Takie coś, zrodzone z odczuć w stosunku do polityki. Zapraszam do lektury.
Bruce, są ze dwa delikatne wulgaryzmy. Ale na tyle lekkie, że nie wrzucałam tagu.
Takie coś, zrodzone z odczuć w stosunku do polityki. Zapraszam do lektury.
Bruce, są ze dwa delikatne wulgaryzmy. Ale na tyle lekkie, że nie wrzucałam tagu.
Prolog
W skrzynce pojawiło się nowe zadanie. Duch Sprawiedliwości otworzył je i przeczytał szczegóły:
Cel: Mujikar Rakhan, przewodniczący jednej z partii Zgromadzenia Narodowego.
Przewinienie: zdefraudowanie pieniędzy przeznaczonych na budowę zapór przeciwpowodziowych.
Liczba ofiar śmiertelnych: 12 581.
Liczba osób, które straciły dach nad głową: 67 769.
Szacunkowe straty materialne: 4 mld USD.
Liczba rzuconych przekleństw: 2 115 684 (i ciągle rośnie).
Duch Sprawiedliwości z zadowoleniem pokiwał ektoplazmatyczną głową. Lubił pracować z politykami. Przez jakiś kwadrans opracowywał strategię, po czym zmaterializował się w stolicy.
Dwa tygodnie wcześniej
Mujikar Rakhan nie lubił osobiście rozmawiać z politykami spoza własnej partii. Ale nie wszystkie sprawy można powierzyć papierowi, a jeszcze mniej – elektronice.
– Być może dotarły do pańskich uszu ohydne pomówienia, jakoby nie wszystkie pieniądze przeznaczone na zapobieganie powodziom trafiły we właściwe miejsca – powiedział przewodniczący do ministra sprawiedliwości. – Oczywiście, nie ma w nich ani krzty prawdy.
– Nie wątpię w to – zgodził się skwapliwie minister.
– Mogłoby to zaszkodzić jedności koalicji, a tym samym dobru całego państwa, gdyby sądy zaczęły podważać naszą prawdomówność w tej kwestii, a dziennikarze mogli nas szkalować.
– Nie możemy do tego dopuścić. – Minister wydawał się chętny do współpracy. – Myślę, że kampania PR w mediach bardzo by pomogła społeczeństwu spojrzeć na te sprawy z właściwej perspektywy. Znam kilku ludzi, którzy chętnie by nam pomogli. Nie za darmo, niestety…
Sukinsyn świetnie się targował. Gdyby minister gospodarki wykazywał równie wiele talentu, co kolega od sprawiedliwości, kraj w ciągu dziesięciu lat dogoniłby pod względem PKB Malezję i Filipiny razem wzięte. Ale w końcu udało się z tą chciwą mendą dogadać i Mujikar mógł żywić przekonanie, że kłopotliwe (a z ręką na sercu – całkiem zasadne) doniesienie nigdy nie ujrzy światła dziennego. A jeśli ludzie od wieków mieszkają w Południowej Azji, to odporność na powodzie powinni już mieć w genach.
Obecnie
Rezydencja polityka robiła wrażenie. Pan przewodniczący niczego sobie nie żałował. Oficjalnie wyznawał islam, ale w domu nie brakowało rzeźb przedstawiających ludzi oraz zwierzęta. I bynajmniej nie wykonano ich z pospolitego kamienia ani taniego brązu. Duch Sprawiedliwości mimochodem sprawił, że złoty posążek Buddy stojący przy drzwiach do głównej sypialni pokrył się krwawymi zaciekami.
Trzy godziny później Duch z zainteresowaniem obserwował, jak przewodniczący usiłuje prowadzić śledztwo wśród służby i złości go, że absolutnie nikt nie przyznaje się do oblania rzeźby krwią.
Rakham zapowiedział wszystkim, że winny zostanie ukarany z całą surowością, po czym wezwał policję. Duch Sprawiedliwości, skręcając się w bezgłośnym śmiechu, zmienił krew z kurczęcej na ludzką, idealnie pasującą do DNA dysydenta, który tydzień temu zmarł w więzieniu. A to się pan przewodniczący zdziwi…
***
Kiedy już napatrzył się do syta, jak jego cel miota się, próbując zamieść pod dywan rezultaty śledztwa, na które sam naciskał jeszcze przed dwoma dniami, Duch Sprawiedliwości przeszedł do swojej właściwej roboty. Jak zazwyczaj przystąpił do pierwszego, raczej delikatnego punktu programu. Zsyłał na Rakhana koszmary.
Przewodniczący każdej nocy w snach oglądał niekończące się sekwencje twarzy. Każda z nich mówiła, że umarła na skutek powodzi, opowiadała o swoich niezamkniętych ziemskich sprawach; dzieciach do wychowania, zniedołężniałych rodzicach wymagających opieki, polach do obrobienia, długach do ściągnięcia i oddania… Każda zjawa błagała polityka, aby zajął się tym, czym ona już zająć się nie może. Każda żądała, aby Mujikar ukarał winnych zaniedbań przy zabezpieczeniach przeciwpowodziowych. Żadna twarz nie należała do prawdziwej ofiary żywiołu, ale o tym Rakhan nie musiał wiedzieć.
Polityk najpierw zareagował jak przeciętny człowiek: spał jak najmniej, wypijał całe litry kawy. Po tygodniu takiego trybu życia czuł się wiecznie zmęczony i nie potrafił skoncentrować się na najprostszym zadaniu.
Wówczas poprosił lekarzy o medykamenty, które ograniczyłyby fazę REM i marzenia senne. Fachowcy przy wsparciu chemii rozwiązali problem, ale sumienie pamiętało.
***
Duch Sprawiedliwości zaczął bawić się w poltergeista. A to poprzesuwał drobiazgi na biurku, kiedy właściciel odwrócił się na moment, a to z hukiem przewrócił krzesło zbyt ciężkie, by ktokolwiek uwierzył, że mogło upaść na skutek przeciągu, a to trochę pohałasował lub nasmrodził. W niedostępnych dla służby miejscach zostawiał samoprzylepne karteczki z napisami „muszę się przyznać do defraudacji”, „nigdy nie zdołam odkupić swoich win”, „nie zasłużyłem na żaden głos, który otrzymałem” i wieloma podobnymi. Oczywiście charakter pisma niczym się nie różnił od tego na odręcznych notatkach Mujikara. Gdyby polityk odważył się pokazać je grafologowi, dowiedziałby się, że sam jest ich autorem.
Pan przewodniczący uparcie udawał, że nie dostrzega nic nadzwyczajnego. Karteczki palił lub darł na strzępki i spuszczał w toalecie. W odpowiedzi na niespokojne pytania rodziny łgał jak z nut i wmawiał bliskim, że tylko im się wydawało. Duch Sprawiedliwości nawet się cieszył z tej reakcji – lubił wyzwania.
Rakhan jednak przejął się niemożliwymi do wyjaśnienia wydarzeniami. W tajemnicy przed wszystkimi postronnymi udał się do psychiatry, na którego miał potężne haki – dowody zdefraudowania pewnych (stosunkowo niewielkich jak na polityczne standardy) kwot oraz zdjęcia przedstawiające lekarza podczas tak niemiłych Allahowi aktów sodomii.
Opowiedział szczegółowo o męczących snach i zarwanych nocach. Do tego mógł się przyznać bez obaw, tym bardziej że należycie podkoloryzował rzeczywistość, podkreślając troskę o dobro narodu. Wspólnie przeprowadzili całą baterię rozmaitych testów i badań. Nic nie wykazały, to znaczy nie znaleźli ani śladu choroby trapiącej umysł polityka. Mujikar zachodził w głowę, jak jeszcze można wytłumaczyć nękające go przywidzenia.
***
Wreszcie Duch Sprawiedliwości przeszedł do następnego etapu działań i zaczął robić coś, co naprawdę mogło zaboleć Rakhana – niszczył cenne rzeczy zgromadzone w posiadłości.
Na przykład na płótnie siedemnastowiecznego europejskiego artysty wymalował krwawy napis „Mujikarze Rakhanie, przyznaj się do winy!”. W sanskrycie. Nawet ładnie wyszło, jak czerwony szlaczek pełen zawijasów i spirali przechodzący po przekątnej obrazu.
Przewodniczący schował sprofanowane dzieło za szafę – najwidoczniej śledztwo w sprawie posążka Buddy czegoś go nauczyło. Na miejscu obrazu zawiesił kilka pamiątkowych fotografii ze szczytu Asia-Pacific Economic Co-operation.
Innym razem Duch Sprawiedliwości przemienił dwie ukryte w sejfie spore sztabki złota w skrzepniętą krew. Od tej pory wyglądały jak dwa olbrzymie strupy. Wciąż zachowywały znaki próby i symbole mennicy, tylko ważyły o wiele mniej. Utraciły również chłodną gładkość właściwą dla złota. Duch Sprawiedliwości zaplanował sobie, że następne dwie sztabki transformuje w zamarznięte błoto powodziowe.
Polityk zareagował błyskawicznie, zanim Duch Sprawiedliwości zdążył wcielić błotny projekt w życie. Wkrótce po znalezieniu „strupów” w sejfie Rakhan zaczął upłynniać swoje zasoby. Jakieś mniej cenne antyki zostawił, na próbę, w rezydencjach wypoczynkowych. Ale złoto i najstarsze dzieła sztuki po cichutku szły pod młotek, a pieniądze lądowały w egzotycznych krajach słynących z dyskrecji finansowej lub wyjątkowo liberalnych przepisów podatkowych.
To posunięcie zaskoczyło Ducha Sprawiedliwości, lecz nie myślał długo nad odpowiedzią. Następnego dnia z każdego banku przechowującego bogactwa Mujikara wyszedł przelew w wysokości co najmniej stu tysięcy dolarów na cele charytatywne.
Kiedy pan przewodniczący się zorientował, przez pół godziny klął w trzech językach. A potem zlecił bankom, aby każdy przelew powyżej tysiąca baksów uzgadniać telefonicznie. Z nim i tylko z nim.
***
Skoro Duch Sprawiedliwości nie mógł sięgnąć do majątku Mujikara, zaczął robić mu drobne fizyczne krzywdy. Nie jest łatwo skaleczyć człowieka używającego nowoczesnej maszynki do golenia ze wszystkimi zabezpieczeniami. Ale byty pokroju Ducha Sprawiedliwości potrafią pokonywać i po wielekroć trudniejsze przeszkody.
Mujikar Rakhan więc co i rusz zacinał się przy goleniu. Do tego notorycznie oblewał się gorącą kawą. Kiedyś skręcił nogę w kostce, wstając z łóżka. Przy każdej kontuzji odnosił wrażenie, że słyszy przenikliwy syk:
– Mujikarze, przyznaj się do winy!
Potrząsał wówczas głową, zaciskał usta i zęby, a po chwili sięgał po następny bandaż, plaster lub tabletkę przeciwbólową. W ramach zapobiegania wypadkom zapuścił brodę i zaczął pić mrożoną kawę (fala upałów akurat sprzyjała chłodnym napojom). Poruszał się wolno i ostrożnie.
Ani myślał poddawać się jakimś podłym insynuacjom – nie miał sobie nic do zarzucenia. To inni, zwłaszcza konkurencji polityczni, zachowywali się o wiele gorzej.
To mocne postanowienie zachwiało się dopiero na widok tego, co wydarzyło się z ulubieńcem jego małżonki, rozleniwionym kocurem Sahasim.
Na oczach polityka niewidzialna siła uniosła Sahasiego z jedwabnej błękitnej poduszki, potrzymała przez pół sekundy w górze, po czym cisnęła o ścianę. Znowu dał się słyszeć syczący szept:
– Rakhanie, przyznaj się do winy!
– A czy to przywróci życie sierściuchowi? – odparował cicho, lecz zuchwale polityk i oddalił się do innego skrzydła, zanim ktokolwiek mógłby go połączyć ze śmiercią kota.
Od tego popołudnia przewodniczący zaczął regularnie odprawiać wszystkie obowiązkowe modły. Nie na pokaz, tylko w zaciszu sypialni lub gabinetu, twarzą do Mekki, także w nocy i o świcie. Także zakat popłynął stabilnym strumyczkiem do potrzebujących.
Duch Sprawiedliwości odczuwał coś na kształt podziwu do swojej ofiary. Rzadko kto dochodził aż do tego etapu. Duch oczywiście również nie zamierzał ustąpić. On nie miał nic do stracenia. W odróżnieniu od Rakhana…
Służba wszystko sprzątnęła, wywabiła kocią krew z dywanu i poduszek. Uznano, że Sahasi chciał rzucić się z szafy na mysz, ale źle wycelował i uderzył łebkiem w ścianę.
Duch Sprawiedliwości cierpliwie poczekał na odpowiednią konfigurację osób: Mujikar znowu w drzwiach do naznaczonego śmiercią pokoju, a jego czteroletni synek wewnątrz. Duch uniósł zaskoczone dziecko dobry metr nad podłogę…
– Przyznaję się! – wrzasnął polityk. – Wygrałeś!
Chłopiec, początkowo zachwycony lewitacją, zaczął się nerwowo wiercić w mocnym chwycie i popłakiwać.
– Zadzwoń do dziennikarza – syknął Duch Sprawiedliwości. – Dyktuję numer…
***
Rozmowa ze śmiertelnie zaskoczonym dziennikarzem trwała niemal dwie godziny. Obfitowała w rozmaite szczegóły, z numerami kont bankowych i sygnaturami rozmaitych urzędowych pism włącznie. Duch Sprawiedliwości odstawił chłopca na podłogę już na początku, ale do samego końca pilnował, by jego ojciec mówił całą prawdę i tylko prawdę.
Duch Sprawiedliwości sądził, że to już zrealizował zadanie. Mylił się. Rakhan zakończył wymuszone zwierzenia, odczekał niepełne dziesięć minut, nerwowo krążąc po pokoju i co chwilę zerkając na zegarek, po czym ponownie chwycił telefon. Duch podejrzał nad ramieniem polityka, że ten dzwonił do prokuratora generalnego. Cwaniaczek pozornie ustąpił, ale ani myślał składać broni!
Na szczęście wytłumienie zasięgu, a nawet nieodwracalne zniszczenie aparatu nie stanowiło najmniejszego problemu dla Ducha Sprawiedliwości i jego pobratymców. Rakhan w ogóle nie dostał szansy zaprezentowania swojemu prześladowcy, w jaki sposób zamierzał rozwiązać własny problem prokuratorskimi rękoma. Chwilowo.
Polityk cisnął ze złością uparcie milczący telefon. Zastanowił się przez moment i wysłał do prokuratora maila z prośbą o pilne spotkanie.
***
Oczywiście Duch Sprawiedliwości, niewidoczny dla ludzkich uczestników, brał udział w rozmowie. Doskonale słyszał, jak przewodniczący skłaniał prokuratora do aresztowania biednego dziennikarza. Nie żeby funkcjonariusz zbytnio się opierał czy miał jakieś wątpliwości natury etycznej. Od razu obiecał, że wyśle do pismaka najbardziej zaufanych ludzi.
Ale i Duch Sprawiedliwości miał jeszcze jakieś sztuczki w zanadrzu. Zanim policjanci dotarli do mieszkania dziennikarza, Duch pogrążył go w głębokim śnie i uczynił niewidzialnym. Nawet nie musiał rozkładać na wierzchu dowodów winy Rakhana – materiały do powstającego artykułu leżały na biurku. Wzbudziły spore zainteresowanie mundurowych. W końcu niemal każdy mieszkaniec państwa rozpoznawał to nazwisko i tę twarz.
Epilog
Ostatecznie Mujikar Rakhan przegrał, bo walka była nierówna. Acz nie aż tak nierówna, jak wyborcy z czołowym politykiem kraju.
Duch Sprawiedliwości szybko zrozumiał, dlaczego Mujikar bronił się aż tak uparcie. Należało oczekiwać, że towarzysze z partii odwrócą się od każdego, kto otwarcie przyzna, że zdefraudował miliardy przeznaczone na ratowanie istnień ludzkich. Ale koledzy Rakhana poszli o krok dalej. O pół kilometra dalej. Okazali się wyjątkowymi sukinsynami, nawet jak na polityków.
Dołożyli wszelkich starań, aby umieścić już byłego przewodniczącego w zakładzie psychiatrycznym. Wspólnymi siłami dokonali tego w ciągu dwóch miesięcy. Wykorzystano wszystko, łącznie z problemami ze snem, wynikami testów psychologicznym (o dziwo, teraz okazało się, że należy je interpretować całkiem inaczej) i wcześniejszymi dziwnymi tendencjami Mujikara do samookaleczeń. Duch Sprawiedliwości aż niemal poczuł się zażenowany, że sam przyczynił się do marnego końca swojego celu. Ale tylko niemal.
Potem politycy hojnie poświęcili lwią część majątku Rakhana na rozmaite odszkodowania i zadośćuczynienia. A kiedy były szef nie przedstawiał już żadnego zagrożenia, zaczęli walczyć między sobą o władzę nad partią i krajem.
Gdyby Mujikar Rakhan stanął przed sądem, najprawdopodobniej wylądowałby w więzieniu, ale nie dłużej niż na pięć, góra dziesięć lat. Lekarze dali mu dożywocie bez możliwości skrócenia wyroku, i to w zakładzie o wiele szczelniej zamkniętym. Cóż, widocznie przewodniczący najlepiej wiedział, czego spodziewać się po przyjaciołach.