- Opowiadanie: Powalinczyk - Wyrwane stronice Avalorii – Aequis (cz. 4)

Wyrwane stronice Avalorii – Aequis (cz. 4)

Zapraszam na czwartą część przygód Aequisa.

Linki do poprzednich części:

https://fantastyka.pl/opowiadania/pokaz/34858 cz.1

https://fantastyka.pl/opowiadania/pokaz/34919 cz.2

https://fantastyka.pl/opowiadania/pokaz/34993 cz.3

Dzisiaj przyjrzymy się bliżej temu, z czym będą musieli mierzyć się obrońcy Avalorii. 

Tradycyjnie, zachęcam do komentowania oraz pięknie dziękuję za poświęcony czas.

Oceny

Wyrwane stronice Avalorii – Aequis (cz. 4)

Fort Ur'Atill wyrastał z poszarpanych skał Avalorii niczym czarny, popękany ząb. Architektura nieludzkiej twierdzy przeczyła prawom śmiertelników – monolityczne ściany zdawały się pochłaniać rzadkie światło dnia, a wokół murów pulsowała majestatyczna bariera z czystego wypalenia. Purpurowo-czarna mgła, gęsta i sycząca z wściekłości, tworzyła nieprzenikniony filtr. Każda istota, w której żyłach nie krążył dar Noxiarisa, po przekroczeniu granicy w mgnieniu oka obracała się w pył.

Dla Aequisa niszczycielski całun stał się naturalnym środowiskiem – miejscem, w którym przeszłość straciła jakiekolwiek znaczenie. Wszystkie żałosne, ludzkie kotwice – twarze, których imion nie pamiętał, zapach bzdurnych ziół czy ciepło dłoni – doszczętnie strawił purpurowy pożar. Malakar nie zostawił miejsca na słabość. Wypalił ze świadomości wszystko, co zbędne, tworząc w zamian absolutną, nieskażoną niczym pustkę. Strażnik nie zadawał sobie trudu, aby przypomnieć sobie dawne życie. Jedyne, co definiowało tożsamość, to zakorzeniony głęboko w tkankach instynkt zabójcy. Pamiętał każdą rotację nadgarstka, każdy morderczy kąt cięcia i przede wszystkim – miał pełną, wręcz arogancką pewność, jak potężne i bezwzględne narzędzie zagłady ucieleśniał. Nie czuł się sługą – uważał się za przedłużenie woli stwórcy. Pierwszy pośród cieni.

Stał niewzruszony w ogromnej sali, opierając dłoń na rękojeści urumi. Przestrzeń wokół drżała, nasycona tak wysokim stężeniem nicości, że powietrze gęstniało.W samym centrum komnaty Przedwieczny utrzymywał otwarty portal do Otchłani – ryczącą szczelinę w strukturze rzeczywistości, której krawędzie rwały się i syczały purpurowo-czarnym ogniem. Z rozdarcia, niczym żywa, dymiąca fala, niespiesznie wylewały się kolejne oddziały.

Przyglądał się procesowi z zimną, drapieżną wyższością. Obserwował istoty utkane z najgłębszego mroku: bestie o zbyt wielu ślepiach i milczących wojowników zakutych w pancerze, które zdawały się spijać resztki światła z otoczenia. Nowo przybyli kroczyli w idealnym, hipnotyzującym porządku, a każde stąpnięcie rezonowało w posadzce niczym uderzenie dzwonu. Przez wypaczony umysł przetoczyła się fala chorobliwej dumy. Z tą armią planował rzucić świat na kolana. Patrzył na setki sylwetek i wiedział, że nikt nie dorównuje mu potęgą.

Nagle struktura portalu zafalowała gwałtowniej. Z ryczącej czeluści jako ostatni wyłonił się dowódca hord. Istota zakuta w pancerz, z którego szczelin sączyła się skondensowana, purpurowa moc, przewyższała o głowę największych osobników Dzikich Plemion. Z pleców wyrastały iglice przypominające ostrza, a cała skorupa emanowała ciężką, pierwotną furią. Kreatura postąpiła krok naprzód, a jarzące się czerwienią ślepia natychmiast zlokalizowały Aequisa. Zatrzymał się, uniósł dumnie łeb i zmierzył go wzrokiem pełnym nieskrywanej, głębokiej pogardy. W gęstym dymie zrodziło się nieme napięcie. Nie widział w śmiertelniku równego partnera – dostrzegał jedynie kruche, ludzkie naczynie, mające czelność stać tak blisko tronu wspólnego pana.

Aequis nie drgnął, ale w głębi przesiąkniętej mrokiem duszy coś niebezpiecznie zaiskrzyło. Bezczelne, prowokacyjne spojrzenie uderzyło prosto w wojownicze ego.

Wyjąca szczelina zamknęła się z wysysającym powietrze mlaśnięciem. W ciszy, jaka nastała, monstrualny demon postąpił krok naprzód. Z pyska buchnął fetor siarki.

– To ma być ten wielki Strażnik? – wycharczał bezpośrednio w przestrzeń sali, a głos przypominał chrzęst miażdżonych kości. Spojrzał na Malakara, ostentacyjnie ignorując obecność Aequisa. – Pachnie śmiertelną słabością. Ogary z Otchłani rozszarpałyby tę powłokę w ułamku sekundy.

Pradawny, którego dymna forma nieustannie falowała nad kamiennym podestem, nie odpowiedział od razu. Splótł ramiona na piersi, mierząc poddanych.

Zakon Zjednoczenia rośnie w siłę szybciej, niż przypuszczałem – obaj wojownicy usłyszeli słowa w umysłach. – Fuzja światła i ciemności nabiera rozmachu. Starania to za mało, Aequisie. Od teraz słuchasz mojego czempiona.

Strażnik uniósł powoli głowę. Purpurowo-czarne oczy, pozbawione białek, zalśniły złowrogo. Przez całe jestestwo przetoczyła się fala lodowatej furii. Podporządkować się? Jemu? Komenda trafiła niczym taran w zamkowe bramy.

– Urumi służy wyłącznie nicości, Malakarze – zdanie przecięło ciszę komnaty niczym uświęcone ostrze. Spojrzał na monstrum z góry, mimo że ustępował mu wzrostem. Splunął na posadzkę przed buty giganta. – Bękart Otchłani nie zdołałby dowodzić nawet stadem padlinożerców, skoro nie wyczuwa, kiedy stoi nad nim śmierć.

Demon zaryczał, dotknięty do żywego bezczelnością człowieka. Uniósł najeżoną kolcami dłoń, by zmiażdżyć zuchwalca. Urumi ożyło w ułamku sekundy. Stalowe wstęgi wystrzeliły z rękojeści z ogłuszającym, metalicznym świstem. Ostre jak brzytwa pasma z chrzęstem oplotły szyję kolosa, a chirurgiczne szarpnięcie nadgarstka zerwało łeb. Czarna posoka trysnęła wysoko na ściany, a bezwładne cielsko runęło z łomotem na posadzkę, tuż pod nogi Strażnika.

W sali zamarł wszelki ruch. Tysięczna armia znieruchomiała w absolutnym, paraliżującym szoku. Nikt nie wierzył, że potężny dowódca z Otchłani, prowadzący oddziały przez tysiące lat, mógł zginąć od jednego, niedbałego ruchu ręki. Dotychczasowa pogarda natychmiast ustąpiła miejsca pierwotnemu strachowi.

Niespiesznie wykonał zwrot dłoni, strzepując czarną krew z giętkich kling. Spojrzał na milczącego Malakara. Po jednym uderzeniu serca cała sala zatrzęsła się od niskiego, wibrującego śmiechu. Absolutna, arogancka brutalność i brak pokory zaimponowały stwórcy, który zamiast potulnych psów szukał niszczycieli.

Duma dorównuje sile, Aequisie – oznajmił, a dymne ramiona uniosły się w geście aprobaty. – Skoro poprzedni przywódca obrócił się w niepamięć, armia należy do ciebie. Wyjdź im naprzeciw. Zgnieć to, co nazywają Zakonem.

Aequis uśmiechnął się drapieżnie. Obrócił się na pięcie, gotów poprowadzić mrok na rzeź.

Żelazne wrota Ur'Atill rozwarły się z przeciągłym, ogłuszającym zgrzytem, obnażając spowity dymem horyzont Avalorii. Przekroczył próg twierdzy jako pierwszy. Kroczył powoli, z urumi swobodnie zwisającym u boku, a za nim wylewały się karne rzędy nowej armii. Bestie i wojownicy z Otchłani poruszali się w absolutnym milczeniu, z lękiem wpatrzeni w plecy śmiertelnika, który tak bezwzględnie wywalczył prawo do władania nimi.

Nie musieli jednak szukać wroga. Zakon Zjednoczenia czekał u samego podnóża skalistego płaskowyżu. Atak nastąpił błyskawicznie, bez zbędnych nawoływań czy wojennych pieśni. Mordercza siła dwóch przeciwstawnych mocy, przed którą ostrzegał Malakar, materializowała się w idealnym zgraniu. Awatary wypalenia i luminacji nacierały ramię w ramię. Oślepiające, złociste tarcze światła osłaniały przed ciosami spowitych w purpurowe cienie zastępów, podczas gdy nicość torowała drogę niszczycielskim promieniom Solastry.

Rzucił się w sam środek chaosu z uśmiechem na ustach. Dostrzegł jedynie kolejną przeszkodę do ostatecznego triumfu Przedwiecznego. Stalowe wstęgi biczomiecza tańczyły, tworząc wokół nieprzeniknioną, tnącą sferę. Z absolutną, arogancką precyzją odcinał ramiona, patroszył korpusy i kruszył pancerze. Każdy ruch stanowił hymn na cześć destrukcji – bezwzględny, bezbłędny, niesiony czystym instynktem drapieżnika.

W pewnym momencie utkana z luminacji siatka owinęła się wokół ciała. Palące światło Solastry wbiło się głęboko w przesiąknięte wypaleniem tkanki, wywołując potworny, paraliżujący ból na poziomie nerwów. Moc zadziałała niczym gwałtowny wstrząs elektryczny, który na jedną, ulotną chwilę rozbił purpurową mgłę kontrolującą organizm.

Bezdenne, czarne studnie mroku w oczach zniknęły. Na tę jedną, mikroskopijną chwilę w oczodołach błysnęły zwykłe, ludzkie źrenice. Wzrok, dotąd pozbawiony jakichkolwiek emocji, nagle zaszedł mgłą głębokiego, śmiertelnego zagubienia. Twarz drgnęła, tracąc pewność siebie.

Jednak zanim iskra powracającego człowieczeństwa zdołała wywołać jakąkolwiek myśl czy wspomnienie, ciało zareagowało obronnie. Przerażenie nagłą słabością natychmiast przekształciło się w jeszcze większy, zwierzęcy gniew. Potrząsnął gwałtownie głową, jakby odpędzał natrętną zmorę, a ciemność z furią zalała tęczówki.

Forma awatara z łatwością rozerwała świetlistą siatkę. Uderzenie serca później, znajdował się za luminatą. Bez zbędnego wysiłku przebił dłonią pancerz wojownika i wyrwał kręgosłup. Gasnąca esencja zakonnika eksplodowała deszczem iskier. Obrócił się w stronę kolejnych szeregów zjednoczonych. Czerń w oczach płonęła mocniej niż kiedykolwiek. Bitwa dopiero się rozkręcała.

 

Koniec
Nowa Fantastyka