzyk­nął Kamil. – Sze­fie, na­praw­dę mu się po­do­ba!

Marek miał łzy w oczach. Otarł je kciu­kiem i po­wie­dział:

– Da­li­śmy radę, pa­no­wie, mo­że­my być z sie­bie dumni!

– Pro­po­nu­ję to uczcić – po­wie­dział Karol, przy­no­sząc szklan­ki z jakąś ciem­ną cie­czą w środ­ku. – Jak spe­cjal­na oka­zja to musi być kawa!

Rów­nież do­sta­łem szklan­kę. Stuk­ną­łem się z ko­le­ga­mi, po czym po­wo­li wy­pi­li­śmy całą za­war­tość.

– Dziś wszy­scy mo­że­my świę­to­wać. Zro­bi­li­śmy coś do­bre­go. Burek cały czas błą­kał się po Księ­ży­cu i spał pod gołym nie­bem, a teraz? I on ma swoje miej­sce – mówił dumny z sie­bie Marek. 

– Skąd w ogóle to coś się tutaj wzię­ło? – za­py­ta­łem.

Marek wzru­szył ra­mio­na­mi. 

– Nie mam po­ję­cia. Może było za­wsze? Pa­mię­taj, młody, że ko­smos jest wiel­ki, a my tacy mali. Tak wielu rze­czy jesz­cze nie wiemy. Ale każdy po­trze­bu­je domu. 

– Nawet trzy­me­tro­wy stwór ze szpo­na­mi więk­szy­mi ode mnie?

Marek spoj­rzał na mnie su­ro­wo. 

– Tak, nawet on. 

 

Im­pre­za nie trwa­ła długo. Po wy­pi­tej kawie, każdy udał się do swojego pokoju. Dziw­na spra­wa, ale chyba pierw­szy raz w życiu piłem kawę przed spa­niem. 

Le­ża­łem w łóżku i my­śla­łem. Nie spo­dzie­wa­łem się cze­goś ta­kie­go. Sta­cja Miluś za­ska­ki­wa­ła mnie na każ­dym kroku. Sta­cja… i lu­dzie, któ­rzy w niej prze­by­wa­li. Od­cię­ci od Ziemi przez długi czas. Szcze­rze mó­wiąc, nie dzi­wię się, że mogą czuć się tro­chę… sa­mot­ni. Dla­te­go tak za­przy­jaź­ni­li się z Bur­kiem. I muszę przy­znać – sam za­czy­na­łem go lubić. 

Uśmiech­ną­łem się. 

Trzy­me­tro­wa, sym­pa­tycz­na be­stia na Księ­ży­cu. Kto by po­my­ślał?

 

 

 

***

 

 

Ko­lej­ny dzień, ko­lej­ny alarm. Ten sam dziu­ra­wy ska­fan­der, ska­ner i kra­te­ry. 

Burka nie było w bu­dzie, wi­docz­nie miał ważne spra­wy do za­ła­twie­nia. 

Za­sta­na­wia­łem się, co może robić na Księ­ży­cu przez cały czas? Mu­sia­łem czymś zająć myśli, bo od ska­no­wa­nia kra­te­rów krę­ci­ło mi się w gło­wie z nudów. 

– Woj­tek, zba­daj ska­ner numer sie­dem sie­dem zero – po­wie­dział Marek przez trzesz­czą­cą krót­ko­fa­lów­kę.

Spoj­rza­łem na mapę, uda­łem się na miej­sce – pik – zie­lo­no, żad­nych ano­ma­lii. 

Za­sta­na­wia­łem się, czy w ogóle kie­dy­kol­wiek jakąś wy­kry­to. 

Dzień dłu­żył się w nie­skoń­czo­ność, więc gdy po kilku go­dzi­nach Marek w końcu ogło­sił ko­niec pracy, byłem wnie­bo­wzię­ty. 

W bazie pa­no­wa­ła jed­nak gro­bo­wa at­mos­fe­ra.

– Słu­chaj­cie – ode­zwał się Marek. – Wciąż nie mam żad­nych wie­ści od agen­cji w spra­wie po­ży­wie­nia. – Głos drżał mu z ner­wów. 

Spu­ścił głowę, jakby na bu­tach miał coś cie­ka­we­go. 

– Spo­koj­nie, sze­fie, damy radę. – Kamil po­ło­żył męż­czyź­nie dłoń na ra­mie­niu, na co ten szcze­rze się uśmiech­nął.

– Je­ste­śmy z tobą – dodał Karol. 

– Też dam radę – po­wie­dzia­łem, czu­jąc jed­ność z całą dru­ży­ną. 

– Dzię­ku­ję wszyst­kim. Za­pew­niam, że bę­dzie do­brze. Wszech­świat bywa nie­prze­wi­dy­wal­ny, ale mogę wam obie­cać… po­ra­dzi­my sobie z każ­dym pro­ble­mem! Jak za­wsze od tych ośmiu lat, które tu je­ste­śmy!

Tego dnia nie było świę­to­wa­nia ani trzesz­czą­ce­go radia. Każdy minę miał po­nu­rą. 

Zje­dli­śmy skrom­ny po­si­łek skła­da­ją­cy się z krom­ki su­che­go chle­ba. 

Sie­dząc w sa­lo­nie, zo­ba­czy­łem przez okno zbli­ża­ją­ce­go się Burka. 

Pa­trzył, jakby na coś cze­kał. 

– Cho­le­ra, pew­nie przy­szedł po chleb… – po­wie­dział Karol. 

Marek po­krę­cił głową. Je­dze­nia ledwo star­cza­ło dla nas, Burek rów­nież mu­siał po­ścić. 

Kamil wy­szedł na ze­wnątrz. 

– Wy­bacz, chło­pie – po­wie­dział do Burka. – Wiem, że pew­nie je­steś głod­ny, ale nic dla cie­bie nie mamy.

Burek pod­niósł czuł­ki, wy­da­jąc z sie­bie głę­bo­ki, me­ta­licz­ny po­mruk.

Kamil zło­żył dło­nie jak do mo­dli­twy i po­wie­dział:

– Wy­bacz, Burek. – Po tych sło­wach wró­cił do bazy.

Stwór cią­gle stał i wpa­try­wał się w bazę.

W środ­ku pa­no­wa­ła cisza tak gęsta, że można by­ło­by kroić ją nożem. 

Kamil pod­szedł do okna i drżą­cym gło­sem po­wie­dział:

– Nie od­cho­dzi… pa­trzy… 

Nikt nie wie­dział, co robić. 

Ro­zej­rza­łem się po dru­ży­nie, ale każdy miał wzrok utkwio­ny w pod­ło­dze. 

Kamil od­szedł od okna i udał do kuch­ni. Sły­sza­łem, jak otwie­ra szaf­ki i lo­dów­kę. 

– Coś mu­si­my dla niego mieć… – stwier­dził. 

Spoj­rzał na chleb. Było go tak mało. Za­le­d­wie czte­ry krom­ki, po jed­nej dla każ­de­go z nas. 

– Kamil… – po­wie­dział Marek spo­koj­nie. – Burek wy­trzy­ma. Do­sta­wa za­pa­sów na pewno przy­bę­dzie, a wtedy wszy­scy zro­bi­my jedną wiel­ką ucztę. 

– No wiem… – Zre­zy­gno­wa­ny Kamil osu­nął się na pod­ło­gę, cho­wa­jąc twarz w dło­niach. 

Nagle coś się wy­da­rzy­ło… 

Coś mocno ude­rzy­ło w drzwi. 

Huk roz­szedł się po całej sta­cji. Po­czu­łem dresz­cze na całym ciele. 

– To Burek! – za­wo­łał Karol z sa­lo­nu. – Chyba… chyba chce wejść do środ­ka!

Po­bie­gli­śmy czym prę­dzej na miej­sce i huk po­wtó­rzył się znowu. 

Drzwi wy­gię­ły się pod wpły­wem ude­rze­nia, a ha­czyk za­drżał ża­ło­śnie. 

– Długo nie wy­trzy­ma­ją… – wy­krztu­si­łem spa­ni­ko­wa­ny. Czu­łem jak robi mi się go­rą­co na całym ciele. 

Ko­lej­ne ude­rze­nie. Drzwi ledwo wi­sia­ły. 

Gło­śno prze­łkną­łem ślinę. Serce wa­li­ło mi w pier­si jak nigdy. 

Kamil pod­szedł do drzwi, wy­cią­ga­jąc ręce, jakby miało to coś pomóc. 

– Burek! – krzyk­nął. – Uspo­kój się! Do budy! 

Burek jed­nak nie po­słu­chał i po chwi­li wy­da­rzy­ło się coś strasz­ne­go… 

Ko­lej­ne ude­rze­nie. 

Drzwi prze­le­cia­ły przez cały pokój, prze­wra­ca­jąc Ka­mi­la. 

Ogrom­ny stwór wdarł się do środ­ka, ry­cząc jak osza­la­ły. 

– Burek… spo­koj­nie… – mówił Kamil z wy­cią­gnię­tą ręką, w miarę jak obcy zbli­żał się do niego. 

Kamil drżał na całym ciele. Pró­bo­wał na czwo­ra­ka cof­nąć się pod ścia­nę, cicho łka­jąc. 

Wtedy stało się coś, czego nikt się nie spo­dzie­wał. 

Burek za­ata­ko­wał. 

Rzu­cił się na Ka­mi­la, który krzyk­nął tak gło­śno, że aż za­dzwo­ni­ło mi w uszach. 

Stwór za­czął go roz­szar­py­wać, jak wy­głod­nia­łe zwie­rzę. W jed­nej chwi­li po­miesz­cze­nie wy­peł­ni­ło się krwią, która była wszę­dzie. 

Sta­li­śmy w szoku, nie­zdol­ni się ru­szyć. 

Karol otwo­rzył usta ze zdzi­wie­nia. Wzrok miał mętny, jakby nie­obec­ny. 

– O… O cho­le­ra… on… on go… zabił… – Wska­zał drżą­cą ręką Burka, który z gło­śnym mla­ska­niem po­ży­wiał się Ka­mi­lem. 

– Mu­si­my stąd ucie­kać! – krzyk­nął Marek, ła­piąc Ka­ro­la za boki. 

Męż­czy­zna jakby się ock­nął. Prze­tarł twarz ręką i ru­szył za Mar­kiem do kuch­ni.

Uda­łem się za nimi, nie bar­dzo wie­dząc, co robić. 

Scho­wa­łem się w sza­fie, Karol wszedł pod stół, a Marek pod ku­chen­kę. 

Usły­sze­li­śmy kroki… Burek tutaj był. 

Przez szpa­rę wi­dzia­łem, jak cho­dzi z po­sta­wio­ny­mi na bacz­ność czuł­ka­mi. 

Cho­dził i węszył. 

Karol pod sto­łem trząsł się, cały czer­wo­ny na twa­rzy. Za­sło­nił usta dłoń­mi, za­my­ka­jąc oczy, z któ­rych le­cia­ły mu łzy. 

Burek był bli­sko niego i w pew­nym mo­men­cie… spoj­rzał na Ka­ro­la ja­sny­mi, świe­cą­cy­mi ocza­mi. 

Męż­czy­zna wrza­snął. 

– Nie! Zo­staw mnie! Pro­szę! – krzy­czał, ale Burek nie po­słu­chał. 

Wiel­ką łapą prze­wró­cił stół i ryk­nął prze­raź­li­wie, tak gło­śno, że chyba sły­chać było go na Zie­mię. Karol za­czął się czoł­gać, a stwór chwy­cił go za nogę, wbi­ja­jąc w nią ostre jak brzy­twa zęby. 

Męż­czy­zna prze­raź­li­wie wrza­snął, gdy krew po­cie­kła stru­mie­niem na pod­ło­gę. 

Za­czą­łem pła­kać. Karol nie miał szans. 

Tak bar­dzo chcia­łem co­kol­wiek zro­bić, ale nie mia­łem po­ję­cia, co! Wszyst­ko dzia­ło się tak szyb­ko!

W tym mo­men­cie spod ku­chen­ki wy­szedł Marek, trzy­mał coś w rę­kach, nie­bie­ską butlę! Pal­nik ga­zo­wy! 

Po­czu­łem nie­sa­mo­wi­tą ulgę! I aż… krzyk­ną­łem z ra­do­ści. 

Burek stra­cił za­in­te­re­so­wa­nie Ka­ro­lem i spoj­rzał w stro­nę Marka. 

– Ludz­kość nie po­wsta­ła po to, by dać się za­stra­szać – mówił męż­czy­zna, ce­lu­jąc pal­ni­kiem w stwo­ra. – By­li­śmy dla cie­bie mili i tak się nam od­pła­casz? Da­li­śmy ci dom! Schro­nie­nie i je­dze­nie! – krzy­czał, a pot spły­wał mu po czole. – Ale teraz, panie Burek, po­ca­łuj mnie pan w dupę!

Na­ci­snął spust pal­ni­ka i… usły­sza­łem tylko suche klik­nię­cie. 

– Sze­fie… – ode­zwał się Karol, łka­jąc. – Nie ma… nie ma gazu. 

Marek wy­pu­ścił pal­nik z rąk. 

– O cho­le­ra… – po­wie­dział. 

Burek w oka­mgnie­niu rzu­cił się na niego, wbi­ja­jąc w szyję zęby. 

Krew try­snę­ła na całe po­miesz­cze­nie, wpa­da­jąc przez szcze­li­nę do mojej kry­jów­ki. 

Zro­bi­ło mi się słabo, gdy sły­sza­łem ago­nal­ne krzy­ki Marka. 

Gdy po­twór po­ży­wiał się sze­fem, Karol wstał i ku­le­jąc pró­bo­wał wy­do­stać się z po­miesz­cze­nia. 

Ki­bi­co­wa­łem, żeby mu się udało. Był już tak bli­sko, już pra­wie po­czuł smak wol­no­ści, gdy nagle… Burek sko­czył na niego, przy­gnia­ta­jąc do pod­ło­gi. 

Męż­czy­zna wydał z sie­bie je­dy­nie stłu­mio­ny dźwięk, po czym Burek ode­rwał mu głowę, jak szma­cia­nej lalce. 

Za­sło­ni­łem usta dło­nią, żeby nie krzyk­nąć. 

Wi­dzia­łem, jak cały świat traci barwy, czu­łem się coraz bar­dziej słaby, aż w końcu… na­sta­ła ciem­ność…

 

 

 

***

 

 

Nie wiem, jak długo byłem nie­przy­tom­ny, ale gdy się ock­ną­łem, ni­g­dzie nie do­strze­głem Burka. Przez szpa­rę w drzwiach wi­dzia­łem je­dy­nie po­szar­pa­ne, nie­do­je­dzo­ne ciała Marka i Ka­mi­la i po­czu­łem, jak robi mi się nie­do­brze. 

Usły­sza­łem kroki… ktoś cho­dził po sta­cji. 

Ci­śnie­nie od razu mi się pod­nio­sło. Spo­dzie­wa­łem się, że po­twór przyj­dzie i po mnie, ale nie… do kuch­ni we­szło dwóch męż­czyzn w ska­fan­drach. Nie­śli jakąś wiel­ką skrzy­nię. 

– Co za ma­sa­kra… – po­wie­dział jeden z nich. 

– Tyle krwi… – dodał drugi.

Po­wo­li otwo­rzy­łem drzwi szafy, które wy­da­ły z sie­bie nie­przy­jem­ne skrzyp­nię­cie. 

Męż­czyź­ni od razu po­pa­trzy­li w moją stro­nę. 

– O cho­le­ra! Ktoś żyje! 

Upa­dłem na pod­ło­gę, cały drżąc, a oni… po­de­szli do mnie, do­ty­ka­jąc, jakby chcie­li się upew­nić, czy je­stem praw­dzi­wy. 

Do­pie­ro wtedy za­uwa­ży­łem napis na skrzy­ni „Sta­cja Miluś – za­opa­trze­nie żyw­no­ścio­we”. Wy­da­łem z sie­bie cichy szloch, czu­jąc jak łzy spły­wa­ją mi po twa­rzy. 

– Wi­dzia­łeś co się stało? – za­py­tał jeden z męż­czyzn. – Kto to wszyst­ko zro­bił?! – dodał.

Spoj­rza­łem na nich, a póź­niej na przed­miot, który przy­nie­śli.

– Spóź­ni­li­ście… – od­par­łem drżą­cym gło­sem. – To był Burek.

 

 

 

Koniec

Komentarze

Wrzuciłeś tekst dwa razy, usuń jeden. 

"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."

Ciekawa ta praca na Księżycu, owszem. Świetnie mi się czytało :) Gratuluję pomysłu!

 

Pozdrawiam serdecznie :)

Bardjaskier

Zrobione ;)

 

Teo Max

Dzięki! Cieszę się, że opowiadanie się podobało! ;)

Ciekawie się czytało i dobry pomysł na opowiadanie. Dla mnie to trochę klimat jak Kapitan Bomba. Jeśli to część serii to zajrzę i do innych. Pozdrawiam!

Dzięki! Bardzo mi miło, że opowiadanie siadło! ;)

I w sumie… trochę tak, Kapitan Bomba w Januszexie na księżycu ;D

Jak zajrzysz do innych części to mam nadzieję, że też się spodobają! ;)

Pozdrawiam! ;)

Cześć

Dobrze stopniujesz wprowadzanie w historię. Ekspozycja nie wskazuje na późniejsze wydarzenia przez co świetnie zaskakujesz czytelnika. Niepotrzebnie wizualnie wydłużasz tekst ładując się co chwilę od nowej linii, czemu to ma służyć? Rozumiem, że gdy pojawia się akcja jest to uzasadnione, ale stosujesz to po całości.

Myślę, że chłopaki są w psychiatryku. Burek świetnie współgra z całością. Podoba mi się żartobliwy ton opowiadania. 

Klik!

Pozdrawiam

Cześć ;)

Dzięki za klik i cieszę, że opowiadanie się podobało! ;)

Co do akapitów… przyznam szczerze… nigdy nie zwracałem na to uwagi, czasem robię je tak odruchowo. Postaram się bardziej na to patrzeć przy kolejnych tekstach ;D

Fajnie, że zakończenie zaskoczyło! ;)

 

Pozdrawiam serdecznie! ;)

Cześć.

Fajny pomysł, podobał mi się oczywiście Burek. Wyprawa na księżyc przypomniała mi opowiadanie, które pisałem w podstawówce jako wypracowanie. Miło cofnąć się o tyle lat.

Dziękuję i pozdrawiam.

 

Cześć! ;)

Super, że Burek się spodobał! ;D

A i cieszę się, że w jakiś sposób przywróciłem wspomnienia z dawnych lat ^^

Pozdrawiam serdecznie! ;)

Super się czytało. Pomysł naprawdę dobry! Trochę szczerze mówiąc podejrzewałem, jak to się skończy, ale i tak finał był ekscytujący. Brawo! Najlepsze zdanie w tym tekście: "wszechświat nie ma obowiązku być zrozumiały".

bogjelen

Cześć! ;)

Ciesze się, że czytało się super! ;)

A już tym bardziej, że jeden z cytatów Marka zapadł w pamięć! ;D

Pozdrawiam serdecznie! ;)

No cóż, Dovio, tym razem obyło się bez maskotek, ale zadbałeś, by zostały godnie zastąpione przez Burka.

Wyznam, że bardzo niewiarygodny wydaje mi się sposób, w jaki Wojtek trafił na Księżyc – bez przygotowania, bez żadnych badań, bez jakiegokolwiek instruktażu, w dodatku poleciał sam – niewiarygodne! A przecież miał tylko odhaczyć się w urzędzie zatrudnienia…

Późniejsze wydarzenia na Srebrny Globie, zwłaszcza po pojawieniu się Burka, były dość przewidywalnie, zwłaszcza przy opóźniającej się dostawie wiktuałów.

Nie czytało nie najgorzej, ale też nie mogę powiedzieć, że opowiadanie mnie porwało, tym bardziej, że wykonanie, niestety, pozostawia wiele do życzenia.

 

Obu­dzi­łem się wcze­śnie rano… → Wystarczy: Obu­dzi­łem się wcze­śnie

Zbędne dookreślenie – raczej nie mógł obudzić się wcześnie w południe lub wieczorem.

 

facet po dru­giej stro­nie pod­niósł wzrok i uśmiech­nął sze­ro­ko… → Pewnie miało być: …facet po dru­giej stro­nie pod­niósł wzrok i uśmiech­nął się sze­ro­ko

 

– Sta­ram się, ale wi­docz­nie to chyba nie dla mnie, nie? Skoro tyle czasu tu przy­cho­dzę i… – Roz­ło­ży­łem ręce – i nic! → Potraktowałabym to jak wtrącenie i zapisała małą literą: – Sta­ram się, ale wi­docz­nie to chyba nie dla mnie, nie? Skoro tyle czasu tu przy­cho­dzę i… – roz­ło­ży­łem ręce – i nic!

 

Gość za okien­kiem uśmiech­nął się i wy­cią­gnął z szu­fla­dy pięć… zdra­pek? → Raczej: Gość w okienku/ za szybą uśmiech­nął się i wy­cią­gnął z szu­fla­dy pięć… zdra­pek? 

 

z wciąż  sze­ro­kim uśmie­chem. → Wystarczy jedna spacja.

 

i po chwi­li moim oczom uka­zał się napis „BRAK WY­GRA­NEJ”. → A może zwyczajnie: …i po chwi­li zobaczyłem napis „BRAK WY­GRA­NEJ”.

 

W radiu grała skocz­na mu­zycz­ka… → Muzyka nie gra – grają muzycy na instrumentach.

Proponuję: Radio nadawało skocz­ną mu­zycz­kę

 

Bus skrę­cił nagle w prawo i za­trzy­mał. → Co/ kogo zatrzymał bus?

Pewnie miało być: Bus skrę­cił nagle w prawo i za­trzy­mał się.

 

Po­sze­dłem więc i po kilku kro­kach zbli­ży­li­śmy się do ra­kie­ty. 

Pod­szedł do mnie jakiś typ i wrę­czył dużą torbę. → Nie brzmi to najlepiej.

Proponuję pierwsze zdanie: Ruszyłem więc i po kilku kro­kach zbli­ży­li­śmy się do ra­kie­ty

 

Od­wró­cił się i za­czął od­cho­dzić. 

– Do zo­ba­cze­nia i miłej pracy! I pro­szę pa­mię­tać jedno… – Od­wró­cił się. → Nie brzmi to najlepiej.

Proponuję w pierwszym zdaniu: Ruszył z powrotem

 

Wtedy zo­ba­czy­łem go ostat­ni raz. → Wtedy widziałem go ostat­ni raz.

 

na spo­tka­nie ze świę­tym Pio­trem… → …na spo­tka­nie ze Świę­tym Pio­trem

 

mężczyznę w średnim wieku, z czarną bródką i krótkimi włosami. → Zobaczył to wszystko, mimo że mężczyzna był w hełmie?

 

Była cała biała, z okrą­głą ko­pu­łą za­miast dachu… → Zbędne dookreślenie – kopuła jest okrągła z definicji.

 

na środ­ku któ­rej stała an­te­na sa­te­li­tar­na. → Raczej: …na środ­ku któ­rej tkwiła an­te­na sa­te­li­tar­na. Lub: …na środ­ku któ­rej zamontowano antenę satelitarną

 

Otóż nie na­ci­snął klam­ki, nie wci­snął przy­ci­sku… → Nie brzmi to najlepiej.

Proponuję: Otóż nie skorzystał z klam­ki, nie użył przy­ci­sku…

 

Wsta­łem na równe nogi, jak ra­żo­ny pio­ru­nem. → Skoro jak rażony piorunem, to raczej: Zerwałem się na równe nogi, jak ra­żo­ny pio­ru­nem.

 

Z sze­ro­ko otwar­ty­mi ocza­mi roz­glą­da­łem się… → Nie rozglądał się z oczami.

Wystarczy: Sze­ro­ko otwar­ty­mi ocza­mi roz­glą­da­łem się

 

Za­pie­rał dech w pier­siach. → Za­pie­rał dech w pier­si.

 

Z ja­kie­goś dziw­ne­go po­wo­du, roz­ba­wi­ło mnie to. → Co dziwnego było w powodzie?

 

wpadłem na Kamila i razem upadliśmy na powierzchnię Księżyca. → Nie brzmi to najlepiej.

Proponuję: …wpadłem na Kamila i razem przewróciliśmy się na powierzchnię Księżyca.

 

Na gło­wie miał dwie wiel­kie czuł­ki… → Czułek jest rodzaju męskiego, więc: Na gło­wie miał dwa wiel­kie czuł­ki

 

Czu­łem się nie­sa­mo­wi­cie zmę­czo­ny, a o sy­tu­acji z obcym stwo­rem my­śla­łem, nie mogąc za­snąć. → A może: Czu­łem się nie­sa­mo­wi­cie zmę­czo­ny, ale nie mogąc za­snąć, myślałem o sy­tu­acji z obcym stwo­rem.

 

Po­czu­łem, jak cały się ru­mie­nie. → Po­czu­łem, że cały się ru­mie­nię.

 

– Ko­niec na dzi­siaj, wra­ca­my na bazę – po­wie­dział Marek. → – Ko­niec na dzi­siaj, wra­ca­my do bazy – po­wie­dział Marek

Choć zdaję sobie sprawę, że Marek nie musiał mówić poprawnie.

 

Z uśmie­chem na twa­rzy uda­łem się na od­po­czy­nek. → Czy dookreślenie jest konieczne? Czy mógł mieć uśmiech w innym miejscu, nie na twarzy?

A może: Z radością uda­łem się na od­po­czy­nek.

 

– Pro­po­nu­ję wziąć za to toast! → Toastu nie można wziąć!!! Toast można wznieść. Picie kawy nie jest toastem.

Sugeruję: – Pro­po­nu­ję to uczcić!

Za SJP PWN: toast «krótka przemowa wygłoszona w czasie przyjęcia dla uczczenia kogoś lub czegoś, po której następuje wypicie kieliszka alkoholu»

 

Burek cały czas błą­kał się po Księ­ży­cu, śpiąc pod gołym nie­bem… → Czy dobrze rozumiem, że Burek śpiąc, błąkał się? To był prawdziwy lunatyk. :)

A może miało być: Burek cały czas błą­kał się po Księ­ży­cu i spał pod gołym nie­bem

 

Po wy­pi­tej kawie, każdy udał się do po­ko­jów. → Do ilu pokojów udał się każdy?

Proponuję: Wypiwszy kawę, każdy udał się do swojego pokoju.

 

Cho­dził i wą­chał. → Raczej: Cho­dził i węszył

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Cześć! ;)

Szkoda, że nie porwało, ale fajnie, że chociaż nie czytało się najgorzej! ;)

I tak, to jak Wojtek trafił na Księżyc było dość… specyficzne, ale o to chodziło ;D Pan Zdrapka nie ma żadnych skrupułów przed wsadzeniem gościa do rakiety, chociaż facet godzinę wcześniej siedział w pośredniaku ;D

Dzięki za wskazanie błędów, szkoda, że znowu było ich tak dużo :( Na pewno wszystkie poprawię! ;)

 

Pozdrawiam serdecznie! ;)

Ech, Dovio, nie tracę nadziei, że niebawem napiszesz opowiadanie, które mnie porwie i zadziwi. I tego Ci życzę. Powodzenia! :)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Zobaczymy, również mam taką nadzieję! ;D. Na pewno będę próbował jeszcze czymś zaskoczyć ;)

Dovio, jestem pewna, że na próbach się nie skończy, że od prób przejdziesz do czynów. :)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka