Witam serdecznie.
To pierwsze opowiadanie, które tutaj publikuję. Osadzone jest ono w stworzonym przeze mnie świecie Aggemunth, w którym toczy się również akcja pisanej przeze mnie równolegle powieści. Opowiadanie nie jest jej fragmentem, ale poszerza historię o wydarzenia, które miały miejsce wcześniej.
Inspiracją do napisania tego opowiadania było podejście do własnej śmierci osoby, która z odwagą potrafiła stawić jej czoła.
Będę wdzięczny za uczciwy feedback i wszelkie uwagi. ;)
Noc była zimna, a jesienny wiatr wył za oknem. Gałęzie rosnących gęsto drzew midańskiej puszczy skrzypiały pod naporem żywiołu. Słaby poblask księżyca wpadał przez pokrytą lepkim brudem szybę chaty na krańcu świata. We wnętrzu woń dogasających świec mieszała się z drażniącym zapachem bulgoczącego z wolna wywaru.
Mbali przyłożyła świeży okład do rozpalonego czoła matki. Kobieta od rana nie powiedziała już ani słowa. Tylko co jakiś czas unosiła powieki, by rozejrzeć się wokół. Jakby na kogoś jeszcze czekała.
Młoda zielarka próbowała już wszystkiego, czego nauczyła ją matka. Lecz nawet najmocniejsze zioła nie były w stanie usunąć twardego guza deformującego brzuch kobiety. Już wczoraj przestała oddawać mocz, a nogi z każdą chwilą bardziej puchły.
Mbali czule pogładziła matkę po twarzy, wspominając jak wielu osobom ona pomogła. Gdyby choć teraz mogła jej doradzić. Powiedzieć, co robić. Lecz ona milczała.
Nagły błysk rozświetlił przestrzeń, a grzmot wstrząsnął całą chatą. Ogień w palenisku zapłonął mocniej, strzelając iskrami, które uleciały w głąb komina.
Drzwi chaty otwarły się z hukiem.
Do wnętrza wdarła się gęsta niczym mleko mgła. Deski jęknęły pod krokami przybysza, a talizmany zawieszone na jego szamańskiej lasce zadźwięczały.
– Noemi… – Mbali zadrżała na dźwięk jego ochrypłego głosu.
– Ojcze… – wyszeptała z bólem. – Jeszcze oddycha.
Szaman podszedł powoli. Usiadł na brzegu łoża kobiety, delikatnie ujmując wychudzoną dłoń.
– Nekharonie… – wyszeptała niewyraźnie, a jej oblicze na krótką chwilę złagodniało. – Jesteś…
– Tak, moja piękna… jestem – odparł, miękko przykładając palec do wyschniętych ust.
Grzmot ponownie rozdarł niebo nad puszczą, a szaman z niepokojem spojrzał w stronę drzwi. Gdzieś w oddali głucho zadudniły bębny.
– Wycięcie guza to jedyna szansa – rzekła cicho Mbali, kładąc na prześcieradle zestaw narzędzi. – Proszę…
Szaman spojrzał ze smutkiem w oczy córki. Jej policzki były mokre od łez, a usta drżały. Zawahał się. Robił to już przecież nieraz. Wiedział, że to możliwe. Lecz czy na pewno dla niej najlepsze…?
– Zagrzej wodę… – odparł w końcu. – I przygotuj szmaty. Dużo szmat.
***
Położyli ją na stole. Zapalili więcej świec i odsłonili brzuch. Twardy jak kamień guz napinał skórę poniżej pępka. Krew wyciekała z krocza, kapiąc pomiędzy deskami na podłogę. Naraz oddech kobiety zwolnił, a źrenice zwęziły się. Gorzki wyciąg z maku zaczynał działać. Mieli mało czasu.
Nekharon chwycił ostrze wyparzone w odkażającym wywarze i położył dłoń na jej brzuchu. Wiedział, że ból i tak nadejdzie, lecz większa dawka mogła ją zabić.
Spojrzał na talizman, który ofiarował jej lata temu. Nie rozstawała się z nim nawet przez chwilę.
A jeśli umrze od jego noża? Jeśli tylko doda jej cierpienia? Myśli krążyły w głowie szamana bez ustanku.
Zacisnął powieki i znów ją ujrzał. Piękną. Jak dawniej…
***
Tańczyli w blasku księżyca, nad brzegiem Jeziora Mętnego, w którego gładkiej, czarnej tafli odbijały się migoczące na nieboskłonie gwiazdy. Chłód nocy coraz mocniej osiadał na ich skórze.
Wataha bagiennych wilków zawyła po drugiej stronie jeziora. Dla nich jednak nie istniało nic poza ciepłem splecionych dłoni i bliskością oddechu.
– Za każdym razem, gdy znikasz z mych oczu, boję się, że stracę cię na zawsze – szepnęła Noemi.
– A jednak za każdym razem wracam… – odparł młody szaman z uśmiechem.
– Proszę, Nekharonie… – Zatrzymała go nagle, a na jej twarzy nie było uśmiechu. – Przysięgnij mi, że nigdy nie zaryzykujesz własnym życiem.
– Wiesz przecież, że nie mogę tego zrobić…
– Tak… wiem… – Odwróciła się w stronę jeziora, puszczając jego dłoń. – Lecz ty nie rozumiesz lęku, jaki mną targa każdej nocy, gdy wyczekuję twego powrotu…
– Sprzeciwiłbym się samym zaświatom, by do ciebie wrócić, moja piękna – wyszeptał, otulając ją ramionami. Czuł łomoczące w jej piersi serce. Słyszał świst przyspieszonego oddechu.
Dłuższą chwilę wpatrywali się w zgromadzoną ponad taflą jeziora mgłę. Nocne cienie wydawały się tańczyć pośród niej, jakby duchy umarłych tej nocy zstąpiły na ziemię.
– Czy boisz się umrzeć, kochana?
– Nie… – odparła cicho, gładząc jego dłoń. – Lękam się bycia ciężarem. Lękam się cierpienia i kalectwa. Ale nie, śmierci się nie boję.
***
Wspomnienie zbladło, ucichło… Po chwili przyszło jednak następne, ciemniejsze, bardziej ciążące na sercu.
Mężczyzna leżał na stole bez życia, choć jego krzyk jeszcze przed chwilą rozbrzmiewał w izbie chaty. Krew ściekała po łokciach Nekharona, stojącego nad szeroko rozwartą raną brzucha. Noemi siedziała z opuszczoną głową, wciąż przyciskając dłonie do uszu.
Zapach wyciągu z maku unosił się w powietrzu. I choć Noemi dobrze znała siłę jego działania, widziała, że nawet on nie potrafi uśmierzyć bólu całkowicie.
– Tak niewiele brakowało… – wyszeptał szaman gorzko.
– Niewiele? – Noemi podniosła na niego wzrok. – Czy to, przez co on przeszedł, było tego warte?
Nekharon nie odpowiedział. Spojrzał w otwarte nadal oczy mężczyzny. Był jeszcze młody. Mógł żyć.
– Miałem mu odmówić pomocy?
– Czasem odmówić to zrobić więcej – odparła.
– Ty byś potrafiła?
– Nie wiem… Ale gdyby mnie pozostało jedynie cierpienie, wybrałabym spokój śmierci.
***
Szaman spojrzał na spierzchnięte, sine usta Noemi. Policzki miała zapadnięte, a na skórze perlił się pot.
– Nie mogę tego zrobić… – mruknął, odkładając ostrze.
– Co takiego? – Mbali uniosła głos. – Przecież ona umrze, jeśli…
– Nie tego by chciała – westchnął Nekharon, a po jego policzku popłynęła łza. Wplótł palce w czarne, poprzetykane siwizną loki ukochanej.
– Jak możesz tak mówić? Myślisz, że ona nie chce żyć?!
W oczach córki widział jednocześnie lęk i gniew. Żadne słowa nie były teraz jej w stanie przekonać.
– Błagam cię… Ojcze… Choć jeden raz w życiu nie myśl tylko o sobie! – załkała, patrząc, jak on się odwraca. – Nie, nie odchodź! Nie! Proszę…
Drzwi chaty otwarły się z hukiem, a sylwetka szamana zniknęła w cieniu nocy. Jeszcze krótki rozbłysk w mroku, a później pozostał jedynie szloch i świst szalejącego pośród puszczy wiatru.
***
Wciąż oddychała, gdy wrócił do chaty. Szybciej. Płycej. Z większym bólem. I choć noc z każdą chwilą zbliżała się do końca, dla Noemi kolejny dzień miał już nie nadejść.
Mbali wtulała policzek w ciepłą jeszcze dłoń matki. Powieki miała zaciśnięte, a umysł zagubiony pomiędzy jawą i snem.
Czas upływał bezlitośnie, a szaman spoglądał na twarz Noemi. Wiedział, że nie da się zatrzymać tego, co nieuniknione.
Jeszcze kilka oddechów. Jeszcze kilka nierównych uderzeń serca, nim jej głowa całkiem opadła na miękką poduszkę. Nekharon pogładził dłonią policzek kobiety. Nie drgnęła. Nie otworzyła już oczu. Lecz wiedział, że jeszcze go słyszy.
– Byłaś moim światłem, które potrafiło rozproszyć każdy mrok… Do zobaczenia, moja piękna… po tamtej stronie… – wyszeptał, wsuwając jej w usta gładki kawałek obsydianu. Jeśli zmrużyć powieki, kształtem przypominał serce.
***
Policzki Mbali były mokre od łez. Nie słyszała już świstu oddechu, nie czuła już kołatania serca w piersiach matki. Bała się jednak otworzyć oczy. Chciała wciąż trwać przy niej, jeszcze przez chwilę… dopóki czuła jej ciepło.
Nekharon nakreślił na deskach podłogi symbole zaświatów. Wypełnił dwie czarki rumem, którego aromat w jednej chwili uniósł się w powietrze. Butelkę zatknął korkiem i postawił obok. Garść bagiennego ziela położył obok, a sam pociągnął gęsty dym z nabitej nim fajki. Wsunął pod język suszony owocnik widmogłowu. Cierpki, grzybny posmak rozlał się w ustach, wywołując znajome mrowienie warg i języka.
Jego źrenice się rozszerzyły. Głowa zrobiła się ciężka, a do uszu dobiegł rytmiczny dźwięk rytualnych bębnów. Powoli otwierał się na moce zaświatów. Uniósł jeszcze błędny wzrok, który zatrzymał się na przerażonej Mbali. Nie mógł już jednak przerwać rytuału.
Krąg zapłonął z początku blado, lecz szaman nie zawahał się. Zawołał, a jego głos niósł się daleko poza granice tego świata:
– Papa Legba! Papa Legba! Louvri baryè a pou mwen. Kite Baron Samedi pase![1]
Ogień buchnął mocniej, a chatę wypełnił wilgotny zapach cmentarnej ziemi. Powietrze wokół kręgu zaczęło wirować, z każdą chwilą przybierając na sile. Bębny dudniły głośno, przenikając niemal każdą jego myśl. Bramy zaświatów otwierały się z wolna, a powietrze zdawało się niemal gęstnieć od mgły, która mieszała się z duszącym dymem cygara ducha śmierci.
Stuk. Stuk. Stuk. Obcasy Barona wyznaczały swój własny rytm. Świat wokół wirował, a duch stanął pewnie pośrodku rytualnego kręgu. Chwycił czarkę wypełnioną rumem.
– Wezwałeś mnie, szamanie! – warknął ochryple Baron Samedi, wykrzywiając twarz w szyderczym uśmiechu. Poprawił cylinder, by ukryć przegniłą do cna skórę trupiej czaszki.
– Pozwól mej Noemi odnaleźć spokój po tamtej stronie… – rzekł szaman z bólem, spoglądając w oczy ducha.
– Tylko tyle? – Baron przechylił głowę, wypuszczając w twarz Nekharona chmurę dymu.
– Proszę…
– O, tak lepiej. – Duch skinął głową, szczerząc kredowobiałe zęby. – A co w zamian, szamanie? Chyba nie chcesz, by tułała się po najpodlejszych zakątkach zaświatów…
Samedi dolał rumu do swej czarki, by wypić go jednym haustem.
– Czego żądasz? – wycedził Nekharon, patrząc, jak duch śmierci przechadza się wokół ciała kobiety.
– Hmmm… – Baron pociągnął gęsty dym cygara, a żar rozświetlił jego oczy skryte dotąd w cieniu ronda cylindra. – Sto dusz!
– Sto… – wyszeptał szaman, a głos uwiązł mu w gardle. Nie zaprotestował. Nie śmiał.
– Sto dusz… zagubionych, które nie potrafią odnaleźć swej drogi na wieczny spoczynek – warknął duch, wbijając trupie palce w smukłą dłoń umarłej.
Nekharon opuścił głowę, a dusza Noemi powoli ruszyła za Baronem. Stuk. Stuk. Stuk.
– Zgoda! – odparł z goryczą szaman, zaciskając pięści. – Sto dusz w zamian za wieczny spokój dla niej.
Szyderczy śmiech ducha śmierci niósł się echem aż do zaświatów. Stuk. Stuk. Stuk.
Noemi na krótką jeszcze chwilę odwróciła się w stronę Nekharona. Musnęła dłonią jego policzek. Delikatnie. Zmysłowo. Nierealnie.
Odetchnął i zamknął oczy, a jego dłonie się rozluźniły.
***
Słońce chowało się za wulkanem górującym nad Masywem Durnhalu. Noemi opierała głowę na piersi Nekharona, patrząc, jak ostatnie promienie dnia tańczą pośród fioletu i czerwieni kłębiących się nad horyzontem chmur. Okryci jego płaszczem, wtuleni w siebie z całych sił, nie przejmowali się chłodem nadciągającej nocy.
– Czyż świat nie jest piękny? – Pogładziła czule jego szyję.
– Przy tobie nawet koniec dnia wygląda jak początek…
Uśmiechnęła się, spoglądając na dłoń, w której dotąd ściskał przeznaczony dla niej drobiazg.
– Ach… serce… – westchnęła, wpatrując się w błyszczący czarny kamień o wyjątkowym kształcie. – Jak zdołałeś go wypatrzyć?
Nie odpowiedział jednak. Spoważniał.
– Czy zgodzisz się zostać moją już na zawsze? – Odgarnął jej czarne loki, by spojrzeć w bezkres ukochanych źrenic.
– Każdy dzień z tobą to otchłań niepewności… – Pocałowała go, ściskając w dłoni gładki, zimny obsydian. – Ale żadnego nie oddałabym za spokojniejsze życie…
***
Brama zaświatów zamknęła się z głuchym trzaskiem, pochłaniając Barona i duszę, po którą przyszedł. Rytmiczny dźwięk bębnów cichł z każdą chwilą, a pędzący wir zmieniał się w lekki, przyjemny powiew. Mgła rozmyła się nagle, jakby nigdy nie istniała.
Nekharon klęczał nieruchomo pośrodku rytualnego kręgu, a córka objęła go niepewnie. Po policzkach szamana spływały łzy. Łzy, które na zawsze zostały w pamięci Mbali.
[1] Tłum. Papa Legba! Papa Legba! Otwórz dla mnie bramę. Pozwól Baronowi Samedi przejść!
Koniec
Komentarze
Witam serdecznie i gratuluję tutejszego debiutu. :)
Zapraszam do działu Publicystyka, w którym są m. in. – pomocne nam wszystkim – PORADNIKI, np.: interpunkcyjne, dialogowe, myśliwe, ortograficzne, a także – autorstwa Drakainy – dla Nowicjuszy. :)
Bardzo smutna jest geneza opowieści, o której piszesz w Przedmowie… :(
Sprawy techniczne i związane z nimi sugestie oraz wątpliwości (zawsze – tylko do przemyślenia):
Mbali przyłożyła świeży okład do rozpalonego czoła swej matki. Od rana nie powiedziała już ani słowa. Tylko co jakiś czas unosiła powieki, by rozejrzeć się wokół. Jakby na kogoś jeszcze czekała. – składniowy i logiczny? – fragment niejasny – w pierwszym zdaniu podmiotem jest „Mbali” i z kolejnych zdań wynika, że to ona „nie powiedziała, unosiła powieki, jakby czekała”
Młoda zielarka próbowała już wszystkiego, czego nauczyła jej matka. – składniowy? – ją?
Krew wyciekała z jej krocza, ściekając pomiędzy deskami na podłogę. – składniowy/powtórzenie?
Nekharon chwycił ostrze wyparzone w odkażającym wywarze i położył dłoń na jej brzuchu. Wiedział, że ból i tak nadejdzie, lecz większa dawka mogła ją zabić. Spojrzał na talizman, który ofiarował jej lata temu. Nawet teraz spoczywał na jej piersi. A jeśli umrze od jego noża? Jeśli tylko doda jej cierpienia? Myśli krążyły w jego głowie bez ustanku. Zacisnął powieki, a przed oczami stanęła mu ona. – stylistyczne/powtórzenia? – zdecydowanie za dużo zaimków w tak krótkim fragmencie (ta uwaga dotyczy całości, ja już reszty przykładów nie wypisuję)
– Proszę, Nekharonie – zatrzymała go nagle, a na jej twarzy nie było uśmiechu. – Przysięgnij mi, że nigdy nie zaryzykujesz własnym życiem. – błędny zapis dialogu?
– Tak… wiem… – odwróciła się w stronę jeziora, puszczając jego dłoń. – i tu?
– O, tak lepiej – duch skinął głową, szczerząc swe białe zęby. – i tu?; a zatem dialogi do generalnej poprawy według podanego poradnika, ja już reszty usterek w nich nie wypisuję
Bała się jednak otworzyć oczu. – oczy?
Chciała wciąż trwać przy niej, jeszcze przez chwilę…, dopóki czuje jej ciepło. – zbędny przecinek po wielokropku?
Interesujący świat i zasady nim rządzące zapowiadają arcyciekawą powieść, o której wspominasz w Przedmowie. :) Umiejętnie przeplatasz wydarzenia przeszłe i obecne. :) Postacie – bardzo barwne, realistycznie wykreowane. :)
Klik do Biblioteki, pozdrawiam serdecznie. :)
Pecunia non olet
Bardzo klimatyczne. Gratuluję.
Pozdrawiam serdecznie :)
@bruce
Dziękuję serdecznie za pochylenie się nad tekstem.
Po przejrzeniu poradnika dialogowego, zmodyfikowałem zapis. Mam nadzieję, że teraz już jest poprawnie. ;)
W kwestii zaimków: Przejrzałem tekst i zmniejszyłem ich ilość. Nie jestem pewien czy w wystarczającym stopniu, ale nie chciałbym też za bardzo modyfikować konstrukcji całego tekstu.
Pozostałe, wskazane błędy poprawiłem.
Geneza opowieści jest dla mnie faktycznie wyjątkowa, ponieważ w mojej codziennej pracy wiejskiego lekarza, często mam do czynienia ze śmiercią. Rzadko jednak spotykam osoby, które potrafią w ostatnich chwilach zgodzić się na cierpienie i prosić o godną śmierć w domu, wśród bliskich. Czy geneza jest smutna? Na to pytanie nie potrafię odpowiedzieć, ale z pewnością dotyka głęboko.
Cieszę się, że świat Aggemunthu przypadł do gustu. Nie jest to świat, który jest prosty i przyjemny, a często wręcz duszny i przygnębiający, ale daje mi możliwość wylania z siebie tego, co leży na sercu. To połączenie elfów, krasnoludów i ludzi oraz magii klasycznej, z elementami Vodou i szamanizmu, okraszone intrygami politycznymi i religijnymi, z niewielkim dodatkiem klasycznych już smoków.
“klik do Biblioteki” – czy dobrze rozumiem, ze powinno mi się pokazać 1 pkt do biblioteki?
@ Teo Max Dziękuję za poświęcenie chwili na przeczytanie.
Trzeba jeszcze podszlifować dialogi, najlepiej według zasad wskazanego Poradnika, bo jeszcze dostrzegam usterki, np.:
– Błagam cię… Ojcze… Choć jeden raz w życiu nie myśl tylko o sobie! – Załkała, patrząc jak on się odwraca. – Nie, nie odchodź! Nie! Proszę…
– Ach… serce… – Westchnęła, wpatrując się w błyszczący czarny kamień o wyjątkowym kształcie. – Jak zdołałeś go wypatrzyć?
Co do zaimków (oraz innych kwestii) – oczywiście, to zawsze Twoja decyzja, jeśli jakaś zmiana może naruszyć sens fabuły czy tekst może ucierpieć, nie dokonuj jej. :)
To zawsze tylko sugestie, do przemyślenia. :)
Podziwiam i chylę czoła. Prawie 30 lat spędziłam na wsi i wiem, jak trudna jest praca lekarza wiejskiego, choć obserwowałam ją tylko sporadycznie, jako pacjentka lub krewna pacjentów. :) Zagadnienie godnej śmierci to ogromny problem natury moralnej…
“klik do Biblioteki” – czy dobrze rozumiem, ze powinno mi się pokazać 1 pkt do biblioteki?
Owszem. :) Można sprawdzić, czy faktycznie kliknęłam, w HP, w wątku “Nominacje”. Natomiast co jakiś czas pojawia się także zbiorcze podsumowanie ostatnich “klików” i wówczas taki punkt będzie też widoczny na liście w dziale: “Opowiadania” przy Twoim opku. :)
I ja dziękuję, pozdrawiam serdecznie, powodzenia. ;)
Pecunia non olet
Jfrydr, Twoja historia traktuje o sprawach trudnych, wręcz bolesnych, a jednocześnie takich, których nijak nie można uniknąć. Ładnie pokazałeś związek Noemi i Nekharona, przekonująca jest niezgoda Mbali na śmierć matki. Włączenie do opowieści postaci Papy Legby ubarwiło ją i przeniosło mnie w inny świat.
Mam nadzieję, że poprawisz usteki, bo chciałabym zgłosić opowiadanie do Biblioteki. :)
Gałęzie rosnących gęsto drzew midańskiej puszczy uginały się ciężko. → Gałęzie mogą uginać pod ciężarem np.: owoców, śniegu czy silnego wiatru, ale nie mogą uginać się ciężko.
Krew wyciekała z jej krocza… → Zbędny zaimek. Wiadomo, kto jest chory.
– Byłaś moim światłem, które potrafiło rozświetlić każdy mrok… → Nie brzmi to najlepiej.
Proponuję: – Byłaś moim światłem, które potrafiło rozjaśnić/ rozproszyć każdy mrok…
Do zobaczenia, moja piękna… po tamtej stronie … → Zbędna spacja przed ostatnim wielokropkiem.
Cierpki, grzybny posmak rozlał się po jego ustach… → Zbędny zaimek – wiadomo, że wsunął owocnik do swoich ust.
Poprawił cylinder, by ukryć przegniłą do cna skórę swej czaszki. → Czy zaimek jest konieczny?
…warknął duch, wbijając swe trupie palce w smukłą dłoń umarłej. → Jak wyżej.
– Zgoda! – odparł ciężko szaman, zaciskając pięści. → Na czym polega ciężar mówienia?
A może: – Zgoda! – odparł z trudem szaman, zaciskając pięści.
Noemi opierała swą głowę na piersi Nekharona… → Zbędny zaimek.
Brama zaświatów zamknęła się z głuchym trzaskiem, zabierając z tego świata Barona i duszę… → Nie brzmi to najlepiej.
Proponuję: Brama zaświatów zamknęła się z głuchym trzaskiem, zabierając z ziemskiego padołu Barona i duszę…
…a jego córka objęła go niepewnie. → Pierwszy zaimek jest zbędny.
Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.
@regulatorzy
Serdecznie dziękuję za zagłębienie się w moje opowiadanie, poświęcenie czasu i wskazanie uchybień. Poprawiłem je w tekście. Nie wszystkie ad litteram, ale mam nadzieję, że już nie razi w oczy ;)
Bardzo się cieszę, że spodobał Ci się opis związku Noemi i Nekharona. Mam nadzieję, że nie wyszło zbyt ckliwie. Miło słyszeć, że tragedia, którą przeżywa Mbali brzmi wiarygodnie. Liczę na to, że wahanie Nekharona i jego zmiana decyzji również nie wydaje się sztuczna.
Wątek Papy Legby, Barona Samedi i w ogóle Vodou, bardzo mnie ciekawi i często z niego korzystam.
Włączenie do opowieści postaci Papy Legby ubarwiło ją i przeniosło mnie w inny świat.
– zrobiłaś mi dzień tymi słowami.
Bardzo proszę, Jfrydr. Miło mi, że mogłam się przydać. :)
Mam nadzieję, że nie wyszło zbyt ckliwie.
Twoje obawy są zbędne – tu nie ma nic ckliwego, a choć rzecz została przedstawiona szalenie oszczędnie, nie pozostawia wątpliwości co do łączącego ich uczucia.
A skoro dokonałeś poprawek, mogę udać się do klikarni. :)
Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.
Witam i gratuluję debiutu :]
No i co?
I bardzo ładnie, pewnikiem jeden z lepszych debiutów, które tu czytałem.
Tekst przechodzi od razu do rzeczy – co prawda, o umierającej mamie dowiadujemy się w drugim paragrafie, nie w pierwszym, więc, no – mogło być lepiej ;>
Ale jest dobrze. Umierająca mama daje nam od razu konflikt i tykający zegar/miecz Damoklesa, tak że mamy zupełnie udany początek – rzadkość!
Język trzyma poziom, jakieś tam potknięcia są, ale raczej takie z tych drobnych. Ogółem konstrukcja zdań zdradza autora oczytanego. A może i opisanego?
Myśl przewodnia – jest i dobrze współgra z fabułą.
Czego bym się czepił? Trochę zakończenia. Jest ono nastrojowe, ale nie mam wrażenia, żeby tekst został w pełni domknięty. Szaman obiecuje sto dusz za spokój ukochanej – i, jakby, co? Trochę nie wiem, jako czytelnik, co to znaczy nawet – zakładam, że on nie będzie składał ludzi w ofierze – więc nie jest jasne, dlaczego miałbym się tym przejąć. Rozumiem, że to w jakiś sposób ma pokazywać jego miłość, ale czegoś tu zabrakło.
Pozdrawiam!
I klik :)
edit: widzę teraz w przedmowie, że to opowiadanie jest dość osobiste i ten zadowolony ton mojego wpisu niekoniecznie do niego przystaje – mam nadzieję, że nie uraziłem, czytałem tekst po prostu jako opowiadanie, fikcję, i tak też skomentowałem.
wspominając[,] jak wielu osobom ona pomogła
Przecinek moim zdaniem.
Chciała wciąż trwać przy niej, jeszcze przez chwilę… dopóki czuje jej ciepło.
Chyba powinien być czas przeszły?
Krąg zapłonął z początku wątle, lecz nie zawahał się.
Krąg się zawahał?
enixe conatus et feliciter gessi / sed extremo nihil interest / mi perendum ut omnia perdam / sed extremo nihil interest
@GalicyjskiZakapior
Bardzo dziękuję za poświęcenie czasu na moje opowiadanie. Twoje słowa są dla mnie bardzo ważne, bo od ok 2 lat piszę powieść i fakt, poświęciłem sporo czasu na wejście w temat, a jednocześnie dopiero teraz zagłębiłem się w portal Nowej Fantastyki i publikuję coś, by poznać reakcję ludzi.
Nie da się ukryć, że warsztat mam jeszcze do dopracowania – mam tego świadomość i tym chętniej zbieram odzew i wytykanie błędów.
W kwestii zakończenia: I tu uderzyłeś w problem, który trochę zbagatelizowałem. Otóż, opowiadanie jest zagłębione w świecie, w którym ja siedzę od dawna i w nim zrozumiała jest ta cena. Nie dopilnowałem tego, by osoba nieznająca Aggemunthu zrozumiała to.
W kwestii osobistego aspektu opowiadania: Twojej wypowiedzi nie traktowałbym jako coś, co miałoby mnie urazić, nawet gdyby dotyczyło to śmierci bliskiej mi osoby. Jednak w codziennym życiu stykam się często z chorobą, śmiercią i właśnie wyjątkowość postawy jednej osoby była motorem napędowym do napisania tego opowiadania.
Dziękuję z klik ;)
edit: Błędy poprawiłem.
Fabuła urzeka przede wszystkim głębokim humanizmem i mądrością szamana, który potrafił wznieść się ponad własne ego i strach córki, by dać kobiecie to, czego naprawdę potrzebowała – spokój. Czytało się to naprawdę dobrze – pod płaszczykiem fantasy kryje się po prostu poruszająca opowieść o akceptacji przemijania.
Młodość bez długu: W retrospekcjach bohaterowie są młodzi i piękni – natura jeszcze nie upomina się o swoje. To buduje silną bazę pod emocjonalny ładunek w dalszej części opowieści.
Godność jako ostateczna waluta: Szaman, zamiast walczyć z ciałem, negocjuje dla kobiety bezpieczną drogę w zaświatach. Przekształca mroczny, biologiczny przymus śmierci w piękne, duchowe sacrum. Cisza, która mówi najwięcej: Tekst ma w sobie cudowne momenty surowości, w których zamiast wielkich gestów i rytuałów, autor przemyca gorzką prawdę – miłość może być niewystarczająca, najważniejsze za to jest milczące zrozumienie bohaterów. Psychologiczna głębia i dojrzałość zarówno autora, jak i bohaterów jest mocną stroną tego opowiadania.
Akceptacja natury: Wątek rezygnacji z medycznych/magicznych sztuczek na rzecz akceptacji „trybutu wobec natury” wnosi do tekstu ogromną mądrość. Bohaterowie nie walczą ślepo z nieuniknionym, lecz szukają w tym godności. Ale drogi autorze mam jak zawsze, ale… Otóż bagienne wilki i mgła jak mleko oraz taniec nad jeziorem drapią mnie po plecach. W tym akcie dopełniania się nie ma miejsca na klasyczne literackie zabiegi.
silimaure.blogspot.com
@Silimaure
Bardzo dziękuję za przeczytanie tekstu i przeanalizowanie go. Cieszę się, że przesłanie, które staram się zawrzeć wybrzmiewa z taką mocą, jak chciałem.
Miło mi słyszeć, że tekst jest odbierany jako głębokie przemyślenie, a nie tylko fabułę o szamanie i zielarce.
W kwestii bagiennych wilków, mgły jak mleko i tańca nad jeziorem: Podobnie jak po uwagach GalicyjskiegoZakapiora, teraz dostrzegam, że opowiadanie powinno być bardziej czytelne dla osoby nieznającej świata, w którym toczy się historia. Tak – mój błąd.
Jeszcze raz dziękuję za feedback ;)
Gałęzie rosnących gęsto drzew midańskiej puszczy trzeszczały pod naporem żywiołu.
Ciut purpurowe i z lekka łopatologiczne. Skoro drzewa rosną gęsto, to może gałęzie napierają jedne na drugie? Byłeś w lesie, kiedy wieje? Drzewa skrzypią, kołyszą się – raczej nie trzeszczą, ale może, gdyby się zderzały?
Słaby poblask księżyca wpadał przez zamazaną szybę chaty na krańcu świata.
Szyba może być umazana brudem, ale zamazany tylko rysunek. Trochę nagle wchodzimy do wnętrza tej chaty.
We wnętrzu zapach dogasających świec mieszał się z drażniącym aromatem bulgoczącego z wolna wywaru.
? Aromat jest raczej przyjemny, więc czemu tutaj drażni?
Mbali przyłożyła świeży okład do rozpalonego czoła swej matki.
"Swej" zbędne.
Kobieta od rana nie powiedziała już ani słowa.
Dlaczego "już"? To sugeruje, że rano coś jeszcze powiedziała, chyba?
najsilniejsze zioła
Hmm. Zioła raczej najmocniejsze, zresztą chodzi też o ich dobór.
opuchlizna nóg z każdą chwilą narastała
Może uczynnij? A nogi z każdą chwilą bardziej puchły?
Mbali czule pogładziła twarz matki, wspominając, jak wielu osobom ona pomogła.
Łopatologiczne i zapewniające. I to nie twarz pomogła.
Gdyby choć teraz mogła jej doradzić. Powiedzieć, co robić. Lecz ona milczała.
Jak wyżej – chłodne to. Z drugiej strony, ja w życiu nie napisałabym o takim zdarzeniu wprost (a upychanie go w metaforę unieskuteczniam już od paru lat), właśnie dlatego, że musiałabym albo je wypłaszczyć, albo się rozbeczeć, więc…
Nagły błysk rozświetlił przestrzeń
Hmmmmmmmm.
Ogień w palenisku zapłonął mocniej, wzniecając garść iskier ulatujących w głąb komina.
Ogień nie jest tu agensem, nie dałabym też głowy za to wzniecanie (czyli rozpalanie): Ogień w palenisku strzelił iskrami. (Wiem, konwencjonalne. Ale czasami nie ma co wymyślać koła na nowo).
Deski jęknęły pod krokami przybysza, a talizmany zawieszone na jego szamańskiej lasce zadźwięczały.
Krok w dobrym kierunku, ale trochę niezdecydowany. Co jest najważniejsze we wchodzącym? Najbardziej rzuca się w oczy? Na tym się skup.
ujmując delikatnie wychudzoną dłoń
Lepiej się parsuje: delikatnie ujmując wychudzoną dłoń. (Wtedy widać, że "delikatnie" określa czasownik).
jej oblicze na krótką chwilę złagodniało
A było nasrożone?
przykładając miękko palec
Tu też lepiej przesunąć przysłówek o jedno miejsce naprzód, ale "miękko" jest cokolwiek angielskie.
Lecz czy na pewno dla niej najlepsze…?
Melodramat. Nie znam sposobu myślenia lekarzy (znajomi lekarze są… oryginalni), ale nie przekonuje mnie to. Czekanie do ostatniej chwili też. Zresztą: https://en.wikipedia.org/wiki/History_of_surgery
Rozpalili więcej świec
Zapalili więcej świec. Kwestii czysto medycznych nie komentuję, bo się nie znam.
oddech kobiety spowolnił
Oddech kobiety zwolnił. Spowalnia się coś poza sobą.
lecz większa dawka mogła ją zabić
Angielska składnia.
Jeśli tylko doda jej cierpienia?
Anglicyzm. Może pogorszyć jej cierpienie albo przysporzyć jej więcej cierpienia.
Chłód nocy coraz mocniej osiadał na ich skórze.
?
Dla nich jednak nie istniało w tej chwili nic, poza głębią swych źrenic i ciepłem ciał.
Melodramatyczne i zrymowane, a także angielskawe ("swych źrenic" czyli swoich własnych, nie drugiej osoby).
Lecz ty nie rozumiesz lęku, jaki mną targa każdej nocy, gdy wyczekuję twego powrotu…
Melodramat.
otulając ją ramionami
Hmmm?
Dłuższą chwilę wpatrywali się w zgromadzoną ponad taflą jeziora mgłę.
Wilki sobie poszły? Przez dłuższą chwilę wpatrywali się we mgłę nad taflą jeziora.
Nocne cienie wydawały się tańczyć pośród niej, jakby duchy umarłych tej nocy zstąpiły na ziemię.
A skąd takie obrazy w retrospekcji do kwitnącego romansu? Mogłyby zapowiadać coś złego w przyszłości, ale czy o to chodzi?
Jak możesz tak mówić. Łoooj… kontrowersyjne zagadnienie filozoficzne poruszasz. Czy masz do tego przygotowanie? Bo trzeba Ci wiedzieć, że ja nie mam litości ;)
patrząc jak on się odwraca
Patrząc, jak się odwraca. I co, tak po prostu stchórzył i sobie poszedł?
Dla nocy? Miesza się tu wszystko, co może być nawet celowe, bo oddaje emocje, które mają targać Mbali (choć nie bardzo targają). Ale czy jest celowe?
Powieki miała zaciśnięte, a umysł zagubiony pomiędzy jawą i snem.
?
Wiedział, że nie da się zatrzymać tego, co nieuniknione.
Melodramat.
wsuwając w jej usta
Angielski szyk: wsuwając jej w usta.
mały, obsydianowy kamień
Obsydian to rodzaj kamienia (mineraloidu), a nie cecha: kawałeczek obsydianu.
Jeśli zmrużyć powieki, kształtem przypominał serce.
Podmiot trochę robi bokami (co przypomina serce?), niedobrze jest też tłumaczyć dosłownie angielskie idiomy ("if you squint").
nie czuła już kołaczącego się w piersiach matki serca
Nie czuła już kołatania serca w piersi matki.
Wypełnił dwie czarki rumem
… rum tylko na Karaibach, myślałam, że jesteśmy w świecie fantasy? Co prawda dziwnie to fantasy przypomina Karaiby w ujęciu Gaimana, ale zawsze.
którego aromat w jednej chwili uniósł się w powietrze
Aromat trudno porównywać z samolotem.
Garść bagiennego ziela położył obok, a sam pociągnął gęsty dym z nabitej nim fajki.
Niezgrabne zdanie. Hmm.
owocnik widmogłowów
Owocnik widmogłowu. Jeden owocnik zasadniczo wyrasta z jednego osobnika grzyba.
Cierpki, grzybny posmak rozlał się po ustach, wywołując znajome mrowienie warg i języka.
Cierpki smak grzyba rozlał się w ustach, wargi i język zamrowiły.
Jego źrenice się rozszerzyły.
Angielskawe. Właściwie z czyjej perspektywy to widzimy?
do uszu dobiegł rytmiczny dźwięk rytualnych bębnów
? Dopiero teraz grają?
Uniósł jeszcze błędny wzrok, który zatrzymał się na przerażonym spojrzeniu Mbali.
Spojrzenie nie jest przerażone i nie można na nie spojrzeć. Można najwyżej zajrzeć komuś w oczy.
Rytuału jednak nie mógł już przerwać.
Skąd taki szyk?
Krąg zapłonął z początku wątle
Krąg zapłonął, z początku blado, lecz.
Zawołał pewnie, a jego głos niósł się daleko poza granice tego świata:
"Pewnie" wycięłabym, nie wnosi niczego, a jest cokolwiek łopatologiczne.
z każdą chwilą przybierając na sile
Jaką to siłę ma powietrze?
Bębny dudniły głośno, przenikając niemal każdą jego myśl.
W jaki sposób? Co próbujesz pokazać?
przestrzeń zdawała się niemal gęstnieć od mgły
Przestrzeń w sensie "miejsce" nijak nie może gęstnieć.
Obcasy Barona wyznaczały swój własny rytm.
?
Samedi dolał rumu do swej czarki, wypijając chciwie do dna.
Nie mógł jednocześnie dolać i wypić: Samedi dolał rumu do swej czarki, by go wypić jednym haustem.
patrząc jak
Patrząc, jak.
żar rozświetlił jego oczy skrywane dotąd pod rondem cylindra
A może: żar rozświetlił jego oczy, skryte dotąd w cieniu ronda cylindra.
Sto dusz!
– Sto? – wykrztusił z niedowierzaniem szaman. – Przecież to nierealne!
I to jest to miejsce, w którym horror i wszelki nastrój poszły się gonić. Najpierw psychopomp (którego psim obowiązkiem jest doprowadzić duszę w zaświaty – prawda?) żąda zupełnie arbitralnej, wziętej z głowy liczby stu dusz (jakby i tak nie miał ich dostać), a potem szaman targuje się jak przekupka. Jak Numernabis.
Sto dusz… zagubionych, które nie mogą odnaleźć swej drogi na wieczny spoczynek
Bravely trying to recover… ale strasznie już nie będzie. Przebiłeś tę bańkę z takim hukiem, że po prostu się nie da. Teraz może być tylko śmiesznie, z mniejszym lub większym powodzeniem.
a jego dłonie się rozluźniły
Czyli? Angielskawe to.
Słońce chowało się za górującym nad Masywem Durnhalu wulkanem.
Zdanie źle się parsuje.
patrząc jak ostatnie promienie dnia tańczą pośród fioletu i czerwieni kłębiących się nad horyzontem chmur
Melodramat, dalekosiężna metafora: patrząc, jak ostatnie promienie dnia.
Okryci jego płaszczem, wtulając się w siebie z całych sił
A może: Okryci jego płaszczem, wtuleni w siebie z całych sił.
nadciągającym chłodem nocy
Lepiej: chłodem nadciągającej nocy.
Pogładziła czule jego szyję.
Świata?
Przy tobie nawet koniec dnia wygląda jak początek…
The gentleman doeth protest too much.
spojrzeć w bezkres ukochanych źrenic
Melodramat.
Każdy dzień z tobą to otchłań niepewności…
? Jak wyżej.
pędzący wir zmieniał się w lekki, przyjemny powiew
?
Mgła rozmyła się nagle, jakby nigdy przedtem nie istniała.
"Przedtem" spokojnie można wyciąć.
Słowniczki i przypisy w beletrystyce ogólnie odradzam – są albo zbędne (jak tutaj), bo powtarzają informację, albo czynią tekst niezrozumiałym, jeśli jej nie powtarzają (informacja powinna być podana w samym tekście).
Hmmm, no, nie wiem. Akurat odwagi Noemi jest tu jak na lekarstwo, samej Noemi też niewiele – widzimy reakcje jej męża i córki na śmierć, której nie mogą zapobiec (mąż może by i mógł, ale decyduje się pozwolić żonie umrzeć, jakby była kotem z chorymi nerkami…) i nie są to reakcje specjalnie pogłębione psychologicznie. Lamenty Mbali są mało przekonujące, nie przebija z nich żadne szczególne uczucie, tylko sceniczne zagrywanie się. Nic z nich nie wynika.
Może na razie nie idź w aż tak trudne tematy? Spróbuj czegoś łatwiejszego? Czegoś, co znasz nie z autopsji (autopsja zawsze jest jednostronna) tylko z wielu źródeł, w tym z własnych doświadczeń? Przetwarzanie własnych uczuć jest o tyle trudne, że, no, te uczucia są Twoje. Nie da się ich zadowalająco przekazać, to zawsze wychodzi płasko. Musisz przemyśleć to, co piszesz. Tu przemyśleń nie widzę.
Zdecydowanie największym błędem jest moment, w którym szaman protestuje – zobaczyłam, słowo daję, najpierw skecz Hrabi ("goń się, capie"), a potem Numernabisa. Do tego punktu tekst nie był najlepiej napisany, ale konsekwentnie utrzymywał nastrój niesamowitości, grozy i ogólnego horroru, który w tym punkcie się zawalił. I wyszła na wierzch całą psychologiczna niewiarygodność, cała purpura zmieniła się w świecidełka… niestety, ale ten moment zabił tekst, pochował na rozstajnych drogach i odtańczył sambę na grobie.
Co tu jeszcze powiedzieć? Nie wiem. Może tylko standardowe – czytaj więcej i uważniej.
ponieważ w mojej codziennej pracy wiejskiego lekarza, często mam do czynienia ze śmiercią
Hmmm. Pytanie, dlaczego w tekście tego nie widać. Bo skoro znasz problem w wielostronnym naświetleniu… a ja zupełnie tego nie zauważyłam… to mamy tu gdzieś ogromną wyrwę semantyczną, i nie mam pojęcia gdzie.
Rzadko jednak spotykam osoby, które potrafią w ostatnich chwilach zgodzić się na cierpienie i prosić o godną śmierć w domu, wśród bliskich.
To raczej kwestia kulturowa (długo by o tym dyskutować). Ale w tekście to nie Noemi decyduje – decyduje jej mąż, biorąc wprawdzie pod uwagę coś, co kiedyś powiedziała, ale powiedziała to w innym kontekście i dawno temu. Inna rzecz, że nie jest to mąż specjalnie, hmm, obecny w jej życiu. Jak dobrze on ją zna? Może należy go tu traktować bardziej jako lekarza (a w takim razie przydałoby się pogłębienie go w tej roli, bo nie wiemy na przykład, czy jest kompetentny). Możliwe, że płaskość tekstu wywołał skrót – nie pokazałeś charakterów, tylko krótką scenkę z życia postaci, bardziej notatkę niż wyszlifowane opowiadanie.
czy dobrze rozumiem, ze powinno mi się pokazać 1 pkt do biblioteki?
Po kliknięciu tak, chociaż przetworzenie go może potrwać.
Miło słyszeć, że tragedia, którą przeżywa Mbali brzmi wiarygodnie.
Jak widać, różnie brzmi dla różnych uszu.
Umierająca mama daje nam od razu konflikt
… eee, no, nie. Nie daje. Do konfliktu (w sensie literackim) potrzeba celu do osiągnięcia (a tu cel – przeżycie mamy – jest dla córki nieosiągalny), przeszkód do tego celu (którą to rolę mogłaby grać niechęć ojca do pomysłu krojenia żony, ale nie gra, ponieważ…) i kogoś, kto te przeszkody pokona i cel osiągnie lub zginie, próbując (a tu tego kogoś nie ma). Kiedy nie można nic zrobić, są uczucia, ale konflikt tylko wewnętrzny (przepracowanie uczuć), którego też tu nie ma. Nie wiem, czy konflikt wewnętrzny w ogóle by się zmieścił w dziesięciu tysiącach znaków.
Otóż, opowiadanie jest zagłębione w świecie, w którym ja siedzę od dawna i w nim zrozumiała jest ta cena. Nie dopilnowałem tego, by osoba nieznająca Aggemunthu zrozumiała to.
Zdecydowanie. Ale zauważyłeś to sam, co dobrze wróży.
głębokim humanizmem i mądrością szamana, który potrafił wznieść się ponad własne ego i strach córki, by dać kobiecie to, czego naprawdę potrzebowała – spokój
… nie wiemy, czy potrzebowała spokoju, bo w zasadzie nie wiemy niczego o niej samej. Widzimy tylko migawki z jej przeszłości. Równie dobrze można szamana odczytać jako egoistę, który nie chce się męczyć z chorą kobietą (i tak chyba postrzega go własna córka, na ile to widać), na co wskazuje zwłaszcza jego zwyczaj pojawiania się w błysku gromu i znikania takoż. Pod tym względem tekst wpisuje się jednak w obecny mainstream… a to niekoniecznie dobrze. Jeżeli podejmujesz trudne tematy, to szczególnie musisz się nad nimi sam zastanowić, przemyśleć własnym rozumem. Jeśli się zgadzasz z duchem epoki, to masz do tego prawo, ale musisz wiedzieć, z czym się zgadzasz i co z tego wynika. I tak, to jest, przepraszam, cholernie trudne. Ale konieczne.
pod płaszczykiem fantasy kryje się po prostu poruszająca opowieść o akceptacji przemijania.
Ale nie własnego… Nie Noemi tu decyduje…
Godność jako ostateczna waluta
Bardzo mainstreamowe poczucie godności… a słowo "waluta", przepraszam, nie pachnie mi za dobrze w kontekście moralnym. Podobnie jak utożsamienie miłości z "posiadaniem" kogoś, ale tu już odeszlibyśmy od tekstu.
Cieszę się, że przesłanie, które staram się zawrzeć wybrzmiewa z taką mocą, jak chciałem.
Cóż. Niekoniecznie. Niewykluczone, że to ja odstaję. Ale zaczekaj na więcej opinii.
Miło mi słyszeć, że tekst jest odbierany jako głębokie przemyślenie, a nie tylko fabułę o szamanie i zielarce.
Akurat szamana i zielarki jest tu bardzo mało (mogliby wykonywać inne profesje) i widać, że chciałeś pofilozofować – po prostu nie jestem przekonana do tego filozofowania.
Gdzie nie ma zasad, tam są kwasy.
no, nie. Nie daje. Do konfliktu (w sensie literackim) potrzeba celu do osiągnięcia (a tu cel – przeżycie mamy – jest dla córki nieosiągalny), przeszkód do tego celu (którą to rolę mogłaby grać niechęć ojca do pomysłu krojenia żony, ale nie gra, ponieważ…) i kogoś, kto te przeszkody pokona i cel osiągnie lub zginie, próbując (a tu tego kogoś nie ma)
Nie będę absolutnie wykluczał, że źle używam tego słowa. Ale jak w takim wypadku nazwałabyś sytuację, w której czytelnik zostaje postawiony w niepewności “przeżyje, albo nie przeżyje”?
enixe conatus et feliciter gessi / sed extremo nihil interest / mi perendum ut omnia perdam / sed extremo nihil interest
Na pewno jest w tym jakieś napięcie (chociaż przeżycie nie wydało mi się specjalnie prawdopodobne), ale zdecydowanie nie konflikt. Mógłby być, gdyby ktoś próbował z tym coś zrobić, ale wszystkie próby zostają zduszone w zarodku, więc nie wiem, jak to nazwać.
Gdzie nie ma zasad, tam są kwasy.
@Tarnino,
Po pierwsze, bardzo dziękuję za przeczytanie i dogłębne przeanalizowanie tekstu. Oczywiście, jak to dobitnie nakreśliłaś, nie jestem zbytnio doświadczony jako autor. Rozumiem, że mój styl pisania nie przypadł Ci do gustu. Cóż, nie każdy musi lubić to samo… Chyba ;)
Przeanalizowałem Twoje sugestie i zdecydowaną większość poprawiłem. Nie wszystkie.
Najważniejsze, za co dziękuję, poza technikaliami, to kwestia woli Noemi i stu dusz.
Faktycznie zdecydowałem się dodać jeszcze jedną mikroretrospekcję, która ma lepiej uzasadnić dlaczego to właśnie Nekharon uszanował wolę Noemi, a nie tylko nie chciał jej pomóc. Wcześniej liczyłem na to, że czytelnik zrozumie to po tych słowach : “Nie… – odparła cicho, gładząc jego dłoń. – Lękam się bycia ciężarem. Lękam się cierpienia i kalectwa. Ale nie, śmierci się nie boję.”
Kwestia stu dusz: Zdecydowałem nie zmieniać tego drastycznie, nad czym się zastanawiałem, ale spróbowałem wygładzić, żeby nie wyglądało jak targowanie się na bazarze.
Nie ukrywam, że ton niektórych uwag wydał mi się niepotrzebnie zaczepny, ale w wielu miejscach ich treść uznaję za przydatną.
Jeszcze raz serdecznie dziękuję za pomoc.
Wcześniej liczyłem na to, że czytelnik zrozumie to po tych słowach : “Nie… – odparła cicho, gładząc jego dłoń. – Lękam się bycia ciężarem. Lękam się cierpienia i kalectwa. Ale nie, śmierci się nie boję.”
A widzisz, sęk w tym, że te słowa są mocno generyczne. Możliwe, że gdyby tekst wpasować w coś większego, jako tego element, wybrzmiałoby mocniej, bo miałoby tło, byłoby osadzone w kontekście. Możliwe, że nie. W każdym razie tekst, który czytałam, bardzo niewiele mówi o samej Noemi, na pewno za mało, żeby cokolwiek wnosić o decyzji, którą mogłaby podjąć w tej sytuacji.
Żeby być doświadczonym autorem, musisz doświadczyć autorzenia. Włącznie z nieprzyjemnym (ale rozwijającym) doświadczeniem wielkiej dziury między tym, co Ty chciałeś napisać, a tym, co czytelnik odczytał.
Gdzie nie ma zasad, tam są kwasy.
W każdym razie tekst, który czytałam, bardzo niewiele mówi o samej Noemi, na pewno za mało, żeby cokolwiek wnosić o decyzji, którą mogłaby podjąć w tej sytuacji.
Mam nadzieję, że dodana scena rozwiązuje problem braku jasnego uzasadnienia woli Noemi.
Swoją drogą, zdecydowanie wolę mniej tłumaczyć, a więcej zostawić wyobraźni, choć być może, tak jak piszesz, droga do tego, by czytelnik odebrał to tak, jak to jawi się w mojej głowie, jest długa i wyboista.
A zatem liczę, że doświadczenie autorzenia będzie się stawać moim udziałem z każdym opublikowanym tekstem.
Ha, zagadnienie “co tłumaczyć, a czego nie” to… nie jest łatwe zagadnienie. Możliwe, że nie ma uniwersalnej odpowiedzi.
Gdzie nie ma zasad, tam są kwasy.
Już się szerzej wypowiedziałem pod „Po pierwsze, nie szkodzić”. Tu tylko chcę się wypowiedzieć w sprawie Barona Samedi, bo z całym szacunkiem nie zgadzam się z Tarniną.
Baron Samedi to nie jest generyczny psychopomp, który inkasuje ustawowego obola za usługę. To jest chciwy, lubieżny, szyderczy typ, który widząc, jak bardzo zależy Nekharonowi, rzuca mu absurdalną stawkę, dmuchając mu dymem z cygara w twarz. Nawet bym się spodziewał, że Nekharon, będąc wytrawnym szamanem (czy też ounganem ), właśnie będzie się targował! Z wyczuciem, żeby go nie obrazić, ale też żeby nie dać się ograć jak przedszkolak. Problem w tym, że nie mam pojęcia co to znaczy „sto dusz” dla Nekharona. Domyślam się tylko, że w tym momencie nie miał wyboru, przez co Baron Samedi go paskudnie wykorzystał, jak to ma w zwyczaju. Tylko, że ciężar tej stawki niestety nie wybrzmiewa tu szczególnie.
PS.
Samedi dolał rumu do swej czarki, by wypić go jednym haustem.
Skąd dolał? Nie zauważyłem butelki. Brakuje opisu, więc wyobraziłem sobie, jak wyciąga ją z barku Nekharona i się z nią rozkłada, kładąc na stole swoje podkute buciory…
Z całym szacunkiem odpowiadam – zapewne (nie wiem). W oryginalnej mitologii, która nie jest specjalnie znana (ja naprawdę kojarzę tylko imiona, a i to z grubsza).
To jest właśnie jedna z faset problemu “co tłumaczyć, a czego nie” – czytelnik ma pewne przedzałożenia wynikłe z kultury, w której wyrósł. Trzeba je znać, żeby osiągnąć taki efekt, jaki się chce, a nie jakiś przypadkowy (z czym chyba mamy do czynienia tutaj – odczytałam tę scenę wyraźnie zupełnie inaczej, niż autor zamierzył. Pytanie “dlaczego?” jest tu niezbędne).
Poza tym targowanie można też zrobić tak, żeby było strasznie i mrocznie, a można je zrobić tak, że strasznie już nie jest. Można też zrobić tak, żeby było naraz strasznie i śmiesznie, ale to już wyższa szkoła jazdy.
ETA: Albo innymi słowy. Ten komiks? Śmieszny (czarny humor, tak, ale śmieszny). Dlaczego? Bo znamy kontekst. A teraz wyobraź sobie, że nie znasz kontekstu i próbujesz zrozumieć dowcip. O to chodzi.
Gdzie nie ma zasad, tam są kwasy.
Skąd dolał? Nie zauważyłem butelki. Brakuje opisu, więc wyobraziłem sobie, jak wyciąga ją z barku Nekharona i się z nią rozkłada, kładąc na stole swoje podkute buciory…
@nul dodałem butelkę :) Dzięki za dobre słowo.
@Tarnina problem “co tłumaczyć, a czego nie” jak już ustaliliśmy jest tutaj głównym moim problemem i nie zamierzam tego kwestionować. Masz rację.
Swoim tekstem jednak chcę skłonić do poszperania trochę na ten temat, bo, jak to dobrze zobrazowałaś gifem, w naszej kulturze istnieje bardzo słabe poczucie czym jest Vodou i jak bardzo różni się ono od znanego z popkultury voodoo. Przede wszystkim Vodou to wiara synkretyczna – połączenie katolicyzmu i wierzeń afrykańskich, ale co dla mnie było najciekawsze, jest to wiara monoteistyczna, bo Loa, jakkolwiek są bardzo charakterystyczne, nie są bogami, a jedynie pośrednikami pomiędzy ludźmi a Bondye – odpowiednikiem znanego z naszej kultury Boga.
Problem dotyczy nas wszystkich, nie tylko Ciebie. Pisanie jest trudne i tyle :)
Gdzie nie ma zasad, tam są kwasy.
@Tarnina: powinienem sprecyzować, że broniłem samego pomysłu targowania się. Akurat postać Barona kojarzyłem i scena wydała mi się obiecująca, a jednak pozostałem z niedosytem, napięcie się rozmyło, nie poczułem ciężaru tej transakcji. To nie tak, że „znam kontekst, więc wybaczam”, wręcz przeciwnie.
@jfrydr: Nie chodzi przy tym wyłącznie o ekspozycję. Czuję, że leży w Twoich możliwościach pisanie z większą dyscypliną i precyzją, jeśli chodzi o narrację, budowanie sceny, kształtowanie napięcia, dynamikę dialogów w taki sposób, aby czytelnikowi wszystko „kliknęło” niezależnie od tego, czy zna kontekst, czy nie – czego Ci serdecznie życzę w przyszłym pisaniu!
Gdzie nie ma zasad, tam są kwasy.
Hej przyszłam tu z twojego polecenia w komentarzu pod moim komentarzem
smutne i dobrze opisane, szczerze mówiąc sama miałam pomysł na opowiadanie z podobnym motywem
swoją drogą często bywa tak że autorzy rozpisują się za bardzo mimo że np. Temat dało by się opisać w pięciu zdaniach, a ty mimo że dało by się to krócej opisać ty zrobiłeś to tak ze nie było to nudne, a często przy tak solidnym rozpisaniu się opowiadanie robi się nudne przez to ze opowiada wciąż o tym samym
(za wszystkie źle postawione przecinki i inne błędy nie ponoszę odpowiedzialności )
pozdrawiam
Kostrzewski. alina8@gmail.com
@Akkptkt– ka
Dziękuję za poświecenie czasu na moje opowiadanie i cieszę się, że się spodobało.