- Opowiadanie: HollyHell91 - Rodzinny obiad (21+)

Rodzinny obiad (21+)

Przed czytaniem zapoznaj się z treścią ostrzeżenia załączonego do opowiadania bądź skonsultuj się z betareaderem lub autorką, gdyż każde słowo niewłaściwie odebrane zagraża Twojemu wyczuciu smaku i klasy.

 

Ostrzeżenie: tekst z pewnością nie przypadnie do gustu osobom zachowawczym i konserwatywnym w tematach płciowo-spółkowych, tudzież osobom słabo znoszącym większą niż przeciętnie ilość wulgaryzmów.

 

Mam specyficzne poczucie humoru. Zazwyczaj wychodzą ze mnie smutne treści, więc tym razem postanowiłam w końcu się pośmiać. Pisanie tego szorcika przysporzyło mi dużo śmiechu! Choć zdaję sobie sprawę, że nie każdemu się spodoba i niektórzy mogą się poczuć zdegustowani, a nawet zażenowani. Osobom z obozu mojego pokręconego humoru życzę przyjemności z lektury!

P.S. Szczególne podziękowania za betę Michaelowi, który zdecydowanie należy do tego obozu!

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Biblioteka:

marzan

Oceny

Rodzinny obiad (21+)

– Jeszcze serniczka?

Wyrwana z zamyślenia podnoszę głowę i prawie uderzam czołem o talerz z ciastem, który uparcie podsuwa mi mama.

– Nie, dziękuję. Muszę dbać o linię.

Wszyscy wybuchają śmiechem, oprócz ojca, bo ten jest wiecznie zamyślony.

Wiecznie. Hm. Tak, rodzinny obiad za każdym razem trwa wieczność.

Odwracam głowę do okna i staram się ignorować absurdalnie głośne dźwięki siorbania wydobywające się z pomarszczonych ust babci. Myślą jestem na tej wielkiej, nieskończonej łące chryzantem, od której dzieli mnie tylko szyba. A przynajmniej lubię myśleć, że dzieli nas tylko szyba. Wyobrażam sobie, że skaczę po łące, zrywam kwiaty, wyrzucam je do góry, kładę się na ziemi, robię aniołka na roślinach… O ile da się takie zrobić. Podnoszę się i wpatruję w horyzont, tę magiczną linię między nieskończoną łąką a niebem. Gdy słońce zachodzi, nabiera ono niesamowitych barw, innych niż na ziemi; coś między niebieskim a zielenią. Chyba ten kolor nazywa się seledynowy… Ech. Dlaczego nie robiłam tego wszystkiego za życia? Nie wychodziłam sobie ot tak, na łąkę, nacieszyć się kwiatami i zachodem słońca…

– Jak tam w pracy? – Z nagła wybrzmiewa pytanie matki, brutalnie wymazując wizję łąki i zachodu słońca.

Wracam duchem do jadalni. Matka patrzy na mnie.

– Co? – Niemal wypluwam z siebie to słowo, zdziwiona tym kretyńskim pytaniem.

– No, pytam, jak w pracy.

– Jakiej pracy? Przecież nie żyjemy, do cholery. Co jest z tobą?

Matka podnosi filiżankę do ust i siorbie herbatę. Odruchowo zaciskam szczękę.

– Daj spokój, Ewa. – Nagle odzywa się Jasiek, mój głupi brat. Miał już dwadzieścia cztery lata, gdy zginął w wypadku motocyklowym, ale dla mnie zawsze będzie Jaśkiem. – Przecież wiesz, że mama nie może się pogodzić z tym, że całą wieczność musi spędzić na rodzinnym obiedzie… Po prostu idź w to.

Zbliża szklankę z kompotem do ust. Dźwięk siorbania wpada mi z impetem do ucha i zaczyna wwiercać się w mózg.

– A jaki to ma, kurwa, sens? – syczę. Kątem oka widzę, jak matka wykonuje na sobie znak krzyża.

– No, nie wiem, może taki, że będzie nam łatwiej się tutaj znosić wzajemnie? – Jasiek spokojnie odstawia szklankę na stół i sięga po pałeczkę kurczaka. Obgryza ją, mlaskając bezlitośnie. Jak jakiś mały, pieprzony chomik.

– Taa, łatwiej… – Mam wrażenie, że zaraz pokruszą mi się zęby. Wracam spojrzeniem na stół i w oczy rzuca mi się butelka czerwonego wina. Mogę przysiąc, że świeci na nią jakieś światło reflektora. Normalnie objawienie. Sięgam po nią i biorę potężny łyk.

– Ewa, kieliszek! Jak ty się zachowujesz…

Słowa matki przeszywają mnie całą, jak ostra włócznia pretensji, rzeźbiona całe życie. Nigdy nie powiedziała, że jest ze mnie dumna, a okazji było mnóstwo. Na przykład, gdy dostałam dobrą ocenę w szkole czy gdy udało mi się zdobyć pracę jako programistka. Zawsze mnie tylko krytykowała. I robi to nadal, nawet po śmierci.

Odstawiam butelkę z impetem – aż na sekundę przeszywa mnie obawa, że zniszczyłam mebel. Wściekłość jednak szybko przypomina o swojej obecności.

Dobrze, skoro chce tego, powiem jej, jak było w pracy. Ale nie tej pierwszej. Tej drugiej, o której nie miała pojęcia przez całe zasrane, dewociarskie życie.

– U mnie w pracy było świetnie! – Nachylam się przez stół do matki. – Dawno mnie nikt tak porządnie nie wydymał!

Jej oczy przypominają dwa spodki od herbaty. Słyszę, jak brat krztusi się kompotem.

– Jezuu, Ewka! – wyciera usta. – Ja wiem, że wszyscy w pewnym sensie byliśmy dymani…

– Jasiek! – krzyczy ojciec.

– … ale to już chyba przesada, co? Nie denerwuj się tak, mama chciała, żeby było miło…

– Ach, tak? To czemu nie chciała, żeby było miło za życia? Czemu mnie nigdy nie pochwaliła? Czemu mnie nigdy nie przytulała, gdy płakałam? – Odważam się spojrzeć na matkę. Na jej twarzy dostrzegam smutek, ale tak głęboki, że aż mnie przeraża.

Jednak po chwili pamięć ożywa – znów wykłada karty w postaci niewypowiedzianych słów i niewykonanych gestów matki, których tak bardzo kiedyś potrzebowałam.

Zaciskam zęby.

– Tak, mamusiu – mówię powoli, czerpiąc satysfakcję z każdego słowa. – Ja dosłownie byłam dymana. Nie w taki sposób, jak myśli mój durny braciszek. Byłam aktorką porno.

Cisza jak na cmentarzu. Wszyscy wlepiają we mnie oczy.

– Chcesz usłyszeć, jak wyglądał mój dzień? Proszę bardzo. – Wysunęłam rękę i zaczęłam odliczać na palcach. – Najpierw makijaż, wiadomo, musiałam ładnie wyglądać. Kamera skupia się przecież na kobietkach, zwłaszcza w tego typu filmach, to powszechna wiedza. Potem przymiarka ciuchów. Muszą być seksowne i łatwe do ściągnięcia. A potem… to już zależy od tego, jaki film będzie kręcony. Czasami trzeba zrobić lewatywę…

– Zamknij się! – ryczy matka, czerwona jak burak. Smutek zniknął bezpowrotnie, teraz jej twarz wykrzywia żądza zrobienia krzywdy.

– Coo, jakie chore gówno! – mówi Jasiek, zafascynowany z tylko sobie znanych powodów. – Moja siostra grała w porno? A jaki miałaś pseudonim?

– Jasiek! Co ty wyprawiasz?

– Eva Brown – uśmiecham się szeroko. – I nie, nikt nie potrącił mnie na pasach. Zginęłam na planie filmu. Dziki Ricky tak mnie przygwoździł do belki w stodole, że zniszczył całą konstrukcję i wszystko z dachem zwaliło się… hehe, tak zwaliło się na nas.

Mój wywód przerwał śmiech babci. Wszyscy jednocześnie odwrócili głowę w jej stronę. Śmiała się szczerze, w ogóle się nie hamując.

– Co w tym zabawnego? – syczy matka. – Twoja wnuczka puszczała się przez pół życia, a ty się śmiejesz?

– Widzę, wnusiu, że mamy ze sobą więcej wspólnego niż myślałam – powiedziała w końcu babcia, wyrównując oddech. – Bo ja też zginęłam na planie filmu porno! Tyle że na zawał… Myślałam, że jak się zestarzeję, to dadzą mi już spokój. Ale gdzie tam! Kobieta nigdy nie wypada z seksualnego obiegu. Żegnaj, MILF, witaj, GILF!

Zapada niezręczna cisza. Słyszę płytki oddech matki.

– Ale przecież… ten pan, twój sąsiad z działki obok, powiedział, że dostałaś zawału, na działce właśnie… pielęgnując pomidory…

– Poprosiłam sąsiada, czyli tak naprawdę mojego menadżera, żeby taką informację wam przekazał w przypadku mojej śmierci. Ale jedno się zgadza – faktycznie pielęgnowałam pomidory. No, może nie takie, jak myśleliście.

– Kuuurwa mać! – wyrywa się ojcu, choć za życia nie przeklinał.

– A tak, tak – kontynuuje babcia niezrażona. – Występowałam w wielu filmach! Grałam w Syrence Gardziel, Stu jeden Portugalczyków, co tam jeszcze było… Dobry, zły i napalony, Skazani na gangbang, Lot nad rozpustnym gniazdem

– Przestań, zamilcz! – krzyczy mama, która przypomina gazelę osaczoną przez tygrysy.

– … Slut Fiction, Władca Pościeli

– Zaraz! – Ojciec jej przerywa. – To ty byłaś… Creampie Grandma?

– Marek! O czym ty gadasz, na wszystkich świętych… – Matka się trzęsie jak w febrze.

– We własnej osobie – powiedziała z dumą babcia.

– Mamo! I ty się jeszcze tym szczycisz?! Boże… – Matka oddycha ciężko. – Czy można dostać zawału po śmierci…?

Ojciec blednie, choć jeszcze przed chwilą myślałam, że u duchów jest to niemożliwe.

– Dlaczego… – jego głos drży, jakby zaraz miał się rozpłakać. – Dlaczego nie mówiłaś… Przecież…

– Tak, wiem. “japodymacz_marek” zostawiał mi najwięcej komentarzy. Od razu cię rozpoznałam po tych błędach ortograficznych. Nawet pisać nigdy porządnie się nie nauczyłeś.

Ojciec zastygł, nawet nie mruga, wygląda jak alabastrowa rzeźba. Nagle odwraca się i zaczyna gwałtownie wymiotować na podłogę.

Matka drży, stroi różne miny. Przypomina zglitchowaną postać w grze komputerowej. Zaraz znowu dostanie udaru, o ile to w ogóle możliwe.

Nie wiedzieć, czemu, bardzo bawi mnie ta sytuacja. Może dlatego, że już wszystko mam gdzieś i nic już się nie liczy.

Ojcu w końcu udaje się okiełznać torsje i wyciera twarz serwetą.

– Co tu się od… – Chwyta czubek nosa i mocno zaciska powieki. Bierze głęboki wdech. – Czy jest tu ktoś, kto nie pracował w branży porno?

– Ja nie pracowałem! – Jasiek podnosi rękę jak uczeń w klasie. – Przecież wiecie, co robiłem! Byłem najlepszym fryzjerem na warszawskiej Pradze…

– Ta! – syknął ojciec. – Jak jakiś pedał.

Zapada grobowa cisza. Ojciec otwiera oczy i wierci spojrzeniem Jaśka. Na twarzy brata rozkwitają podobne do pąków róż czerwone plamy.

– Nie no, kurwa! – Ojciec odrywa rękę od twarzy i uderza nią o stół, aż naczynia podskakują. – Przez cały ten czas brałeś… między poślady?!

Furia udziela się Jaśkowi. Hardo odpowiada:

– Ale ja przynajmniej tego nie nagrywałem… – Patrzy najpierw na babcię, potem na mnie oskarżycielsko, a ja w ramach rewanżu ostentacyjnie prostuję środkowy palec i przybliżam do jego twarzy. Jasiek pluje na moją rękę.

– No popatrz, stare nawyki nawet po śmierci nie znikają… – chichoczę, jednocześnie wycierając dłoń o obrus. Mało rzeczy mnie brzydzi, ale ślina brata? Ohyda.

– Zamknij dupę! – krzyczy Jasiek, już nie czerwony, a fioletowy ze złości.

– I kto to mówi! – ryczę ze śmiechu.

Na obrusie ląduje długi, rozbryzgany pas kawy. Milknę i patrzę na babcię, która chichocząc, wyciera usta. Nasze oczy się spotykają i równocześnie znowu wybuchamy śmiechem, zarażając się nim wzajemnie.

– Przestańcie! – Brat już przypomina wrzeszczącego bakłażana.

Śmiech mój i babci miesza się z krzykami brata, wrzaskami ojca i szlochem matki.

Nagle otwierają się drzwi na końcu jadalni, których nigdy wcześniej nie zauważyłam.

Cisza przerywa harmider jak ostrze miecza.

W progu pojawia się… Dziadek?

– Chodźcie, chce się z wami widzieć – mówi łagodnie.

Patrzymy po sobie, jakby któreś z nas znało odpowiedź na pytanie, co tu się wydarzyło.

– Ale kto…? – przełamuje się matka.

Dziadek się uśmiecha.

– No jak to kto? Bóg.

Wychodzi z pomieszczenia, zostawia otwarte drzwi.

Za nimi roztacza się nieskończona łąka chryzantem, nad nią góruje seledynowe niebo.

Koniec

Komentarze

Cześć, Holly

Zapachniało mi Sokiem z żuka, ale to bardzo dobrze. Wszyscy uwikłani i ten seledynowy… jakiż to piękny kolor, i te chryzantemy :-)

No dobra… Seledynowy to taki szpitalny w weselszym wydaniu. Ale za chryzantemy masz plus. 

Pozdrawiam

Po zapowiedziach spodziewałem się nie wiadomo czego, a tutaj, hm, trochę ostrzej niż zwykle, ale nie jest obrazoburczo ani perwersyjnie.

Dobrze opisałaś postaci – szybko je sobie wyobraziłem, co później pomagało w odbiorze. Dialog dynamiczny, czyta się gładko, pojawiają się emocje. Od początku wpleciony czarny humor, ale było też miejsce na zastanowienie – taki śmieszno-straszny klimat okraszony psychologią mi się spodobał.

Każdy bohater jest inny i ma specyficzne zachowania. Można było bardziej zróżnicować język i wpleść naleciałości, ale i tak jest nieźle.

Bardzo teatralny tekst, łatwo to wystawić na scenie bez większych przeróbek.

Kliknąć do biblioteki też łatwo – choć wolę klikać debiutantów niż takie wygi jak Ty :P

It is not who I am underneath, but what I do that defines me

Osoby z kółka różańcowego pewnie by to uraziło, osoby, które z niejednego pieca jadły, niekoniecznie. Jakieś może drobne usterki tu i tam (czytaj: ja bym inaczej napisał), ale ogólnie znośnie, znośnie. Tylko trochę szkoda, że nie trafiło na konkurs “jak wyobrażamy sobie życie po śmierci” (o innej nazwie, ale trwa prawie do końca lipca).

PS. Klikać jeszcze nie mogę.

Nowa Fantastyka