Minęło już pięć pełni księżyca, odkąd matka Mbali odeszła. Jej mogiła obrastała mchem na skraju polany, skrywając się w cieniu drzew zaklętej puszczy.
Młoda zielarka przejęła rolę swej matki. Doradzała, leczyła, wykonywała drobne zabiegi. Potrzebujących pomocy nie brakowało, nawet jeśli podróż przez midański las groziła zagubieniem na jego przeklętych ścieżkach.
Tego dnia do drzwi chaty na krańcu świata załomotała zrozpaczona kobieta. Mbali w jej oczach ujrzała lęk. Dwa kroki dalej spostrzegła kryjącego się przed światłem dnia mężczyznę.
– Nie… Proszę nie… Zostawcie mnie! – jęczał, kurczowo osłaniając głowę ramionami. – Robaki! Przeklęte robaki!
– Pani, ratuj mego syna! – Kobieta upadła na kolana, chwytając się fałdów sukni zielarki. – To już dwadzieścia nocy, jak krzyczy. Te larwy wciąż chodzą pod jego skórą. Nocą wyłażą uszami, ustami i…
– Widziałaś je? Na własne oczy?
– Ja nie, ale… – Kobieta zbladła, a jej usta zadrżały. – Ale on… on mówi, że każdego ranka pełne ich wiadro wyrzuca do rynsztoka. Błagam, pani… ratuj!
Oczy matki lśniły od łez.
– Wejdźcie! – mruknęła Mbali, zatrzaskując drzwi, gdy tylko minęli próg.
***
Wewnątrz unosił się intensywny aromat dosychających u powały ziół. W nozdrzach dało się również wyczuć coś jeszcze. Zapach, którego nie sposób było nazwać. Zapach, który z jednej strony dawał ukojenie, a z drugiej wzbudzał niepokój. Nad paleniskiem powoli bulgotał wywar, którego mocy nie znała jeszcze nawet zielarka.
Młody mężczyzna leżał na drewnianej ławie w ciemnej izbie chaty. Jego głowa spoczywała na niedbale zwiniętym kocu. Matka klęczała obok, ściskając jego dłoń.
– Twoje imię – rzuciła krótko zielarka.
– Cedrik, pani… – wymamrotał mężczyzna, odsłaniając oczy, które do tej pory szczelnie zasłaniał zaciśniętymi pięściami. Jego źrenice były nierówne. Prawa szeroka, jakby niewidząca.
– Wiesz, gdzie się znajdujesz?
– Ja… – rozejrzał się nerwowo. – W chacie… wiedźmy…?
Mbali zdusiła śmiech, odwracając na moment wzrok. Przeczesała długie, czarne loki i pochyliła się nad Cedrikiem. Zamrugał, jakby dopiero teraz ją ujrzał.
– Ale ty, pani… nie wyglądasz na wiedźmę – wyszeptał.
– Dziękuję ci. – Uśmiechnęła się szczerze. – Opowiedz, co cię dręczy.
Mężczyzna podniósł głowę, próbując usiąść, ale po chwili opadł z powrotem na ławę.
– Robaki… – rzekł cicho, jakby bojąc się, że za chwilę znów go dopadną. – Te wstrętne larwy… Są wszędzie…
Jego ręce powędrowały do karku i brzucha, zaczynając drapać. Paznokcie miał brudne, połamane, a skórę rozoraną miejsce przy miejscu. Do krwi.
– Proszę, zabierz je… zabierz! – Jego głos, przez krótką chwilę cichszy, znów przeszedł w krzyk.
Mbali położyła dłoń na jego ręce. Drugą odsłoniła brzuch i klatkę piersiową. Długo wpatrywała się w pokrytą ranami i świeżymi bliznami skórę.
– Są wszędzie… wszęęędzie… – jęk mężczyzny przeszedł w gorzki szloch.
Zielarka z powagą spojrzała w oczy matki, która również starała się doszukać jakiegokolwiek śladu larw. Tymczasem kolejny paznokieć pękł, rozdzierając skórę, z której popłynęła krew.
***
Cedrik spał już czternaście godzin. Choć dawno nie był już dzieckiem, matka czuwała przy nim, nie odchodząc nawet na krok.
– Ten eliksir, pani… – rzekła kobieta do Mbali. – Dziękuję. Nareszcie się wyśpi. A może i rany się zagoją. Kto wie… Dziękuję.
– Być może rany się zamkną – odparła zielarka – ale gdy się obudzi, choroba znów wróci.
Do oczu matki nie napłynęły już łzy. Zbyt wiele zdążyła ich wylać. Czule gładziła zlepione krwią włosy syna, a on oddychał spokojnie.
– Mam tylko jego… Troje już pochowałam… – westchnęła, potrząsając bezradnie głową. – Proszę… Czy jest jakakolwiek nadzieja?
– Nadzieja? – Mbali odwróciła wzrok. – Zioła pozwolą mu zasnąć… ale tylko duchy mogłyby oczyścić jego umysł z urojeń.
– Duchy? – głos kobiety zadrżał.
– Tak. Duchy.
Matka cofnęła rękę, jakby samo to słowo mogło ją oparzyć. Osunęła się na posadzkę, kryjąc twarz w dłoniach.
– Ile jeszcze przyjdzie mi dla niego wycierpieć – załkała. – No ile?!
Mężczyzna uniósł ciężkie powieki, jakby zbudził go szloch matki. Z ciepłym uśmiechem spojrzał na nią, klęczącą przy ławie. W jej sercu zrodziła się nadzieja.
Wyciągnął dłoń, by pogładzić jej policzek, lecz wtedy czarne paznokcie znów wgryzły się w skórę, rozdzierając ledwie zastrupiałe rany.
***
Mbali znów podała Cedrikowi porcję eliksiru. Powietrze wypełnił zapach chmielu, wilgotnej ziemi i przegniłych korzeni. Jego świadomość powoli odpływała, a ręce przestawały drapać.
– Wezwij duchy – rzekła kobieta, próbując opanować lęk. – Niech stanie się to, co musi się stać. Nawet jeśli on już nigdy nie będzie sobą!
– Nie zrozumiałaś mnie – wyszeptała Mbali, spuszczając wzrok. – Mogę dać ci eliksiry… mogę dać maści na rany… ale duchów nie potrafię wezwać…
Kobieta spojrzała na nieprzytomnego Cedrika. Długo milczała. Gdy wreszcie podniosła wzrok na zielarkę, rzekła oschle:
– Twoja matka nigdy by nam nie odmówiła ratunku… Żałuję, że odeszła.
– Przykro mi… chciałabym pomóc…
– Mogłabyś chociaż spróbować… pani… proszę… – głos kobiety łamał się. – Jeśli ty go nie ocalisz… sama będziesz patrzyć, jak umiera.
Mbali spojrzała w jej oczy, a później na mężczyznę. Leżał w bezruchu na ławie. Oddychał. Głębiej niż powinien, wolniej. Śnił. Nad jego głową wisiała maska Nekharona, jedna z tych, które wkładał, by otworzyć wrota zaświatów.
Zielarka ścisnęła wiszący na piersi talizman. Wspomniała dzień, w którym otrzymała go od ojca. „By zaświaty nigdy nie przeraziły cię swoją mocą”. Słowa szamana wybrzmiały w jej głowie, jakby znów stanął za jej plecami.
***
Księżyc stał wysoko na niebie, a leśną polanę rozświetlał jego blask. Mbali wykreśliła rytualny krąg według zapisków z księgi ojca. Nie wszystko potrafiła odczytać dokładnie. Fragmenty tekstu były zatarte, inne rozmazane, jeszcze inne zapisane w nieznanym jej alfabecie.
Ofiarę z ziół i rumu złożyła na brzegu paleniska. Ogień trzaskał iskrami, a dym pospiesznie wzlatywał ku niebu. Cedrik leżał w samym środku kręgu, a Mbali klęczała przy nim. Eliksir powinien już przestać działać, lecz mężczyzna się nie wybudzał. Połowę jego twarzy wykrzywiał nienaturalny grymas.
Mbali założyła maskę i wykrzyczała przygotowane według księgi słowa:
– Damballah! Vini geri nonm sa a![1]
Jej krzyk poniósł się pośród polany, odbijając się echem od ściany drzew. Jednak nic nie nastąpiło.
Rozejrzała się wokół, z wątłą nadzieją szukając wznoszącej się mgły zaświatów.
– Damballah! Vini geri nonm sa a! – krzyknęła ponownie. Głośniej. Lecz wciąż nic.
Mężczyzna spał głęboko, a ogień płonął jak wcześniej. Mbali z rezygnacją cisnęła maskę w bok i zaklęła pod nosem.
– Przepraszam… nie potrafię – wyszeptała z żalem, a łzy spłynęły po policzkach.
Wspomniała dzień, w którym sama pragnęła cudu dla swej matki. Podniosła wzrok i ujrzała stojącą w oddali kobietę.
– Aaaa! – krzyknęła rozpaczliwie. – Damballah! Vini geri nonm sa a!
Nagle powietrze lekko zawirowało, a płomień ogniska przygasł na moment. Blisko ziemi powoli zbierał się mleczny obłok zaświatów, a zielarka krzyknęła kolejny raz:
– Vini geri nonm sa a!
Ziemia zadrżała, bębny zadudniły nierówno, a mgła zafalowała pośród wiatru. Naraz niebiosa rozdarł grzmot i bezkształtny strumień mocy uderzył w środek wytyczonego kręgu.
Siła uderzenia rozrzuciła żarzące się drwa we wszystkie strony. Wiatr rozwiał przygotowane przez Mbali zioła, a zawartość butelki wsiąknęła w suchą jak pieprz ziemię.
Cedrika opanowały spazmy. Zielarka przypadła do niego, gdy tylko dostrzegła jego nieskoordynowane ruchy. Uderzał rękami, nogami i głową. Próbował łapać powietrze. Wymiotował. Pod miejscem, w którym leżał, rozlała się ciemna plama moczu.
Zacharczał, a później przyszedł ten świszczący oddech. Nierówny. Jego twarz zsiniała, a ręce zrobiły się chłodne. Po chwili przestał nabierać powietrza, jakby coś zatkało mu krtań. Mbali próbowała rozewrzeć jego usta, by przywrócić oddech, lecz on wciąż zaciskał zęby z całych sił.
– Cedriku! – wrzasnęła, uderzając go w policzek. – Cedriku!
Ale gdy szczęki się rozluźniły, jego serce już nie biło. Nie oddychał. Jedynie krew z rozgryzionego języka popłynęła po policzku.
Mbali uderzyła pięściami w ziemię.
– Aaaa! – wrzasnęła w stronę przepełnionej mocą puszczy. – Ojcze, dlaczego?! Dlaczego mnie w życiu niczego nie nauczyłeś?!
Zielarka ruszyła chwiejnym krokiem w stronę lasu. Upadła. Uderzyła głową. Ogarnęła ją ciemność.
Chwilę później powietrze rozdarł krzyk biegnącej w stronę kręgu matki:
– Nie! Nieeee…!
Kobieta przypadła do martwego ciała syna, łkając i tuląc się do niego. Wołała jego imię, ale już nie reagował. Nie spał. Nie żył. Lecz ona wciąż całowała jego usta, policzki, nos, rany…
I ten szloch, który zna tylko złamane serce matki, niósł się echem aż po najodleglejsze zakątki midańskiej puszczy.
***
Wiatr jęczał między konarami drzew otaczających polanę. Wir narastał powoli, a mgła tylko lekko pobłyskiwała pomiędzy źdźbłami trawy. Żar dogasał w ledwie tlącym się palenisku, choć świeże drewno leżało nieopodal.
Mbali z trudem podniosła głowę. Ciepła krew spływała z rozciętej brwi, zalewając oko i przesłaniając obraz. Otarła twarz i spojrzała w stronę kręgu. Po ciele Cedrika pozostał jedynie ślad krwi i lekko wygnieciona ziemia. Jego matki również nie było.
Naraz cichy dźwięk bębnów przykuł jej uwagę. Dochodził z oddali, lecz brzmiał wyraźnie, jakby z wnętrza jej głowy.
– Nigdy nie prosiłaś… – głos Nekharona przerwał ciszę.
Zielarka odwróciła wzrok w jego stronę. Do jej oczu napłynęły łzy.
– Bo nigdy mnie nie słuchałeś – odparła gorzko, podnosząc się z ziemi.
Szaman rozpalił fajkę. Odurzający zapach uniósł się w powietrze, a Mbali wyciągnęła dłoń w stronę ojca.
– Pamiętaj… z tej ścieżki nie da się już zawrócić.
Skinęła głową, wkładając fajkę do ust. Gęsty, gryzący dym wypełnił jej płuca, a świat wokół zamigotał. Jej wzrok się wyostrzył, a serce zwolniło rytm. Bębny uderzyły głośniej.
Nekharon wyjął z niewielkiej sakiewki owocnik widmogłowa. Przełamał na pół. Część wcisnął pod policzek, a drugą podał bez słowa córce.
Najpierw poczuła cierpki smak i gorycz, a później wszystko widziała wyraźniej. Nie wiedzieć czemu, w palenisku nagle pojawiło się nadpalone drewno, a mgła wokół kręgu zaczęła gęstnieć.
Szaman nakreślił laską w czarnej ziemi symbole duchów. Na uboczu złożył suszone liście tytoniu i rum. Dużo rumu. Nalał go obficie do kilku czarek, jakby zapraszał do skosztowania. Na koniec, odwiązał mieszek złota od pasa i cisnął go między przygotowane podarunki.
Później została już tylko pieśń. Nekharon nucił jej słowa coraz głośniej, a przez głowę Mbali przemknęła myśl, że kiedyś już słyszała jej dźwięki.
Talizmany zawieszone na lasce szamana zadrżały, a wir powietrza przybrał na sile. Bębny zadudniły głośno. Ich puls zlewał się z rytmem pieśni. Gęsta mgła wypełniała otaczającą ich przestrzeń. Ogień buchnął wysoko. Iskry uleciały do nieba, porwane z pędem wiatru. Nekharon stanął twardo, ujmując laskę w dłoń i krzyknął stanowczo:
– Papa Legba! Louvri baryè ant mond yo! Jou a rive. Mond lespri yo dwe resevwa yon nouvo manbo![2]
Naraz obezwładniający trzask rozerwał niebo, a pośród mgieł rytualnego kręgu, zjawił się Legba. U jego boku stanął Loko, cichy i dostojny. W głębi, pośród mroku, majaczyła zaś sylwetka Damballaha, strażnika porządku i tajemnic świata.
– Se pou Loko beni chemen li! Se pou Damballah temwaye nan non li![3] – dodał po chwili szaman.
Ziemia zadrżała, a Damballah uniósł swój wzrok w kierunku Nekharona. Przyglądał mu się uważnie. Długo. Bez słowa.
Wreszcie Papa Legba przerwał ciszę.
– Zaświaty nie potrzebują kolejnego szamana…
– Czyżby? – Nekharon mruknął beznamiętnie.
– Ona nie zna pieśni! Nie zna ceny! Nawet nie zna imion! – warknął Loko, ruszając szybkim krokiem w stronę Mbali. – Spróbowała otworzyć bramę, nie mając do tego prawa…
Mieniąca się ciemną zielenią twarz opiekuna szamanów i strażnika pradawnej wiedzy przybrała złowrogi wyraz. Nekharon stanął pomiędzy córką a duchem.
– Tak, spróbowała – rzekł twardo. – Miała odmówić? Miała spojrzeć matce w oczy i powiedzieć: Twoje dziecko umrze, a ja nic nie zrobię?
Loko pociągnął nerwowo dym z trzymanej w ustach fajki i rzucił niepewne spojrzenie w kierunku Damballaha.
– Ta ścieżka ją złamie, Nekharonie… – wyszeptał z powagą.
– To moja córka.
– Niech leczy ziołami. Niech szyje rany…
– A jeśli mnie zabraknie? – szaman przerwał duchowi. – Kto obejmie puszczę opieką? Wy? Kto przekaże całą wiedzę nowemu pośrednikowi, skoro mnie już nie będzie?
Ogień buchnął mocniej, a Damballah powoli zbliżył się do Mbali. Zielarka zadrżała. Jego obecność była niczym świadectwo. Jakby świat już nigdy nie mógł zaprzeczyć, że ona stanęła oko w oko z zaświatami. Ziemia zawibrowła, a niebo rozdarł grzmot.
– Tak – to słowo wybrzmiało z mocą, jakby nie wydobywało się jedynie z ust ducha, lecz daleko spoza tego świata.
– Ale… – zaprotestował Loko, lecz spojrzenie Damballaha nie znało sprzeciwu.
Mbali stanęła pewniej na nogach, jakby nagle wypełniła ją nieznana dotąd siła.
– A więc niech tak będzie! – rzekł donośnie Loko.
– Na twoich zaś barkach, Nekharonie, spoczywa przekazać jej całą wiedzę – zwrócił się do szamana Papa Legba. – Wiesz, że zaświaty nigdy nie wybaczają…
Szaman uderzył swą laską w ziemię, a talizmany zabrzęczały donośnie.
Gęsta mgła znów zawirowała wokół kręgu, coraz szybciej i szybciej. Świat powoli rozmywał się, a Mbali stała pośrodku wytyczonych w czarnej ziemi symboli. Wiatr porywał jęzory ognia, które z każdą chwilą, coraz bardziej oplatały młodą szamankę.
Nie zawahała się. Stała pewnie, mimo że granat rozgwieżdżonego nieba mieszał się z czernią wypalonej ogniem ziemi. Jej skóra zapiekła, jakby moce zaświatów żłobiły w niej własne znaki.
Grzmot ponownie rozdarł niebo, bębny znów zadudniły głośniej, a wir powietrza wzniósł się wysoko, ponad korony drzew. Duchy odeszły, a Mbali leżała pośrodku zaklętego kręgu. Na jej twarzy wciąż pulsowały świeże symbole zaświatów. Malowidła, których nigdy już nie zmyje. Znaki, które wyryte zostały w niej głębiej niż pamięć tej nocy.
Głucha cisza wypełniła przestrzeń.
Po chwili przerwał ją cichy śpiew Nekharona.
Ta pieśń. Ta sama. Znała ją. Tak. Oczywiście… nucił ją zawsze, gdy tulił ją do snu. Lecz to było dawno temu. Jakby w innym życiu.
– Ojcze… – wyszeptała. – To ja go zabiłam, prawda?
– Próbowałaś go ocalić.
– A jakie to ma znaczenie? – załkała.
– Czasami największe…
Ogień przygasł nagle, a od strony lasu nadszedł chłód. Nekharon objął córkę ramieniem.
– Wiedziałem, że cię to czeka… – wyszeptał. – Nie sądziłem jednak, że tak szybko.
– Czy odtąd będę umiała odnaleźć właściwy sposób?
– Teraz dopiero będziesz mogła go szukać.
[1] Tłum. Damballah! Przyjdź uzdrowić tego mężczyznę!
[2] Tłum. Papa Legba! Otwórz bramę między światami! Nadszedł dzień. Świat duchów musi przyjąć nową szamankę.
[3] Tłum. Niech Loko pobłogosławi jej drogę! Niech Damballah zaświadczy w jej imieniu!