Drugi rozdział “Grzechów Przyszłości” kontynuuje historię prywatnego detektywa Franza Noskiego w alternatywnym świecie, w którym w Europie Środkowej powstała zjednoczona republika komunistyczna składająca się z DDR, PRL i Czechosłowacji.
Drugi rozdział “Grzechów Przyszłości” kontynuuje historię prywatnego detektywa Franza Noskiego w alternatywnym świecie, w którym w Europie Środkowej powstała zjednoczona republika komunistyczna składająca się z DDR, PRL i Czechosłowacji.
Leżał na chodniku z przepalonym kablem systemowym w dłoni. Nie zdążył. Nie pierwszy raz, też nie najgorszy. Spojrzał na zegarek. 10 minut – tyle czasu minęło od próby połączenia ze śniącym. Nieźle. Tydzień wcześniej ocknięcie zajęło godzinę, miesiąc temu pół.
Zaciągnął się dymem.
Pchełka dzwoniła wcześniej, wieczorem. Niepokoi się o liczbę połączeń z losowymi ludźmi, w które się wdawał. Nie miał nic na swoją obronę, wiedział, że nie powinien, że to niehigieniczne, że każde kolejne połączenie zwiększało ryzyko, ale czuł narastającą desperację.
Musiał wiedzieć dlaczego.
Przyleciał ambulans. Ratownicy bez słowa zabrali ciało kolejnej ofiary i odlecieli.
Został sam.
Przez umysł przeszedł impuls, dostał wiadomość. Rozejrzał się dookoła. Nie widział żadnego terminala systemowego. Rzucił dopalonego kiepa na kostkę i zdeptał butem. Wiedział, gdzie znajdzie najbliższe liczydło. Wyłączył tryb nocny, pozwolił otoczyć się przez ciemność, ruszył.
Terminal był ustawiony niedaleko przystanku tram-lotowego w niewielkiej, metalowej budce oszklonej plexiglasem. Detektyw wszedł do środka, naciągnął wystający z maszyny kabel i po odsłonięciu mankietu, połączył się z systemem.
Rzeczywiście dostał wiadomość.
Malutka. „Serduszko” 31.
Odłączył kabel od terminala i uśmiechnął się lekko.
„Serduszko” to hotelik w Małej Jerozolimie, w kamieniczce pomalowanej lata temu na różowo. Była to przystań dla kurew, alkoholików i ludzi mających coś do ukrycia. Obsługa nie robiła nikomu problemu, zasady były proste – płacisz, wchodzisz, bez pytań, bez problemów, nie płacisz, wypierdalasz na ulicę.
Franz pojawiał się tam sporadycznie, czasem, węsząc przy kolejnych sprawach, a czasem… no właśnie.
Wszedł do pomalowanego żółtą olejnicą lobby. Śmierdziało kwaśnym potem i siarką. Na jego widok siedzący za ladą właściciel, stary żyd imieniem Izaak Bornsztajn, przestał przeglądać sprośne pisemko i machnął ręką, na znak, żeby podszedł.
Zapytał się, co tym razem sprowadza wielkiego detektywa, dochodzenie, czy…
– Już jest? – przerwał mu detektyw.
Icek kiwnął głową. Bawiła go ta cała konspiracja. I tak wszyscy bywalcy „Serduszka” i innych okolicznych hoteli wiedzieli, po co osławiony Franz Noski, „Ten, który ujawnił sekrety partii” odwiedzał co jakiś czas zakazaną część eMJ-otki.
Podszedł do windy, na drzwiach wisiała kartka z napisem „nieczynna”. Westchnął. Chwycił klamkę obdrapanych, pordzewiałych, żelaznych drzwi prowadzących na klatkę schodową. Wszedł. Śmierdziało stęchlizną, od ścian odchodziła farba, jarzeniówki brzęczały agresywnie.
Wyszedł na wąski korytarz na trzecim piętrze. Było duszno. Powietrze pachniało mieszanką taniej wody kolońskiej, dymu papierosowego i ludzkiego potu.
Podszedł do plastikowych, pomalowanych białą akrylową drzwi z numerem 31. Nacisnął klamkę, puściła. Drzwi do pokoju się otworzyły. Powietrze zapachniało intensywnym, drogimi perfumami.
Leżała na łóżku w samej bieliźnie – koronkowych, czerwonych stringach i pasującym do kompletu gorsecie, była znudzona. Miał przyjechać wcześniej, nie lubiła, gdy się ociągał, po to wysłała wiadomość, bo miała ochotę w tym momencie, a nie, gdy pan stereotypowy detektyw znajdzie chwilę, by odczytać notkę.
Spotykali się od kilku lat, zawsze na tej samej zasadzie, gdy naszła kogoś z nich ochota, wysyłali nazwę hotelu i numer pokoju i czekali. Druga strona zawsze przychodziła.
Była niziutką blondynką o złotych lokach, pomarańczowych oczach i białej, jak śnieg skórze. Nie wiedział, jak się nazywała, nigdy nie pytał. Dla Franza była po prostu Malutką, a on dla niej Mrukiem, partnerem do seksu, niczym więcej. Nie wiedzieli o sobie niczego, poza tym, że lubili się razem pierdolić.
Nie pamiętał, jak się poznali i jak wyglądał pierwszy raz. Po prostu się pojawiła, patrząc na niego swym głodnym wzrokiem, wszystko inne tonęło we wspomnieniach.
Gdy skończyli, zasnęła na jego owłosionej piersi. Czasem leżeli razem do rana, czasem rozchodzili się od razu po fakcie, tym razem była to ta pierwsza opcja.
Zapalił papierosa. Nie wiedział, z jakiego powodu dalej przychodził na wezwanie ani czemu wciąż wysyłał swoje. Kiedy seks stał się jedynie czynnością fizjologiczną? Kiedyś nie patrzył na to w ten sposób. Za gówniaka rżnął, bo się bawił, był studentem, dużo chlał, trochę ćpał, żył od imprezy do imprezy, a że był przystojny, nieźle ubrany i wydawał się tajemniczy, to chętnych partnerek było sporo. Niektóre nazywał dziewczynami, inne koleżankami, czasem sam nie wiedział, które były kim i zarywał do kilku na raz. Potem wszystko się ustabilizowało, bywał w związkach kilkuletnich, czasem z dziewczynami, z którymi snuł marzenia o wspólnej przyszłości, czasem z wariatkami, potrafiącymi z dnia na dzień go zostawić i wyjechać na drugi koniec kraju. A wtedy pojawiła się…
Malutka wierciła się pod cienką kołdrą. Nie wiedział, czy przez zły sen, czy z zimna. Wtuliła się mocniej. Nie przeszkadzało mu to, może i nic do siebie nie czuli, ale nie miał nic przeciwko odrobinie czułości.
Nawet gdyby chciał, nie mógłby jej pokochać, nie był też przekonany, czy sama by chciała, zakładał, że nie, ale była zbyt inna od niej. Miało to oczywiście swoje plusy – pozwalało zachować granicę między pociągiem seksualnym a czymś więcej.
Ile lat potrzebuje mężczyzna, by zapomnieć o pierwszej miłości? Wieczność. Będzie ją wspominał przez resztę życia, zastanawiając się, jak by to było, gdyby jednak wyszło, gdyby zmienił swoje podejście i zachowywał się inaczej.
Franz nie wiedział, co zrobił. Czy odeszła przez całokształt, czy się po prostu znudziła? Może wydarzyło się coś, na co detektyw nigdy nie wpadnie i do końca życia będzie się zastanawiał.
Malutka przewróciła się na drugi bok. Łóżko nie było specjalnie wygodne – materac-gąbka, mocno zużyta i przeżarta przez wilgoć, pleśń, szczury i wszystko inne co mieszkało w „Serduszku”.
Spojrzał na zegarek. 00:21. Wcześnie. Gdyby nie wezwanie do Malutkiej, pewnie byłby teraz w biurze i zastanawiał się co dalej z zaśnięciami i ile mu zostało pomniejszych zleceń. Dogasił niedopałek w leżącej na szafce nocnej popielniczce.
Czasem myślał, czy jeszcze przyjdzie ta chwila, w której będzie w stanie się ustatkować, znaleźć kobietę, z którą mógłby być w normalnej relacji, hajtnąć się, mieć dzieci, sprzedać swoją klitkę i uciec gdzieś na wieś, z dala od wielkomiejskiego zgiełku, spelun i przyćpanych nastolatków, ale zegar tykał, a realia były takie, że z młodego, dobrze zapowiadającego się prywatnego detektywa, przepoczwarzył się w podstarzałego, zaniedbanego samotnika, z kochanką, której imienia nie znał i jedyną przyjaciółką, która walczyła o lepszy świat, w który sam dawno przestał wierzyć.
Leżał jeszcze przez około godzinę. Nie mógł dłużej wytrzymać, ubrał się, narzucił prochowiec i poprawił kapelusz, spojrzał jeszcze raz na śpiącą Malutką. Westchnął, podszedł do niej i poprawił cienką kołdrę, by przykryła ramiona. Kiwnął głową, włożył papierosa do ust i najciszej jak mógł, wyszedł.
Na korytarzu słychać było cichy szum wiatraka sufitowego i jęki lokatorów, większość z nich była kobieca, fałszywa, zagrana na potrzebę hojnego otwarcia portfela przez partnera lub klienta.
Franz splunął, zaciągnął się dymem i wyszedł na klatkę schodową.
Na schodach na piętro siedziała zapłakana dziewczyna, a w zasadzie dziewczynka, na oko nieletnia, lub ledwo co legalna, w rozmazanym, wyzywającym makijażu. Miała obcisłe dżinsy i kolorową koszulę. Rozczochrane włosy ścięte na boba uderzały w oczy intensywną czerwienią.
Franz zapytał, co się stało, chociaż spodziewał się odpowiedzi. Klient nie zapłacił. Zgarnął z ulicy, dał alkohol i dragi, zerżnął i zniknął.
– Ile masz lat?
Przyjrzała mu się dokładnie, jakby próbowała wydedukować, czy jest to propozycja roboty, czy wyraz politowania.
– Dziewczyny w twoim wieku powinny chodzić do szkoły, a nie się pierdolić za kilka unimarek.
Wyśmiała go. W eMJ-otce i tak nie ma przyszłości, będąc grzeczną dziewczynką, skończyłaby jako szwaczka, albo żona rabina, uwiązana do końca życia do tych przeklętych ulic.
Nie wiedział co powiedzieć. Miasto pożera. Dobrzy ludzie kończą na dnie, ślepo wierząc w lepsze jutro, pozostali albo chwytają się brzytwy, mając nadzieję, że wyciągnie ich z daleka od tego bagna, albo godzą się ze swoim losem, zatracając wszelkie nadzieje.
– Ile bierzesz za noc?
Na jej twarzy pojawił się bezczelny uśmieszek, rzuciła, że za 50 marek, może zrobić wszystko, o czym marzy.
– Ile potrzebujesz, by stąd uciec?
Była wyraźnie skonfundowana. Nie znała odpowiedzi. Dużo.
Wyciągnął plik banknotów z portfela i podał.
– Powinno wystarczyć, przynajmniej na chwilę.
Patrzyła to na niego, to na wyciągnięty plik. Spytała się, o co mu chodzi.
– Trzymaj i spierdalaj, daleko stąd. O to mi chodzi.
Nie potrafiła się wysłowić. Chwyciła banknoty i szybko przeliczyła, kilka tysięcy, może nie tyle by żyć w dostatku, ale wystarczająco, by uciec i wynająć pokój na tyle długo, by znaleźć jakąś pracę. Podniosła wzrok, dlaczego ten człowiek, ubrany niewiele lepiej od statystycznego tubylca, jarający tanie szlugi, stoi tutaj, w obsranym „Serduszku”, z portfelem wypchanym banknotami i daje za darmo tyle pieniędzy? Zapytała szeptem, czego chce w zamian.
– Powiedziałem. Masz wypierdalać. Nie zmarnować życia.
Odpięła guzik z koszuli i pokazała pierś. Spytała się, czy na pewno, bo za takie pieniądze może zrobić wszystko.
Odwrócił wzrok.
– Schowaj to. Przestań się kurwić i żebym cię już nigdy więcej nie widział.
Wyszedł z hotelu wkurwiony. Nie wiedział, co w niego wstąpiło. To nie była jedyna młodociana kurwa w mieście, ba, podejrzewał, że przynajmniej część z jęczących dziewcząt, które słyszał na korytarzu była w tym samym, a może i młodszym wieku. Danie tych pieniędzy może równie dobrze w niczym nie pomóc, zamiast na bilet i wynajem pokoju, przewali wszystko na wódę i dragi, a dawać dupy i tak będzie, bo nic innego nie zna. A jednak tym razem obudził się w nim filantrop-altruista i wyłożył kilka kafli. Poczuł się staro.
Mała Jerozolima nocą nie spała. Uśpione za dnia knajpy wypełnione były zabawiającymi się ludźmi. Dookoła kręciły się prostytutki zapraszające na szybkie numerki, wzdłuż ulicy, nie zważając na samochody, chodzili rozśpiewani i roztańczeni chasydzi, w bocznych alejkach stały osiłki pilnujące by nikt nie podglądał, jak ze stojących za nimi żuków wyładowywane były skrzynie z wódą.
Franz podszedł do lady jednego z barów i zamówił śliwowicę. Rozejrzał się po kafejce – niewielka przestrzeń wylewająca się na ulicę, dookoła same garbate nosy wykłócające się w jidysz na sobie tylko znane tematy. W kącie siedział palący szluga ochroniarz w kaszkiecie.
Obserwację przerwał barman, podając wypełniony kieliszek z przeźroczystym płynem. Franz kiwnął głową i chwycił szkło w dłoń. Jeszcze raz się rozejrzał i spostrzegł, że przy jednym ze stołów dyskusyjnych siedział stary znajomy.
– Serafim Szulem! – zawołał Franz, zwracając na siebie uwagę mężczyzny.
– Szalom, Szalom Franz! – odkrzyknął Serafim, zostawiając kompanom dalszą część konserwacji – Jak żeś się znalazł o tej porze w eMJ-tce? Wpadłeś na kurewki? Śliwowicę?
– Rozrywkę – odpowiedział zdawkowo Franz – co słychać?
– Po staremu, po staremu – odpowiedział Szulem, zamawiając dwa drinki – interes się kręci, milicja zbytnio nie przeszkadza…
Franz przyjrzał się rabinowi – broda przystrzyżona, nowy kapelusz, modne buty i dopasowane ubranie. Zadbał o siebie, kiedy ostatnim razem się widzieli, wyglądał na znacznie starszego.
– Dobrze wyglądasz, już nową znalazłeś?
– Żeby tam jedną! Czuję się jakbym znów miał 20 lat! – podał Franzowi szklankę i uniósł swoją w geście toastu – Lechaim! Zdrowie człowieka, który mnie uwolnił z nieszczęścia.
Zebrani unieśli swoje szklanki i odpowiedzieli na toast.
– Stare czasy, a sprawa nie była ani trudna, ani ona się specjalnie nie ukrywała – powiedział Franz, upijając łyk.
– Nie trud się liczy, a efekt! Uczyniłeś mnie bardzo szczęśliwym człowiekiem, a Pan się cieszy z naszego szczęścia. Mów, co tam u ciebie? Złapałeś coś?
– Nie szukam.
– Stary samotny wilk – zaśmiał się – ale chłopaki cię ostatnio widzieli, chyba byłeś na jakimś rendez-vous?
– Koleżanka.
– Wszyscy mamy swoje koleżanki – zaśmiał się Serafim – i zawsze chciałoby się mieć więcej, tylko unimarek brakuje, prawda Dawid?
– I czasu! – zawołał jeden z dyskutujących przy stole żydów, wnioskując po wymienieniu z imienia, najpewniej Dawid.
– Wiesz co, nie wiem, czy ci kiedyś o tym mówiłem – Serafim zmienił temat – ale nie spodziewałem się, że się zgodzisz. Wielki detektyw, gość zagranicznych gazet, ludzie mówili, że miałeś propozycje od NKWD, DGSE, a nawet CIA i MI6, przez ciebie wymienili nam pierwszego sekretarza, ha! A ty tylko odebrałeś sygnał, spotkałeś się, powiedziałeś, że sprawę załatwisz w miesiąc, zrobiłeś w tydzień i nawet nie skasowałeś mnie specjalnie.
– Rozmawialiśmy o tym parę razy, byłem w dołku, potrzebowałem odwrócić uwagę od… Sam wiesz.
– Nie ma co wzdychać za tym, co nie wyszło, tylko patrzeć w przyszłość, tu jedną, tam drugą, jak nie wyjdzie to trzecią, byle zbyt głęboko do portfela nie sięgała!
– I za dużo nie gadała! – znowu zawołał któryś z zebranych.
– Zależy od preferencji – ponownie zaśmiał się Serafim – mów, co ci pasuje? Żydówki? Gojki? Młodsze? Wdówki? Brunetki? Blondynki? A może jakaś egzotyka? Mam ostatnio kilka nowych biznesów w BeeSie, paru dobrych przyjaciół ze skośnymi córkami, ostatnio nawet napatoczyła się jedna czarnulka, dobra partia, ojciec dyplomata, to nie będzie zbytnio przeszkadzał, a ona śpiewa, tańczy, gotuje i z pierwszej ręki wiem, że woli starszych. Nic tylko brać!
– Nie jestem zainteresowany.
– A powinieneś, powinieneś, trzeba chwytać szczęście, kiedy się napatoczy, a głupstwem jest móc i nie spróbować!
– Rozmawialiśmy już kiedyś o tym – burknął Franz – mam za dużo na głowie by szukać baby. Jest dobrze, jak jest.
– Każdy tak mówi, a jak się potem okazja nadarzy, to nie puszcza! – śmiech rozlał się po całej sali – Mazeł tow!
Wychodząc z knajpy zastanawiał się nad słowami Serafima, jak to się stało, że jest tam, gdzie jest? Spodziewał się przecież tego, zostając PD-em, szperanie po cudzych gaciach, w zamian za niezależność od służb. Zawsze cenił sobie tę wolność, możliwość samemu dobierania sobie zleceń, pracy za ustalone przez siebie pieniądze, a nie za tyle ile postanowił ustawodawca, niezależnie od wyzwań. Przyczyniał się do rozwodów, dowodził nadużyć dyrektorów, czasem zdarzały się też zlecenia od milicji, przy dochodzeniach, na które sami nie mieli siły, w pewnym momencie jego sprawy pojawiały się nawet w „Detektywie”. Potem była LOTTA, ujawnienie eksperymentów na ludziach, wielka wrzawa, popularność, nieoczywista miłość i…
Wtedy ona odeszła i wszystko straciło znaczenie.
Wrócił do biura nad ranem. Zwrócił uwagę na stojący przed biurowcem nowy lotochód Citroena. Opływowe kształty, przyciemniane szyby i czyściutki, odbijający światła latarni, czarny, perłowy lakier. Kto mógł być właścicielem? Pewnie ktoś z rządu, prawie na pewno z partii, co by tu robił? W budynku było biuro prasowe i kilka siedzib małych klubów sportowych, ale czy o tej porze ktoś był już otwarty?
Wszedł do budynku, podszedł do windy, wyświetlacz pokazywał jego piętro. Wcisnął przycisk i czekał, aż trzeszczące pudło dojedzie na parter i otworzy drzwi.
Nacisnął przycisk z numerem i w milczeniu czekał, aż dojedzie na miejsce. Jakie biura były jeszcze na jego piętrze? Połowa stała pusta, w jednym młody chłopak uczył angielskiego, do niedawna było biuro organizatora jakichś targów, ale od pewnego czasu nikogo tam nie widział. Może któryś z posłów chce założyć tu swoje biuro, lub planują specjalną rządową jednostkę odpowiedzialną za jeden z wielu zmyślonych problemów, albo problemów realnych, z którymi jednak nic nie zrobią, bo przecież sama jednostka terenowa nie ma ku temu możliwości.
Winda się zatrzymała, na wyświetlaczu pojawiło się czerwone 31, a drzwi otwarły się ze zgrzytem. Wyszedł.
Na korytarzu nikogo nie było, sufitowe jarzeniówki agresywnie biły po oczach, cichym szumem przełamując ciszę. Piętro było puste, ciche, zimne.
Franz uśmiechnął się lekko, czy to już paranoja? Efekt insomnii, że widząc czarny lotochód i windę zatrzymaną na jego piętrze od razu podejrzewa najgorsze, do tego stopnia, że próbuje podświadomie zmusić się do szukania alternatywnych rozwiązań urojonej układanki pod tytułem „to pewnie idą po mnie”. Dookoła wieżowca były inne budynki, ludzie czasem parkują w dziwnych miejscach, może czarny Citroen należał do jakiegoś prywaciarza, albo marynarza, dyrektora fabryki lub członka zarządu jakiejś spółdzielni… Winda zatrzymana na jego piętrze też przecież nic nie znaczy, ktoś mógł wieczorem przyjechać na chwilę, a potem wrócić drugą windą, albo schodami…
Chwycił za klamkę swojego biura i włożył kluczyk. Drzwi były otwarte. Zapomniał zamknąć? Nie zdarzało mu się to często, na ogół zakluczał odruchowo, ale może był na tyle zagłębiony w myślach, że się zagapił. Przecież najlepszym się zdarza.
Nacisnął klamkę i popchnął drzwi. W nozdrza uderzył ostry zapach dymu tytoniowego, nie było to nic zaskakującego, palił przecież jak smok, ale coś się nie zgadzało, dym pachniał inaczej, nie jak najtańsze szlugi, było w nim coś innego, bardziej… z braku lepszego słowa – ekskluzywnego.
Ostrożnie uchylił drzwi i zajrzał do środka, było ciemno i gęsto, próbował przeskanować pamięć, czy wczoraj był jakiś palący klient, po którym mógłby pozostać taki zapach. Nie przypominał sobie, kilka osób przyszło, ale żeby palili drogi tytoń? Wdówka chcąca się dowiedzieć, czy zmarły mąż był wierny do końca, poczęstowała się jego sportami, paranoik pytający się o to, jakie dane o nim są w systemie i czy wie jak się od niego odłączyć, nie palił w ogóle, a młody historyk szukający swoich biologicznych rodziców palił… może on palił coś innego, Franz nie przyjrzał się… a może to już szukanie dziury w całym, dym to dym…
Odpalił papierosa, zaciągnął się i odruchowo zapalił światło, a serce mu stanęło w przełyku. Na fotelu przed biurkiem siedział palący cygaro mężczyzna w białym garniturze. Franz natychmiast go rozpoznał. Wysoki, szpakowaty, o przenikliwym wzroku. Dyrektor projektu LOTTA.
– Dzień dobry towarzyszu Noski, chciałbym porozmawiać z wami o zaśnięciach.
Z wielką niechęcią piszę takie komentarze, bo przyjemniej chwalić za coś ciekawego, wciągającego, niż przyznawać, że szczątkowa obecność odhumanizowujących człowieka technologii to za mało w porównaniu z dawką alkoholizmu, nałogiem i wizytą w domu publicznym, aby naprawdę zaciekawić.
Przykro mi, naprawdę.