Pomieszczenie wypełniał gryzący smród kadzidełek, co chwilę wywołujący u mnie kaszel. Pufa była zbyt miękka, zapadałam się w niej, jakby chciała mnie wciągnąć i tak ocalić przed grzechem, który zamierzałam popełnić.
– Jak już wspominałam w mailach, nie chodzi o pieniądze – wiedźma mówiła spokojnie, ale czułam, że nasza rozmowa ją irytuje. – Magia nie lubi być niedoceniana. Musi być pani absolutnie pewna.
– Jestem absolutnie pewna – zapewniłam, powstrzymując westchnienie.
– Klątwy są bardzo ekstremalną formą zemsty…
– Nie zna pani mojej sytuacji.
– No dobrze… – powiedziała bez przekonania. – Rzucanie zaklęć to długi i wymagający proces.
Zaczęłam wykładać przyniesione rzeczy. Starałam się nie naruszyć dziwnych wzorów usypanych na stole z soli, skoro nie miałam pojęcia, po co tam były. Kiedy skończyłam, przed moją rozmówczynią leżała szczotka do włosów Marianny, majtki, pilniczek do paznokci i przesiąknięta krwią chusteczka.
– Któraś z tych rzeczy powinna wystarczyć – powiedziałam dumna z siebie.
– Któraś zdecydowanie – kiedy to mówiła, jej twarz wygięła się w grymasie zdradzającym zniesmaczenie.
– Ta osoba miewa krwotoki z nosa – zapewniłam szybko.
W rzeczywistości się skaleczyła, ale krwotoki z nosa wydawały mi się mniej podejrzane. Nie chciałam, aby pomyślała, że zamierzam przekląć kogoś, kogo już dźgnęłam.
– Jest pani blisko z tą osobą?
– Jestem zmuszona często przebywać w jej otoczeniu.
***
Po przekroczeniu progu, dobiegły mnie śmiechy. Nie rozumiałam czemu, w tym piekielnym domu zawsze było tak głośno. Starałam się wierzyć, że obecność gości pozwoli mi niepostrzeżenie zniknąć w gabinecie, który chwilowo pełnił rolę mojej sypialni. Zanim się tam zakradłam, śmiechy w kuchni ucichły, przerwane odgłosem przewracanego krzesła.
Marianna przemknęła obok, chyba nieświadoma mojej obecności i zamknęła się w łazience. Gdy stałam odrętwiała, ona zaczęła wymiotować. Nim zadecydowałam co dalej, z kuchni wyszli moja matka i brat. Emil sprawiał wrażenie zmartwionego, co jeszcze bardziej mnie rozdrażniło.
Czemu nie wyglądał równie szczerze, kiedy moje życie zawaliło się po raz kolejny?
– Mówiłam, że nie powinniście gotować tak mocno pachnącego jedzenia – matka spróbowała rozpocząć tyradę.
– Mówiłaś też, że ciężarnej nie odmawia się zachcianek – westchnął Emil, po czym ruszył w stronę łazienki.
Matka narzekała na coś pod nosem, ale nie słyszałam, co dokładnie mówiła. Mnie też zaczynało się chcieć wymiotować, ale Marianna była w trakcie wyrzucania wnętrzności do jedynej toalety w domu.
– Misia, wróciłaś w końcu! Jak spacer, kochanie? – zapytała matka obrzydliwie przesłodzonym tonem.
Widocznie to, że nikt nie zwracał na nią uwagi, wystarczyło, abym stała się jej nowym punktem zainteresowania.
– Cudowne wieści kochanie. – Nie rozumiałam, czego miał dotyczyć taki komentarz, bo nie dała mi czasu na odpowiedź.
Pociągnęła mnie za rękę do kuchni. Przy stole siedziały dwie kobiety i mężczyzna. Jak zwykle w przypadku przyjaciół mojego brata i szwagierki – twarze gości wyglądały znajomo, ale nie pamiętałam, gdzie mogłam ich poznać.
– To jest Misia, moja starsza córka – przedstawiła mnie matka, choć byłam niemal pewna, że tamci wiedzieli, kim jestem.
Nie rozumiałam, czemu nie użyła mojego imienia.
Rozmowy szybko zaczęły toczyć się dalej, jakby nikt nie pamiętał o stanie ciężarnej gospodyni.
– A co u twojego narzeczonego? – zapytała jedna z kobiet, kiedy nakładałam sobie jedzenie.
– Nie wiem, rozeszliśmy się jakiś czas temu – odpowiedziałam, siląc się na spokój.
– Ojoj, a tak do siebie pasowaliście! Co się stało?
– Od razu po rozstaniu zaczął się spotykać z koleżanką z pracy, więc chyba się domyślacie, co mogło się stać.
– To dlatego Misia pomieszkuje teraz z nami – wtrącił Emil.
Wrócił do kuchni lekkim krokiem, jakbyśmy nie słyszeli, że jego żona wciąż rzyga w kiblu. Nie mogłam się pocieszać myślą, że to klątwa trawi kobietę od środka, bo według wiedźmy pierwsze objawy nie powinny pojawić się wcześniej niż najbliższej nocy.
– Dobrze, że się od niego wyniosłaś, siostrzyczko. Okropnie się zachował – mówiąc, objął mnie jedną ręką i przyciągnął do swojego boku.
Taki gest zaskoczył mnie na tyle, że ledwo skończyłam nakładać sobie potrawkę bez rozlania jej.
– Ale cóż, dupek nie zasługuje, żeby o nim tyle mówić.
Później Emil zaczął opowiadać o tym, co planowali dokupić do pokoju dziecięcego, a ja miałam nadzieję, że matka nie domyśli się, że celowo zajęłam ulubione miejsce Marianny. Taka drobna złośliwość nieco poprawiła mi humor.
***
Długo czekałam na sen, bo małżeństwo nie przestawało hałasować. Przechodzili między pomieszczeniami, zapalali światło i raz za razem parskali śmiechem.
Moje myśli uciekały w stronę poprzednich związków. W żadnym nie śmiałam się aż tyle i niemal każdy się szybko rozpadł. Byli partnerzy rzadko podawali powody – jeżeli próbowali się zdobyć na szczerość, mówili o moim ciężkim charakterze.
Tylko jeden został na dłużej, myślałam, że na stałe. Dał mi pierścionek, staraliśmy się o dziecko, bo marzył o zdjęciach ślubnych z niemowlęciem. Zgodziłam się, choć uważałam to za okropny pomysł, a on i tak odszedł.
Udało mi się zasnąć, dopiero kiedy tamci szczęśliwi kretyni też to zrobili. Nawiedzały mnie dziwne sny. W jednym z nich stałam się czymś, co gnało opustoszałymi ulicami. Nieliczni ludzie, których mijałam, nie dostrzegali mojej obecności. Za to zwierzęta szalały z przerażenia. Poznałam okolicę, dopiero kiedy znalazłam się blisko domu Emila i Marianny.
Przeskoczyłam przez bramę, jakbym nic nie ważyła. Obce mi ciało dopadło do ściany budynku i zaczęło się po niej wspinać, nie odrywając wzroku od rosnącego okna. Spodziewałam się, że stworzenie wybije szybę, ale przeniknęło przez nią. Widziałam, że szkło nie zostało stłuczone, ale czułam, jak odłamki wbijają się we wspólne ciało.
Sylwetka runęła na śpiącą kobietę po tym, jak stanęła nad łóżkiem. Poczułam uderzenie gorącego płynu.
Obudził mnie krzyk Marianny, tak przeszywający, że niemal spadłam z łóżka. Początkowo chciałam to zignorować i spróbować zasnąć, ale obawiałam się, że brat robiłby mi wyrzuty.
Otwierając drzwi do ich sypialni słyszałam, jak Emil pyta o coś wystraszony. Kiedy zapaliłam światło, on również zaczął krzyczeć. Marianna płakała, oboje próbowali wyplątać się z kołdry i poderwać z łóżka, jakby przed czymś uciekali.
Po pościeli chodził ogromny pająk. Jeden z największych, jakie widziałam na żywo, ale wciąż – tylko pająk.
– Zachowujecie się, jak dzieci – powiedziałam.
Nie miałam pewności, czy ich krzyki mnie całkowicie nie zagłuszą. Wzięłam chusteczkę z opakowania na szafce i po delikatnym ujęciu pająka, wystawiłam go za okno. Wtedy, zapanowała cisza, przerwana w końcu przez śmiech mojego brata.
– Ratujesz nam życie – zażartował.
– Przepraszam, że cię obudziłam – zaczęła Marianna. – Najpierw miałam koszmar, a po tym poczułam, jak coś po mnie chodzi.
– Nie ugryzł cię? – zapytał Emil.
Zapewniała, że nie, ale on panikował jeszcze chwilę, nim udało mi się wejść w słowo.
– Co ci się śniło? – zapytałam.
– Że ktoś się włamał.
***
Jedząc śniadanie, przekonałam się, że chyba po raz pierwszy kiedykolwiek, Marianna wyglądała znaczenie gorzej, niż ja. Jej skóra zszarzała, a policzki pokryła wysypka. Usta kobiety popękały, kiedy patrzyłam, jak je, niemal spodziewałam się zobaczyć mieszającą się z mlekiem krew.
Jedząc, gapiła się w telefon, więc tylko ja zauważyłam, co wyłowiła z miski płatków. Na łyżce był pająk. Ogromny, przynajmniej tak duży, jak ten w nocy. Nie ruszał się, musiał utonąć w mleku, ale nie miałam pojęcia, jak się do niego dostał.
Nie ostrzegłam jej, nim włożyła pająka do ust. Wydawało mi się, że usłyszałam chrupnięcie, z jakim przegryzła pancerzyk.
Po tym ponownie były wrzaski i wymioty, a ja odpowiadałam na ogłoszenia o pracę.
***
– Biedna Marianna – westchnęła moja matka.
Takie słowa sprawiły, że pożałowałam decyzji o wspólnym gotowaniu.
Od kiedy Emil i jego żonka ogłosili, że spodziewają się ludzkiego pasożyta, niemal nie rozmawialiśmy o mnie. Jedyny wyjątek miał miejsce, kiedy straciłam pracę i porzucił mnie partner. Niestety te tematy szybko wszystkich znudziły.
– Czemu biedna? – zapytałam, choć niekoniecznie chciałam usłyszeć odpowiedź.
– Nie wyobrażam sobie spodziewać się dziecka bez matki. Jeszcze cała ta tragedia z jej rodzicami i bratem, to nie takie dawne dzieje.
Nie była blisko z rodzicami, z bratem się nienawidzili. – Ledwo się powstrzymałam przed powiedzeniem tego na głos. Chyba nie chciałam wiedzieć, jak matka by zareagowała.
Marianna nie miała kontaktu z rodziną – ci ludzie pewnie by ją wydziedziczyli, gdyby śmierć nie zabrała ich tak nagle. Oprócz domu udawana tragedia kupiła jej miłość i poparcie teściowej, która wcześniej za nią nie przepadała.
***
We śnie stałam w sypialni Emila i Marianny, pochylona, aby zmieścić się w przestrzeni między podłogą a sufitem.
W rękach trzymałam zakrwawione, maleńkie ciało, które powoli przestawało się ruszać. Twarz miało tak oblepioną śluzem, że z dziecięcego gardła nie mógł się wyrwać pierwszy płacz. Po zbyt wcześnie wydartym ciele chodziły pająki. Dziesiątki pająków, które pożerały niemowlę.
Pępowina wciąż łączyła dziecko z matką. Marianna nie była w lepszym stanie – cały jej tors został rozerwany. Wnętrzności wywleczono, a spomiędzy nich wygrzebywały się kolejne pająki. Mimo wszystko, serce widoczne między wyłamanymi żebrami wciąż biło.
Płuca zwisały po bokach ciała. Ich powierzchnia poruszała się, ale nie w sposób wskazujący na oddech. Raczej jakby coś małego chodziło tuż pod cienką błoną.
Pomimo masakry u jego boku, mój brat spał spokojnie.
Obudziła mnie potrzeba skorzystania z toalety. Szłam tam po ciemku, aby nie ryzykować przebudzeniem współlokatorów, ale kiedy zapaliłam światło w łazience, niemal wyrwał mi się krzyk.
Na podłodze siedziała Marianna. Zapłakana, z zapadniętymi policzkami i krwawiącymi z pęknięć wargami.
Kiedy pierwszy szok minął, musiałam walczyć ze sobą, by nie zacząć się uśmiechać.
– Źle się czujesz? – zapytałam, udając troskę.
– Powiedzmy… – szeptała łamiącym się głosem.
– Kolejny koszmar?
Wzdrygnęła się, jakbym spróbowała ją uderzyć.
– Co dokładnie ci się śniło?
– Nie chcę o tym myśleć, boję się o tym myśleć…
– Mogę coś dla ciebie zrobić? – zapytałam, choć wolałam, aby nie korzystała z mojej propozycji.
– Nie trzeba, po prostu muszę ochłonąć, jakoś to mną wstrząsnęło.
Po tym chwilę milczałyśmy, a ona wciąż tkwiła na podłodze między mną, a sedesem.
– Możesz wyjść? Muszę siku.
***
– Przecież to straszne, jak Marianna zmarniała – powiedziała matka, kiedy znowu razem gotowałyśmy. – I to praktycznie z dnia na dzień! Wiesz coś się z nią dzieje?
– Nie wysypia się, męczą ją jakieś koszmary.
– Wiesz co się jej śni?
– Nie chce o tym mówić, podejrzewam, że coś związanego z ciążą.
– Możliwe… coraz bliżej porodu pewnie jest zestresowana.
Ledwo zdążyłam spróbować zmienić temat, do kuchni wpadła roztrzęsiona Marianna. Blada i z obłędem w oczach.
– Czemu jesteście takie spokojne?! Wezwałyście już policję?! – szeptała, ale w jej tonie dało się słyszeć paniczną nagłość.
– Policję? Po co? Dziecko, co się dzieje? – Matka starała się nie podnosić głosu, ale nie dało się powiedzieć, by mówiła cicho.
Marianna szerzej otworzyła oczy i spróbowała zasłonić usta starszej kobiety dłońmi. Syknęła, aby ta mówiła ciszej. Matka cofnęła się wystraszona.
– Nie słyszałyście tego?!
– Czego? – również szeptałam, żeby nie wpadła na pomysł, aby mnie dotykać.
– Okna! – Brzmiała, jakbyśmy były niepoważnymi w swoim uporze dziećmi. – Ktoś wybił okno i chodzi po piętrze!
Kiedy szeptała, matka zerkała na mnie nerwowo, jakby sądziła, że znam odpowiedzi na wszystkie pytania.
– Słońce, nikogo tu nie ma – matka mówiła powoli, nieudolnie próbując uspokoić młodszą kobietę. – Nie słyszałyśmy nic takiego, a przecież…
Nie zdążyła dokończyć, nim z gardła Marianny dobył się niemal zwierzęcy pisk.
Nie mam pewności, czy w ogóle słuchała, co mówiła teściowa. Jej wzrok wędrował nerwowo między nachylającą się do niej kobietą a wejściem do kuchni. Po krzyku osunęła się na podłogę. Nie, jakby zasłabła, raczej – jakby cofnęła się na tyle gwałtownie, by stracić równowagę. Cała drżała, aż nie mogła się podnieść.
– Nie! Nie podchodź! – krzyczała.
Matka próbowała ją uspokoić, widocznie nie mniej przerażona niż Marianna. Ja natomiast patrzyłam na wejście do kuchni, w którym nikt nie stał.
***
– Misia… – zaczął Emil, wchodząc do pokoju.
Wszedł bez pukania, zawsze wchodził bez pukania, a ja nie wiedziałam, czy mogłam mu zwrócić uwagę w jego domu.
– Co tam? – zapytałam, nie odrywając wzroku od ekranu.
Pomimo nagłego towarzystwa, starałam się skupić na czytanym ogłoszeniu.
– To prawda, co mówiły mama i Marianna?
– A co mówiły?
– Że Marianna miała kolejny koszmar i wydawała się bardzo zdezorientowana po obudzeniu.
– Zaskoczyła mnie na tyle, że niezbyt wiedziałam, co się dzieje. Z tego co zrozumiałam, miała bardzo realistyczny sen o włamaniu i po obudzeniu naprawdę myślała, że ktoś jest w domu.
Próbowałam go uspokoić, ale nie przez troskę. Nie chciałam, aby ktokolwiek tak szybko wpadł na pomysł pomagania Mariannie. Tak, aby nie zaznała nawet odrobiny komfortu.
– I po tym zemdlała?
– To nie do końca wyglądało, jak omdlenie – odpowiedziałam szczerze. – Miała otwarte oczy. Myślę, że to był moment otrzeźwienia. Dotarło do niej, co się dzieje i nie wiedziała, co dalej.
W lusterku stojącym na biurku zobaczyłam, jak Emil kiwa powoli głową. Nie patrzył na mnie, tylko w podłogę. Zaciskał zęby tak mocno, że widziałam mięsień przeskakujący mu w szczęce.
– Ostatnio ma dużo koszmarów. Mówiła coś o nich?
Coraz mocniej zaciskałam palce na myszce, żeby powstrzymać się przed uderzeniem ręką o blat. Walczyłam, aby stłumić w gardle krzyk:
To twoja żona do kurwy, nędzy! Czemu bym miała wiedzieć o twojej żonie coś więcej, niż ty?!
– Myślę, że jest bardzo zestresowana i tak to się przejawia – zapewniałam powoli, aby przypadkiem nie podnieść głosu.
Jeszcze chwilę stał w milczeniu. Wychodząc, zamknął drzwi.
***
We śnie stałam w pokoju Emila i Marianny. Tym razem kobieta nie spała, a siedziała na skraju łóżka i kaszlała. Rwący kaszel brzmiał, jakby ledwo pozwalał jej oddychać. Ciężko mi było zrozumieć, jakim cudem nie obudziła mojego brata.
Podeszłam bliżej i nachyliłam się do kobiety. Dopiero wtedy zobaczyłam, że coś poruszało się pod jej skórą. Kaszlała coraz mocniej, jej ciałem wstrząsały torsje. W końcu zaczęła pluć. Musiałam kucnąć, przy łóżku, żeby dostrzec, co znalazło się w jej drżących dłoniach.
Posklejany flegmą pająk.
Rano obudziły mnie krzyki. Emil biegał po domu, chyba czegoś szukając, usłyszałam z jego ust słowo szpital, przez co, pomimo zaspania, zaczęłam się uśmiechać. Liczyłam na to, że Mariannie stało się coś złego. Coś na tyle złego, by zniknęła z mojego życia i już nikt nie mógł nas porównywać.
Uśmiech zniknął mi z twarzy, kiedy dotarło do mnie, że w tonie głosu mojego brata oprócz paniki była radość.
Kiedy otworzyłam drzwi, zrozumiałam, że wołał coś do telefonu. Pewnie zadzwonił do matki, mówił, że muszą jechać do szpitala, bo Marianna chyba rodziła.
Po tym, jak opuścili dom, cieszyłam się niemal całym dniem ciszy, później zadzwonił mój telefon. Kazali mi jechać do szpitala, a na miejscu trzymać dziecko. Emil znowu pytał, czy zostanę chrzestną, jakby przypomniał sobie, że poprzednio nie odpowiedziałam. Ilość emocji pozwalała mi dawkować reakcje – wystarczyło udawanie szoku. Moja rodzina zawsze uważała mnie za mało wylewną.
Łatwo było mi obserwować reakcje Marianny. Wyglądała źle, jak pierdolona męczennica. Uśmiechała się tylko, kiedy inni na nią patrzyli. Przybierała ten jej typowy, łagodny uśmiech, którego od zawsze nienawidziłam. Im dłużej inni nie skupiali się na niej, tym głębiej oddychała, jakby za wszelką cenę starała się zapanować nad czymś, co rodziło się w jej wnętrzu. Kiedy patrzyła na dziecko, w jej oczach dało się dostrzec lęk.
***
Wrócili szybciej, niż miałam nadzieję. Kiedy Marianna była w szpitalu, a Emil jeździł do niej w każdej wolnej chwili – miałam spokój. Nie musiałam znosić ich obecności i przestały mnie męczyć koszmary. Nie sądzę za to, żeby Marianna w tym czasie odpoczywała. Podobno coś dziwnego działo się z nią i jej najbliższymi sąsiadkami. Każda z ciężarnych kobiet i nowych matek wielokrotnie budziła się w nocy z krzykiem.
Kiedy wrócili, Marianna wyglądała na chorą. Stała się nerwowa, drażliwa, bała się robić cokolwiek przy dziecku. Emil zdawał się całkowicie tego nie widzieć. Matkę ten lęk bawił, jakby uważała go za kolejny uroczy etap rodzicielstwa.
Sądziłam, że dziecko będzie zawodzić w nocy, ale było tak ciche, że dało się zapomnieć o jego obecności. Emila to zachwycało, a matka żartowała, że młodzi rodzice powinni się cieszyć, póki mogą, bo taki spokój mógł być wyłącznie fazą. Marianna nie dzieliła ich entuzjazmu. Spinała się, kiedy mówili o tym, jak grzeczne jest ich dziecko.
Dziwne sny powróciły już pierwszej nocy po ich powrocie. Stałam w sypialni, pochylając obcą głowę. Tym razem nie nad łóżkiem pary, a ustawioną w sypialni kołyską. Dziecko nie spało. Patrzyło na mnie i uśmiechało się znacznie szerzej, niż powinien na to pozwalać wiek. Małe oczy lśniły w ciemnościach, jak dwie latarki.
Nie mogłam nic zrobić, nawet odwrócić wzroku od bachora, którego miałam dość jeszcze przed tym, jak się urodził.
Materiał piżamki poruszał się intensywnie. Coś małego chodziło po dziecku. Razem z tym spostrzeżeniem dotarł do mnie początkowo cichy, ale z czasem coraz donośniejszy dźwięk. Coś pomiędzy skrzekiem a klikaniem. Mokry i wysoki, w końcu połączyłam go z odgłosem, jaki w filmach czasem przypisywano robactwu.
Nagle rozległo się skrzypnięcie łóżka, jakby ktoś gwałtownie na nim usiadł.
– Czym ty do cholery jesteś?! – szept Marianny szybko przeszedł w syk.
Znałam ją niemal całe życie, ale nigdy nie słyszałam, by przybrała podobny ton. Nie brzmiała na przerażoną. Emocje w jej głosie bardziej niż strach przypominały złość. Ten bardzo konkretny rodzaj złości, kiedy coś męczy na tyle długo, by nie zostawić w człowieku nic poza frustracją.
Brzmiała, jakby już nie potrafiła bać się tego, z czym dzieliłam ciało.
– Przychodzimy po dzieci. – Rozległy się słowa, których nie wypowiadałam. – Musimy zająć czyjeś miejsce, by się urodzić.
Mówienie wbrew woli bolało, jakby przez gardło przechodziło mi nie ciepłe powietrze, a odłamki szkła.
Obudziłam się na tyle wcześnie, że z pewną radością skierowałam kroki w stronę kuchni. Spodziewałam się być tam sama i móc zjeść śniadanie bez towarzystwa tych idiotów.
Na podłodze oparta plecami o lodówkę siedziała Marianna. Miała pusty wzrok, wpatrywała się w przestrzeń przed sobą, tuląc nogi do klatki piersiowej.
Podłoga wokół niej była czarna od pająków. Dużych i włochatych, wybiegających spod lodówki. Jedne z nich wspinały się na ciało Marianny, a inne rozbiegały po kuchni. Kobieta nie reagowała, nawet kiedy stworzenia wchodziły jej na twarz. Zaskoczona widokiem zatrzymałam się w bezruchu na tyle długo, że kilka z uciekających pająków zdążyło przebiec mi po stopie.
Nie wiedziałam, co zrobić, więc zrezygnowałam ze śniadania i poszłam zamknąć się w gabinecie. Spodziewałam się, że kiedy Emil zobaczy w kuchni to, co ja, oszaleje. Miałam nadzieję, że nie uczyni stanu Marianny moim problemem. Jeszcze większą, że uzna ją za wariatkę i się z nią rozwiedzie.
Kiedy wreszcie wstał, w kuchni dało się słyszeć spokojną rozmowę. Jednostronną, bo nie słyszałam głosu Marianny.
Czymkolwiek była nękająca kobietę siła, postanowiła zaoszczędzić traumatycznych widoków mojemu bratu. A ja nie mogłam w pełni cieszyć się cierpieniem tej suki, bo coś postanowiło zrobić z jej męki również mój problem.
Po raz pierwszy od dawna wyszłam z domu na dłużej, tylko po to, by nie musieć znosić obecności Marianny.
***
Po wejściu do domu pierwszy raz usłyszałam płacz cholernego bachora. Zaskoczył mnie na tyle, bym przez chwilę brała pod uwagę, że ktoś jedynie zbyt głośno oglądał telewizję. Z takiego przekonania wytrącił mnie fragment rozmowy, podsłuchany, kiedy szłam w głąb domu.
– …po prostu zasnęłam! – Marianna brzmiała na rozdrażnioną. Jakby zdążyła się zmęczyć tłumaczeniem czegoś, komuś niedorzecznemu. – Nie moja wina, że zawsze jest tak cicho!
– Przecież to wygląda, jakby przez cały dzień nikt… – Emil musiał walczyć ze sobą, by nie podnosić głosu.
Nie usłyszałam końca ich rozmowy, bo dostrzegli mnie przez otwarte drzwi do pomieszczenia i zamilkli.
– Coś się stało? – zapytałam.
– Nic takiego. Mogłabyś przygotować butelkę?
Mój brat nie potrafił kłamać, ale nie pociągnęłam tematu. Kiedy zniknęłam w kuchni, oni zaczęli kłócić się dalej. Tym razem ściszali głos na tyle, bym nie słyszała, co dokładnie mówili. Kiedy wróciłam do nich z butelką, zamilkli.
Nie patrzyli na mnie. Marianna wyglądała na wściekłą, a Emil na zmartwionego. Zostawiłam ich samych w nadziei, że bez świadków rozszarpią się słownie.
Na resztę dnia zamknęłam się w gabinecie Emila. Początkowo skupiłam się na przeglądaniu ofert pracy, ale ich treść szybko zaczęła mi się zlewać, jakbym ciągle czytała kilka tych samych ogłoszeń. Wszystkie zdawały się równie beznadziejne, więc nie potrafiłam zrozumieć, czemu niemal nie dostawałam informacji zwrotnych.
Poczucie bezsilności zmęczyło mnie na tyle, bym wróciła do przerwanej wcześniej lektury o klątwach.
Niełatwo było mi znaleźć specjalistkę, której bym mogła zaufać. Wymagało to ode mnie wykorzystania kilku przypadkowych znajomości, które kiedyś niemal zerwałam.
Przed umówioną wizytą wiedźma przesłała mi artykuł swojego autorstwa. Namawiała, żebym przeczytała go uważnie, bo nie bez powodu starała się ograniczać świadczenie tego rodzaju usług. Pisała, że muszę skończyć go za wszelką cenę i coś może mi próbować w tym przeszkadzać. Ostrzeżenia rozbawiły mnie do tego stopnia, że zaczęłam nieco wątpić w jej wiarygodność. Pomimo lekkiego niedowierzania planowałam przeczytać artykuł. Nie był długi i okazał się stanowić przyjemną lekturę.
Twierdziła, że cokolwiek spotyka przeklętych, nie ma źródła wyłącznie w zaprojektowanych zaklęciach. Rola rzucającego klątwę miała ograniczać się do stworzenia połączenia między ofiarą a czymś, czego w artykule nie zamierzała nazwać. Takie połączenie miało sprawić, by do człowieka przykleiła się nieludzka istota. Domyślałam się, że dlatego wiedźma powtarzała, że nie będzie w stanie odwołać rzuconej klątwy.
Podkreślała, że praktycznie nie będzie mieć kontroli nad przyzwanym stworzeniem. Klienci musieli sami zadbać o to, aby nie skupić na sobie uwagi przyzwanych bestii. Nie dowiedziałam się jednak, na czym miały polegać tego rodzaju zabezpieczenia.
Nie pamiętam, co odrywało mnie od lektury, ale przed wizytą nie udało mi się doczytać artykułu dalej niż do połowy.
Tym razem czytałam ledwo chwilę, nim usłyszałam głos Emila. Rozmawiał przez telefon tuż pod oknem, które otworzyłam, by przewietrzyć w pomieszczeniu. Nie miałam pojęcia, czy ten debil zapomniał o mojej obecności, czy po prostu nie wiedział, jak bardzo niósł się jego głos.
Emil sądził, że Marianna – pomimo swoich zapewnień, że zasnęła tylko na chwilę – zostawiła dzieciaka samego na cały dzień. Mówił, że nie rozumiał, co się z nią działo, że przestał poznawać własną żonę. Powiedział nawet, że zaczął czytać o depresji poporodowej, ale tylko w pracy, bo nie wiedział, jak zareagowałaby Marianna, gdyby go przyłapała. Mówił też, że chciałby ją zaciągnąć na terapię, ale nie miał pojęcia, jak zacząć temat.
***
Zniknęły prześladujące mnie rozmowy i głupie śmiechy. Wreszcie mogłam się cieszyć błogą ciszą i słodką świadomością, że relacja zakochanych gołąbków zaczęła się pogarszać.
Szykując się do łóżka, usłyszałam, że tej nocy nie zamierzali spać razem. Emil poszedł z ich bachorem do pokoju dziecięcego. Chyba planował spać na dmuchanym materacu. Twierdził, że tylko po to, aby pozwolić Mariannie lepiej się wyspać.
Ona nawet nie spróbowała go powstrzymać.
Pomimo obaw, że znowu zobaczę coś skrajnie obrzydliwego, tej nocy zasnęłam z uśmiechem na ustach.
Kiedy otworzyłam oczy, stałam pochylona nad kołyską w pokoju dziecięcym. Słyszałam chrapanie brata i patrzyłam na niemowlę, którego oczy świeciły nieludzko. Znowu wyglądało na uszczęśliwione moim widokiem, ale tym razem nie tylko się uśmiechało.
Ten mały czort śmiał się na widok czegokolwiek, z czym dzieliłam ciało. Miałam wątpliwości co do uśmiechania, ale byłam pewna, że noworodki się nie śmieją. Zwłaszcza że nie brzmiało jak dziecko. Maleńkie usta opuszczał odgłos pasujący do dorosłej osoby.
Coś, z czym dzieliłam ciało, wyciągnęło ręce w stronę dziecka. O ile to w ogóle miało ręce. Po obudzeniu nie mogłam przypomnieć sobie, jak wyglądały kończyny istoty. Pamiętałam tylko, że zbierało mnie na wymioty, kiedy na nie patrzyłam. Nim stworzenie dotknęło dziecka, rozległ się wrzask. To coś cofnęło ręce, przez to nie musiałam już na nie patrzyć i wyprostowało się, na ile mogło.
W drzwiach stała Marianna. Roztrzęsiona, z rozczochranymi włosami, mokrymi policzkami i szaleństwem w oczach.
– Nie waż się dotykać mojego dziecka! – Chyba starała się brzmieć pewnie, ale jej głos łamał się żałośnie.
– Za późno. Już tu jesteśmy i nie odejdziemy bez tego, czego pożądamy.
Marianna rzuciła się w moją stronę, ale zdążyła przejść ledwo kilka kroków, nim padła na kolana. Myślałam, że się potknęła, ale do chrapania Emila dołączył odgłos dławienia się. Torsje aż rzucały ciałem kobiety po podłodze. Nie musiałam patrzyć na nią długo, nim z jej ust wypadać zaczęły posklejane, ale wciąż żywe pająki.
Emil spał, jego żona się dusiła, a to, z czym dzieliłam ciało, wzięło dziecko na ręce.
***
Rano wyszłam z domu, zanim Emil skończył szykować się do pracy. Nie podałam mu powodu. Powiedziałam, tylko że mogę wrócić późno. Stanęłam przed drzwiami wejściowymi w porze, kiedy zazwyczaj wracał do domu.
Spotkałam się z nim na podwórku. Przez otwarte okna dobiegał nas ryk dziecka. Dużo bardziej przeszywający niż poprzedniego dnia.
– Mama nie miała z nimi siedzieć? – zapytałam, choć obchodziło mnie to znacznie mniej, niż pewnie sądził.
Mamuśka kiedyś nie lubiła Marianny. Liczyłam, że wydarzenia ostatnich dni pozwolą mi na odzyskanie w niej sojusznika.
– Miała, ale ma dzisiaj wizytę u lekarza. Wyszła pewnie godzinę temu – odpowiedział, rozpaczliwie szukając kluczy.
Pobiegł do pokoju, nie zdejmując butów. Ruszyłam za nim w nadziei, że tym razem będę mogła zostać świadkiem kłótni małżeństwa. To, co zobaczyliśmy przez otwarte drzwi sypialni, sprawiło, że oboje zamarliśmy. Marianna nachylała się nad ułożonym na przewijaku dzieckiem z obcęgami.
Wyrywała mu paznokcie.
To dlatego tak wrzeszczało. Wyglądało, jakby próbowało przed nią uciec, ale nie potrafiło się jeszcze szczególnie sprawnie turlać. Dlatego jedynie machało rączkami i nóżkami, rozbryzgując krew we wszystkie strony.
Pierwszy odgłos, jaki wydarł się z ust mojego brata, nie brzmiał ludzko.
Marianna podniosła na nas wzrok zapłakana.
– Mówiło, że zerwie sobie skórę, żeby wypuścić więcej pająków. Może to coś nas zostawi, jeśli nie będzie tutaj żadnych… – Jej dalsze tłumaczenie przerwały krzyki Emila.
Chaos na długo zakłócił mój spokój, ale Marianna zniknęła. Skończyła na oddziale zamkniętym, bo nikt nie zamierzał słuchać wyjaśnień, jak to niby okaleczenie dziecka miało ocalić wszystkich przed diabłem. Mało kto naprawdę wierzył w magię. To, że najgłośniejszymi specjalistami byli oszuści, nie pomagało. Zastanawiałam się, czy prawdziwe wiedźmy nie reklamowały się głośno, by unikać konsekwencji rzucanych klątw.
W domu zapanowała cisza. Niemal absolutna, bo przez stan Emila matka postanowiła na jakiś czas zabrać dzieciaka do siebie. Brat oddał mi sypialnię, bo twierdził, że nie mógł w niej przebywać. Sam prawie przestał wychodzić z gabinetu. Nie miałam pewności, czy zaczął wtedy pracować zdalnie, czy wziął urlop. Miałam tylko nadzieję, że nie zapomni o płaceniu rachunków.
A moja sielanka dalej nie nadchodziła.
Poszukiwanie pracy szło mi, jak krew z nosa. Ciszę mąciły telefony, wiadomości oraz niezapowiedziane odwiedziny. Pytania i rozmowy prowadzone szeptem, nawet jeśli nie miał ich kto usłyszeć, nie ustawały, bo każdy chciał szczegółowo poznać historię o tym, jak popieprzyło idealną Mariannę.
Moje koszmary stały się znacznie rzadsze, ale całkowicie nie ustały. Czasem wciąż stałam nocami nad dzieckiem albo nad szarpiącą się z pasami Marianną. Któregoś dnia, kiedy obudziłam się szczególnie niewyspana, zadzwoniłam do wiedźmy.
– Mam nadzieję, że jest pani zadowolona? – zapytała po tym, jak się przedstawiłam.
– Niespecjalnie… – zaczęłam, nieco zaskoczona jej bezpośredniością.
Nie zdążyłam wyjaśnić.
– Przecież ostrzegałam…! – To, że podniosła głos, zaskoczyło mnie na tyle, że zaniemówiłam. – Radzę zmienić nastawienie, bo tego rodzaju siły bardzo nie lubią być niedoceniane – dodała spokojniej.
Rozłączyła się od razu po tym. Kiedy szok minął na tyle, bym zdołała zadzwonić do niej ponownie, przekonałam się, że zablokowała mój numer.
***
W ciągu następnych kilku dni zaczął mnie męczyć duszący kaszel. Leki, które brałam, nie pomagały. Rankami odczuwałam dziwne mrowienie w klatce piersiowej. Czasem czułam się, jakby coś poruszało się w moich płucach.
Aż nadszedł dzień, kiedy wykaszlałam w chusteczkę posklejanego flegmą pająka.