- Opowiadanie: Powalinczyk - Wyrwane stronice Avalorii – Aequis (cz. 3)

Wyrwane stronice Avalorii – Aequis (cz. 3)

Zapraszam na trzecią część historii Aequisa.

Linki do poprzednich części:

https://fantastyka.pl/opowiadania/pokaz/34858 cz.1

https://fantastyka.pl/opowiadania/pokaz/34919 cz.2

Tym razem skupiłem się bardziej na wewnętrznych emocjach bohatera.

Jak zawsze będę bardzo wdzięczny za poświęcony czas oraz opinie.

Miłej lektury!

 

Oceny

Wyrwane stronice Avalorii – Aequis (cz. 3)

Podróż przez zasłonę nicości nigdy nie stanowiła dla Aequisa wyzwania. Mrok pozwalał na pokonywanie dużych odległości znacznie szybciej niż galopujący wierzchowiec. Służył za przedłużenie zmysłów i bezpieczną przystań, w której czas tracił znaczenie. Dzisiaj jednak tkanka wymiaru stawiała opór. Otaczające cienie wydawały się wzburzone i gęste, przypominały rwący nurt lodowatej rzeki.

Zza fioletowo-czarnej mgły, oddzielającej go od fizycznego świata, docierały echa przerażającej katastrofy. Z każdą kolejną minutą napotykał coraz więcej uchodźców. Strach i desperacki instynkt przetrwania brutalnie zatarły wszelkie wielowiekowe różnice rasowe, dając początek ponurej równości. Ludzkie matki biegły ramię w ramię z potężnymi, zgniłozielonymi orkami, którzy nieśli na plecach nędzne resztki dobytku. Elfy, z twarzami ubrudzonymi krwią i sadzą, potykały się, gubiąc w błocie cenne, rodowe amulety. Krasnoludy, niegdyś tak dumne z kuźni ukrytych w górach, teraz w panice uciekały na powierzchnię, a stężałe twarze wyrażały absolutne otępienie. Nawet wróżki zazwyczaj trzymające się z dala od spraw pozostałych ras, leciały nisko nad ziemią. Wiele z nich spadało w tłum z wycieńczenia, po czym znikało pod setkami stóp.

Wszyscy mieli jeden cel – oddalić się jak najbardziej od dziwnej anomalii. Ale zjawisko, które zasiało w Aequisie niepewność, wcale nie dotyczyło widoku spanikowanych zbiegów. Źródło narastało głęboko w trzewiach wojownika. 

Początkowo stanowiło zaledwie cichy rezonans, lekkie, niemal niezauważalne drżenie na obrzeżach świadomości. Zignorował ten sygnał, zrzucając winę na wycieńczające starcia i zarwane noce. Jednak im bardziej zbliżał się do centrum wydarzeń, tym mocniej wypalenie – dar, który przez lata pozostawał bezwzględnie posłuszny, zawsze zimny i wyrachowany niczym hartowana stal – wyrywało się spod kontroli.

Zatrzymał się na moment. Spojrzał na dłonie. Purpurowe żyły, zazwyczaj pulsujące równym, spokojnym rytmem niszczycielskiej mocy, teraz nabrzmiały, jakby gotowały się od środka. Chłód otulający duszę od dekad niczym tarcza, bezpowrotnie zniknął, zastąpiony przez paraliżujące, gorące mrowienie, wspinające się wzdłuż kręgosłupa aż do karku.

Niewytłumaczalny, prymitywny terror zaczął dławić umysł. Mrok w organizmie zachowywał się jak zaszczuty ogar, wyczuwający we mgle drapieżnika o wiele starszego i potężniejszego od siebie. Moc wariowała, wycofując się z kończyn, próbując skulić się w najciemniejszym, niedostępnym zakamarku jestestwa. Błagała, wręcz krzyczała w myślach, by natychmiast zawrócił. By dołączył do żałosnego pochodu, skrył się i ratował życie.

Przełknął ślinę, a powietrze w płucach nagle wydało się gęste i trujące. Od zawsze kierował się pragmatyzmem. Operował na faktach, wymierzonych ciosach i bezbłędnych unikach. Równowaga stanowiła równanie, które rozwiązywał za pomocą chłodnej kalkulacji. Ale teraz pewność siebie pękała. Nigdy wcześniej nie doświadczył czegoś podobnego. Zawsze polegał na wypaleniu. Zapewniało bezwzględną przewagę, gwarancję siły w starciu z każdym fanatykiem. Teraz siła odmawiała posłuszeństwa, brutalnie zarażając umysł nieludzką paniką.

Zmysły nie potrafiły zlokalizować zagrożenia, ale cień wyczuwał zbliżającą się zagładę. Poczucie bezradności i obezwładniającej niepewności, rosnącej z każdą sekundą, budziło grozę większą, niż widok całej armii awatarów Solastry czy Noxiarisa. Coś potwornego czekało tam, w centrum chaosu. Coś, co zmuszało samą nicość do drżenia.

Wziął głęboki, urywany wdech, siłą woli odrzucił podszepty sterroryzowanej mocy i z ogromnym trudem ruszył pod prąd. W końcu przebił się przez stawiającą opór zasłonę. Wypadł z wymiaru cieni prosto na strzaskany, spowity gryzącym pyłem dziedziniec zniszczonej twierdzy. Przestrzeń wokół drżała od gwałtownych wyładowań energii, a powietrze miało ostry, metaliczny posmak. Natychmiast przypadł do ziemi za zwalonym filarem, szukając wzrokiem źródła zagrażającego równowadze. Widok na moment zatrzymał bicie serca.

W zgliszczach trwała desperacka walka. Kilkunastu wojowników – awatary luminacji oświetlające mrok oraz wypaleńcy spowici w cienie – walczyło ramię w ramię. Dary, na co dzień skazane na brutalny konflikt, teraz łączyły się w jedność. Próbowali osaczyć samotną istotę.

Przewyższała najpotężniejszego z walczących o głowę. Z szerokiego korpusu wyrastały cztery umięśnione ramiona, ale sylwetka jedynie z grubsza przypominała humanoidalne ciało. Czarny obrys nieustannie falował, rozmywał się i drgał, zupełnie jakby demona utkano z gęstego, smolistego dymu, który za wszelką cenę próbował utrzymać fizyczną formę. Istota nie nosiła pancerza. Nie dzierżyła tradycyjnego oręża.

Strażnik z fascynacją i rosnącym przerażeniem obserwował, jak byt w ułamku sekundy krystalizuje czyste wypalenie. Jedno z dymnych ramion uformowało z nicości potężny, ząbkowany miecz, z morderczą precyzją parując cios świetlistego ostrza luminaty. W tej samej chwili inna dłoń wykuła z mroku wirującą włócznię, przebijając na wylot szarżującego awatara. Zbroja pękła jak cienkie szkło, a moc zgasła z żałosnym sykiem. Kolejny atak – tym razem wybuch purpurowej energii wypaleńca – po prostu został wchłonięty przez smolisty tułów potwora, który z nieludzką gracją obrócił moc napastnika przeciwko niemu. Dla kreatury połączone siły światła i mroku stanowiły zaledwie irytujące trzepotanie owadów.

Wtedy, pośród huku pękającej materii i krzyków konających, w umyśle rozbrzmiały z porażającą jasnością słowa orczycy Althei.

„Pradawny Cień. Malakar. Gdy jego wojska wyjdą z Otchłani, ci, którzy władają światłem, i ci, którzy niosą mrok, staną ramię w ramię…”

Wyśmiane wcześniej fragmenty przepowiedni brutalnie złożyły się w całość. Patrzył na niszczycielskie mistrzostwo i w końcu zrozumiał, z czym ma do czynienia. Esencja wypalenia ucieleśniona w fizycznym świecie.

Pojął wreszcie, skąd brał się ten dławiący, podświadomy strach własnej mocy. Mrok w żyłach nie bał się po prostu silniejszego przeciwnika. Wyczuwał istotę uformowaną z pierwotnej siły.

Wypuścił z sykiem powietrze i wyszedł zza powalonego filaru. Pozwolił, by skondensowane wypalenie uderzyło w otoczenie z całą bezlitosną potęgą.

Malakar natychmiast znieruchomiał. Falująca sylwetka obróciła się w stronę nowo przybyłego. Cztery potężne ramiona opadły wzdłuż tułowia, a formowana właśnie z mroku broń rozpłynęła się w nicość. W tym jednym momencie uwaga Pradawnego Cienia oderwała się od resztek masakrowanych obrońców, całkowicie skupiając na Aequisie. Ocaleli luminaci i wypaleńcy, krwawiąc i dysząc ciężko, nie zmarnowali szansy. Rzucili się do ucieczki. Nawet na nich nie spojrzał.

Rozmyli się w powietrzu niemal w tej samej sekundzie. Zderzyli się na środku dziedzińca z siłą wybuchającej komety. Urumi zasyczało, a stalowe wstęgi owinęły dymny tułów, wżerając się w nienaturalną materię. Pradawny warknął, a dźwięk przypominał zgrzyt płyt tektonicznych.

– Śmiertelnik namaszczony przez mojego ojca. Od eonów coś takiego nie miało miejsca, mały wojowniku – wtargnął bezpośrednio do umysłu Aequisa. – Połącz się ze mną. Wzmocnię twoje wypalenie. Staniesz się moim ostrzem. Oczyścisz ten świat z fałszywego światła i wszystkiego, co odrzuca prawdziwą pustkę.

– Moja ścieżka to równowaga – wycedził przez zaciśnięte zęby, szarpiąc rękojeścią biczomiecza. – Lepszy ode mnie oddał za nią życie. A ty stanowisz zaledwie anomalię, która próbuje złamać szalę!

– Szala już została złamana!

Zanim zdążył wyprowadzić kolejny cios, Malakar udowodnił, że przewaga szybkości i dodatkowych kończyn potrafi zniwelować nawet najlepszą technikę. Dwie z nich zacisnęły się na przedramionach, blokując urumi, podczas gdy pozostałe wystrzeliły w przód, wbijając się prosto w klatkę piersiową Strażnika. Dymne palce nie przebiły skóry – przeniknęły przez nią, wdzierając się bezpośrednio do ośrodka mocy i układu nerwowego.

Obca potęga spłynęła do wewnątrz. Przedwieczny rozpoczął brutalny transfer esencji, próbując zalać świadomość i przejąć kontrolę. Strażnik w odpowiedzi użył własnych zasobów, aby postawić barierę chroniącą każdą tkankę.

Przestrzeń wokół pękła. Grawitacja przestała obowiązywać. Kamienie, połamane bronie i kawałki bruku uniosły się w powietrze, uwięzione w wirującym huraganie wywołanym zderzeniem aur.

Wewnętrzny świat zamienił się w pole bitwy. Zawsze chłodny, wyrachowany i poukładany umysł, odpierał uderzenia. Malakar nacierał niczym ocean wrzącej smoły, próbując spalić wspomnienia, ideały i resztki człowieczeństwa, ale Aequis odpowiadał równie brutalnie. Odcinał zainfekowane fragmenty duszy i ciskał czystą nicością z powrotem w oprawcę.

Fizyczność odzwierciedlała tę wojnę. Twarz wykrzywił grymas nieludzkiego wysiłku. Z nosa i uszu trysnęła ciemna krew, a skóra na szyi zaczęła pękać, obnażając pulsujące na fioletowo, rozedrgane mięśnie. Czuł, że Pradawny Cień również cierpiał. Dymna forma rwała się, traciła gęstość i syczała, gdy obca moc wdzierała się w każdy zakamarek. Dwie potęgi siłowały się na krawędzi istnienia.

W głowie mignął obraz karczmy. Zapach nagietkowej maści. Szorstki dotyk dłoni Simulii. Te na wskroś ludzkie kotwice dawały siłę, by nie ustąpić. Ścisnął wargi, powstrzymując wrzask, i pchnął całą wiarę w równowagę przeciwko niszczycielskiemu instynktowi demona. Przez ułamek sekundy wydawało się, że to wytrzyma. Że odrzuci Malakara. Jednak byt egzystował przez eony, podczas gdy Aequis pozostawał zaledwie człowiekiem o ludzkim ciele. I to ciało przyniosło zgubę.

Powłoka pękała pod naporem niewyobrażalnej ilości energii przesyłanej z obu stron. Kości trzeszczały. Obojczyk złamał się z głośnym chrupnięciem. Potężny krwotok wewnętrzny zakrztusił go, łamiąc koncentrację na jeden, decydujący ułamek sekundy.

Przedwieczny wdarł się przez powstałą w barierze szczelinę. Zaryczał tryumfalnie w umyśle wojownika, zalewając falą czarnego pożaru. Kotwice spłonęły. Twarz Simulii zatarła się, pochłonięta przez purpurowy mrok. Strażnik wyrzucił z siebie ostateczny, dławiący ryk, podczas gdy ramiona opadły bezwładnie. Wyszczerbiony puginał wysunął się zza pasa i uderzył o zniszczony bruk. Ostatnia pamiątka po Liberiasie przestała mieć jakiekolwiek znaczenie. Obce wypalenie wżarło się w każdy nerw, każdą komórkę i każdą myśl, brutalnie przejmując stery nad ciałem.

Huragan energii nagle ucichł. Gruz opadł na ziemię z głuchym łoskotem.

Dłonie Malakara cofnęły się, uwalniając zdobycz. Naczynie zachwiało się, ale nie upadło. Powoli, nienaturalnie sztywnym ruchem, wyprostowało się. Gdy podniosło głowę, na twarzy zagościł spokój. Ludzkie tęczówki zniknęły. W ich miejscu płonęły teraz dwie studnie gęstej, purpurowo-czarnej nicości – bezdenne, pozbawione emocji lustra, w których odbijał się stwórca.

Jedyny, który mógł pokonać monstrum, poległ. Ostatnia przeszkoda upadła, a przepowiednia rozpoczęła krwawy bieg.

Koniec
Nowa Fantastyka